Brama Twierdzy z dziedzińcem zamkowym

Chroniona ze wszystkich stron przez wysokie, będące ongiś częścią Zamku Jasności mury, zamieszkana przez elitę społeczeństwa i mieszcząca w sobie Pałac Sprawiedliwości Twierdza zajmuje niemal jedną czwartą Wolenvain i jest najstarszą dzielnicą stolicy. Wstęp za jej masywną bramę mają jedynie przedstawiciele możnych rodów szlacheckich… albo wiedzeni do jej lochów, wysoko urodzeni skazańcy.
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3773
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

Brama Twierdzy z dziedzińcem zamkowym

04 lut 2011, 00:00

Podszedł do strażników, odgarniając ręką włosy i stając przed nimi z wysoko uniesioną brodą.
— Chciałbym dostać się do Pałacu — rzekł, czekając chwilę, by strażnicy rozważyli jego słowa.
Oczywiście spodziewał się negatywnej odpowiedzi (…).
– elf Kot'eleiven przy próbie przekroczenia bramy Twierdzy

Najstarszej części Wolenvain strzegły jasne, sprawiające wrażenie pobielonych mury, wyraźnie odróżniające się od okalających stolicę ze stron północnej, południowej i zachodniej murów miejskich. Były przede wszystkim grubsze i wyższe, zdawały się być zbudowane o wiele solidniej. Także ich faktura była inna – bardziej zwarta i gładsza, z niewielką ilością ukruszeń, co znacząco wyróżniało je na tle innych. Widać było, że powstawały bardzo długo, z nieludzkim wręcz pietyzmem i dokładnością. W miejscu, w którym Twierdza graniczyła z położonym na jej południu centrum miasta, jednolita struktura murów zaburzona została przez solidną, idealnie wpasowaną weń, wysoką na dziesięć metrów bramę ze spuszczaną, stalową broną i blankami na szczycie. Znajdowała się ona asymetrycznie, nieco bliżej wschodnich murów.

Obrazek
(Starcia barbarzyńskich roskvarów z rycerstwem na ulicach Wolenvain, 405EF. W tle brama Twierdzy.)



Dzień i noc pilnowali jej czterej ciężkozbrojni, wysoko urodzeni strażnicy, nie wpuszczając za nią nikogo, czyj strój nie poświadczał o znacznej potędze i przynależności rodowej noszącego. Twierdza była nieosiągalnym, niedostępnym dla większości społeczeństwa sanktuarium, stanowiąc idealną ochronę dla swoich rządzących Autonomią Wolenvain mieszkańców.

Wartę zmieniano dwa razy dziennie – o świcie i o zmierzchu, przy czym ta nocna była właściwie odgrodzona od reszty Twierdzy zamykaną wieczorową porą bramą. Każdy ze strażników miał obowiązek posiadać jedną broń długą, jedną krótką i jedną miotaną. Wybór padał zwykle na halabardę, krótki miecz przy pasie i kuszę na ramieniu, chociaż kombinacji było bardzo wiele. Popularne wśród strażników były także włócznie, łuki, miecze dwuręczne, półtoraki i buzdygany, a nawet drewniane pałki z żelaznymi okuciami oraz cepy bojowe. Niektórzy z nich jako dodatek preferowali stalowe bądź drewniane tarcze, inni za swoją główną obronę mieli wyłącznie złożone z wielu płyt zbroje. Oczywiście w cieplejsze dni większość z nich uciekała się do tej pierwszej ewentualności, pozostawiając części zbroi jedynie w najważniejszych, szczególnie narażonych na atak punktach, co i tak czyniło ich jednymi z lepiej chronionych wojowników.

Prócz uzbrojenia w strażnikach zmieniał się też sposób manifestowania przez nich swojej przynależności. Ich stroje zawsze łączyły w sobie odcienie żółtego i bordowego, kolory Wolenvain. Futrzane, pozbawione rękawów płaszcze, jakie nosili zimą, także utrzymywały się w podobnej tonacji. Latem, kiedy płaszcze stawały się zbędne, każdy strażnik nosił ciemnobordową pelerynę z wyhaftowanym złotą nicią dużym gryfem, symbolem miasta. Żaden z pełniących straż rycerzy nie mógł nosić własnych symboli rodowych na warcie. Jeden z nich zawsze pełnił rolę kapitana, wyróżniając się zazwyczaj typem noszonego hełmu, a raczej jego zdobieniem – pióropuszem, skrzydłami lub kolcami. Pozostali strażnicy nosili zwykle otwarte, gładkie łebki, rzadziej szyszaki z nosalami i karczkami.
Sama brama po swej lewej i prawej stronie chroniona była dodatkowo przez nieco przerastające ją, przysadziste baszty z blankami. Konstrukcja obsadzano zwykle przez kolejnych sześciu lub ośmiu uzbrojonych w kusze i łuki strażników w kolczugach, naramiennikach, nagolennikach i szyszakach. Dzięki ogromnemu zasięgowi swoich broni i zwiększonej z racji wysokości widoczności, trzymali oni w ryzach każdego, kto próbował prześlizgnąć się przez bramę, nawet w przypadku nieobecności strażników na dole.

Gdy komukolwiek udawało się przekroczyć bramę Twierdzy, jego oczom ukazywał się sporej wielkości, brukowany, otoczony zielenią dziedziniec z drewnianym szafotem oraz wypełniający tło, przytulony do północnych murów, niezwykle okazały Pałac Sprawiedliwości. Od strony wschodniej dziedziniec ograniczony był przez stajnie oraz budynek mieszczący siedzibę Gwardii Królewskiej, od zachodniej – przez ogromny kompleks budynków stanowiący siedziby szlachty oraz mieszczący zakłady kowalskie. Piwnice kompleksu stanowiły główny skład żywności w zamku. Budynki starały się zachowywać surowe piękno murów Twierdzy, jednak jasnym było, że większość z nich nie pełniła już funkcji czysto obronnej, będąc tworami o wiele nowszymi i typowo użytkowymi.
Przez dziedziniec codziennie wędrowali tak przedstawiciele szlachty, jak i ich nisko urodzeni słudzy, niechybnie wypełniając zadania ogromnej wagi.

Obecnie w tej lokacji znajdują się:
panna Ficja Ezyhar;
przedstawiciele stanu szlacheckiego obojga płci, z różnych rodów.
Awatar użytkownika
Kot'eleiven
Posty: 450
Rejestracja: 19 sty 2012, 21:40
Lokalizacja postaci: Trakt Iquański
GG: 11472512
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1476

07 paź 2012, 00:21

- Bardzo zabawne, mój panie – odrzekł elf, błyskotliwie reagując na zaczepne zachowanie strażnika. - W jakich strasznych czasach przyszło nam żyć, że jakakolwiek doza uśmiechu i grzeczności, traktowana jest z pogardą i niechęcią – pokręcił delikatnie głową, jak gdyby usłyszał coś niedorzecznego, co mogło być równie dobrze plotką, jak i brutalnym faktem. Ciągle wszystko robił w typowym, szarmanckim stylu. Kot'eleiven nie miał zamiaru bawić się w jakiekolwiek przedstawienia, po prostu nigdy jakoś specjalnie nie przepadał za strażą, jaka pilnowała terenów Wolenvainl, także nie miał zamiaru brać ich całkowicie poważnie. Poza tym, podobne nawyki pozostały mu jeszcze z dawnych czasów, kiedy to był zupełnie inaczej podchodził do życia, a jego wypowiedzi były przepełnione raczej szczerym optymizmem, aniżeli ironią. Na szacunek, trzeba sobie zasłużyć, a z tych stojących, naburmuszonych wojaków, nie ma żadnego pożytku, w każdym razie nie dla przeciętnego obywatela. Elf zdawał sobie jednak sprawę, że w ten sposób nie uda mu się przekonać strażnika. Cóż, był całkiem dobry w zrażaniu do siebie ludzi, ale jak już wcześniej planował, będzie musiał zagrać kogoś kim nie jest. Spojrzał jeszcze raz na strażnika, a z jego uśmiechu zrobił się momentalnie kwaśny grymas, z którego po chwili zrobiła się całkowicie poważna, bezuczuciowa maska. Cóż, zatańczę, jak mi zagrają– pomyślał niechętnie. - Ale cóż, jeżeli naprawdę tak bardzo zależy Ci na zachowaniu powagi, to proszę bardzo – przerwał na chwilę, jak gdyby zbierając się na utrzymanie stanu powszechnie uznawanego za poważny. Słowa strażnika, ciągle zaczepne i prowokacyjne, nie robiły na nim specjalnie dużego wrażenia, co najwyżej pogłębiały w jego twierdzeniu, że są to straszne, naburmuszone mendy, które potrafią tylko stać godzinami, i kapować na przykładnych obywateli. Kot zmierzył strażnika bystrym spojrzeniem, po chwili nawiązując z nim kontakt wzrokowy. Chciał, żeby to wyglądało, jakby faktycznie dużo zależało od decyzji straży.
- Uwierzył w co? W to że mam przyjaciela w radzie? Proszę Cię, naprawdę myślisz, że przyszedłem tutaj tylko po to, by wymyślać jakieś dziwne znajomości, aby dostać się do pałacu? Jestem elfem, mam swój honor i dumę – Przerwał na chwilę swój monolog, na podkreślenie swoich słów. - Jestem przekonany, że Herubin nie miałby żadnego problemu z tym, by mnie wpuścić. Nie wiem czy pamiętasz, ale jakiś czas temu nasz szanowny członek rady wrócił do Wolenvainl w nie najlepszym stanie. Powiem Ci tylko, że gdyby nie ja, już by nie żył. Jaki jest więc problem? Otóż, kiedy nawiązałem z nim kontakt, prosząc go, by umożliwił mi wejście na teren pałacu, dowiedziałem się od niego, że rada ma problemy, i niestety, ale muszę poczekać – przerwał, by strażnik przemyślał wszystko, co do tej pory powiedział. Oczywiście, prócz uratowania mu życia, wszystko było kłamstwem, jednak nie miał wyboru, musiał kłamać. W sumie, nie miał pojęcia, czy rada faktycznie ma problemy, wiedział że podobne sytuacje mogą go zgubić, jednak wiedział też, że straż jest raczej niespecjalnie informowana o tym, co dzieje się w środku, także mógł to wykorzystać na swoją korzyść. Wystarczyło po prostu być pewnym siebie. Kłamstwo zawsze przychodziło mu łatwo, ilekroć musiał oszukiwać, gdy podróżował samotnie po świecie, bądź próbował znaleźć jakąś robotę, w całkowicie nieznanym mu otoczeniu. - Czemu więc jestem tutaj, zamiast czekać spokojnie? Otóż pewne sprawy bardzo się skomplikowały, i muszę pilnie skontaktować się z jednym z więźniów, jest to sprawa życia i śmierci. Wie coś, co jest mi koszmarnie potrzebne, a niestety, z tego co wiem nie może sobie wyjść, i wysłać gołębia pocztowego. A o ile mi wiadomo, to macie prawo udzielać więźniom widzeń, tym bardziej, że jest to dla mnie naprawdę ważne. Oczywiście, możesz teraz pójść do sali obrad, i brutalnie przerwać ich posiedzenie, tylko dlatego, że stary znajomy chce dostać się do środka, ale jeżeli stracisz pracę, to uwierz mi, nie będę rzucał Ci drobniaków na ulicy – Tutaj zebrał się na krótki uśmiech, jednak bardzo szybko wrócił do poprzedniego stanu nienaturalnej powagi. Nie chciał, by strażnik pomyślał, że znowu próbuje coś odstawiać, jednak nie mógł ciągle robić z siebie człowieka o poczuciu humoru grabarza, tym bardziej że strażnik doskonale wiedział, że tak naprawdę jego zachowanie było zwykłym zagraniem aktorskim. Właściwie nawet nie najgorzej szło mu wymyślanie na gorąco kłamstw i oszustw. Wiedział, że każde słowo może go zgubić, może być wykorzystane przeciwko niemu w przeciągu chwili. Właściwie, to sam nie miał pojęcia, dlaczego tak bardzo chce się dostać do Bruna. Dobrze, był mu coś winien, no ale żeby ryzykować problemami z prawem, tylko dlatego, że ten idiota zrobił rozróbę w karczmie, o ile była to prawdziwa plotka. - Wpuszczasz elfa, nie kłamliwego człowieczka – Dodał jeszcze, choć nie był to argument zbyt wysokich lotów. Choć trzeba przyznać, że co jak co, ale stereotypy dotyczące elfów są raczej pozytywne, i właśnie to może być kluczem, do otwarcia tej cholernej, zardzewiałej bramy.
Awatar użytkownika
Sarl
Posty: 628
Rejestracja: 26 kwie 2012, 12:27
GG: 23912838
Karta Postaci: viewtopic.php?p=27349#27349

08 paź 2012, 22:39

MG

Jeśli arogancję nazywasz grzecznością, to pewnie byłeś wychowywany w inny sposób niż ja. W każdym razie, to twój problem, nie mój. Nie moją rolą jest edukowanie.
Jak się okazało, elf zaprzestał pajacowania i zaczął poważnie podchodzić do sprawy. I bardzo dobrze – dzięki temu i Janos mógł zmienić swoje nastawienie. W sumie, jeśli się nad tym zastanowić, nie miał nic do przybysza. Ot, kolejny podróżnik, który wymyślił sobie jakiś interes do załatwienia. W sumie, powinien mu jakoś podziękować. Zawsze to jakaś nowa gęba do pogadania, a nie ciągle ci sami nudziarze, gadający tylko o cyckach i piciu po, albo i nawet w trakcie służby. Naprawdę nie wiedział, co oni widzą w tym pijaństwie. W końcu wymyślił teorię, że ich życie musi być jeszcze gorsze czy nudniejsze, że muszą topić smutki w alkoholu. No bo jeśli nie tak, to jak? Piją po to, żeby się upić? A co w tym przyjemnego. Tylko głowa boli i nie wiadomo co się dzieje, a można się obudzić z lżejszą sakiewką.
Złapał się na tym, że nie słucha, co mówi przybysz, tylko znów się zamyślił i buja w obłokach. Wrócił do rzeczywistości i skupił się na tym, co mówił do niego elf. Powiedział coś o elfiej dumie. Tak po prawdzie, to cholera wiedziała, jak to z nimi było. Wielu ludzi w Wolenvain twierdziło, że elfy są zadufanymi w sobie dupkami, którzy lżą każdego napotkanego osobnika nie swojej rasy. W sumie to stwierdzenie, zdaniem Janosa, dało się podpiąć pod każdą osobę, niezależnie od rasy, a to są tylko rasistowskie stereotypy. Z tym tutaj to się nawet zgadzało, ale jeśli chciał, potrafił przejść do rzeczy, a to szło na plus.
Z dalszej części wywodu kosiarza wynikło, że radny zawdzięczał mu życie. A to ciekawe. Wspomniał też jego imię – Herubin. Janos nie mógł powiedzieć, że go znał, ale widział go parę razy. Dość nietypowy, rzucający się w oczy osobnik. Dość trudno było mówić o jego kompetencjach, ale to nie zmieniało faktu, że należał do rady. Jakiś czas temu podobno wpadł w kłopoty, odkrywając przy okazji kopalnię czy coś w tym guście, jak wynikało z plotek, które rozchodziły się po okolicy. To oznaczało jedno. Albo elf jest dobrze poinformowany, albo faktycznie miał udział – mniejszy lub większy – w tamtejszych wydarzeniach. Prawdziwości jego twierdzeń zweryfikować się nie dało. Podobnie było z problemami rady. Wiadomo było mu o obradach, nie problemach, chociaż jedno można podciągnąć pod drugie. Konkretów nie znał, a dowiedzieć się nie było jak, bez opuszczania posterunku, czego robić mu nie było wolno bez wyraźnego rozkazu.
Kot kontynuował monolog. Wysłuchał go cierpliwie, aż do ostatnich słów, dalej opierając się o mur. Na jego twarzy próżno było szukać jakichkolwiek emocji. W jego wnętrzu podobnie, panował spokój. Wiedział już, jak postąpi z gadatliwym typem. Sądząc po jego temperamencie być może zabawi w lochach trochę dłużej niż planuje, ale to już tylko i wyłącznie jego problem.
Ostatni przytyk, w przeciwieństwie do poprzednich, lekko go rozdrażnił. Tylko lekko, bo nie lubił rasizmu.
Mogłeś sobie to podarować. Znam wielu prawdomównych ludzi, a ty w tej chwili posługujesz się stereotypami. Nie wiem, czy masz świadomość, ale przez to potwierdzasz te dotyczące twojej rasy… Te niekoniecznie pozytywne.
Westchnął, po czym kontynuował.
Ale mniejsza z tym, jak już wspominałem, dobre wychowanie to twój problem. Jeśli chodzi o twoje argumenty, to niech ci będzie. Wpuszczę cię, tylko pod paroma warunkami.
Przerwał, obserwując reakcję elfa. Warunki nie były jakieś specjalnie wygórowane, ale i tak nie wiedział, czy się na to zgodzi. Jeśli nie, jego sprawa.
Zostawisz u mnie całą swoją broń – podjął. – Tą piękność – pokazał na kosę – miecz, i sztylet, który trzymasz przy pasie. Jeśli masz coś jeszcze ukrytego, dla własnego bezpieczeństwa wyjmij to i zostaw tutaj. Po drugie, gdy znajdziesz się w lochach będziesz pod opieką straży więziennej. Jeśli narozrabiasz, a oni uznają że przegiąłeś, zabawisz swojego przyjaciela towarzystwem dłużej, niż planowałeś. A wtedy będziesz musiał fatygować swojego cholernie zajętego przyjaciela, by cię stamtąd wyciągnał. No i najważniejsze, nie próbuj na mnie kablować, tym bardziej dlatego, że robię ci przysługę, ale i dlatego, że w razie czego wszystkiego się wyprę, a ty tak czy inaczej wylądujesz w pierdlu. Twoja decyzja.

Tak od razu. Jeśłi się zgodzisz, możesz napisać z/t, a potem, po Fraenie, napisać w lochach, a uwzględnię cię w tamtejszym MG poście. W takim przypadku ta sesja łączy się z tamtą w lochach. Jednak nic nie stoi na przeszkodzie, byś się dalej kłócił.
Awatar użytkownika
Kot'eleiven
Posty: 450
Rejestracja: 19 sty 2012, 21:40
Lokalizacja postaci: Trakt Iquański
GG: 11472512
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1476

10 paź 2012, 22:43

Cóż, sprawy poruszały się w bardzo dobrym dla elfa kierunku, w każdym razie do tej pory. Jego seria kłamstw zaczynała powoli przekonywać nic nie podejrzewającego, stróża prawa. Choć w pewnym sensie, nie chciał zrobić nic złego, w końcu faktycznie chciał jedynie odwiedzić starego znajomego, który zapewne zupełnie niesprawiedliwie, znalazł się w pałacowych lochach. Problemem było to, że on sam nie wierzył w to, aby ta wizyta zakończyła się zwykłym pożegnaniem, i opuszczeniem terenu pałacu po krótkiej rozmowie. Kot'eleiven był pewien, że Bruno ma już jakiś doskonały plan, jak wydostać się z tej żałosnej sytuacji. A jeśli nie, to na pewno pojawienie się kogoś ze swoich, zmusi go do intensywnego myślenia. Z resztą, snucie domysłów było w tej konkretnej chwili raczej zbyteczne, więc elf postanowił skupić się na nudnym gadaniu z reprezentantem prawa.
Właściwie jego końcowa propozycja, wydawała mu się całkiem sprawiedliwa, tym bardziej, że koniec końców, lepiej wejść bez broni, niż nie wejść w ogóle. I niby mógłby spokojnie przystać na coś takiego, tyle że… Nie chciał wchodzić tam zupełnie bezbronny. Po prostu potrzebował, choćby małego sztyletu, by móc w przypadku jakiegokolwiek złego obrotu wydarzeń, poradzić sobie z przeciwnikiem. W końcu, nigdy nie wiadomo, co strzeli do głowy jego przyjacielowi, i bardzo prawdopodobne, że rzuci się na nich cała okoliczna straż. Niestety, strażnik dostrzegł sztylet, który znajdował się u jego pasa, a niestety nie ukrywał nigdzie indziej żadnej broni. Cóż więc miał zrobić? Dać się pozbawić większości swojego ekwipunku, prawdopodobnie będąc całkiem blisko próby uratowania swojego przyjaciela? Tak być nie mogło. Kot po prostu musiał, spróbować kolejnego zagrania, by móc dostać się do środka. Na razie jednak, posłusznie wypełniał rozkaz, i grzecznie podał strażnikowi swój sztylet, a potem wyciągnął Arkana z pochwy, podając mu go delikatnie, jak gdyby dawał mu do rąk delikatną figurkę. Krótkim spojrzeniem dał mu do zrozumienia, że oczekuje broni w idealnym stanie. Gdy jednak rozmówca spodziewał się zapewne, że elf poda mu i kosę, ten tylko oparł się na niej bardziej niż dotychczas, i spojrzał na niego smutno.
- Tego Ci niestety nie mogę dać mój panie. Używam jej, jako podpory. Jestem weteranem wojennym, jeszcze niedawno, uczestniczyłem w dość trudnym przedsięwzięciu – tutaj zamachnął się ręką nad swoim ubraniem, na którym nadal widniały plamy krwi w okolicach jego brzucha. - Bardzo często doznaje szybkich utrat sił, oraz nagłych ataków, przez które mam problemy z poruszaniem. Są to także problemy natury magicznej, elfy cierpią na podobne przypadłości dość często. A nie chcę nagle upaść w lochach, powodując poruszenie wśród straży – urwał, znów podnosząc wzrok na rozmówcę. Jego kłamstwo mogło się wydawać dziwne, jednak była w nim jakaś logika, i to mogło spowodować, że jego plan, da oczekiwane skutki. - Więc jak, Panie, mogę wziąć ze sobą tą podpórkę? – Spytał uprzejmie, jak gdyby odbywali zwyczajną pogawędkę. Jeżeli nie będzie z tym problemów, Kot'eleiven od razu ruszy w kierunku lochów, powoli i spokojnie, dokładnie tak samo jak przy zbliżaniu się do bramy.
>>>Napisz Z/t, drogi Sarlu, jeżeli uda mi się go przekonać. Nie chcę tu pisać kolejnego posta.
Awatar użytkownika
Sarl
Posty: 628
Rejestracja: 26 kwie 2012, 12:27
GG: 23912838
Karta Postaci: viewtopic.php?p=27349#27349

13 paź 2012, 23:00

MG

Początkowo wydawało się, że przybysz przystał na jego warunki. Po kolei oddawał mu swoją broń. Zwyczajny, krótki sztylet, wydający się bronią dodatkową i jakiś dziwny, długi miecz. Janos przyjrzał się mu. Miał nietypowe, czerwone ostrze, cholera wie z jakiego materiału wykonane, ale oprócz tego zdawał się zwyczajnym, jednoręcznym mieczem. Gwardzista nie był czarodziejem, by stwierdzić w nim jakikolwiek ładunek magiczny.
Ostatnią z widocznych broni, które posiadał elf, była kosa. Nie przypominała klasycznego narzędzia rolniczego, bardziej śmiercionośną broń. Niechęć rozstania się z nią tylko wzmocniła w nim przekonanie, że to cholerstwo może być niebezpieczne. Dlatego też nie wolno było mu zezwalać na wejście z czymś takim. Teoria o ranach wojennych i nagłych utratach sił wydawała się prawdopodobna, ale nie mogła zagwarantować wniesienia potencjalnie niebezpiecznego narzędzia na teren pałacu. Kapitan straży urwałby mu głowę, bo na to wytłumaczenia nie było.
Janos myślał nad rozwiązaniem tego problemu jeszcze wtedy, kiedy elf wstawiał swoją gadkę. Rozwiązanie nasunęło się samo. Skoro musi mieć podpórkę, niekoniecznie musi to być kosa.
Dobra, panie weteranie wojenny. Zaczekaj chwilę, zaraz wrócę.
Dotychczas milczący i nierzucający się w oczy strażnik zajął jego miejsce, gdy, zabrawszy broń, ruszył przez bramę w stronę strażnicy. Tam zamienił parę słów z kierownikiem zmiany, który, nawiasem mówiąc, był jego starym znajomym. Wiadomo, on wybił się trochę bardziej i awansował, wszak ambicji mu nie brakowało. Janos przedstawił koledze całą sytuację, co nie spotkało się ze specjalną dezaprobatą. Strażnicy od czasu do czasu zezwalali na wizyty w lochach, jednak warunkiem było, by wizytujący był nieuzbrojony. Parę słów później wartownik skierował się do magazynku, gdzie pozostawił dobytek elfa. Po drodze zabrał ze sobą jeszcze długi, drewniany kij. Swoją drogą, wracając zastanawiał się, na cholerę to wszystko robi. Mógł przecież przegnać elfa do wszystkich czortów, mówiąc, że nie ma możliwości widzeń, a gdyby robił problemy zagrozić zapuszkowaniem. Zamiast tego bawił się w szukanie kompromisowej sytuacji, jeszcze dla zupełnie nieznajomego osobnika. Zaraz potem pojawiła się kolejna myśl. A co innego było do roboty? Ruszyć się tu i ówdzie, wpuścić i wypuścić jakiegoś bałwana, zawsze to był jakiś zapychacz czasu, który spędzał wartując.
No więc, zrobimy tak – powiedział, pojawiwszy się ponownie przed bramą. – Oddasz mi swoją kosę, a ja dam ci kij, który posłuży ci jako podpórka, więc spokojnie utrzymasz się na nogach. Wszyscy będą zadowoleni. Pogadasz ze swoim przyjacielem i wyjdziesz stąd na własnych nogach, a przy okazji nie będziesz wkurzać straży swoim uzbrojeniem. Mam nadzieję, że to uczciwa oferta. Twojej broni nic się nie stanie, zostanie ci zwrócona, gdy będziesz wychodzić. Wystarczy się upomnieć i pokrótce wyjaśnić sytuację, jeśli zastaniesz kogoś innego niż ja. Aha, i nie łaź tam, gdzie nie powinieneś, bo wylecisz z hukiem. Inni strażnicy pokażą ci drogę do więzienia.
Awatar użytkownika
Kot'eleiven
Posty: 450
Rejestracja: 19 sty 2012, 21:40
Lokalizacja postaci: Trakt Iquański
GG: 11472512
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1476

14 paź 2012, 01:13

Cóż, elf jakoś niespecjalnie wierzył, że jego powód, dla którego potrzebuje kosy, wyda się strażnikowi wystarczająco dobry i wiarygodny, by zgodził się na wpuszczenie go z ową bronią, tak więc nie zdziwił się zbytnio, kiedy spotkał się z odmową. Co prawda strażnik nie powiedział na ten temat ani słowa, a jedynie ruszył gdzieś do środka pałacu, jednak od razu było widać, że raczej nie ma zamiaru przystawać na jego propozycję. Mimo wszystko, Kot'eleiven był ciekaw, co też takiego planuje zrobić ów mężczyzna. W zasadzie, to cieszył się, że trafił akurat na niego. Jego podejście wobec dziwnych elfów wyposażonych w mordercze kosy, odpowiadało mu bardziej, niż podejście poprzednich strażników, jakich dane było mu spotkać poprzednim razem. Trzeba było przyznać, że należał do osób wyjątkowo pomocnych, i gdyby cała straż w Wolenvain zachowywała się tak jak on, to może żyłoby się tu trochę lepiej. Albo przynajmniej trochę łatwiej. W końcu, po dłuższej chwili nerwowego wyczekiwania, mężczyzna pojawił się, z długim, drewnianym kijem w ręce. Kot zaśmiał się w duchu, na sam jego widok. Trzeba przyznać, że takie rozwiązanie powinno mu przyjść do głowy o wiele wcześniej, a jednak nie przewidział go. Ale cóż, nie mógł się już wycofać, jeżeli chciał się tam dostać legalnie w najbliższym czasie. W końcu gdyby teraz odmówił, udowodnił by im, że jednak zależy mu na wniesieniu do środka broni, a to byłoby raczej źle odebrane. Ale koniec końców, było to nie najgorsze rozwiązanie, nie planował przecież walczyć, a zawsze lepszy kij, niż zupełny brak broni. Głupi ludzie, pewnie nawet nie zdają sobie sprawy, co może zrobić elf taki jak on, uzbrojony jedynie w drewniany kij. Po dokładnym przemyśleniu sprawy, zaczął znowu skupiać się na tym, co owy jegomość do niego mówi, w końcu mógł powiedzieć coś, co trochę zmieni całą sytuację. Jednak jedyne czego się dowiedział, to to że jego broń jest bezpieczna, oraz to że ma całkiem małą wolność na terenie pałacu.
- Dziękuję panie, rad jestem, że jesteś skory to pomocy, nawet jeżeli nie leży to w twoim interesie – tutaj schylił powoli głowę, w geście podziękowania, podając mu jednocześnie swoją czarną kosę, i drugą ręką szybko chwytając kij, jakby miał faktycznie zaraz upaść. Starał się, by zabrzmiało to jak najbardziej wiarygodnie, niczym prawdziwe podziękowanie, a nie przepełnione sarkazmem, bezczelnie wypowiedziane zdanie.
Następnie elf jedynie wysłuchał do końca monologu strażnika, po czym pokiwał głową ze zrozumieniem, i ruszył powoli do przodu. Starał się iść dosyć powoli, może nie jak starsza, schorowana osoba, ale raczej ostrożnym tempem. W końcu nie chciał, by ktokolwiek robił mu jakiekolwiek wyrzuty, bądź cokolwiek w tym stylu. A przecież on nie chciał żadnych problemów… Już z daleka dostrzegł coś, co przypominało lochy, i skierował się w tamtym kierunku. Wydawało mu się, że słyszy stamtąd jakieś poruszenie, ale nawet jego elficki słuch nie był na tyle precyzyjny, by pochwycić jakiekolwiek słowa. Cóż, może przy okazji załapie się na jakieś ciekawe przedstawienie…
Z/t.
Awatar użytkownika
Kot'eleiven
Posty: 450
Rejestracja: 19 sty 2012, 21:40
Lokalizacja postaci: Trakt Iquański
GG: 11472512
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1476

14 gru 2012, 19:49

Kot'eleiven szedł w towarzystwie przebranego strażnika, garbiąc się, poruszając się bardzo powoli, starając się jak najlepiej odwzorować zmęczonego życiem weterana, choć w sumie prócz wieku, wiele mu do takowego nie brakowało. Zaczynało go już męczyć to udawanie, poruszanie się w podobnej pozycji nie było niczym przyjemnym, a już na pewno nie było to coś, co przystoi jemu, jak i innym dostojnym elfom. Obok niego nadal znajdował się Marcifilo, który w chwili obecnej nawet sposobem poruszania przypominał normalnego strażnika, stawiając pewne, twarde kroki, i uważnie obserwując wszystko, co dzieje się dookoła. Może uważny obserwator byłby w stanie dostrzec coś dziwnego w jego zachowaniu, jednak gdyby Kot nie wiedział z kim ma do czynienia, na pewno uznał by go za zwykłego członka pałacowej straży. Uważna obserwacja, przez którą jeszcze bardziej przypominał osobę którą grał, była poniekąd wymuszona, lecz bynajmniej nie ze względu na fakt, że musiał zachowywać się jak grana przez siebie teraz osoba, ale także dlatego, że ciągle obawiał się, że ktoś może go przyłapać. Jednak zaraz przed wyjściem, zbieg starał się skupić najbardziej jak mógł, by wyglądać dość pewnie i naturalnie, by nikt nie połapał się, co się tu właściwie wyprawia. Kot niestety nie miał tego "luksusu", musiał wyglądać jak zbity pies, gdyż za taką osobę musiał się podać, by dostać się do środka. Elf wyszedł jako pierwszy, ponieważ musiał odebrać to, co do niego należało, a mianowicie był to cały jego ekwipunek. Odebrał swoje rzeczy bez słowa, powoli, jak gdyby chciał jak najdłużej rozkoszować tą chwilą, po czym włożył swoje krwistoczerwone ostrze do przymocowanej pochwy, a następnie swój sztylet do małego rzemienia. Gdy ten był zajęty mocowaniem swojej broni, Marcifilo powoli zaczął wyłaniać się zza bramy. Ponieważ elf doskonale zdawał sobie sprawę, że mniej więcej w tym momencie, uciekinier będzie opuszczał pałac, postanowił choć w najmniejszym stopniu odwrócić uwagę straży, tak by chociaż nie sprawdzali kim jest, lub przynajmniej nie widzieli go z bliska. Gdy miał w rękach już swoją kosę, a reszta jego uzbrojenia znajdowała się na swoim miejscu, drgnął niespodziewanie ręką, w której trzymał kij podarowany, drewniany kij, który wyleciał w stronę strażnika pilnującego bramy, i odbił się od jego zbroi, upadając na ziemię. Wtedy Kot zbliżył się do niego bardzo blisko, by ze względu na wzrost zasłonić towarzysza, po czym zaczął przepraszać mężczyznę, z najwyższą egzaltacją, na jaką potrafił się zdać.
- Och, najmocniej przepraszam! Jak już mówiłem, nie panuję do końca nad swoim ciałem – to mówiąc, poruszał trochę swoją prawą ręką, zdecydowanie zbyt nerwowo, jak gdyby dostał nagłego ataku. Miał nadzieję, że choć trochę skupi na sobie ich uwagę, nie miał lepszego pomysłu, w jaki sposób mógłby sprawić, by Marci uniknął jakichkolwiek problemów z nimi. Gdy już sytuacja się uspokoiła, a kij wrócił do teoretycznego właściciela, odezwał się znowu do strażnika, teraz już głosem zmęczonego, niechętnego osobnika.
- Dziękuję bardzo za wpuszczenie mnie do środka, i jeszcze raz bardzo pana przepraszam. Do zobaczenia – rzekł sucho na pożegnanie, po czym powoli obrócił się, i ruszył w kierunku trochę innym niż Marcifilo, by udać, że nie ma z nim nic wspólnego. I tak ruszył powoli, stukając swoją kosą o ziemię, licząc, że straż nie będzie zwracała uwagi na wychodzącego więźnia. Co prawda nie miał on wobec niego żadnego długu, więc niespecjalnie robiła mu różnicę ta sytuacja, jego kolega mógłby zostać złapany, a on zapewne nie zrobiłby zbyt wiele, ale jednak polubił go, mimo tak krótkiego i bardzo dziwnego spotkania. Tak czy owak, denerwował się razem z nim, i miał nadzieję, że wszystko się uda, oraz że każdy z nich w spokoju, uda się w swoją stronę.
Jeśli nie będzie okazji do interwencji, a mój głupi i wymyślony z braku laku plan wypali, to poproszę o opuszczenie przez moją postać lokacji.
Awatar użytkownika
Sarl
Posty: 628
Rejestracja: 26 kwie 2012, 12:27
GG: 23912838
Karta Postaci: viewtopic.php?p=27349#27349

18 gru 2012, 20:48

MG

Niektórzy, którzy kiedyś będą patrzeć w tył, w przeszłość, zapewne nie będą mogli uwierzyć, jak coś takiego mogło wyjść. Może to był łut szczęścia – zbieg sprzyjających okoliczności, na które złożył się ów sukces. A może coś zupełnie innego. W każdym razie ucieczka powiodła się bez strat własnych. Jej uczestnicy musieli jednak liczyć się z nieprzewidywanymi konsekwencjami. Koniec końców, Kot'eleiven, nieznany z imienia, jedynie z dość charakterystycznego wyglądu, został uznany współwinnym ucieczki więźnia z lochów, i została wyznaczona za niego nagroda, podobnie jak za Marcifila. Po kolei jednak.
Kot zaplanował, żeby odwrócić uwagę gwardzisty, podczas gdy ten opuści kompleks pałacowy i oddali się w swoją stronę. W wykonaniu swojego planu, mało wyrafinowanego i subtelnego, ale umiarkowanie skutecznego miał sporo szczęścia. Kij poleciał w kierunku strażnika, ustawionego bokiem i uderzył go, powodując raczej większe zaskoczenie niż faktyczny ból. Wartownik, wybity z równowagi poślizgnął się na cienkiej warstwie śniegu, która utrzymywała się na zmarzniętej ziemi.
-Ja pierdole! – krzyknął, usiłując stanąć pewnie, co w końcu mu się udało. W tym momencie podbiegł do niego elf z przeprosinami. Popatrzył na niego z wyrzutem. – Ty naprawdę jesteś jakiś dziwny. W sumie, życzę ci powodzenia w walce z takimi rękami. Ale to już nie moja brocha. Jak widzę, już cię wygonili, więc szerokiej drogi.
Nagły, wzburzony krzyk tamtego ściągnął na chwilę uwagę wszystkich dookoła, ale jedynie na drobną chwilę, pozwalającą zorientować się w mało interesującej sytuacji i ponownie powrócić do zapewne niewiele ciekawszych zajęć. Szczęśliwym trafem ta drobna chwila nieuwagi wystarczyła, by skazany mógł umknąć bezpiecznie. Zdawał sobie jednak sprawę, że znalazł się w trudnej sytuacji, a pancerz strażnika mógł przyciągnąć niepotrzebną uwagę. Gdziekolwiek się znalazł, mógł zostać zauwazony, zatrzymany i przesłuchany. Co zakończyłoby się zapewne powrotem do klaustrofobicznej celi, już bez biletu powrotnego. Musiał działać szybko. Kot'eleiven też musiał się zebrać. Zaledwie pół godziny po zdarzeniu na słupie ogłoszeń pojawiła się wzmianka o nim i tamtym, z dosyć dokładnie opisanym wizerunkiem, dobrze zapamiętanym przez świadków.
W przeciągu tej półgodziny w pałacu zawrzało, i to ostro. Klawisze, wnosząc do celi nieprzytomnego dziadka, nieprzyciągającego dotąd uwagi, znaleźli swojego ogłuszonego, pozbawionego ubrania kolegę. Debilami nie byli, więc szybko połapali się w sytuacji. Odrobinę za późno, ale to właśnie oni byli w tym zdarzeniu stroną pechową. W każdym razie, zrobił się nielichy dym – kilku ludzi zapamiętało wizytę elfa, co jakby mimowolnie połączyło się z ucieczką więźnia. Niedługo większość mieszkańców wiedziało o zdarzeniu, a w przeciągu dwunastu godzin informacja dotarła do sąsiednich miast. Dzięki sprawnej mobilizacji, w całej okolicy szukano już obliźnionego elfa i ciemnoskórego człowieka w pancerzu gwardii.

Obaj panowie z/t. Jak wynika z posta, kontakt z przedstawicielami prawa nie jest wskazany. Ewentualnych łowców nagród zapraszam do słupa, gdzie opiszę wszystko jak należy. W każdym razie, sesję uważam za zakończoną. PCh brak, bo tak.
Awatar użytkownika
Wierzbiec
Posty: 399
Rejestracja: 28 lip 2011, 20:35
GG: 381201
Karta Postaci: viewtopic.php?t=621

09 mar 2013, 16:02

Szedł długimi korytarzami pałaca, który poznał już prawie na pamięć, choć kto wie ile tajemnic skrywała tutaj poprzednia królowa. W drodze spytał ciepłym głosem o miano towarzysza. Gdy usłyszał jego imię oraz funkcje uradował się jeszcze bardziej, może naprawdę da się coś tutaj zmienić. Powierzchowne opinie zaczęły kiełkować w głowie enta. Wyszedłszy przed bramy został pozdrowiony przez strażników, zaczerpnął w swoje zgniłe płuca świeże powietrze, którego smaku już nie czuł jak dawniej. Spojrzał i ujrzał na wóz, czuł się źle i nieswojo jeżdżąc na drewnianej konstrukcji, wolałby przemierzać trakty i drogi w swej naturalnej formie, jednak to wiązało się z zamieszkami i chaosem, a to niebezpieczne, sytuacja związku miast i tak wisiała na włosku. Powstrzymują dyskomfort wsiadł, widać jego stan wpłynął także na umysł stanowczo ucinając więź między nim a naturą, może to tak źle wpływało na jego moce?
Teraz wystarczyło dojechać, pustka wypełniła głowę satyra gdy myślał co powiedzieć szlachcicowi, przecie od razu na wejściu go zaczną obrażać, ba mogą nawet nie wyjść przed jego oblicze, z jednej strony nie chciał rozlewu krwi, z drugiej… mogło nie być wyjścia. Nie powiedział do siebie, zawsze jest inna ścieżka przeznaczenia. Jadąc wezwał do siebie bliżej Wulfgara.
- Witaj, muszę prosić Cię o pomoc, jako że nie jestem obeznany w niuansach szlacheckich, acz serce mam pełne intencji to rzeknij mi to co wiesz o panach e z rodów Imokurena i Pasczyna, niedługo do nich zajdziemy więc każda informacja może ułatwić tę skomplikowaną sprawę.
Słuchał uważnie kolejnych słów, to o nim mówił władca strażników, musiał go poznać, musiał wiedzieć czy jest godny uwagi Herubina i co najważniejsze czy jego duch jest mężny i dobry.
Awatar użytkownika
Tarr
Posty: 408
Rejestracja: 05 paź 2011, 22:06
Lokalizacja postaci: Polana w lesie deszczowym
Karta Postaci: viewtopic.php?p=13313&highlight=#13313

10 mar 2013, 14:38

Idąc ponownie korytarzami, nie nosił na sobie już tej cięzkiej zbroi. Wyglądał tak, jak wyglądał pierwszego dnia, gdy zawitał do Wolenvain. Lekko ubrany w skórę, pustelnik. Dumnie wychodził z pałacu, wolny. Wolny, a jednocześnie tak przegrany. Jednak.. Nie myślał o tym. Szedł, chcąc uwolnić się od tego przeklętego miasta.
Chcąc już opuścić mury twierdzy, wielki dziedziniec, ujrzał wóz. Zatrzymał się obok, a w środku ujrzał Herubina – swojego dotychczasowego współradnego.
Żegnaj, Herubinie. Odchodzę. Władza nie należy do moich mocnych stron, przysporzyła mi tylko kłopotów. Wracam do lasu. Tam, gdzie miejsce każdego wilkołaka – oznajmił pewnie.
Wilkołak zdawał się… Inny. Pozornie ten sam, a jednak tak inny. Był dokładnie taki, jak przed obroną miasta.
Dokąd jedziesz? – spytał jeszcze. Wypadało zamienić pare ostatnich słów z dawnym towarzyszem. W końcu mogli się już nigdy nie spotkać.
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3773
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

11 mar 2013, 20:44

MG

Kryty wóz radnego był dość typowy dla przedstawicieli wyższych klas społecznych. Zbita z porządnego drewna buda, trzy silne konie, wygodne siedziska i niskie drzwiczki. Zanim satyr wsiadł do wehikułu, zobaczył potężną zbieraninę na dziedzińcu. Dwudziestka rycerzy Gwardii Królewskiej, ich giermkowie i paziowie uwijali się jak w ukropie, aby zdążyć na czas. Proporce furkotały na wietrze, a najwyżej powiewała chorągiew Wolenvain – złoty, stojący na czterech łapach gryf w bordowym polu o złotawym zdobieniu. Herubin dostał się do wozu z pomocą sług, o których istnieniu nawet nie wiedział. Wulfgar zasiadł naprzeciw radnego. Prócz tego, że wojownik miał mu zapewnić bezpieczeństwo, gotów był służyć pomocą i wiedzą. Pojawiło się pierwsze pytanie, lecz jednak zanim pan z rodu Firaara zdążył odpowiedzieć, przez dziedziniec przetoczył się głos majordomusa Autonomii, Tarretha. Zgromadzeni patrzyli na niego z trwogą, wielu opuściło wzrok czy wymamrotało powitania. Wóz został wstrzymany, gdy wilkołak podszedł do jego drzwiczek, aby zamienić kilka słów z Herubinem. Rycerze z powątpiewaniem patrzyli to na jednego członka rady regencyjnej, to na drugiego. Nie wiedzieli, co się wydarzy, jednak wieść o rejteradzie Tarretha nie mogła być niczym dobrym. Głośno wypowiedziane przez siwego majordoma słowa nie pozostawały cienia wątpliwości – jego decyzja była ostateczna i jawna. Właśnie wtedy plotka ponownie wyprzedziła.

Wróć do „Twierdza”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 8 użytkowników online :: 0 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 8 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika
Liczba postów: 52147
Liczba tematów: 2970
Liczba użytkowników: 1043
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Ponczolinio
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.