Brama Twierdzy z dziedzińcem zamkowym

Chroniona ze wszystkich stron przez wysokie, będące ongiś częścią Zamku Jasności mury, zamieszkana przez elitę społeczeństwa i mieszcząca w sobie Pałac Sprawiedliwości Twierdza zajmuje niemal jedną czwartą Wolenvain i jest najstarszą dzielnicą stolicy. Wstęp za jej masywną bramę mają jedynie przedstawiciele możnych rodów szlacheckich… albo wiedzeni do jej lochów, wysoko urodzeni skazańcy.
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3762
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

Brama Twierdzy z dziedzińcem zamkowym

04 lut 2011, 00:00

Podszedł do strażników, odgarniając ręką włosy i stając przed nimi z wysoko uniesioną brodą.
— Chciałbym dostać się do Pałacu — rzekł, czekając chwilę, by strażnicy rozważyli jego słowa.
Oczywiście spodziewał się negatywnej odpowiedzi (…).
– elf Kot'eleiven przy próbie przekroczenia bramy Twierdzy

Najstarszej części Wolenvain strzegły jasne, sprawiające wrażenie pobielonych mury, wyraźnie odróżniające się od okalających stolicę ze stron północnej, południowej i zachodniej murów miejskich. Były przede wszystkim grubsze i wyższe, zdawały się być zbudowane o wiele solidniej. Także ich faktura była inna – bardziej zwarta i gładsza, z niewielką ilością ukruszeń, co znacząco wyróżniało je na tle innych. Widać było, że powstawały bardzo długo, z nieludzkim wręcz pietyzmem i dokładnością. W miejscu, w którym Twierdza graniczyła z położonym na jej południu centrum miasta, jednolita struktura murów zaburzona została przez solidną, idealnie wpasowaną weń, wysoką na dziesięć metrów bramę ze spuszczaną, stalową broną i blankami na szczycie. Znajdowała się ona asymetrycznie, nieco bliżej wschodnich murów.

Obrazek
(Starcia barbarzyńskich roskvarów z rycerstwem na ulicach Wolenvain, 405EF. W tle brama Twierdzy.)



Dzień i noc pilnowali jej czterej ciężkozbrojni, wysoko urodzeni strażnicy, nie wpuszczając za nią nikogo, czyj strój nie poświadczał o znacznej potędze i przynależności rodowej noszącego. Twierdza była nieosiągalnym, niedostępnym dla większości społeczeństwa sanktuarium, stanowiąc idealną ochronę dla swoich rządzących Autonomią Wolenvain mieszkańców.

Wartę zmieniano dwa razy dziennie – o świcie i o zmierzchu, przy czym ta nocna była właściwie odgrodzona od reszty Twierdzy zamykaną wieczorową porą bramą. Każdy ze strażników miał obowiązek posiadać jedną broń długą, jedną krótką i jedną miotaną. Wybór padał zwykle na halabardę, krótki miecz przy pasie i kuszę na ramieniu, chociaż kombinacji było bardzo wiele. Popularne wśród strażników były także włócznie, łuki, miecze dwuręczne, półtoraki i buzdygany, a nawet drewniane pałki z żelaznymi okuciami oraz cepy bojowe. Niektórzy z nich jako dodatek preferowali stalowe bądź drewniane tarcze, inni za swoją główną obronę mieli wyłącznie złożone z wielu płyt zbroje. Oczywiście w cieplejsze dni większość z nich uciekała się do tej pierwszej ewentualności, pozostawiając części zbroi jedynie w najważniejszych, szczególnie narażonych na atak punktach, co i tak czyniło ich jednymi z lepiej chronionych wojowników.

Prócz uzbrojenia w strażnikach zmieniał się też sposób manifestowania przez nich swojej przynależności. Ich stroje zawsze łączyły w sobie odcienie żółtego i bordowego, kolory Wolenvain. Futrzane, pozbawione rękawów płaszcze, jakie nosili zimą, także utrzymywały się w podobnej tonacji. Latem, kiedy płaszcze stawały się zbędne, każdy strażnik nosił ciemnobordową pelerynę z wyhaftowanym złotą nicią dużym gryfem, symbolem miasta. Żaden z pełniących straż rycerzy nie mógł nosić własnych symboli rodowych na warcie. Jeden z nich zawsze pełnił rolę kapitana, wyróżniając się zazwyczaj typem noszonego hełmu, a raczej jego zdobieniem – pióropuszem, skrzydłami lub kolcami. Pozostali strażnicy nosili zwykle otwarte, gładkie łebki, rzadziej szyszaki z nosalami i karczkami.
Sama brama po swej lewej i prawej stronie chroniona była dodatkowo przez nieco przerastające ją, przysadziste baszty z blankami. Konstrukcja obsadzano zwykle przez kolejnych sześciu lub ośmiu uzbrojonych w kusze i łuki strażników w kolczugach, naramiennikach, nagolennikach i szyszakach. Dzięki ogromnemu zasięgowi swoich broni i zwiększonej z racji wysokości widoczności, trzymali oni w ryzach każdego, kto próbował prześlizgnąć się przez bramę, nawet w przypadku nieobecności strażników na dole.

Gdy komukolwiek udawało się przekroczyć bramę Twierdzy, jego oczom ukazywał się sporej wielkości, brukowany, otoczony zielenią dziedziniec z drewnianym szafotem oraz wypełniający tło, przytulony do północnych murów, niezwykle okazały Pałac Sprawiedliwości. Od strony wschodniej dziedziniec ograniczony był przez stajnie oraz budynek mieszczący siedzibę Gwardii Królewskiej, od zachodniej – przez ogromny kompleks budynków stanowiący siedziby szlachty oraz mieszczący zakłady kowalskie. Piwnice kompleksu stanowiły główny skład żywności w zamku. Budynki starały się zachowywać surowe piękno murów Twierdzy, jednak jasnym było, że większość z nich nie pełniła już funkcji czysto obronnej, będąc tworami o wiele nowszymi i typowo użytkowymi.
Przez dziedziniec codziennie wędrowali tak przedstawiciele szlachty, jak i ich nisko urodzeni słudzy, niechybnie wypełniając zadania ogromnej wagi.

Obecnie w tej lokacji znajdują się:
panna Ficja Ezyhar;
przedstawiciele stanu szlacheckiego obojga płci, z różnych rodów.
Awatar użytkownika
Virnhild Hilduun
Posty: 10
Rejestracja: 02 wrz 2015, 23:56
Lokalizacja postaci: Sala Tronowa
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3532#54061

14 lis 2015, 15:02

Pilnujący wolenvaińskiej bramy strażnicy odsunęli się żwawo na boki, aby zrobić miejsce. Nie mieli śmiałości nawet zatrzymywać nadciągającego orszaku, zresztą byłoby to i tak bezcelowe. Już z daleka mogli dostrzec znany im proporzec, a otaczające go towarzystwo raczej nie pozostawiało wątpliwości, iż jego obecność nie była przypadkiem. Do stolicy nadciągał posłaniec rodu Hilduuna. Ba, może nawet sam członek rodu.

I to nie byle członek, a sam hrabia Wichrowych Pól. Nie odzywając się ani słowem po prostu jechał dalej. Gdyby tylko cały pobyt minął równie łatwo co przejazd przez bramę. Ale Virnhild doskonale wiedział, że to niemożliwe. Czekały go dni, albo i tygodnie spędzone wśród tych zatęchłych murów. Nie lubił spędzać zbyt wiele czasu w stolicy. Nie podzielał entuzjazmu tych dworskich pizd, które niemal cały rok przesiadywały pośród murów "serca Autonomii", a zarządzanie swoimi ziemiami pozostawiali innym. Picie wina w komnatach i przechadzanie się po ogrodach było zajęciem dla niewiast, które naturalnie nie miały predyspozycji do męskich zajęć. Wolał nawet nie rozważać czym się ci krwiopijcy zajmowali teraz - gdy nie było króla, któremu można lizać tyłek.

Młody Lew popędził konia, zmuszając go do galopu. Herb jego rodu zatańczył z głośnym łopotem, gdy niosący proporzec mężczyzna poderwał również i swego wierzchowca. Virnhild przemknął pomiędzy towarzyszącymi mu ludźmi i wypadł z bramy wewnątrz miasta zostawiając ich w tyle. Za jego plecami narastał stukot kopyt, cały orszak rzucił się do przodu chcąc nadążyć za hrabią. Po kilkudziesięciu metrach przednia straż zdołała go dogonić, potomek Hilduuna nadal jednak pędził przed siebie. Bez cienia przejęcia patrzył jak ludzie uciekają na boki. Szarpnął wodze w bok, ledwo omijając jakąś zdezorientowaną kobietę. Zwolnił dopiero przy rynku, gdzie liczba ludzi była na tyle znaczna, że niemożliwe było utrzymanie tego tempa nie tratując przechodniów.

Jego ludzie wysunęli się naprzód rozpędzając ciżbę drzewcami włóczni. Drewniane kije pracowały żwawo popychając ludzi i częstując smagnięciami tych, którzy byli zbyt wolni. Tłum rozsuwał się mozolnie, niczym rozstępująca się woda. Przejście! Miejsce dla hrabii! Usunąć się z drogi! Padały kolejne okrzyki, które jednak ginęły już po chwili gdzieś pośród ludu. A ten gęstniał po bokach orszaku i zamykał się za jego plecami. Zaczęli zbierać się gapie, niektórzy chcieli zobaczyć kto jechał, inni zapewne liczyli, że może szlachcic sypnie w tłum monetami, jak to czasami się zdarzało. Jakaś bogato odziana mieszczanka, czerwona z oburzenia, próbowała nie znaleźć się na drodze żadnego ze zbrojnych, aby przypadkiem nie zebrać uderzenia drzewcem broni. Ludzie Virnhilda nie szanowali tutaj nikogo, czuli się bezkarni. Tak jak i on. Ród Hilduuna odpowiadał przed królem. A król nie żył, więc i nie było przed kim odpowiadać.

Orszak w końcu wyrwał się i popędził dalej, znów przyśpieszając gdy tłum zaczął rzednąć w miarę oddalania się od centrum miasta. Pod samą bramę twierdzy mało kto już się zapuszczał. O dziwo sterczała tam dwójka jakiś cudzoziemców, którzy mierzyli się spojrzeniami ze strażą. Virnhild zerknął na nich przelotnie. Nie interesowało go to, w razie czego straż się nimi zajmie. Chociaż, musiał przyznać że wyglądali dość ciekawie. W nieco innych warunkach zapewne zatrzymałby się by zamienić z nimi kilka słów i wyczuć z jakiej gliny ich ulepiono. Szczególnie tego młodszego, odzianego jak do walki. Ale teraz chciał już znaleźć się za murami twierdzy.

Musiał wreszcie się zatrzymać, oczekując aż zostanie przed nim otwarta brama. Niekorzystnie. Skinął niedbale ręką gdy zapowiadano jego osobę, w ten sposób nakazując pominąć te wszystkie zbędne tytuły. Nie miał zamiaru czekać dłużej, niż było to konieczne.

Drzwi rozwarły się z cichym jękiem, a kilkunastoosobowy poczet wlał się do środka wraz z jucznymi końmi. Virnhild zsiadł z impetem ze swojego wierzchowca i podał wodze stojącej najbliżej osobie. To nie były byle siwki, a faleforskie konie. Nie będą przecież kisić się w miejskich stajniach.

Młody Lew wsparł dłoń na głowicy miecza i rozejrzał się wokół. Był ciekaw czy ktoś go powita.

Awatar użytkownika
Harkvinnar
Posty: 43
Rejestracja: 09 kwie 2014, 22:58
Lokalizacja postaci: Główne pomieszczenie
Karta Postaci: viewtopic.php?p=49563#49563

14 gru 2015, 13:45

Jakże śmieli go odesłać! Nie wiedzieli chyba, jak poważna jest sytuacja. W murach chronionej przez nich twierdzy zmarł następca tronu Wysokiego Hodgerdu, a oni nawet nie wyglądali na zafrasowanych tą nowiną! Musieli więc wiedzieć. Wiedzieli. Wszyscy byli uwikłani. Psy bez honoru umyśliły sobie zatuszować sprawę. Harstorr wypiął się na tę bezbożną krainę słabych ludzi. Śmietnik tradycji, wymiociny historii, kurwy dumy! Tego było za wiele. Harkvinnar gotów był stanąć do nierównego boju ze wszystkimi tymi wolenvaińczykami, chroniąc swoich wartości i swego jestesetwa. Nie cofnął się.

I tak właśnie zakończyłaby się jego historia, gdyby nie pojawienie się pod zamkiem jakiegoś możnego paniska. Roskvarskiej był to człek postury to i nadzieję roskvara rozpalił. Możny nie zwrócił za bardzo nań swej uwagi, twardy i skupiony na swym celu, choć przybyły ze swą świtą z daleka. Trudy podróży spływały po nim niczym lekki pocałunek zdradzieckiej Otsji. Grad patrzył na niego i poznał swego: człek z gór.

Złożył się, podszedł i rzekł, najprzedniejszą Wolną Mową jaką znał; powoli i dokładnie. Zgiął sztywno kark.

– Panie. – Głos mu nie drżał, choć z pewnością zmierzyli go wojowie o stokroć potężniejsi od niego. – Widać, żeś pan człekiem honoru – zaczął właściwie, bez szerokich wstępów. – W murach tych padł spadkobierca tronu Wysokiego Hodgerdu, kraju mego rodzinnego, Heodren Horfrad. Krew boskiego pomazańca wsiąkła w ciała i umysły zbrodniarzy. Wydaj mi psa za to odpowiedzialnego, a będę ci wierny – zakończył, samemu dziwiąc się dźwięku swoich słów, wiedząc jednak, że nie mógł zaproponować niczego w zamian. Zaproponował więc wszystko, co miał.

Awatar użytkownika
Virnhild Hilduun
Posty: 10
Rejestracja: 02 wrz 2015, 23:56
Lokalizacja postaci: Sala Tronowa
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3532#54061

15 gru 2015, 12:38

Virnhild obrócił się w siodle wbijając wzrok w uzbrojonego roskvara. Mężczyzna z Północy rozpoczął rozmowę dobrze. Przynajmniej na tyle dobrze, aby go wysłuchać. Potomek Hilduuna skierował swój wzrok w stronę Twierdzy, gdy pobliźniony człek opowiadał o śmierci Heodrena. Musiał przyznać, że nic mu to nie mówiło.

- Heodren Horfrad - powtórzył cicho, starając się zapamiętać do obco brzmiące miano. Roskvar obiecywał swoją wierność za wydanie człowieka, który zamordował jego władcę. Brzmiało to intrygująco. Czyżby Rejrand w swojej głupocie uwikłał się w jakieś dziwne spiski? Północ przecież była pod panowaniem Imperium, a wieści o tym dotarły do Autonomii już dawno temu. Virnhild szybko przekalkulował sytuację w myślach. Teoretycznie mógł na tym zyskać, a niewiele mógł stracić. Chętnie zresztą usłyszałby coś więcej na temat tego całego Heodrena... No i samego mężczyzny, który poszukuje jego zabójcy. Może jest kimś ważnym?

- Wywiem się co mieszkańcy tego zamku wiedzą o śmierci twojego władcy, wojowniku. Czy ty i twój kompan - wskazał na rosłego mężczyznę, który stał obok Harkvinnara - macie się gdzie zatrzymać w tym czasie?

Awatar użytkownika
Harkvinnar
Posty: 43
Rejestracja: 09 kwie 2014, 22:58
Lokalizacja postaci: Główne pomieszczenie
Karta Postaci: viewtopic.php?p=49563#49563

15 gru 2015, 22:26

Raz jeden nie spotkał go zawód. Możny okazał się tym, za kogo Hark go uznał. Jeśliby udawał – słowo się rzekło, a drużyna strzygła uszami. Co to za przywódca, który nie idzie za słowem? Cóż, godny tego kraju. Niestety, nic więcej Gradowi nie pozostało. Wypuścił powoli powietrze, zeszła już z niego cała złość. Miał kogoś, kto nie patrzył na niego koso tylko ze względu na pochodzenie. Na pewno miał w tym swój interes, ale interesy możnych nie obchodziły Harkvinnara. Liczył się tylko jego osobisty cel.

– Dziękuję, panie – wyrzekł, gdy posłyszał deklarację konnego. Na jego pytanie nie odpowiedział od razu. Nocowanie po karczmach było nie na jego kieszeń. Z drugiej strony, sugerowanie, że tamten winien załatwić mu wikt i opierunek, było niskie. Nie było powodów, aby oczekiwać czegoś więcej. Grad dostał uwagę, na niczym więcej mu nie zależało. Ktoś istotny dowiedział się o jego sprawie i obiecywał pomoc. Był to bardzo duży krok.

– Poradzę sobie – zapewnił hardo, nadal z podniesioną głową. – Będę tu zachodził świtem i zmierzchem, czekając na wieść – postanowił, sposobiąc się do odejścia. I tak zbyt wiele czasu szlachty zajął. Rad był, że nie odesłali go do bogów przed próbą wymierzenia hodgerdskiej sprawiedliwości psom odpowiedzialnym za mord na Heodrenie.

– Harkvinnar zwany Gradem z Północy – rzucił na odchodne, jasno stanowiąc swe miano. Nie oczekiwał, że jego rozmówca również mu się przedstawi. Wyglądał na takiego, który przyzwyczajony jest do tego, że wszyscy go znają, a zapowiada się tylko heroldem. Ludzie w mieście na pewno gadali o nim i jego świcie. Wystarczyło posłuchać.

Skinął na Brefirrida, którego przez konieczność przyszło mu zignorować. Oddalił się wolnym krokiem spod bramy Twierdzy, czując, że kusznicy z murów nadal mierzą do jego pleców. Zawiesił na nich tarczę.

z/t
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3762
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

Modern Shells

23 lut 2016, 10:04

MG

Strażnicy może i chcieli zareagować w jakikolwiek sposób na naruszenie strefy komfortu hrabiego Hilduuna przez nieokrzesanego Harkvinnara, ale zwyczajnie nie zdążyli. Znalezienie koncepcji na to, jak zrobić to tak, aby nie uchybić możnemu przy jednoczesnym nieeskalowaniu konfliktu z roskvarem zajęło im zbyt wiele czasu, a Virnhild szybko zadecydował, że nie odwróci wzroku od mieszkańca Północy. Zamienili kilka słów.

Zwalisty mąż zaraz po tym odszedł, chyba ku uldze wszystkich obecnych. Jego niewzruszony niczym polodowcowy głaz druidzki towarzysz nie ruszył się, ale też nikomu nie zawracał głowy, toteż głowa rodu Hilduuna wraz ze swoim pocztem wjechała wreszcie – bez żadnych problemów – do Twierdzy.

Brama zamknęła się za mężczyznami. Wielu z nich zaraz po tym za przykładem swego pana zsiadło z koni. Zakrzątnął się koniuszy. Wezwał swoich ludzi, pomogli odprowadzić faleforskie wierzchowce do stajni królewskiej. Z Pałacu Sprawiedliwości prędko wyszedł człek w zielono-żółtej, obfitej sukni i uniesionym, fantazyjnie ułożonym kapturze. Jego ubiór nie był dostosowany do najnowszych standardów dworskiej mody, ale mąż ten na tyle wiekowy, że nie musiał się tym przejmować. Towarzyszyło mu dwóch obleczonych w nienagannie wypolerowaną stal wojowników przy mieczach. Ich płaszcze jasno zdradzały, że są członkami elitarnej Gwardii Królewskiej, a bogacz, u którego boku stąpają, nie jest tutaj byle kim. Virnhild rozpoznawał go i musiał przyznać, że jego obecność była nieco zaskakująca. K'niemu szedł bowiem szambelan Twierdzy, pan Mardem z rodu Jalverda. Jego spokojna, szlachetna, ale nieostra w rysach twarz spoglądała na hrabiego z troską. Dużo starszy od Hilduuna mężczyzna patrzył na niego niczym na swe dziecię, chociaż nie mógł okazać swego nastawienia inaczej jak tylko tym właśnie zafrasowanym wzrokiem. Virnhildowi przyszło spotkać się z panem Mardemem niejednokrotnie, łatwo było mu poznać jego intencje. Miał je zresztą otwarcie wyrysowane na twarzy. Zdarzyło się coś niedobrego.

Nietrudno było zgadnąć, o cóż może chodzić. W kierunku hrabiego nie zdążał żaden z członków rady regencyjnej, która – choć złożona z niemiłych sercu Virnhilda stworzeń – sprawiała pewną władzę w tym miejscu i niechybnie powinna się stawić. Wśród nich był niejaki Tarret, majordom Twierdzy, z tytułu jej najwyższy zarządca (przynajmniej do czasu wyłonienia i osadzenia na tronie nowego króla). Pan Mardem doglądał zaś domu, był człekiem od spraw przyziemnych; goszczenia ważnych ludzi i dogadzania im, organizowania spotkań i biesiad. Oczywiście nie było żadną ujmą dla hrabiego, że powitał go taki dostojnik, ale jasnym było, że nie tak rzecz miała wyglądać. Przynajmniej majordom winien być na miejscu swego urzędu. W zamku. Tu zaś nie było nikogo z rady.

– Jego hrabiowska mość pan Virnhild z rodu Hilduuna herbu Lwia Łapa, syn Jottada Starego, Strażnik Gór, hrabia Wichrowych Łąk, baron Faleforu, pan Przedpola, pan Hodowli, pan Rybiej Sieni, pan Dwusiecza, pan Strzelawy, Zeatelanin i Młody Lew przybywa do Twierdzy Wolenvain w pokoju, by siąść i radzić wraz z sobie równymi nad losem wielkiej Autonomii na ten niespokojny czas – zapowiedział dźwięcznie i zgodnie z najwyższym dworskim obyczajem hrabiowski herold, oznajmiając wszystkim szlachcicom stolicy, kto pojawił się w ich domu. Pan Mardem nie miał przy sobie nikogo, kto mógłby go okrzyknąć, nie było zresztą takiej potrzeby. Jego godność i urząd, jaki piastował, wszystkim były dobrze znane, a sprawa, jaką chciał poruszyć, wyraźnie pilna. Gdyby to gość Twierdzy nie postąpił zgodnie ze zwyczajem, mogłoby to zostać uznane za afront, jednak jeśli robił to gospodarz, nie było w tym nic złego. W końcu przybysz sam musiał wiedzieć, do kogo zdąża.

Możny podszedł do Virnhilda i serdecznie złapał go za ramiona, po czym uścisnął przyjacielsko. Rozjaśnił się w uśmiechu, chociaż nadal bił od niego niepokój. Wyglądało na to, że ostatnimi czasy miał ręce pełne roboty i nie mógł sobie pozwolić nawet na chwilę rozluźnienia.

– Witaj, Virnhildzie. Długośmy się nie widzieli – spoufalił się, prowadząc swego gościa w stronę Pałacu Sprawiedliwości. Strażnicy szli parę kroków za nimi. Smutek w głosie szambelana był wyraźny, ale czuć było w nim też coś na wzór ulgi. Nie sposób było powiedzieć, czy Mardem zrzucał z siebie ciężar nadchodzących wieści, czy też uważał je za dobre. – Przybywasz do nas w zaiste niespokojnym czasie, bowiem spadło na nas ogromne nieszczęście – zaczął bez ogródek, przechodząc od razu do sedna i nie trzymając gościa w niepewności. – Dwójka członków rady regencyjnej, pan Tarret i pan Herubin, wybrała się w odwiedziny do siedzib rodów Pasczyna i Imokurena. – Nic nowego. O wyprawie słyszało się już wcześniej, nawet w Faleforze.

– Nigdy do nich nie dotarli – rzucił w końcu Mardem. – Podejrzewamy najgorsze. – Rozłożył ręce. – Pozostała w Twierdzy radna, pani Niniel, umknęła z miasta w obawie o swój żywot.

Rada regencyjna właściwie nie istniała już przed tym zdarzeniem. Nastroje społeczne kompletnie jej nie sprzyjały, a okoliczna szlachta w pewnym momencie stała się jej wręcz wroga. Virnhild z pewnością miał co do tego mieszane uczucia. Z jednej strony musiał cieszyć się, że nikt nie może już twierdzić, iż jego krajem rządzą nieludzie, a z drugiej podejrzewał, że palce maczały w tym osoby niezbyt mu przychylne. W przeciwnym razie już dawno by się o wszystkim dowiedział.

– Zjazd odbędzie się zatem bez udziału rady regencyjnej, nad czym wszyscy tutaj ogromnie ubolewamy. – Tym razem doprawdy trudno było uwierzyć w szczerość tych słów. Stary Mardem był poczciwy i współczujący, przeżył paru władców tego kraju (zaczął piastować swój urząd jeszcze za panowania Dariusza I Wolena) i znał się na swojej pracy, ale nawet komuś takiemu trudno było sympatyzować z przedłużającymi się rządami marionetkowej, złożonej z nieprzystosowanych do tego jednostek rady.

– Zjawiłeś się wcześnie. Jego hrabiowska mość pan Dardem Rejrand był cię jednak ubiegł.

Hrabia…?! Jeżeli pamięć Virnhilda go nie zawiodła, a nie zawiodła na pewno, bo nazwiska swych konkurentów pamiętał doskonale, Dardem Rejrand jeszcze niedawno nie był hrabią. Ba!, nie miał nawet możliwości zostania nim, był bowiem drugim synem, a jego starszy brat miał silną pozycję. Młody Lew podejrzewał najgorsze. Jakim cudem szuja zdolna do pozbycia się swojego ojca i brata była nadal na wolności, nade wszystko w stolicy, w samej sali tronowej, do której lekko prowadził Virnhilda Mardem…? Wprawdzie ojciec Rejranda był chory od dłuższego czasu, ale polepszało mu się, tymczasem…

– Niedawno zmarł mu ojciec, Lorven weź go w opiekę, a brat po Lwim Brodzie załamał się i wstąpił do Lorveniuszy – ostudził hrabiego szambelan. Znał hrabiego i jeśli nie doświadczył jego porywczości osobiście, to z pewnością znał krążące o niej opowieści. Sprawa nadal śmierdziała, ale nie aż tak, jak Zeatelanin mógł początkowo pomyśleć. Cóż za fortunny dla Dardema zbieg okoliczności…!

Wyjaśniwszy sprawę nieobecności rady i obecny status tego, z którym Virnhild niechybnie miał się niebawem zmierzyć, Mardem poprowadził go do przygotowanych dlań, bogatych komnat złożonych z ogromnej sypialni i pokoju dziennego przewidzianego chyba na spotkania z całymi grupami interesantów. Wkrótce słudzy wnieśli tutaj także rzeczy hrabiego. Jego koń musiał zostać rozkulbaczony.

– Rozgość się. Wieczorem czeka nas uczta, a do tego czasu na miejsce przybędą też inni szlachetni goście z okolicy. Z pewnością wielu będzie chciało z tobą porozmawiać. Jego namiestnicza mość pan Jakuren z rodu Gilbara przybędzie w przyszłym tygodniu – dodał na odchodne Mardem, odrobinę zagadkowo. Dlaczego informował hrabiego o przybyciu namiestnika Derinu, nie mówiąc ani słowa o pozostałych? Czyżby leżała w tym jakaś ukryta sugestia? Nawet Virnhildowi udzielał się powoli nastrój dworskich intryg, od których w przeszłości stronił całym sobą. Wiedział, że nikomu nie może tutaj zaufać.

Zapewne zaraz po tym, jak odświeży się po podróży i zrzuci z siebie podróżne ubranie do jego komnat zajdą rozliczni goście, wielu z wyrazami szacunku i honorami, ale też z prośbami i deklaracjami. Był przedstawicielem niezbyt popularnego w Twierdzy poglądu, jakoby Konsorcjum nie powinno tak silnie mieszać się w sprawy kraju. Był w mniejszości, ale wiedział, że istnieje pewna grupa osób, która sympatyzuje z nim i z pewnością spróbuje nadać mu rolę w swych przedsięwzięciach. Ze szczególną nadzieją patrzył na rządców z głębi kraju. Nadchodzący zjazd szlachty całego kraju nadawał idealne warunki do bliskiego zapoznania się z nimi.

Wkrótce bowiem w Twierdzy miało zaroić się od setek możnych. Z pewnością nie pomieszczą się tu wszyscy, zajmując również rozliczne kwatery w mieście czy niedaleko niego. Zapowiadało się pęknięcie stolicy w szwach. Wielu ściągało tutaj tylko po to, aby uczestniczyć w tym wielkim wydarzeniu, a jeśli doliczyć do tego fakt, że zjazd oficjalnie zacząć się miał turniejem rycerskim, jaki odbyć miał się w obrębie starożytnej areny poza miastem, spodziewać należało się kwiatu nie tylko politycznego, ale również walecznego.

Wiadomym było, że niektórzy z istotnych graczy prowincji stołecznej przebywają obecnie w zamku Anagorax na wybrzeżu Morza Smoczego, niechybnie ustalając spójną taktykę negocjacyjną najbliższe dni. Nie sposób było ogarnąć umysłem, ile grup reprezentujących różne interesy miało wytworzyć się na czas zjazdu, który potrwać miał do samej jesieni. Najważniejsza kwestia, a więc określenie, kto ma największe prawa do tronu, już mocno dzieliła szlachtę, a gdy do głosu dochodziły kwestie pomniejsze, robił się ogromny bałagan. Nie zapowiadało się, aby ci ludzie kiedykolwiek się dogadali. Virnhild miał przynajmniej kilka dni, aby przygotować się na to wszystko. Zapowiadały się dlań niezwykle intensywne miesiące.

Szambelan nie wyszedł jeszcze, czekając na sposobność. Niepodobna było opuścić hrabiego bez jego przyzwolenia.

Awatar użytkownika
Virnhild Hilduun
Posty: 10
Rejestracja: 02 wrz 2015, 23:56
Lokalizacja postaci: Sala Tronowa
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3532#54061

23 lut 2016, 14:14

- Prawda, sporo czasu minęło - przytaknął, podążając za gospodarzem. Obecność tak doświadczonej osoby przynajmniej upewniała go w tym, że nie musiał się już przejmować ani końmi, ani też swoimi ludźmi - niewątpliwie dla każdego z nich znajdzie się odpowiednie miejsce. Musiał przed sobą przyznać, że to stosunkowo przyjazne powitanie dało mu pewną ulgę. Rozważał w drodze, czy nie powinien był zabrać ze sobą więcej ludzi. Oczywiście, część jego rzeczy dotrze do Wolenvain w późniejszym terminie. Wozy i część służby nie byli w stanie nadążyć za niecierpliwym hrabią, a więc dogonią ich w najbliższym czasie.

A więc sztuczna rada stworzona z przypadkowych nieludzi pożegnała się ze światem. A przynajmniej, podobnie jak Mardem, tak podejrzewał Virnhild. Starszy szlachcic był osobą na tyle poważaną i wiekową, że spoufalanie się do jakiego od razu przeszedł nie przeszkadzało szczególnie młodemu hrabiemu. Zwłaszcza, że opiekun twierdzy zdawał się sprzyjać sprawie Hilduuna. Pamiętał Mardema jeszcze z czasów swej młodości, gdy ojciec pojawiał się ze swym przyszłym dziedzicem na zamku. Zawsze traktował ród Strażników Gór z respektem. Jednak nawet on nie był godzien zaufania tak długo, jak Virnhild nie rozezna się w tym co dzieje się na zamku.

Odchrząknął, maskując tym sposobem grymas, który był bliski pojawienia się na twarzy po wyrażeniu przez szambelana żalu z powodu nieobecności rady. Trudno było zgodzić się, że "rządy" tych nieludzi były w jakimkolwiek stopniu korzystne dla kraju. Szczęśliwie cała ta farsa dobiegła końca. Ciekawe czy rody, które miały ich gościć były w to zamieszane. Nie sprzyjali w końcu radzie, a niedopilnowanie bezpieczeństwa swoich gości niewątpliwie było pewnym... nietaktem.

Myśli Virnhilda urwały się jednak gwałtownie, gdy usłyszał kolejne słowa szambelana.

- Dardem? - powtórzył w pierwszej chwili, sądząc że Mardem zwyczajnie się przejęzyczył. Taki błąd, choć niewątpliwie będący nietaktem każdemu może się zdarzyć. Jednak prowadzący go szlachcic nie poprawił się. Wyjaśnił jedynie tę nieoczekiwaną sytuację.

- Pan Dardem niewątpliwie ubolewa nad tym nieoczekiwanym napadem nieszczęść. Jego ojciec zdawał się zdrowieć - Młody Lew wycedził w odpowiedzi. A więc ta Konsorcyjna gnida stała się hrabią. To był poważny cios dla pozycji Virnhilda. Wszyscy doskonale wiedzieli, że ambicje młodego Rejranda nie kończą się na tytule hrabii. Sam fakt, że siedział on już od jakiegoś czasu w Wolenvain tylko to potwierdzał. W dobie Konsorcjum Virnhild raczej nie mógł liczyć na to, że szlachta spojrzy na roszczenia Dardema - niech go gryfy rozszarpią - krzywo tylko dlatego, że był drugim synem.

Zeatelanin rozejrzał się komnatach, do których go wprowadzono. Chciał szybko zorientować się czy uznano go za ważnego gościa, czy też postanowiono na nim oszczędzać. Pierwsze wrażenie było raczej pozytywne. Pokiwał głową słysząc o przybyciu Jakurena. Była to raczej oczywista sugestia, że Virnhild powinien z nim porozmawiać. Sam Hilduun też zresztą nie miał co do tej sprawy wątpliwości. Derin był przeciwny Konsorcjum, a to oznaczało że może sprzyjać jemu. Może, ale nie musi. Strażnik Gór był świadom, że sam nie wywalczy wygranej. Jego ziemie były obszerne i bogate, w dodatku umiejscowione w korzystnym miejscu, pozwalającym na kontrolę właściwie całej prowincji, przecinając ją na pół. Mógł wystawić imponującą nawet jak na hrabiego armię. Ludzie na terenach rodu Hilduuna zawsze byli zaprawieni w walce, oraz posiadali wiele broni. Wynikało to z tradycji i faktu, że stanowili niejako żywy mur przeciw najazdom orków. Niewątpliwie mógł też liczyć na wsparcie swoich wasali, czy dłużników. Ale to wszystko nadal było niczym, jeśli cała Autonomia miałaby rzucić mu się do gardła.

- Dopilnuj, aby rychło poinformowano mnie o jego przyjeździe - poprosił szambelana tonem, który przy okazji dawał mu jasno do zrozumienia, że hrabia nic więcej nie potrzebuje i może spokojnie odejść.

Uczta brzmiała bardzo obiecująco. Lubił uczty, pozwalały rozładować nieco energii. Tymczasem poczekał aż Mardem opuści komnaty i obszedł je, by mieć ogólne pojęcie co i gdzie się znajduje. Zaraz po tym rychło ruszył by odświeżyć się po podróży i ubrać nieco czystsze szaty. W pierwszym odruchu chciał odziać się raczej wygodnie niż dostojnie, jednak szybko zmienił zdanie. Skoro już tutaj przybył po to aby robić wrażenie, to powinien robić je i strojem. Wybrał świeżą, karmazynową jopulę. Po dłuższej chwili mógł stanąć już odziany przed lustrem, upewniając się że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Poprawił pas, narzucił na swoje ramiona płaszcz i mruknął z zadowoleniem przyglądając się widocznej w odbiciu postaci, która prężyła się dumnie, wspierając swoją dłoń na rękojeści miecza. Jeśli nie będzie miał pilniejszych potrzeb, to zapewne jest to odpowiedni czas, aby przespacerować się po tym dziwacznym pałacu.

Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3762
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

Middle of the

31 lip 2016, 22:33

MG

Spacer po Pałacu Sprawiedliwości nie doszedł do skutku, bo gdy tylko hrabia Hilduun odział się stosownie i odświeżył po podróży, do jego komnaty poczęły schodzić się istne tłumy. Większość z bardziej istotnych graczy wolała dać mu czekać, wiedząc, że może sobie na to pozwolić, ale ci, którzy nie mogli liczyć na oficjalnie spotkanie ze Strażnikiem Gór, poczęli nachodzić go już teraz. Och, ileż pięknych, młodych (często zbyt młodych) córek mu wtedy zaprezentowano! Nie było tajemnicą, że Młody Lew ciągle pozostawał kawalerem, a liczący na jego przychylność ojcowie modrookich dzierlatek prześcigali się w propozycjach posagów i wielopokoleniowej służby. Gdyby poślubił wszystkie te dziewczęta, jego armia zwiększyłaby się o połowę.

Poubierane na szybko w najlepsze szaty dygały, popisywały się znajomością obyczaju i płoniły wdzięcznie na zwyczajowe komplementy, wyuczone reakcji niczym psy myśliwskie. Rekordzista zabrał ze sobą wszystkie sześć córek, jakie spłodził, prezentując jedna po drugiej bez poczucia wstydu czy żenady. Inni starali się krygować, dopytywać, jak się sprawy mają, poruszać istotne dla kraju sprawy i przechodzić do sedna dopiero po dłuższej rozmowie. Herold pałacowy ochrypł z tego wszystkiego, stając ostatecznie o wiele bliżej hrabiego, dzięki czemu nadal pozostawał słyszalny. Niektórych z ojców hrabia znał osobiście, o innych tylko słyszał, a pozostali byli mu kompletnie nieznani. Kilka z możliwych do zrealizowania mariaży jawiło się – wedle jego wiedzy – dość korzystnie i, mając na uwadze dobro swych ziem, musiał je przynajmniej rozważyć.

Trudno było jednak o chwilę spokoju i skupienie ważne przy roztrząsaniu tego rodzaju spraw, gdy młódki wdzięczyły się przed Virnhildem, prezentując nie tylko nienaganną etykietę, ale również często bardzo ekstrawaganckie stroje. Gracja ruchów niektórych z nich sprawiła, że młode serce Virnhilda zabiło mocniej, męcząc jego i tak obolałe mięśnie nagłymi napadami gorąca. Wkrótce cała ta plejada stała się męcząca i nie dziwota, że stawali do niej wyłącznie osobnicy mniej obyczajni. Dobrze byłoby dać możnemu nieco ochłonąć, jednak wielu z mieszkańców Twierdzy sądziło najwyraźniej, że jeśli się pospieszy, to ma większe szanse na zapamiętanie. Był to kolejny dowód na zdziczenie szlachty stolicy, która po 410 Ery Feniksa uszczupliła się o wiele znaczących, istotnych jednostek. Sam Virnihld, wiedząc jednakże, że pogląd ten powodowany był raczej jego niechęcią do Konsorcjum niźli twardymi faktami sądził, że większość tych, z którymi się teraz spotykał, dopuszczono do dworu tylko przez wzgląd na ich użyteczność dla tej kupieckiej organizacji. Teraz zaś dopuszczano ich do niego, ku postępującej irytacji hrabiego.

Wreszcie złapał moment na odpoczynek, czując, że nie zdzierży dłużej. Herold wyszedł, robiąc sobie dłuższą przerwę i zapowiadając niemal szeptem, że w razie czego przyśle zmiennika. W komnacie pojawił się dawny giermek Hilduuna, niedawno wyniesiony do statusu rycerza Varrist z rodu Kelkana. Przygody, które przebył u boku hrabiego stawiały go wysoko w hierarchii przyjaciół Zeatelanina, zatem mógł sobie pozwolić na odrobinę luzu w jego prezencji.

– Odprawiłem szmaty – rzekł rubasznie, uśmiechając się na widok ulgi, która pomalowała szczerą w jego prezencji twarz Vinrhilda. – Nie będą cię już nękać. Mamy ważniejsze rzeczy do roboty – dodał, stawiając przed hrabią dzban przedniego piwa pochodzącego najpewniej prosto z tutejszych piwniczek. Kufle znajdowały się w samej komnacie. Cokolwiek powiedzieć o Pałacu Sprawiedliwości, jedno było pewne – był o wiele wygodniejszy niż klasyczny zamek. Każdy z gości miał tutaj godne, prywatne miejsce, co było o tyle niecodzienne, o ile sprzyjające nastrojowi tego miejsca. Tutaj każdy knuł po licznych kątach, nikt nie wiedział, kto z kim i dlaczego. Sam Virnhild mógł podejrzewać, że wielu z tych, którzy przyszli tutaj prezentować mu swoje córki, w rzeczywistości wpadło na przeszpiegi, sprzedając właśnie informacje o temperamencie, nastawieniu i ubiorze hrabiego wszystkim tym, którzy zapłacili srebrem lub dobrym winem.

Nie sposób było odmówić staremu kumplowi, toteż mężczyźni napili się. Sam Varrist zdążył się był już przebrać, ale nie zrezygnował z miecza i ostróg rycerskich, łącząc bitewny strój z galowym i jasno świadcząc, że nie będzie uczestniczył w tutejszych rozgrywkach. Poza tym, nadal obnosił się dumnie ze swoim statusem, świecąc dodatkowo zdobionym w srebrne płytki, obszernym pasem mieczowym. Przybył na turniej, to jasne, reszta mniej go obchodziła, chociaż w obronie swego druha zdolny był do rzucenia się nawet w objęcia Eeskara.

– Dobre były. Niektóre – nawinął, nie kłopocząc się nawet zlizaniem trunku z obszernych wąsów, które zapuścił zapewne w celu przyciągnięcia wzroku mocno nieletnich białogłów, w których gustował. Miał już rozwinąć ten temat, gdy do pomieszczenia ktoś zapukał. Varrist powstał, beknął potężnie i otworzył drzwi, mierząc przybysza srogo i strzygąc wąsami na wypadek, gdyby do komnat zamierzała wtargnąć kolejna dzierlatka z ramienia swego śliniącego się ojca. Pomylił się jednak, bo u progu stał sam szambelan, imć Mardem. Gnąc się w ukłonach i przepraszając za najście, wprosił się do środka. Sam obsłużył się z piwem, łyknął zdrowo, odetchnął i zaczął mówić.

– Jego Łaskawość pan Dardem z rodu Rejranda oczekuje pana w sali tronowej – rzekł po pewnym czasie, zachowując konwenanse w mowie, ale nie zachowując się zgodnie z nimi. Widać było, że jest wstrząśnięty. Nie mówił, dlaczego. Varrist zerknął na swego przyjaciela, zastanawiając się, co odpowie. Jego zaciśnięte w niepokoju usta sprawiły, że nadal mokry wąs opadł mu całkowicie.

Niestawienie się na takie wezwanie byłoby odebrane za spory nietakt, jednak podobnym nietaktem było wymaganie stawienia się tak wcześnie po podróży. Tego rodzaju spotkań hrabia Hilduun mógł spodziewać się najwcześniej jutrzejszego wieczora, a tutaj, proszę: największy chyba gracz stolicy chciał porozmawiać już teraz. Z pewnością nie było to przypadkowe, podobnie jak miejsce, które obrał na to spotkanie. Prosił do sali tronowej, jak gdyby już nosił koronę. W połączeniu z nerwami, jakie wywołały u Virnhilda liczne spotkania z pomniejszymi szlachcicami i ich córkami, zaproszenie od Rejranda nie miało prawa wywołać niczego ponad jeszcze większe zdenerwowanie. Czego mógł chcieć i dlaczego akurat teraz?

Niewiele potrzeba było Młodemu Lwowi, aby sfrustrować się tym wszystkim. Wdepnął w niezłe gówno i wiedział, że jest za późno, aby z niego wyjść. Mógł mieć tylko nadzieję, że są tutaj ludzie, którzy ochronią go przed zakusami tutejszych frakcji. Póki co jednak był w kropce, nie wiedząc, czego może się spodziewać. Jego informatorzy nie dotarli jeszcze, wiedząc, że mają dużo czasu na wykonanie swej pracy. Najwyraźniej informatorzy Rejranda byli dużo szybsi i tylko dzięki nim udało się mu wprowadzić swego konkurenta w stan silnej niepewności. Być może jednak szambelan wiedział coś więcej, na co wskazywałoby jego dziwne zachowanie. Mardem nigdy nie należał do osób szczególnie skrytych, jego intencje były szeroko znane i nie wydawał się nikomu szkodzić. Z Virnihildem zdawał się wręcz sympatyzować, traktując go tak, jak przystało na pierwszego gościa z zewnątrz. Być może szambelanowi nie w smak była obecna sytuacja polityczna i po zebraniu szlachty naiwnie oczekiwał zmiany, którą zwiastować mogło nadejście Strażnika Gór.

Awatar użytkownika
Virnhild Hilduun
Posty: 10
Rejestracja: 02 wrz 2015, 23:56
Lokalizacja postaci: Sala Tronowa
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3532#54061

07 sie 2016, 13:26

Virnhild musiał zrezygnować ze swoich planów spaceru po Pałacu Sprawiedliwości. Młody Lew z niechęcią musiał przyznać, że okazał się po prostu zbyt powolny. Liczył, że zdąży uciec na wspomnianą przechadzkę, co sprawi że co bardziej nachalni, a mniej zorientowani szlachcice odbiją się od drzwi jego komnaty, a spotka jedynie tych niewiele, acz zawsze nieco bardziej wartościowych - którzy poświęcą dość wysiłku aby go poszukać. Tymczasem przed drzwi bez chwili przerwy począł wlewać się miastowy rynsztok.

Pan Wichrowych Pól ze znużeniem obserwował całą farsę, która się przed nim rozgrywała. Stołeczne kurwy krążyły przed nim wdzięcząc się i próbując zyskać jakiekolwiek względy, aby później wykorzystać je dla siebie, a zapewne w wielu wypadkach nawet przeciw niemu. I bynajmniej nie miał na myśli tutaj młodych szlachcianek. Wszystko kręciło się wokół sum pieniędzy jakieś ktoś mógł zyskać, a ktoś inny stracić. Ojcowie nadesłanych dziewek, którzy robili co mogli aby zaskarbić sobie łaski każdego, kto był chociaż trochę większy od nich byli częstokroć niewiele warci. Hilduun może po prostu ich nie rozumiał, od swego urodzenia będąc na raczej uprzywilejowanej pozycji przyszłego Strażnika Gór i dziedzica jednych z ważniejszych ziem na terenie prowincji stołecznej. Z siłą militarną Faleforu musiał liczyć się każdy, nie tylko ze względu na jej ilość, ale też doświadczenie w starciach z plemionami orków. W czasach uczt, pijaństwa i względnego pokoju ludzie pokroju tych wojowników byli na wagę złota. Dysponowali w końcu czymś, czego brakowało innym. A może po prostu to oni faktycznie byli gronem chwastów. Cóż, przynajmniej niektórzy mieli nawet urodziwe córki.

Częstokroć nie siląc się na szczególne ukrywanie znużenia czy niechęci - jeśli tylko coś mu się nie spodobało - Virnhild stosował się jako tako do szlacheckiej etykiety, odpowiadając na pozdrowienia, prawiąc puste komplementy i wymieniając uprzejmości. Traktował ludzi jak zawsze - bezpośrednio, nie owijając w bawełnę i nie siląc się na delikatność, ale też nie wywyższając się ponad nich ze względu na swój stan. Wiedział kogo może zignorować, a komu musi okazać szacunek. Fakt że nie był zwolennikiem dworskich gierek nie znaczył jeszcze, że nie weźmie w nich udziału gdy był zmuszony. Obserwował próbujących sprzedać swoje córki jak jabłka na targu szlachciców, w myślach wysadzając już ich z konia na turnieju i obserwując ich imponujący przelot nad ubitą ziemią. Bo do tego właśnie większość z nich nadawała się w jego opinii. Gardził nimi. Za to jacy byli, jak się zachowywali, ze względu na ich perfumowane stroju, chude rączki o obłożonych kosztownościami palcach, czy wręcz przeciwnie - ociekające sadłem paluchy. Gardził nimi i okazywał to, nie na tyle jednak aby fakt ten wybijał się ponad inne jego zachowania. Ot, po prostu taki był i większość z tych szlachciców spodziewała się, że z takim właśnie nastawieniem zostaną przyjęci. W końcu tacy zawsze byli Hilduunowie, ludzie z gór.

Niemniej jednak, nie był głupcem. Obserwował też i córki, w myślach wręcz już mimowolnie oceniając korzyści jakie przyniosłoby mu małżeństwo. Trzeba przyznać, że stada wdzięczących się dziewek były jakimś plusem stanu kawalerskiego. Hilduun starał się jednak nie dać po sobie nic poznać i zachować chłodny, nieodgadniony wyraz twarzy. Wyraz, który był przecież tak potrzebny we wszelkiej polityce, a szczególnie był mu potrzebny teraz. W myślach kalkulował za każdym razem czyją córką była kolejna podesłana mu maskotka, jakie korzyści materialne przyniósłby mu ślub i jak łatwo mógłby przejąć majątek tego szlachcica, czy dało się na nią patrzeć nie przysparzając sobie tym szczególnych cierpień, oraz na ile powodowała to uroda, a na ile kobiece sztuczki. W końcu, sięgał po jeszcze jedno kryterium, czy głowy tych panienek były równie puste co zakute łby ich ojców, czy może jednak odnalazłaby się wśród nich chociaż jedna, która była czymś więcej niż podesłaną przez ojca laleczką. Może i taka była gdzieś w tym nawale. Ale to zapewne były płonne nadzieje.
Już nawet herold miał dość, zapewne dawno nie mając styczności z tak ogromnymi grupami szlachty, jak te które przetaczały się ostatnimi dniami przez stolicę. Virnhild niemal się uśmiechnął, gdy przeszło mu przez myśl że powinni być zapowiadani tylko ważniejsi goście. Mina tych wszystkich popychadeł gdyby musieli wejść do komnat w kompletnej ciszy i osobiście się przedstawić przysporzyłaby mu pewną dozę radości. Z tego wszystkiego chyba właśnie najbardziej żal mu było wspomnianego herolda, który ledwo już chrypiał. Konkretnie i sprawnie wykonywał swoją robotę, nie poddając się nawet kiedy jego głos przestawał być słyszalny. A to sprawiało, że już miał w oczach Virnhilda jakąś pozytywną cechę. Chociaż jedną.

Czas mijał, a kiedy pan Faleforu zaczął powoli tracić cierpliwość i przesadnie okazywać swoje znużenie kolejnym gościom drzwi otwarły się ukazując kogoś, kogo Virnhild kojarzył. A przynajmniej tak mu się wydawało, albowiem w pierwszej chwili nie był pewien, że aby na pewno widzi swego przyjaciela. Zmarszczył brwi obserwując tę znaną mu sylwetkę. Gdy tylko z ust owej sylwetki wyszły pierwsze słowa, Hilduun poczuł szczerą ulgę.

- Varrist! - szlachcic podszedł do swego dawnego giermka wyciągając ręce i uściskał go bratersko. Zdecydowanie spośród wszystkich wizyt jakie go dzisiaj spotkały ta była najmilsza.

- Dawnośmy się nie widzieli, przyjacielu. Cieszę się, że mogę cię widzieć w dobrym zdrowiu.

Virnhild usiadł wraz ze świeżo upieczonym rycerzem, kontent z jego obecności. Młody Kelkan był konkretnym człowiekiem, z którym można było spędzać czas i czerpać z tego jakąś przyjemność. Jakimkolwiek sposobem udało mu się pozbyć całej tej czeredy czatującej u próg jego komnat, było to coś, za co musiał mu podziękować. Będą musieli wrócić później... I bez wątpienia to zrobią.

- Tresowane pieski - skwitował komentarz swego druha na temat przyprowadzanych doń dziewek. Fakt, niektóre może i były urodziwe, ale czy oferowały cokolwiek poza tym? Hilduun musiał to jeszcze przemyśleć. Może znajdzie się wśród tych, którzy go odwiedzili jakiś szlachcic o większych ziemiach, którego mógłby wchłonąć w najbliższej przyszłości. Powiększenie należących do jego rodu terenów zawsze było mile widziane. A chyba nie mógł liczyć na przesadnie wiele w kwestii przyszłej żony.

Zeatelanin westchnął w duchu, gdy do drzwi znów rozległo się pukanie. Nie raczył nawet podnieść się z siedzenia, gdy jego przyjaciel ruszył otworzyć drzwi. Dopiero gdy dostrzegł że to zamkowy szambelan przybył do jego komnat podniósł się aby go powitać. Mardem jednak nie silił się na żadne oficjalne powitania. Dobrał się za to do przyniesionego przez Varrista piwa. Również i on wyglądał na znużonego tym wszystkim, Virnhild mógł się jedynie domyślać że przyjęcie tylu gości także kosztowało starszego wiekiem mężczyznę sporo przygotowań i wysiłku. W dodatku był ewidentnie poruszony. Dlaczego?

- Dardem. W sali tronowej - powtórzył wręcz jadowicie słowa mężczyzny.

- Dobrze, zaraz się do niego udam. Czegóż jaśnie pan Dardem może chcieć tak wcześnie po moim przyjeździe? - dodał po chwili, nie kryjąc irytacji w głosie. Wyłożył kawę na ławę, dając znać Mardemowi, że chce usłyszeć wszystko co ten może mu powiedzieć. Tymczasem miał zamiar przygotować się do tej cholernej rozmowy.

Virnhild sięgnął po pas mieczowy, który zdjął dla własnej wygody przyjmując gości. Na spotkanie z Rejrandem nie miał zamiaru udawać się bez niego. Podobnie jak i bez reszty podobnych przyrządów. Pozostał w bogatym stroju, który ubrał wcześniej, jednak przemieniając go w coś bardziej na styl ubioru wybranego przez swego dawnego giermka. Na karmazynowej jopuli pojawił się pas mieczowy, przy którym zawisła broń. Młody Lew wygładził przód ubrania, który zmiął się nieco kiedy zakładał pas. Sięgnął do paska podtrzymującego jopulę i upewnił się, że sztylet na swoim miejscu. Był.

Poprawił pelerynę na ramieniu. Kolory jego rodu musiały być widoczne z daleka, tak aby każdy wiedział kto idzie. Na chwilę namyślił się, czy też brać ze sobą płaszcz i kaptur, aby jego ubiór wydał się bogatszy, czy też raczej pragmatycznie odpuścić sobie te dodatki. W końcu zdecydował się zdać na intuicję. Podobnie jeśli chodziło o to, czy powinien na to spotkanie zabrać kogoś ze sobą. Skoro Dardem chciał oficjalnie zobaczyć się na sali tronowej, to może Virnhild powinien oficjalnie przyjść do niego z własną obstawą, również niczym władca?

z/t
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3762
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

You're Gonna Be My Ruin

16 wrz 2016, 21:15

MG

Wśród ludzi odprowadzających hrabiego Hilduuna wzrokiem znajdował się Iverdon Balgerand. Nie sposób było nie świadkować takiemu podniosłemu wydarzeniu; w Twierdzy brakowało ostatnimi czasy rozrywek. Sytuacja po wojnie uporządkowała się. Nowe rody zagościły w Wolenvain i liczne towarzyszące temu zjawisku spięcia zdawały się dogasać. Większość z ich głów dorobiła się na tym, co Imperium Agstusu zrobiło z Wolenvain pięć lat temu i nie zyskała sobie tym szacunku. Pieniądz otwierał jednak każde drzwi, a gdy okazało się, że ci bogacze z Lorven łaski siedzą w kieszeni Konsorcjum, sprawy przybrały inny obrót. Mieszkańcy Twierdzy stanęli niepewnym murem po jednej stronie, wiedząc, że może im dać to same korzyści. Tylko kilka z najstarszych rodów dworzan mogło sobie pozwolić na samowolę i zachowanie pełnej buty. Byli też uchodźcy z Lokent, na tyle uprzywilejowani i ważni strategicznie, że z chęcią wszędzie ich przyjmowano. Niebawem stolica miała zapełnić się możnymi, graczami istotnymi nie tylko z perspektywy malutkich wojenek toczonych na zamku, ale całego kraju. Pierwszym z nich był Virnhild Hilduun.

Ciekawość wzięła w posiadanie pełnego determinacji Iverdona, który z uwagą obserwował ruchy, obejście i zachowanie hrabiego. Aspiracje były czymś, co zdefiniowało jego dzień. Pragnął uzyskać więcej, a pierwszym krokiem ku realizacji tego celu było powzięcie sobie żony. Gdy pojawienie się Virnihlda przerwało jego starania o spotkanie kogoś z rodu Pasczyna szczycącego się ponoć dużą liczbą córek, zobaczył ją.

Odziana w zwiewną, odsłaniającą gładki dekolt i takież ramiona suknię szła w towarzystwie swej o wiele skromniej i zgrzebniej odzianej służki. Rozmawiały wesoło, komentując zapewne rosłych mężczyzn towarzyszących Strażnikowi Gór; nie wydawały się zestrofowane tym, że każdy mógł je usłyszeć. Iverdon wiedział, na kogo patrzy. Panna z rodu Ezyhara. Nie pamiętał jej imienia, bo mało interesowały go rzeczy, które dzieją się w Twierdzy – szczególnie te dotyczące jej małej społeczności. Podczas swojego pobytu tutaj nie brał udziału w wielu spotkaniach wyższych sfer i z bolesną świadomością uzmysłowił sobie, jak bardzo utrudni mu to znalezienie żony. Chociaż wcześniej pewne pomniejsze rody wychodziły z inicjatywą, matka Iverdona zawsze uważała, że stać go na więcej.

Wybranie odpowiedniej osoby w celu przedłużenia z jej pomocą linii Balgeranda miało krytyczne znaczenie. Łatwo było się stoczyć, biorąc żonę, która nijak jej nie wzmocni. Iverdon wiedział, że jego ród nie znaczy wiele, ale przecież posiadał ziemie, nie należał więc do najniższej szlachty. Nie uważał się za zubożałego, wręcz przeciwnie. Kształcił się i zdobywał wiedzę na różne tematy, wiedząc, że dzięki nim będzie w końcu brylował. Poza tym, niedawno zmienił mu się senior. Stary Rejrand zmarł, ustępując miejsca swojemu synowi, co ciekawe – drugiemu. Pierwszy, ponoć zawsze mocno religijny, wstąpił do zakonu Lorveniuszy po tym, co zdarzyło się pod Lwim Brodem. Niewiele było o tym wiadomo, ale niedawno do miasta wrócili Patrioci, bezpośredni uczestnicy tych wydarzeń, którzy na pewno mogli na ten temat powiedzieć coś więcej.

W każdym razie – decyzja jego brata uczyniła młodego Dardema Rejranda, założyciela Konsorcjum i delegata Związku Miast Wschodnich na Wolenvain, hrabią. Jegomość ten był już w stolicy i Iverdon mógł się spodziewać rychłego z nim spotkania. Słyszał plotki o organizowanej ceremonii zaprzysiężenia i nie miał powodu, dla którego miałby przed nim nie klęknąć. Spotkanie wszystkich parów i samego seniora było doskonałą okazją, by zabłysnąć w towarzystwie i zwrócić na siebie uwagę. Sam hrabia Hilduun nie miał jeszcze żony, a był od Iverdona starszy. Być może odrzucone przez niego kandydatki, których z pewnością będzie dziesiątki, spojrzą na młodego Balgeranda przychylniejszym okiem. Szczególnie te bliższe Konsorcjum. W końcu Virnhild znany był jako przeciwnik tej inicjatywy, nawet mimo tego, że skonsolidowała ona prowincję stołeczną po wojnie i pozwoliła Wolenvain stanąć na nogi. Chwiejnie, ale prosto.

Niebieska sukienka zafalowała, przyciągając wzrok Iverdona, gdy panna zbliżyła się doń i spojrzała mu w oczy. Nie okazywała zapeszenia, jej młodość nie pozwalała jej na brak pewności siebie, a w pobliżu nie było starszych matron, które mogłyby ją powstrzymać. Pierwsza się przywitała, chociaż nie powinna. Służka trzymała się z tyłu, przez pewien czas próbując ją nawet powstrzymać, ale nie zdołała. Panna była przepełniona mocą sprawczą, emanując nią i podporządkowując otoczenie formie, którą mu narzuciła. Nie sposób było z tym dyskutować. Sam Iverdon popadł w tę konwencję w całości, prowadzony przez euforię, która swój bieg do jego mózgu zaczęła w okolicy podbrzusza. Zdarzało mu się pragnąć kobiet w ogólności, ale tym razem zapałał pragnieniem wobec tej szczególnej. Nie było czemu się dziwić, choć ta nie była wielką pięknością. Była za to naturalna, zdecydowana i pewna swego, a pewne niedoskonałości, których zdawała się być całkowicie świadoma, dodawały jej uroku. Pozwoliła mu się przedstawić, okazując lekkie, kokieteryjne zniecierpliwienie, jakby dokładnie wiedziała, przed kim stoi i nie wybrała go przypadkiem. Iverdon musiał przyznać, że był nią oczarowany. Trudno było nie być.

– Ficja Ezyhar – rzekła, a widać było, że dopracowała wypowiadanie swego miana do perfekcji, robiąc to zapewne na wielu spotkaniach z możnymi. Sam jej czar mógłby jej zagwarantować dobre małżeństwo, gdyby tylko trafiła na mężczyznę, który straci głowę nie dla wpływów, ale dla jej sukni. W tym momencie Iverdon sądził, że właściwie nie zdarzali się inni. On z pewnością był w ich gronie, przeszczęśliwy i wyjątkowo zestresowany, że znienacka stanął przed tak zjawiskową istotą.

– Kwiat rycerstwa – podjęła, nie patrząc już jednak na Hilduuna i jego świtę, ale na Iverdona, który miał ochotę spuścić wzrok. Patrzył jednak i chłonął ten widok; gdy mówiła, uśmiechała się lekko, unosząc lewy kącik ust i przekrzywiając głowę. Gdy słuchała, niemal niedostrzegalnie wydymała usta i unosiła brwi, niby to pobłażliwie, a tak naprawdę zachęcająco. Iverdon widział to wszystko, nie potrafiąc nazwać tego, co widzi. Miał ochotę jakoś ją zaskoczyć, wybić z tego rytmu, zobaczyć rzeczywiście zbitą odrobinę z tropu lub szczerze zainteresowaną. Teraz jednak to ona prowadziła grę. Grę, której Balgerand nie znał zasad, a w której i tak uczestniczył. Jego bierki były w rozsypce, ustępując zdecydowanemu atakowi przeciwnika.

– Piękni, prawda? Z samych gór. Ciekawe, ile orków ubili. Ubiłeś kiedyś orka, paniczu Iverdonie? – spoufaliła się, przechodząc do półoficjalnej formy. Służka z tła nawet przestała już fukać i syczeć. Zbladła i wydawało się, że zaraz z tego wszystkiego zemdleje.

Awatar użytkownika
Iverdon Balgerand
Posty: 12
Rejestracja: 21 sty 2015, 13:38
Lokalizacja postaci: Brama Twierdzy z dziedzińcem zamkowym
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3400

By the Look on Your Face I Can Feel the Fire

12 mar 2017, 12:43

Iverdon patrzył na zmierzającą w jego stronę kobietę spod lekko przymrużonych powiek. Nierzadko chwalił się swoją umiejętnością szybkiego oceniania ludzi na podstawie szczegółów, które często były pomijane przez innych. Tutaj było… inaczej. Próbując dostrzec cokolwiek mającego pomóc w identyfikacji jego wzrok cały czas był przyciągany przez jej twarz. W szczególności oczy, które spoglądały wprost na niego. Pragnął odwrócić wzrok, wbić go w ziemię i wszystko przemyśleć, ale nie było czasu, a organy za wszelką cenę opierały się jego poleceniom.

- ...verdon - powiedział cicho lekko piskliwym głosem, kiedy kobieta się przedstawiła. Po sekundzie jednak zreflektował się, odchrząknął i nieco mniej piskliwym głosem powiedział - Iverdon Balgerand - po czym ukłonił się lekko.

W jego głowie szalały różne myśli. Niektóre wręcz krzyczały na niego, że zupełnie postradał rozum i kazały mu zachowywać się zgodnie z etykietą, z której był tak dumny i którą znał tak dobrze. Inne wskazywały na zachowanie Ficji, którą powinien upomnieć za brak trzymania się tych samych zachowań i kazały natychmiast upomnieć i ją, i całą jej służbę za niepowstrzymanie jej.

Jednak jego oczy wciąż skupiały się na niej, a usta pozostały lekko rozwarte i nie wypuszczały z siebie żadnych słów. Przez jego ciało przebiegało tak wiele uczuć, że większości nie dał rady nawet rozpoznać. Wiedział tylko, że sama prezencja jej postaci wpływała na niego w bardzo, bardzo pozytywny sposób. Uzależnił się od tego w ułamku sekundy, pragnąc teraz tylko więcej. Chciał zatrzymać ją przy sobie - na tym właśnie skupiły się jego myśli. Musiał przynajmniej spróbować poprowadzić konwersację, mimo że jego stan raczej temu nie sprzyjał.

Ale coś mu przeszkadzało. Jeżeli miał być ze sobą szczery, to od razu poczuł się żałosny, mniejszy od cudu, piękna, które stało przed nim. Wiedział, że jest pod nią. Nie potrafił wyjrzeć poza niektóre ramy, nieważne jak bardzo pragnął się nauczyć. Chłonął całą jej osobę. Jej włosy, oczy, głos, wszystko składało się na ideał, którego zawsze potrzebował, marzenie, o którym nie zdawał sobie sprawy. I czuł, że nie jest wart. Czuł, że ona by się nim znudziła, kiedy on nie zdążyłby poznać najmniejszej jej cząstki. Była powodem, dla którego w czasie kilku sekund bardziej zapragnął się samodoskonalić niż przez całe jego - teraz jakby bezcelowe - życie. Kiedy zbierał się do wypowiedzenia następnych słów trochę się uspokoił. Zdecydowanie posmutniał nagłym przypływem myśli. Czuł się, jakby gdzieś, w jakiejś rzeczywistości już poniósł porażkę, a ta miała tylko za nią ślepo podążyć, tak jak on teraz dążył do zguby, której nie mógł się oprzeć; tańczył tak, jak świat mu zagrał - niczym marionetka, w przygnębionym, niby pustym uniesieniu emocjonalnym wpatrywał się w idealną wersję siebie, w to, czym zawsze chciał być i nigdy nie zostanie.

- Faktycznie, piękni - rzekł Iverdon po dłuższej przerwie, nawet nie spoglądnąwszy na tych, na których temat się wypowiadał. - Niestety, nigdy nie dane mi było żadnego orka spotkać. Powiedziano mi, że w stolicy znajdę większe niebezpieczeństwa - uśmiechnął się lekko - i dopiero teraz przychodzi mi do głowy, że to faktycznie była prawda.

- A co ciebie tu sprowadza, pani? - dodał, aby podtrzymać konwersację. Jego myśli nadal buzowały, mimo że trochę posmutniał i się uspokoił. Nadal nie mógł oderwać wzroku od twarzy szlachcianki, a podczas wypowiedzi czasem się zacinał, jakby na chwilę gubiąc wątek, rozproszony przez coś, czego kobieta nie mogła dostrzec.

Wróć do „Twierdza”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 11 użytkowników online :: 0 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 11 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika
Liczba postów: 52125
Liczba tematów: 2968
Liczba użytkowników: 1039
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Mejb
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.

Live czat z adminem

Czat z administratorem – klik!
W związku z tym, że Leviathan nie znajduje się jeszcze w swym finalnym kształcie, pytania do jego administratora są spodziewane, potrzebne i oczekiwane. Jeśli masz jakieś (albo chcesz po prostu pogadać o tym projekcie), kliknięcie na powyższy przycisk otworzy nową kartę z oknem rozmowy.