Jezioro

Najważniejszy obszar, na którym toczy się gra. Autonomia to zamieszkane głównie przez ludzi państwo podzielone na pięć prowincji ze stolicami w Wolenvain, Derinie, Morinhtarze, Minaloit i Aparilume. Czytaj więcej…
Awatar użytkownika
Rouel
Posty: 54
Rejestracja: 08 mar 2012, 23:10
GG: 41967289
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1684

Jezioro

24 mar 2012, 22:49

Rouel wraz z Eilatris podążyli z parku wąskimi, miejskimi uliczkami, skąpani w mroku nocy. Poruszali się bezszelestnie po mokrym bruku którym obłożone podłoże prowadzące ich na obrzeża miasta. On prowadził, a ona podążała za nim. Było to dość dziwne, bowiem nie odzywali się do siebie ani słowem przez cały czas. On nie chciał nic mówić, choć miał wiele do powiedzenia. W jego umyśle zrodził się pewien pomysł, który chciał teraz wcielić w życie. Plan, który dla wielu okazałby się przerażający. Ale on wiedział, że ie musi się obawiać jej reakcji. Wkrótce ona zakosztuje smaku jego życia. Życia które prowadził od wielu lat, i które smakowało każdego dnia.. tak samo dobrze. Nawet jeśli ostatnio wtrąciło się do niego trochę rutyny, dzisiejszej nocy nastąpiła cudowna odmiana. Teraz będzie mógł.. rozwinąc skrzydła.
Po dłuższej podróży, wciąż nękani przez silny wiatr i deszcz, dotarli do miejsca przeznaczenia. Rouel doskonale wiedział gdzie się znajdowali. To jezioro było dla niego początkiem jego podróży przez życie. Tutaj zaczyna się jego historia. Tutaj przybył zaraz po opuszczeniu swojego domu. Nikt go tutaj nie nękał. Mógł tutaj sam ćwiczyć, odpoczywać, rozmyślać, choć robił to nieczęsto.
Tym razem zacznie się tutaj coś zupełnie nowego. Nie bez przyczyny ją tutaj zaprosił. To był jego teren, jego udomowiona przestrzeń, gdzie każdy intruz mógł liczyć, że nie będzie miło powitany. Ale Eilatris była jego gościem. Nie.. to coś więcej. Towarzyszem, który nie wiedział dokąd pójść. Zabrał ją ze sobą, aby pokazać jej niezwykłe rzeczy i zapewnić mrożące krew w żyłach doświadczenia.
Chociaż byli tutaj sam na sam, nie było mowy o cisz. Hałas rozbijających się o taflę wody kropel, i gwałtownie wiercąca się na wietrze roślinność. To wszystko było takie głośne…
Rouel zatrzymał się tuż przy brzegu jeziora. Przed nim rozciągała się wielka tafla wody pełna bruzd wyrzeźbionych przez bombardujące krople wody.
Jakże wspaniały widok. Uwielbiam wodę.. jest taka wspaniała, jest.. po mojej stronie… zawsze, kiedy ją potrzebuję
Po chwili odwrócił się do niej, po czym zdjął swój płaszcz, który opadł bezładnie na ziemię. jego ciało i włosy od razu zaczęło przemakać od deszczu, ale on to ignorował. Co więcej, uwielbiał to uczucie, kiedy jego ciało opływało w deszczowe krople. Uniósł swój wzrok w stronę Eilatris. Jego szkarłatne oczy spojrzały w jej zakrytą twarz. Widział jak bije z jej ciała silna, czerwona poświata życia. Wspaniały widok.
– Możesz zdjąć kaptur. Tutaj jesteś na moim terenie, możesz czuć się bezpiecznie, o ile.. nie boisz się mnie – zaczął Rouel. Na jego twarzy widać było coś dziwnego. Pewność siebie zmieszana z podnieceniem i nieodgadniętej tajemniczości. O co mogło mu chodzić.
– To miejsce ma dla mnie ogromne znacznie. Tu się zaczęło siędla mnie coś bardzo istotnego. Tu też zacznie się coś ważnego dla ciebie, Eilatris. Jesteś… gotowa?
Obecnie ta lokacja jest pusta.
Awatar użytkownika
Arael
Posty: 650
Rejestracja: 09 lis 2011, 19:58
GG: 36159745
Karta Postaci: viewtopic.php?p=15819#15819

Oko i Powieka

04 lut 2011, 00:00

//Opis lokacji zrewidowany, poprawiony i uzupełniony przez Infiego.
Tereny przyległe do położonego na północ od Wolenvain, niewielkiego, zarastającego powoli jeziora przyrzecznego od dawna cieszyły się renomą miejsca spokojnego, jakby oddalonego od problemów tego świata. Mimo, że na dnie tego zbiornika znaleźć można było wiele wodorostów, smagana przez niesiony znad morza chłodny wiatr tafla wręcz zapraszała do zażycia odświeżającej kąpieli. Liczni w okolicy amatorzy słodkowodnego pływactwa (w tym syn władcy tych terenów, głowy rodu Sorema, Kirnod) starali się zresztą o utrzymanie jeziora w jak najlepszym stanie, więc jego wody nijak nie jawiły się jako zdradliwe. Jeśliby nie liczyć tych opitych gorzałą, od lat nikt się w tym miejscu nie utopił. Nie bez znaczenia było w tym przypadku to, że jezioro, o którym mowa, należało raczej do tych płytkich, przy niezbyt stromym dnie. Będącemu perfekcyjnym miejscem do ucieczki przed wielką cywilizacją jezioru ze względu na owalny kształt nadano nazwę Oka.

Niegdyś gęsto zalesiony, obecnie posiadający tylko niewielki zagajnik teren zajmowany był przez wciśniętą pomiędzy rzekę Iquę a Oko wioskę. Niezwykła atmosfera tego miejsca i niegdysiejsza obfitość ryb w jeziorze skłoniła kilku ludzi do wniesienia tu swych gospodarstw. Z czasem powiększająca się grupa farm i obejść zyskała miano wsi, którą sami wieśniacy nazwali Powieką. Każdy, kto odwiedzał sioło, szybko przekonywał się, że rumiani chłopi zamieszkujący schludne i solidnie wyglądające gospodarstwa to lud wesoły, otwarty i przyjazny. Oni sami utrzymywali, że zawdzięczają to wszechobecnym, rozwieszanym przez zgrabne wieśniaczki gdziekolwiek się dało wieńcom splecionym z polnych kwiatów. Miały one na celu odstraszanie złych uroków i niechcianych przybyszów zdolnych do zaburzenia spokoju tego zakątka, ale nade wszystko spełniały funkcję estetyczną. Ogólnie rzecz biorąc, w całej wsi wiele było obiektów skłaniających do odwrócenia wzroku. Trzeba było przyznać, że jak na zwykłą wioskę położoną w pobliżu trzech zbiorników wodnych – Iqui, Morza Smoczego i Oka, Powieka była dość zamożnym miejscem. Porządku pilnowali w niej zazwyczaj sami chłopi, chroniąc swego niemałego dobytku widłami, cepami i pogrzebaczami.


Raz w miesiącu miejscowi pospołu ruszali na wolenvaiński targ, aby zamienić owoce ziemi, wełnę, nadzwyżki produkcji mleka i sera oraz inne wiejskie skarby na przedmioty wyższego standardu – naczynia, metalowe sztućce, solidnej roboty narzędzia, sól czy odzież.


Na północ od wsi rozciągały się małe poletka, na których jej mieszkańcy uprawiali marchew, cebulę, rzepę, groch i kapustę. Plony nie były wielkie, ale wespół z jajami, mlekiem i mięsem ubijanych regularnie zwierząt z nawiązką zaspokajały zapotrzebowanie wsi oraz rządania władcy tych ziem, pana Melazjusza z rodu Sorema. W samej wsi układ zagród jawił się jako przypadkowy. Główna ulica Powieki wiła się zakosami od jednego obejścia do drugiego, poprzecinana często wlotami innych, mniejszych, stanowiących skróty ścieżek.


Centrum wsi stanowiło gospodarstwo sołtysa Powieki, Tanora Siwego. Piętrowy, drewniany budynek mieścił w sobie liczną rodzinę przewodniczącego ławy wiejskiej – żonę, cztery córki i trzech synów. Skupował on od miejscowych nadwyżki mięsa, korzystając ze swojego przywileju posiadania jedynej jatki w okolicy. Jak na człowieka doskonale znającego się na rzeźnictwie Tanor miał opinię człowieka spokojnego i wyrozumiałego, choć twardego w osądach i nieustępliwego. Chociaż trudno było zaleźc mu za skórę, każdy, kto choćby spróbował, pozostawał w jego pamięci na zawsze.


Tuż obok zagrody sołtysa znajdował się niewielki, wydeptany placyk. Co ciekawe, pośrodku deptaka znajdowała się samotna, wysoka na prawie sześć stóp konstrukcja. Opasły, cylindryczny, zwężający się ku górze kształt stanowił swoistą latarnię Powieki. Zbudowano ją z kamieni, w które wpasowano płaską misę wypełnianą opałem. Paliwo co wieczór podpalał stary Żyłka, do którego okoliczne dzieci zbiegały się tuż po zmierzchu, gdy ten przy świetle rozpalanego przez siebie ognia raczył je cukrowymi laleczkami i opowieściami z dni, w których był jeszcze wąsatym wilkiem morskim.


Tuż obok latarnianego, grubego jak potężne drzewo słupa mieściła się studnia. Najbliżej do niej miał stary elf, Ainodaen Bystry, tyleż stary co poczciwy. Większość mieszkańców stanowili ludzie, on jednak przeżył już kilka pokoleń tej krótkowiecznej rasy i mimo włosów koloru mleka i gęstej siatki zmarszczek wcale nie wyglądał, jakby spieszno mu było do grobu. Nie zważając na odmienną rasę siwca miejscowi okrzyknęli go wioskowym mędrcem. Cieszył się on ogólnym poważaniem, a jego głos (choć długouchy nie mówił wiele) na ławie wiejskiej był zwykle głosem decydującym.


Nieopodal wioski, nad samym jeziorem, mieściła się jeszcze jedna, samotna chatka. Zamieszkiwana dawno temu przez jednego z rybaków, który szczególnie ukochał sobie Oko przez długi czas stała opuszczona. Jak to zwykle bywa, do wsi w kilkanaście lat po jej założeniu sprowadziła się zwana "mądrą" kobieta, zgodnie z przewidywaniami wybierając sobie to właśnie domostwo na miejsce zamieszkania. Od tego czasu minęło już niemal sto lat, a w chatce nad jeziorem zawsze mieszkała jakaś samotna kobieta, wprowadzając się doń niemal natychmiast po śmierci poprzedniej. Nowa, mieszkająca tutaj zaledwie parę wiosen "mądra", uchodząca za piękność blondwłosa młódka o krągłych pośladkach i czerwonych oczach z miejsca zaskarbiła sobie serca miejscowych. Pomagała im jako wiedźma, cyruliczka, zielarka, uzdrowicielka, nierzadko bimbrowniczka i Lorven wie, co jeszcze. Nie ma mężczyzny i w zasadzie nikomu nie mówiła, skąd pochodzi.



Cóż, nikt nigdy nie pytał.
Awatar użytkownika
Eilatris
Posty: 52
Rejestracja: 01 mar 2012, 22:01
GG: 19548703
Karta Postaci: viewtopic.php?p=24689#24689

24 mar 2012, 23:59

Cały czas, gdy za nim podążała, wpatrzona była w jego sylwetkę, a dokładniej w jego plecy. Z jej punktu widzenia był ciemną, szarą smugą, znajdującą się dokładnie na środku mroku tworzonego przez noc. Szedł szybko, bezszelestnie, co – gdy na niego patrzyła, a nie przestawała ani na sekundę – automatycznie powtarzała. Mijali domy, zapewne pełne pogrążonych w śnie mieszkańców Wolenvain; ściany, po których spływały chłodne kropelki wiosennego, wczesnego deszczu; czuła chłód bijący od nocy, lecz to jej nie przeszkadzało – cieszyła się każdą chwilą, kiedy na niebie znajdował się księżyc, bowiem słońce zdecydowanie szkodziło jej organizmowi. Nie mogła wtedy normalnie funkcjonować, cierpiała na silne bóle głowy, a czasem nawet nie potrafiła się poruszać.
Nie minęło zbyt długo czasu, gdy opuścili mury miasta, kierując się coraz głębiej w otchłań bezwzględnej nocy, niczym w paszczę rozjuszonego lwa. W głębi duszy była ciekawa, czy dobrze zrobiła, poddając mrocznego próbie zaufania, choć po jej głowie kłębiły się myśli przeróżne, nie zawsze optymistyczne. Tym razem jednak, po tym niesamowitym, wręcz dziwnym spotkaniu, miała nadzieję, że jednak postąpiła słusznie. Nie chciała się zawieść. Wręcz błagała Tego Wyższego o łaskę – nie bała się śmierci, nie bała się tego, co mogło ją spotkać tutaj, w tych gęstwinach – bała się odrzucenia.
Tak, ona, właśnie ona, właśnie teraz ukazywała szczyptę prawdziwego człowieczeństwa. Nie udawanego, nie wyssanego z palca – najszczerszych wątpliwości i jednocześnie cholernego… pragnienia.
Krwiste tęczówki wyłapywały każdy cień na drodze. Widziała kontury trawy, głazów, a nawet sarnę gdzieś dalej, samotnie pasącą się na łące, kompletnie nie przejmującą się otoczeniem. Do jej nozdrzy raz po raz dochodził zapach pól, lasu, deszczu, innymi słowy najwspanialsza mieszanina, jaką kiedykolwiek mogłaby odczuć. To było jedno z jej takich malutkich, drobnych pragnień… przyjemność czerpana z obcowania z naturą. To było tak cholernie nienaturalne – powinna kochać syf, bród, zapach ziemi i lochów, a jednak nie… dlatego, że od samego początku wychowywana była na słońcu, nie miała okazji poznania prawdziwej, mrocznej natury swych przodków. Z resztą… nie chciałaby nawet ich poznać.
Czasem miała wrażenie, że jej życie – jak na ironię – musiało składać się z samych porażek. Cokolwiek by się nie wydarzyło, zawsze, ale to zawsze to ona wychodziła na tym najgorzej. Wychowała się w kłamstwie, dojrzała w kłamstwie, a gdy dotarło do niej, że wszystko, w co do tej pory wierzyła, było kłamstwem, sama zaczęła kłamać. Proszę, ciąg wydarzeń, koło się zamyka.
Przystanął, toteż zrobiła to samo. Znaleźli się przy jeziorze, zapewne pełnym nie tylko ryb, ale i innych, ciekawych, drobnych stworzeń, choć niekoniecznie milutkich. Przez chwilę patrzyła na taflę zbiornika wodnego, od której odbijały się perłowe krople wiosennego deszczu, po czym ujrzała, że mężczyzna zrzuca z siebie swój płaszcz. Dopiero teraz mogła ujrzeć go w całości i stwierdzić, że z wyglądu i budowy ciała był naprawdę męskim osobnikiem.
Również ściągnęła płaszcz, porzucając go obok jego peleryny i ukazując mu się w lekkim, zwiewnym, ciemnym stroju. Nie przeszkadzał jej deszcz, który teraz opadał na jej mleczne włosy – tak musiało być. Ot, nakaz z góry.
Spojrzała na jego twarz. Był dziwnie podniecony, jakby ucieszony, albo nawet z lekka zniecierpliwiony. Po jej obliczu natomiast nie dało się stwierdzić nic – po prostu stała, czekała i milczała, nie chcąc niczego przegapić. Ze zwyczajnej ciekawości.
– Nie mam innego wyjścia – wyszeptała w końcu swym aksamitnym głosem, po czym objęła się ramionami, wbijając w niego wzrok.
Awatar użytkownika
Rouel
Posty: 54
Rejestracja: 08 mar 2012, 23:10
GG: 41967289
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1684

25 mar 2012, 04:03

Jak tylko usłyszał jej słowa wrażające gotowość do podjęcia próby, z jego twarzy zniknął ten tajemniczy uśmiech, w który jeszcze przez chwilą formowały się jego usta. Przygotował dla niej próbę, która być może dowiedzie wszystkiego. To nie pierwszy raz testował inną osobę, lecz nigdy nie robił tego.. dla osiągnięcia czegoś w rodzaju.. satysfakcji. Zastanawiał się czy czasem nie będzie to zbyt brutalne. Ale przecież on sam był brutalem, tak jak świat z którego się wywodził. Tak czy inaczej, musiał to zrobić.
Stał zaledwie kilka kroków od mokrego brzegu. Gdyby się cofnął, jego buty zamoczyłyby się i nieprzyjemnie nasiąkły zimną wodą. I o dziwo, Rouel właśnie zaczął to robić na jej oczach. Nie było by w tym nic niezwykłego, gdyby nie to.. że to, co jeszcze przed chwilą było burzącą się przez deszcze wodną kipielą, zamieniało się w czysty, twardy lód, który dawał pewne oparcie jego stopom. Po chwili stał już pewnie na lodowej pokrywie, która całkiem szybko rozrastała się tworząc sporej wielkości półksiężyc przyczepiony do pewnego brzegu, sięgający środka jeziora. Widok jak woda zamienia się w zimny twór nie przypominało niczego innego, było takie.. nierzeczywiste, jak sen. Ale to była jego moc. Moc mężczyzny, którego lodowate serce potrafiło zamienić chłód uczuć w rzeczywisty lód. Czyż to nie wspaniałe, umieć coś takiego? A może to było jedynie przekleństwo?
Rouel cały czas cofał się do tyłu, skupiając cały swój wzrok na niej, jakby zapraszając wzrokiem do pójścia za nim.
Chodź za mną, Eilatris.
Jego stopy pewnie kroczyły po lekko chropowatej, lodowej powierzchni. Nie mógł uwierzyć, że zaraz to zrobi. Ale musiał. Powoli zdążał do brzegu lodowej kry, która kończyła się na środku jeziora. On wiedział, że choć jezioro jest małe, jest całkiem głębokie.
Jak dobrze było mieć taką zdolność. Od dzieciństwa fascynował go lód, różnorodność jego form i kształtów. Twarda, zimna materia zrodzona z czego tak prostego, tak wszechobecnego jak zwykła woda.
Właśnie tutaj po raz pierwszy użył swojej mocy, zupełnie nieświadomie. Jeszcze nie zakwitły pierwsze wiosenne kwiaty, kiedy to siedzący nad brzegiem jeziora Rouel znów marzył o powrocie zimy. Kochał kiedy jezioro zamarzało, kiedy mógł swobodnie się po nim poruszać, bawić się na jego śliskiej powierzchni…
Nie wiedział jak to się stało, kiedy to pewnego dnia jego moc przebudziła się i na samą myśl, na samo wspomnienie woda zaczęła zamarzać w jego obecności. Wtedy to było cudowne odkrycie, kiedy jeszcze był taki niewinny.. później zamienił swój dar w prawdziwą broń, którą zwalczał swoich wrogów. Dzięki tej nocy sprowadzał na nich nieopisane cierpienie, którego chciałby uniknąć każdy żyjący. Teraz wykorzystać to jednak.. inaczej. Po raz pierwszy, przeciwko sobie. Ta moc dała mu silę, pewność siebie, chęć do dalszego życia. Jego bilet… do wolności.
Rouel pozwolił sobie na poczekanie na Eilatris, która mogła się obawiać tego, co właśnie była świadkiem. Wolał poczekać aż znajdzie się koło niego, na samym środku jeziora.. Pod nimi znajdowała się głęboka toń. Rouel wiedział, że gdyby wpadł do wody, utopiłby się niechybnie. Sztuka pływania była mu obca, a to miejsce stałoby się miejsce nie tylko ponownych narodzin, ale również i śmierci.
Teraz tylko musiał powiedzieć jej, co miał jej do powiedzenia. Co będzie musiała uczynić.
– Potrafiłabyś mnie zepchnąć z tej tafli i nie dopuścić, abym na nią powrócił, aż sam nie utonę? – zapytał tonem, zupełnie jak rzucał jej wyzwanie. Jego słowa brzmiały.. całkiem poważnie.
Awatar użytkownika
Eilatris
Posty: 52
Rejestracja: 01 mar 2012, 22:01
GG: 19548703
Karta Postaci: viewtopic.php?p=24689#24689

25 mar 2012, 12:13

Czekała, najwyraźniej mając być poddana jakiejś próbie. Patrzyła na niego, na jego skupioną twarz, ale i jednocześnie niesamowicie podnieconą, wyczekującą jej reakcji. Nagle, ku jej zdziwieniu, zaczął się cofać, iść do tyłu, zupełnie nie zważając na to, że może przecież wejść w otchłań lodowatej wody. Skupiła swój wzrok na jego stopach, lekko zdezorientowana zaistniałą sytuacją, a gdy to zrobiła, nagle, znikąd, ujrzała wychodzący spod jego stóp prawdziwy, twardy, ciężki lód, który utrzymywał go na powierzchni. Rozchyliła swe oczy, widząc, jak powierzchnia z wolna staje się coraz to większa z każdym jego krokiem wgłąb jeziora – tworzył dla niej pewnego rodzaju ścieżkę, niekoniecznie pewną. W tej jednej, krótkiej chwili, zastanowiła się, czy aby na pewno dobrze zrobiła, dając mu swe zaufanie na srebrnym talerzu…
Zawiał wiatr, dość silny, który porwał za sobą jej śnieżne włosy – przyczepiły się do jej twarzy, okleiły ją niemal w całości, jakby błagając, by nie zbliżała się, nie zrobiła tego, o co ją prosił – specjalnie zasłaniały jej widoczność, prosząc, by się posłuchała. Ale ona samodzielnie chciała podjąć swą decyzję. Uniosła swe długie, smukłe palce do czoła i przeczesała włosy jednym, krótkim, pewnym machnięciem ręki, a wiatr nagle uspokoił się, jakby widząc, że i tak jest przegrany przy jej uporze.
Postawiła pierwszy krok, wciąż jeszcze znajdując się na brzegu. Nie patrzyła na lód, a na sylwetkę mężczyzny, jakby chcąc coś z niego wyczytać – i słusznie. Nie minęła chwila, gdy zadał jej pytanie, jakby rzucając wyzwaniem. To całkowicie zbiło ją z tropu. Czyli rzeczywiście, tak, jak przypuszczała wcześniej, miała być podana próbie swych własnych możliwości…
Miałaś dwa wyjścia, Eilatris. Jedno, to pozwolić mu się utopić i, tym sposobem, jednocześnie sprawić, by się utopił – nie zdążyłabyś bowiem podać mu pomocnej dłoni. Zniknąłby w głębinach jeziora, nim zdążyłabyś mrugnąć. A… nie chciałaś tego. On był – być może – Twoją ostatnią nadzieją na lepsze jutro. Nie chciałaś zaprzepaścić danej Ci szansy, nie chciałaś kolejnej porażki w swym życiu, wiem o tym. Coś, jakaś nieznana siła, niesamowicie Cię do niego ciągnęła… ta sama siła, która jednocześnie nadal chciała być nieosiągalna dla nikogo. Składałaś się z samych skrajności, Eilatris. Nigdy nie dane było Cię poznać w całości…
Miała cholerne wątpliwości. Została postawiona przed faktem dokonanym, mogła tylko wybrać, a każdy wybór niósł ze sobą cholerne konsekwencje… gdyby chociaż wiedziała, jakie!
Mimo, że w jej środku toczyła się prawdziwa bitwa myśli, na zewnątrz pozostawała niewzruszona, pusta, bez emocji. Lecz szczerze wątpiła, czy on to nawet zauważy.
Musiała przestudiować jeszcze jedno – fakt, czy posiadała jakieś drugie wyjście… cóż, było takie. Nazywało się: "nie zrobienie niczego". Łatwe, proste i przyjemne – zbyt łatwe. Czuła, że Rouel tego nie chciał. Czuła, że w głębi duszy wymagał od niej wyboru, który ukazałby mu choć część jej osobowości.
I jedno, i drugie wyjście było tak zwanym testem posłuszeństwa. Każda z opcji miała dowieść o niej czegoś innego, lecz… tak naprawdę to nie wiedziała, czego od niej wymagał, czego oczekiwał. Wybór nie był łatwy, toteż przez dłuższy czas stała w milczeniu, nic nie robiąc: jedynie myśląc.
W końcu zrobiła drugi krok. I trzeci, i czwarty, i piąty… i kolejny. Zaczęła stąpać po lodzie, jednakże bardzo powoli, dość niepewnie. Czuła się dziwnie – jakby była całkowicie uzależniona od jego mocy. Przecież gdyby teraz cofnął cały efekt, wpadłaby w głębiny, mogłaby się utopić… ale nie, jednak mu zaufała. Czy to nie dziwne…? Powinieneś się cieszyć, mroczny.
Nagle wpadła na pewien pomysł.
Noc była ciężka, mroczna, czarna niczym otchłań, a jednak dzięki swym szkarłatnym oczom mogli dostrzec nagłą zmianę barw otoczenia, głównie wokół osoby kobiety. Jej ciało ukryło się w białej mgiełce, na początku małej, delikatnej, lecz nie minęła chwila, gdy owa mgła zaczęła się przenosić coraz dalej, szerzej… aż w końcu otoczyła całkiem spory teren jeziora. Była gęsta, dusząca; oplatała swymi mackami ich ciała, kryjąc ich wzajemnie, sprawiła, że ich elfickie oczy – zwykle niezastąpione – teraz, na moment, oślepły. To dało jej czas.
Zbliżyła się do miejsca, w którym stał mężczyzna, całkowicie bezszelestnie, bo tak zwykła przecież chodzić, po czym nagle, bez uprzedzenia, znalazła się za nim, oplotła go swymi ramionami, uwięziła w uścisku, słabym, na pewno słabszym niż tym, który mógłby wykonać on, i nachyliła się do jego ucha, szepcząc aksamitnym, miłym głosem:
– Teraz mogę Cię swobodnie zrzucić… lecz gdybym to zrobiła, zabiję również siebie. Widzisz? Jesteśmy połączeni łańcuchem. Nie oderwę się od Ciebie… – na moment przerwała, dając mu chwilę wytchnienia.
To było zabawne. Zaczął pewnie dyktować warunki, a ona? Ona obróciła sytuację o trzysta sześćdziesiąt stopni, sama poddając go próbie zaufania – tego, czy zdecyduje się, by zginęli oboje, czy jednak ich ocali. Ich… ją.
W jej słowach, w jej zapewnieniu, że się od niego nie oderwie, znajdowała się obietnica, obietnica, której zapewne pragnął jak nic innego. To, czy ją wyłapie, zależało teraz tylko od niego.
– Utop… nas. Lub ocal… nas.
Awatar użytkownika
Rouel
Posty: 54
Rejestracja: 08 mar 2012, 23:10
GG: 41967289
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1684

26 mar 2012, 22:01

Jaka jest prawdziwa natura tego mężczyzny? Jakie tajemnice skrywały się w mrocznych zaułkach jego własnej osobowości? Czasami on sam nie potrafił sobie odpowiedzieć na to pytanie. Mapa jego umysłu miała wiele białych plan. Niezbadane światy jego psychiki, w które czasem wręcz obawiał się wkroczyć.. tak jak robił to tej nocy. Błądził w świecie w którym pasja, uwielbienie i pożądanie niemal rozrywały ziemię na pół. Jego pojęcie o samym sobie zatrzęsło się w posadach, kiedy ona.. była tutaj. Ona otwarła mu kolejna bramę do wnętrza samego siebie. To było niesamowite uczucie. Napawał się każdą chwilą spędzoną w jej obecności, każdy przyspieszony oddech, każde zabicie jego serca.. było niezwykłym doznaniem. To wszystko było tak silne i natarczywe, że chyba jedynie śmierć mogła by od tego zbawić. Ale on wcale nie chciał umierać. Chciał żyć, aby być z nią. To właśnie podpowiadał mu jego instynkt. Jego dusza, choć zrujnowana i wyniszczona, śpiewała w jego wnętrzu cudowną pieśń, która zwodziła go, ciągnęła do niej..
Blask w jej oczach oczu był wspanialszy od srebrnej poświaty księżycowej tarczy. Taki tajemniczy, taki uwodzicielski.
Nagle stało się coś niezwykłego. Kiedy Rouel stał nad brzegiem lodowej kry, czekając na nią, nagle jakaś dziwna siła wydarła moc jego oczom. Gdzieś w ciemnościach zniknęła ta pociągająca czerwona aura bijąca z jej ciała. Taka ciepła, taka przyjemna..
Nie miał pojęcia co w tej chwili właśnie miał miejsce. Moment, kiedy zdawał się być dla niego całą wiecznością. Nie wyczuwał jej obecności. Jej postać rozmyła się przed jego oczami niczym wizja ze snu. Nie wiedział, co powinien teraz uczynić.. stał niewzruszony tuż przy krawędzi, czekając na to, co się wydarzy.
W głębi serca czuł, że ona wciąż tu jest. Bardzo blisko jego. Kroczyła ku niemu ścieżką, którą jej sam wytyczył. Miał jej pokazać nową, wspanialszą drogę życia. Wiedział, że się nie zawaha, że jeśli starczy jej ducha, czeka ją nagroda, o jakiej nawet nie miała odwagi śnić przez setki nocy. Podświadomie czuł, jak ich serca biją w jednym rytmie tworząc niezwykłą harmonię. Nawzajem się potrzebowali, nie mogli teraz po prostu się rozejść, jakby tej nocy zupełnie nic się nie wydarzyło. To nie jest finał godny tej historii. Będzie on.. znacznie wspanialszy, niż mógłby sobie kiedykolwiek wymarzyć.
Wtedy.. stało się coś, czego się nie spodziewał. Jego ciało zostało uwięzione w lekkim splocie dwóch kobiecych rąk. To wciąż była ona, doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Kiedy była tak blisko niego, mógłby w jednej chwili wybuchnąć niczym wulkan. Cały lód w jednej chwili strzaskałby sie na drobne kawałki, łącząc ich na zawsze w ich ostatnich chwilach.. w odmętach lodowatej jeziornej wody.
Jakże przyjemny był ten dotyk, połączenie dwóch mokrych ciał, które jakaś potężna, nieujarzmiona siła przyciągała do siebie. Los wykuł z ich wzajemnego pożądania nierozerwalny łańcuch łączący ich ciała, umysły i dusze. Jakże to było wspaniałe..
Mógłby stać się z nią jednością i poznać prawdziwe imię spełnienia, którego szukał przez całe swoje życie.
Ona musiała jedynie dokonać wyboru, który jej dał. Podążanie jego ścieżką nie było łatwym zadaniem. Ale w głębi duszy wiedział, że ona jest do tego zdolna. Jakże wspaniale jest być właśnie utwierdzanym w przekonaniu, że ma się rację. Nic się więcej w tej chwili nie liczyło. Nie dal niego.
Jej usta raz jeszcze zbliżyły się niebezpiecznie blisko do jego ucha. Po jego ciele przeszedł kolejny dreszcz podniecenia, któremu ledwo zdołał sprostać. Za każdym razem było to coraz trudniejsze. Im bardziej próbował wyrwać się z więzów pożądanie, tym mocniej się one wokół niego zaciskały. Już sam nie wiedział czy to jeszcze jest przyjemność, czy już zaczynało się jego cierpienie.
Wtedy hipnotyzujący, słodki głos przeszył jego głowę niczym bełt z kuszy, przebijając się przez jego duszę i umysł.
"Jesteśmy połączeni łańcuchem." – powiedziała do niego. Te słowa, jakże prawdziwe, odzwierciedlały to, co dla siebie znaczyli, i czego pragnęli najbardziej.
Później otrzymał drugi, decydujący cios. Jeszcze przed chwilą to on był panem sytuacji, a teraz ona, z jakże cudowną łatwością odebrała mu cała inicjatywę. Wtedy już wiedział, że ona nie może go nigdy zostawić. Tego opium nigdy nie będzie próbował odstawić, nie znajdzie serum na podobną stratę.. nawet życie w samych czeluściach piekieł byłoby lepsze niż jej zniknięcie.. nie mógł do tego dopuścić. Nie mógł drugi raz zmarnować szansy, jakiej dało mu życie. Nie wybaczyłby sobie tego nigdy. Nigdy.
Prędzej kazałby lodowi pęknąć i zabrać ją razem ze sobą w pośmiertną podróż w nieznane. Ale wolał żyć aby mieć ją przy sobie, tu i teraz, i tak każdego kolejnego dnia…
– Uwielbiam ci, Eilatris. – odpowiedział cichym tonem, w który tchnął niezwykle silne uczucie.
Nieczułe, lodowate serce uwolniło się spod grubej lodowej pokrywy, pokazując swoje gorące wnętrze, które mogłoby przyćmić swoim żarem wnętrze wulkanu.
Jego prawa dłoń z wolna powędrowała w górę, aż w końcu zetknęła się z jej pięknymi włosami, które od wody stały się taki ciężkie, ale wciąż jakże wspaniałe w dotyku. Pozwolił się jej oddalić, aby mogła spojrzeć prosto w jego karmazynowe, płonące żywym ogniem oczy. Jego dłoń przesunęła się dalej, delikatnie muskając jej mokrą skórę szyi.
Wtedy wyznał jej jedyne słowa, które mógłby w takiej chwili powiedzieć.
– Tylko będąc razem.. możemy się ocalić.
Nie miał już nic więcej do powiedzenia, to była odpowiedź na wszystkie pytania, jakie mogły paść. Teraz zaczynał się nowy akt w jego życiu… nie… w ich życiu.
Nawet nie potrafił zatrzymać swoich ust które same ciągnęły go w stronę jej własnych. Jak zwykle nie zastanawiał się nad konsekwencjami tego, co robi. To, co czuł, i tak było od niego o wiele silniejsze. A w tej chwili … cały świat zatrzymał się w miejscu, aby przypatrzeć się temu, co się miało wydarzyć..
Awatar użytkownika
Eilatris
Posty: 52
Rejestracja: 01 mar 2012, 22:01
GG: 19548703
Karta Postaci: viewtopic.php?p=24689#24689

27 mar 2012, 15:51

Jaka Twoja ścieżka, Rouelu… To była Wasza ścieżka, Wasza własna. Od momentu, gdy się spotkaliście, od momentu, gdy dała Ci zapewnienie, że Cię nie zostawi. Nie powinieneś mieć żadnych wątpliwości… ona Cię pragnęła. Podobnie, jak i Ty jej. Zapraszała Cię do siebie całym ciałem. Zbliżała się specjalnie, specjalnie Cię dotykała, a jej oczy paliły się dziwnym blaskiem, cholernie kuszącym blaskiem.
Z początku tylko grała, chciała się bawić uczuciami kolejnej ofiary, lecz nim zdążyła się obejrzeć, sen stał się jawą, a jej najskrytsze pragnienia obudziły się w niej niczym wygłodniały potwór. Chciała być cała jego, tylko jego; miała się odsunąć, zakończyć to, lecz jej ciało zaprzeczało myślom.
"Uwielbiam cię, Eilatris." Te słowa zadźwięczały w jej głowie, roznosząc się po niej niczym najwspanialsza muzyka. Uśmiechnęła się do niego delikatnie, lekko rozchylając wargi, miała zapewnienie – wygrała. Dopięła swego. Wiedziała, że tak będzie. Wiedziała, że w końcu jej ulegnie…
…lecz nie miała pojęcia, że z nią będzie tak samo. On również wygrał.
Odwrócił się, dotknął jej włosów, a następnie musnął jej szyję swą dłonią. Po jej ciele przeszła masa niesamowicie podniecających dreszczy, a każdy niósł ze sobą nową prośbę – błaganie o więcej. W odwdzięce jej chłodne palce zsunęły się na jego kark, muskając go niczym zwiewne piórko. Przejechała po nim delikatnie, powoli, kosztując się każdą daną jej chwilą, każdą sekundą tak bliskiej obecności mężczyzny. Przypatrywała mu się, napawała się jego bliskością. Przyglądała się każdej części jego ciała, podziwiając, zachwalając w myślach. No już. Zrób to. Proszę, szybciej…
W końcu zbliżył się do niej, połączył ich wargi.
Teraz miała raj na ziemi.
Wspięła się na palce; był wysoki, znacznie wyższy od niej, drobnej, niewinnej osóbki. Jestem Twoja, jestem tylko Twoja, wołała; objęła jego szyję i wpiła się w jego usta, kradnąc kolejne pocałunki. Nie wiedziała dlaczego, nie wiedziała po co. To działo się samo, wszystko było tylko marzeniem, snem, z którego zaraz miała się obudzić… lecz… skoro to był tylko sen, dlaczego nie skorzystać z niego w całości?
Przybliżyła się do niego nieznacznie, napierając na jego tors, ocierając się o jego udo, po czym odciągnęła od niego swe usta i przytuliła policzek do klatki piersiowej. Słyszała bicie jego serca. A więc był tutaj… teraz. Prawdziwy. Funkcjonował i… żył.
Czuła się całkowicie inaczej niż jeszcze wczoraj. Czuła zbawienne światło wokół wszechobecnej ciemności, nie, inaczej: czuła ciemność wokół światła. Wreszcie. Z przystosowaniem dla upodobań jej rasy.
Deszcz nie szkodził, choć mógłby sprawić, by się stopili. A gdyby tak się stało, byliby całością.
Nadal przyklejała się do niego policzkiem, lecz spojrzała w niebo. Zaczynało się rozjaśniać, a noc z wolna ustępowała dniu. To nie było dobre, nie dla ich dwójki. Mogliby ulec znacznemu osłabieniu, a nawet nie zdążyć trafić na czas do jakiegoś ciemnego pomieszczenia, w którym możnaby uniknąć tego cholernego słońca.
– Świta – wyszeptała, po czym spojrzała w jego oczy znacząco. Musieli ponowić swą podróż, uciec. Znowu.
Ważne, że razem.
Awatar użytkownika
Rouel
Posty: 54
Rejestracja: 08 mar 2012, 23:10
GG: 41967289
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1684

28 mar 2012, 13:12

Wszystkie jego zmysły pławiły się w przyjemnościach cielesnego obcowania z Eilatris. Kiedy go dotykała wszystko inne traciło na znaczeniu. Kiedy on ją dotykał czuł, jakie daje jej spełnienie. Tak bardzo się nawzajem pragnęli, tak bardzo się potrzebowali, a znali się zaledwie jedną, krótką chwilę.
Ich ciała splotły się ze sobą w miłosnym uścisku, a dusze tańczyły razem ze sobą w rytm bicia dwóch gorących serc. Obydwoje o tym wiedzieli.
Robił to już wiele razy, jednak zawsze czegoś w tym brakowało. Wcześniej po prostu zaspokajał głód, niczym wygłodniałe, dzikie zwierze. Teraz to było coś innego. Coś, czego nie znał.. aż do tej pory. To coś, mógłby nazwać jedynie.. pasją.
Tak, ona była jego zbawieniem, kluczem do tego, co było dla niego zamknięte i strzeżone przez całe jego życie. Teraz, kiedy otwarła się ta brama, nie wiedział, czy potrafi nawet przez nią przejść. Ale nie bał się tego zrobić, zanurzyć się w toni własnej ciekawości. Przy niej, wszystko było możliwe. Jego stare marzenia… ożywały z każdą chwilą. Długo jednak musiał czekać na ten moment. Bardzo długo.
A potem już tylko czuł jedno. Słodycz jej gorących, wilgotnych ust, która jakże cudownie i namiętnie pieściły jego własne. Jakże one były spragnione całowania, zupełnie jakby czekały latami na to spotkanie. Ta zmysłowa chwila, realna fantazja, działała na niego jak narkotyk. W tym transie nawet nie zorientował się jak bardzo przeszkadzało mu jego ubranie.. i choć cały czas spadały na niego zimne krople deszczu, nie zdołałyby nigdy ugasić tego płomienia, który w nim ożył. Ogień, które nie zgasi żadna siła, ogień który czerpał swą moc prosto od niej. Trawił każdą komórkę jego ciała, przypominał o jego najskrytszych pragnienia, z dawna uciśnionych, które latami szarpały swoje więzy..
…A teraz były wolne. On czuł się teraz prawdziwie wolny. Teraz mógł się z nią podzielić Eilatris, mógł jej dać wszystko, czego tylko zapragnęłaby. Może i jest potworem który nie raz zabił z zimna krwią, jak każdy potwór nie respektuje żadnych zasad. Jedyne czego się boi potwór, to siła większa od tej, która sam posiadał. A ona ja miała. Jej zapach, jej oczy, jej ciało, jej głos… to wszystko całkowicie go zdominowało. Tylko wobec niej czuł się w pewien sposób… bezbronny.
Nie potrafił nawet zrozumieć natury tej siły, którą ona posiadała. Nie wiedział skąd się bierze, gdzie jest jej źródło. Przecież tyle było tych kobiet w jego życiu. Wiele pięknych kobiet. Ale w żadnej z nich nie widział nic poza tym, że mogą mu dać spełnienie na jedną, zmysłową noc. Eilatris.. nie musiała robić nic, aby mu dać to samo spełnienie. Nie.. ono było o wiele większe.
Mógłby teraz popełnić najstraszliwszą zbrodnię, zrobić wszystko, nawet wbrew sobie, wbrew własnym zasadom byle tylko zatrzymać ją przy sobie.
Ona była jak mroczny kwiat, który do życia potrzebował jedynie uwielbienia, i srebrzystego blasku księżyca. On mógł jej dać to wszystko, chronić ją bardziej niż cokolwiek, co dotąd posiadał.
Bo w życiu każdego istnieją pewne wartości, które sobie cenimy. Ale czasem przychodzi moment, w którym dowiadujemy się, że są rzeczy o wiele cenniejsze. Możemy porzucić to, co przestało dla nas tyle znaczyć, i ruszyć w stronę tego, co jest naprawdę.. wiele warte.
Rouel nawet przez chwilę się nie wahał, istniała tylko jedna decyzja. Wystarczyło, że słuchał głosu serca, które jednak przez te lata nie umarło. Ono… spało skute w wiecznym lodzie, czekając na odpowiedni moment.
Zima jego życia odeszła w zapomnienie. To ona roztopiła z cudowną łatwością lód, który go więził w mroźnym uścisku. Znów żył, był gotów kochać, nienawidzić, walczyć i zdobywać, jeszcze bardziej, jeszcze mocniej, niż kiedykolwiek. Choć jego głowa pulsowała, a myśli stały się mgliste i niejasne jak zalane pergaminowe pismo, jedno zdanie pozostało czytelne. Doskonale wiedział, że tak naprawdę tylko ono jest teraz ważne.
Ona jest moim kolejnym krokiem naprzód.
Dopóki są razem, mogą osiągnąć wszystko. Obydwoje o tym wiedzieli.
Kiedy oderwała od niego swoje usta, i przyłożyła swój policzek, poczuł się.. niezwykle. Miał wrażenie że coś przykuło jej uwagę, coś.. co było wewnątrz jego. Czyżby słuchała jedynej prawdziwej muzyki, jaką jest bicie serca? Serca które najchętniej wyskoczyłoby teraz z piersi aby tak jak oni, spleść się z jej własnym, choćby na wieczność? Nie miałby nic przeciwko, wręcz marzył o tym.
Tej nocy spełniło się jego marzenie. Nadchodził nowy dzień. Lepszy dzień. Księżyc, władca świata za nocy ustąpi potędze Słońca, które włada światem dniem. Na czas jego rządów wszyscy, w których żyłach płynie wspaniała i szlachetna krew mrocznych elfów, muszą się ukrywać. Taka już jest ich natura. Życie w blasku księżyca, energia najczystszego pożądania. To jest istotą ich całego życia.
Rouel spojrzał raz jeszcze, z tą samą, nieskrywaną przyjemnością w jej oczy.
– Wiem. Musimy ruszać. – odpowiedział. Wraz z całym chłodem w jego duszy ustąpił chłód jego głosu. Teraz był jakby.. ciepły i czuły. Jego nowy głos.
Awatar użytkownika
Eilatris
Posty: 52
Rejestracja: 01 mar 2012, 22:01
GG: 19548703
Karta Postaci: viewtopic.php?p=24689#24689

28 mar 2012, 14:07

Patrzył na nią jak zahipnotyzowany. Jego głos, jego wzrok… wszystko się zmieniło. On już nie tylko pożądał i pragnął – był czuły, chciał jej okazać ciepło. Nie potrafiła tego zrozumieć, nie wiedziała, dlaczego zaczął darzyć ją aż tak ciepłym uczuciem, właściwie to… nawet nie miała pojęcia jak to się nazywa. Nie potrafiła znaleźć określenia na to, co do niej czuł i na to, co czuła do niego. Wiedziała jedno – to było silne.
Nie mogła oderwać od niego swych oczu, które lustrowały każdy jego ruch. Szkarłatna mgła otaczała go wokół mocniej niż zwykle, krew pulsowała w jego wnętrzu, serce biło, grało wspaniałą melodię, która wciąż docierała do jej szpiczastych uszu. To wszystko składało się na cudowną mieszankę realności, prawdziwości, tego, że on rzeczywiście był, istniał, funkcjonował. Nie wierzyła, musiała to sprawdzić – jeszcze raz jej dłoń powędrowała ku jego włosom, wplotła weń swe długie palce, bardzo delikatnie, niczym badacz, który chce odkryć całkiem nową rzecz przed wszystkim, przed całym światem. Lekko zabrudzone, gładkie kosmyki zaplątały się wokół jej ręki, wcześniej wygłodniałe węże, teraz tylko potulne, zahipnotyzowane gady. Spojrzała mu w oczy raz jeszcze, choć wiedziała, że znowu na długi czas nie będzie mogła oderwać od nich swego wzroku. Uśmiechnęła się do niego delikatnie, tak jak jeszcze nigdy do nikogo.
To było tak cholernie dziwne.
Nie wiedziała o nim nic, on nie wiedział nic o niej. Wymienili zaledwie tylko kilka zdań, ale mimo to w tym czasie zdołali poznać się bardziej – jak? Nie wiedziała. Kolejne pytanie i kolejny brak odpowiedzi… ale zapewne w końcu przyjdzie na niego czas.
Cofnęła swą dłoń i odsunęła się od niego na trochę, sama tego nie chcąc. Złapała go za rękę i pociągnęła w stronę lądu, do ich przemoczonych płaszczy, które, chcąc, nie chcąc, musieli ze sobą zabrać. Przyodziała swój, choć był cholernie ciężki i sprawił, że po jej ciele przeszły nieprzyjemne, chłodne dreszcze, po czym podała Rouelowi jego pelerynę. Ostatni raz objęła spojrzeniem jezioro, zerknęła w niebo i dając mężczyźnie znak, ruszyła w stronę miasta.
Wiedziała, gdzie chce go zabrać.

<z/t x2>
Awatar użytkownika
Ailis
Posty: 17
Rejestracja: 27 maja 2012, 11:06
GG: 13179250
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1940

28 maja 2012, 19:43

Ostatnimi czasy pogoda chciała chyba pokazać kto tu rządzi i fundowała zimny prysznic każdej osobie, która tylko wyściubiła nosa ze swego domostwa. Jednak nawet natura miewała chwile słabości, gdyż od samego rana na ziemię nie spadła choćby jedna kropla deszczu. Cały ranek i większość popołudnia Ailis musiała spędzić w karczmie, gdzie pojawiły się wyjątkowe, nawet jak na to miejsce, tłumy. Całe szczęście praca nie trwa wiecznie i gdy tylko skończyła wybiegła na dwór, nim ktokolwiek zdołał choćby mrugnąć. Marnowanie takiego słońca byłoby grzechem, może i temperatura nie była zbyt wysoka, jednak jej płaszcz póki co był wystarczający w zetknięciu z chłodnym wiatrem. Dziewczyna kręciła się chwilę po rynku i targu, jednak miała już dość towarzystwa ludzi jak na ten dzień. Widać nawet najbardziej towarzyskie osoby mają czasem ochotę pobyć odrobinę same.
Nie wiedziała dokąd powinna się udać, na szczęście nogi same poniosły ją w odpowiednie miejsce i po dłuższym spacerze znalazła się w miejscu jak dla niej idealnym. Cisza, spokój, ptaki, no i oczywiście woda, chociaż o tej porze roku wszelakie kąpiele nie wchodziły w grę. Dziwił ją fakt, że przychodzi tu tak mało osób, w tej jednak chwili był to jeden z największych plusów tego miejsca.
Dziewczyna z szerokim uśmiechem na twarzy usiadła na samym brzegu jeziora i spojrzała w swoje odbicie w tafli wody. Cóż, nic szczególnego w nim nie dojrzała, tylko siebie, a więc coś wyjątkowo nieciekawego. Już większą uwagę przykuł siedzący nieopodal ptak budujący gniazdo. Czasem zazdrościła tym wszystkim latającym stworzeniom wolności jaką posiadały, co jednak zrobić, nie wybierała kim się urodzi. A póki co mogła przynajmniej zawołać ptaka i porozmawiać z nim o ostatnich wydarzeniach mających miejsce nad jeziorem.

Wróć do „Autonomia Wolenvain”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 18 użytkowników online :: 1 zarejestrowany, 0 ukrytych i 17 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Kerra z Derinu
Liczba postów: 52217
Liczba tematów: 2975
Liczba użytkowników: 1049
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: katrost
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.