Jezioro

Najważniejszy obszar, na którym toczy się gra. Autonomia to zamieszkane głównie przez ludzi państwo podzielone na pięć prowincji ze stolicami w Wolenvain, Derinie, Morinhtarze, Minaloit i Aparilume. Czytaj więcej…
Awatar użytkownika
Rouel
Posty: 54
Rejestracja: 08 mar 2012, 23:10
GG: 41967289
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1684

Jezioro

24 mar 2012, 22:49

Rouel wraz z Eilatris podążyli z parku wąskimi, miejskimi uliczkami, skąpani w mroku nocy. Poruszali się bezszelestnie po mokrym bruku którym obłożone podłoże prowadzące ich na obrzeża miasta. On prowadził, a ona podążała za nim. Było to dość dziwne, bowiem nie odzywali się do siebie ani słowem przez cały czas. On nie chciał nic mówić, choć miał wiele do powiedzenia. W jego umyśle zrodził się pewien pomysł, który chciał teraz wcielić w życie. Plan, który dla wielu okazałby się przerażający. Ale on wiedział, że ie musi się obawiać jej reakcji. Wkrótce ona zakosztuje smaku jego życia. Życia które prowadził od wielu lat, i które smakowało każdego dnia.. tak samo dobrze. Nawet jeśli ostatnio wtrąciło się do niego trochę rutyny, dzisiejszej nocy nastąpiła cudowna odmiana. Teraz będzie mógł.. rozwinąc skrzydła.
Po dłuższej podróży, wciąż nękani przez silny wiatr i deszcz, dotarli do miejsca przeznaczenia. Rouel doskonale wiedział gdzie się znajdowali. To jezioro było dla niego początkiem jego podróży przez życie. Tutaj zaczyna się jego historia. Tutaj przybył zaraz po opuszczeniu swojego domu. Nikt go tutaj nie nękał. Mógł tutaj sam ćwiczyć, odpoczywać, rozmyślać, choć robił to nieczęsto.
Tym razem zacznie się tutaj coś zupełnie nowego. Nie bez przyczyny ją tutaj zaprosił. To był jego teren, jego udomowiona przestrzeń, gdzie każdy intruz mógł liczyć, że nie będzie miło powitany. Ale Eilatris była jego gościem. Nie.. to coś więcej. Towarzyszem, który nie wiedział dokąd pójść. Zabrał ją ze sobą, aby pokazać jej niezwykłe rzeczy i zapewnić mrożące krew w żyłach doświadczenia.
Chociaż byli tutaj sam na sam, nie było mowy o cisz. Hałas rozbijających się o taflę wody kropel, i gwałtownie wiercąca się na wietrze roślinność. To wszystko było takie głośne…
Rouel zatrzymał się tuż przy brzegu jeziora. Przed nim rozciągała się wielka tafla wody pełna bruzd wyrzeźbionych przez bombardujące krople wody.
Jakże wspaniały widok. Uwielbiam wodę.. jest taka wspaniała, jest.. po mojej stronie… zawsze, kiedy ją potrzebuję
Po chwili odwrócił się do niej, po czym zdjął swój płaszcz, który opadł bezładnie na ziemię. jego ciało i włosy od razu zaczęło przemakać od deszczu, ale on to ignorował. Co więcej, uwielbiał to uczucie, kiedy jego ciało opływało w deszczowe krople. Uniósł swój wzrok w stronę Eilatris. Jego szkarłatne oczy spojrzały w jej zakrytą twarz. Widział jak bije z jej ciała silna, czerwona poświata życia. Wspaniały widok.
– Możesz zdjąć kaptur. Tutaj jesteś na moim terenie, możesz czuć się bezpiecznie, o ile.. nie boisz się mnie – zaczął Rouel. Na jego twarzy widać było coś dziwnego. Pewność siebie zmieszana z podnieceniem i nieodgadniętej tajemniczości. O co mogło mu chodzić.
– To miejsce ma dla mnie ogromne znacznie. Tu się zaczęło siędla mnie coś bardzo istotnego. Tu też zacznie się coś ważnego dla ciebie, Eilatris. Jesteś… gotowa?
Obecnie ta lokacja jest pusta.
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3780
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

02 maja 2014, 02:45

MG

Powieka. Wieś, niecały dzień drogi od Wolenvain. Bliskie pobliże rzeki Iqui. Południe. Nefka wracała z wiadrem pełnym wody do przepełnionej chatki swojego ojca. Wspólnie z matką przygotowała składający się głównie z grochu i kaszy posiłek. Nie było tego wiele, nie było zbyt smaczne i zdecydowanie nie zadowalało podniebienia, ale spełniało swoją rolę – napełniało żołądek. Niebawem trzeba było wracać do dalszej pracy na polu. Rodzina zebrała się w głównej izbie – jedynej, jaka znajdowała się w jej domostwie – i odmówiła modlitwę dziękczynną oraz proszalną do Ylminy. Ludzie dawno już zapomnieli, skąd pochodziła ta uwielbiana przez rolników bogini. Pradawne wyznanie elfów było w ich obrządkach ledwie wypaczeniem. Żyli w błogiej nieświadomości tego, co uczynili ich przodkowie. Ich naiwność sięgała każdej sfery życia. Wierzyli, że posiadacze ziemscy, których nie znali wcale albo znali wyłącznie z widzenia ochronią ich przed każdym niebezpieczeństwem. Tak myślała Nefka, jej rodzice, babka, dwie siostry i czterej bracia. Wszyscy żyli w błędzie.

Po posiłku nadeszła pora na uprzątnięcie jedynego w izbie stołu, co, jak zwykle, przypadło w udziale Nefce i jej siostrze. Gdy sposobiła się ona do wstania z podłogi, spostrzegła, że z jej ojcem dzieje się coś dziwnego. Jego oczy były wywrócone do góry, błyskając białkami w przyjemnym półmroku chaty. Ten znajdujący się w sile wieku mężczyzna zaczął oto ślinić się i drgać konwulsyjnie, jakby pod działaniem jakiejś mocnej trucizny. Siwiejąca powoli głowa opadła, uderzając z mocą o stół, tak, ze zatrzęsły się wszystkie gliniane naczynia. Następnie podniosła się – tylko po to, aby ponownie uderzyć. Miarowe zderzenia czoła żywiciela rodziny z blatem odbijały się przerażającym echem w głowie dziewczyny, która jakimś sposobem nie była w stanie wyrzec ani słowa, podobnie zresztą jak pozostali członkowie rodziny. Niektórzy z nich wpadli w podobną katatonię. Nefka przezwyciężyła słabość, jaka nagle spadła na jej członki, powstała i rzuciła się ku drzwiom domostwa. Wydawało jej się, że całe zdarzenie trwa kilka minut, a nadspodziewanie ciężkie wrota zaraz ją przeważą. Wypadła na zewnątrz, dostrzegając wokół siebie objawy podobnego szaleństwa. Ludzie wyskakiwali, wychodzili, wyczołgiwali się i na inne sposoby wydostawali ze swoich chat, dążąc na środek wioski, w stronę nieprzeniknionej, świetlistej postaci, której blask ranił oczy dziewoi. Nefka zmrużyła je i przesłoniła dłonią, aby lepiej dojrzeć. Wtedy właśnie przestała istnieć.

Jak zawsze poszło mu nieco gorzej, niż z początku przewidywał. Był nieskończoną wiedzą, mądrością i logiką, jednak pewne fakty musiał stwierdzić w sposób empiryczny. Duch działania, jaki ciągle w nim tkwił, nie pozwalał mu tkwić w miejscu, poświęcając swój cenny czas na analizę otaczających go wydarzeń czy planowanie kolejnych kroków. Dla postronnego obserwatora jego postępowanie mogłoby wydawać się chaotyczne, jednak czymże byli śmiertelni wobec takiej potęgi? Anemetius zrodził się z przedstawiciela dumnej, elfickiej rasy, której przenikliwość przeszła do legend. Teraz, w formie niematerialnej, niemal całkowicie wyzwolonej z okowów materialnego ciała, stał się jeszcze bardziej skomplikowany. Gdyby podsumować jego akcje z perspektywy czysto ludzkiej, nie miałyby one sensu, nie jawiły się bowiem jako prowadzące do czegoś konkretnego. Z pewnością jednak w nieskończonym umyśle ascendenta formowały się inne, nieznane niższym bytom ścieżki myślowe. Wiedział, że jego akcje z pewnością zostaną uznane za przejawy skrajnego zła, za coś niedopuszczalnego i niewyobrażalnie przerażającego, ale nie dbał o to. Być może to właśnie niezrozumienie stało za tego typu ocenami. Nie sposób było jednak walczyć z tym osądem, przekonywać przedstawicieli niedoskonałych ras do przyjęcia toku myślowego ascendenta. Anemetius przekonał się o tym na własnej skórze, szybko porzucając plany o współpracy z kimkolwiek o tak mizernej potędze. Świat nie był gotowy na przyjęcie tak doskonałych wizji, jakie próbował przed nim roztaczać. Pozostało mu tylko cierpienie.

Gdy telepatyczna wiązka grozy Arhelianosa dotarła do chłopów Powieki wielu z nich zatraciło możliwość racjonalnego myślenia. Niesamowite, jak niewiele wystarczyło, aby uczynić z nich bezbronne, dzikie zwierzęta. Anem duplikował aurę demona w sposób niemal doskonały. Wyczuwał, jak jego ofiary popadają w obłęd – nie ten całkowity, lecz zupełnie naturalny, spowodowany niepojętą grozą, jaka zdjęła ich wszystkich. Oczywiście jak zawsze przy tego typu zaklęciach o dużym obszarze działania kilka z obiektów, na które działał energetyczny byt nie poddało się tak łatwo. Dla nich również była przygotowana druga faza stosowanych przez ascendenta form magicznych. Korzystając z wiedzy, jaką posiadł w Wiecznej Bibliotece, duch mocy uderzył prosto w jestestwa mieszkańców wioski. Dzięki swoim zdolnościom miał pełną świadomość tego, czym jest ten jak dotąd metaforyczny nawet dla niego umysł, na który oddziaływał swoimi zaklęciami. Zlokalizował go u każdego, do kogo dotarł. Wyczuwał siatkę świadomości mieszkańców Powieki, lecz początkowo nie potrafił wgryźć się w strukturę nawet jednej z nich. Swoim zwyczajem mimo tego rzucił się od razu na głęboką wodę, operując na kilkunastu dziesiątkach dusz naraz. Skutki tego działania były dość opłakane… Dla celów eksperymentu.

Nowy pan Białej Twierdzy zdecydował się na zabawę w chirurga o setkach dłoni. Miał operować delikatnie i z precyzją podczas bardzo skomplikowanego zabiegu, o którym jak dotąd tylko czytał. Był to jego pierwszy raz. Nigdy wcześniej nie próbował wniknąć tak głęboko w czyjąś esencję, nigdy wcześniej nie ośmielił się jej nawet zbadać. Teraz jednak przeszedł natychmiastowo do dzieła, mając świadomość, że wiedza wymaga poświęceń – byle nie własnych. Jego metody ponownie okazały się drastyczne, dając mu jednak sporo informacji. Nie wszystkie ruchy jego duchowego, ostrego jak granica Spektr noża lekarskiego były dokładne, pozbawiając pacjentów nie tego, czego miały ich pozbawić. Anem chlastał fragmenty ich dusz jak kawałki weselnego pasztetu, wszystkie naraz, naciskając mocniej tam, gdzie potrzeba. Niewielu potrafiło się temu oprzeć, niewielu też po całym zajściu reprezentowało sobą coś więcej, niż ludzkie rośliny o pustych spojrzeniach. Jakaś dziewczyna wypadła z chatki nieopodal, słaniając się na nogach. Próbowała przejrzeć przez Anemetiusa, mrużąc swe orzechowe oczy i przysłaniając je małą, pulchną dłonią. Z niewiadomych powodów była oporna, więc wpływ magii zwiększył się, a jej esencja została rozszarpana na części, skutkując natychmiastowym zgonem. Jeden z trzymanych przez wieśniaków psów próbował naskoczyć na ascendenta, dosłownie rozpuszczając się w jego wnętrzu na oczach zgromadzonych wokół energetycznej istoty ludzi. Tych zaś było niewielu. Do ascendenta doczołgało się, doszło i doturlało około pięćdziesięciu jednostek, z czego około tuzina miało nie przeżyć nawet jednego dnia. Brutalne wycięcie jaźni chłopów sprawiło, że ich esencje były okaleczone, a należące niegdyś do nich, poruszane przemocą ciała przestały zdawać się do użytku. Ostatecznie jednak cel został osiągnięty – mały oddział bezwolnych, ludzkich worków mięsa był gotowy na każdy rozkaz swego pana.

Uderzenie Anemetiusa dotarło także nad jezioro, do Desabii, Błyska i towarzyszącego ich kapłana, który wybrał sobie akurat dobry moment na to, aby zemdleć. Szczęściem ascendent był zbyt oddalony, aby zupełnie namieszać im w głowach, ale nawet mimo tego jego wpływ był mocno odczuwalny. Obie z pozostałych w przytomności mimo swej natury poczuły ogromny strach o własne żywota, a następnie potworne ogłupienie, gdy widmowy skalpel ascendenta próbował pozbawić ich wolnej woli. Ich stan można było przyrównać do mocnego upojenia alkoholowego, z tą jednak różnicą, że zmiany te mogły być nieodwracalne. Desabia zwymiotowała nagle i wbrew sobie, nie wiedząc, co dzieje się z jej nieumarłym ciałem. Nigdy wcześniej nie czuła się tak odsłonięta, śmiertelna i bezbronna jak teraz. Wydarzenie to przywołało do jej myśli złe wspomnienia z przeszłości, jakby znowu była niepotrafiącą o siebie zadbać młódką, której nikt nawet nie uważał za wartą zgwałcenia. Wiedziała, że demony dawnych czasów zdecydowanie bardziej wolą najzwyczajniej w świecie poderżnąć jej gardło, co nagle wydało się jej całkiem dobrą opcją. Wszak kimże była ona, jeżeli nie brudem na licu tego świata, czymś niewartym nawet splunięcia? Jej myśli pobiegły w kierunku, w którym dawno ich już nie posłała. Poczuła grozę podobną do tej, jaką czuła przed swoją śmiercią. Czyżby nadciągał jej definitywny koniec?

Awatar użytkownika
Desabia
Posty: 128
Rejestracja: 16 paź 2011, 13:37
GG: 8551012
Karta Postaci: viewtopic.php?p=14514&highlight=#14514

03 maja 2014, 15:30

D

la Desabii nagle zaczęło się dziać wiele niedobrych rzeczy na raz, ale zacznijmy od początku…

S

pojrzała za oddalającym się ognikiem. Miłe stworzonko, które zupełnie nie rozumiało praw rządzących ludzkim światem. Błysk tak rozpaczliwie próbował pogodzić upiora i kapłana ze sobą, że zapewne opadł z sił. W martwym i czarnym sercu nieumarłej zaświtało coś na kształt iskierki współczucia, ale zaraz zgasło. Trup przecież nie może mieć uczuć. Zwróciła wzrok w stronę drzwi, przed którymi stała. Okazało się, że znajdowała się przed nią zielarka w pełnej swej krasie w dodatku zapraszając ją do środka.

K

iedy weszła do chaty wciągnęła powietrze w swe martwe płuca. Niemiłe, stęchłe powietrze napełniło jej nozdrza. Oddychanie nie było jej do niczego potrzebne, ale w ten sposób mogła poczuć zapach wielu ziół, które znajdowały się w izbie, dymu i człowieka, który nie mył się od zdecydowanie zbyt wielu dni. Poprzednia wiedźma nigdy nie dopuszczała się do takiego stanu. Mimo podeszłego wieku kobiety, jej chata zawsze była czysta i wywietrzona. Musiało się tutaj wydarzyć coś niedobrego…

N

ie musiała długo czekać żeby dowiedzieć się, co się stało. Usłyszała na początku cichy tupot stóp dobiegający ze strony wioski, który z czasem stawał się co raz głośniejszy. Desabia uniosła brwi, spoglądając z niemym pytaniem na zielarkę.

Tłum wieśniaków właśnie zmierza w stronę twojej chaty. Sądząc po ich ilości i mowie, raczej nie przychodzą tutaj z pokojowymi zamiarami. To, że zabarykadowałaś się w tym domku także nie świadczy o tobie dobrze. Przyznaj się, co zrobiłaś?– Dziewczyna jednak nie kwapiła się do odpowiedzi, a najwidoczniej szukała możliwej drogi ucieczki. Głosy dobiegające zza ścian chaty nie napawały optymizmem.

O

bydwie prawie podskoczyły, kiedy usłyszały głośne walenie w drzwi. Desabii wystarczyło jedno spojrzenie na zrozpaczone oblicze zielarki by zdecydować, po której stronie się opowie.

Wyjdę do nich i z nimi porozmawiam. Ty zostań tutaj i zamknij drzwi na zasuwę. Ah, powiedz mi, co dałaś temu nieszczęśnikowi. Może uda mi się m pomóc.– Nie do końca znała się na sztuce uzdrawiania, ale trucicielstwo opanowała w stopniu doskonałym. Zioła, które leczą w większych dawkach powodują zejścia śmiertelne, a na prawie każdą truciznę jest antidotum.

C

zekając na odpowiedź, przeszukała juki, które przytargała tutaj za sobą i wrzuciła kilka bardziej potrzebnych i uniwersalnych rzeczy do skórzanej sakwy, którą nosiła przy sobie. Lepiej uchwyciła w dłoni swój kostur, z którym się nie rozstawała, odsunęła zasuwę i bokiem wysunęła się na dwór. Już miała się odezwać, już miała się zapytać, co się tutaj wyprawia, kiedy nagle dopadło ją TO. Strach o własne istnienie. Nagle poczuła się bardziej żywa, niż przez ostatnie pięćset lat. Co prawda, oznaką tego było, że zwymiotowała pod własne stopy. Nie wiedziała, co się z nią dzieje, a w jej głowie panował rozgardiasz. Trzymała się kurczowo kostura, nie mogąc podjąć jakichkolwiek działań. Mdłości targające jej wnętrznościami i to nagłe poczucie śmiertelnego zagrożenia odbierało jej zdolność logicznego myślenia. Jedyna rzecz, która w tej chwili przyszła jej do głowy to ucieczka.

O

pierając się ciężko na dębowym kiju postawiła jeden krok do przodu. Powstrzymując mdłości targające jej wnętrznościami zrobiła kolejny. Strach nakazywał jej uciekać, ale ciało nie chciało współpracować. Kolejne, opornie stawiane kroki, co raz bardziej oddalały ją od wioski i grożącego niebezpieczeństwa. Chciała uciec stąd jak najdalej, tam, gdzie nic nie będzie jej groziło.
Awatar użytkownika
Anemetius
Posty: 563
Rejestracja: 25 sie 2012, 00:40
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2150#33472

03 maja 2014, 19:19

Wiedza, moc i władza. Tymi trzema aspektami kształtującymi rzeczywistość operował przez całe swoje życie. Nie znał bowiem niczego innego, chociaż sięgając w przeszłość ongiś pragnął obrać inną ścieżkę. Inaczej wykorzystać swoje zdolności. Miał wówczas sen, teraz będący jeno ulotnym wspomnieniem. Pragnął przywrócić swej rasie utracony blask, ale z czasem ten sen przerodził się w krwawy koszmar. Poza bólem, śmiercią i cierpieniem nie przyniósł niczego dobrego. Być może zaprzepaścił swą szansę. Z własnej lub cudzej winy. Tego nawet on nie potrafił określić, acz było to obecnie dla niego bez znaczenia. To była jedna z wielu myśli krążących w nieskończonej świadomości ascendenta, pewna abstrakcyjna ewentualność. Poświęcał jej całą uwagę, ale jednocześnie żadną. Była częścią, ale jednocześnie poza. Istniała i ginęła. Preferował obserwowanie, niby w lustrze, w którym ukazuje się cała jego dawna istota i życie. Mógł czuć, jeśli chciał, ale wolał nie. Tamto życie było smutne. Bardzo smutne. Coś, co zapowiadało się tak chwalebnie i pięknie … wielka wizja, marzenie jego i Isemalina, samemu obrócił w perzynę. Nie czuł żadnych moralnych rozterek – i popadał w zadumę. Czy to oznaka doskonałości czy wręcz przeciwności – słabości? Nie oceniał, nie skłaniał się ku żadnej z ewentualnych alternatyw. Raczej obserwował własne struktury myślowe, ich ewolucję.

Kontynuował jednak niewzruszenie swe dzieło, które według jego niezaprzeczalnej logiki miało posłużyć czemuś lepszemu, zdobyciu wiedzy. Poświęcając niewartościowe jednostki otwierał przed sobą nowe możliwości, a czyż to samo w sobie nie było wielkomyślne? Widział jak ginęli. Dusze znikały rozczłonkowane, posiatkowane i uszkodzone, niezdolne do dalszej egzystencji, rozpływając się jak poranna mgła. Czuł strach płonący w ich gasnących sercach. Szalony, tańczący w obłędnym spazmatycznym tańcu śmierci. Pozwalał, aby te wszystkie bodźce przenikały przez niego i otwierał się na nie, przyjmując je, zamykając w sobie. Było to piękne i smutne zarazem. Ale tak musiało się stać.

Martwił się ubytkiem mocy. Przyzwanie demona, później druga nieudana próba, teraz to. Wciąż posiadał całkiem pokaźną ilość energii, czuł to, aczkolwiek osłabł. Bał się tego, wprowadzało go to w niepewny stan, bowiem ze wszystkich możliwości tylko przed dwiema drżał całym jestestwem. Śmiercią i utratą potęgi. Moc, która była jego obsesją od samego początku życia sprawiła, iż stał się jej niewolnikiem. Obecnie zaś, gdy jego istnienie od niej zależało, popadł w obłędny nałóg. Chciał więcej. Musiał mieć więcej. Jego myśli ciągle krążyły wokół tego, jak zaspokoić swą żądzę. Pożądał, pragnął. Zwłaszcza w takich moment. Będąc zaspokojonym, mając do dyspozycji wielką moc, jego głód słabł, ale wystarczyło stracić pewną część tej siły, zostać z niej obdartym, by na nowo rozpalił się w nim straszliwy ogień. Teraz ten płomień powoli powstawał, choć jeszcze nim nie zawładnął.

Spojrzał na swych niewolników. Niektórzy z nich nie dożyją następnego dnia. Nie było sensu kazać im brać ze sobą prowiantu. I tak zginą. Nie potrzebował sług ani uwielbienia, ni towarzystwa. Stanowili tylko materiał. Surowiec. Tak jak kamień lub drewno. Potrzebował ich, by stworzyć chaos. Wzmocnić kontakt z demoniczną płaszczyzną rzeczywistości. A ich zwłoki niewątpliwie się przysłużą.

Ruszajcie! – wydał rozkaz swoim marionetkom. Kazał ustawić im się w jeden długi szereg i samemu stanąwszy na jego czele ruszył ponury pochód ku Twierdzy Czarów, gdzie dokona się horror.

z/t
Awatar użytkownika
Xariel
Posty: 917
Rejestracja: 23 mar 2013, 16:28
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 11721007
Karta Postaci: viewtopic.php?p=42135&highlight=#42135

12 maja 2014, 17:44

MG

Trudno powiedzieć, czy tłum wieśniaków, który słyszała Desabia był skutkiem działań Anemetiusa, jej własnej wyobraźni, czy próbą przestraszeni zielarki. Szybko jednak przestało mieć to znaczenie, albowiem kolejne zdarzenia zlały się w jedną niesamowicie długą i dziwną sekundę. Sekundę, w trakcie której cała sprawa przybrała zadziwiający obrót.

Do umysłu Desabi dosłownie niczym nóż w ciało wbił się głos ascendenta, jedyne jednak co zdołała z niego zrozumieć to "Arhelianos", to obce, dziwne słowo wbiło się w jej umysł dezorientując zupełnie. Jeszcze gorzej miała się stojąca obok niej zielarka, która zachwiała się i przewróciła na ziemię, wspierając rękoma i próbując rozeznać w sytuacji. Również kiepsko miał się przebywający na zewnątrz kapłan, który to osunął się na ziemię tracąc przytomność. Desabia zwijała wymiotując na ziemię, co było zdecydowanie nietypowym działaniem dla nieumarłej. Jej stan przedstawiał się jednak znośnie, w porównaniu do leżącej na podłodze zielarki, dla której magia Anemetiusa nie była taka szczodra. Kobieta krzyknęła w nagłym napadzie drgawek, gdy ascendent bezczelnie ciął jej na drobne kawałki wydzierając to, co było niepotrzebne. Opór wiedźmy sprawił, iż nacisk świetlistego wzrósł do tego stopnia, iż dusza została podarta na strzępy, a na podłodze pozostało jedynie martwe ciało, które to wpatrywało się z bezbrzeżnym zdziwieniem w Desabię.

Nieumarła postanowiła uciekać, co było zdecydowanie najsłuszniejszym wyborem jakiego mogła się teraz podjąć. Ucieczka jednak nie przychodziła jej z łatwością po spustoszeniu pozostawionym przez ascendenta. Pierwsza przeszkodą okazały się być drzwi chaty, do której to próbowała podejść. Jej wysiłek skończył się poniekąd sukcesem, gdyż ociężale uderzyła w drzwi wspierając się na nich, w głowie nadal mając niemal wyłącznie myśli o ucieczce. Panicznie próbowała je otworzyć, jednak pośpiech i wciąż jeszcze powtarzający się odruch wymiotny utrudniały to znacząco. Jednak to również jej się udało. Desabia dosłownie wypadła na zewnątrz gdy drzwi ustąpiły i ciężko wylądowała na udeptanej ziemi przed wejściem do chaty. Ociężale podniosła się z ziemi i chwiejnie, wspierając się kosturem ruszyła przed siebie, byle dalej od zagrożenia. Pozostawiając za sobą Błyska, kapłana, truchło zielarki i zarzyganą chatę.

Janłard odzyskał przytomność po jakiejś minucie. Mrugnął kilkakrotnie nie mogąc skupić wzroku, nieznośny ból głowy bynajmniej mu nie pomagał. Jednak kapłan zdołał się w końcu podnieść. Pierwszym na co spojrzał był przyniesiony wcześniej wieśniak, ten jednak leżał na ziemi bezruchu, a kapłan, choć bardzo chciał, nie mógł wmówić sobie, iż jeszcze żyje. Już nie mamrotał, jego pierś nie unosiła się nerwowo, ręce nie drżały. To był koniec. Koniec dla wieśniaka.

- Lorven – wymamrotał, wspierając się o ścianę chaty i wstając z trudem. Trącił przypadkiem otwarte drzwi, stęknął, zmarszczył brwi. Ostatecznie, gdy podniósł się do pionu mozolnie powędrował w stronę wioski. Nie cenił swojego życia dostatecznie by umierać, a może zwyczajnie nie spodziewał się już zagrożenia. Chciał zobaczyć jaki jest stan jej mieszkańców. Jaskrawe, oddalające się światło umknęło uwadze jego wykończonego umysłu.

Awatar użytkownika
Desabia
Posty: 128
Rejestracja: 16 paź 2011, 13:37
GG: 8551012
Karta Postaci: viewtopic.php?p=14514&highlight=#14514

28 maja 2014, 22:22

Z

ostawiając za sobą cały zbędny ekwipunek, a mając przy sobie tylko kilka najważniejszych rzeczy, które miała poutykane w przepastnych czeluściach swej czarnej szaty, wygramoliła się z domku, wywracając się na twarz, kiedy zapomniała, że czeka ją schodek. Dudniące w głowie echo nieznanego imienia doprowadzało ją do szału, a mdłości praktycznie uniemożliwiały otworzenie ust. Dopiero po chwili udało jej się wstać, podpierając się ciężko na kosturze. Najpierw podniosła się na klęczki, dopiero później powoli przywróciła ciało do pionu. Nie zamierzała tu zostać ani chwili dłużej. To wszystko to zdecydowanie zbyt dużo dla starego, nieco zmęczonego życiem upiora.

R

ozejrzała się po niebie i odruchowo skierowała się ku południu, chcąc uciec jak najdalej od wioski i całej masakry, której była świadkiem. Mijała ludzkie trupy, na których twarzach malowało się przerażenie. Minęła kapłana, nie odzywając się do niego słowem. Widocznie ze wszystkich żyjących tu ludzi ocalał tylko on. Przez jej głowę przetoczyło się coś na kształt współczucia, jednak szybko zniknęło. Nie mogła czuć uczuć, nie była przecież już człowiekiem. Gdyby była leżałaby tutaj martwa razem z wieśniakami. Znowu doświadczyła kolejnego dziwnego współczucia– żalu. Może powinna już dawno umrzeć dowodząc temu, że kapłan ma rację? Pokręciła głową w zamyśleniu. Nie, nie da mu tej satysfakcji. Będzie uczepiona swojego istnienia, jak rzep psiego ogona.

Z

ostawiając za sobą małą wieś dalej trzymała się południowego kursu, nocami wędrując po trakcie, a dnie spędzając w lesie. Nie miała problemu z bandytami– na widok jej wierzchowca wszyscy uciekali gdzie popadnie, krzycząc coś o potępieńcach i klątwach. Zupełnie nie wiedziała o co im chodzi i poklepywała białą czaszkę swojej chabety, by ta nie podgryzała jej kaptura w czasie postoju.

z/t
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3780
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

Z-Bo

28 gru 2015, 04:42

MG

Zgodnie z zapowiedzią Lustra wymizerowani Patrioci dotarli wreszcie do Powieki. Podczas podróży, prócz popasu, kilku błahych rozmów i generalnego narzekania, nie wydarzyło się nic godnego uwagi… Prawie. Omivalowi zaprezentowano działanie posiadanego przezeń przedmiotu. Zrobił to przewodzący drużynie mroczny elf, a dokonał tego w nieoględny sposób. Po prostu zaatakował znienacka maga wody, zatrzymując się tuż przed zadaniem decydującego ciosu za pomocą swego dobytego na rzecz pilnowania więźnia sztyletu. Kula w rękach Omivala zatrzęsła się silnie, rozgrzała się też odrobinę (acz wyczuwalnie). Dobra interpretacja tych bodźców mogła uratować mężczyźnie życie. Teraz jednak ich nie znał, a jego uwaga była rozpięta między rozmową, zaskoczeniem działaniami Lustra i tym, co działo się z kulą, ale przynajmniej dowiedział się czegoś nowego. Nie była to przyjemna prezentacja. Świadczyła o tym, że uśpiona czujność i zmęczenie mogły być łatwo wykorzystane nie tylko przez wrogów, ale także przez „przyjaciół”.

Wydarzenia z Lasu Wisielców zbliżyły wprawdzie Patriotów, ale nadal nie znali się zbyt dobrze. Teraz musieli ze sobą współpracować, bo nie mieli większego wyboru. Dzielili prowiant, cel podróży i przynależność do kompanii. Nie sposób było ocenić, co komu strzeli do głowy w samym Wolenvain czy już w Powiece. Poszukiwacze przygód generalnie musieli radzić sobie sami, byli cynicznymi i egoistycznymi personami, które stronią od współpracy, o ile nie idzie ona w obranym przez nich kierunku. Trudno było orzec, jakiego rodzaju osobą jest Darrian, jakiego Anante, kim jest Omival, a kim Drasim. Przyszło im jednak iść dalej. Mimo spędzonych razem dni nie wiedzieli o sobie dostatecznie wiele i nie zanosiło się na to, aby miało się to najbliższej przyszłości zmienić.

Na szczęście obyło się bez ekscesów. Potrzeba znalezienia miejsca na odpoczynek ciągnęła grupę za Lustrem. Nadzorujący Somiriona Darrian nie dostrzegł w nim żadnych podejrzanych, dotyczących ucieczki myśli. Było w nim jednak całe mnóstwo o wiele bardziej interesujących doznań. Zdolności umysłowego maga działały dokładnie tak, jak powinny, pozwalając mu na odpowiednie wykonanie swego zadania, a nawet więcej. Demoniczna aura nie wpływała na jego sztukę, skupienie ułatwiała też nieobecność Rinej. Jaźń pojmanego mężczyzny można było badać do woli, była bowiem podobna tym, które posiadały dzieci. Nawet fakt, że obarczono ją ogromnym bagażem wspomnień, nie zniwelował jej podatności na magiczne sondowanie. W Somirionie gotowały się dość proste emocje, które wychodziły na zewnątrz, trafiając do Darriana. Ten dowiedział się przy tym kilku rzeczy. Do przesłuchania więźnia, o ile w ogóle miałoby do niego dojść, miało minąć jeszcze wiele czasu. Z pewnością nie miało być ono wykonane przez Patriotów – prędzej sprawą mieli zająć się przedstawiciele Świątyni Światła. Mimo tego zaciekawiony sprawą mag mimowolnie (a może i z chęcią) zgłębiał tajniki sprawy podczas podróży do Powieki. Nie miał wiele więcej do roboty.

Okazało się, że Somirion przed spotkaniem z demonem nie wiedział o sobie kompletnie nic, nie znając nawet Wolnej Mowy. Teraz zaś odzyskał swoje wspomnienia, które jasno określały go jako jednego z bohaterów bitwy o Wolenvain sprzed prawie pięciu lat. Został jednak zabity – według siebie niesłusznie – przez majordomusa Tarreta, na czym jego historia dla mieszkańców Autonomii zakończyła się. Somirion analizował te wspomnienia raz za razem. Przebijały się one przez przytłumione workiem na głowie i ogólnym odrętwieniem doznania zmysłowe, przez co Darrian doświadczał ich w dość jaskrawy sposób, czy tego chciał czy nie. Dalsza część żywota Somiriona była jednak mało specyficzna. Można było wnioskować, że mimo śmierci ciała nie zmarł, a błąkał się po Lewiatanie, po czym został w jakiś dziwny, a powiązany z demonami sposób, wskrzeszony w upośledzonej formie dziecka w ciele dorosłego mężczyzny. Dopiero zetknięcie z potworem z Lasu Wisielców przypomniało mu, kim jest naprawdę. Mieszanina wspomnień, która do niego trafiła, była ogromna, a stwór rodem z Czeluści jeszcze dodatkowo namieszał mu w głowie. Atak na Patriotów rozmywał się u Somiriona w poczuciu własnej potęgi i chęci mordu. Teraz był jednak zabiedzony, głodny i skonfundowany. Trudno było mu się odnaleźć w otaczającej go rzeczywistości, ale wiedział, że nie czeka go nic dobrego. Nie poczuwał się przy tym do winy, obarczając nią demona, który zawładnął jego ruchami i posłał do boju.

Dowiadujący się tego wszystkiego Darrian mógł zrobić z tą wiedzą co tylko chciał. Nie musiał nikomu mówić. Póki co wiedza należała tylko do niego.

Latarnia pośrodku wioski świeciła się starym zwyczajem, choć na zewnątrz domów nie było widać żywego ducha. Lustro z ulgą poprowadził swoich ludzi przez plac przed domem sołtysa, a później w kierunku studni. Zapukał ostro do drzwi jednej z chat. Ktoś otworzył. Umierający długouch wwalił się do środka bez pytania, zostawiając drzwi otwartymi na oścież. Ktoś zagadał ostro w nieznanym Patriotom języku, choć dla tych, którzy osłuchani się z narzeczami Autonomii Wolenvain, wiadomym było, że jest to dialekt elfów. Lustro odpowiedział coś gospodarzowi, zaprosił pozostałych do środka, zamknął drzwi i zasunął zasuwę. W izbie pachniało ziołami, czosnkiem i wędzonymi u jej powały rybami, było też bardzo ciepło. Niewiele więcej potrzeba było członkom drużyny oraz ich więźniowi do uwalenia się byle gdzie i przyśnięcia. Lustro, wbrew protestom gospodarza, starego elfa o białych jak mleko, długich włosach, zachęcił do zażycia odpoczynku. Po tym zajął się wyłącznie starcem, u kogo zatrzymała się drużyna. Przeszli płynnie na Wolną Mowę.

– …I dlatego tutaj przyszliśmy. Przecież wiesz, jak zareagowaliby chłopkowie. Pracowaliśmy razem w przeszłości, znasz mnie, a teraz umieram. Nie masz wyboru. – Stary westchnął tylko na to wszystko. Był dobrym mędrcem, a nie poradziłby sobie z piątką przybyszy i smoczycą w torbie Drasima, choćby nawet byli wymęczeni do cna. Nie wydawało się też, że jest wojowniczym typem, a Lustro wykorzystał jego miękkie serce. Widać było, że sytuacja mocno zaskoczyła siwca. Stał przed Patriotami w długiej do kolan koszuli spodniej, spod której wystawały jego upiornie wychudzone, blade nogi.

– Ainodaen zwany Bystrym – przedstawił się krótko. – Witajcie w moim domu. Odpoczywajcie – rzekł, po czym wrócił do rozmowy z Lustrem. Wyglądało na to, że Wolna Mowa nie była w stanie przekazać jego myśli, bowiem musiał posiłkować się elfickim językiem. Wtrącał coraz więcej obcych słów, w końcu w ogóle porzucił Wolną Mowę. Z tego jednak, co udało się wywnioskować, zanim to uczynił, ustalał z Lustrem źródło jego klątwy i planował udzielenie pomocy. Mroczny elf wyglądał tragicznie, nawet spod zmrużonych oczu trudno było odróżnić go od chodzącego, skwierczącego trupa.

Wkrótce duszność w izbie zwiększyła się jeszcze bardziej. Gospodarz postawił na palenisku spory garniec, w którym zaczął gotować wodę ze znajdującej się nieopodal studni. Wrzucał tam różnego rodzaju zioła, mruczał do siebie, kruszył jakieś substancje i wieszczył po elficku. Lustro słuchał tego wszystkiego, siedząc nieopodal i oddychając głęboko. Senna atmosfera i monotonna melodia nucona początkowo jedynie przez Ainodaena, a później również przez Lustra, który najwyraźniej podłapał jej przebieg, prędko uśpiłaby każdego. Najwyraźniej wzmacniała ona skupienie gospodarza, a gnijący mroczny elf mógł dzięki niej lepiej znieść cierpienie, przez które przechodził. Nie zanosiło się na to, że wywar miał zostać ukończony w krótkim czasie.

Awatar użytkownika
Omival
Posty: 73
Rejestracja: 27 gru 2013, 22:00
Lokalizacja postaci: Kamienica Patriotów
GG: 43348566
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2832

29 gru 2015, 16:50

Ledwie wkroczyliśmy na ląd… To znów demon? A może czymś go uraziłem? Jedna chwila, sekunda nieuwagi, tak niewiele trzeba, by zakończyć swój żywot. A jednak żyję?! Omivala ogarnęła niewyobrażalna konsternacja, kiedy to sztylet Lustra zatrzymał się przy jego twarzy. Akcja była błyskawiczna. Mag wody początkowo nawet nie poczuł, że coś próbuje wyrwać się z jego dłoni, zupełnie nie był w stanie zareagować, jednak w końcu zrozumiał całe zdarzenie.

– Cóż za inscenizacja – oznajmił z lekko drżącym głosem. – A więc w ten sposób działa to cacko – dodał i na chwilę zamilkł. Ruch elfa nie był zamachem na jego życie, a po prostu wymowną próbą demonstracji drzemiącej w owalnym przedmiocie siły. Coś jednak w tym wszystkim Omivala zaniepokoiło i nie chodziło tu wyłącznie o sterczące przy jego skórze ostrze. W końcu powinien się cieszyć z posiadania tak przydatnego artefaktu, a jednak ten entuzjazm nikł pośród tego, czego przed momentem doświadczył. Chociaż szklana bryła spoczywała w jego dłoni, nie był w stanie nic zrobić. Wynikać to mogło z braku czujności, ogólnie ze zmęczenia… Odległość i moment zaskoczenia również miały znaczenie. Może gdyby Lustro znajdował się nieco dalej i przede wszystkim nie należałby do „przyjaciół”, mag wody zdołałby jakoś odpowiedzieć na próbę ataku. Omival zrozumiał, że ani na chwilę nie może w pełni czuć się bezpiecznie, nawet pośród kompanów, z którymi bądź co bądź trochę już przeszedł. Dodatkowo nie wiedział, czego można spodziewać się po jeńcu i liczył na to, że pilnujący go Darrian dowie się czegoś istotnego.

– Elfie, a czy to… – powiedział, wskazując na kulę. – Jakie ma ograniczenia, jaki zasięg działania i jak wiele razy może ostrzec przed niebezpieczeństwem? – zapytał i ruszyli dalej.

Pokaz Lustra nauczył Omivala, żeby nie tracić czujności. Długouch mimo wyniszczającej klątwy wciąż pokazywał na co go stać i że nie warto z nim zadzierać. Ciekawe, czym może jeszcze nas zaskoczyć, rozmyślał Omi. Mimo zmęczenia brodaty najemnik przyglądał się zarówno otoczeniu jak i towarzystwu, z jakim przyszło mu maszerować. Jego wzrok zatrzymał się na skupionym w swym zadaniu Darrianowi. To czego zdołał się dowiedzieć o czerwonookim bardzo interesowało Omivala, a na razie nie zamierzał o nic wypytywać, nie chcąc przeszkadzać magowi umysłu.

Kiedy doszli do odległej wioski wszystko potoczyło się szybko. Mroczny elf z impetem wpadł do wyglądającej na opustoszałą chaty, by po chwili wdać się w ni to kłótnię, ni to pogawędkę z zamieszkałym w niej osobnikiem. Niewiele można było wywnioskować z wielojęzycznej mieszanki słów, ważnym był jednak fakt, iż dotarli do postoju i w końcu mogli odpocząć. Prędko wyjaśniło się też, dlaczego za przystanek obrana została ta niewielka osada. Najwyraźniej zamieszkały tu Ainodaen Bystry potrafił pomóc zdjąć ciążącą na dowódcy klątwę, która zdążyła go już wyraźnie wyniszczyć. Nie marnując czasu długousi krajanie rozpoczęli swoisty rytuał. Całe pomieszczenie wypełniło się mieszanką dziwnych woni i enigmatycznych melodii, działających niczym kołysanka. Mag wody próbował walczyć z sennością, lecz poległ. Ziewnął jeden raz i drugi… Inhalując się oparami uwięzionymi w pomieszczeniu, wciąż czując na języku gorzki smak napitku Lustra, padał na ziemię zapadając w głęboki sen.


Byli razem… Otoczeni… Uwięzieni w jądrze chaosu… Zawieszony na szyi Omivala amulet – wizja zwiadowcy – rozżarzony, bliski topienia wibrował jak szalony obwieszczając wszechobecne niebezpieczeństwo.


– Anante! – wrzasnął, a wokół niego wystrzeliły pierścienie lodowatych sopli, przebijające rogate maszkary. – Anante! – wołał, aż wreszcie ujrzał ognistowłosą na grzebiecie smoczycy. Roia i władczyni ognia miotały płomieniami niosąc legionom wroga spiekotę, jakiej nikt nigdy nie doświadczył. Widząc Omivala podleciały bliżej i chwyciwszy go wszyscy razem wbili się wysoko w powietrze i ujrzeli wielkie zło. Zastępy Czeluści, a na ich czele żywą światłość… Strach i plugastwo.


– Anante… – orzekł i ich moc dotknęła ziemi. Iqua niczym wąż wdarła się na pole bitwy, by zetkonowszy się z wrzącą skalistą opoką spowić śmiercionośne światło. Popielate obłoki pochłonęły wszystko…

I tak trwał sen Omivala, aż wreszcie przyszło mu się obudzić, wypoczętym i zmęczonym jednocześnie.

Awatar użytkownika
Darrian
Posty: 733
Rejestracja: 06 sty 2012, 20:04
Lokalizacja postaci: Oko i Powieka
GG: 10643412
Karta Postaci: viewtopic.php?p=21226#21226

30 gru 2015, 13:00

Dziwna grupka szła przed siebie, każdy kolejny jej członek dziwniejszy od poprzedniego. Uzdrowiciel ze smoczątkiem, mag wody o wielu.. mniej ciekawych pomysłach, maginka ognia o zaskakującej podatności na magię umysłu, teoretycznie martwy mroczny elf, półelf który nie miał nawet pojęcia za ile osób powinien się liczyć, ale nagrodę największego dziwadła oficjalnie zbierał ich więzień. Nawet Darrian, który był przyzwyczajony do posiadania innego bytu w swoim ciele, musiał przyznać, że cel jego mentalnego grzebania przebijał go w kwestii bycia dziwadłem. Istota ta.. pamiętała swoją śmierć, którą zadał mu wilkołak, który kiedyś sprawował ważną pozycje w Autonomii.. jeden z bohaterów bitwy, którą wszyscy nadal uważali za prawdziwą inwazję a nie pozbycie się przez Imperium nadmiaru jeńców. Ciekawe, czy wszystkie siły o których opowiadał lustro znały prawdę, którą mag umysłu poznał przy okazji tego, co stało się w Przytułku. Jeśli nie, pytanie, czy był w ogóle sens dzielić się wszystkimi rewelacjami, które półelf chował w swojej głowie, zarówno co do ich więźnia, jak i przeszłości i przyszłości bezpieczeństwa Wolenvain, w kontekście inwazji z Zachodu. Kto by mu uwierzył, że resztka demona, którą prowadzili była nie tak dawno jednym z bohaterów, który jakimś cudem oszukał śmierć kosztem wspomnień? Mało kto też chętnie by trawił wiedzę, że pamiętne zwycięstwo nad Imperium było zaledwie małą potyczką, w którym rasistowskie mocarstwo straciło wyłącznie jedną cenną jednostkę kontrolującą armię niewolników.

Darrian zdecydował się na razie siedzieć cicho, jako, że nie doszukał się w głowie ich więźnia niczego groźnego, co najwyżej odpowiadając, że nie zanosi się na próby ucieczki, jakby ktoś pytał. Co jakiś czas wślizgiwał się do jego myśli, pilnując czy nic się nie zmieniło, zarówno dla pewności jak z racji odczuwania swoistej radości z używania swoich mocy w przyjemny sposób, kiedy nic mu nie przeszkadzało. Z czasem zaczął uważać Rinej za dodatkowe źródło mocy, myślał, że jest silniejszy dzięki mocy którą dysponował z racji jej obecności i możliwością wykonywania wielu zadań na raz. Teraz okazywało się jednak, że tak jak w kwestii czystej mocy faktycznie Rinej pomagała, tak jej obecność i jej tendencje do używania mentalnego odpowiednika brutalnej siły do rozwiązywania problemów przytępiła także jego precyzję. Teraz, kiedy nie odczuwał jej wpływu ani zagrożenia z jej strony, czuł wyraźną różnicę, jakby znów mógł precyzyjnie rozcinać mentalne bariery sztyletem, zamiast wymachując w nie mieczem, czy jak to Wiedźma robiła, waląc w nie buławą. Gdyby ktoś poświęcił szczególną uwagę wyrazom twarzy półelfa podczas ich marszu, wypatrzyłby pewną nutę zadowolenia, jeśli nie wręcz radości, która prześwitywała spod zmęczenia. Nie zwrócił on w tym swoim stanie nawet szczególnej uwagi na demonstrację Lustra co do nagrody Omivala. Miał też z tym coś wspólnego fakt, że nie patrzył na maga wody zbyt przychylnie i nie zatrzymywałby mrocznego elfa gdyby ten chciał naprawdę go zabić.

Wioska do której zmierzali nie zachwycała przepychem ani rozmiarem, ale chyba nikt w tej chwili nie śmiał narzekać. Mag umysłu nie protestowałby nawet, gdyby okazało się, że mieli spać na ziemi w stodole, byleby było gdzie odpocząć. Trzeba było udawać nadal niezdolnego do wiosłowania ze swoją ręką, ale chyba brak Rinej też odnosił swój wpływ na cynizm i egoizm Darriana. W sumie po takim zamieszaniu w głowie i tak cudem było, że potrafił odróżnić górę od dołu, więc takie szczegóły były do przeżycia.

Lustro doprowadził ich do jakiegoś domu, do którego następnie wprosił się niemal siłą, co wystarczyło jako zaproszenie dla półelfa, który powoli się niecierpliwił w kwestii znalezienia miejsca do odpoczynku. Elf, który najwyraźniej był właścicielem chaty, był widocznie niepocieszony nagłym wtargnięciem bliżej nieokreślonej bandy do swojego domu i nie można było go za to obwiniać, co jednak nie przeszkodziło magowi umysłu w próbie odnalezienia najlepszego miejsca do spania, zanim stary elf nawet zdecydował się im przedstawić, oznajmiając, że byli jednak mile widziani w jego domu. Tak jak pewnie obserwacja rytuału, który Ainodaen z Lustrem zaczynali odprawiać mogłaby być ciekawa, tak raczej nikt nie miałby mu za złe, że miał zamiar położyć się spać w pierwszym lepszym miejscu jak tylko je znajdzie, w razie potrzeby nawet używając magii do wzmocnienia odczucia zmęczenia, by jak najszybciej odpłynąć. Doprowadzeniem się do stanu używalności po wszystkim co się stało zajmie się kiedy nie będzie widział nawet pali drewna na opał jako poduszek.

Awatar użytkownika
Drasim
Posty: 521
Rejestracja: 08 gru 2013, 12:55
Lokalizacja postaci: Kamienica Patriotów
GG: 7643593
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2815

31 gru 2015, 13:28

Łódź Patriotów nie poruszała się tak szybko jak pragnąłby tego Lustro. Dawali z siebie wszystko po tak męczących wydarzeniach, ale było to za mało. Działanie klątwy wkrótce stało się widoczne, ciemnoskóry wyglądał coraz gorzej i Drasim bał się, że padnie trupem nim dotrą do stolicy. Mroczny elf jednak nie zamierzał się poddawać i sam zasiadł do wioseł, żeby zmienić zmęczonych kompanów. Uzdrowiciel nie spodziewał się, że Lustro będzie w ogóle w stanie wiosłować. Widać było, że czas jest na wagę złota, a jeszcze po dobiciu do brzegu mieli kawał drogi do przejścia.

Lustro nie zmniejszał tempa ani na chwilę. Szybko posilili się i nieco wzmocnili przed długim marszem. Dostali jakieś dziwne specyfiki, które miały pomóc im wytrwać trudy dalszej drogi i bez zbędnego marudzenia wyruszyli w stronę niewielkiej wioski. Demonowi zostały uwolnione nogi, ale innego wyjścia nie było. Drasim postanowił, że zostawi sobie resztki mocy, jeśli jakieś posiadał na ewentualne unieszkodliwienie tego potwora. Mógł co prawda próbować usunąć zmęczenie ze swojego organizmu, ale wolał mieć choćby najmniejszą możliwość obrony. Oprócz kilku nic nie znaczących rozmów nie wydarzyło się nic ciekawego podczas ich podróży. Nie zostali na szczęście zaatakowani przez nikogo, jeśli nie liczyć prezentacji mrocznego elfa, który w najprostszy możliwy sposób zaprezentował Omivalowi działanie nowej zabawki. Uzdrowiciel był pewien, że ta magiczna rzecz nie uchroniłaby maga wody przed błyskawicznym atakiem Lustra. Drasim jakoś obojętnie patrzył na pokaz ciemnoskórego, choć oczywiście był zaskoczony. On sam jednak ze zwykłej ciekawości pewnie spróbowałby lekko uderzyć brodatego Omivala by sprawdzić jak działa ta kula.

W końcu udało im się dotrzeć do wioski. Na szczęście dla ich dziwnej grupy, na zewnątrz nie było żadnego chłopa, który mógłby narobić rabanu na sam widok takiej malowniczej komanii. Lustro wszedł bezpardonowo do jednego z domów i wkrótce usłyszeli mowę elfów. Ciemnoskóry szybko zaprosił resztę drużyny do środka i zamknął drzwi za sobą. Stary, siwy elf, zwany Ainodenem krótko się przedstawił i polecił im odpoczywać. Drasim po raz ostatni postanowił zaoferować swoją pomoc. Może nie był w najlepszej formie, ale od momentu wyjścia z Lasu Wisielców bał się snu jak ognia. Ciągle miał w głowie straszliwe obrazy, które zapewne tylko czekały by wrócić do niego w pełnej okazałości w koszmarach.

– Może jednak jestem w stanie jakoś pomóc? – Zapytał uzdrowiciel, wiedząc, że jest upierdliwy, ale na to nie mógł nic poradzić. – Jeśli nie ciało jest chore i nie umysł, więc co? Źródło mocy magicznej, cokolwiek nim jest? – Kolejne pytania zostały zadane przez Drasima. Oprócz tego, że naprawdę chciał pomóc, był też po prostu ciekawy, taką już miał naturę. Jeśli jednak nie zostanie dopuszczony do pomocy dwóm elfom, poszuka sobie jakiegoś miejsca pod ścianą, oprze się o nią i usiądzie na podłodze. Będzie starał się obserwować jak najdłużej dziwny rytuał, próbując rozpoznać zioła, które były używane przez długouchych. W końcu jednak zmęczenie weźmie górę i medyk mimowolnie zaśnie. Tej nocy jego umysł go jeszcze oszczędzi, wyczerpanie było zbyt duże by jakiekolwiek sny go nawiedziły.

Awatar użytkownika
Roia
Posty: 105
Rejestracja: 28 mar 2013, 14:31
GG: 18983323
Karta Postaci: viewtopic.php?p=42275#42275

04 sty 2016, 15:47

Szybowanie nad łodzią i nieliczne akrobacje zaczęły ją nudzić. Wszystko było takie monotonne. Raz, czy dwa oddaliła się od łodzi na taką odległość, by po prostu ją widzieć, a potem wracała, nie zbliżając się do tafli wody. Raz z góry zapikowała w jej stronę i rozwinęła skrzydła by nie uderzyć w żadną z głów, potem usiadła na dziobie łódki i siedziała tam chwilę, póki jakiś ruch, tudzież zamach Lustra na maga wody, nie wprawił jej względnie pewnego siedzenia w kołysanie. Nie do końca wiedziała jeszcze po co wędruje z tymi człowieczymi istotami, ale miała sporo czasu na zastanowienie się. Koniec końców nie doszła do żadnego logiczniejszego wniosku, poza tymi, że nie ma już domu i chciałaby poczuć dreszczyk emocji poznając Wielki Świat.

Widok rosnącego lądu niemal ją zaskoczył. Dla niej czas upływał bardzo powoli, dlatego wydawało się jej, że minęły już wieki odkąd wypłynęli. Skrzeknęła siedząc na głowie Drasima, oznajmiając może tym, co jeszcze nie zauważyli, że zbliżają się do suchej ziemi. Znów wzleciała, wyprzedzając łódź i zbliżając się do lądu. Była jednak ostrożna, dlatego czujnie wypatrywała ludzkiej obecności. Jako, że jej nie było, usiadła na brzegu i machała skrzydłami (bo nie miała rąk) do płynących, niczym dziewka, która dostrzegła na horyzoncie łódź jej wybranka.

Kiedy wszyscy zeszli na przyjemnie zieloną trawę, Roia prowadziła kompanię ku wiosce. A przynajmniej udawała, że to robi, bo co chwila zerkała na Lustra, albo nagle odbijała od kierunku swojej wędrówki, bo jej towarzysze poszli w inną stronę. Dziarsko szła przed siebie, albo i skakała za owadami... do czasu, gdy nie dostrzegła zabudowań. Jej pierwszą reakcją było ukrycie się za losowym krzakiem. Potem wskoczyła do Drasimowej torby. Tej grupce jako-tako jeszcze ufała, ale nie była jeszcze w stanie stanąć oko w oko z hołotą.

Prawie by zasnęła z nudów, gdyby nie niewielkie poruszenie. Patrioci wparowali do chaty, której gospodarz został przymuszony do udzielenia gościny. Nie wiedziała co się dzieje, toteż nie wychylała się z (nie)wygodnej torby. Usłyszała wkrótce rozmowy, dużo rozmów. Usłyszała też, że kilkoro podróżników legło na ziemi czy przy ścianach, w tym w końcu i Drasim. Dlatego odważyła się wychynąć łebkiem spod zamknięcia torby. Masa zapachów zaskoczyła ją tak bardzo, że schowała się z powrotem. Ale torba nie była już szczelnie zamknięta, więc ziołowa woń wciąż drażniła jej czuły węch. Potrzebowała tylko chwili, żeby się przyzwyczaić i powoli wysunąć z torby, rozglądając się uważnie dookoła, szukając potencjalnych dróg ucieczek i kryjówek. Potem skupiła się na dźwiękach, które słyszała. Rozmowa zamilkła, ale dwóch elfów nuciło coś do siebie. Melodia była kojąca, zapach w zasadzie też, gdyby nie to, że był tak intensywny.

Dlatego uznała, że odwiedzenie pomieszczenia, w jakim byli, może być dobrym pomysłem. Miała zamiar poruszać się wzdłuż cieni i powoli, coby nie zwrócić na siebie zbędnej uwagi, i podejść do Darriana, a potem Omivala. Oni niestety już spali, więc nie mieliby jak się z nią pobawić. Wróciła więc do Drasima drogą, która powinna pozwolić się jej schować przed wzrokiem zajętych elfów, przynajmniej w części. No i się skradała, żeby zniwelować hałasy. Nie chciała się tak naprawdę ukryć, ale prowadziła kolejną swoją gierkę, wymagającą od niej użycia swoich umiejętności i wzmożonej czujności. Metą miały być kolana uzdrowiciela. Zauważona, czy też nie, miała zamiar położyć się na nich i zwinąć w kłębek, osłaniając szyjkę końcówką ogona i być może zasnąć, jeżeli żadne podejrzane dźwięki nie pobudzą jej do ucieczki, albo chociaż zwiększenia ostrożności.

Wróć do „Autonomia Wolenvain”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 7 użytkowników online :: 1 zarejestrowany, 0 ukrytych i 6 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Google [Bot]
Liczba postów: 52171
Liczba tematów: 2971
Liczba użytkowników: 1044
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Haarum Kebb
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.