Wieś Zielona Woda

Najważniejszy obszar, na którym toczy się gra. Autonomia to zamieszkane głównie przez ludzi państwo podzielone na pięć prowincji ze stolicami w Wolenvain, Derinie, Morinhtarze, Minaloit i Aparilume. Czytaj więcej…
Awatar użytkownika
Ves
Posty: 157
Rejestracja: 06 lut 2012, 00:16
GG: 13073276
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1566

Wieś Zielona Woda

03 sie 2012, 03:23

Zielona Woda jest położona na południe od stolicy Autonomii i na zachód od traktu Iquańskiego. Oddalona nieco od miasta i leżąca na uboczu wioska, zaliczana jest jednak zazwyczaj do okolic Wolenvain, gdyż niemal cała nadwyżka plonów, produkowana przez mieszkańców, trafia na tamtejszy targ. Większość społeczności zajmuje się hodowlą bydła i paszy, bądź przetworami mięsnymi i nabiałem, które mają bardzo dobrą opinię.
Wjeżdżając do wsi od strony traktu, mijamy niewielkie jezioro, obficie porośnięte rzęsą i otoczone trzcinami, od którego osada wzięła swoją nazwę. Kawałek dalej, po lewej stronie, dostrzec można poczerniałe i na wpół zawalone zgliszcza sporego domu.
Stoi tu zaledwie kilkanaście drewnianych domostw krytych strzechą i zlokalizowanych przy głównej drodze, ale wbrew pozorom wioska zajmuje ważne miejsce w życiu okolicznych ludzi, jako że na obrzeżach osady, od strony północnej wznosi się większy kamienny budynek, mieszczący kaplicę Maelena. Nie minęło jeszcze dziesięć lat od jego budowy, ale ludzie, początkowo odnoszący się nieco nieufnie do kapłanów boga, zaczęli bardzo doceniać ich wkład w życie społeczności. Służą bowiem radą i pomocą, a także kształcą wszystkie chętne dzieci. Często kaplicę odwiedzają więc też mieszkańcy okolicznych wiosek.
Spośród budynków wyróżnia się też z pewnością dom sołtysa wsi. Nie jest większy od pozostałych, za to wyraźnie bardzo zadbany, a drogie szyby w oknach i liczne, spore zabudowania gospodarcze na tyłach działki, świadczą o zamożności właściciela. Jest to całkowicie usprawiedliwione, gdyż Jeromi Wengard, sprawujący ten urząd już od niemal dwudziestu lat, jest człowiekiem bardzo pracowitym i gospodarnym, a także powszechnie szanowanym, mimo pewnego mezaliansu, jakim jest jego małżeństwo z prawie stuletnią elfką.
Innym ciekawym budynkiem jest miejscowa karczma o wdzięcznej nazwie "Pod Zielonym Kogutem" i prowadzona przez siostrzenicę sołtysa. Oberża jest malutka i składa się z niewielkiej stajenki połączonej z sienią, sali jadalnej, kuchni i dwóch małych izb sypialnych. Ościeżnice pomalowane są krzykliwą, zieloną farbą, ale wnętrze prezentuje się już lepiej z prostymi meblami z jasnego drewna i żółto-zielonymi akcentami wystroju. Dom uroczej, zielonookiej szynkarki znajduje się tuż obok.
Zieloną Wodę otaczają głównie pola uprawne, bądź łąki, na których wypasane jest bydło, ale niedaleko, na południowy-zachód od osady rośnie las. Niezbyt wielki, ale dość stary i na tyle duży, że można tam znaleźć zwierzynę łowną, a i zgubić, jeśli ktoś nie zna okolicy. Na skraju znajduje się cmentarz, na którym mieszkańcy chowali swoich zmarłych bliskich przed laty. Część podtrzymuje tą tradycję, inni pogrzebu dokonują w nekropolii należącej do Wolenvain. Większość nagrobków jest bardzo stara.

Z tego miejsca można udać się na:
Trakt Iquański
Obecnie ta lokacja jest pusta.
Awatar użytkownika
Breiva
Posty: 264
Rejestracja: 03 gru 2012, 14:18
GG: 37377517
Karta Postaci: viewtopic.php?p=37917#37917

26 maja 2013, 18:24

MG

Zielona Woda, a nie Szalona Trzoda, do cholery! Zastanawiające było, jak bardzo Leonard potrafi przeinaczyć, przekręcić i nie zrozumieć pewnych rzeczy. Niemniej jednak dotarli, po drodze nie zabijając się na trakcie. Minęli malutką wioseczkę Mirran Toilt (nader szybko), a potem Derin (jeszcze szybciej), a potem traktem tłukli się w stronę Minaloit. Po drodze kilkakrotnie pytali ludzi o drogę, aż wreszcie zajechali tam, gdzie ponoć Woda miała się robić Zielona.
– Bądź grzeczny i nie spal wsi – mruknął Marvin jak do dziecka, chwyciwszy bez myślenia wodze jego konia. I to był błąd. Leonard wyciął w długą tak, że tylko wspomnienie i ciężki zapach gorzelni po nim pozostały. Marvin westchnął i szarpnął konie, błagając je, by zechciały iść za nim potulnie. Szły. Nie to, co Leonard.
Złocista grzywa machała nie najgorzej. W ciągu kilku długich, oratorskich i bardzo sążnistych modlitw Marvin zdążył się dowiedzieć tego i owego. Fakt, mieli jakiś problem. Fakt, była jakaś tam klątwa. Nikt za bardzo nie chciał powiedzieć, o co chodziło. Ale konie pozwolili obok karczmy zapakować i nawet owsa trochę dali. Jasnowłosy zielarz wykorzystał swoją urodę i właściwe jedynie pederastom zrozumienie płci niewieściej, by wytargować nocleg u karczmarki. Za pół szylinga zgodziła się przechować ich w jednym pokoju przez kilka dni i obiecała przygotowywać jedzenie. Wcale zacnie z jej strony.
Marvin z ulgą zostawił swoje rzeczy, zerknął na konie, poklepał je po chudych szyjach i ruszył na poszukiwania Leonarda. Znalazł go, a jakże, na dachu.
– Złaź stamtąd! – warknął. – I słuchaj mnie, bo mam plan. Nasze wersje muszą się zgadzać. Ty jesteś moim ojcem, ja jestem twoim synem, tak? Matka zmarła przy połogu. Imię jej wymyśl, ja go znać nie muszę. Jesteśmy wędrownymi bardami, tylko, cholera, ja nie umiem śpiewać… A, nieważne. Podróżujemy za chlebem i kierujemy się w stronę Wolenvain. Zrozumiałeś?
Zerknął w kaprawe oczka Leonarda. Znając grajka, istniało wysokie ryzyko, że ten jednak nie zrozumiał. Marvin westchnął i przeczesał palcami skołtunione włosy. Ech, trzeba by się wreszcie umyć…


Opóźnienia były z mojej winy, toteż zezwalam na tamten post. I przy okazji bardzo przepraszam za zwłokę.
Awatar użytkownika
Leonard
Posty: 189
Rejestracja: 24 wrz 2012, 16:18
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2214

26 maja 2013, 19:22

-Jak ty się do ojca zwracasz synek? – Zbeształ chłopaka.

Plan wydawał się dobry, wręcz źdźbło zapożyczony od pewnego Tytana Intelektu siedzącego teraz na dachu. Ale Marvin jako bard? Zawsze chciał mu to zaproponować, jednak był zbyt nieśmiały, by przekonać go do tego jakże fascynującego fachu. Pełnego brudnych karczm, jeszcze brudniejszych kobiet i kufli pełnych brudu z domieszką wina. To jest dopiero życie. Po jednym dniu pracy jako artysta wyzwolony, człek przygotowany jest na wszystko.

Tylko po cholerę, chłopak chciał udawać barda? Nie wystarczało mu być wędrownym konowałem?

– Dobra już złażę. Łap mnie! – Zaśmiał się udając, że ma zamiar skoczyć prosto w obcięcia syna. Przez chwilę na tyle wczuł się w rolę, iż omal nie wylądował awaryjnie u stóp budynku.

-Sytuacja opanowana. – powiedział gdy zgramolił się na poziom parteru. Obejrzał się na naburmuszoną twarz chłopaka.
-Całe szczęście, że wdałeś się w matkę przystojniaku. – Zaśmiał się i rozczochrał jego blond włosy.

– No cóż, coś tam jednak po mnie odziedziczyłeś. – Stwierdził, wymacawszy olbrzymi kawałek, miał nadzieję – zaschniętego błota.

Objął chłopaka ramieniem i skierowali się wolnym krokiem w kierunku spalonego domu. W międzyczasie grajek chciał podzielić się przemyśleniami na temat ostatniej klątwy, zjawami i innym badziewiem. Chciał poznać jego zdanie. Gdy skończył przeszedł przyszłej kariery Marvina.

– Cóż, jeśli tak ci zależy na byciu bardem, możesz robić za drugi głos. Jak wyłapiesz dobry moment to możesz powtórzyć jakieś dźwięczne słowo, lub zwrot pojawiający się przed przerwą na strunowe zawodzenie. Gdy w piosence jest powtarzający się fragment obowiązkowo ciągniesz go ze mną. Może być i ciszej niż ja. Bylebyś śpiewaczył. Proponowałbym też załatwić jakiś bęben lub inny łupiący instrument. W chwili prowizorki możesz stukać kuflem o blat. A teraz sprawdzimy twoje poczucie rytmu. – Leonard zaczął iść tak, by stopami wystukiwać jakikolwiek rytm choćby najgorszy. Dał swojemu uczniowi chwilę na pojęcie zasad gry.

– Teraz twoja kolej. Nie przynieś tatusiowi wstydu. I pamiętaj, barda nie można udawać. Bardem trzeba się stać.

Tak! Pierw bęben w kapeli, potem cały świat! Grajek uśmiechnął się do czeladnika mimowolnie.
Awatar użytkownika
Breiva
Posty: 264
Rejestracja: 03 gru 2012, 14:18
GG: 37377517
Karta Postaci: viewtopic.php?p=37917#37917

27 maja 2013, 18:10

Ano nie wystarczyło. Albo inaczej – Marvin wolałby, żeby nikt z mieszkańców nie wiedział, iż do wioski zawitał Światowej Sławy Medyk, Mistrz Cechu Aptekarskiego, Pan Ziół I Medykamentów, Król Zarazy i Ten, Który Odegnał Morowe Powietrze. Prawda bowiem wyglądała tak, że ludzie, szczególnie ci tknięci nieszczęściem, mają tendencję do wyolbrzymiania sobie różnych rzeczy. Dla przykładu, gdy koń zgubi podkowę, a wędrowny zmuszony jest tłuc się traktem wiele staj przed siebie, nawet najmarniejszego kowala powita jako Mistrza Młota. Jeśli zaś klątwą, która toczy Zieloną Wodę, jest zaraza, Marvin wolałby nie być przetrzymywany tu siłą jako nadworny medyk. Jeśli będzie mógł pomóc, sam przyzna się do profesji. W odpowiednim momencie.
Nie wcześniej.
A zaraz potem Leonard sfrunął z dachu jak kura z grzędy i… okazało się, że prócz talentu muzycznego, ma jeszcze smykałkę do aktorstwa. Wczuwał się w rolę tak idealnie, że odgrywał ją nawet bez świadków. A kto wie, może to po prostu był wybuchający nagle, żarliwy ogień płonącego ojcostwa?
Marvin zamknął oczy, przypominając sobie pełgające ciepło Aurory. Taak, płonącego… Potrząsnął szybko głową.
– Pierwsze co, to masz się umyć, gdy tam dojdziemy – warknął, chcąc nie chcąc podskakując do dziwnego rytmu. Nogi splątały mu się i omal nie wywinął orła. Zachował jednak równowagę i szedł dalej, po kilkudziesięciu krokach nareszcie osiągając wcale zgrabny tupot. Sekwencja powtarzała się dźwięcznie, ale ładne były tu wyłącznie efekty głosowe. Sam Marvin wyglądał jak poskakujący, machający nogami, roztrzęsiony, ewidentnie cierpiący na głowę wariat.
I takim go właśnie zobaczyła dziewczyna niosąca kosz jadła. Wrzasnęła ze strachu, upuszczając dzierżony majątek i pognała przed siebie w stronę zagajnika, zakasawszy kieckę, aż błyskały jej nadmiernie włochate, opalone łydki. Marvin zatrzymał się w pół kroku i uniósł brwi.
– Przynajmniej chleb jest – mruknął z zadowoleniem, grzebiąc w rozsypanej zawartości. Część bochenka wpadła do kałuży. Zielarz odłamał ten kawałek, ale go nie wyrzucał – będzie dla koni. Idiotą jest ten, kto marnuje jedzenie, niezależnie od tego, jakim by nie był bogaczem.
– Ani słowa o tym, że jestem medykiem, jasne? – wymruczał, chowając resztę do swojej torby. Syknął, bo świeżo wypieczony bochen chleba wcale nie chciał się mieścić. Dodatkowo buchnęło jeszcze bardziej intensywną wonią apteki. -… Przynajmniej sami nie wyczują. A teraz uśmiechnij się. Albo nie, biorąc pod uwagę stan twoich zębów, nie uśmiechaj się. Koniecznie wybierz imię dla matki. Żebym się tylko na wstydził. Może być Marvina. Zanim dojdziemy, masz sklecić łzawą historyjkę o śmierci mojej mamy, może być nawet ballada. Dasz radę, wierzę w ciebie – klepnął barda z rozmachem w plecy.
I ruszyli ramię w ramię, pluskając butami w zastałych kałużach, brodząc po kostki w śmierdzącym gnojem błocie. Wioska była wcale ładna, karczmareczka również, ogółem nie było źle. Bo gdzie karczmareczki ładne, tam wysokie prawdopodobieństwo, że i karczmareczkowi bracia niczego sobie będą. Marvin aż uśmiechnął się do swoich myśli.
Ale nie. Najpierw klątwa. Z tą właśnie myślą szedł do gospody.



Grafika poglądowa powaliła mnie na kolana.
Awatar użytkownika
Leonard
Posty: 189
Rejestracja: 24 wrz 2012, 16:18
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2214

27 maja 2013, 19:04

-Umyć się?! Może od razu się ogolić? Albo jeszcze lepiej, wbij mi sztylet w serce, jako trup może nie będę tak śmierdział. Chcesz, by nagle zleciały się do mnie panny z całej wioski? Pierwsza lekcja z życia barda: Gdy jesteś bardem, niewiasty same rozchylają przed tobą nogi. Z kolei gdy jesteś przystojnym bardem, nie wiesz czy odwracać się przodem, czy tyłem do ściany. – Spojrzał na swoje odbicie w wodzie. Swoisty pas cnoty na twarzy.

Reakcja niewiasty była… zastanawiająca. A co jeśli jednak najwyższy czas przystrzyc brodę, umyć włosy i zmienić kolor skóry za pomocą uporczywego szorowania gorącą wodą?

– Tysiąckroć psiamać.

Resztę drogi Leonard był wyjątkowo przygnębiony. Jako osoba publiczna nie mógł straszyć potencjalnych groszosypców. Z kolei nie chciał rozpraszać słuchaczy. Ciężki dylemat. Śmierć z głodu, albo z wyczerpania. Być może jest nadzieja i postarzał się na tyle, że jest wolny od dawnego utrapienia.

– Umyję się, ale ty płacisz za kąpiel. Załatw mi też ubrania, najwyższy czas, by ich dwudziestoletnia warta wreszcie się zakończyła. – Stwierdził ze smutkiem i wparował do karczmy niemal wyważając drzwi.

-Witajcie szanowni goście, gospodarzu. Mam zaszczyt przedstawić wędrowną grupę artystów w osobie dwóch. Mój rodzony syn Marvin i ja Leonard. Wędrujemy po całym świecie szukając przygód i tematów do ballad, mamy zamiar zatrzymać się tu na kilka dni i umilić wam smutne wieczory. Powiedzcie znajomkom. – Ukłonił się pięknie, po dworsku i skierował się do Typowego Karczmarza.

– Zanim zaczniemy szanowny gospodarzu, przygotuj nam kąpiel. Jesteśmy zmęczeni po podróży, a przy okazji ocalisz kilka istnień, poczęstuj nas równierz jakimś tanim winem. – Mężczyzna stojący za szynkwasem skinął na młodą niewiastę, a sam nalał wina do dwóch kufli. Gdy już zamoczył dzioba w trunku odezwał się z pozoru od niechcenia.

– Co tam ciekawego we wsi gospodarzu?
Awatar użytkownika
Breiva
Posty: 264
Rejestracja: 03 gru 2012, 14:18
GG: 37377517
Karta Postaci: viewtopic.php?p=37917#37917

31 maja 2013, 17:12

MG


Ale w sensie że… panny? Marvin aż zmartwiał. Leonard zapewne nie chciał osiągnąć akurat takiego efektu, o nie! Należałoby przypuszczać, że oblężenie chętnych, rozkładających nogi niewiast było dla niego spełnieniem marzeń i szczęściem w życiu tak intensywnym, że aż nadmiernym. Problem w tym, że swoje wywody kierował w zgoła złym kierunku. Marvin aż zbladł, zaciskając dłonie i usta tak, że aż zbielały. Bogata wyobraźnia Marvina podsuwała sterty rzeczy przerażających. Na samym wierzchu zaś leżały nagie, rozkraczone kobiety.
Przełknął ślinę.
– Zapomnij, co mówiłem – wymamrotał. Wparowali do karczmy, czy raczej należałoby rzec, że to Leonard do niej wpadł, ciągnąc za sobą uczepionego rękawa Marvina. Od progu zaczął swoją tyradę, najwyraźniej ignorując z kretesem fakt, że karczmę prowadzi żwawa panna. Panna owa w pierwszym momencie przelękła się okrutnie dziada w delirce, ale potem zauważyła jego złotowłosego "syna". Marvin uśmiechnął się przepraszająco.
Skinęła głową.
Niedługo potem dostali piwa, a Zielarz zdołał ugadać balię dla nich dwóch, w której, zdaje się, mieli wykąpać się razem. Marvin jeszcze nie wiedział, jak ma się do tego ustosunkować. Nie wiadomo też, co na to Leonard. Młodym dzierlatkom może i przystoi pluskać się w mydlinach, mężczyznom już niekoniecznie.
No ale w końcu ojciec z synem…
– We wsi, panie… – dziewczyna zawiesiła głos. – We wsi całkiem dobrze. Lato powoli idzie, żniwa będą. Ludzie pełne ręce roboty mają. Wozy trzeba zareperować, coby było czym zboże zwozić. Na plecach przecież taszczyć nie będziemy, prawda?
Miała miły, perlisty śmiech, który w uszach Marvina zabrzmiał wyłącznie jak jazgot. Nie lubił kobiecego śmiechu, działał mu na nerwy. Prawdę mówiąc, samych kobiet też nienawidził.
– Pani, gdzie można by tu załatwić ubranie? – spytał, zerkając przelotem na Leonarda. Jego łachy faktycznie dobre czasy miały już za sobą i cuchnęły jak rynsztok o poranku. Zauważył też, że karczmareczka stara się trzymać bardziej z tyłu i nie pod wiatr napływający z rozwartego szeroko okna. Marvin uśmiechnął się z jakąś mściwą satysfakcją. – Moje i ojca łachy są już trochę znoszone. Chętnie byśmy je wymienili. Dobrze zapłacimy, a i odrobić możemy.
Co prawda dorzucił to ostatnie, ale miał głęboką nadzieję, że nie zagonią go do roboty. Był, do ciężkiej cholery, medykiem, nie chłopem. Nawet nie było jeszcze żniw, żeby móc się z kimś rozkosznie tarmosić w sianie.
Ułamał sobie solidny kawał wyciągniętego z torby chleba. Dziewczyna zaś poszła gdzieś, najprawdopodobniej przygotowywać balię na kąpiel. Marvin rozsiadł się na ławie, opierając łydkę o kolano tak, że noga szła wręcz prostopadle. Zdmuchnął z nosa złocisty kosmyk i przyjrzał się Leonardowi uważniej.
– Proszę bardzo, ojcze – ostatnie słowo podkreślił. – Zrobiłem, co chciałeś. Jakie mamy teraz plany? Oprócz tego, że mimo widma zgrai bab, musisz się jednak wykąpać, bo cuchniesz? Obaj cuchniemy. Potem przyda się zajrzeć do koni i dać im żreć. Musimy tu chyba jakiś czas zostać i… Nie sądzisz, że tu jest dziwnie?
Zerknął w stronę okna. Wciągnął głęboko powietrze, ale nie niosło dla niego żadnego podejrzanego zapachu.
– Tu jest spokojnie. Za spokojnie.
Awatar użytkownika
Leonard
Posty: 189
Rejestracja: 24 wrz 2012, 16:18
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2214

01 cze 2013, 17:03

– Wiesz, jeśli coś jest z pozoru normalne, nie musi oznaczać, że nie jest takie w rzeczywistości. Nie potrafisz się cieszyć tym co masz. A szukanie dziury w całym przyniesie ci jedynie ból. Dlaczego gdy we wsi jest spokojnie, to musi oznaczać jakiś zły omen? Gdybym tak cię nie kochał synku. Nie dałbym się ciągać po świecie.

– Dlaczego kurwa nie powiedziałeś, że gospodarzem jest kobieta?! – Szepnął do syna wspominając z odrazą lico karczmarki i poczerwieniał na twarzy. – Zmylił mnie ten koper pod nosem.

– Wiesz do czego to służy? – Wyciągnął ukryty sztylet i wbił z hukiem w szynkwas.
-Dokładnie synu. Musisz mieć pewną rękę. Ona zawsze się przydaje. Nie musisz mieć obu, wystarczy mieć jedną. Pewną. Jeśli będziesz musiał poderżnąć czyjeś gardło zrób to pewną ręką. Nie chcę się zbyt długo męczyć, bulgocząc krwią. Ale wolałbym, byś mnie tylko ostrzygł. Zostaw brodę i kłaki, tylko je skróć, liczę na twój gust.

Gdy kąpiel była gotowa, zostawił lutnię i pognał ile sił w nogach, by zdążyć przed Marvinem i zająć lepsze miejsce. Przepychając się przez chłopaka i omal nie taranując karczmarki.
– Pierwszy! – Zakrzyknął i wskoczył do bali. Woda była gorąca, ale nie na tyle by wyskoczyć z niej z wrzaskiem przeklinając własną zachłanność, by następnie tarzać się po ziemi w agonii. Kapkę się rozchlapało.
Ubrania nasiąknięte wodą przyjemnie przykleiły się do ciała i poczęły wydzielać ciemną substancję, która powoli mieszała się z wodą.
– Wskakuj mały, musimy coś obgadać. Zastanawiałeś się, co jeśli ta cała klątwa to bujda? Moje plany co do Adhal wciąż są aktualne. Chcę stworzyć tam małą bazę wypadową. Przygotować się do następnych przygód. I zrobić z tych mokrych łachów pelerynę godną herosa. Cieszyłbym się strasznie, gdybyś chciał mi towarzyszyć.
Awatar użytkownika
Adrena
Posty: 42
Rejestracja: 11 cze 2012, 00:52
GG: 6642235
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1968

01 cze 2013, 19:54

Olen wyglądał na nieprzekonanego co do jej dobrych intencji i Adrena po prostu się poddała. Westchnęła ciężko i poprawiła kaptur na głowie, czując wstyd, że tak łatwo dała się ponieść emocjom. Poprawiła ułożenie łuku pod płaszczem i wyciągnęła dłoń do chłopca, odwracając jednocześnie od niego twarz:
Chodźmy do wioski, Olen. Chyba powinienieś wrócić do domu… A ja zobaczę czy w świątyni udało się im poradzić coś na chorobę dziewczyny.

Powolnymi krokiem, dopasowując się do tempa chłopca ruszyła w stronę zabudowań, rozglądając się jednocześnie po pogorzelisku, jakby spodziewała się, że zza ruin wyskoczy kolejny wilk. Milczała, zastanawiając się nad swoim następnym krokiem i przypomniała sobie, że Nora poleciła jej i tak i siak udać się do kapłanów. Chłopak milczał uparcie, więc nie chcąc męczyć go dłużej, odstawiła go do domu i sama ruszyła w stronę świątyni.
Awatar użytkownika
Breiva
Posty: 264
Rejestracja: 03 gru 2012, 14:18
GG: 37377517
Karta Postaci: viewtopic.php?p=37917#37917

09 cze 2013, 09:10

MG


Marvin był Zielarzem. Zielarzem, nie cyrulikiem, do ciężkiej kurwicy, ale jednak sięgnął po ostrze i leniwym krokiem poczłapał za Leonardem. Dopiero teraz tak nagle błysnęła myśl, że będzie się kąpał w tej samej wodzie, co Leonard. Brudny, spocony, pachnący koniem i fekaliami, pokryty kurzem, od wieków nie myty Leonard. Sama myśl owa sprawiała, że blondyn jakoś tak posmutniał.
– Jeśli ta klątwa to bujda… Stop – mruknął, zaczynając ściągać swoje łachy. Im też należało się solidnie czyszczenie. – To, że klątwa jest bujdą, to oczywiste. Nie istnieją bogowie, którzy mogliby zsyłać klątwy, toteż klątwy w ogóle nie istnieją. Czyli klątwy nie ma. Nadążasz?
Mętne, kaprawe oczy barda mówiły, że jakimś cudem jednak nadąża. Marvin usiadł na niskim zydlu i chwilę szarpał się z butami, a gdy już je zzuł i wstał, po zrobieniu trzech kroków widowiskowo wywinął orła. Podłoga była śliska od wody z mydlinami, zaś grajek, lubo rumiany z gorąca, przypominał nieforemny, niemiłosiernie owłosiony pomidor.
– Khuuurrrrwaa… – zasyczał Marvin, zbierając się z ziemi i rozcierając swoją kość ogonową. Mało brakowało, by wypuścił z dłoni nóż i posłał go pięknym rzutem wprost do gardła domniemanego ojca. – Wracając. Gdy już dowiemy się, co jest sednem choroby, a co za tym idzie, kłopotów w Zielonej Wodzie, rozgromimy je. A gdy już to zrobimy, spokojnie mogę z tobą wyruszyć do Aldhal. I tak nie mam nic do roboty.
Wzruszył ramionami.
– Chorzy ludzie będą wszędzie. Ja zaś osobliwie lubię chorych ludzi tam, gdzie coś się dzieje. Naprawdę nie wolałbyś na łyso? Wszy się nie zalęgną.
Stanął nago za balią, złapał Leonarda za głowę, wcisnął pod wodę i zaczął energicznie szorować, starając się jakoś rozpuścić te skołtunione strupy zaschłego brudu wszelkiej maści. Bez tego golenie nie miałoby jakiegoś większego sensu. Wypuścił "ojca" dopiero wtedy, gdy jego rozpaczliwe szarpanie zaczęło ustawać. Leonard łapał powietrze otwartymi ustami, wyglądając przez chwilę jak wyjątkowo durna ryba.
Marvin zręcznie zakręcił nożem w dłoni.
– Do dzieła! – mruknął i zabrał się za strzyżenie. Nóż był tępy niemal tak samo, jak Leonard. Raczej nie zapowiadało się na to, by bard po zabiegu przedstawiał sobą ostatni krzyk dworskiej mody.

***

Adrena tymczasem pozostawiła chłopca samego sobie i ruszyła w głąb wioski, ewidentnie zmierzając ku świątyni. Do rzeczonej świątyni jednak nie doszła. Dlaczegóż? Ano dlatego, że miała niebywałe szczęście napotkać na swojej drodze grono wioskowych bab. Prym wiodła ta młoda, rozdygotana dziewczyna, która spotkała Leonarda i Marvina. Teraz opowiadała o tym rozdygotanym głosem.
– Mówię wam! Bestia! – zawyła ze zgrozą.
– Bestia?
– Bestiaa!
– Ale piękny?
Dziewczyna trochę uspokoiła się. Zastanowiła…
– No – przytaknęła, siąknąwszy nosem. – Piękny też był. Jużci jak z obrazka.
– Bestia piękny był?
– Nie, ośla łąko! – zirytowała się. – Dwóch ich było. Bestia, cały okutany w obszarpane łachy, ryj jak bawół, wypisz wymaluj upiór, co to babki nimi straszą. Kudłaty taki i szczerbaty. Ale drugi zacnej urody, płowowłosy, buzia jak u panny. Jeno trochu niedomyty.
– I co oni tu robią?
– Ja nie wim. – Wzruszyła ramionami. – Pewnikiem do karczmy szli. Ostatnio sporo obcych się tu schodzi…
I wszystkie jak jeden mąż, z przyczyn bliżej niejasnych, odwróciły niechętne spojrzenia na Adrenę.
Awatar użytkownika
Leonard
Posty: 189
Rejestracja: 24 wrz 2012, 16:18
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2214

09 cze 2013, 11:22

– Ja już dawno darowałem sobie wersję z klątwą na rzecz nawiedzenia, lub nieprzyjemnych czarów. Klątwa to tylko nazwa zwyczajowa, szkoda że mnie nie słuchałeś. Jeśli tym razem to zwykła choroba, bez zbędnych jeźdźców ich armii to raczej nie przydam się na nic… jak zwykle.

– W sumie, to jeśli nagle pojawiliby się jednak jeźdźcy i ich armie, również na nic bym się nie przydał.

– Skoro bogowie nie istnieją to dlaczego Ourelia zesłała na ciebie olbrzymią falę? – Zanim chłopak zdążył skojarzyć fakty chuda dłoń Leonarda sprowadziła istny Gniew Boży na jego blond czuprynę. Chwilę później chłopak miał bliskie spotkanie z podłogą.

– "Pij bracie pij na zdrowie, jutro ci się humor przyda. Gorzała ci nie zaszkodzi, sztorm idzie wyrzygasz."

-Dlaczego tylko bogowie mogą zsyłać klątwy? Może i ja bym chciał? Co, jeśli nie ma bogów, ale są klątwy… – zawahał się czując kręcenie w nosie.
-… Jeśli Trill istnieje niech udowodni swoją obecność! Wzywam Cię panie porządku i chaosu, udowodnij niewiernemu, że dysponujesz mocą równą bogo… – Przerwało mu głuche kichnięcie. Śluz pociekł z nosa, tylko po to by zostać wchłoniętym przez mokry rękaw, który znowu wylądował w wodzie. Szarpistruna zaśmiał się gromko.

– Hua? Nie mówiłem? Ty będziesz następny.

Marvin nie miał jednak zamiaru darować brodaczowi za gniew Pani Oceanów.

Gdy już ostatnie niedobitki jego włosów uciekły w objęcia brudnej wody, Leonard wstał z bali i ociekając wodą wyszedł bez słowa. Zabrał ze sobą lutnie i wyszedł z gospody. Przez całą drogę zostawiał za sobą mokry ślad.

– Nie radzę tam wchodzić. –Grobowy ton jego głosu potęgowały mokre ubrania i blada ze strachu twarz. Wyglądał jak topielec. Życie uleciało z niego doszczętnie, gdy przepychał się przez tłumek. Pomagał sobie machając ślepo rękoma wywołując nieprzyjemny deszcz.
Awatar użytkownika
Adrena
Posty: 42
Rejestracja: 11 cze 2012, 00:52
GG: 6642235
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1968

16 cze 2013, 23:15

Obecność kobiet spłoszyła i na chwilę wytrąciła z równowagi dziewczynę. Temat ich rozmowy był tak odległy od aktualnych myśli Adreny jak ludzie od błyszącego wysoko na niebie księżyca. Podczas kiedy ona była przesiąknięta smutnymi rozmyślaniami o losie nieprzytomnej dziewczyny i o jeszcze ciepłych zwłokach, wiejskie baby pytlowały jak najęte o płci brzydkiej. Z tego co słyszała, bardzo, bardzo brzydkiej. Nie była specjalnie zainteresowana przybyszami, w przeciwieństwie do kobiet. Już wcześniej widziała, że do Zielonej Wody zwalili się wszelkiej maści poszukiwacze przygód. Ci nowi z pewnością również zjawili się tutaj aby pokonać zarazę, zdobyć kobiety i sławę po czym ograbić ludność z oszczędności za heroiczną pomoc. Kiedy zwróciły się ku niej z bliżej nieokreśloną niechęcią, poczuła jak na jej policzki wpełza rumieniec. Chcąc odwrócić od siebie wydukała cichutko:
- Ja tylko… szukam świątyni…
Westchnęła, przestępując z nogi na nogę, czując jak miałki piasek, tak inny od jej kochanego, leśnego poszycia, przesypuje się pod jej stopami.

Wróć do „Autonomia Wolenvain”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 19 użytkowników online :: 1 zarejestrowany, 0 ukrytych i 18 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Kerra z Derinu
Liczba postów: 52217
Liczba tematów: 2975
Liczba użytkowników: 1049
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: katrost
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.