Wieś Zielona Woda

Najważniejszy obszar, na którym toczy się gra. Autonomia to zamieszkane głównie przez ludzi państwo podzielone na pięć prowincji ze stolicami w Wolenvain, Derinie, Morinhtarze, Minaloit i Aparilume. Czytaj więcej…
Awatar użytkownika
Ves
Posty: 157
Rejestracja: 06 lut 2012, 00:16
GG: 13073276
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1566

Wieś Zielona Woda

03 sie 2012, 03:23

Zielona Woda jest położona na południe od stolicy Autonomii i na zachód od traktu Iquańskiego. Oddalona nieco od miasta i leżąca na uboczu wioska, zaliczana jest jednak zazwyczaj do okolic Wolenvain, gdyż niemal cała nadwyżka plonów, produkowana przez mieszkańców, trafia na tamtejszy targ. Większość społeczności zajmuje się hodowlą bydła i paszy, bądź przetworami mięsnymi i nabiałem, które mają bardzo dobrą opinię.
Wjeżdżając do wsi od strony traktu, mijamy niewielkie jezioro, obficie porośnięte rzęsą i otoczone trzcinami, od którego osada wzięła swoją nazwę. Kawałek dalej, po lewej stronie, dostrzec można poczerniałe i na wpół zawalone zgliszcza sporego domu.
Stoi tu zaledwie kilkanaście drewnianych domostw krytych strzechą i zlokalizowanych przy głównej drodze, ale wbrew pozorom wioska zajmuje ważne miejsce w życiu okolicznych ludzi, jako że na obrzeżach osady, od strony północnej wznosi się większy kamienny budynek, mieszczący kaplicę Maelena. Nie minęło jeszcze dziesięć lat od jego budowy, ale ludzie, początkowo odnoszący się nieco nieufnie do kapłanów boga, zaczęli bardzo doceniać ich wkład w życie społeczności. Służą bowiem radą i pomocą, a także kształcą wszystkie chętne dzieci. Często kaplicę odwiedzają więc też mieszkańcy okolicznych wiosek.
Spośród budynków wyróżnia się też z pewnością dom sołtysa wsi. Nie jest większy od pozostałych, za to wyraźnie bardzo zadbany, a drogie szyby w oknach i liczne, spore zabudowania gospodarcze na tyłach działki, świadczą o zamożności właściciela. Jest to całkowicie usprawiedliwione, gdyż Jeromi Wengard, sprawujący ten urząd już od niemal dwudziestu lat, jest człowiekiem bardzo pracowitym i gospodarnym, a także powszechnie szanowanym, mimo pewnego mezaliansu, jakim jest jego małżeństwo z prawie stuletnią elfką.
Innym ciekawym budynkiem jest miejscowa karczma o wdzięcznej nazwie "Pod Zielonym Kogutem" i prowadzona przez siostrzenicę sołtysa. Oberża jest malutka i składa się z niewielkiej stajenki połączonej z sienią, sali jadalnej, kuchni i dwóch małych izb sypialnych. Ościeżnice pomalowane są krzykliwą, zieloną farbą, ale wnętrze prezentuje się już lepiej z prostymi meblami z jasnego drewna i żółto-zielonymi akcentami wystroju. Dom uroczej, zielonookiej szynkarki znajduje się tuż obok.
Zieloną Wodę otaczają głównie pola uprawne, bądź łąki, na których wypasane jest bydło, ale niedaleko, na południowy-zachód od osady rośnie las. Niezbyt wielki, ale dość stary i na tyle duży, że można tam znaleźć zwierzynę łowną, a i zgubić, jeśli ktoś nie zna okolicy. Na skraju znajduje się cmentarz, na którym mieszkańcy chowali swoich zmarłych bliskich przed laty. Część podtrzymuje tą tradycję, inni pogrzebu dokonują w nekropolii należącej do Wolenvain. Większość nagrobków jest bardzo stara.

Z tego miejsca można udać się na:
Trakt Iquański
Obecnie ta lokacja jest pusta.
Awatar użytkownika
Adrena
Posty: 42
Rejestracja: 11 cze 2012, 00:52
GG: 6642235
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1968

09 gru 2013, 07:22

Podążyła za tłumem i ten bezbłędnie zaprowadził ją do kolejnej ofiary. Chociaż chronologicznie rzecz biorąc, prawdopodobnie ofiary pierwszej – trup pachniał już tak silnie, że trzeba było zatkać nos aby nie dostać torsji. Stanowił wyjątkowy widok, choć niekoniecznie w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Adrena z chorobliwą fascynacją wpatrywała się w napuchniętą, martwą tkankę i wykręcone makabrycznie i wystawione na powszechny widok wnętrzności. Płacz kobiet nie był w stanie zagłuszyć brzęczenia gnilnych much, które swobodnie przysiadywały na denacie i pożywiały się jego ciałem. Ktoś mdlał, ktoś wymiotował, ktoś inny lamentował i wzywał wszystkie bóstwa. Ale bogowie opuścili już Zieloną Wodę, co do tego nie ma wątpliwości.
Nie uśmiechała się jej wizja zostania na noc w tym nieprzyjaznym obcym i, nie bójmy się tego stwierdzić, ździebko niebezpiecznym dla wszystkiego co żyje miejscu. Ale nie mogła zostawić tak tego wszystkiego, nie po tym co zobaczyła. Brakowało jej kogoś mądrzejszego od niej, kogoś kto popatrzyłby na to wszystko i wydał jednoznaczny osąd. Ona sama miała wątpliwości. Klątwa? Zemsta bogów? Urodzony i wychowany w tym niewielkim miasteczku psychopata, który teraz rozpoczął swoją chorą działalność? Ktoś, kto obrał na celownik tą społeczność? Miała kilka pomysłów, a gasnące słońce dawało jej się we znaki. Dzień pełen atrakcji dobiegał końca a ona wciąż była w punkcie wyjścia. Powoli powłócząc nogami, skierowała się do serca miasteczka, ze spuszczoną głową pełną myśli. Oprócz tych całkowicie zrozumiałych wątpliwości czy zdoła cokolwiek zaradzić na problemy Zielonej Wody, zaczęła myśleć o wilkach, najbliższym jej ze wszystkich temacie. Co tutaj robiła ta sfora i dlaczego tak śmiało zapuszczała się w ludzkie tereny? Obiecywała sobie, że spróbuje jej poszukać w okolicznym lesie, kiedy tylko sprawa nieco przycichnie i trupy przestają wyskakiwać spod ziemi. Przechodziła obok świątyni Maelena i chociaż w jej członkach brakło już sił, postanowiła podjąć jeszcze jedną próbę. A nuż udało się im ocucić tę biedną kobietę? Może ona znała jakieś odpowiedzi? Zapukała w potężne drzwi i przekroczyła próg kiedy nie usłyszała odpowiedzi.
- Przepraszam… Przepraszam! Czy wiadomo już… cokolwiek o tej kobiecie z cmentarza? Czy… czy odzyskała już przytomność…
Napotkała ciężkie, nieprzychylne spojrzenie jednego z kapłanów, który akurat przebywał w korytarzyku przy wejściu. Był dość młody, może był dopiero nowicjuszem? Niezrażona jego niechętnym spojrzeniem, kontynuowała dalej:
- Chciałam jej pomóc moimi ziołami, mam nadzieję, że… że nie zaszkodziłam jej…
Chciała tylko dowiedzieć się czegoś, czegokolwiek! A potem postanowiła skierować swoje kroki do "Zielonego Koguta" aby tam poprosić o schronienie na noc.
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3792
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

12 gru 2013, 22:10

MG

Młody kapłan Halir wyraźnie brał przykład ze swego mentora. Chociaż z natury nie był zbyt ponurym i gderliwym człowiekiem, przebywanie w pobliżu brodatego Edmunda zadziałało nawet na jego pogodną naturę. Z początku obrzucił Adrenę nieprzychylnym spojrzeniem, jednak szybko się zreflektował. Zresztą, należało mu to wybaczyć – ostatnie dni nie były dla Zielonej Wody zbyt łaskawe i nie sposób było go winić za nieufność względem innych osób, szczególnie tych spoza wioski.

Kapliczka Mealena, którą postanowiła odwiedzić łuczniczka, nie wyglądała na przystosowaną do przyjmowania gości. Przedsionek, w którym dziewczyna wpadła na młodszego z kapłanów otwierał się na mieszczącą trzy rzędy ławek nawę, na której końcu znajdował się ołtarz. Podobnie jak przy innych miejscach kultu, w których czczono boga rzemieślników, nie było tutaj miejsca na przesadne ozdobniki – wszystko było wykonane prosto, lecz utylitarnie i z pietyzmem. Każdy przedmiot miał swoje praktyczne zastosowanie, a wnioskując po skromnym wyposażeniu świątyni ceremoniał został w niej ograniczony do minimum. Światło zachodzącego słońca wpadało przez cienkie, długie okna z kolorowymi szybkami nie reprezentującymi żadnego konkretnego wzoru – jedynie na sporym witrażu nad ołtarzem widoczny widniał młot – typowy atrybut kowala, jednego z domniemanych wcieleń Mealena. Wiara w tego konkretnego boga wywodziła się zresztą z przejętej przez ludzi Autonomii tradycji krasnoludzkiej, co widać było nawet teraz, niespełna czterysta lat po tym wydarzeniu. Mówiąc o samym ołtarzu nie sposób było nadmienić, że zapełniony był przedmiotami codziennego użytku, chociaż w jakiś sposób pięknymi i na pewno unikatowymi. Niektóre z nich miały złote wstawki, inne z kamieni szlachetnych. Wyznawcy Mealena wierzyli, że poświęcając mu jedno z wytworzonych przez siebie narzędzi zostaną przez niego docenieni, dzięki czemu dorobią się boskiego błogosławieństwa i natchnienia do tworzenia jeszcze doskonalszych wyrobów.

Przed ołtarzem leżała zemdlała kobieta, dostrzegalna nawet z pozycji, w której stała Adrena. Pochylał się nad nią stary, siwy kapłan w jasnoszarej todze, a jego broda dotykała jej punktowo ubrudzonej krwią, zabarwionej na ciemny kolor sukienki.

- Niestety - rzekł nagle Halir, uśmiechając się uspokajająco (choć nad wyraz smutno), jakby chciał wymazać pamięć o swojej niestosownej reakcji na pojawienie się w świątyni Adreny. – Deraja nie obudziła się jeszcze. Szkoda jej ojca, chłop to był na schwał - rzekł, wyjawiając tożsamość zabitego przez wilka mężczyzny. Na tym jednak nie spoczął, ujawniając kolejne rewelacje. - Biedny też Olen, jego szczęście nie trwało długo. Siostra w śpiączce, brat ranion, ojciec zagryzion… - prawił, smutniejąc jeszcze bardziej. Jego lico pokryło się lekkim rumieńcem, którego nie zakrył rzadki, jasny jak jego włosy, zarost. - Jestem Halir - przedstawił się poniewczasie. – Wielce Edmund nie wypuścił mnie ze świątyni - dodał z przekąsem. - Co działo się w wiosce…? Jakieś hałasy słyszałem – dopytywał, wyraźnie zaciekawiony, jakie nieszczęście tym razem spadło na Zieloną Wodę. Nim jednak Adrena zdążyła mu odpowiedzieć, u jego boku pojawił się, nie wiedzieć skąd, starszy, mocno i nieprzyjemnie pachnący medykamentami, kapłan. Chrząknął znacząco, gniewnie marszcząc swe wydatne brwi, których gęstość wyraźnie kontrastowała z postępującą od czoła łysiną starzyka.

- Potrzebny jesteś - rzekł do swego ucznia, początkowo kompletnie ignorując łuczniczkę. - Panienkę musimy niestety przeprosić – dodał sucho, a w jego głosie nie było czuć skruchy. - Mamy robotę. - I tyle go było.

Wyglądało na to, że dalsze przebywanie w kapliczce Mealena nie da żadnych nowych poszlak na temat rozwiązywanej przez Adrenę sprawy. Ważne było to, że bliscy Olena zostali zaatakowani przez wilki, a sam chłopiec zaraz po zajściu zachowywał się dość dziwnie. Być może było to kwestią szoku, ale cichy głosik w głowie łuczniczki podpowiadał jej, że w sprawie jest coś jeszcze.

Halir zrobił przepraszającą minę i ruszył wraz z Edmundem, który bez zbędnych przygotowań rozpoczął cichy zaśpiew. Młodszy kapłan od razu wiedział, co robić, przytrzymując głowę nadal nieprzytomnej, niesamowicie bladej dzierlatki. Ta nie reagowała, choć skutki odprawianego przez starszego mężczyznę rytuału mogły być rozliczne. Zwyczajna, ludzka ciekawość pchała Adrenę bliżej, choć wiedziała, że powinna już odejść. Jak jednak postąpi – tego nie mógł wiedzieć nikt.

Awatar użytkownika
Adrena
Posty: 42
Rejestracja: 11 cze 2012, 00:52
GG: 6642235
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1968

01 sty 2014, 14:44

Adrena nie miała za dużo doświadczenia ze świątyniami. Lata spędzone na szlaku, w najciemniejszych leśnych odstępach niespecjalnie służyły wgłębianiu się w wierzenia i mitologie. W całym swoim życiu w świątyni była tylko raz, kiedy kupcy z którymi przyszło jej dorastać dojechali do jednego z większych miast, Aldhal. Tam, kiedy dla Adreny zrobiło się za tłoczno, dziewczyna schroniła się w świątyni Ourelii. Pamiętała miłego kapłana, który pokazał jej pięknie splecione sieci rybackie wiszące przy ołtarzu i posążki ozdobione błyszczącymi łuskami. Tutaj atmosfera była zupełnie inna, ale Adrena czuła, że mogłaby polubić tego boga – opiekował się tymi, którzy ciężko pracowali na swoje imię i podobały się jej ofiary mu złożone, lata pod opieką handlarzy pozwoliły jej ocenić, że są one dość kosztowne.
Teraz przy ołtarzu obok tych drobnych wotów wdzięczności znajdowała się prawdziwa "ofiara" – nieprzytomna dziewczyna wyglądała jeszcze upiorniej w promieniach zachodzącego słońca. Adrena nie potrafiła utrzymać wzroku na kapłanie i co chwila uciekała oczami w kierunku bladej jak księżyc dziewoi. Słuchała go jednak uważnie i przeraziła się, kiedy dowiedziała się o tym, że poszkodowani byli krewnymi Olena. Jej serce wyrywało się do chłopca i kiedy starszy kapłan odprawił ją obcesowo ze świątyni, była gotowa do wyjścia. Jednak zmarudziła trochę przy drzwiach. Przez dosłownie chwilkę patrzyła jak odziana w togi dwójka kontynuuje swoje rytuały i pociągnęła kilka razy nosem, próbując rozpoznać zapachy ziół. Po chwili jednak bezszelestnie opuściła świątynię i wyszła na dogasające światło dnia.

Miasteczko było jeszcze opustoszałe, nawet od Karczmy nie dochodziły do jej uszu ludzkie głosy, chociaż z pewnością tam skierowało się wielu, którzy widzieli przerażający widok na granicy z lasem. Odnalazła dom Olena i zapukała do drzwi. Nikt jej nie odpowiedział i zdjęta najgorszymi przeczuciami otworzyła drzwi. Chłopak był sam w środku, siedział przy skromnym stoliku na nieco rozchybotanym krześle. Dopiero po chwili dotarło do niej, że to nie siedzisko, a on sam tak się trzęsie. Bez słowa usiadła naprzeciwko niego i ostrożnie położyła dłoń na jego dłoni, czując jak wibracje jego ciała wprawiają jej rękę w drżenie. Jak rzadko w kontaktach z ludźmi, Adrena patrzyła na chłopaka, próbując nawiązać z nim kontakt wzrokowy.
- Wiem… Wiem, że nie chcesz. Ale pamiętasz? Obiecałam, że ci pomogę. Ale póki co… Błądzę jak we mgle. Dlatego musisz mi powiedzieć, Olen. Co się stało?
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3792
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

01 mar 2014, 18:06

MG

Wychodząca ze świątyni Mealena w Zielonej Wodzie Adrena dała sobie chwilę na próbę rozpoznania używanych przez kapłanów ziół. Doszła przede wszystkim do wniosku, że jest to mieszanka raczej niepospolita – do jej nosa doszedł przede wszystkim ostry zapach imbiru. Prócz tego wyczuć mogła coś, co przypominało woń mokrych, ptasich piór. Wyglądało na to, że kapłani starają się ocucić dziewczynę za pomocą drażniących śluzówkę zapachów. Można było więc wywnioskować, że Deraja oddycha, a jej stan jest przynajmniej częściowo stabilny. Kapłani Mealena nie byli jednak sławni ze względu na swoje zdolności lecznicze, więc nie sposób było ocenić, czy ich starania na coś się zdadzą. Tak czy inaczej – z pewnością znali się na wioskowej medycynie i w Zielonej Wodzie nie było nikogo odpowiedniejszego do tego zadania. Adrena musiała zdać się na ich doświadczenie, chociaż wychodząc ze świątyni pełna była złych przeczuć.

Zmierzch otulił lekką pierzynką całą okolicę, chociaż w świetle ostatnich wydarzeń ten przyjemny mrok nie budził żadnych pozytywnych odczuć. Ludzi na zewnątrz było niewielu, większość pochowała się już w swoich domach. Nerwowa atmosfera udzielała się każdemu, wielu chłopów z pewnością uważało, że wiosce nie dane będzie przetrwać nocy. Najgorsza była w tym przypadku niewiedza i rozsiewana przez mniej odpornych psychicznie ludzi panika. Wieśniacy jednak, jak to wieśniacy, woleli sczeznąć na swoim, niż opuścić przekazywane z dziada pradziada ziemie, więc o ucieczce nie mogło być mowy. Mogli narzekać, mogli się bać, utyskiwać, odprawiać swoje gusła i oskarżać wzajemnie, ale nie zamierzali opuszczać Zielonej. Jeszcze nie.

Wiedziona przeczuciami łowczyni podążyła do domu rodziny Olena, chociaż nie było żadnych przesłanek każących sądzić, że chłopak będzie tam przebywał. Logika nakazywała raczej umieszczenie go w karczmie, wśród przychylnych mu ludzi, a nie w ciemnym, pustym domu. Tym razem jednak intuicja wzięła górę i Adrena podążyła do chaty rodziny chłopaczka. Nie pomyliła się w swoim osądzie. Olen był tam, siedział w kącie głównej izby i na widok wchodzącej do pomieszczenia kobiety spróbował skulić się jeszcze bardziej. Unikał jej wzroku, kwiknął z przerażenia, gdy się zbliżyła. Zachowywał się zupełnie inaczej, niż podczas ich wspólnej podróży, ale nie było czemu się dziwić – wszak jego świat zawalił się doszczętnie. Zaskoczenie powodował tylko fakt niezajęcia się rozbitym chłopaczkiem przez kogokolwiek z wioski. Czyżby uciekł spod opiekuńczych skrzydeł? Z pewnością ktoś chciał zaopiekować się nim po tragedii, jaka go spotkała.

- Ju-już pamiętam - zakwilił przez łzy. – Nie chciałem… – zawył, a jego słowa przeszły w histeryczny płacz. W tym samym czasie na zewnątrz chatki odezwało się wilcze ujadanie. Adrena posłyszała kilka zwierząt, które wbrew swojemu naturalnemu instynktowi ponownie zbliżyły się do siedzib ludzkich. Na domiar wszystkiego zdawały się być wybitnie czymś zdenerwowane. Drzwi załomotały, gdy jeden z wilków rzucił się na nie z rozpędu, waląc o nie całym cielskiem. Zza ściany, przy której przykucnął Olen, dobiegło drapanie oraz powarkiwanie. Przerażony całą sytuacją chłopaczek dopadł do łuczniczki, przywierając do niej całym ciałem. – To oni mnie wywieźli - zaszeptał szybko. - Nie chciałem robić im krzywdy… Wilki… - mówił, ledwo słyszalny we wrzaskach stada próbującego za wszelką cenę dostać się do środka chatki. - Obwiniali mnie o wszystko! – zawołał Olen, przekuwając swój żal w gniew. - Ale ty mnie obronisz, prawda? - zapytał z całą dziecięcą naiwnością.

Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3792
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

12 maja 2014, 01:08

MG

Ujadanie wilków wokół domu nasiliło się. Zwierzęta wyraźnie były czymś zaniepokojone, a sądząc z tego, jak bardzo próbowały dostać się do środka, zależało im na tym, aby zaatakować którąś ze znajdujących się w chatce osób. Olen był bardzo zaniepokojony, trząsł się cały i nie potrafił opanować swojego zdenerwowania. Targały nim niesamowicie silne emocje, a Adrena nie mogła pozbyć się wrażenia, jakby wpływały one na zachowanie wilków. Te zaś były na tyle zmyślne (i bezczelne), że próbowały wskakiwać do chaty jedynym w izbie oknem. Szczęściem mocne, wykonane z rogu okiennice wytrzymały… przez jakiś czas.

Ogromny basior zdołał wreszcie przebić się w odłamkach drewna do samego domu. Był poraniony od obijania się od drewnianych ścian sadyby i otępiały od upadku, ale szybko odzyskiwał równowagę, wlepiając swe żółte ślepia w przerażonego, ciągle kurczowo tulącego się do łowczyni Olena, który zdawał się być jego naczelnym celem. Wilk prawie w ogóle nie przejmował się osobą Adreny, niemal całkowicie ją ignorując. To mogła być jej szansa, jednak wiedziała, że ma niewiele czasu na jej wykorzystanie.

- Wywieźli, wywieźli, nie moja wina! - krzyczał nieskładnie chłopak, mocząc spodnie i cofając się w róg pomieszczenia, stawiając pomiędzy sobą a żądnym jego krwi drapieżnikiem Adrenę. Dziewczyna stanowiła dla niego ostatnią linię obrony przed śmiercią przez rozszarpanie.

Awatar użytkownika
Sadrigal
Posty: 277
Rejestracja: 21 wrz 2014, 20:22
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 23150683
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3060

02 maja 2016, 10:20

MG:

Drastyczne wydarzenia, jakie miały miejsce dwa lata temu, zapadły głęboko w pamięć mieszkańców wioski i dalej były poszeptywane po kątach, aczkolwiek jedynym, czego większość by chciała, byłoby o całej sprawie zapomnieć. I w miarę upływu czasu, straszne zdarzenia zakończone odnalezieniem rozszarpanych przez wilki trucheł łowczyni i chłopca w jednym z domów zaczęły powoli zamazywać się w pamięci mieszkańców, a życie wróciło do swojego normalnego rytmu, pozbawionego dalszych niepokojów ze strony sił czy mocy nadprzyrodzonych, ku nieśmiałej uldze wszystkich zainteresowanych. Śmierć chłopaka i łowczyni zaczęto po fakcie łączyć z zakończeniem się wszystkich tych mrocznych sprawek, i w efekcie wygnano ze wsi wszystkich z nimi związanych - czyli rodziców chłopaka. Od tamtej pory wszystkie obce elementy wioski, takie właśnie, jakimi była nieznana łowczyni, którą kojarzono z klątwą, były traktowane z większą niż zdrowa dawką podejrzliwości. Mieszkańcy nie byłi już zbyt gościnni dla przewijających się czasem przez karczmę podejrzanych elementów, poszukiwaczy przygód i innych tego typu jednostek. Tendencja ta została jeszcze wzmocniona przez wydarzenia w pobliskim Lwim Brodzie - ataki demonów, szaleni paladyni i podobne dziwne historie, które docierały do mieszkańców wsi sprawiły, że wioskowa społeczność jeszcze bardziej zamknęła się w sobie, i zaczęła z jeszcze większą nieufnością traktować obcych - niekiedy nawet linczowali tych, których podejrzewali o konszachty z nieczystymi siłami.

Niektórzy, ci, którzy uciekli z wioski przed domniemaną klątwą, powrócili, kiedy okazało się być relatywnie bezpiecznie; inni, zwabieni dobrą lokalizacją miejsca, przybyli, by osiedlić się i tu poszukać nowego życia. Życie wioski zaczęło pulsować i bić w nieco żywszym tempie, a jej mieszkańcy zaczęli prosperować, wracając niemalże do stanu zamożności sprzed mordów i zwierzęcych ataków.

Awatar użytkownika
Kokorosz
Posty: 19
Rejestracja: 23 sty 2015, 19:49
Lokalizacja postaci: Wieś Zielona Woda
Karta Postaci: http://www.leviathanrpg.pl/viewtopic.php?t=3451

02 maja 2016, 10:58

Przezimowanie w ruinach Powieki nie wchodziło w grę, toteż Kokorosz, wraz z powolnym spadkiem temperatury otoczenia, zaczął usilnie poszukiwać nowego domu. Musiał w tym celu przezwyciężyć pierwotny strach przed opuszczeniem bezpiecznej okolicy. Instynkt podpowiadał kurczakowi, że w lesie znajdzie jedynie śmierć od lisa czy też innego drapieżnika. Jednak - nie miał wyboru. Ziemia w wiosce stawała się coraz twardsza i coraz trudniej było Kokoroszowi wydziobywać z ziemi dżdżownice, czy też inne robaki, wioskowe zapasy ziarna natomiast dawno zostały rozgrabione przez szabrowników. Pozostawało mu więc przezwyciężyć strach lub zdechnąć z głodu.

Przeprawa przez las nie była łatwa, jednak nie przyprawiła kurczaka o śmierć. Zbielałe kości zwierząt gospodarczych, uciekinierów z katastrofy Powieki, znaczyły drogę, jednak kurczak nie napotkał na niej żadnego większego drapieżnika. Wzmożona czujność pozwoliła mu natomiast na wykrycie i zneutralizowanie płomieniami paru czających się nań lisów. Dymiące truchła pozostawione na leśnej ściółce zniechęciły pozostałych przedstawicieli tego gatunku do frontalnych ataków na kurczaka. Tylko szelest liści i trzaski łamanych gałązek w bardziej oddalonych od Kokorosza krzakach świadczyły, że jest on nadal obserwowany i w razie chwilowego uśpienia czujności może podzielić los swoich kurnikowych braci i sióstr.

Na szczęście - nie miało się to zdarzyć. Kurczak po dłuższej wędrówce wyszedł w końcu z dziczy na uprawne pole. W oddali zamajaczyły kształty budynków. Tak szybko, jak mógł, skierował się w tamtą stronę. Po chwili słyszał już tak dobrze mu znane słowa ludzkiego języka. O dziwo, rozumiał fragmenty rozmów wieśniaków, czego przed wydarzeniami z Powieki oczywiście nie potrafił. Jednak nie zwrócił na to większej uwagi, jedyna rzecz, jaka go aktualnie obchodziła, to wkradnięcie się do pierwszego lepszego kurnika i udanie się na zasłużony odpoczynek. Tak też zrobił, a inwentarz jednego z wieśniaków został wzbogacony o dorodnego koguta. Nie niepokojony przez nikogo, Kokorosz przetrwał tam zimę, korzystając z ziarna i innych jadalnych dóbr Zielonej Wody.
Awatar użytkownika
Sadrigal
Posty: 277
Rejestracja: 21 wrz 2014, 20:22
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 23150683
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3060

02 maja 2016, 11:02

MG:

Gwizdota, pan domu, właściciel największej po sołtysie sadyby w okolicy, szczęśliwy ojciec ósemki dzieci, w tym sześciu synów, nie miał problemu z przetrwaniem tej zimy. Liczne kury i krowy, jakie posiadał, dawały mu więcej nawet, niż potrzebowali on i jego rodzina, dając jeszcze możliwość handlowania nadróbkami. Ba, wiodło się mu tak dobrze, że z rzadka stać go było na zarżnięcie jednego ze swoich kogutów czy byków i pełne celebracji spożycie mięsa - towaru rzadkiego i drogiego. Aby uczcić koniec zimy i początek wiosny, gospodarz Gwizdota zdecydował się na wydanie rodzinie i innym pobliskim krewnym uroczystej kolacji tak obfitej, że niemalże uczty, i przygotowania do niej szły pełną parą. Uczta zbiegała się w czasie ze świętem na cześć Lorven - musiało więc być wszystko dopięte na ostatni guzik, nie gorzej, niż u sołtysów. Jedno z cieląt zostało zarżnięte na mięso i było właśnie oprawiane, a żona gospodarza przygotowała pieniek, oparła o niego tasak i udała się szparko do kurnika.

Kokorosz przezimował wygodnie - Gwizdota dbał o swoje zwierzaki, barak, w którym były kury, zawsze miał w środku odpowiednią ilość słomy i często dawano im jeść. Także słoneczka mu nie zabrakło - często wypuszczano zwyczajnie kury na zewnątrz, aby biegały sobie po okolicy i jadły, co tylko znalazły. Wszystkie wiedziały, że nocą należy wrócić do kurnika, i robiły to - robił to więc i Kokorosz, idąc za silnie rozwiniętym instynktem stadnym. Ledwie zwracał uwagę na to, że od czasu do czasu gospodarz, gospodyni czy inny człowiek wchodził do kurnika i zabierał jedno z nich - pozostali się nie przejmowali, dlaczego przejmować miałby się on? Nie wiązał tego z niczym złym. Miał co jeść, nie padał na niego deszcz i miał kury do mnożenia się i panoszenia się, i na dodatek był największym z kogutów Gwizdoty - był wręcz w raju, szczególnie, że miał sobie gdzie pobiegać, i nawet losowe kopniaki, jakie z rzadka otrzymywał od wieśniaków, ktorym wbiegał pod nogi, nie zaburzały mu idylli.

Nie zareagował więc gwałtownie, kiedy pojawiła się żona gospodarza i chwyciła go w potężne, spracowane łapska, unosząc go z miejsca. Dopiero, kiedy zobaczył pieniek, w stronę którego go niosła, i oparty o niego tasak, jego skołowany umysł, nafaszerowany ludzkimi wspomnieniami, coś dał radę z tego wywnioskować.

Plac przed kurnikiem, pokryty błotem, słomą i gównem, był dość szeroki i bardzo mocno zaludniony w tym momencie - wszyscy mieszkańcy domostwa latali dookoła z zafrasowanymi minami, zajęci szeroko zakrojonymi przygotowaniami. Masła, sery, ciasta, chleby - wszystko było właśnie przygotowywane, w różnych stadiach gotowości, i Gwizdota łeb urwałby temu, który przygotowania by zakłócił. Kokorosz oczywiście tego nie wiedział, ale konsternację widział, chociaż jej nie rozumiał. Takiego radosnego zaaferowania jeszcze w tym domostwie nie uświadczył. W każdym razie jedyne, co kołatało się po jego umyśle, kiedy połączył w nim po długim wysiłku pieniek, tasak i siebie, to ślepa, gwałtowna panika.

Awatar użytkownika
Kokorosz
Posty: 19
Rejestracja: 23 sty 2015, 19:49
Lokalizacja postaci: Wieś Zielona Woda
Karta Postaci: http://www.leviathanrpg.pl/viewtopic.php?t=3451

Not dead yet!

02 maja 2016, 12:57

Kokorosz nie przypuszczał, że trafi do istnego raju. Warunki, w jakich przebywał były nieporównywalnie lepsze niż w Powiece, nawet przed katastrofą - ziarna nie brakowało, jednak najbardziej podobał się mu fakt, że był tu największy, i to on dyktował warunki reszcie drobiu. Życie w Zielonej Wodzie nie pozbawione było pewnych małych tajemnic. Czasami któraś z kur znikała, jednak nie zastanawiał się nad tym zbytnio - w poprzednim miejscu zamieszkania również się to zdarzało, na tyle często, by można było przejść nad tym do porządku dziennego. Okres spokoju i szczęśliwości w życiu koguta nie mógł jednak trwać wiecznie.

Gdy żona gospodarza podniosła Kokorosza, nie zaprotestował on w jakikolwiek sposób. Nie wyczuwał w tym jakiejkolwiek złej woli, chociaż nie mógł też odgadnąć celu takiego działania. Dopiero, gdy zobaczył skrwawiony pieniek, błogie uczucie nieświadomości zostało zastąpione najpierw przez zaniepokojenie, następnie zaś przez panikę. Odezwały się wspomnienia z Powieki, wspomnienia dotyczące kur i kogutów pozbawianych na takim kawałku drewna głowy, bez której dreptały jeszcze przez chwilę, rozlewając tętniczą krew po okolicy, zanim na zawsze zamierały w bezruchu. Obce, ludzkie wspomnienia, których nie miał prawa pamiętać - a jednak pamiętał i bynajmniej nie napawało go to radością.

Kokorosz musiał podjąć jakieś działania, by uratować się przed rychłą śmiercią. Nie widział innego sposobu na ucieczkę, niż skorzystanie ze swego ognistego daru. Zaczął więc koncentrować swą moc magiczną, przygotowując zaklęcie. Jego może nie najdoskonalsza wyobraźnia umyśliła sobie płomienny wybuch z epicentrum w kurczaku, podobny jak ten, którego wywoływanie ćwiczył w Powiece. Kokorosz czuł wzrastający gorąc, w miarę jak coraz większa ilość magicznych cząsteczek gromadziła się, by wykonać rozkaz. Po paru sekundach było ich wystarczająco dużo - kogutowi pozostało więc tylko gdacząc głośno uwolnić ogień i spieprzać jak najszybciej z wioski, mając nadzieję, że nikt nie wpadnie na pomysł, by go ścigać. A jakby wpadł... no cóż, pokłady magicznej mocy w kurczaku nie były aż takie małe, by wyczerpywać się po użyciu jednego zaklęcia...

Awatar użytkownika
Sadrigal
Posty: 277
Rejestracja: 21 wrz 2014, 20:22
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 23150683
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3060

04 maja 2016, 19:21

MG:

Głośna erupcja fioletowego płomienia doprowadziła biedną gospodynię niemalże do zawału serca. Z krzykiem zwolniła uścisk, mimo że płomienie zbyt wiele jej nie zrobiły - wybuch był krótki, acz gwałtowny, a wielkie, twarde łapy kobiety niejeden żar już wytrzymały. Niemniej jednak została trochę poparzona, chociaż większe szkody prawdopodobnie zostały wyrządzone w jej mentalnej konstytucji. Upuściwszy gwałtownie Kokorosza, tak, że uderzył z impetem o ziemię, zaczęła krzyczeć wniebogłosy, a wszyscy w okolicy od razu zwrócili uwagę na tumult - głównie jednak ich uwaga skupiła się na gospodyni, a nie na Kokoroszu, który dostał kilka cennych sekund na ucieczkę.

Kiedy jednak kobieta opamiętała się na tyle, żeby poparzoną ręką wskazać na koguta, exodus ognistego samca nieco się skomplikował. Nie zdążył jeszcze opuścić zaludnionego placu, mimo żywego przebierania krótkimi nogami, i w dalszym ciągu jeszcze dwie osoby - w tym Trynw, syn Gwizdoty, niosący właśnie michę ze smalcem - oddzielały go od zakończonej sukcesem ucieczki z tego miejsca.

Tuż nad głową zaświszczał Kokoroszowi rzucony kamień, sekundę później zdzielił go jak młotem rzucony ozdobny, świąteczny drewniany chodak, odrzucając koguta na pół metra w bok. Trajektoria odrzutu sprawiła, że cudem uniknął zamaszystego kopniaka, wymierzonego w jego stronę przez Trynwa, który niemalże stracił równowagę, musząc balansować z wielką michą w uścisku. Uniknął co prawda kopniaka Trynwa, dostał jednak jeszcze jednego, Lorven jedna wie, od kogo, od tyłu. Kopniak, mimo że gwałtowny i niemiły, posłał poobijanego już Kokorosza w stronę, w jaką chciał się udać - jednego z wyjść, przejść do miejsc z nieco większą przestrzenią. Raban i tumult, jaki zapanował, był nieopisany. "Łapaj!" "Tam!" "Rzucaj!" "Szybko!" "Na Lorven!" "Skurwysyn!" - wszystkie te okrzyki i wiele innych, nie do zrozumienia, łączyły się w jedną wielką kakofonię chaosu i płomiennego gniewu zemsty, którego ogniskiem był jeden, mocno już skołatany i zdesperowany kogut. Cudem Kokorosz uniknął uchwytu wielkich jak bochen chleba rąk ostatniego wieśniaka, który oddzielał ptaszysko od perspektywy wolności, i, roztoczywszy wokół siebie jeszcze jedną aureolę purpurowego ognia dla odstraszenia pogoni, runął w nieznane, w centrum wsi - kierunek bowiem, jaki w panice obrał, nie wiódł do najbliższego kogutowi końca wsi, tylko do samego jej środka.

Tak więc i uciekał, a na jego tropie, wykrzykując wniebogłosy najrozmaitsze różności, bluźnierstwa, prośby do Lorven, okrzyki typu "Łapaj!" i inne niezidentyfikowane odgłosy, waliła coraz szybszym tempem dzika procesja rozjuszonych wieśniaków, zdeterminowanych, aby kogucią abominację już nawet nie zjeść, tylko spalić na stosie jako demona. Kiedy wspomniana abominacja przemierzała centrum drogi całkiem sporo osób zwróciło uwagę na niecodzienny pościg, i ze wszystkich stron zbiegli się wieśniacy, aby koguta złapać. Poszybowały pociski, chybiając jednak dzielnego Kokorosza, który miał obecnie walące jak młot serce w gardle i nie posiadał się z paniki. Panika kazała mu wystrzelić najgorętszym ogniem, jaki miał, dookoła siebie, odstraszając wieśniaków na moment, podpalając samemu sobie pierze na kuprze i strzechę szopy, obok której przebiegał. Uwaga chłopów została wobec tego podzielona - duża część rzuciła się w te pędy po wodę, aby gasić ogień, reszta jednak, odstraszona na moment następną erupcją, dalej jęła ścigać kurę.

Szaleńcza ganianina, która zmobilizowała mimochodem większość mieszkańców wioski, zakończyła się ucieczką Kokorosza w las, poobijanego doszczętnie, posiniaczonego straszliwie, cierpiącego od dwóch potężnych kopniaków, jakie zarobił, z bolącym mocno skrzydłem, w które oberwał rzuconą chochlą, poszarpanym pierzem, w dalszym ciągu tlącym się na ogonie, i połamanym grzebieniem, od kiedy wyrżnął nim w ziemię po jednym z kopów - te będące najpoważniejszymi z obrażeń, jakie otrzymał podczas bohaterskiego odwrotu. Kogut wyglądał w tej chwili jak obraz nędzy i rozpaczy - ale był wolny, uciekłszy wieśniakom w chaszcze lasu przy zielonej rzece, która dała wsi nazwę. Jeszcze nie był głodny, co nie zmieniało faktu, że czuł się jak wyżęta szmata - i nie za bardzo wiedział, co miał ze sobą zrobić, spaliwszy za sobą właściwie wszystkie mosty, jakie zbudował w ciągu zimy.

Wróć do „Autonomia Wolenvain”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 3 użytkowników online :: 0 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 3 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika
Liczba postów: 52206
Liczba tematów: 2973
Liczba użytkowników: 1046
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Senti
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.