Varti

Najważniejszy obszar, na którym toczy się gra. Autonomia to zamieszkane głównie przez ludzi państwo podzielone na pięć prowincji ze stolicami w Wolenvain, Derinie, Morinhtarze, Minaloit i Aparilume. Czytaj więcej…
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3754
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

Varti

31 sty 2013, 21:03

Widok spalonej wioski nie wydawał się w Autonomii Wolenvain niczym szczególnym. Po wojnie z Imperium Agstusu, która zakończyła się tak szybko, jak się rozpoczęła, wiele siedzib ludzkich nadal pozostało niezamieszkanych, ponieważ nie znalazły się osoby, które chciałyby je odbudować. Im dalej na zachód, tym tego typu obrazków było więcej. Chłopi, co prawda, przywiązani byli do swej ziemi i w ostatecznym rozrachunku zawsze prędzej czy później wracali na stare miejsca, jednak proces ten ciągle był w toku, a chłop nie mógł pracować, jeśli nie miał pana. Każda wojna zbierała swój plon. Spalić wioskę było łatwo, natomiast spalić całe miasto… To już niemała sztuka.

Historia położonego na skraju Pustyni Śmierci Varti zakończyła się niespodziewanie latem roku 410 Ery Feniksa, kiedy to wojska Zachodu wybiły większość jego mieszkańców, przedstawicieli rodu rządzącego oraz wielu okolicznych wieśniaków, cały ten czyn kwitując podłożeniem ognia, który z racji na stosunkowo rzadkie opady w tym miejscu oraz letnią porę w mig się rozprzestrzenił. Pożar objął całe miasto, a oprawcy nie pozwolili, aby próbowano go ugasić. Zresztą, wszelkie próby tak czy inaczej spaliłyby na panewce. Powiadają bowiem, że ogień ten nie był naturalny, a wywołany potężną magiczną sztuką, o której w tym rejonie Lewiatana nie zwykło się mówić głośno. Wszystkie karczmy, stajnie, sklepy i zakłady Varti w przeciągu kilku godzin zamieniły się w popiół razem ze swymi mieszkańcami. Potępieńcze krzyki niosły się w powietrze wraz z prześmiewczymi okrzykami kołujących nad miastem tresowanych sokołów Agstusu.


Przez wiele miesięcy nikt nie odważył się wrócić do tego miejsca czy podjąć się próby jego odbudowy. Autonomia miała zbyt wiele problemów wewnętrznych, aby zająć się tak oddalonym, jak Varti, przyczułkiem. Wkrótce jednak ktoś zainteresował się tym pełniącym niegdyś rolę najważniejszej stacji przeładunkowej przybytkiem. Karawany panów z Wolenvain i okolic musiały krążyć, musiały generować zysk… Był on tym mniejszy, im dalej karawana musiała się udać bez odpoczynku. Decyzja o odbudowaniu Varti zapadła jeszcze w roku 411 Ery Feniksa, kiedy ukształtowało się Konsorcjum – związek zajmujących się szeroko pojętym handlem zagranicznym szlachciców i bogatych mieszczan. Cech wpompował część posiadanych przez siebie pieniędzy, aby miasteczko stanęło na nogi. Zgliszcza ożyły, a spomiędzy nich zaczęły wyrastać nowe chaty, przybytki i targowiska. Póki co było ich jednak niezbyt wiele – ot, jedna główna karczma ze sporym miejscem na postój karawan, sporą stajnią i dwoma zapełnionymi pokojami mieszkalnymi piętrami, kilka drewnianych chat, jedna piekarnia i mały targ, na którym nowi mieszkańcy zaopatrywali się w najpotrzebniejsze, sprowadzane z okolicy dobra.


Do tego dochodziła masa namiotów na obrzeżach miasta, w których to namiotach rezydowali przedstawiciele rozlicznych fachów – od krawców, przez budowniczych, aż po kupców. Najbardziej okazałe, odsunięte nieco od reszty namioty z wystawionymi przed nimi proporcami herbowymi kryły przedstawicieli wysokiej szlachty doglądających całego procesu. Varti stawało powoli na nogi, a prace na rzecz przywrócenia mu dawnej świetności trwały dniem i nocą. Gdzieniegdzie pojawiły się już szkielety nowych, bardziej okazałych domów, przeznaczonych zapewne dla bogatszych, przyszłych rezydentów.


//Opis karczmy napisany przez Arael:
Karczma, będąca jednym z niewielu dostępnych publicznie budynków była, przede wszystkim, nowa. Świeże, wciąż pachnące lasem bale, nieprzeżarte przez stada korników trzymały potężną konstrukcję w jednym miejscu, nadając jej wyglądu solidnego, ciepłego i przytulnego miejsca. Wnętrze prezentowało się niezgorzej – za ladą, gęsto zastawioną czekającymi na spragnionych klientów kuflami, stał łysiejący karczmarz o promiennym uśmiechu i pokaźnym brzuchu, niechybnie hodowanym przez wiele obfitujących w piwo lat. Powietrze wewnątrz, niezależnie od pory roku, było ciepłe, wilgotne i niosło kuszący zapach pieczonego mięsa czy gulaszu. Kilka stołów zbitych z sosnowego drewna zapraszająco wołało gości do siebie, a do pełni karczmianego szczęścia brakowało jedynie…gości. Tutejszych odstraszały ceny, jako, że zdruzgotane wojną Varti musiało liczyć każdy or, a co za tym idzie – wywindować ceny do sprzyjającemu gospodarce poziomu. Popołudniami jednak zbierała się tutaj lokalna szlachta, by przy kuflu przedniego piwa czy kielichu wina porozmawiać o przyszłości odradzającego się miasta.

Zapadał już zmierzch, kiedy pozostałości Entropii dotarły wreszcie do Varti. Przewodnik drużyny narzucił ostre tempo, jednak nie zamierzał odstąpić od swego zamiaru. Karczma, do której zdążała ocalała u jego boku trójka śmiałków miała być ostatnim porządnym przystankiem przed wyruszeniem na owianą złą sławą Pustynię Śmierci. Ostatnim głębokim oddechem przed zanurzeniem się w prawdziwe odmęty. Miecznik mocno wciągnął pachnące ciosanym drewnem, popiołem i chlebem powietrze w swe pojemne płuca. Jego twarz rozjaśnił szczery uśmiech. Wreszcie dane będzie mu odpocząć w prawdziwym łóżku. Spojrzał po swych towarzyszach. Arael, Asterias (który dogonił drużynę po jakimś czasie), Kenhkar. Niewielu ich zostało, ale dobre i to. Jeśli zaszli tak daleko, musieli być zdeterminowani. Pełni mocy sprawczej i chętni przeżycia przygody swego życia bez względu na konsekwencje. Niechaj tak będzie. Czwórka drużynników, przed którymi zadrżeć miały senne koszmary.

Przed samym wejściem do karczmy Infi zatrzymał się jak wryty. Właśnie przypomniał sobie o jednej szczególnie ważnej kwestii. Prócz dobrej dziczyzny, ostatków chleba, kilku kawałków suszonego mięsa, miecza i paru innych drobiazgów nie miał przy sobie niczego. Jego kiszki zagrały marsza, więc przegryzł suche mięso, zapychając się nim i ciamkając przez dłuższą chwilę, podnosząc jeden palec, aby pokazać swym towarzyszom, że pragnie przemówić.

- Ma ktoś… - przełknął. – Pieniądze…? – zapytał wprost, choć głupio mu się zrobiło, że wcześniej o tym nie pomyślał. Wszak miejsce do spania i owies dla konia swoje kosztowały. Zapewne ceny w Varti będą dość wygórowane, a Entropia nie wyglądała na szczególnie majętną. W ostateczności pójdą do karczmy zjeść coś ciepłego z wyżebranych u bywalców srebrników i udadzą się na spoczynek gdzieś w okolicy namiotów, których wiele minęli po drodze, a z których dochodziła czasem spokojna muzyka oraz inne biesiadne dźwięki. Lepiej jednak było najpierw zapytać. A nuż któryś z drużynników jeszcze go zaskoczy…?

//Przyjąłem, że jeśli Ajumi (bądź ktokolwiek inny) zechce odpisać, to po prostu dogonił(a) Entropię nieco później.
Obecnie ta lokacja jest pusta.
Awatar użytkownika
Arael
Posty: 650
Rejestracja: 09 lis 2011, 19:58
GG: 36159745
Karta Postaci: viewtopic.php?p=15819#15819

31 sty 2013, 21:44

Po dotarciu w iście katorżniczym tempie do pozostałości Varti, Łowczyni odetchnęła głęboko z ulgą. Przywykła do bardzo intensywnego wysiłku kojarzonego z walką, jednak całodzienne maszerowanie nie było czymś, do czego była przyzwyczajona. Nie bała się przyznać przed samą sobą, że czuła się po prostu nieco wyczerpana. Nigdy wcześniej nie miała okazji odwiedzić tego miejsca, będącego ostatnią bramą oddzielającą Autonomię od nieprzebytej pustyni, na spenetrowanie której targali się jedynie, hehe, szaleńcy. Widziała jedynie obecną ruinę miasta i karczmę, stanowiącą ich prawdopodobnie kolejny przystanek. Starała się uchwycić oczami każdy jeden, nawet najmniejszy szczegół, jednak przy obecnym ich natłoku było to praktycznie niemożliwe. Jej wzrok na chwilę dłużej zatrzymał się na stojących nieopodal namiotach i gromadce krzątających się przy nich ludzi. Nie znała ich przeznaczenia, i, po prawdzie, nie miało to obecnie większego znaczenia. Spod jednego z namiotów wystawało kilka końskich zadów, co Łowczyni uznała za stajnię. Widząc jej siwego rumaka, jeden z młodzieniaszków spod namiotu podbiegł i ujął uzdę konika. Łowczyni wsunęła mu do dłoni trzy szylingi, uznając, że za miarkę owsa i korytko wody to i tak aż nadto. Po zdjęciu bagaży z konia, wierzchowiec został odprowadzony do namiotu, gdzie, jak Arael miała nadzieję, ktoś się nim odpowiednio zajmie.

Przywódca Entropii zatrzymał się przed wejściem, pałaszując kawałek suchego mięsa i w komiczny sposób dając do zrozumienia pozostałym coś na kształt "milczcie, prawie mówię", po czym zapytał o pieniądze. Od kiedy Łowczyni parała się fachem przechodniego mordercy, nigdy nie miała większych problemów z zapewnieniem sobie wiktu i opierunku w dowolnej, nawet najdroższej karczmie. Arael uśmiechnęła się tak do siebie, jak do pozostałych członków Entropii, po czym podeszła bliżej miecznika, i poklepała go po ramieniu.
- Nie martw się. Dziś pijemy za moje – rzuciła beztroskim tonem, i omijając Infiego pchnęła drzwi karczmy, a jej nozdrza uderzyła istna symfonia zapachów, z czego jeden był smakowitszy od drugiego. Była to niesamowita odmiana po dniu poprzednim, obfitującym w cudowne, lecz bardzo proste w smaku borówki i paskudnego niedźwiedzia. Podeszła do lady i przeszyła do swoim uderzająco czerwonym spojrzeniem, mając przy tym świadomość, że ze wszystkimi ostrzami, kuszami i łańcuchami wyglądała cokolwiek groźnie. Rozsupłała swoją pękatą sakiewkę i wyjęła pięć błyszczących, ciężkich, złotych monet, kładąc je na ladzie przed karczmarzem. Wciąż patrząc mu w oczy z lekkim uśmiechem powiedziała miękkim, zbyt aksamitnym jak na nią głosem
- To za mnie i moich trzech przyjaciół. Poprosimy…ucztę. Dla mnie na początek czerwone wino i…i gotowane warzywa – ostatni wybór nie był tym, co zwykle jadała, jednak czuła w powietrzu aromat dobrze przyprawionej marchwi, a w perspektywie wyprawy na pustynię nie spodziewała się zbyt wielu świeżych potraw w swoim jadłospisie. Odwróciła się od karczmarza i zajęła miejsce przy sporym stole, przy którym bez problemu zmieściłoby się osiem osób, spojrzeniem zapraszając pozostałych Entropijczyków. Brodacz, piękne elfiątko i Infi. Oto, co zostało z dumnej gromady, która w towarzystwie smoka wyruszyła z Wolenvain. Brakowało jej tu jedynie driady Ajumi, z którą czuła się niejako związana, bowiem ta towarzyszyła jej i Infiemu już od odległych Gorących Źródeł. Uznawszy jednak że driada prawdopodobnie poddała się, przerażona perspektywą przedzierania się przez bezlitosne piaski pustyni, prażone przez nienawistne słońce.
Nie ma co się przejmować, pomyślała Łowczyni, pragnąc przede wszystkim cieszyć się najbardziej beztroskim wieczorem kilku nadchodzących tygodni.

Awatar użytkownika
Kenhkar
Posty: 278
Rejestracja: 12 maja 2012, 21:39
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Karta Postaci: http://www.leviathanrpg.pl/viewtopic.php?p=29652#29652

31 sty 2013, 22:25

Maszerowali prędko, ale Kenhkar nie odczuwał zmęczenia, gdyż skupił się na tym, iż zima się kończy, śniegi topnieją, a nadciąga ciepło i przyjemne powiewy wiatru. Szedł więc lekko, rozglądając się po okolicy, ciekaw tych ziem, jako że jego oczy nigdy nie miały przyjemności ich oglądać. Tak leciała godzina za godziną. Po drodze Ken przegryzł suchara, ale to było wszystko, co skonsumował, toteż gdy Entropia nareszcie zawitała do kolejnego przystanku —Varti — zapach pieczywa sprawił, iż Kenh nagle zapragnął wydać wszystkie oszczędności na jakieś smakowite wypieki. Infi jednak prowadził to, co zostało z pierwotnego składu drużyny do jedynej karczmy w okolicy. Tuż przed wejściem miecznik przypomniał sobie, że nie ma pieniędzy i zasygnalizował, iż w tym punkcie liczy na towarzyszy.

Po drodze Arael zajęła się koniem tego elfa o białych włosach, co gdzieś przepadł w trakcie podróży. Sam Kenhkar podziwiał odradzające się miasteczko. To było takie… pozytywne. Napełniało siłą, choć właściciel kostura nie miał najmniejszego pojęcia czemu.

Mag zamierzał zafundować dzisiejszą kolację całej drużynie, w końcu posiadał na tyle pieniędzy, żeby nikt dzisiaj nie udał się na spoczynek z pustym brzuchem. Ucieszył się jednak, kiedy jedyna kobieta w ich grupie zaoferowała się do postawienia wszystkim posiłku. Oczywiście taki rozwój wypadków o wiele bardziej odpowiadał Kenhkarowi. Napełniwszy się nowym przypływem entuzjazmu, wszedł z pozostałymi do karczmy.

Intensywność i smakowitość samych zapachów sprawiła, iż nogi się pod nim ugięły. Bogowie — wołał w myślach — dajcie nam tu zostać nieco dłużej! Coś jednak mówiło magowi, iż Infi nie ma zamiaru zwlekać, tylko ruszyć forsownym marszem na piaski pustyni. Cóż, o ile uda im się przeżyć, to może odwiedzą tę oberżę w drodze powrotnej.

Łowczyni podeszła do lady, sypnęła złotem.

— Coś mi podpowiada, że dzisiaj się nażremy, panowie — mruknął do Asteriasa i miecznika.

I dobrze! Należało im się po starciu z tą cholerną jaskinią. Nie zwlekał długo, tylko ciężko zasiadł przy stole, który zajęła Arael. Przeciągnął się i wpatrzył w tę, która nie poskąpiła złota.

— Elf wygląda na dość żarłocznego — rzucił. — Możliwe, że nie wystarczy.

Naraz wykrzywił swe usta w promiennym uśmiechu. Zaśmiał się krótko i zaczął rozglądać za jakimiś kompanami, których mogliby zaprosić do stołu i napić się wspólnie nieco piwa.

Awatar użytkownika
Asterias
Posty: 255
Rejestracja: 12 paź 2011, 14:48
Lokalizacja postaci: Pustynne Wyżyny
GG: 4014804
Karta Postaci: viewtopic.php?t=887

01 lut 2013, 04:19

Miasto… Albo raczej coś, co je przypominało. Cóż, owiane dość nieprzyjemną historią i tak dobrze się trzymało, nie było co narzekać. Wszak była możliwość "uzupełnienia" zapasów i niedoboru snu, a to było najważniejsze.

Podróż nieco go zmęczyła, szczególnie ten moment, w którym gonił swych towarzyszy, z Infim na czele, zaraz po przebudzeniu. Na jego nieszczęście trochę to trwało, a fakt, że niesie dość nieporęczny, dwuręczny miecz i kirys w drugiej ręce nie ułatwiał mu sprawy. Czuł się dziwnie bez swego wiernego płaszcza, ale było już za późno, by zawrócić. W mieście, które było nader tłoczne, jeśli patrzeć na to, co się tu stało, Ci, którzy go zauważali, patrzyli nań "ciekawskim i niezbyt przyjemnym wzrokiem". Aster nie wiedział, czy to przez to, że jest elfem, czy może przez to, że jest skąpany we krwi. A może to przez byczego Wygnańca spoczywającego na jego barkach? Któż wie, Czerwony nie lubił, kiedy ktoś zwracał na niego zbyt dużą uwagę, dlatego czuł się dość nieswojo tak bardzo rzucając się w oczy w mieście. Nawet płaszcza nie miał do okrycia…

Asterias niemalże wpadł na swoich drużynników, którzy przystanęli na chwilę w pobliżu wejścia do karczmy. Usłyszał końcówkę rozmowy Arael i Infiego, którzy najwyraźniej zamierzali posilić się w owej karczmie. Nareszcie jedzenie i odpoczynek. Ten dzień mógł zacząć się lepiej, ale nie było co narzekać, wszak poprzedni był gorszy.
Kiedy usłyszał, iż Arael postanowiła stawiać wszystkim jadło, morda mimowolnie mu się uśmiechnęła.
- Cóż, najwyraźniej i ona czuje się lepiej – rzekł do miecznika i Kenha. - Nie każmy jej czekać – i jakby słuchając własnej sugestii, pośpiesznym krokiem ruszył za kobietą. Nie wiedział właściwie o co prosić, zwykle jadał w lesie, a cały ten "wybór" niemalże zawrócił mu w głowie.
– Coś dużego i jakiś w miarę mocny trunek dla mnie - rzekł w stronę obsługującego ich pracownika budynku.
- Następnym razem ja stawiam – powiedział, i jakby wskazał okiem na pancerz, który zostawił przy koniu. (co mogło być niezrozumiałe, ze względu, że konia nie było stąd widać) Miecz, który Infi kazał mu pilnować miał ciągle przy sobie. Niemal zapomniał o jego ciężarze, można rzec, że się doń przyzwyczaił.

Teraz pozostało mu czekać tylko na podanie zamówienia oraz rozkoszowanie się nim. Musiał się odprężyć i nasycić póki jeszcze miał okazję. Na pustyni raczej ciężko znaleźć restaurację, nie wspominając nawet o dobrym trunku.

I choć Aster cały czas był czujny i dość niespokojny, jego humor poprawił się w kilka chwil. Stał dość blisko Łowczyni, by w razie co chronić jej zaplecze. Nigdy nie wiadomo, czy zaraz do sali nie wpadnie tępy, łysy osiłek…
Awatar użytkownika
Kenhkar
Posty: 278
Rejestracja: 12 maja 2012, 21:39
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Karta Postaci: http://www.leviathanrpg.pl/viewtopic.php?p=29652#29652

01 lut 2013, 05:00

Elf zaczął gadać do karczmarza, czego pragnie jego podniebienie. Wtedy Kenhkar przypomniał sobie, iż on nie dał znać, co chce jeść. A nie zamierzał raczyć się warzywkami. Wstał więc powolutku i podszedł do lady.

— Ja z tą panią, co to ucztę sobie zamówiła — rzucił w jego stronę, aby wszystko było jasne. — Poproszę dużo wieprzowiny albo jakiegokolwiek innego, smacznego mięsa. Do tego kufelek piwa. To by było na tyle, dziękuję uprzejmie.

Wrócił do stołu, znów spojrzał po karczmie. Naprawdę przytulnie. Cóż, to dobre miejsce, aby porozmawiać.

— To chyba dobry moment, żeby wreszcie pogadać. Wiecie — jak drużyna. Zawsze zwali mnie Kenhkarem, czasami też padalcem. Ale ludzie są różni — uśmiechnął się delikatnie. — Więc… miło mi was poznać. A teraz może dajmy spokój konwenansom i powiedzcie mi: co was skłoniło, żeby leźć za nim — tu wskazał Infiego — na Pustynię Śmierci, hm?

Zaczął wyglądać, kiedy jego jadło będzie już spoczywać tuż pod jego nosem, radując jego nozdrza rozkosznym zapachem. Niemniej jednak czekał też, aż drużynnicy zaczną coś mówić.

Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3754
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

01 lut 2013, 13:34

Chłopiec stajenny nie ośmielił się odmówić takiej menażerii. Wysoki jak drzewo, ogorzały facet o dzikim spojrzeniu, obnażonym mieczu i oddartymi od jopuli rękawami, elf z tatuażem na czole i w pokrytej krwią zbroi, brodaty mag z dwiema częściami smętnego kostura oraz ubrana jak zręczna wojowniczka kobieta o czerwonych oczach. Choć karczmarz nie przyzwolił jeszcze na umieszczenie konia w należącej do jego przybytku stajni, pozostałości Entropii intrygowały, więc nie było problemu z zapłatą z dołu za miejsce dla wierzchowca. Rumak Merratrona trafił więc tam, gdzie jego miejsce – obok podobnych mu, spokojnie żujących owies zwierząt. Na szczęście w tym miejscu dbano o bezpieczeństwo juków podróżnych, więc kirys Asteriasa i bagaże martwego albinosa były bezpieczne.

Przewodnika drużyny nieco zdziwiła deklaracja Arael, która prawiła, jakoby była w stanie postawić wyżerkę dla trzech rosłych mężczyzn i samej siebie. Chociaż Infi liczył raczej na jakąś zrzutkę, nie polemizował. Wzruszywszy ramionami wkroczył do karczmy za niepokojąco podobną mu (ze względu na oczy) dziewoją. Zaakceptował to, że chwilowo znajdzie się na jej utrzymaniu. Liczył na porządną misę kaszy i coś, co ugasi jego rosnące w miarę zbliżania się do Pustyni Śmierci pragnienie.

Jakież było zdziwienie obecnych, gdy Arael nie wiadomo skąd wyciągnęła pięć szczerozłotych monet. Karczmarz rozdziawił usta, podobnie jak wszyscy, którzy przyglądali się całemu zajściu, a warto dodać, że Entropia wzbudziła o wiele większe zainteresowanie, niż którykolwiek z jej członków by sobie życzył. Infi nie przypominał sobie, aby widział tyle pieniędzy naraz. Chociaż często dane było mu całkiem nieźle zarobić, nigdy nie był mistrzem oszczędzania. Ta kobieta na jego oczach, lekką ręką, wydała właśnie istną fortunę. Miecznik pokręcił głową w niedowierzaniu i zaskoczony spojrzał po swych towarzyszach. Oni jednak nie zdawali się być zaskoczonymi widokiem złota u Arael. Być może dziękowali swoim bóstwom za tak pomyślny rozwój wydarzeń… Albo jeszcze nie dotarło do nich, jakie kłopoty sprowadzały grube pieniądze.

Gruby szynkarz chwycił ostrożnie jedną z monet, zgryzł ją… Była prawdziwa. Infi zakołysał się na piętach, rozglądając się niepewnie. Mimowolnie uniósł nieco dłoń ze swym nagim mieczem, co mogło zostać nader źle odebrane. Wtem jednak na nowo rozbrzmiała zwyczajowa, karczemna wrzawa… Karczmarz zaczął zginać się w ukłonach, powtarzając raz po raz, jak bardzo do usług Entropii jest zarówno on, jak i jego synowie oraz przyszłe wnuki. Znajdujący się gdzieś na uboczu minstrel zaczął grać tak pięknie i urokliwie, że nie sposób było ocenić, czy aby na pewno robi to wyłącznie po to, aby uszczknąć nieco pieniędzy dla siebie. Bywalcy karczmy zaczęli rozmawiać między sobą, co jakiś czas zerkając na siadających do stołu drużynników. Z pewnością za moment rozpocznie się koncert ofert, a wielu z obecnych będzie miało coś ciekawego do zaprezentowania – czy to swe usługi jako najemnik, sługa, giermek czy Lorven wie kto. Infi rozglądał się tylko, czy żaden nie zechce podarować mu sztyletu pod żebra.

Korzystając z okazji wreszcie odprężył się nieco, a jego gębę rozdziawił szeroki uśmiech. Nie zamierzał pytać, skąd Arael ma tyle pieniędzy. Podziękował jej skinieniem głowy i położył swą dłoń na ramieniu Kenhkara.

- Dzisiaj jemy jak królowie! - wykrzyknął, czując wzbierającą w nim radość. Dziewka służebna czekała na zamówienie, a Infi zaczął wymieniać wszystko, co przyszło mu do głowy, a co kojarzyło mu się z biesiadnym przepychem. Wszak – pieniędzy było tyle, że starczyłoby na wyżywienie kilkudziesięciu chorągwi wojska. Przez miesiąc.

- Przybraną głowę odyńca z kłami w sosie własnym – prawił, mrużąc oczy i sięgając na najdalsze kresy pamięci oraz pomyślunku. - Zaprawioną ostrymi przyprawami, korzeniami, miodem i winem, jeśli łaska – dodał, dumny z siebie i swej znajomości obyczaju. - Jeleniny gotowanej z pszenicą, mlekiem i cukrem, do tego owoce. Nadziewanych kuropatw i z jednego indyka. Chleba przysmażonego z suszonymi owocami, kremu z migdałów, gruszek w syropie. Leszcza, łososia i minoga w cieście – wyrzekł, dając sobie chwilę na nabranie tchu. - I piwa. Mocnego, ciemnego, starego piwa - skwitował zamówienie. Karczmarz wziął pięć szczerozłotych monet, niechaj on i jego służba nieco się napracują. - Cztery pokoje z baliami na koniec. A ty… - rzekł, czując władzę w swym palcu wskazującym, którym wskazał oskarżycielsko na nieco przestraszoną służkę. - Umyjesz mi plecy.

Awatar użytkownika
Ajumi
Posty: 153
Rejestracja: 04 wrz 2011, 18:12
GG: 7575125
Karta Postaci: viewtopic.php?t=653

01 lut 2013, 15:23

Driada w swej eterycznej postaci podążała za śladami części drużyny i tymi znakami z krwi pozostawionymi przez elfa. Starała się w miarę szybko ich dogonić ale wciąż przed sobą nie była w stanie dostrzec niczyich pleców. Postanowiła się jednak nie poddawać. Może i została w tyle ale na pewno w końcu uda się jej nadrobić straty. Poza tym wcale się nie męczyła i nie czuła chłodu, który w postaci normalnej pewnie zatrzymałby ją gdzieś na dłużej i raczej by nie miała szans na odnalezienie reszty. W tej postaci mogła naprawdę długo podróżować.

Wypatrywała ze skupieniem wszelkich znaków i w oddali jakiejś znajomej sylwetki. Rozkojarzyła się nieco po dotarciu do granic miasta. Wyglądało na budzące się do życia po serii nieszczęść. Obserwowała z błyskiem w oczach wszelkie namioty i stoiska. Podziała mijających ją mieszkańców i podróżników. Całkiem zapomniała o tym, że przemieszcza się miedzy nimi niczym duch niezauważalnie. Fascynacja nowym miejscem mogła spowodować jej większe opóźnienie.

Z amoku wyrwały ją znajome twarze, które spostrzegła przy wejściu do karczmy. Krzyknęła w ich kierunku ale nie było najmniejszych szans by ją usłyszeli czy bez większego skupienia dostrzegli. Nie zdążyła nawet się zbliżyć gdy cała czwórka zniknęła za drzwiami. Ajumi nie pozostało nic innego jak tylko też tam wejść.
Zielonowłosa nie spiesząc się zmierzała w kierunku karczmy podziwiając to co ludzkimi rękami na nowo zostało odbudowane. Zdała sobie sprawę jak niewiele widziała i przeżyła. Ta podróż powinna przynieść ze sobą również sporo korzyści dla jej wiedzy. Sztuka przetrwania w walce ze straszną jaskinią, tropienie i sztuka przetrwania w mieście. Leśna istota wciąż nie mogła przywyknąć do tego fascynującego otoczenia.

Przed samymi drzwiami wróciła do swej normalnej postaci. Mróz mocnym kopniakiem popędził ją by weszła do środka. Pchnęła drzwi i zaraz otuliły ją przyjemne zapachy smakołyków, alkoholu i uderzające ciepło przyprawiające jej blade poliki o rumieńce. Odetchnęła z uśmiechem widząc towarzyszy przy stole spożywających już posiłek. Podeszła do nich i zajęła jedno z wolnych miejsc.
- Na moje szczęście udało mi się was dogonić. - Dorzuciła radośnie. Zielonowłosa w ogóle nie wyglądała jednak na specjalnie zmęczoną osobę, która to miałaby gonić za nimi ten kawał drogi. Pewnie wszyscy już zwątpili, że w ogóle ktoś jeszcze się pojawi… Właśnie. Ajumi zaczęła się zastanawiać co z tymi co zostali w obozowisku. Może do rana tu dojdzie jeszcze ktoś ale za swoimi plecami nikogo nie spostrzegła podczas podróży. - Miło was znowu widzieć. Arael, Asterias, Infi i Kenhkar… każdego obdarzyła ciepłym spojrzeniem. nie wiedziała co bardziej przyczynia się do jej poprawy humoru czy to, że znowu widzi osoby, do których nieco się przywiązała czy to ciepło otulające jej skórę… a może to te ciekawe zapachy. No tak driada nie była a nawet nie wyglądała na bywalca takich miejsc i raczej niewielkie o tym pojęcie miała. W końcu nie tak dawno próbowała zjeść monety zamiast nimi płacić. - Gdyby nie twoje znaki Asteriasie ciężko byłoby was znaleźć…chodź droga dłużyła mi się niemiłosiernie. Ciekawe jest to miejsce… - Znów zaczęła się rozglądać po pomieszczeniu i innych gościach dość nachalnie mierząc każdego wzrokiem. Zwykłe zainteresowanie i ta nadmierna ciekawość zielonej.

Awatar użytkownika
Arael
Posty: 650
Rejestracja: 09 lis 2011, 19:58
GG: 36159745
Karta Postaci: viewtopic.php?p=15819#15819

01 lut 2013, 18:34

Zasiadłszy za stołem w tak skrajnie różniącym się od siebie towarzystwie, Łowczyni rozejrzała się po sali. W oczy rzuciło się jej kilku bogato odzianych mężczyzn, przypuszczalnie stanowiących tutejszą szlachtę. Po otrzymaniu od karczmarza kielicha wypełnionego winem niemalże po brzegi i dzbana, którego dna przez odmęty głęboko czerwonego płynu nie było widać, Arael wysączyła kilka krótkich łyków. Wino było chłodne, pachniało dębem i wiśnią. Nie było to na pewno młode, naprędce upędzone wino. Czerwonooka, której wina były ulubionym napojem, dawała mu minimalnie pół wieku. Nie była co prawda na tyle wyspecjalizowana w ocenianiu napitków, by określić miejsce pochodzenia i imię winiarza, jednak umiała odróżniać dobry trunek od popłuczyn, tak chętnie serwowanych w Czarnym Kocie czy Kacerstwie. Chwilę później pod sam jej nos trafił półmisek, założony pokaźną ilością warzyw, które roztaczały wokół siebie aromat dotychczas nieznany Łowczyni. Z pomocą podanego jej widelca skosztowała potrawy, która kolorami była tak zróżnicowana, jak stany ludzi pijących w wolenvaińskim Linoskoczku. Demoniczne kubki smakowe połechtał delikatny smak marchwi, który po chwili przerodził się w coś zupełnie innego, coś pikantniejszego, by po chwili ujawnić swoją nutkę słodyczy. Arael nie miała pojęcia, co zaserwował jej karczmarz, jednak smakowało to wspaniale. Nigdy nie miała w ustach czegoś równie cudownego.

Niemalże parsknęła śmiechem słysząc zamówienie Infiego, tak skrajnie różniące się od skromnych jadłospisów jej i pozostałych członków Entropii, jednak niemalże oskarżycielsko wyciągniętego palucha i żądania umycia pleców miecznika nie mogła skwitować inaczej, jak salwą perlistego śmiechu. Nie wiedziała, skąd czerwonooki wojownik ma w sobie tyle buty i bezczelności, jednak budziło to w niej mieszaninę podziwu i rozbawienia, jakby obserwowała trzyletniego chłopca wygrażającego żołnierzowi. Pomysł z baliami natomiast bardzo jej się spodobał. Czuła, że przydałaby jej się kąpiel.

Kolejny widelec pełny aromatycznych, miękkich, dobrze wygotowanych warzyw już miał trafić do jej ust, jednak w tej samej chwili drzwi karczmy otworzyły się, a do środka wparował nie kto inny, jak drobna driadka Ajumi. Arael szczerze ucieszył jej widok, przynajmniej nie była jedyną kobietą w towarzystwie trzech facetów. Nie wyglądali na szczególnie jurnych, jednak tak było znacznie lepiej.
- Jumi! – krzyknęła – myślałam, że zostałaś! Dobry człowieku! – tutaj zwróciła się do karczmarza – ta zielona panienka jest z nami!

Ucztę należało zacząć, a jako, że żadna dobra opowieść nie zaczynała się od jedzenia widelcem warzyw, Łowczyni wypełniła swój puchar po brzegi ciemnym, pięknie pachnącym winem i uniósłszy kielich krzyknęła "chwała Entropii!", po czym nie czekając na kompanów opróżniła go jednym haustem. Spojrzała w stronę Kenhkara znad napełnianego ponownie kielicha.
- Obiecałam mu, że z nim pójdę. Nie wiem, dlaczego, ale obiecałam, a z tej drogi już nie zawrócę. Pójdę z nim choćby na samego cesarza. A na imię mam Arael – powiedziała, odstawiając dzbanek. Wiedziała, że jutro rano pożałuje dzisiejszej rozpusty, jednak znów nadpiła część trunku szkarłatnie lśniącego w pucharze.
Ciekawa była, czy ktokolwiek ze zgromadzonej wewnątrz szlachty zechce podejść i zagaić czwórkę groźnie wyglądających istot w towarzystwie małej, kruchej driadki. Rozmyślania te ukoił jednak kolejny osuszony kielich. Przynajmniej pewnikiem było, że alkoholu, muzyki i jadła tego wieczoru im nie zabraknie.

Awatar użytkownika
Kenhkar
Posty: 278
Rejestracja: 12 maja 2012, 21:39
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Karta Postaci: http://www.leviathanrpg.pl/viewtopic.php?p=29652#29652

01 lut 2013, 18:54

Im więcej Infi zamawiał jadła, by uraczyć swój posiadający nieograniczony chyba apetyt brzuch, tym bardziej donośny stawał się śmiech Kenhkara. Palec pozbawił go resztek opanowania. Buchnął śmiechem, zapluwając mięsem Asteriasa.

– Oj, wybacz – rzucił, śmiejąc się, po czym zebrał z elfa to, co należało do niego. Tak, tutaj Entropia mogła ożyć, po dość traumatycznej przeszłości. Żarcie trafiało na ich stół, z czasem zapełniając go aż po brzegi, głównie dzięki zamówieniom miecznika. Ken nie dostrzegł więc, że ich zielonowłosa towarzyszka dogoniła główny człon Entropii, tylko zajadał się udźcami, popijając solidnie chłodnym piwem. Aż westchnął z zachwytu. Położył dłoń na barku przywódcy.

– Jak królowie! – Zawtórował, zderzając z nim kufle.

Driada stwierdziła, że miło ich widzieć. To Kenh już usłyszał. Obrócił się momentalnie ku niej, trzymając nadal kawał mięcha w dłoni, a jeszcze więcej w ustach.

– Łeedeea… Cholera. Przełknął z trudem mięsiwo, wspierając się smakowitym napojem. – Ciebie też miło widzieć. Siadaj, zajadaj! Wybacz, iż ruszyliśmy przodem, lecz chcieliśmy sprawdzić, czy droga czysta.

Wrócił do raczenia siebie samego wspaniałym smakiem wszelakich potraw, jakie im podano. Jako że jego porcja się już kończyła, zaczął podbierać po kryjomu – miał nadzieję – jedzenie Infiemu. Tyle tego ma, iż nie powinien dostrzec, że coś zniknęło. Wszystko zmierzało w jak najlepszym kierunku. Ciepło, smacznie, radośnie. Czegóż chcieć więcej?

Awatar użytkownika
Asterias
Posty: 255
Rejestracja: 12 paź 2011, 14:48
Lokalizacja postaci: Pustynne Wyżyny
GG: 4014804
Karta Postaci: viewtopic.php?t=887

01 lut 2013, 19:51

Aster siedział spokojnie ze swymi kompanami w oczekiwaniu na "kreatywność" obsługującego. I się doczekał. Dostał coś… Dużego i mocny trunek! To duże coś zawierało w sobie duże kawałki mięcha, jakąś zieleninę i dziwne coś, które wyglądało… Zjawiskowo. Czerwony nigdy nie widział takiego czegoś, więc naturalnie, sam wygląd jadła go zaskoczył, nie mówiąc o zapachu, który się z niego unosił. Łechtał nozdrza Astera jedną z najlepszych woni, jakie w życiu mógł czuć. Humor z dobrego poprawił się na bardzo dobry, zaś po tym jak spostrzegł kolejną, znajomą i miłą twarz, niemal nie mogło być lepiej. Zapomniał nawet, że nadal trzyma dwuręczny miecz. I w sumie, kiedy sobie przypomniał, nie miał pojęcia co z nim zrobić.
Nigdy zwolennikiem dobrego wychowania nie był, tak więc po prostu trzymał miecz dalej, jednie zmieniając rękę, by nie cierpła. Przecież musiał być gotowy na każdą ewentualność i nawet tak świetny nastrój i znakomite jadło nie mogło tego zmienić. Natura awanturnika była w nim głęboko zakorzeniona, zaś ostrożność jeszcze głębiej. Może i miał dziwny sposób walki, ale na tym to polegało. Zaskoczyć, trafić, zabić.

- Cieszę się, iż mogłem pomóc, Zielonko – rzekł w kierunku Ajumi, która najwyraźniej tak jak on czuła się dobrze w tym miejscu i towarzystwie, co wywnioskował na podstawie analizy jej twarzy i zachowania.
Na twarzy Czerwonego wyraźnie odbijały się ślady tego, co teraz odczuwał. Był odprężony i w prosty sposób szczęśliwy. Miał z kim pogadać, z kim się napić i zjeść. Ba, nawet żarło dostał od towarzyszy. Zdecydowanie przyłączenie się do Entropii się opłacało, chociażby dla chwil takich jak ta.
Drużyna wyglądała jak wyciągnięta rodem z jakiegoś egzotycznego cyrku. Czerwień mieszała się zielenią, brudem, krwią, pięknem i brzydotą, nie licząc męskości i mieczy. Musiało to wyglądać zaiste zabawnie.

Asterias chyba najbardziej z nich wszystkich rzucał się w oczy. Krew, gigantycznych rozmiarów ostrze, elf, czerwone oczy, cały czerwony… Nie licząc driady, z wiadomych powodów.

Słuchając słów Infiego, elf zastanawiał się, o czym on właściwie gada… I dlaczego aż tyle? Wtem poczuł na sobie śmiech swego brodatego kompana. Poczuł go dosłownie, gdyż miał jego części na twarzy. Nie uraziło go to, wręcz przeciwnie, przyłączył się do tej komedii. Możliwości złotych monet Łowczyni najwyraźniej uderzyły do wojowniczej głowy miecznika… Na deser zażądał sobie, by słodka, przestraszona niewiasta umyła mu plecy. To przelało szalę i Aster wręcz wybuchł śmiechem, jakby w następstwie do Kenha, który jeszcze przed chwilą opluł go mięchem… Albo czymś przypominającym mięcho. Z tego całego zamieszania i śmiechu wręcz poczerwieniał, a rzadko zdarzało mu się śmiać do tego stopnia. Dziwne, ledwie zdążył dostać trunek, a już umierał ze śmiechu.

Po krótkiej chwili, kiedy już opanował śmiech, postanowił odpowiedzieć na zadane przez Kenhkara pytanie.
– Dlaczego idę za nim? – rzekł, wskazując skinieniem głowy na Infiego. – Bo przyda mu się towarzystwo… A ja prawdopodobnie będąc tym towarzystwem zdołam się dorobić niemałej fortuny i sławy – i taki powód wyjawił swoim kompanom. Tylko Infi miał jakiekolwiek bliższe pojęcie na temat jego prawdziwych zamiarów. Niestety, nie mógł im ich wyjawić, przynajmniej nie teraz. Nigdy nie wiadomo, jak zareagowaliby na te wszystkie sprawy z demonami i innymi gównami tego typu.

Długo nie czekając, ujął za coś, co dostał do picia, i co zdawało się działać na podobnej zasadzie do alkoholu, acz smakującego jak zwykły sok. Niesamowite. Ktoś, kto zrobił takie cudo musiał się sporo napracować.
- No to… – wzniósł flachę. – Za bójki i chlanie! – skończył i wziął potężnego grzdyla.

Wróć do „Autonomia Wolenvain”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości

Rejestracja · ZALOGUJ


Jest 7 użytkowników online :: 0 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 7 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika
Liczba postów: 52107
Liczba tematów: 2967
Liczba użytkowników: 1039
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Filip Chujzer
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.

Live czat z adminem

Czat z administratorem – klik!
W związku z tym, że Leviathan nie znajduje się jeszcze w swym finalnym kształcie, pytania do jego administratora są spodziewane, potrzebne i oczekiwane. Jeśli masz jakieś (albo chcesz po prostu pogadać o tym projekcie), kliknięcie na powyższy przycisk otworzy nową kartę z oknem rozmowy.