Varti

Najważniejszy obszar, na którym toczy się gra. Autonomia to zamieszkane głównie przez ludzi państwo podzielone na pięć prowincji ze stolicami w Wolenvain, Derinie, Morinhtarze, Minaloit i Aparilume. Czytaj więcej…
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3792
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

Varti

31 sty 2013, 21:03

Widok spalonej wioski nie wydawał się w Autonomii Wolenvain niczym szczególnym. Po wojnie z Imperium Agstusu, która zakończyła się tak szybko, jak się rozpoczęła, wiele siedzib ludzkich nadal pozostało niezamieszkanych, ponieważ nie znalazły się osoby, które chciałyby je odbudować. Im dalej na zachód, tym tego typu obrazków było więcej. Chłopi, co prawda, przywiązani byli do swej ziemi i w ostatecznym rozrachunku zawsze prędzej czy później wracali na stare miejsca, jednak proces ten ciągle był w toku, a chłop nie mógł pracować, jeśli nie miał pana. Każda wojna zbierała swój plon. Spalić wioskę było łatwo, natomiast spalić całe miasto… To już niemała sztuka.

Historia położonego na skraju Pustyni Śmierci Varti zakończyła się niespodziewanie latem roku 410 Ery Feniksa, kiedy to wojska Zachodu wybiły większość jego mieszkańców, przedstawicieli rodu rządzącego oraz wielu okolicznych wieśniaków, cały ten czyn kwitując podłożeniem ognia, który z racji na stosunkowo rzadkie opady w tym miejscu oraz letnią porę w mig się rozprzestrzenił. Pożar objął całe miasto, a oprawcy nie pozwolili, aby próbowano go ugasić. Zresztą, wszelkie próby tak czy inaczej spaliłyby na panewce. Powiadają bowiem, że ogień ten nie był naturalny, a wywołany potężną magiczną sztuką, o której w tym rejonie Lewiatana nie zwykło się mówić głośno. Wszystkie karczmy, stajnie, sklepy i zakłady Varti w przeciągu kilku godzin zamieniły się w popiół razem ze swymi mieszkańcami. Potępieńcze krzyki niosły się w powietrze wraz z prześmiewczymi okrzykami kołujących nad miastem tresowanych sokołów Agstusu.


Przez wiele miesięcy nikt nie odważył się wrócić do tego miejsca czy podjąć się próby jego odbudowy. Autonomia miała zbyt wiele problemów wewnętrznych, aby zająć się tak oddalonym, jak Varti, przyczułkiem. Wkrótce jednak ktoś zainteresował się tym pełniącym niegdyś rolę najważniejszej stacji przeładunkowej przybytkiem. Karawany panów z Wolenvain i okolic musiały krążyć, musiały generować zysk… Był on tym mniejszy, im dalej karawana musiała się udać bez odpoczynku. Decyzja o odbudowaniu Varti zapadła jeszcze w roku 411 Ery Feniksa, kiedy ukształtowało się Konsorcjum – związek zajmujących się szeroko pojętym handlem zagranicznym szlachciców i bogatych mieszczan. Cech wpompował część posiadanych przez siebie pieniędzy, aby miasteczko stanęło na nogi. Zgliszcza ożyły, a spomiędzy nich zaczęły wyrastać nowe chaty, przybytki i targowiska. Póki co było ich jednak niezbyt wiele – ot, jedna główna karczma ze sporym miejscem na postój karawan, sporą stajnią i dwoma zapełnionymi pokojami mieszkalnymi piętrami, kilka drewnianych chat, jedna piekarnia i mały targ, na którym nowi mieszkańcy zaopatrywali się w najpotrzebniejsze, sprowadzane z okolicy dobra.


Do tego dochodziła masa namiotów na obrzeżach miasta, w których to namiotach rezydowali przedstawiciele rozlicznych fachów – od krawców, przez budowniczych, aż po kupców. Najbardziej okazałe, odsunięte nieco od reszty namioty z wystawionymi przed nimi proporcami herbowymi kryły przedstawicieli wysokiej szlachty doglądających całego procesu. Varti stawało powoli na nogi, a prace na rzecz przywrócenia mu dawnej świetności trwały dniem i nocą. Gdzieniegdzie pojawiły się już szkielety nowych, bardziej okazałych domów, przeznaczonych zapewne dla bogatszych, przyszłych rezydentów.


//Opis karczmy napisany przez Arael:
Karczma, będąca jednym z niewielu dostępnych publicznie budynków była, przede wszystkim, nowa. Świeże, wciąż pachnące lasem bale, nieprzeżarte przez stada korników trzymały potężną konstrukcję w jednym miejscu, nadając jej wyglądu solidnego, ciepłego i przytulnego miejsca. Wnętrze prezentowało się niezgorzej – za ladą, gęsto zastawioną czekającymi na spragnionych klientów kuflami, stał łysiejący karczmarz o promiennym uśmiechu i pokaźnym brzuchu, niechybnie hodowanym przez wiele obfitujących w piwo lat. Powietrze wewnątrz, niezależnie od pory roku, było ciepłe, wilgotne i niosło kuszący zapach pieczonego mięsa czy gulaszu. Kilka stołów zbitych z sosnowego drewna zapraszająco wołało gości do siebie, a do pełni karczmianego szczęścia brakowało jedynie…gości. Tutejszych odstraszały ceny, jako, że zdruzgotane wojną Varti musiało liczyć każdy or, a co za tym idzie – wywindować ceny do sprzyjającemu gospodarce poziomu. Popołudniami jednak zbierała się tutaj lokalna szlachta, by przy kuflu przedniego piwa czy kielichu wina porozmawiać o przyszłości odradzającego się miasta.

Zapadał już zmierzch, kiedy pozostałości Entropii dotarły wreszcie do Varti. Przewodnik drużyny narzucił ostre tempo, jednak nie zamierzał odstąpić od swego zamiaru. Karczma, do której zdążała ocalała u jego boku trójka śmiałków miała być ostatnim porządnym przystankiem przed wyruszeniem na owianą złą sławą Pustynię Śmierci. Ostatnim głębokim oddechem przed zanurzeniem się w prawdziwe odmęty. Miecznik mocno wciągnął pachnące ciosanym drewnem, popiołem i chlebem powietrze w swe pojemne płuca. Jego twarz rozjaśnił szczery uśmiech. Wreszcie dane będzie mu odpocząć w prawdziwym łóżku. Spojrzał po swych towarzyszach. Arael, Asterias (który dogonił drużynę po jakimś czasie), Kenhkar. Niewielu ich zostało, ale dobre i to. Jeśli zaszli tak daleko, musieli być zdeterminowani. Pełni mocy sprawczej i chętni przeżycia przygody swego życia bez względu na konsekwencje. Niechaj tak będzie. Czwórka drużynników, przed którymi zadrżeć miały senne koszmary.

Przed samym wejściem do karczmy Infi zatrzymał się jak wryty. Właśnie przypomniał sobie o jednej szczególnie ważnej kwestii. Prócz dobrej dziczyzny, ostatków chleba, kilku kawałków suszonego mięsa, miecza i paru innych drobiazgów nie miał przy sobie niczego. Jego kiszki zagrały marsza, więc przegryzł suche mięso, zapychając się nim i ciamkając przez dłuższą chwilę, podnosząc jeden palec, aby pokazać swym towarzyszom, że pragnie przemówić.

- Ma ktoś… - przełknął. – Pieniądze…? – zapytał wprost, choć głupio mu się zrobiło, że wcześniej o tym nie pomyślał. Wszak miejsce do spania i owies dla konia swoje kosztowały. Zapewne ceny w Varti będą dość wygórowane, a Entropia nie wyglądała na szczególnie majętną. W ostateczności pójdą do karczmy zjeść coś ciepłego z wyżebranych u bywalców srebrników i udadzą się na spoczynek gdzieś w okolicy namiotów, których wiele minęli po drodze, a z których dochodziła czasem spokojna muzyka oraz inne biesiadne dźwięki. Lepiej jednak było najpierw zapytać. A nuż któryś z drużynników jeszcze go zaskoczy…?

//Przyjąłem, że jeśli Ajumi (bądź ktokolwiek inny) zechce odpisać, to po prostu dogonił(a) Entropię nieco później.
Obecnie w tej lokacji znajdują się:
Awatar użytkownika
Vyrn
Posty: 58
Rejestracja: 06 sty 2014, 15:04
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Karta Postaci: viewtopic.php?p=46445#46445

29 kwie 2015, 16:25

Przez ostatnie dni Vyrn zajmował się głównie sobą. Stronił od drużyny, która chyba także stroniła od niego. Kenhkar nie wydawał się zbyt rozmowny po ich drugiej potyczce, Ciemny gdzieś znikał, a sam Infi siedział całymi dniami w pokoju wpatrując się w swój miecz. Zabójca powoli przywykał do życia w Varti. Wdał się jeszcze w kilka bójek, ale w tych nie odniósł takich ran jak w poprzednich. Chociaż często dostawał łomot, umiał się z tym pogodzić. Nie męczył się nazbyt przegraną – dużo ich w życiu doświadczył i wiedział, że z każdą się czegoś uczy.

Próbował samodzielnie nauczyć się panować nad wielbłądem. Mimo że konno jeździł bardzo dobrze, to zmiana wierzchowca nie wyszła mu na dobre. Po kilku dniach już całkiem dobrze sobie radził. Jak na początkującego. Może starczy, żeby nie spadać z niego co kilka minut i tym samym opóźniać drużynę.

Jadł w karczmie, oszczędzając zapasy, które znalazły się przy wielbłądzie. Tamte będą potrzebne na pustynię. Cały czas dręczyły go wątpliwości, choć tego po sobie nie okazywał. Wiedział, jak to robić. I wiedział też, że nikt nie spostrzegł jego zmartwienia. Ciągle zastanawiał się, czy to był dobry wybór. Jego umiejętności mogły nie znaleźć zastosowania na pustyni. Otwarta przestrzeń, na której skradanie nic nie da. Jego broń na – jak słyszał w opowieściach – ogromne potwory też będzie bezużyteczna. Nie znajdzie żadnych drzwi do otworzenia wytrychem. Ale – kto wie? Może znajdą się w sytuacji, w której to on będzie mógł pomóc? Wiedział jedno – to na pewno będzie niezapomniane doświadczenie i będzie miał szansę nauczyć się wielu rzeczy.

W dzień, kiedy mieli wyruszyć, przebrał się w ubranie, które otrzymał od Asima. Było wygodne, czuł się w nim swobodnie. Swój standardowy ekwipunek – pakunek z wytrychami, sztylet i sakiewkę – przytroczył do pasa, a nieużywane ubranie włożył do juków wielbłąda. Chwilę po tym jak wyruszył, zobaczył żółtookiego przywódcę, który najwyraźniej na nich czekał. Ustawił się obok niego. Słysząc słowo, które wypowiedział, uśmiechnął się lekko, prawie niezauważalnie. Tak, wyruszali. Nareszcie. Miał dość siedzenia.

Awatar użytkownika
Ciemny
Posty: 760
Rejestracja: 14 lut 2011, 15:07
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
GG: 3113402
Karta Postaci: viewtopic.php?p=1099#1099

12 maja 2015, 18:56

Zostały jeszcze dwa dni przed umówionym spotkaniem przed wyprawą, zmierzch. Ciemny akurat wychodził z bardziej cywilizowanych uliczek Varti i trafił między zgliszcza. Szukał okazji do znalezienia jakiegoś rynsztunku, jednakże to okazja znalazła jego. Miała postać dwóch rzezimieszków, którzy grozili co najmniej groźnym pobiciem, a prawdopodobnie śmiercią. Gdyby jednak nie fakt, że obydwaj byli nieostrożni, nie stanowili prawdziwego zagrożenia. Mieli doskonały plan, jeden czekał w cieniu na moment, w którym mógł zajść od tyłu, drugi blokował drogę przed wędrowcem. Złapany w pułapkę zazwyczaj płacił, lub kończył jako pokarm dla ścierwników. Jednakże wtedy nie spotkali zwykłego zbłąkanego wędrowca, tylko uzbrojonego (co prawda jedynie w sztylet, jednakże to właśnie nim zabił ich obydwu) człekokształtnego potwora. A przynajmniej rzezimieszki tak pomyślały, jak gdy ujrzały "twarz", która wyglądała jak wtopiona w głowę maska bez emocji.
Całe to radosne spotkanie skończyło się tym, że Ciemnego bolała twarz po uderzeniu pięścią, bolała lewa ręka, jednakże wciąż żył oraz miał zdobyczny bukłak z wodą, który walił cienkuszem. Był świt, dzień początku ich wyprawy, Ciemny zjawił się na miejscu chwilę przed umówionym czasem. Nie miał środka transportu, jakim był koń, czy też inna koza.
Awatar użytkownika
Kenhkar
Posty: 278
Rejestracja: 12 maja 2012, 21:39
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Karta Postaci: http://www.leviathanrpg.pl/viewtopic.php?p=29652#29652

15 maja 2015, 16:02

Przez kolejne dni Kenhkar unikał ludzi. A raczej bardziej zawiłych z nimi relacji. Wolał nie wchodzić w drogę nadal niemalże całkowicie bezrozumnemu Infiemu, z Vyrnem niespecjalnie chciał mieć do czynienia, a z Lilianną zwyczajnie się mijał. Ciemny zaginął gdzieś w objęciach odradzającego się miasteczka.

Mag koncentrował się więc na zwiedzaniu okolicy, choć wiele do oglądania to tam nie było. Raczył się sporymi ilościami piwa, czasami machał gdzieś na uboczu Dźgaczem, chcąc poprawić swoją koordynację ruchów — było, nie było, naprawiony kostur ważył nieco więcej niż przed doznanym urazem. A odnośnie urazów — gęba maga, naznaczona pięścią Vyrna, wreszcie wróciła do normalnego stanu.

W końcu nastała ta chwila. Przywódca obwieścił wymarsz. Kenhkarowi powierzył najwidoczniej zadanie dogadania się z Asimem Sokołem odnośnie towarzyszenia im. W sumie nic dziwnego — miecznik z całą pewnością nie nadawał się teraz do konwersacji. A dla czarodzieja pojawiła się okazja wyskoczenia z tej nudy, jaka powoli zaczynała mu doskwierać.

Znalezienie przewodnika nie zajęło długowłosemu dużo czasu. Rozmowa z nim także. Sokół zobowiązał się nadal im przewodzić, nawet pomimo trudności, jakich zaznała ich grupa podczas poprzedniej wyprawy. Kwestię zapasów także udało się na niego zrzucić. Widocznie szalejące burze piaskowe nie robiły na nim tak dużego wrażenia. Albo po prostu pieniądze, które miał otrzymać za wykonanie swojej części roboty, kusiły zbyt mocno. Ocenianie tego nie należało do kompetencji Kenhkara. Brodacz ustalił z Sokołem szczegóły odnośnie pory wymarszu. Oczywiście celu nie wskazał — z jasnych przyczyn.

W dzień wymarszu mag obudził się wesoły. Może fakt, że wreszcie mieli ruszyć się z Varti dodawał mu energii? Tak czy siak, Kenh ponownie założył na siebie ściśle zakrywające ciało szaty i spiął je pasem. Na nogach pozostawił buty z miękkiej skóry. Tym razem założenie turbanu nie przysporzyło mu aż takich trudności. Proces pustynnej metamorfozy zakończył wraz z ozdobieniem swoich dłoni rękawicami z koźlej skóry.

Nie można było zaprzeczyć — ubrany stosownie do warunków, w jakich miało mu przyjść funkcjonować, czuł się pewnie. Napełniała go chęć zwiedzania, stawienia czoła gorącu.

Siedział teraz na swoim wierzchowcu. Oddychał głęboko porannym powietrzem. Przygotował wszystko: najważniejsze w tym wszystkim zapasy wody oraz swoją niezastąpioną torbę, w której ulokował zdjęte ciuchy, stare buty oraz resztę posiadanych akcesoriów. Dźgacza oparł wygodnie o wielbłąda, zważając jednak na to, by zwierzakowi to zbytnio nie przeszkadzało.

— To co, gotowi? — rzucił luźno pytanie.

Awatar użytkownika
Xariel
Posty: 923
Rejestracja: 23 mar 2013, 16:28
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 11721007
Karta Postaci: viewtopic.php?p=42135&highlight=#42135

19 maja 2015, 13:38

MG

Czas odpoczynku minął dla Entropii. Stali gotowi do drogi, choć każdy, albo przynajmniej niemal każdy nie był przygotowany do niej idealnie. Infi i Kenkhar mieli za sobą już pierwszą przeprawę przez morze piasków, zdobywając tym samym tak cenne w wyprawie doświadczenie. Choć nadal nie przetrwaliby zapewne na pustyni sami, to mieli za sobą pierwsze, najgorsze odczucia i porzucili błogą nieświadomość. Ciemny był ewenementem, który zdawał się z pustyni przyjść jak gdyby była to najnormalniejsza rzecz na świecie. Nie sposób było stwierdzić co kieruje tym mężczyzną i dlaczego postanowił tam wrócić. Czy może co w ogóle robił tam w pierwszej kolejności. Nie do końca przypominał jednego z wędrujących po pustyni nomadów. Najgorzej w tej sytuacji prezentowali się Vyrn i Lilianna, którzy niewątpliwie nie do końca byli świadomi co ich czeka.

Przygotowanie się do wyprawy kosztowało kobietę sporo pieniędzy. Jej trzos schudł o połowę, a przecież nadal nie mogła być pewna, czy ma wszystko co będzie jej potrzebne. Zarówno zdobycie odpowiednich ubrań, jak i wizyta u kowala odbiła się zasobom pieniężnym kobiety czkawką. Ale cóż, na pustyni już nie będzie miała okazji wydać posiadanych monet. Długie, acz dość przewiewne szaty, oraz turban (którego zawiązanie jej i Vyrnowi przysparzało sporo problemów, zdecydowanie pomoc kogoś, kto wiedział co z nim zrobić była wskazana) miały być jej towarzyszami przez długie dni podróży, nie należało do nich oszczędzać. Zresztą, niemal wszystko w Varti było ostatnimi czasy drogie.

Taka pięcioosobowa, nie do końca zgrana drużyna była sama w sobie skazana na śmierć w promieniach słońca. Szczęśliwie Asim nie pozostawił ich na pastwę losu. Kenkhar zdołał go przekonać, choć nie obyło się bez krótkiej rozmowy i uświadomienia maga, że to nie będzie tania sprawa. Sokół oczekiwał porządnej sumy pieniędzy, nie rzucając jednak konkretów, które to zapewne chciał odłożyć na czas powrotu. Asim był sprytny i wiedział, że to jak przebiegnie wyprawa może wpłynąć na wielkość ceny. Jego już głowa w tym była, aby wpłynęło na nią dodatnio. Wiązało się to na szczęście między innymi z utrzymaniem wszystkich członków drużyny przy życiu... co ostatnim razem nie wyszło zbyt dobrze. Pozostawało odetchnąć z ulgą, że tym razem wśród podróżujących nie ma podobnych Arael warzyw, więc też nikt nie ugotuje się żywcem na słońcu.

Gdy ich przewodnik dotarł na miejsce mógł z zadowoleniem stwierdzić, że Kenkhar i Infi dobrze zapamiętali ostatnią lekcję. Pomyśleć, że pierwsza wyprawa w ich życiu na pustynię zakończyła się burzą piaskową. Biorąc pod uwagę, że przetrwali i mieli się dobrze mogło wpłynąć to jedynie na plus. Potężny wiatr i zwały piasku musiały przecież nauczyć obu mężczyzn szacunku wobec szalejących tam żywiołów. Tak jak i walka ze skorpionami.

Paradoksalnie Ciemny prezentował się najgorzej z całego zgromadzenia. Pozbawiony wierzchowca, odziany w podniszczony ubiór, jakby zdezorientowany tym wszystkim. W dodatku obolały. Spotkanie w jednej z uliczek miasta wcale nie skończyło się dlań tak dobrze, jak początkowo podejrzewał. Owszem, uzyskał bukłak, jednak wraz z nim zdobył też kilka naprawdę porządnych ciosów w twarz i żołądek, a lewa ręka wcale nie przestawała boleć pomimo mijającego czasu. Wręcz przeciwnie, przy każdym gwałtowniejszym ruchu nadgarstek promieniował ostrym, nieprzyjemnym kłuciem skutecznie zniechęcając do działania. Do tej pory czuł smak żółci w ustach na myśl o tamtym zdarzeniu. Na szczęście "oprawcy" uciekli gdy dotarło do nich, że trafili na dziwadło z przyrośniętą do twarzy maską.

Asim pomógł Liliannie i Vyrnowi uporać się z turbanami. Przyprowadził ze sobą też kilka wielbłądów, które objuczone były prowiantem i wszelkimi rzeczami, które mogą im się przydać na pustyni, a których przeznaczenia czasami drużynnicy nie byli nawet świadomi. Tym razem wyprawa miała być dłuższa, a to on musiał o wszystko zadbać.

- Czy zabraliście wszystko i wszystkich? - zapytał spoglądając po niedzielnych podróżnikach. To był ostatni moment, w którym mogli się jeszcze wrócić jeśli ktoś odczuje taką potrzebę. Czy to duchową, czy też fizjologiczną. Kenkhar mógł zdać sobie sprawę, że nie ma z nimi znachora, którego przecież namówił do udziału w wyprawie. Sam Asim jednak też był świadomy, że ork miał się do nich przyłączyć, a nie wyglądało na to, aby się go spodziewał, nie odezwał się też ani słowem na temat zielonoskórego.

Jeśli tylko nikt już się nie odezwał Asim wsiadł na swojego wielbłąda, poczekał aż reszta uczyni to samo i popędził zwierzę, za którym grzecznie ruszyły pozostałe cztery jego wielbłądy. Zwierzęta wyglądały niczym żywy łańcuch, każde kolejne było przywiązane dość długą liną do siodła poprzedniego.

- Wskazuj kierunek, coś musisz wiedzieć - Sokół dodał jedynie zwracając się do przywódcy Entropii. Infi jako jedyny miał choćby cień pomysłu dokąd idą. Bez niego cała wyprawa nie miała sensu, więc też to on musiał w pewnym sensie prowadzić grupę, choć przewodnikiem był ktoś inny. Asim swoją obecnością gwarantował natomiast, że wędrując we wskazanym kierunku ominą niebezpieczeństwa, nie zagubią się pośród piasków i nie braknie im wody.

Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3792
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

New woman

30 maja 2015, 23:32

Wydawało mu się, że od ostatniego razu, kiedy pod kopytami jego wielbłąda znalazł się piasek Pustyni Śmierci, minęło co najmniej kilka miesięcy. Głód wrażeń i pragnienie odkrycia nieznanego wypalało go od środka, wzmagając od momentu, w którym dotknął Wygnańca. Skrócił czas popasu, zabierając swoich towarzyszy z Varti wcześniej, niż początkowo zamierzał. Żaden z nich, nawet Kenhkar, który przecież wraz z wojem wrócił niedawno z wyprawy, nie oponował. Najwyraźniej i jemu znudziło się już bezczynne siedzenie w przypustynnym miasteczku.

Stawili się wszyscy, z którymi rozmawiał parę dni temu, nawet Ciemny, co zdumiało Infiego. Szedł pieszo, co zdumiało go jeszcze bardziej. Wyglądało jednak, że jest pewny swego i będzie chciał towarzyszyć Entropii na dobre i na złe. Cóż – wspominając los swych byłych już kompanów, przywódca drużyny nie mógł się nadziwić. Niektórych po prostu ciągnęło do niebezpieczeństwa i za nic mieli sobie tak przyziemne sprawy, jak własny ekwipunek czy środek transportu. Zamaskowany jegomość nie wyglądał jednak na kogoś, kto może sobie nie poradzić, nawet jeśli wydawał się lekko uszkodzony. Wrócił z pustyni i teraz chciał tam wracać. Choć początkowo Infi uznał to za dobry omen, opierając cały swój entuzjazm na osobie Ciemnego, teraz był już nieco ostrożniejszy. Dziwaka nie było przy drużynie przez dłuższy czas, a teraz znowu się pojawił. Było to na tyle niezwykłe, że nawet ograniczony umysł Infiego skonstatował, że coś może tutaj być nie tak.

– Weź go – polecił Vyrnowi, ponownie nie wyrażając się zbyt jasno. Z kontekstu sytuacji wynikało jednak, że chodzi o to, aby obaj drużynnicy zasiedli na jednym wierzchowcu, podobnie jak Infi siedział na jednym z Lilianną. Nie ukrywał, że postawa młodzika – który był młodzikiem chyba tylko w oczach Infiego – była dlań zaskakująca. Okazał się być odpowiedzialny za swój los, doprowadzając sprawę do końca i sprawiając sobie najlepsze oporządzenie, na jakie było go stać. Usadowienie go przy Ciemnym miało wiele pozytywów. Oprócz tego, że drużyna nie będzie musiała spowalniać wielbłądów, niepewni towarzysze byliby zebrani do kupy; można było trzymać ich na oku. Jeżeli zamaskowanemu zamiesza się w głowie, zaatakuje tego, na kim Infiemu zależało najmniej. Taka była prosta i brutalna kalkulacja jego prostego i brutalnego umysłu. Kazał Vyrnowi jechać zaraz za przewodnikiem.

– Jak nigdy – odpowiedział Kenhkarowi, wyjątkowo, jak na niego, rozmowny Infi.

Szczęściem brodaty mag dopiął wszystko na ostatni guzik. Co prawda nie było wśród wyruszających orka-znachora, choć do uszu Infiego dotarło wcześniej, że ponownie miał uczestniczyć w wyprawie. Nie mogli na niego czekać, szczególnie, że wszyscy, których przywódca Entropii osobiście namówił do wyprawy, byli już na miejscu. Zjawił się także Asim Sokół, bez którego całe to przedsięwzięcie nie miałoby sensu. Wielbiciel wonnego ziela, jakim nabijał swoją specyficzną fajkę, chyba nie pałał do drużyny miłością. Ostatnie perypetie, przez które z nimi przeszedł, nie napawały optymizmem. Tamta wyprawa była jednak zapoznawcza, w ramach pomocy w polowaniu na olbrzymie skorpiony. Nie dostał za nią pieniędzy, no chyba, że od pomysłodawcy całego przedsięwzięcia, nieobecnego tutaj orka. Dopiero teraz nadchodziła właściwa część misji, za którą żądał sowitej zapłaty. Na szczęście zdobyte od tej, która nie dała rady pustyni, Arael, miały wystarczyć jeszcze na długo. W sakwie Infiego znajdowało się przynajmniej jeszcze kilka monet z najszczerszego złota. Sam do teraz wątpił w swoje szczęście, ale pogryzający jego skarb karczmarze, rzemieślnicy i kupcy nie mieli mu nic do zarzucenia. Suwereny były prawdziwe i nikt nie dochodził, skąd wojownik je ma. On sam nie miał pojęcia, jakim cudem Arael zebrała takie bogactwo. Najwyraźniej sami bogowie chcieli, aby Entropia zaznała odrobiny luksusu. Być może była to ostatnia taka okazja.

Mimo wszystko Infi nie krył swego entuzjazmu. Cieszył się do tego stopnia, że ścisnął siedzącą przed nim kobietę nieco bardziej, niż można było to uznać za normalne. Oczywiście nie było jego celem sprawianie jej bólu, a raczej poczucie bliskości ciała drugiej osoby. Nie przejmował się tym, że Lilianna posługuje się jakąś podłą magią. Pod dziennym, jasnym niebem wszelkie mary były mu niestraszne. Pozytywne emocje wzięły górę nad wszystkimi innymi.

– Traktem na południe, potem na zachód. Jak powiem – poinformował przewodnika. Podróż gościńcem była wygodniejsza, szybsza i bezpieczniejsza od przeprawy przez piaski. Poza tym na skraju pustyni słońce nie piekło tak niemiłosiernie, a i kupców można było spotkać. Infi nie należał do najoszczędniejszych ludzi pod słońcem i nadal korciło go, aby wydawać wszystko, co tylko ma, zupełnie tak, jakby ukryte w mieszku pieniądze lada chwila mogły wyparować. Cóż, nie można było go winić. Nigdy nie miał tylu pieniędzy.

Pochód marudzących i wydających swe dziwaczne odgłosy wielbłądów ruszył wreszcie, odprowadzany przez pełen ulgi wzrok tych mieszkańców Varti, którym Entropia odbierała spokój życia. Karczmarz musiał mieć mieszane odczucia: z jednej strony drużyna dawała mu zarobić jak nikt inny, a z drugiej odstraszała klientów i demolowała lokal – choć liczba mnoga nie była tutaj chyba potrzebna. To zawsze byl Infi, prowodyr wszelkich niecnych zachowań i głupich eskapad, żółtooki demon pijaństwa, rozrób i pochędożki. Myśląc o tym woj tylko zaśmiał się głośno, rozszerzając aurę ogólnej wesołości, jaka obecna była w drużynie tego rana. Mogli sobie pozwolić na chwilę radości przed nudną wędrówką, jaka ich czekała. Nic innego im nie pozostało.

z/t -> trakt południowy
Awatar użytkownika
Kenhkar
Posty: 278
Rejestracja: 12 maja 2012, 21:39
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Karta Postaci: http://www.leviathanrpg.pl/viewtopic.php?p=29652#29652

31 maja 2015, 16:56

Kenhkar, nadal w znakomitym humorze, obserwował, jak Asim wspomaga Vyrna i Liliannę w zakładaniu turbanów, co nie należało do najprostszych czynności na świecie. Czuł się pewniej, widząc, iż poprzednia wyprawa coś dała — przede wszystkim świadomość tego, co go czeka. Przynajmniej w pewnej części.

Trochę zastanawiało go, co się stało ze znachorem. Ork zgodził się towarzyszyć im ponownie, przynajmniej tak długo, jak ich drogi będą powiązane. Mag założył, iż Sokół powiadomił zielonoskórego o wymarszu i ten czeka gdzieś w okolicy, bądź dołączy po drodze. Tempo marszu miał nieziemskie.

Infi wyglądał na spowitego entuzjazmem. Z obserwacji Kenhkara wynikało, że zdarza mu się to raz na jakiś czas. Emocje najwidoczniej w wielkim stopniu wpływały na działania miecznika. W większym niż u znakomitej większości ludzi.

Kudłaty również niespecjalnie krył się z uśmiechem. Jasne, pustynia mogła zabić, ale należała do jednych z najlepszych sposobów odreagowania po tak długim leniuchowaniu. Usadowił się więc wygodniej na swym wierzchowcu, zagarnął dłonią włosy do tyłu i ruszył.

z/t
Awatar użytkownika
Lilianna
Posty: 70
Rejestracja: 22 lut 2014, 19:53
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2890

31 maja 2015, 18:13

Nareszcie mogli ruszać. Cieszyła się z decyzji Infiego o przyspieszeniu wymarszu. Teraz siedząc przed wojownikiem na jednym wierzchowcu miała nastrój kota wygrzewającego się w słońcu. Nareszcie kończyło się bezproduktywne siedzenie. Ruszali na szlak.
Od przywódcy też bił entuzjazm, poczuła jak silniej ją do siebie przycisnął, co mogła zrozumieć na kilka sposobów, lecz nie przeszkadzało jej to, więc siedziała cicho, otwarta na nową przygodę.

Wielbłądy ruszyły, na czele pochodu jechał ich przewodnik. Z tego co rzekł Infi kierowali się na trakt południowy.

z/t
Awatar użytkownika
Ciemny
Posty: 760
Rejestracja: 14 lut 2011, 15:07
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
GG: 3113402
Karta Postaci: viewtopic.php?p=1099#1099

03 cze 2015, 14:30

Czuł się jak ścierwo po tej potyczce w zaułkach. Ręka rwała jak sam wielki skurwysyn, żołądek chciał wyjść i nie wracać, zaś z twarzy pozostał jeno płaski placek. Poza tym radził sobie całkiem nieźle. Pomijając fakt, że był najgorzej wyposażony z nich wszystkich, nie miał wierzchowca, broń jedynie symboliczna, tylko nieszczęsny kawałek skóry, który mógł napełnić jakimś płynem, wodą, krwią czy innym cholerstwem. Jednakże nie miał podróżować piechotą, gdyż Infi zadecydował, że miał podróżować z Vyrnem. Chwała bogom, z pustyni dotarł pieszo, jednakże nie chciał powtarzać tego numeru.
Dosiadł więc wierzchowca w taki sposób, aby się usadowić za łotrzykiem. Wzrokiem wypatrzył też Kenhkara i Lilliannę, oraz Asima Sokoła, tego, który miał dbać o zaopatrzenie. Z głodu ani pragnienia nie mają prawa umrzeć, chyba że pustynny bestiariusz zamierza ich zaskoczyć.
z/t
Awatar użytkownika
Vyrn
Posty: 58
Rejestracja: 06 sty 2014, 15:04
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Karta Postaci: viewtopic.php?p=46445#46445

03 cze 2015, 16:28

Vyrn patrzył na przywódcę. Co do wyprawy można było mieć mieszane uczucia. Jednak ten człowiek wywoływał jakiś szacunek, jakieś posłuszeństwo. Pewny siebie. Wyglądało na to, że miał cel. Właśnie taki powinien być przywódca. Vyrn - nie tylko z uwagi na to, ale też (zresztą - głównie) na możliwe korzyści - wyruszał prawie wolny od lęku. Rozejrzał się. Stawili się wszyscy. Nawet Ciemny, którego nie widział od pamiętnej rozmowy przy stole w karczmie. Cóż. Może im więcej, tym lepiej.

Skinął głową Infiemu, kiedy tamten polecił mu wziąć na wielbląda źle wyposażonego towarzysza. Zrobił miejsce i zrobił zachęcający gest głową. Nie miał nic przeciwko kompanowi na jego wierzchowcu. Zawsze lepiej to, niźli jak miałby opóźniać całą drużynę. Znów odwrócił wzrok ku przywódcy, który powtórnie się odezwał - tym razem do Kenhkara. Vyrn skierował wzrok na pustynię. Nie miał pojęcia, co go tam czekało. Od dawna nie udawał się w aż tak bardzo nieznane. Nie przeszkadzało mu to.

Podążył za Infim, popędzając wierzchowca. Rozejrzał się. Wyglądało na to, że mieszkańcy naprawdę nie mieli nic przeciwko wyjazdowi Entropii. Vyrn zastanawiał się, ilu z nich wróci. Nie odzywał się do dzielącego z nim wielbłąda towarzysza. Nie lubił rozmawiać. Bezsensowne rozmowy go męczyły.

z/t
Awatar użytkownika
Arga'Nazul
Posty: 42
Rejestracja: 19 wrz 2012, 20:49
Lokalizacja postaci: Varti
GG: 4052074
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2207

16 lis 2015, 18:53

Obolały ork splunął na ziemię. Nie obchodziło go czy mu to wypada, jako prawowitemu władcy czy nie. Ten robak jeszcze zapłaci za swoją impertynencję, ale we właściwym czasie. Tak, musiał być cierpliwy, jeśli chciał wypełnić swoją misję i zrealizować cele.

Arga wypuścił ustami powietrze, a wraz z nim, chociaż część swojej złości. Ból wciąż nie ustępował, a nawet nasilał się. Musiał znaleźć kogoś, kto opatrzy mu nos. I tutaj był dla orka główny problem. Potrzebował cholernego tłumacza. Dialekt pustynnych orków nie mógł zmienić się aż tak bardzo przez te stulecia. Nawet, jeśli mówił już dawno zapomnianym narzeczem.

Nie pozostało mu nic innego jak przejść na uniwersalny język wszystkich ludów i ras. Język gestów. Ruszył przed siebie rozglądając się tym razem nie za swoimi ziomkami, a za kimkolwiek, kto wyglądał na skłonnego do współpracy. Kiedy w końcu odnalazł jego zdaniem kogoś takiego grzecznie się ukłonił. Nawet, jeśli jego ego wrzeszczało, że to niegodne by on kłaniał się człowiekowi, duma musiała ustąpić zdrowemu rozsądkowi.

- Jestem wędrowcem z daleka. – Mówił w swoim języku, nieważne czy go rozumieli czy nie. Swymi palcami pokazał postać, która idzie w powietrzu. – Szukam kogoś, kto pomoże mi z moimi ranami. – Dłońmi pokazał na swoją twarz, po czym jedną zaczął udawać, że się bandażuje. – Mam, czym zapłacić. – Potarł kciuk o palec wskazujący.

Wróć do „Autonomia Wolenvain”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 3 użytkowników online :: 0 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 3 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika
Liczba postów: 52206
Liczba tematów: 2973
Liczba użytkowników: 1046
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Senti
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.