Varti

Najważniejszy obszar, na którym toczy się gra. Autonomia to zamieszkane głównie przez ludzi państwo podzielone na pięć prowincji ze stolicami w Wolenvain, Derinie, Morinhtarze, Minaloit i Aparilume. Czytaj więcej…
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3805
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

Varti

31 sty 2013, 21:03

Widok spalonej wioski nie wydawał się w Autonomii Wolenvain niczym szczególnym. Po wojnie z Imperium Agstusu, która zakończyła się tak szybko, jak się rozpoczęła, wiele siedzib ludzkich nadal pozostało niezamieszkanych, ponieważ nie znalazły się osoby, które chciałyby je odbudować. Im dalej na zachód, tym tego typu obrazków było więcej. Chłopi, co prawda, przywiązani byli do swej ziemi i w ostatecznym rozrachunku zawsze prędzej czy później wracali na stare miejsca, jednak proces ten ciągle był w toku, a chłop nie mógł pracować, jeśli nie miał pana. Każda wojna zbierała swój plon. Spalić wioskę było łatwo, natomiast spalić całe miasto… To już niemała sztuka.

Historia położonego na skraju Pustyni Śmierci Varti zakończyła się niespodziewanie latem roku 410 Ery Feniksa, kiedy to wojska Zachodu wybiły większość jego mieszkańców, przedstawicieli rodu rządzącego oraz wielu okolicznych wieśniaków, cały ten czyn kwitując podłożeniem ognia, który z racji na stosunkowo rzadkie opady w tym miejscu oraz letnią porę w mig się rozprzestrzenił. Pożar objął całe miasto, a oprawcy nie pozwolili, aby próbowano go ugasić. Zresztą, wszelkie próby tak czy inaczej spaliłyby na panewce. Powiadają bowiem, że ogień ten nie był naturalny, a wywołany potężną magiczną sztuką, o której w tym rejonie Lewiatana nie zwykło się mówić głośno. Wszystkie karczmy, stajnie, sklepy i zakłady Varti w przeciągu kilku godzin zamieniły się w popiół razem ze swymi mieszkańcami. Potępieńcze krzyki niosły się w powietrze wraz z prześmiewczymi okrzykami kołujących nad miastem tresowanych sokołów Agstusu.


Przez wiele miesięcy nikt nie odważył się wrócić do tego miejsca czy podjąć się próby jego odbudowy. Autonomia miała zbyt wiele problemów wewnętrznych, aby zająć się tak oddalonym, jak Varti, przyczułkiem. Wkrótce jednak ktoś zainteresował się tym pełniącym niegdyś rolę najważniejszej stacji przeładunkowej przybytkiem. Karawany panów z Wolenvain i okolic musiały krążyć, musiały generować zysk… Był on tym mniejszy, im dalej karawana musiała się udać bez odpoczynku. Decyzja o odbudowaniu Varti zapadła jeszcze w roku 411 Ery Feniksa, kiedy ukształtowało się Konsorcjum – związek zajmujących się szeroko pojętym handlem zagranicznym szlachciców i bogatych mieszczan. Cech wpompował część posiadanych przez siebie pieniędzy, aby miasteczko stanęło na nogi. Zgliszcza ożyły, a spomiędzy nich zaczęły wyrastać nowe chaty, przybytki i targowiska. Póki co było ich jednak niezbyt wiele – ot, jedna główna karczma ze sporym miejscem na postój karawan, sporą stajnią i dwoma zapełnionymi pokojami mieszkalnymi piętrami, kilka drewnianych chat, jedna piekarnia i mały targ, na którym nowi mieszkańcy zaopatrywali się w najpotrzebniejsze, sprowadzane z okolicy dobra.


Do tego dochodziła masa namiotów na obrzeżach miasta, w których to namiotach rezydowali przedstawiciele rozlicznych fachów – od krawców, przez budowniczych, aż po kupców. Najbardziej okazałe, odsunięte nieco od reszty namioty z wystawionymi przed nimi proporcami herbowymi kryły przedstawicieli wysokiej szlachty doglądających całego procesu. Varti stawało powoli na nogi, a prace na rzecz przywrócenia mu dawnej świetności trwały dniem i nocą. Gdzieniegdzie pojawiły się już szkielety nowych, bardziej okazałych domów, przeznaczonych zapewne dla bogatszych, przyszłych rezydentów.


//Opis karczmy napisany przez Arael:
Karczma, będąca jednym z niewielu dostępnych publicznie budynków była, przede wszystkim, nowa. Świeże, wciąż pachnące lasem bale, nieprzeżarte przez stada korników trzymały potężną konstrukcję w jednym miejscu, nadając jej wyglądu solidnego, ciepłego i przytulnego miejsca. Wnętrze prezentowało się niezgorzej – za ladą, gęsto zastawioną czekającymi na spragnionych klientów kuflami, stał łysiejący karczmarz o promiennym uśmiechu i pokaźnym brzuchu, niechybnie hodowanym przez wiele obfitujących w piwo lat. Powietrze wewnątrz, niezależnie od pory roku, było ciepłe, wilgotne i niosło kuszący zapach pieczonego mięsa czy gulaszu. Kilka stołów zbitych z sosnowego drewna zapraszająco wołało gości do siebie, a do pełni karczmianego szczęścia brakowało jedynie…gości. Tutejszych odstraszały ceny, jako, że zdruzgotane wojną Varti musiało liczyć każdy or, a co za tym idzie – wywindować ceny do sprzyjającemu gospodarce poziomu. Popołudniami jednak zbierała się tutaj lokalna szlachta, by przy kuflu przedniego piwa czy kielichu wina porozmawiać o przyszłości odradzającego się miasta.

Zapadał już zmierzch, kiedy pozostałości Entropii dotarły wreszcie do Varti. Przewodnik drużyny narzucił ostre tempo, jednak nie zamierzał odstąpić od swego zamiaru. Karczma, do której zdążała ocalała u jego boku trójka śmiałków miała być ostatnim porządnym przystankiem przed wyruszeniem na owianą złą sławą Pustynię Śmierci. Ostatnim głębokim oddechem przed zanurzeniem się w prawdziwe odmęty. Miecznik mocno wciągnął pachnące ciosanym drewnem, popiołem i chlebem powietrze w swe pojemne płuca. Jego twarz rozjaśnił szczery uśmiech. Wreszcie dane będzie mu odpocząć w prawdziwym łóżku. Spojrzał po swych towarzyszach. Arael, Asterias (który dogonił drużynę po jakimś czasie), Kenhkar. Niewielu ich zostało, ale dobre i to. Jeśli zaszli tak daleko, musieli być zdeterminowani. Pełni mocy sprawczej i chętni przeżycia przygody swego życia bez względu na konsekwencje. Niechaj tak będzie. Czwórka drużynników, przed którymi zadrżeć miały senne koszmary.

Przed samym wejściem do karczmy Infi zatrzymał się jak wryty. Właśnie przypomniał sobie o jednej szczególnie ważnej kwestii. Prócz dobrej dziczyzny, ostatków chleba, kilku kawałków suszonego mięsa, miecza i paru innych drobiazgów nie miał przy sobie niczego. Jego kiszki zagrały marsza, więc przegryzł suche mięso, zapychając się nim i ciamkając przez dłuższą chwilę, podnosząc jeden palec, aby pokazać swym towarzyszom, że pragnie przemówić.

- Ma ktoś… - przełknął. – Pieniądze…? – zapytał wprost, choć głupio mu się zrobiło, że wcześniej o tym nie pomyślał. Wszak miejsce do spania i owies dla konia swoje kosztowały. Zapewne ceny w Varti będą dość wygórowane, a Entropia nie wyglądała na szczególnie majętną. W ostateczności pójdą do karczmy zjeść coś ciepłego z wyżebranych u bywalców srebrników i udadzą się na spoczynek gdzieś w okolicy namiotów, których wiele minęli po drodze, a z których dochodziła czasem spokojna muzyka oraz inne biesiadne dźwięki. Lepiej jednak było najpierw zapytać. A nuż któryś z drużynników jeszcze go zaskoczy…?

//Przyjąłem, że jeśli Ajumi (bądź ktokolwiek inny) zechce odpisać, to po prostu dogonił(a) Entropię nieco później.
Obecnie ta lokacja jest pusta.
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3805
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

Little Finger

21 lut 2016, 22:36

MG

Świat zatrząsł się w posadach. Dźwięk kopyt i łap dwudziestu setek przemierzających jego powierzchnię morain dudnił na wiele mil. Mieszkańców mijanych przez nich osiedli zgięła troska – najpierw o siebie, później zaś o tych, którzy byli następni na drodze tej armii. Wkrótce jasnym stało się, że zmierza ona do Autonomii Wolenvain, choć motywy jej przewodników pozostawały dla obserwatorów nieodgadnione. Mijani przez nią podróżnicy, karawaniarze i nomadowie starali się znikać z jej oczu, jednak nie było to możliwe. Zwiadowcy mo byli oczami i uszami swych pobratymców, informując o wszystkim, co mogli napotkać i co zostawili za sobą. Nie było możliwości ukrycia się.

Wkrótce o pakcie morain z Konsorcjum dowiedzieć miały się wszystkie potęgi tych ziem; nikt nie dbał o dyskrecję i nawet o niej nie myślał. Przy takiej liczebności członków ekspedycji i przy takim gabarycie każdego z nich nie sposób było utrzymać faktu ich wyruszenia w tajemnicy. Dla tych, którzy doprowadzili do zawarcia umowy, być może miała ona przyjacielski charakter, jednak inni, również wewnątrz samej Autonomii, mogli odebrać taką kawalkadę jako zagrożenie. Zaiste, było czego się obawiać – harde istoty, z których właściwie każda potrafiła walczyć z pomocą śmiercionośnego oręża, właśnie wyruszyły ze swego ukrytego w Górach Granicznych domu. Potężne łuki, topory, kostury czy włócznie dzierżone tak przez wojowników, jak i pozostałych morain, budziły respekt. Wyglądali, jakby ruszyli do wojny, ale wrażenie to potęgowała nie obecność broni, ale zaprawienie każdego z nich. Wszyscy tutaj byli zawsze gotowi do boju, z wyćwiczonym w obozach szkoleniowym refleksem i odruchami właściwymi dla tych, którzy swe życie spędzili na przygotowaniach do walki. Byli w tym wszystkim całkowicie naturalni i spokojni. Ich zwierzęca dzikość została wtłoczona w ramy usystematyzowanego życia, ale nadal ich prowadziła. Tym razem w największej wyprawie, jaką widziała ich społeczność.

Cała wyprawa trwała niemal równy tydzień, z kilkoma postojami na większy popas i nocleg. Niektórzy z morain już wtedy rozłożyli swe wielkie namioty, które przezornie zapakowali na czas, w którym w Autonomii jeszcze nie będzie dla nich odpowiedniego miejsca. Ostatni postój był właściwie zbędny dla wielu z nich, ponieważ daliby radę podróżować jeszcze jakiś czas bez niego, jednak postanowili spożytkować go na dobre przygotowanie się do odwiedzenia kraju ludzi. Była to prawdopodobnie ostatnia noc, podczas której mogli zachowywać się całkowicie swobodnie, niepodglądani przez ciekawskich, podejrzliwych i czasem nawet wrogich przedstawicieli innej rasy. Skraj pustyni, jaki sobie wybrali, tworzył po temu idealne warunki. Modlący się, intonujący spokojne pieśni i medytujący morain mieszali się z tymi skorymi do gwałtownych działań. To tej nocy zawiązał się niejeden przelotny romans, padła niejedna deklaracja czy obietnica, wywiązała się niejedna kłótnia czy pojedynek. Morain musieli rozładować napięcie wynikające z niepewności jutra. Na palcach jednej ręki policzyć można było, ilu z nich odwiedziło kiedyś Autonomię Wolenvain. Wielu więcej czytało czy słyszało o niej, spora grupa znała nawet Wolną Mowę (zwykle w podstawach), ale nikt tak naprawdę nie wiedział, czego mogą się spodziewać.

Większość z nich nie miała zamieszkać w samej Autonomii, ale na terenie pogranicza, w miejscu, gdzie stanąć miały obiecane przez morain forty. Mieli zająć się ochroną miejsca budowy i transportów, zdobywaniem pożywienia czy wreszcie samą budową. Jak poleciła Starszyzna, tylko pięciuset mogło udać się do samego Wolenvain. Tych wybrał osobiście dyplomata, ten, który doprowadził do podpisania paktu – Urlos. Wbrew temu, co początkowo mu się zdawało, nie musiał zajmować się niczym więcej. Pozostałe piętnaście setek morain zostało wybrane przez jemu podobnych, znanych mu zresztą od dawna. Również ktoś inny wziął na siebie cały ciężar organizacyjny.

Na spotkaniu z władnymi Urlos nie zapytał, dlaczego liczba jego ziomków, która uczestniczyć ma w wykonywaniu postanowień paktu, wzrosła ponad dwukrotnie. Początkowo mowa była o dwustu wojownikach morain, którzy trafić mieli do stolicy Wolenvain. Teraz było ich pięciuset, chociaż nie wszyscy z nich zajmowali się wyłącznie wojaczką. Ponadto, termin uległ znacznemu skróceniu. Przedstawiciel Konsorcjum czekać miał w Varti po dwóch miesiącach, nie zaś dwóch tygodniach, jak zarządził matuzal Uken. Nietrudnym było wywnioskowanie, że wywoła to pewne trudności.

Nietrudno było wypatrzeć ciągnącą Traktem Centralnym ogromną grupę morain, toteż przed Varti zebrać zdążyła się właściwie cała ludność tego ciągle odbudowywanego jeszcze miasteczka, czy właściwie – w obecnej formie – punktu handlowego. Ktoś musiał zapewnić jego mieszkańców, że czworonożne istoty przybywają w pokoju, nie zaś po to, aby zniszczyć to, co zostało tutaj wypracowane przez ostatnie lata (głównie dzięki wysiłkom Konsorcjum). Oczywiście na przód wysforowali się zbrojni, większość konno, w pełnym rynsztunku, który zdążyli założyć w krótkim czasie, jaki upłynął od momentu dostrzeżenia ekspedycji do tego, w którym dotarła ona do Varti. Ich różnobarwne chorągwie z rozlicznymi figurami herbowymi niczego nie mówiły nawet obytemu w zwyczajach Autonomii Urlosowi. Żaden z nich nie był najwyraźniej na tyle znaczący, aby znaleźć o nim informacje w jednej z ksiąg w Alne. Nietrudno było jednak dostrzec tych, którzy byli ważniejsi. Stali bowiem na przedzie.

Wojowników było dalece mniej od morain, nie robili też takiego wrażenia. Na przód ich grupy wyjechała z wolna trójka konnych. Oddalili się nieco od pozostałych. Wyraźnie oczekiwali podobnego poselstwa od strony morain. Chorąży wysoko trzymał znak swego pana, na proporcu widoczny był srebrny kielich w błękitnym polu. Wszyscy trzej mężczyźni byli do siebie podobni, co zdradzało powinowactwo ich krwi, choć wrażenie to z pewnością potęgowała niezdolność morain do rozróżniania ludzi od siebie. Na wyrobienie w nich tej zdolności trzeba było jeszcze trochę czasu spędzonego na bliskiej współpracy.

Szaty mężczyzny w środku były najobfitsze, był też najstarszy i biło od niego największe doświadczenie. Odziany w paradny pancerz płytowy z motywem kielicha na piersi i interesującymi, choć zbędnymi motywami roślinnymi na naramiennikach wyglądał zaiste okazale. Jego szare, długie na cztery czy pięć kciuków włosy były podgolone niemal do połowy głowy. Okalała je srebrna obręcz z małą łzą szmaragdu pośrodku, istotna oznaka wyższej władzy szlacheckiej. Nawet biały koń, na którym siedział, podkreślał jego dostojeństwo. Nie był to najwyższy poziom dworskiej awangardy, ale niewątpliwie najlepszy strój, jaki ów jegomość posiadał. Widać było jednak, że przywdział go w pośpiechu, jego odzieniu brakowało bowiem miłego dla oka drapowania, a kilka elementów pancerza było przekręconych tak, że symetria jego sylwetki została silnie zaburzona. Dziwił sam fakt, że w ogóle zdążył zareagować tak prędko, ale najwyraźniej miał biegłych sługów, którzy odziali go w trymiga. Całość sugerowała, że mężczyzna mieszkał niedaleko, być może w samym Varti. Mógł mieć swoje stroje tak blisko szczęśliwym dla niego przypadkiem, przejeżdżając tylko tędy lub przygotowując się do goszczenia kogoś ważnego. Opcji było wiele, ale jedno było pewne – nikt tutaj nie spodziewał się tak rychłej wizyty morain.

Możny wymienił kilka słów z młodym człowiekiem po jego lewej, podczas gdy chorąży po jego prawej stał przy tym niewzruszony, wbijając czujny wzrok w masę centaurów przed nim. Było czuć tutaj małe napięcie wynikające z samej natury tego rodzaju spotkania, do którego musiało jednak dojść. Pan tych ziem, o ile to właśnie on stał teraz przed ekspedycją złożoną z dwóch tysięcy morain, zareagował godnie, stawiając się tutaj osobiście. Nie mógł przecież pozwolić, aby tak wielka liczba nieznanych mu istot po prostu przecwałowała przez jego włości bez jego wiedzy i kontroli. To jednak, że zabrał się do działania bez dodatkowych formalności, odnotować należało jako istotne podkreślenie wagi paktu dla szlachty tej części Autonomii. Urlos wiedział to wszystko i miał wszelkie prawa do uznania tej sytuacji za szczególnie korzystną dla morain. Nawet, jeśli nie miało dojść jeszcze do spotkania z panem Soremem, przedstawicielem Konsorcjum, z którym Urlos zawarł umowę, nie wydawało się, aby ktokolwiek utrudniał mu i jego pobratymcom jakąkolwiek działalność prowadzącą do wypełnienia jej warunków. Zaiste, organizacja, z którą zbratali się morain, musiała być niezwykle potężna. Jej macki sięgały o wiele dalej, niż ci, z którymi dyplomata próbował ułożyć się najpierw. Rada regencyjna, z której przedstawicielami-nieludźmi rozmawiał, równie dobrze mogłaby w tym momencie nie istnieć. Prawdziwą władzę w kraju trzymali ludzie pokroju człeka na białym koniu i to z nimi przyjdzie współpracować morain.

Awatar użytkownika
Urlos
Posty: 289
Rejestracja: 21 sie 2012, 20:51
Lokalizacja postaci:
GG: 8392405
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2165

22 lut 2016, 09:55

Podróż mijała na rozmowach, dyskusjach, planowaniach i wyjaśnianiach sytuacji ze współprzewodniczącymi wyprawy oraz ze szlachetnymi podróżującymi tuż za Urlosem. Od czasu do czasu pojawiało się pytanie z reszty masy morain, na które Urlos sam musiał udzielić odpowiedzi.

Przed kolejnymi noclegami, których znowu nie było tak wiele, bo zaledwie kilka, Urlos opowiadał o kulturze Autonomii, przynajmniej na tyle na ile mógł ją sam zaobserwować. Uczulał uczestników czego absolutnie nie robić, a co znowuż jak najbardziej wypada. Dużą część wykładów poświęcił ra, by ci najbardziej zrozumieli, że ludzie i istoty im podobne tam przebywające nie mają w zwyczajach tak silnej rywalizacji przekładającej się na siłę fizyczną. Chociaż zdarzają się bójki, nie są postrzegane jako coś pożądanego w mieście Wolenvain, w przeciwieństwie do Alne – gdzie bójki są częścią kultury ra i są jak najbardziej na miejscu wśród nich.

Przed Urlosem stało nie lada wyzwanie - przygotowanie członków wyprawy do tego, by byli w stanie wkroczyć do innej cywilizacji jak najmniej inwazyjnie. Toteż skupiał się na opisaniu największych różnic między „nami, a nimi”. Często podkreślał, że w momencie przejścia przez granicę nie tylko on staje się dyplomatą i reprezentantem Alne, ale każda jedna i następna osoba przekraczająca granicę wraz z nim. Od każdego z osobna i wszystkich jako jedność zależało jak morain będą postrzegani przez mieszkańców tych ziem, dlatego wręcz bombardował w przemowach swych pobratymców informacjami o tym, by absolutnie pohamować pewne instynkty. Wiedział, że zwłaszcza dla ra będzie to trudne. Po potyczce jaką miał w mieście Wolenvain, a o której chyba nikomu nie opowiadał, wiedział jak o wiele bardziej delikatni są w swej strukturze ludzie. Stratowanie kogoś mogło zabić, gdy wśród morain -ledwo poturbować. Urlos obawiał się wlania wrzącej krwi ra pomiędzy stonowaną i po kres skrępowaną krew ludzką. To było nieuniknione, potrzebował lepszego rozwiązania w dalszej perspektywie, bo wiedział, że same gadanie nie zmieni ra, chociaż na pewno przynajmniej na pierwszy miesiąc starczy.

Przyszło też mu wiele rozmyślać nad ludzi codzienną obecnością magii in. Nie zdążył zaobserwować czarowników na środku miasta, którzy bawiliby ludzi swoimi umiejętnościami, acz sam otrzymał cios z magii zrodzonej kuli ognistej w biały dzień. Więc magia sama nie mogła być aż tak rzadka, chociaż może niepożądana? Cóż, jeśli istniało jedno słowo, jakie można przyczepić do ludzi, a co zdążył zaobserwować, to „użyteczność”. Ludzie, którzy nie służyli czemukolwiek byli marginesem. Elementem najchętniej usuniętym. Wiele z pomysłów używanych przez ludzi zapewne zostanie zaadaptowane przez mistrzów morain – z czego duplomata się radował. Świadczy to niemniej o tym, że użyteczna jednostka (nieważne jaka) jest jednostką wielce pożądaną. Właśnie to Urlos miał zamiar wykorzystać w relacjach in z mieszkańcami Autonomii. Wiele pomysłów jego patron kierował ku niemu, z których mógł tylko przebierać.

Przyszła ostania, rozhulana noc i żądanie rozstawienia namiotów. Podczas tej ciemności i Urlos darował sobie jakiekolwiek uczulanie i nauczanie innych. Pozwolił wszystkim na wyzwolenie swej dzikości w przeddzień wizytacji. Sam spędził samotną i nerwową noc zamknięty w swym umyśle i wierze. Absolutnie nie miał wątpliwości, że on był odpowiednią osobą na odpowiednim miejscu. Jego błędem było zbyt szybkie wyruszenie, acz nie miał krzty odwagi narazić się Starszyźnie niewygodnym pytaniem, jak na przykład nagły przyrost liczebności morain obecnej w Wolenvain. Trudno jest mówić nawet tu o odwadze, a raczej o oddaniu. Równie dobrze Starszyzna mogłaby rzec, że wszystkie morain przenoszą się do Wolenvain, a Urlos nie skrzywiłby twarzy, a jeno pokornie schyliłby głowę, poddając się woli doskonalszych. Dzieje się cokolwiek, co Starszyzna powie, więc nie ma miejsca na wątpliwości czy kwestionowanie. Toteż – zgodnie z tym, co patron nauczył go przez całe życie – nie stoi przed nim nic czemu nie sprosta. Kwestią jest ile koncentracji i rozwagi wymaga pokonanie problemu. Dla niego nie było problemem tak szybkie przybycie, jednocześnie wiedział, że Konsorcjum i tak będzie musiało się dostosować i nie będzie to wielki problem dla nich, o ile centaury nie będą nieśli ze sobą wymagań – a nie zamierzali. Wyprawa została zorganizowana tak, by mogła przebywać w dowolnym miejscu określony czas. W najgorszym wypadku zwierzyna zubożeje, jeśli zabraknie pożywienia czworonożnym, acz absurdalnie to było największym zmartwieniem ludzi. Urlos noc spędził na pielęgnacji wyglądu, by być najlepszym możliwym obliczem siebie jutro.

Następnego poranka, zaledwie po godzinach przyszło mu stanąć przed reprezentacją Autonomii – z perspektywy morain. Ci ludzie byli pierwszymi, którzy otwarcie zablokowali drogę morain, by zadać pytanie – jaki masz cel. Gdy mo przyniósł informacje o formowaniu się ludzi, Urlos zadął silnie w róg, sygnalizując postój. Zebrał od mistrzów współtworzących ekspedycję niezbędne dokumenty i ruszył dostojnym kłusem do spotkania.

Martwiło go nierozpoznanie herbu, z którym przyszło mu się spotkać i „rozmawiać”, niemniej jednak miał wiele wskazówek co do tego, czego się spodziewać. Zbroja płytowa ze zdobieniami i dumnie reprezentująca herb świadczyła o tym tylko, że kimkolwiek ten człek jest i jakkolwiek wygląda - nie jest kimś, kogo należy ignorować, bądź lekceważyć. Nie wiedział jednak tego, czy jest interesantem Konsorcjum, czy nie. Dlatego w tej kwestii trzymał dystans.

W bezpośrednim, samotnym spotkaniu z ludźmi w pierwszej kolejności dyplomata skłonił się nisko, milcząc przed ewidentnym przywódcą. Następnie również oddał jawne skinienie głowy służbie. W ten sposób Urlos prezentował szacunek przede wszystkim temu, któremu się on należy, ale również całej innej rasie. Chciał podkreślić też, że zna w wystarczającym stopniu etykietę szlachty ludzkiej. Zauważenie służby z perspektywy Urlosa również miało niemałe znaczenie, gdyż to był pierwszy, ale nie nieznaczący krok do szerzenia dobrej reputacji o morain. Chociaż skinienie było drobnym gestem, acz umyślnie wyraźnym, to Urlos wiedział, że siłą fundamentalną Autonomii są ci na samym dole. O ile oni będą mieć dobre zdanie o morain, o tyle centaurom będzie się żyć lepiej tutaj. Mając ze sobą komplet dokumentów, nie miał zamiaru pokazywać je komukolwiek, co do kogo dyplomata nie maił pewności, że ściśle współpracuje z panem Soremem.

-Pozdrawiam was w pokoju! – przemówił Urlos po milczącym przywitaniu – Jestem Urlos, reprezentant interesów Alne. Niepokoję was, gdyż polecone było mi i memu rodzajowi spotkać się tu z panem Soremem. Jednocześnie będąc świadom, iż przybywam znacznie wcześniej niż zapowiedziano, łaskawie proszę, że w oczekiwaniu mości Sorema użyczycie mi i mej rodzinie, wielki panie, swego nieba nad głowami i ziemi pod nogami.

Urlos miał nadzieję, że fakt, iż przybył sam, bez eskorty czy „służby” – w rozumieniu ludzi – oraz bliski kontakt, pozwalający niemalże ściąć mu głowę na miejscu, podczas jego niskiego ukłonu będzie odebrany jako należyty szacunek i komplement w stronę reprezentanta. Oczywiście Urlos był świadom, że zabicie go w tym miejscu, będzie ordynarnym wyrokiem śmierci na zamachowca oraz całą, szeroko rozumianą okolicę. W związku z tym nawet nie przebrnęło mu przez myśl, że ktokolwiek tak dostojny mógłby być tak skrajnie głupi.

Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3805
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

Hills Have Eyes

01 mar 2016, 18:21

MG:

Wyszedł na czoło samotnie, bez eskorty, chociaż ludzi naprzeciw niego stało aż trzech. Spotkał się z nimi niemal dokładnie pośrodku dystansu dzielącego obie grupy – dwutysięczną morain i o wiele mniejszą ludzi. Gdyby wydarzenie to zwiastowało nadchodzącą bitwę, poprzedzoną jedynie deklaracją żądań wobec strony przeciwnej, jasnym byłoby, że dwunodzy nie mają tutaj szans, a fakt, że Urlos był sam, świadczyłby tylko o bucie i dumie morain. Ludzie mniej liczni i – choć z pewnością bitni i hardzi – nie tak potężni jak przedstawiciele Alne. Jeżeli zamierzali przegonić gości, nie mogli zrobić tego siłą, a słowami. Wkrótce jednak okazało się, że nie o to chodzi ich panu.

– Jego Baronowska Mość pan Hazgar z rodu Monera, herbu Srebrny Kielich… – zaczął herold, jednak mężczyzna w środku przerwał mu nagłym ruchem ręki.

– Przyjaciele pana Sorema są naszymi przyjaciółmi – rzekł wolna, a jego usta pękły w lekkim uśmiechu, być może udawanym. – Posłałem po niego przed waszym przybyciem, zjawi się tutaj lada dzień. Ziemie, po których stąpacie, nie należą jednak do niego, a do mnie. Jeżeli chcecie obozować, obozujcie. Jeżeli chcecie polować, odejdźcie na północ i zachód. Jeżeli chcecie wjechać do Varti, róbcie to małymi grupami. Taka jest moja wola i nie złamiecie jej – podsumował władczo. Widać było, że Hazgar to człek konkretny, na co z pewnością wpłynęły też okoliczności spotkania. Mimo, że nie dałby rady ochronić swoich ziem przed morain stając przeciwko nim w polu, był rządcą tego miejsca i jak rządca się zachowywał. Być może kiedyś przyjdzie Urlosowi czy jego pobratymcom poznać pana Monero z innej strony, teraz jednak był kimś, kto nie mógł pozwolić sobie na jakąkolwiek pobłażliwość. – Ufam, że to wszystko. Jeżeli zaistnieje konieczność omówienia innych spraw, znajdziecie mnie. Niech Lorven wam sprzyja – rzekł na odchodne, spinając konia i udając się w kierunku swych ludzi. Część z nich odłączyła się i pojechała z nim wgłąb Varti, część została na miejscu i tylko ponuro obserwowała armię morain.

Obserwacja ta nie zakończyła się w ciągu trzech następnych dni, które przyszło morain spędzić na oczekiwaniach. Ze stolicy zdążał pan Retan Soremo, wysłannik Konsorcjum, który przypieczętował pakt pomiędzy jego organizacją a reprezentowaną przez Urlosa Starszyzną Alne. Wreszcie dotarł na miejsce, wyglądając zupełnie tak, jak Urlos go zapamiętał. Szare oczy, budzący zaufanie uśmiech, starannie ułożone włosy i krótki zarost. Jego kosztowny, tym razem burgundowy strój z szerokim pasem o złotej klamrze i czapce z piórkiem pawia był niekrzykliwy, ale niezwykle gustowny i schludny. Mężczyzna nie miał przy sobie miecza, a do pasa przytroczył jedynie sakwę ze sztyletem. Zaprosił Urlosa do jednego z namiotów, których pełno było w okolicy Varti. Nie było w nim wiele więcej ponad kilka mocnych, niewielkich, przeznaczonych do dalekich podróży kufrów, grubo ciosanego stołu oraz takichż stołków do siedzenia. Na stole ułożono różnego rodzaju świeże owoce, dzban wina i dwa srebrne, niezwykle z pewnością drogie kielichy. Chociaż pana Monero nie było w tym miejscu, naczynia przypominały o jego obecności w pobliżu. Trzeba było przyznać, że godło jego herbu trudno było wyrzucić z myśli.

Już samo powitanie z panem Retanem niosło za sobą pozytywne odczucia. Szlachcic, zamiast podać rękę Urlosowi, dotknął jego ramienia na modłę morain. Widać było, że spędził nieco czasu nad studiowaniem ich kultury.

– Mam nadzieję, że podróż się udała, a oczekiwanie nie było zbyt męczące – zagaił przyjacielsko, udowadniając, że nie zmienił się ani na jotę, nadal lubując się w konwenansach i krasomówstwie. Nalał im obu czerwonego wina, po czym podał jeden pucharek swemu rozmówcy. Zwilżył usta.

– Od naszego ostatniego spotkania minęło niewiele czasu. Wziął pan ze sobą wielu przyjaciół – rzekł, nie dając wprost do zrozumienia, że oczekuje wyjaśnień na ten temat. Oczywistym było jednak, że nie był przygotowany na taki obrót spraw i ucieszyłby się, gdyby zostało to zauważone. Mimo tego zachowywał najwyższy standard dobrego smaku, nie okazując ani śladu negatywnych emocji i nie zmieniając swych nienagannych manier.

Wyglądało na to, że mężczyzn czeka dłuższa rozmowa w podobnym tonie. Z tego, co wiedział o Retanie Urlos, nie spieszył się on nigdy w brnięciu do puenty. Mimo tego mógł być jedynie dobrej myśli – Pan Sorem był człowiekiem poukładanym i otwartym. Trudno było orzec, na ile jego usposobienie jest wyuczone, a na ile naturalne, ale z pewnością to ono dało mu taką pozycję w Konsorcjum. Jeżeli to on miał odpowiadać za oficjalne kontakty jego organizacji z morain, to był odpowiednią osobą na odpowiednim miejscu. Potrafił przymknąć oko na łamanie konwenansów i inne wybryki swoich nieludzkich rozmówców, w oczywisty sposób żywiąc też co do całej współpracy duże nadzieje na lepsze jutro nie tylko dla swoich ludzi, ale także dla wszystkich mieszkańców Autonomii Wolenvain.

Awatar użytkownika
Urlos
Posty: 289
Rejestracja: 21 sie 2012, 20:51
Lokalizacja postaci:
GG: 8392405
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2165

02 mar 2016, 00:08

Urlos, wysłuchawszy słów rządcy, milcząc skłonił się nisko w geście poddania się jego woli. Nie chciał na wejściu do Autonomii wdawać się w niepotrzebne nikomu dyskusje. Dyplomata miał jasno wyznaczony przez Starszyznę cel i jego się trzymał. Po dłuższej chwili, dostojnie odchodząc z miejsca spotkania wciągnął powietrze przez zęby w niezadowoleniu z właśnie odbytej rozmowy. Każdy morain honor – według swej kultury – doskonale rozumiał i respektował, dlatego nie oceniał ambitnego, nieco prowokującego dla Urlosa zachowania rządcy Hazgara. To co niepokoiło Urlosa, to wrażenie niechęci do nieludzi od strony człeka. Jednak nadzieją mo było, iż na jego wrażeniu się to skończy. Wszak, gdy przebywał w Wolenvain nie doświadczył ogromnie tego, co teraz wzbudziło zmartwienie.

Kilkanaście kroków od reszty morain, dyplomata zatrzymał i odwrócił się, patrząc na ludzi oddzielających ich od wejścia do Autonomii. Sprawnym okiem łowcy obserwował ich przez czas pewien, jak zwierzynę w lesie, chociaż aparycja dyplomaty nie zdradzała żadnych emocji. Starał się wyczuć, co ci, stojący naprzeciw centaurów mogą myśleć, jednak potem ważniejsze było – co Urlos chce by myśleli. Rozważał ewentualne dary dla rządcy tych ziem, oraz dla ludzi tu rezydujących. Doszedł jednak do wniosku, że po tak chłodnym powitaniu nie posiada nic, co mogłoby zmienić aktualne nastawienie rządcy. Odwrócił się więc, ujął za ramię pierwszego rodzimego i nakazał przekazać wieści, by rozbić obozy i zachowywać się spokojnie, a bójki ra i mo trzymać z dala od ludzkich oczu.

Po spotkaniu, stając przed szlachetnymi i współorganizatorami wyprawy, Urlos wyjawił całą rozmowę z rządcą i podjął decyzję, iż póki byli w Varti, wszyscy morain obligatoryjnie mają się stosować do woli władającego.

-Ten, na którego czekamy, będzie tu na dniach. Póki co, starajcie się zaplanować swoje działania, gdy już będziemy w Autonomii. Nas wszystkich czeka wiele pracy. Nie chcę by żadna chwila została zmarnowana, gdyż wszyscy jesteśmy tu – koniec końców – z polecenia Starszyzny.

Następnie mo udał się nieopodal w nieco wyciszone miejsce, w kierunku gór. Skupiony wczuwał się w wiatr go otulający. Starał się wyczuć nastroje i informacje, jakie niesie ze świata. Urlos głęboko wierzył w pierwotne zjednanie jego istoty z elementem powietrza, toteż wszędzie tam, gdzie mógł odczuć jego ruch czuł się raźniej, lepiej, pełen otuchy. W elementarnym aspekcie – posługiwali się tym samym językiem. Głęboko skupiony na swym wnętrzu pozwalał, by kolejne uderzenia, jeśli tylko by chciały, mogły przeszyć całą jego strukturę – od prymitywnej fizyczności po elementarną esencję życia. Poza nabieraniem sił i napełnianiem kielicha wiary, oczyszczał swój umysł i duszę z niespokojnych, zbędnych myśli oraz cząstek. Ten wiatr pozwalał Urlosowi zachować czystość, która była mu niezbędna.

Minęły trzy dni, gdy Urlos otrzymał informację o tym, iż Retan Sorem już przybył do Varti. Dyplomata niezwłocznie udał się na spotkanie. Przez pierwsze chwile nie wiedział czego się spodziewać, nieco się obawiał ponownego spotkania, gdzie Sorem może pokazać już zupełnie inne oblicze, skoro układ został oficjalnie zawarty. Jednak nie – na samo powitanie Retan wyszedł z charakterystycznym gestem przywitania morain. Akurat to było intrygujące, skąd mógł posiąść wiedzę, której jeszcze przy pierwszym spotkaniu nie posiadał. Ale to szybko Urlos wyrzucił z głowy, było kilka innych spraw, wielce delikatnych, które… musiał wyjaśnić przed przedstawicielem Konsorcjum.

Odwzajemnił gest przywitania, ba nawet musiał się schylić, w momencie w którym Sorem próbował go wykonać – ze względu na znaczną różnicę wzrostu. Całemu zajściu na twarzy Urlosa towarzyszył prawdziwy uśmiech.

-Witaj, mości Soremie. Nie ukrywam radości z widzenia Cię. Moja podróż minęła tak spokojnie, jak mam nadzieję i twoja. – Urlos podążał za reprezentantem do namiotu.

Już na miejscu, gdy Retan rozlał wino, Urlos – raczej w zamyśle, by jeszcze bardziej rozluźnić atmosferę niż z głodu – śmiało sięgnął po jabłko znajdujące się wśród owoców na stole. Sprawnym i wyćwiczonym chwytem rozdarł je na dwie połówki. Jedną odłożył na stół, drugą po chwili ugryzł. Wtórując za Soremem, skosztował skromnie wina.

-Owszem, niewiele. Jak panu mówiłem, morain bierze przyjaciół bliżej serca niż rodzinę, toteż nie chciałem niczym ryzykować spóźnienia. – bazując na inteligencji rozmówcy, Urlos uśmiechnął się szerzej, sygnalizując delikatnie półżart. – Wygląda na to, że moi rodacy nigdy nie zaprzestaną mnie zaskakiwać, w pozytywnym znaczeniu. Samże nie spodziewał się tak rychłej ich gotowości. Nie pozostawało nic, ale ruszyć w drogę. Stara koczownicza krew jeszcze w nas nie wymarła, toteż czekanie na obczyźnie nie godzi w nas w żaden sposób. Mam nadzieję, że nie odebrałeś tego, mości Retanie, jako obligację stawienia się tutaj wcześniej, w żadnej mierze nie chciałem wywierać presji i burzyć ustalonego porządku obowiązków czy pracy! – wysłał szczere zapewnienie podporządkowania się ustalonym zasadom. Chociaż w obecnej sytuacji wiele stało przeciw temu, Urlos musiał i starał się zaprezentować jako osoba szanująca wcześniej ustalone zasady.

- Powiedz mi proszę w takim wypadku, jak nastroje w Konsorcjum z racji naszego przybycia? Wszelakie informacje o tym co jest przed nami, pozwoli mi lepiej okiełznać emocje reszty morain za nami… – wskazał dłonią kierunek gdzie rezydowała reszta wyprawy centaurów.

Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3805
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

Feelgood Formula

08 mar 2016, 22:29

MG:

Widać było, że odpowiedź Urlosa – czy to ze względu na jej ton, czy to treść – rozluźniła nieco pana Sorema. Początkowe napięcie towarzyszące spotkaniu opadło, gdy mężczyźni wymienili uprzejmości i przeszli do lekkiej rozmowy. Umiejętność jej prowadzenia była kluczowa dla takich jak oni. Tylko w ten sposób mogli ocenić nastrój drugiego. Biegli w tej sztuce mogli dowiedzieć się naprawdę wielu rzeczy, zanim jeszcze zostały one wypowiedziane. Urlos dowiedział się na przykład, że jego rozmówcę ogromnie coś frasuje. Nie był pewien, czy chodzi o wczesne pojawienie się morain, jakieś sprawy osobiste, oderwanie od obowiązków czy sytuację w kraju, ale pan Retan zdradzał oznaki delikatnego poddenerwowania. Jego ruchy nie były tak płynne, jak wcześniej, a różnica, choć subtelna, była dla czteronożnego dyplomaty wyczuwalna. Gdyby miał ją nazwać, z pewnością długo szukałby słów na opisanie wrażenia, jakie za sobą niosła. Trudno było rzec, czy interpretuje to wszystko poprawnie (wszak pochodził z kompletnie innej rasy), ale po chwili jego podejrzenia sprawdziły się.

– Nastroje w Konsorcjum są aż nazbyt entuzjastyczne. Mam wrażenie, że występują tylko wśród tych, którzy nie patrzą szeroko – przyznał wreszcie Retan. – Rada Regencyjna, z którą miał pan styczność w trakcie swojego ostatniego pobytu w stolicy, nie jest już u władzy. Niektórzy ludzie, niepowiązani z naszą sprawą, wzięli sprawy w swoje ręce – westchnął. – Radny Tarret i radny Herubin prawdopodobnie już nie żyją, zaś radna Niniel zbiegła z Twierdzy Wolenvain. Stało się to tuż przed planowanym zjazdem szlachty, bardzo dogodnie dla wszystkich zainteresowanych… Nie przeczę, sytuacja okazała się korzystna również dla nas, w Pałacu Sprawiedliwości już rozgościł się przywódca Konsorcjum, pan Dardem Rejrand, z Lorven łaski świeżo upieczony hrabia. Z chęcią przyjmie pana zaraz po naszym przybyciu do stolicy – zapowiedział z cieniem przebijającej się przez jego zaniepokojony ton dumy. – W jego żyłach krąży królewska krew i wkrótce odbierze to, co mu się należy. Precedens z Radą może jednak posłużyć naszym wrogom do pokrzyżowania naszych planów. To, w połączeniu z niechęcią pewnej części szlachty kraju do tak bliskiej przyjaźni z morain sprawia, że należy zachować dużą ostrożność. Jesteśmy w trakcie ustalania strategii na przyszłe, pracowite miesiące. Z pewnością nie obędzie się bez prób sprowokowania pana ludu do zachowań, które mogą zostać odczytane jako negatywne. Sugeruję więc tymczasowe oddalenie bardziej porywczych wojowników w kierunku miejsca planowanej budowy.

Szczerość pana Retana Sorema była nieskrywana, podawał wszystkie informacje na tacy niczym te owoce, które leżały przed nim. Już wcześniej pokazywał, że zależy mu na dobru nie tylko swoich ludzi, ale także morain, z którymi rzeczywiście nie łączył nadziei wyłącznie pragmatycznych. Wyrastał na człowieka pełnego idei, które pragnie wcielać w życie mimo podziałów, na człowieka zmartwionego sytuacją w kraju i chcącego polepszyć ją nawet własnym kosztem; wreszcie – na człowieka, który stroni od gwałtownego działania, do którego najwyraźniej zmierzały teraz potęgi tego świata.

Awatar użytkownika
Urlos
Posty: 289
Rejestracja: 21 sie 2012, 20:51
Lokalizacja postaci:
GG: 8392405
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2165

10 mar 2016, 02:43

Czteronożny dyplomata uważnie obserwował każdy ruch swego rozmówcy. Bynajmniej nie dlatego, że miał o nim złe zdanie. Darzył Sorema sympatią, wierzył w idee, którym ten człek był oddany i wielce to szanował. Problem stanowił fakt, iż przed ideami Retana stała mocna bariera w postaci czegoś wielce omylnego – innego człowieka. Zachowania człowieka będą zdradzać zamiary tego ponad nim.

O ile Sorem mógł wierzyć w Konsorcjum, musiał przede wszystkim być też oddany Dardemowi. Zamiary rozmówcy Urlosa jak woda, nim przedostanie się gdziekolwiek, najpierw jest mocno filtrowana przez piaski ziemi. Właśnie tego w szczególności Urlos musiał być świadomy w każdym elemencie rozmowy. W sytuacji jakkolwiek konfliktowej, Retan oczywiście stanie przy swym – zapewne – przyszłym królu, aniżeli absolutnie obcym elemencie. Morain musiał ważyć słowa bardziej, niż kiedykolwiek.

Słowa posłannika Konsorcjum dużo mówiły Urlosowi o samym Konsorcjum. Centaur nie był na tyle głupi by, po latach czytania o charakterach ludzi i ich strukturach, wierzyć, że w esencji organizacji handlarzy nie lała się miejscami chora ambicja władzy i żądza pieniądza. Niemniej obecna sytuacja może pozwolić na szybkie rozwinięcie się wyżej wspomnianych cech. Na pewno szybciej, niż Urlos przypuszczał na początku, a razem z nimi, skoro morain już tu przybyli, pojawią się trudne dla tych istot wybory.

Gdy Retan wyjawił informacje o tym, co się stało z Radą Regencyjną, centaur właśnie popełniał kolejny kęs soczystego owocu. Przerwał i z trudnością przełykał, gdy człek dokończył zdania.

- Szczerze ubolewam nad losem Rady. Mimo iż odrzucili mą pomoc, nie darzyłem ich żadnymi negatywnymi emocjami. Wygląda na to, ze cała Autonomia drży pod ścieraniem się sił władczych. Zazwyczaj po takich sytuacjach zostają tylko gruzy, ale z drugiej strony – tak wyrastają dochmurne góry. – zakończył niejako pozytywnym akcentem, nieustannie porównując wszystko do pierwotnych rzeczy Natury.

Gdy człowiek delikatnie zaznaczył sukces swoich starań, by zaaranżować spotkanie Urlosa z wysoka głową Konsorcjum, morain nie omieszkał wykonać niski ukłon w wyrazie uznania i podziękowania. W obecnych czasach, gdy losy Autonomii są niepewne, dopięcie takiego spotkania nie mogło być łatwe, zwłaszcza w momencie, gdy miejsce miał zjazd szlachty, o którym wspomniał rozmówca.

Sorem mówił otwarcie o kwestiach bardzo kontrowersyjnych, ale on mógł sobie na to pozwolić z racji przynależności rasowej czy gildyjnej. Urlos natomiast nie był w tak komfortowym położeniu, więc nie mógł odwdzięczyć swobody, by cokolwiek zasugerować i odkryć swoją opinię na wymienione kwestie. W najgorszym razie mógł poruszyć konflikt między nim, a Retanem, co byłoby tragicznym rozwinięciem w sytuacji, gdzie dyplomata musiał jeszcze wyjawić postanowienie Starszyzny o pięciuset morain w mieście. Analityczny umysł czteronożnej istoty pracował na najwyższych obrotach, starając się ogarnąć wszelkie kwestie - niczym pająk plótł sieć w perfekcyjny sposób spójną i połączoną, pokrywającą idealnie cały obszar. Nic przez sieć nie mogło przemknąć, jak nic Urlosowi nie mogło umknąć. A przy tym wszystkim aparycja centaura nie mogła zdradzać nic.

Emocje sięgały wysoko, nawet jeśli sytuacja była już dosyć naturalna. Urlos złapał za kielich z winem i chwile przed wzięciem łyku, ukrycie wypuścił z płuc powietrze, by nieco się rozluźnić. W tym czasie też Sorem tłumaczył o potencjalnych knowaniach wrogów Konsorcjum.

- A co z tym? – przy okazji wspomnianych przez Retana wrogów, Urlos zapytał o kwestie zaufania względem uniesionego jednocześnie srebrnego kielichu. W ten sposób odniósł się do herbu, który przywitał go. -Chociaż możemy zostać tutaj, to wieści o nas z pewnością nie będą nam towarzyszyć. Śmiem twierdzić, że już dawno nas opuściły, a głodny wilk nigdy uszu nie opuszcza. – z lekka się uśmiechnął.

- Panie Retanie, my możemy przebywać gdziekolwiek. – rozpoczął już nieco konkretniej, uznając ten moment za dobry – W obecnych warunkach rozumiem wszelkie obawy i nie mam w związku z nimi żadnych wątpliwości. Ba! W zupełności je popieram! Musimy tylko ustalić na dniach pierwsze konkretne decyzje, a możliwości jest nieskończoność. Pierwsze myśli, które przychodzą mi do głowy to – tak jak zostało wspomniane – wyruszyć na budowę i rozpocząć pracę. Wtedy tylko po wskazaniu miejsca istnieje pytanie o materiał. Lub też możemy zostać tutaj i pomóc temu miejscu i okolicznym wsiom, co byłoby dla nas honorem. – bogato, acz spokojnie i unikając rozległych ruchów gestykulował, wzbogacając mowę – Nie stoi także nic na przeszkodzie, bym rozdzielił swych braci i siostry na grupy, wedle twych zaleceń. Jednak o ile zechcesz, bym ruszył do Wolenvain, będę musiał ze sobą zabrać szlachetnych członków ekspedycji. Czyli tych, na których mogę wiernie polegać, lecz w związku z nimi niestety wynikł pewien incydent w Alne. – Urlos wyjął z bocznych toreb już oficjalnie wiążącą umowę i przełamał pieczęć Starszyzny. Rozwinął dokument i rozłożył go na stole, palcem wskazując różnicę stacjonujących jednostek w Wolenvain. – To była jedyna zmiana, jaką Starszyzna po swym zebraniu wyznaczyła. Będąc zupełnie szczerym, mości Retanie, uważam, że to tylko korzyść dla was. To oznacza tylko tyle, że większą siłę otrzymacie do rozdysponowania. Jeśli na to przystaniecie – dokonało się.

Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3805
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

Center of the

31 lip 2016, 22:33

MG

Delikatnie prowadzona, choć konkretna, rozmowa morain z człowiekiem formalnie nie miała znamion negocjacji. Obaj mieli swoje racje, które musieli przekazać drugiemu. Po obu stronach pojawiły się pewne komplikacje rzutujące na kształt całej współpracy ludu Alne z Konsorcjum. Trzeba było je dokładnie przedyskutować, aby obie strony miały jasność w tych kwestiach.

– Jego Baronowska Mość pan Hazgar Monero jest naszym przyjacielem – powiedział Retan, zachowując zasady etykiety i przedstawiając głowę rodu o kielichu w herbie jej pełnym mianem. – To twardy człek, bo musi takim być. Jego ziemie leżą na granicy królestwa, a po tym, co zdarzyło się pięć lat temu, mało kto może tutaj spać spokojnie. Temu zaradzić mają forty, które wspólnymi siłami zbudujemy na północ stąd. – Trzeba było przyznać, że przedstawiciel Konsorcjum potrafił przedstawić temat tak, by jego rozmówca był kontent. Pan Monero nie okazywał niechęci, był po prostu twardym władcą granicy, a forty miały przysłużyć się także jemu, co jasno poświadczało, że jego przyjaźń, jeśli nie altruistyczna, to z pewnością dlań zyskowna. Po zabezpieczeniu pogranicza jego życie miało stać się dużo łatwiejsze. Poza tym, cały handel lądowy, na którym opierało się Konsorcjum, szedł przez jego włości.

– Zadziałać należy natychmiast. Jeżeli to nie problem, moi ludzie mogą wskazać morain drogę do miejsca, w którym stanąć mają umocnienia. Ziemie, o których mowa, nie należą formalnie do Autonomii Wolenvain – nadmienił dyplomata, starając się powoli wprowadzać Urlosa w zawiłości tutejszego władztwa. – Ich rządca zgodził się przysłużyć naszej sprawie. – Sposób, w jaki to powiedział, jasno świadczył o tym, jak trudne było namówienie tego osobnika do współpracy. Wyglądało na to, że Konsorcjum zostało zmuszone do działania przy jego udziale, co stawiało go na uprzywilejowanej pozycji. Mógł dyktować warunki, to jasne.

– Rokf zwany Baronem Pogranicza – wyrzekł jego miano Retan. Żadnego przyimka szlacheckiego, żadnej informacji o rodzie. Ot, twardy mąż bez błękitnej krwi, trzymający w ryzach kluczowy teren. Aż dziw brało, że nie zmiotła go żadna z potęg. Być może sam był jedną z nich. – W tych niespokojnych czasach nie tylko utrzymał silną pozycję na terenie dzielącym Autonomię i strefę wpływów Szronogórza, ale jeszcze ją wzmocnił. Jego przodkowie żyli tam od dawna, przysługując się to jednemu, to drugiemu władcy. Teraz jednak mamy pewność, że on i jego potomkowie zostaną z nami – powiedział z pełnym przekonaniem wysłannik Konsorcjum. Z pewnością ułatwił mu to fakt, że za plecami jego organizacji stało kilkanaście setek morain, którzy miali pomóc w zabezpieczeniu placu budowy nowych fortyfikacji. Na jaw wyszło, dlaczego pakt z ziomkami Urlosa był kupcom tak na rękę. Oczywistym stało się, że po czymś takim niesamowicie szczery Retan zgodzi się na wszystko. Szybko przeczytał pismo od Starszyzny Alne, nie zgłosił zastrzeżeń.

– Pięć setek morain może obozować w pobliżu stolicy tak długo, dopóki nie znajdzie się dla nich miejsce w Jaśminowym Parku – postanowił zaraz po dużym łyku wina. – Budowa świątyni, która powstanie na mocy naszej umowy potrwa, zatem sytuacja ta może ulec znacznemu przedłużeniu. Ten cenny czas wykorzystać musimy na zacieśnienie więzów między mieszkańcami Autonomii a morain – zaznaczył, po raz kolejny dając niebezpośrednio do zrozumienia, że reakcja ludności jego kraju na pojawienie się czteronożnych istot może nie być całkowicie pozytywna.

Trudno było się dziwić. Nieledwie kilka tygodni temu ludzie pierwszy raz zobaczyli morain, a teraz mieli ich gościć. Komplikacje były łatwe do przewidzenia, nie wspominając o prowokacjach wspominanych przez pana Retana. Przeciwnicy Konsorcjum z pewnością będą starali się wpłynąć na opinię możnych na temat całego przedsięwzięcia, starając się podkopać autorytet powiązanego z nimi pretendenta do tronu. Przywódcy kupieckiej organizacji musieli wiedzieć, w co wdepnęli, a mimo tego zdecydowali się na taki ruch. Gdyby wszystko poszło po ich myśli, mieliby za sobą niepojętą potęgę morain, symbol, na który niewielu ich oponentów było stać.

– Myślę, że możemy już przystąpić do działania – rzekł ostatecznie Retan, starając się uprzejmie zaznaczyć, że uważa wszelkie istotne sprawy za omówione. Okazało się, że mimo luźnego trybu, w którym prowadził rozmowę, w istocie spieszy się, aby wrócić do Wolenvain. Nagłe oderwanie go od obowiązków z pewnością nie przysłużyło się jego pozycji, a w tych czasach – bezpośrednio przed walnym zgromadzeniem szlachty kraju w jego stolicy – musiał mieć pełne ręce roboty.

Awatar użytkownika
Xariel
Posty: 927
Rejestracja: 23 mar 2013, 16:28
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 11721007
Karta Postaci: viewtopic.php?p=42135&highlight=#42135

Re: Varti

30 paź 2018, 20:05

MG

Arga spędził na swoich poszukiwaniach sporo więcej czasu niż się spodziewał. Wiele z napotkanych osób nie rozumiało, albo też nie chciało zrozumieć czego od nich chce. Przyśpieszało kroku, ignorowało go, albo mówiło coś w swoim języku.

Ork włóczył się jakiś czas po Varti, by ostatecznie wreszcie napotkać jakąś żyjącą tam rodzinę, która zgodziła się mu pomóc. Jeśli można taką sytuację nazwać zgodą. Ostatecznie nie wzięli od niego żadnych pieniędzy. Niewiele mu też zresztą pomogli, pozwolili się nieco obmyć, dali kawałek materiału, którym ostatecznie i tak nie dał rady się w sensowny sposób obandażować. Zsuwał się on co chwila ze sporego, orczego nosa. Zresztą, Arga po jakimś czasie przestał krwawić i doszedł do siebie.

Jego twarz była napuchnięta i kiedy dotykał mocniej okolic nosa czuł wyraźny ból, jednak nie sądził, że jest to coś poważnego. Najprawdopodobniej z czasem miało mu przyjść, a co najwyżej skończy z lekko krzywym nosem. Jakkolwiek królewska godność wymagała od niego odpowiedniej aparycji, to nie uważał aby był to jakiś problem. To co dużo bardziej zostało zranione, to jego godność. Czuł, że duchy przodków i bóstwa pustyni uważają, że powinien zemścić się za taką zniewagę na tym głupim człowieku.

Bardzo ciężko było mu się porozumieć z mieszkańcami Varti. Znalezienie kogoś, kto by go rozumiał okazało się trudnym zadaniem. Właściwie przez całą resztę dnia musiał posługiwać się gestami, próbując tłumaczyć o co mu chodzi i spędzając bardzo dużo czasu nawet nad prostymi rzeczami. Mimo to nie odpuszczał i używał swojego języka, licząc na to że z czasem w końcu trafi na kogoś, z kim się dogada. A potrzebował spędzić w Varti trochę czasu, przemyśleć swoje sprawy, kupić zapasy.

Czas mijał, a Arga'Nazul w końcu trafił na kogoś, z kim mógł się porozumieć. Napotkany w pobliżu karczmy nomad, zwany Asimem potrafił w bardzo nieudolny i łamany sposób porozumieć się jego językiem. Zapytany z pewnym smutkiem zdradził po naleganiach skąd go zna. Nauczony tego dialektu został przez innego orka, który już nie żył. Mężczyzny krótko i w prostych słowach opisał Ardze historię, którą ten zdołał mniej więcej zrozumieć. Asim miał zaprowadzić grupę podróżników na Pustynię, towarzyszył im wspomniany ork. W drodze napadli ich bandyci, a tamten zginął. Sam Asim nie zgodził się na dalszą podróż i postanowił wrócić, jednak grupa, która go wynajęła pozostała uparta i ruszyła dalej. Arga nie do końca zrozumiał, czy mężczyzna wrócił sam, czy też z kimś jeszcze. Jego uwagę jednak przykuła wzmianka o żółtych oczach przywódcy tejże grupy. To musiał być mężczyzna, który go zranił. Już wtedy ork wyczuł w nim coś dziwnego i niepokojącego. Czego ten ludzki odmieniec szukał wśród jego rodzimych krain? Może należałoby za nim ruszyć i dowiedzieć się tego, a przy okazji pomścić zniewagę? Przeczucia ciągnęły orka znów ku pustyni.

Awatar użytkownika
Arga'Nazul
Posty: 43
Rejestracja: 19 wrz 2012, 20:49
GG: 4052074
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2207

Re: Varti

13 lis 2018, 19:28

Pobyt w Varti był jednym z bardziej irytujących przeżyć w tym obcym dla niego świecie przyszłości. Arga nie rozumiał, jak to się stało, że nikt nie potrafił wymówić choć słowa w dystyngowanym i subtelnym języku jego rasy. Toś gdyby nie orkowie, to tutejsi nomadzi piach by gryźli, a nie miasto zakładali. Doprawdy, Arga nie mógł uwierzyć, że kiedykolwiek ujrzy taki upadek obyczajów. Gdzie się podziali orkowie z tamtych lat? Gdzie proporce z herbem jego ojca, zmierzające ku podporządkowaniu sobie ludów pustyni i złapaniu kilku dodatkowych elfów do hodowli, by ludowi mięsa nie zabrakło? Smutna odpowiedź od razu pojawiła się w głowie orka - wszystko zasypał piach pustyni.

W końcu po długich poszukiwaniach udało się Ardze odnaleźć kogoś, kto mówił w jego języku. Nazywał się Asim i był nomadem. Choć kaleczył język orkowych przodków Argi strasznie, to ten siłą woli powstrzymywał się od wszelkich komentarzy. Jeśli miał jakkolwiek wyjść z tego miasta nie mógł już tego człowieka puścić. Siedli razem koło karczmy i porozmawiali. Ponoć poprowadził grupę podróżnych udających się na pustynię. Postanowił jednak zawrócić gdy zaatakowali ich bandyci. Ork kiwnął mu głową, sam doskonale zdawał sobie sprawę jakie to mogło być samobójstwo dla tej grupki idiotów. Jednak zaintrygowały go dalsze słowa Asima. Mężczyzna przewodzący tymi głupcami miał złote oczy. Arga od razu przypomniał sobie słowa ducha pustyni i zamarł. To mogło być kolejne ogniwo łańcucha, który poszukiwał. Nie miał pojęcia, co dokładnie ten mężczyzna poszukiwał między wydmami, ale nie mógł pozwolić mu umrzeć.

- Asim, zdaje mi się, że jak na człeka jesteś uczciwy. - zaczął Arga zrywając się z miejsca. - Może i do nich nie będziesz chciał się udać, ale mam dla ciebie propozycję. Bądź moimi ustami, pomóż mi kupić zapasy i wskaż drogę do tych nieszczęśników. Wynagrodzę ci to odpowiednio.

Awatar użytkownika
Xariel
Posty: 927
Rejestracja: 23 mar 2013, 16:28
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 11721007
Karta Postaci: viewtopic.php?p=42135&highlight=#42135

Re: Varti

26 lis 2018, 14:57

MG

Po pewnych namowach Asim zgodził się pomóc Ardze. Co prawda absolutnie nie miał zamiaru sam udawać się na Pustynię, ale mógł udzielić mu nieco informacji. Człowiek ruszył razem z orkiem przez miasto, zostając jego tłumaczem i pomagając mu w zakupie czegokolwiek ten zażądał. Zarazem Asim okazał się świetnym przewodnikiem, co oszczędziło Arga'Nazulowi błądzenia po Varti.

Załatwianie sprawunków pozwoliło przy okazji poznać nieco okolicę. Miasto, choć nadal raczej nieznane i obce nie było już dla orka tak zagmatwane jak na początku. Co by nie było, Varti nie było aż takie ogromne, a w dodatku nie zostało jeszcze w pełni odbudowane po najazdach, które odbyły się lata wcześniej skrwawiając ręce roskvarskich wojów.

W gruncie rzeczy ork stwierdził, że jeśli o Varti chodzi - to nie ma w nim zbytnio co oglądać. Miejsce to zdawało mu się nieciekawe, ludzie patrzyli z dystansem, a on sam czuł się obco i nieswojo. Towarzystwo Asima było dla niego niesamowicie pomocne, jednak też wiedział że mają niedługo się rozstać.

Mężczyzna nie był tak naprawdę w stanie udzielić dokładnych informacji na temat tego gdzie Infi przebywa. Opisał drogę przez trakt, zapewniając że niewątpliwie miejsce starcia, które odbyli z bandytami będzie trudne do przeoczenia. A później... Później pustynia. Nie sposób było opisać drogi przez Pustynię Śmierci. Przez wiatr, słońce i piaski. Jeśli Arga chciał odnaleźć drużynę, która na nią wyruszyła musiał zrobić to sam, na własną rękę.

Asim odprowadził orka na brzeg miasta i pożegnał go kilkoma słowami. Arga'Nazul był jako tako przygotowany do tego, aby znów wyruszyć na pustynię. Była dla niego domem i miejscem, które znał. Nie obawiał się jej w takim stopniu, co wielu innych, którzy w tamtą stronę wyruszali. Mimo wszystko nie mógł zaprzeczyć, że myśl poszukiwania tego dziwnego człowieka o złotych oczach wzbudzała jakąś dozę niepokoju. Było w tym wszystkim coś nadzwyczajnego. Jeśli chciał ich szukać pora była wyruszać. Jak najszybciej, im bardziej się oddalą, tym mniejsza szansa będzie, że kiedykolwiek ich odnajdzie.

Wróć do „Autonomia Wolenvain”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 20 użytkowników online :: 0 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 20 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika
Liczba postów: 52247
Liczba tematów: 2978
Liczba użytkowników: 1050
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Landis
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.