Wieś Mirran Toilt

Najważniejszy obszar, na którym toczy się gra. Autonomia to zamieszkane głównie przez ludzi państwo podzielone na pięć prowincji ze stolicami w Wolenvain, Derinie, Morinhtarze, Minaloit i Aparilume. Czytaj więcej…
Awatar użytkownika
Breiva
Posty: 264
Rejestracja: 03 gru 2012, 14:18
GG: 37377517
Karta Postaci: viewtopic.php?p=37917#37917

Wieś Mirran Toilt

02 lut 2013, 17:19

Gdzie leży? A, cholera, tam! Idź pan z Derinu traktem Iquańskim, po lewej ręce mając jezioro, a na pewno pan w przeciągu dnia marszu trafisz! Właśnie tam znajduje się Mirran Toilt. Pytasz, co to znaczy? Dzisiaj już chyba tylko najstarsze baby wioskowe pamiętają, a wiedzą ową dzielą się nader niechętnie. Ostatnimi czasy zaś coraz częściej słyszy się wyszeptane ukradkiem, całkiem nowe nazwy.
Skupmy się na samej wiosce. Gdy od utwardzonego, solidnego traktu odbije w prawo kamienista, węższa droga, wiesz już, że zawiedzie cię ona do celu. Nie zdążysz modlitw kilku zmówić na grzbiecie konia, a już ujrzysz pierwsze zabudowania. Droga, która cię tu przywiodła, staje się zarazem główną ulicą wsi, z rozrzuconymi na obie strony chałupami. Skromnie, ale czysto. Dachy kryte strzechą rzadko kiedy przeciekają, większość domów to solidne, podmurowane chaty. Wieś dorobiła się nawet własnej karczmy, stojącej dumnie w samym centrum. To właśnie w niej gromadzi się kulturalne życie wioski, nieopodal swoją siedzibę ma sołtys, niedaleko także znajduje się kapliczka poświęcona Lorven. Mieszkańcy żyją głównie z roli i hodowli bydła, toteż nie powinny zdziwić cię wszelkiego rodzaju pienia, pomruki, porykiwania i muczenie.
Zaskoczy cię natomiast jedno – niemal zupełny brak psów. W miejscu, gdzie winny szczekać od białego rana do najczarniejszej nocy, ciężko uświadczyć choć jednego przyjaciela człowieka.
Dotychczas była to spokojna wieś pełna uczciwych ludzi, utrzymujących się z pracy własnych rąk. No, może niekoniecznie rąk, bowiem w cieniu karczmy przemyka kilka względnie czystych i równie względnie zadbanych ladacznic. Na szczęście karczmarz uważa, że matką zysku jest szeroki wachlarz usług, toteż za niewielką opłatą nawet użycza dziewczętom wysprzątanych pokoi na pięterku.
Wczesną jesienią odbywają się dożynki dziękczynne, podczas których wieśniacy dziękują dobrym bogom za obfite plony oraz szczęśliwe i spokojne życie. O, człowieku, piękne to święto, gdy dziewczynki w białych giezłach tańczą, przystrojone w kwiaty, a z karczmy wynosi się ławy pełne jadła i napitku!
Szczęśliwie i spokojnie. A przynajmniej tak właśnie było, nim wioskę nawiedził po raz pierwszy Potwór. Od tej pory ludzie żyją w lęku, rzadko kiedy wychodzą z domu, gdy już wypełnią swoje codzienne obowiązki. Nocą wieś staje się pusta, ciemna i głucha. Strach nawet łuczywo zapalać, bo nie wiadomo, kiedy nadejdzie Potwór ze swoim stadem. Od tej pory coraz mniej jest śmiechu, a coraz więcej pogrzebów na małym cmentarzyku przy zachodnim skraju wioski.
W południowej części znajduje się ocembrowana studnia, nad którą pieczę sprawuje sam sołtys. Jest to jedyne źródło wody pitnej w wiosce, toteż surowe kary czekają każdego, kto ośmieli się zanieczyścić ujęcie.
Droga prowadząca od traktu jest zarazem i jedynym sposobem dostania się do wioski (chyba że cię napadnie fantazja, by konno lub pieszo brnąć przez wertepy). Ciężko będzie także wyjechać inną drogą, niż się przybyło – od strony północnej gęsta zabudowa wręcz uniemożliwia ten manewr. Wieś otaczają pola uprawne i pastwiska, a ludzie zwykli ze swoimi towarami wyjeżdżać na targ do Derinu. Wioska dodatkowo leży w pobliżu jednego z dużych traktów, toteż da się czasem natknąć na podróżnych wszelkiej maści. Zwykle zatrzymują się w karczmie, zażywając odpoczynku, a potem jadą w cholerę dalej, nie zakłócając spokoju Mirran Toilt.
Obecnie ta lokacja jest pusta.
Awatar użytkownika
Leonard
Posty: 189
Rejestracja: 24 wrz 2012, 16:18
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2214

15 mar 2013, 18:50

Zbliżali się już do wsi. Późna pora i brak światła dziennego przestały sprawiać problem zastąpione Aurorą. Konie potrzebowały odpoczynku. On sam również. Z jednym okiem otwartym twardo powoził w stronę wsi.

-Wydaje mi się że wszelkie próby gwałtu na naszej dziecince skończyły się dość mizernie. Można by powiedzieć, że ludzie którzy tego próbowali mieli słomiany zapał. Albo nie potrafili przyjąć tego na zimno. Cóż Aurora radzi sobie, gdy wpada pod krzyżowy ogień. A ci mężczyźni dolali jedynie oliwy do ognia. Nikt jeszcze jej nie zabił, bo daleka woda ognia nie gasi… MÓWCIE DO MNIE BO ZASNĘ! – Znów przyłapał się na oglądaniu powiek.

Wóz docierał do miejsca, które przypominało karczmę. Pachniało karczmą przynajmniej. Wystarczy gdzieś zaparkować. Nakierował wóz na szopę mogącą służyć za postój dorożek. Oczywiście, równie dobrze mogła to być zwykła szopa, pełna trupów zbyt wymagających gości karczmy. Zeskoczył sennie walcząc o doprowadzenie się do pionu, strzelił sobie plaskacza w twarz. Zamiast pomóc bolała go jedynie twarz. Na wpół przymkniętymi oczami związał lejce w węzeł na drzwiach wejściowych uniemożliwiając wejście do szopy. Prawdziwy marynarski Obrońca Cnoty. Mocny jak zamek, z tą różnicą, że zamek da się wyłamać. Spojrzał po towarzyszach. Ci najmniej wytrwali spali już od wyjazdu z karczmy.
-Marvin, co z nimi robimy? Nie mam ochoty ich targać ze sobą ani płacić za ich nocleg. Przykryjmy ich kołdrą, może nikt nie zobaczy. – Wyziewał.
Poczłapał w stronę karczmy potykając się o własne nogi i nie oglądając się gdzie stąpa zabrał ze sobą piękny krowi placek, który przyczepił się do nogi. Zatrzymał się i spojrzał na sandał z politowaniem i odrazą. Żadne przeciwności nie staną mu na drodze! Zrobił energiczny wymach nogą na wszystkie strony. Znaczna część lepkiej papki poleciała na wszystkie strony, trafiając w wóz, Terisa, konie, ściany karczmy, okna karczmy, szopę, ściany sąsiednich budynków i okna sąsiednich budynków. Wciąż jednak ten mały defekt niszczył symetrię jego obuwia. Mamrocząc do siebie niezrozumiałe przekleństwa powtórzył czynność. Umazany gównem sandał trafił w drzwi oberży z plaskiem. Przykleił się do nich i począł powoli zsuwać pod wpływem podszeptów siły przyciągania, a raczej gniewnym spojrzeniem grajka. Gdy Wyklęty Kapeć odbył ostateczną podróż ku samozagładzie. Otrzeźwiony lekko Leonard sprężystym, pół bosym krokiem skierował się do przybytku. Podniósł nieszczęsny fragment ubioru dolnego. Prawie czysty. O ile jakakolwiek własność brodacza może być czysta. Następstwem pozbycia się resztek krowiej kupy, było uporczywe walenie sandałem o drzwi karczmy. Po trwało to chwilę, aż otworzył mu łysy wąsacz w piżamie.

Nie śpimy królu złoty, jest robota! Klienci przybyli. – Powiedział trzymając w dłoni śmierdzące ochłapy buta.
Awatar użytkownika
Aurora
Posty: 44
Rejestracja: 06 sty 2013, 00:23
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2536

16 mar 2013, 18:09

Powoli zaczynała się wiosna, jednak noce wciąż były zimne, co wyraźnie doskwierało Aurorze. Długotrwały brak dostępu do światłą słonecznego, który był nocą, powodował, iż blask i ciepło rozchodzące się od dziewczyny było znacznie słabsze. Siedziała skulona w pozycji embrionalnej, jej głowa co chwila opadała w dół i wyraźnie było widać, iż z trudem utrzymuje ona przytomność. Potrzebowała ciepła i światła, czyli ognia.

Mimo iż po raz pierwszy widziała tak liczne i duże konstrukcje wykonane z drewna, nie mogła się na nich skupić. Była zmęczona, lecz nie mogła sobie jeszcze pozwolić na sen. Nie w takim miejscu. W powietrzu unosiło się coś, co bardzo ją niepokoiło. Ich wóz po chwili się zatrzymał a Leonard po krótkiej krzątaninie zapukał do budynku większego do reszty, którego drzwi otworzył łysy jegomość. Wyczuwała, jak zza jego pleców dochodzi przyjemne ciepło, którego tak bardzo pragnęła.

Niemrawo zeszła z wozu, powolnym krokiem idąc w stronę Leonarda oraz łysego. Chęć ogrzania się i odpoczynku była znacznie silniejsza niż strach wywołany pojawieniem się nieznajomego, przez co nieustannie szła przed siebie, tylko po to, by zatrzymać się tuż przy brodaczu. Coś wewnątrz podpowiadało jej, aby jeszcze nie mijać obcego. Schowana za Leonardem, czekała na moment, w którym będzie mogła w pełni zregenerować swoje siły.

Trovsvarg
Posty: 130
Rejestracja: 14 sty 2013, 17:56
Lokalizacja postaci: Gród rodu Rastara
GG: 8010618
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2465

16 mar 2013, 21:01

Złowieszcza kompanija, składająca się ze śpiącego staruszka Leonarda, płonącej Aurory, Pogromcy Kół Kalena, boskiego wysłannika Terisa, dziwnego Marvina i na wpół-zakochanego Trova właśnie zajeżdżała do wsi Mirran Toilt. Wszyscy byli koszmarnie zmęczeni, Leonardowi nawet zdarzało się wpadać w pół-sen, jak to skrzętnie zauważył Trov. On też, nawiasem mówiąc, nie był w najlepszej kondycji. Umysł wciąż zaprzątały mu myśli o Aurorze, jednak teraz przeszły w nieco inną rzeczywistość. Obecnie zastanawiał się, czy Aurora nie będzie dla nich stanowić przypadkiem niebezpieczeństwa. Kto wie, być może ta otoczka niewinności to tylko prosta zmyłka? Może Aurora, gdy tylko położą się spać pozabija ich bez mrugnięcia okiem? A może spali ich żywcem? Brrr…. Trov zdecydowanie nie chciał być aż tak gorącym facetem. Zdecydowanie wystarczyła mu jego dotychczasowa temperatura ciała.

Z takimi myślami Trov, jadąc na swoim pięknym koniu, wjechał razem z towarzyszami do wsi. Mirran Toilt zupełnie niczym się nie wyróżniała. Wieś, jak wieś – kilkanaście drewnianych domów po obu stronach drogi, parę było nawet podmurowanych. Zapewne musiały być to jakieś ważniejsze budynki, jak świątynia, czy dom sołtysa. Albo innego zgreda, co rządził i dzielił tym odludziem. W centrum wioski stała karczma. Nie była ona, co prawda, rozmiarów prawdziwych miejskich karczm, ale najpewniej można było tam znaleźć piwo, jedzenie i panienki na noc.
Trov myślał, że właśnie tam się wszyscy wybiorą, ale ich Duchowy Przywódca Wyprawy zadecydował inaczej. Wybrał zwykłą stodołę. Cóż… dobrze, że nie kazał im spać na gołej ziemi, pod rozgwieżdżonym niebem. Ale tym razem Trov się pomylił – stary piernik kazał im zostawić tam tylko konie. Czyli będą spali w karczmie. To wyraźnie rozluźniło Trova. Oddał Ikvmę jakiemuś stajennemu, który krzątał się w pobliżu, zaznaczając żeby o niego dbał jak o królewskiego konia i nie karmił byle czym, a on mu za to rano wręczy dobrą zapłatę. Następnie skierował swój wzrok na Leonarda, który szedł do karczmy. Był widocznie strasznie śpiący, gdyż po drodze zgubił buta. Na szczęście zaraz go znalazł i zapukał do drzwi karczmy. Aurora stanęła tuż koło Leonarda, widocznie bojąc się wszystkiego, co ją otaczało.
W tym momencie Trova jednak przeszedł okropny ból w klatce piersiowej. Nie miał bladego pojęcia, co to mogło być, ale w jego głowie coś mu podpowiadało, że było to związane z Aurorą. Mimo niewinności tego stworzenia i niezwykłego piękna jakim była obdarzona, Trov czuł się zagrożony, jak małe dziecko na niebezpieczniej ulicy po zmroku.
Postanowił pogadać o tym z Leonardem. Na razie jednak musieli zostać wpuszczeni do środka.
Awatar użytkownika
Teris
Posty: 19
Rejestracja: 23 paź 2012, 19:03
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2289

19 mar 2013, 20:24

Przeciwności losu utrzymywały Terisa na ziemi ostatecznie przyczyniając się do utraty przez niego przytomności. Mankamenty takie jak kilka siniaków są rekompensowane brakiem wynudzenia się w trakcie podróży oraz wyspaniem. Po rozłączeniu powiek może się tylko zastanawiać co w wozie robi płonąca dziewczyna. Nie zdążył jeszcze przyjąć jej obecności do świadomości, więc gdy się ruszyła przeląkł się i znieruchomiał. Przeczekał tak aż potencjalne zagrożenie opuściło wóz.
Skrzydlaty posiedzi jeszcze. Zbierze siły i rozejrzy się trochę, gdyż trafił do zupełnie nowego miejsca. Chatki, miejscowa, karczma, pola; na pierwszy rzut oka wieś jak wieś. Ale kto wie…? No któż by inny jak nie słynny grajek, wyznawca Lorven Leonard, którego obecnie w wozie nie ma? Rozmawiał już z jakimś chłopem. Poza tym miał tuż za sobą chodzący płomień. Zdaje się, iż jest to nowy członek ich drużyny.
Nadszedł czas by rozprostować kości. Po zejściu z wozu przejdzie się Teris wokół niego wolnym krokiem jedno okrążenie, po czym dołączy do Leonarda. On zapewne po rozmowie z tutejszym powinien coś ustalić lub czegoś się dowiedzieć.
Awatar użytkownika
Breiva
Posty: 264
Rejestracja: 03 gru 2012, 14:18
GG: 37377517
Karta Postaci: viewtopic.php?p=37917#37917

20 mar 2013, 00:01

MG

Naprawdę należało mieć wszelkie podstawy do żywienia wątpliwości, czy rozklekotany wóz Leonarda przeżyje morderczą przeprawę. Tym bardziej należało trwać w cichym podziwie, albowiem dojechali. Mniej więcej w jednym, fragmentarycznie płonącym kawałku. Marvin zeskoczył jako pierwszy z wozu i przyglądał się, jak Leonard przywiązuje konie. Zupełnie tak, jakby Franklin i Jebany Grubas chcieli uciec.
Z oczu koni wyzierał brak zainteresowania czymkolwiek. Z oczu Marvina zaś wyzierało wyraźne zainteresowanie osobą lubo nieprzytomnego Terisa. Zamrugał szybko i oderwał wzrok, kątem oka zauważając, jak Leonard czyni spustoszenie na własnej twarzy.
– Zostawmy – mruknął. – Jak trochę zmarzną, to nic im nie będzie.
Przezornie odsunął się, gdy nieustraszony pogromca klątwy wdepnął w krowi placek. Prawie przeoczył przy tym gwałtowne łupnięcie, jakby nagle jakieś drzwi z impetem trzasnęły o framugę. Obejrzał się przez ramię, zauważywszy przy okazji, że Teris wstał.
– Zaczekaj! – rzucił zdławionym szeptem i niemalże skoczył w jego kierunku, podtrzymując melfa w pasie. – Dobrze się czujesz? Dasz radę usta…?
Przerwał, bo dokładnie w tym momencie Leonard załomotał do drzwi i wydarł się, bredząc coś o królach złotych pod adresem karczmarza. Zmarszczył brwi. Coś nie pasowało. Coś zdecydowanie nie pasowało…
– Leonard – powiedział bardzo cicho, wsłuchując się w głuchą, nienaturalną wręcz ciszę. – Słyszysz coś dziwnego?
Bo zielarz słyszał.
Albo, żeby być szczerym – nie słyszał kompletnie niczego.
– Psy – wyszeptał, czując nagle dreszcz zimna na plecach. O tyle dziwny, że tuż przy sobie miał Aurorę. Jej pełgające płomienie rzucały rozedrgany cień na niemiłosiernie brudną ścianę karczmy. Ktoś w środku tłukł się i złorzeczył, ale jakoś tak półgłosem. – Słyszycie? Tu nie ma psów… Żadnych…
– Czego, psie krwie?!
Drzwi gwałtownie odskoczyły, ledwo zdołał odsunąć się, jedną ręką ciągnąc Terisa, a drugą Aurorę. Dziewczyna zdecydowanie przydawała się – karczmarz dzierżący kuszę aż stanął w miejscu z głupio rozdziawioną buzią, wpatrzony w jej oświetlone pełgającym, pomarańczowym płomieniem piersi. Drobne, małe, jędrne i sterczące jak dwa dziady proszalne pod drzwiami jadłodajni. Wzrok karczmarza zjechał niżej i utkwił gdzieś pomiędzy szczupłymi udami, a podbrzuszem łysym jak naga skała.
– Szukamy noclegu, jesteśmy wykwalifikowanym oddziałem dobrej pani Lorven! – wyrzucił z siebie na jednym tchu Marvin. Złapał Leonarda za brodę i wypchnął do przodu. – Ten oto dzielny mąż wyraził chęć zwalczenia gnębiącej was klątwy! Opuść, człowieku, broń!
Uniósł obie ręce, bo karczmarz zmrużył nalane, ale przytomne oczy i uniósł wyżej kuszę. Był od Marvina wyższy co najmniej pół głowy, a w barach szerszy dwa razy. Zdawał się wypełniać drzwi samym sobą tak ściśle, że nie byłoby jak bełtu kuszy wcisnąć.
Zrobiło się cicho.
Bardzo cicho.
Aż do pierwszego wrzasku.
– TATKO! – krzyczała jakaś kobieta już z daleka, goniąc wzdłuż wioski. Brudną suknię zakasała w ręce, ukazując gołe stopy. Włosy miała rozwiane, a policzki zarazem blade i ceglaste. – Tatko, źle z nim! Chodźcie! Krwią się oblał! Wodą żem obmyła, to spazmów dostał! Za co bogowie pokarali?!
Karczmarz zaklął i, wciąż dzierżąc kuszę, wypadł z domu, sapiąc i dysząc ciężko. Marvin zagryzł wargę. Z chaotycznej opowieści kobiety wynikało, że ktoś najwyraźniej jest chory i chyba umiera…
– Idę za nim – mruknął cicho, zaczynając się powoli jąkać. – J…jestem l…leka-aarzem… Muszę. – Puścił Terisa, którego ukradkiem wciąż obłapiał i ruszył nieco chwiejnym biegiem, poprawiając trzymającą się na słowo honoru torbę.
Kalen zaś, błogo nieprzytomny, postanowił czekać świtu w czułych objęciach wozu, skazany na łaskę lub niełaskę pozostałej czwórki. Skoro byli już na miejscu, mogli zrobić, co chcieli. Ograbić go, zabić, albo też pobiec za karczmarzem i dowiedzieć się, o co, do ciężkiej cholery, chodziło.
Decyzja należała już tylko do nich.
[/oldsize]


Jeśli chcecie robić coś z Kalenem, proszę uprzejmie. Będzie miał potem 48 godzin na reakcję, nie zareaguje, to arrivederci.
Awatar użytkownika
Leonard
Posty: 189
Rejestracja: 24 wrz 2012, 16:18
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2214

20 mar 2013, 11:30

Gospodarz ruszył w stronę umierającej osoby zostawiając karczmę bez opieki. W środku zapewne było ciepło, beczki wypełnione winem a kocioł pełen polewki. A wszystko za darmo do czasu aż wielki dziadyga wróci. Kuszące. Zaprawdę nierozsądnie jest zostawiać karczmę bez opieki, skoro po okolicy grasuje potwór. W sumie, mógłby zwalić wszystko na potwora. Opróżnił beczki z piwem wylał kocioł rozwalił kilka stołów i zostawił by bezbronnego pijanego grajka na ziemi w otoczeniu własnych rzygowin. Klątwa to klątwa, spustoszenie sieje, grajków upija. Wystarczy zostawić otwarte drzwi.

A co z umierającym człekiem? Leonard nie był lekarzem, jego umiejętności medyczne były ściśle związane ze znieczulaniem alkoholem. Jedynie to potrafił zrobić dla biednego pacjenta. Cóż, może się przyda, a jeśli nie, to kufel się nie zmarnuje.

-Zaraz do was dołączę! – Zawołał i zanurkował w karczmie. Pośpiesznie ruszył na zaplecze szukając czegoś w co mógłby wlać zawartość beczek. Kufel nie wchodził w grę. Za mały. Przewracał szafki, starając się nie tłuc talerzy. Znalazł! Idealny, opalony garnek z przykrywką i długą rączką. Wylał wątpliwą zawartość za okno, postawił pojemnik pod beczką i począł napełniać go trunkiem leniwie cieknącym z kraniku. Odszedł w poszukiwania kawałka materiału , który utrwali połączenie garnek-pokrywka. Krzątał się po kuchni jak kociak w kąpieli. Wszystko zależało od niego. Jedynie solidy gar piwa, uśmierzy ból i pozwoli odejść godnie. Zarzygany, w kałuży krwi, lecz mimo to błogo pijany. Szmata do podłogi! Obwąchał i skrzywił się z niesmakiem. Szmata do naczyń! Niepewnie zbliżył nos to tkaniny. Odetchnął z ulgą. Garnek wypełnił się do trzech czwartych. Tyle musiało wystarczyć. Zakręcił kran, przykrył naczynie służące do napełniania cieczy i traktowania jej wysoką temperaturą i mocując się chwilę obwiązał wokół naczynia szmatę.

Wybiegł z karczmy, jakoby go sam Eskar gonił i wskoczył na wóz balansując z prowizoryczną menażką w ręku. Była ciężka, jak ki buzdygan. Gdyby ktoś nieostrożny postanowił sprawdzić odporność swojej głowy na zgubne skutki alkoholu, skończyłby nieprzytomny z wielką śliwą na czole.

Ich niedoszły łowca wciąż intensywnie spał pogrążony w świecie cycków, mordów, jadła i dup. Taką przynajmniej miał minę. Grajek szturchnął go nogą dla pewności i zdał sobie sprawę, że zostawił swój sandał gdzieś w karczmie. Nie było jednak na to czasu. Wyszarpał z pochwy pół-nieboszczyka miecz i rzucił go w stronę Terisa. Drugi zachował dla siebie. Lepiej być przygotowanym na atak prawdziwego potwora. Przez chwilę rozmyślał nad zostawieniem lutni w wozie. Pamiętał jak skończyło się to ostatnim razem.
-Wolisz miecz czy łuk skrzydlaty przyjacielu? Czym chata bogata, ja stawiam. – Zeskoczył z wozu w jednym ręku dzierżąc miecz, a w drugim garnek. Lutnia została jednak na plecach. Nie mógł się z nią rozstać.

-Odsiecz nadciąga! Za mną towarzysze! Na pohybel! – Wydarł się i popędził w kierunku, w którym biegł Marvin.
Awatar użytkownika
Aurora
Posty: 44
Rejestracja: 06 sty 2013, 00:23
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2536

23 mar 2013, 18:24

Nie minęło wiele czasu, gdy naokoło Aurory znów zapanował chaos. Pojawienie się krzyczącej kobiety spowodowało niewyobrażalny dla płomiennej istoty zamęt. Łysy mężczyzna pobiegł w jej stronę, to samo uczynił też jasnowłosy po kilku wyjąkanych słowach. Bez reakcji nie pozostał także Leonard, który prędko wskoczył na wóz i zabrał oręż ich nieprzytomnego kompana. Krzyki, bieganina, szamotanie się. To wszystko umykało uwadze Aurory. Teraz jej jedynym celem było znalezienie źródła energii.

Krzycząca kobieta sprawiła jedną bardzo znaczącą rzecz dla Aurory – odejście łysego mężczyzny, co sprawiło, iż mogła bez problemu dostać się do karczmy. Była już niezwykle zmęczona, gdy weszła do środka. Pomieszczenie było ciepłe i przytulne, wypełnione drewnianymi konstrukcjami – czymś, co dziewczyna widziała po raz pierwszy. Ale to się nie liczyło. Ogień. Nieduże płomyki na ścianach i jeden większy w drugim pomieszczeniu. Sam ich widok i obecność dodawał jej sił. Ale to nie wystarczyło. Szła powoli, przechodząc obok każdej pochodni. Gdy tylko znajdowała się blisko jednej z nich, ogień wykonywał króciutki taniec, po czym w postaci długiej, cienkiej wstęgi wpływał przez usta Aurory do wnętrza jej ciała. Każda skonsumowana pochodnia powodowała, iż mała istotka świeciła coraz jaśniej.

Gdy jedynym źródłem światła w pomieszczeniu została Aurora, przeniosła się ona do tylnego pokoju, w którym płonęło kuchenne palenisko. Było znacznie większe i jaśniejsze niż pochodnie, co znaczyło, iż dostarczy jej znacznie więcej energii. Lekko się pochyliła i wyciągnęła ręce w stronę ognia, który po chwili, tak jak i pochodnie, zaczął szybko wpływać do jej ciała przez otwarte usta. Kilka chwil później palenisko zgasło, a Aurora nie odczuwała już wcześniejszego zmęczenia. Wróciła z powrotem do głównego pomieszczenia i zadowolona z siebie położyła się na samym środku, wpatrując się w sufit.

Rozmyślała nad tym wszystkim co spotkało ją w tam krótkim okresie czasu. Poznała inne istoty, oddaliła się o wiele dni drogi od miejsca swoich narodzin i trafiła do tego dziwnego miejsca, którym była zwykła osada. Czuła, że nadchodzące wydarzenia przyniosą jej jeszcze więcej doświadczeń, zarówno dobrych, jak i tych przerażających. Teraz nie pozostawało jej nic innego niż odpoczywać i oczekiwać, co przyniesie los.

Trovsvarg
Posty: 130
Rejestracja: 14 sty 2013, 17:56
Lokalizacja postaci: Gród rodu Rastara
GG: 8010618
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2465

23 mar 2013, 19:36

Trov powolnym krokiem stanął w niewielkiej odległości za całą grupą, jednak wciąż na tyle bliskiej, aby móc przysłuchiwać się rozmowie. Nagle, zupełnie niespodziewanie, przebiegł mu po karku zimny dreszcz. Było to o tyle zadziwiające, że przecież stał koło nich żywy słup ognia. Trov był wtedy praktycznie pewien, że spowodowała to Aurora, której obawiał się od pewnego czasu. Teraz to wrażenie zostało spotęgowane i na dodatek Trov doszedł do wniosku, że Aurora musi być wyjątkowo sprytna. Przecież nikt nie pomyśli, że uczucie zimna może spowodować ogień – to zaprzeczałoby prawom logiki.

– Sprytnaś, słoneczko. Ale nie ze mną te numery – mruknął

Niedługo potem wybuchło zamieszanie spowodowane przez jakąś kobietę, która krzyczała o umierającym.
W międzyczasie Leonard wraz z Marvinem pobiegli w kierunku wozu, prawdopodobnie w poszukiwaniu jakiegoś sprzętu. Nie to jednak zajmowało teraz Trova. Zauważył on, że Aurora – korzystając pewnie z nieuwagi towarzyszy – wkroczyła do karczmy w jakiś nieokreślonym celu. Trov rozglądnął się naokoło, zastanawiając się, czy pomóc towarzyszom przy wozie, czy też biec do umierającego. Ale obie opcje spłonęły na panewce. Nie chciało mu się za bardzo biec w stronę towarzyszy, bo wychodził z założenia, że przecież i tak im nie pomoże przy szukaniu czegokolwiek. Nie pobiegnie też do chorego, gdyż na medycynie znał się tak, jak żmija na gotowaniu dobrej polewki.

– Ehh… – westchnął. Wystarczyło, że tylko pomyślał o jedzeniu, a jego kiszki zaczęły grać już marsza. Tym razem chyba żałobnego, bo dodatkowo ściskało go coś w środku. – Chyba wejdę do środka.[/color] – powiedział cicho. – Pewnie mają tam coś dobrego do jedzenia.



Jak powiedział tak zrobił. Po krótkiej chwili namysłu, powolnym krokiem wszedł do karczmy i doznał takiego szoku, że o mało się nie przewrócił.

- Omgv drof evg kvyynarr! – zaklął głośno w języku krasnoludów, ale to co widział kompletnie zbiło go z tropu.

Aurora dosłownie wchłaniała w siebie każdy płomyczek świecy i w pomieszczeniu robiło się coraz ciemniej. Następnie podeszła do paleniska i w ciągu jednej chwili wyssała z niego calusieńki ogień i żar. Teraz, nie dość, że zrobiło się zimo jak w psiarni – było tutaj cholernie ciemno. Jedynym źródłem światła była tylko Aurora. Trov postanowił, że nie będzie tego więcej tolerować. Wyciągnął Higva i, wciąż z mieczem w ręku, krzyknął w stronę Aurory.

- Co ty robisz idiotko?! – krzyknął. - Czemu zabrałaś całe światło i ciepło? Zwariowałaś? – zapytał w złości. – My – ludzie – potrzebujemy tego do życia! Nie możesz wejść i zabrać sobie każdego płomyczka. Oddawaj!

Trov nie był pewien, czy Aurora cokolwiek zrozumiała, ale miał nadzieję, że ją choć odrobinę przestraszył. Musiał poczekać na resztę towarzyszy. Niech oni osądzą, co będzie trzeba zrobić z Aurorą.
Awatar użytkownika
Breiva
Posty: 264
Rejestracja: 03 gru 2012, 14:18
GG: 37377517
Karta Postaci: viewtopic.php?p=37917#37917

24 mar 2013, 11:24

MG


Marvin z wdzięczności omal się nie potknął. Torba zaplątała mu się w nogi i zapewne runąłby jak długi, gdyby nie pomocne ramię sadzącego obok tęgimi susami Leonarda. Bard wytrzasnął jakimś cudem z karczmy garniec pełen bliżej nieokreślonej, chlupoczącej cieczy, pewnie piwa.
– Alkohol? – wydyszał Marvin, podtrzymując swoją torbę, która definitywnie postanowiła odpaść podczas szaleńczego biegu. Biegł śmiesznie, daleko wyciągając długie, szczupłe nogi. Jak bocian. Z tyłu drobił lekkimi kroczkami zdumiony Teris, który chyba nawet nie zarejestrował faktu, że się porusza i to z bronią w ręku.
Marvin co prawda nie dostał odpowiedzi, ale za to poczuł charakterystyczną woń. Skinął głową.
– Dobrze! – krzyknął. – Będzie do odkażania… czy coś!
Odkażania… chyba duszy samego medyka, bo Marvin pojęcia nie miał, co mogło się stać. Plucie krwią? Może odma? Paskudnik…? Nie, na to krowy chorują. A może? Szlag wie!
– Szybciej! – wrzasnął, pochylając się do przodu i sunąc niemalże lotem ślizgowym. I tak nie mieli szans zrównać się z karczmarzem, którymi mimo obijającego się o kolana sadła pędził, jakby za plecami miał sforę psów.
Może i tak było.
W końcu wieś Mirran Toilt była przeklęta. A ich zadaniem teraz było odkryć, czym tak dokładnie jest ta klątwa.
Może…
Marvin, rażony myślą, aż zatrzymał się w pół kroku, tak że Teris zatrzymał się dopiero na jego plecach. Blondyn dyszał, jasne włosy przykleiły mu się do twarzy.
– A może… – wycharczał. – Za… zaraza?

***

Nie mieli szans. Choćby naprawdę chcieli, choćby dusze w zastaw posłali – nie mieli szans dogonić karczmarza. Wpadli do chaty ze sporym opóźnieniem, w drzwiach zderzywszy się z jakąś niewiastą, która właśnie wynosiła miskę.
Miedzianą. Pełną wody różowej od krwi.
Nie zdążyła nawet zareagować, Marvin odepchnął ją, wrzeszcząc, że jest medykiem. Wpadli do pogrążonej w mroku izby, po drodze potrącając jakąś przysadzistą niewiastę, która wyła wniebogłosy, drąc sobie włosy z głowy.
– A mówiłam, urok odczynić! Odczynić! Złe odgonić! – lamentowała. – Dziecię moje! Urok odczynić, mówiłam…!
– Zawrzyj no pysk – mruknęła jakaś stara kobieta w czepku, klęcząca obok posłania. – I przynieś jeszcze ciepłej wody.
Marvin zjechał wzrokiem z jej twarzy w dół, na…
Syknął.
Chory był młodym mężczyzną. Chyba. Blady jak trup wyłowiony z solanki, z twarzą zroszoną potem. Tęczówki uciekły mu pod powieki. Błyskał teraz białkami, w których siateczki drobnych żyłek przypominały czerwone dorzecza wepchnięte w głąb białego lądu,
Dygotał.
– Odwróć go, kobieto – szepnął Marvin, samemu przyklękając i pomagając jej przewrócić mężczyznę na bok, by nie udławił się pianą na ustach. Śmierdziało wymiocinami i krwią. – I przynieście pochodnię.
– Nie, panie. Żadnego światła.
– Dlaczego?
– Strasznie się rzuca. Jesteście medykiem?
Marvin zagryzł wargi. Na dobrą sprawę, teraz to nie miało już kompletnie żadnego znaczenia.
– Leonard, wóda – zakomendował cicho i wyciągnął rękę po garniec. Nie, żeby miało to pomóc w jakiś sposób choremu. Po prostu Marvin czuł, że strasznie, cholernie, ale to cholernie musi się napić.
Bo choremu już pomóc się raczej nie da.
– Jestem – szepnął. – Ale to już nie ma znaczenia.
Zanim skończył to mówić, mężczyzna był już martwy.

***

Tymczasem Trovsvarg i Aurora, zamiast dołączyć do szaleńczej kanonady, zostali w opustoszałej, zdaje się, karczmie. Żywiołaczka bez żadnego skrępowania zaczęła wysysać każde źródło ognia, jakie tylko napotkała. Roskvarowi się to najwyraźniej bardzo nie spodobało. Tak bardzo, że aż poczuł się w obowiązku skakać z mieczem do oczu.
Aurora leżała na podłodze, więc, gdyby tak się uprzeć, mężczyzna był w idealnej pozycji do ciosu. Prosty sztych w szyję, przebić krtań, albo serce… Pod warunkiem, że w ten właśnie sposób da się zabić żywiołaka. Dziewczyna chyba wyczuła niebezpieczeństwo, bo instynktownie buchnęła silniejszym płomieniem, z sykiem rozsiewając wokół siebie iskry.
– Poniechajcie – usłyszeli cichy, skrzypiący głos. – Poniechajcie, dzieci.
Gdyby Trovsvarg odwrócił się na pięcie, zauważyłby niziutką staruszkę, zasuszoną jak śliwka. Miała na głowie miotłę brudnobiałych, rozczochranych włosów, a na sobie brunatną, wyraźnie męską jopulę. Nic dziwnego, że nie zauważyli jej do tej pory, skrywała się w cieniu kuchni karczemnej, w spokoju łuskając groch. Nie zauważył jej też Leonard, zajęty buszowaniem w poszukiwaniu alkoholu. Kobieta unosiła kąciki ust w leciutkim, bezzębnym uśmiechu.
Miała dziwne oczy. Wodniste, bladoniebieskie, przypominające śniętą rybę, ale i zarazem niezwykle przytomne i taksujące.
– Poniechajcie, dzieci – powtórzyła i ruszyła się. Przez chwilę sprawiała wrażenie, jakby wszystkie jej stawy miały skrzypnąć i rozlecieć się, a sama kobieta miała rozsypać się w popiół. Stała jednak pewnie. – Nie godzi się kobietę mieczem straszyć.
Zmrużyła oczy, wpatrując się w twarz Aurory. Wyciągnęła chudą, pazurzastą dłoń, o palcach wykręconych przez reumatyzm jak gałęzie drzewa.
– Chodź, dziecko.

Wróć do „Autonomia Wolenvain”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 13 użytkowników online :: 3 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 10 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Aleksis Bentrum, Grynfa, Kerreos
Liczba postów: 52179
Liczba tematów: 2971
Liczba użytkowników: 1044
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Haarum Kebb
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.