Strona 16 z 20

Wieś Mirran Toilt

: 02 lut 2013, 17:19
autor: Breiva
Gdzie leży? A, cholera, tam! Idź pan z Derinu traktem Iquańskim, po lewej ręce mając jezioro, a na pewno pan w przeciągu dnia marszu trafisz! Właśnie tam znajduje się Mirran Toilt. Pytasz, co to znaczy? Dzisiaj już chyba tylko najstarsze baby wioskowe pamiętają, a wiedzą ową dzielą się nader niechętnie. Ostatnimi czasy zaś coraz częściej słyszy się wyszeptane ukradkiem, całkiem nowe nazwy.
Skupmy się na samej wiosce. Gdy od utwardzonego, solidnego traktu odbije w prawo kamienista, węższa droga, wiesz już, że zawiedzie cię ona do celu. Nie zdążysz modlitw kilku zmówić na grzbiecie konia, a już ujrzysz pierwsze zabudowania. Droga, która cię tu przywiodła, staje się zarazem główną ulicą wsi, z rozrzuconymi na obie strony chałupami. Skromnie, ale czysto. Dachy kryte strzechą rzadko kiedy przeciekają, większość domów to solidne, podmurowane chaty. Wieś dorobiła się nawet własnej karczmy, stojącej dumnie w samym centrum. To właśnie w niej gromadzi się kulturalne życie wioski, nieopodal swoją siedzibę ma sołtys, niedaleko także znajduje się kapliczka poświęcona Lorven. Mieszkańcy żyją głównie z roli i hodowli bydła, toteż nie powinny zdziwić cię wszelkiego rodzaju pienia, pomruki, porykiwania i muczenie.
Zaskoczy cię natomiast jedno – niemal zupełny brak psów. W miejscu, gdzie winny szczekać od białego rana do najczarniejszej nocy, ciężko uświadczyć choć jednego przyjaciela człowieka.
Dotychczas była to spokojna wieś pełna uczciwych ludzi, utrzymujących się z pracy własnych rąk. No, może niekoniecznie rąk, bowiem w cieniu karczmy przemyka kilka względnie czystych i równie względnie zadbanych ladacznic. Na szczęście karczmarz uważa, że matką zysku jest szeroki wachlarz usług, toteż za niewielką opłatą nawet użycza dziewczętom wysprzątanych pokoi na pięterku.
Wczesną jesienią odbywają się dożynki dziękczynne, podczas których wieśniacy dziękują dobrym bogom za obfite plony oraz szczęśliwe i spokojne życie. O, człowieku, piękne to święto, gdy dziewczynki w białych giezłach tańczą, przystrojone w kwiaty, a z karczmy wynosi się ławy pełne jadła i napitku!
Szczęśliwie i spokojnie. A przynajmniej tak właśnie było, nim wioskę nawiedził po raz pierwszy Potwór. Od tej pory ludzie żyją w lęku, rzadko kiedy wychodzą z domu, gdy już wypełnią swoje codzienne obowiązki. Nocą wieś staje się pusta, ciemna i głucha. Strach nawet łuczywo zapalać, bo nie wiadomo, kiedy nadejdzie Potwór ze swoim stadem. Od tej pory coraz mniej jest śmiechu, a coraz więcej pogrzebów na małym cmentarzyku przy zachodnim skraju wioski.
W południowej części znajduje się ocembrowana studnia, nad którą pieczę sprawuje sam sołtys. Jest to jedyne źródło wody pitnej w wiosce, toteż surowe kary czekają każdego, kto ośmieli się zanieczyścić ujęcie.
Droga prowadząca od traktu jest zarazem i jedynym sposobem dostania się do wioski (chyba że cię napadnie fantazja, by konno lub pieszo brnąć przez wertepy). Ciężko będzie także wyjechać inną drogą, niż się przybyło – od strony północnej gęsta zabudowa wręcz uniemożliwia ten manewr. Wieś otaczają pola uprawne i pastwiska, a ludzie zwykli ze swoimi towarami wyjeżdżać na targ do Derinu. Wioska dodatkowo leży w pobliżu jednego z dużych traktów, toteż da się czasem natknąć na podróżnych wszelkiej maści. Zwykle zatrzymują się w karczmie, zażywając odpoczynku, a potem jadą w cholerę dalej, nie zakłócając spokoju Mirran Toilt.

: 06 wrz 2014, 13:00
autor: Xariel
MG

Zaskoczony przez chłopa Vereomil nie reagował, najwidoczniej stres miał tutaj swój wkład sprawiając, że bard nie był w stanie podjąć szybko decyzji jak też zareagować. Z niejaką pomocą wyskoczył Palavas. Wyskoczył dosłownie, albowiem skrzat wylądował przed chłopem warcząc na niego niczym dzikie zwierzę. Zaskoczony mężczyzna nie do końca zachował się zgodnie z przewidywaniami karzełka. Wystraszony krzyknął, podskoczył i zamachnął się cepem celując wprost w zagrożenie. Do głowy skrzata brakło niewiele, tym samym powodując, że z bijącym szybko sercem popędził w stronę Vereomila.

Chłop wbijał skonsternowane i wystraszone spojrzenie za uciekającym , przez dłuższą chwilę nie mając zielonego pojęcia co robić. W końcu jednak przeniósł swój wzrok na Vereomila.
- W-won – wystękał niepewnym głosem. Tymczasem zza rogu chaty wyłoniła się kolejna sylwetka, na oko był to mający jakieś siedemnaście lat młodzian. W ręce chłopak trzymał pałkę, niewątpliwie przygnany na miejsce krzykiem ojca, bo patrząc na ich wiek tak należało sądzić. Młodszy z nich zatrzymał się w pół kroku zaskoczony ujrzanym widokiem. Elf i skrzat się pod domem czają, oj będzie o czym opowiadać innym. Niebezpieczne się to Mirran Toilt zrobiło, jakby klątwa nie wystarczyła, to jeszcze tacy po wsi krążą. Pewnie do mleka przyszli naszczać. Młodzian ruszył do przodu i stanął obok ojca, knycie zbielały mu od kurczowego ściskania pałki.

Natomiast Ulroned niewzruszony kopał dalej, w czym obecny nad dołem Trov zresztą już mu nie przeszkadzał. Dużo pożyteczniejszy okazał się Nerfox, który zaoferował swoją pomoc. Bez zbędnego gadania mężczyźni dali mu kolejną łopatę i wskazali miejsce. Co prawda w tyle osób w dole zrobiło się już ciasno, ale najemnicy postanowili skorzystać z tego, że mają do dyspozycji jeszcze jedną parę rąk i powiększyć go nieco. Imponująca, mająca boki o długości prawie trzech metrów dziura rosła w szybkim tempie. Najemnicy pracowali w milczeniu, skupiając się jedynie na tym co robią.

Czas mijał szybko, przynajmniej dla tych, którzy mieli jakieś zajęcie, bezcelowo stojąca nad dołem para w postaci roskvara i Desabii zapewne czuła się nieco znudzona, jednak mimo to uparcie obserwowali zjawisko. Trudno było odegnać myśl, że najwidoczniej pierwszy raz na oczy widzą jak ktoś kopie dół. Pozostawało pytanie skąd się w takim wypadku urwali i co robią we wsi, ale nikt nie zadawał go na głos.

Kiedy ziemia wokół była już na wysokości podbródka przeciętnego mężczyzny najemnicy poczęli wychodzić. Pierwszy, podsadzony przez innego wydostał się najmłodszy z nich, następnie podał rękę kolejnemu i tak po kolei wychodzili oni z dołu. Skinęli również na Nerfoxa, aby wyszedł wraz z nimi, co ten uczynił, w końcu co miał robić. Pozostał jedynie Ulroned, a powody takich manewrów szybko się wyjaśniły. Narzędzia wrzucono znów na wóz, a ściągnięto z niego spory pęk grubych na dwa kciuki, naostrzonych z obu stron badyli, które rzucone zostały obok wykopu. Ulroned brał je pojedynczo i każdy z nich wbijał w ziemię, tak aby jeden z ostrych końców był wymierzony w niebo. Na oczach rósł prosty, niemal każdemu znany wilczy dół.

Reszta najemników natomiast usiadła na ziemi koło wozu. Nie mieli chwilowo nic do roboty, przeszkadzaliby jedynie sobie wzajemnie próbując uporać się z tą częścią zadania w kilka osób. Zamieniali ze sobą pojedyncze słowa, popijali ze sporego (również zresztą ściągniętego z wozu) bukłaku cienkie wino i czekali, aż ich przyjaciel skończy pracę.
- Wy tu z powodu tej całej "klątwy" jesteście? Ktoś was najął? – zagadał Nerfoxa jeden z nich wyciągając w jego stronę dłoń z wypełnionym czerwonym płynem pojemnikiem.


: 07 wrz 2014, 20:29
autor: Nerfox
-Widzicie, ciężko jest to trochę wytłumaczyć. – Nerfox rozsiadł się obok najemników i ostrożnie powąchał bukłak. Pociągnął spory łyk, skrzywił się nieznacznie i kontynuował. - Zacznę może od tego, że pół życia spędziłem w lesie starając się przeżyć. Chcę coś przeżyć, coś ciekawego. Wychodzę sobie pewnego dnia z lasu i co zastaję? Wszyscy gadają o jakiejś klątwie. Stwierdziłem, że mogę się na coś przydać i oto jestem. – zakończył i odetchnął, jakby lekko przytłoczony swoją wypowiedzią.
-A wy? Wam pewnie płacą za to… – zawiesił głos, oczekując obszerniejszych wyjaśnień.

: 07 wrz 2014, 21:16
autor: Palavas

Ludzie nie boją się mniejszych od siebie, prawie że bezbronnych karzełków, taką lekcję wyciągnął Palavas chwilę po zauważeniu zdziwienia i złości w oczach wieśniaka. Nie zdążył zareagować, kiedy kawał drewna ze świtem przeciął powietrze tuż nad jego głową. Zanim człowiek zamachnął się drugi raz, skrzata już nie było, ogarnięty paniką uciekał przed siebie. Przesadził się przez płot i oparł się o niego. Wydawało mu się, że ten prostaczek broni po prostu swojego, ograniczonego przez drewnianą konstrukcję, terytorium, toteż poza nim jest bezpieczny. Chwilę później odwrócił się i zobaczył swojego towarzysza i jego ptaszka, stojących bezczynnie naprzeciw uzbrojonym mieszkańcom. Przecież nie możemy walczyć z ludźmi, których chcemy uratować – pomyślał, rzucając Urok na mężczyznę i jego syna, starał się ich uspokoić.

Na czyjąś przyjaźń trzeba sobie zasłużyć – stwiedził, opuszczając swojego kompana. Jako swoją prywatną misję Palavas wyznaczył sobie znalezienie kogoś, kto nie zareaguje agresją na jego obecność. Sceptyczny, lecz pełen nadziei ruszył prosto przed siebie, w stronę zachodzącego słońca. Zaglądał po drodze do każdego domu, przez krótką chwilę patrzył, jak żyją chłopi i ich rodziny. Zgodnie z przewidywaniami skrzata, prości ludzie zawsze reagowali agresją, zdziwieniem, tudzież strachem, kiedy tylko go zobaczyli. Zastanawiał się, dlaczego nie pracują w polu przez cały dzień. Przecież ich rośliny mogą się na nich obrazić za brak szacunku. – pomyślał. Kiedy doszedł do końca wioski, zdruzgotany szedł dalej, mając nadzieję na znalezienie jakiejś chaty na uboczu.


: 08 wrz 2014, 17:59
autor: Desabia

D

esabia odwróciła wzrok od kopiących dół. Nie miała za bardzo co ze sobą zrobić w obecnej chwili. Nie za bardzo fascynował ją widok Ulroneda i jego współpracowników kopiących dół. Wioska wyglądała na bardzo spokojnie w tej chwili i nic nie wskazywało na to żeby miała ją nękać jakaś klątwa. Zakręciła się na pięcie i ruszyła w przeciwną stronę. Jakoś nie wydawało jej się żeby przeklęte ogary miały nabrać się na wilczy dół. Jeżeli ktoś kierował psami, a tak podejrzewała, to nie pozwoli im na złapanie się na tak dziecinną pułapkę. Ewentualnie psy mogły być upiorami i spotkanie z zaostrzonymi palami nic im nie zrobi. Westchnęła sobie cicho.

Idziesz?– odwróciła się z pytaniem na ustach, które oczywiście było skierowane do Trovsvarga. Nie czekała na niego tylko powolnym krokiem odeszła w stronę lasu. Mógł za nią podążyć lub nie– jego wola. Kiedy weszła wystarczająco głęboko w las i nikt nie mógł jej usłyszeć spoczęła na powalonym drzewie. Oparła o nie kostur, z którym się nie rozstawała i zamknęła oczy. Skupiała się na wszystkim i na niczym jednocześnie, poszukując czegoś, co mogłoby pomóc rozwiązać zagadkę tej wioski. Jakiś ślad, jakaś tajemnicza aura. Nie wybierała się nigdzie miała na to prawie cały dzień i z pewnością całą noc.

: 09 wrz 2014, 00:52
autor: Trovsvarg

Wielkie dzieło ciężkiej pracy ludzkich mięśni, niedoścignięta myśl techniczna i jakiś niewypowiedziany geniusz inwentora– oto, co zastało Roskvara dzisiejszego ranka. Rzecz jasna, można to też było nazwać dołem, lecz czemuż umniejszać takiemu przykładowi ludzkiej architektury? Trovsvarg zupełnie beznamiętnie patrzył na kopaczy. Niech sobie kopią – pomyślał. – Nic im nie da złapanie choćby wszystkich psów do takich dołów jak ten tutaj. Wiedział, że musi stać za tym element magiczny, chociaż musiał przyznać, że cynizm Ulroneda coraz bardziej do niego przemawiał. Potwór, nie potwór – każdego można zabić, jeśli się wie jak, oczywiście.

W międzyczasie do ich znamienitego towarzystwa przyczłapał się Nerfox. Dziwny człowiek, który nie wykazywał jak do tej pory absolutnie żadnych umiejętności, lecz nieustannie wspominał o tym, że nie wie kim jest. No cóż, szaleńców tutaj nie brakowało. Wiedział jednak, że ten człowiek (lub cokolwiek, czym jest) może się przydać, więc postanowił go jakoś zbytnio nie zrażać. Na jego wyjątkowo prostacką uwagę o procesie kwiatotwórczym jednak postanowił zareagować. Obrócił powoli głowę w stronę łowcy i, wyjątkowo chłodnym i pełnym obojętności tonem, cedząc powoli każde słowo niczym jadowity wąż, gotujący się do ataku, odpowiedział.

- Uważaj, byś przypadkiem nie musiał wąchać tych zasadzonych – tutaj wyjątkowo złośliwie wypowiedział to słowo. - kwiatków… – postanowił zrobić krótką przerwę, wciąż nie spuszczając wzroku z łowczego. – od innej niż zazwyczaj strony, panie bezimienny. – zakończył, spuszczając lodowaty wzrok z Nerfoxa i ponownie przenosząc go na najemników. Ci dalej kopali dół, a sam człowiek z lasu postanowił do nich dołączyć. No cóż, niech się nie zmęczy zbyt. Kto wie, co czeka nas dzisiejszego wieczora. – pomyślał Roskvar, analizując potencjalne zagrożenia.

Dół był już sporych rozmiarów. Dorosły mężczyzna mieścił się w nim aż po wyskość twarzy. Najemni skończyli kopać, wyszli ze swojego dzieła, lecz Ulroned został w środku. Absolutnie nie zdziwiło to Roskvara, który właściwie już dawno zaczął podejrzewać, że sam dół nie pozostanie bez dodatkowych atrakcji dla wpadających doń. I Trov się nie pomylił. Okazało się, że dół został zapełniony ostrymi palami i powstało z niego coś na miarę wilczego dołu. Trochę amatorszczyzna, ale ujdzie. – skomentował po cichu Roskvar.

W międzyczasie Desabia postanowiła opuścić ich szanowne grono i udać się w kierunku znanym tylko niej. Odrobinę się to Trovowi nie podobało, że każdy robi, co mu się rzewnie podoba, ale wiedział, że w dzień, to oni i tak za wiele nie zrobią. Wieczorem jednak muszą być w pełni skoncentrowani i musiał tego dopilnować.

- Zaraz do Ciebie przyjdę, muszę zadać parę pytań naszemu drogiemu koledze. – odpowiedział Desabii i zwrócił się do Ulroneda.

- Ulronedzie, czy Ty myślisz, że owe psy wpadną do takich wilczych dołów tak o? Nie sądzisz, że mogą być to nieco bardziej inteligentne kreatury niż zwykłe wiejskie szkapy. Mogą przecież z łatwością taki dół ominąć, a może nawet i przeskoczyć. - przypomniał sobie jego bliskie spotkanie z jednym z przedstawicieli psiej rasy, którzy wyjątkowo natarczywie pragną przekonać mieszkańców wioski do swoich racji, poprzez ich zabijanie. - Sam spotkałem takiego psa i go zabiłem. – liczył, że wzbudzi tym nieco szacunku wśród obecnych, co z pewnością ułatwiłoby mu zadanie w przyszłości. - Taki wilczy dół może nie zadziałać. Chyba, że planujesz przerobić całą wieś w jeden wielki dół.



Zrobił krótką przerwę i rozejrzał się za Desabią. Ta wchodziła do lasu. – Świetnie. Po kiego grzyba ja w ogóle zgodziłem się za nią iść. – skrytykował własny idiotyzm. Zaraz jednak ponownie zwrócił się do Ulroneda.



- A co z Potworem? Jego też chcesz złapać za pomocą takich sztuczek?

Nie pozostawił mu wiele czasu na odpowiedź. Właściwie to w ogóle nie pozostawił czasu, bo odpowiedź go nie interesowała. Nie zgadzał się ze strategią starego najemnika, ale postanowił ocenić dopiero po efekcie. Skierował się w stronę lasu, gdzie ostatnio znikała Desabia. Po minięciu skraju lasu, wyciągnął jeden ze swoich krótszych mieczy na plecach i zaczął się skradać, uważając na każdy krok. Stawał się praktycznie bezszelestny, a nauczył się tak podczas częstych niebezpiecznych wypadów w las za dzieciaka. Co prawda, teraz był o wiele bardziej obciążony, ale umiejętności jednak pozostały. Kierował się przed siebie, gdyż podejrzewał, że Desabia raczej też tędy szła. Nie był wybitnym myśliwym, czy łowczym, wiec nie potrafił namierzyć nieumarłej po śladach zostawionych w lesie. Zdawało mu się jednak, że widział czyjąś stopę w błocie, które zostało po wczorajszej ulewie. Ostatecznie znalazł kobietę, gdy ta znajdowała się na polance. Postanowił wciąż pozostać niezauważonym i skrył się za jednym z głazów, obserwując ją. Mimo wszystko, nie chciał jej do końca ufać. Desabia siadła na powalonym drzewie, opierając wcześniej kostur i przestała się zupełnie ruszać. Trwało to już jakiś czas i nic się nie działo, więc Trov poczuł się nieco zbity z tropu.

Wciąż bezszelestnie zbliżył się do drzewa, rosnącego na skraju polany i znajdującego się naprzeciw Desabii. Oparł swój miecz o pień drzewa, jak również sam skorzystał z takiej gościnności natury. Skrzyżował ręce na piersi i, nie spuszczając wzroku z jego niedawnej partnerki w łóżku, powiedział niskim i cichym tonem, starając się nie przestraszyć za bardzo nieumarłej.

- Co robisz?


: 09 wrz 2014, 18:27
autor: Vereomil

Nie miał zbyt wiele czasu na reakcję. Ani w momencie kiedy pojawił się chłop, bo nagle wypadł zza płotu skrzat, ani w momencie kiedy skrzat uciekł, bo zaczął wypędzać go chłop. Tylko Enel zdążył – zaskrzeczał zaskoczony i podskoczył, by następnie, najwidoczniej zapominając o złamanym skrzydle, upaść na zdrowy bok. Chwilę zajęło mu, by podnieść się, lecz kiedy to zrobił, pokręcił łepetyną i zwrócił ją w stronę Palavasa.

- Jużci wybywam. Nie machaj tym cepem, bo jeszcze popsujesz. – Vereomil zwrócił się do chłopa, jednocześnie wkładając do chusty Enela, który ponownie zaskoczony zaskrzeczał i chwytając truchło zająca, którym żywił się ptak. Następnie podniósł się, podpierając się o laskę i ruszył, by wyjść poza zagrodę.

Tam tylko odwrócił się w stronę chłopstwa i uniósł lekko rondo kapelusza dłonią, w której trzymał laskę.

- Do zobaczenia. – Rzucił tonem pełnym jadu pod słodką, mdłą perzyną.

Trudno powiedzieć dlaczego, lecz Vereomil gardził takimi osobnikami – gotowymi skrzywdzić niewinną istotę w strachu o swój i tak nędzny byt. Zaczynał wątpić, czy w ogóle chciałby, by klątwa opuściła wioskę. Może powinni odczuwać jej skutki przez całe swoje życie? Bił się z ową myślą całkiem długo, kiedy szukał Palavasa, z którym chciał porozmawiać.

- Skrzacie! – Krzyknął, kiedy znalazł go w zasięgu wzroku. - Chciałbyś się pożywić? – Uniósł delikatnie, zapraszająco dłoń, w której trzymał zająca. Miał nadzieję, że w tym czasie będzie mógł z nim porozmawiać.


: 10 wrz 2014, 00:23
autor: Palavas

Zaskakująco głośny okrzyk wydany przez elfa zwrócił uwagę skrzata. Ten stanął jak wryty, i błyskawicznie się odwrócił a następnie wymienił spojrzenia z mężczyzną. Po chwili jego wzrok powędrował na mięsiste ciało królika, trzymane przez młodzieńca. O tak, Palavas był głodny. Dzień miał się ku końcowi, a on nie miał jeszcze nic konkretnego w ustach. W zasadzie nigdy nie spożywał mięsa. Czasami w lesie podpatrywał z ukrycia pożywiające się zwierzęta – łowców. Sam jednak był zbyt strachliwy i wątły aby posilać się ciałem żywego stworzenia. Od teraz ja też będę myśliwym – pomyślał Palavas, przygotowując się psychicznie do złamania pryncypiów swojego postępowania.

Jem? Tak, tak! – odpowiedział skrzat do elfa, świdrując spojrzeniem jego ptaszka. Poczuł respekt, widząc przed sobą dumnego łowcę. Gdy jego wysoki towarzysz się zbliżył, Palavas zauważył ślady dzioba na truchle królika i dziwną, skuloną pozycję ptaka. Szybko przypomniał sobie zasady rządzące światem zwierząt drapieżnych i ofiar. W lesie zawsze przywódca stada lub największy, najgroźniejszy osobnik pożywia się pierwszy. Gdyby skrzat spożył teraz mięso wymiętoszone przez ostry dziób, niechybnie przedstawiłby się jako ofiara. A przecież miał być myśliwym, toteż wyjął ze swojej przepastnej kieszeni zawiniątko z pożywieniem i rozpoczął konsumpcję. Po kilku gryzach wyciągnał je w kierunku głowy ptaka. Ten trącił je dziobem i nie tknął. Skrzat zrobił to samo z oferowanym przez elfa mięsem.

Kto…kto on? Co…je… ten jest? Ty… mały. Czemu laty ma? – rzekł do bladolicego, przekrzywiając głowę pytająco. Mlaskanie miało zamaskować trudności z wyrażaniem myśli w języku ludzi.


: 10 wrz 2014, 17:51
autor: Xariel
MG

- Najął nas pan Rastar, psy nękają wieśniaków, przychodzą i narzekają, nie mogą pracować, boją się. To nam zlecono, żebyśmy to wszystko ukrócili. Za opłatą, owszem. – Nerfox usłyszał odpowiedź od młodego najemnika, może nieszczególnie obszerną, ale też nie było raczej wiele do gadania. Ulroned już wcześniej wspominał, że zostali najęci.

Desabia i Trovsvarg postanowili w końcu się oddalić. Pierwsza odeszła kobieta, albowiem roskvar rozgadał się wyjątkowo nie szczędząc opryskliwych słów i starając się zapewne udowodnić wszystkim -a szczególnie sobie – swoją wyższość. Ulroned uniósł głowę mając zapewne zamiar odpowiedzieć, ale widząc, że Trov nawet na to nie czeka machnął jedynie ręką. Wygrzebał się z dołu, na co pozostali najemnicy wstali ponownie, tym razem chwytając cieńsze gałęzie, które zdjęli również wcześniej z wozu. Przy użyciu ich, oraz części z wykopanej ziemi ukryli w dużej dół, pozostawiając jedynie dziurę wielkości sporego koryta. Ziemia nie była idealnie równa i stosunkowo szybko można było stwierdzić, że jest coś z nią nie w porządku. Ale zapewne było to raczej plusem, albowiem gwarantowało, że będą ją omijać wieśniacy, z których nie wszyscy mogli zauważyć wcześniejsze prace.

Trov natomiast poszedł za Desabią, która wcześniej zniknęła mu z oczu na obrzeżu lasu. Nieumarła usiadła na powalonym drzewie i zamknęła oczy usilnie starając się wokół poczuć… coś. Sama w gruncie rzeczy nie była pewna czego szuka, ale nie przeszkadzało jej to w podjęciu próby. Jednak czas mijał, a ona mogła stwierdzić, że siedzenie na drzewie w żaden sposób nie zbliża ją do śladów tego, co działo się w wiosce. Nie dotarły do niej żadne tak oczekiwane mistyczne odczucia, czy tym podobne rzeczy. Dotarł do niej natomiast roskvar, który sporo czasu spędził skradając się przez las w tylko sobie wiadomym celu i próbując ją przy tym znaleźć. Zajęta zupełnie czym innym Desabia nie miała okazji go zauważyć, niezależnie od tego jak dobre były, lub nie były, jego w kwestii cichego poruszania się.

W zupełnie innym miejscu wsi Vereomil zabrał królicze mięso i odszedł spod chłopskiej chaty. Chwilę wcześniej wycofał się stamtąd też Palavas. Jej mieszkańcy nie próbowali ich ścigać, bo też tylko o to im chodziło. Nie chcieli zapewne, aby spotkały ich jakieś konsekwencje ze względu na nie tak dawno zabite zwierzęta leżące tuż pod ich domem. Mogliby zostać oskarżeni o to, że sami je upolowali, a najwidoczniej pan Rastar nie był szczęśliwy gdy ktoś zabijał jego zwierzynę. Bard podczas swych podróży miał okazję usłyszeć o niektórych szlachcicach Autonomii, jednak nie kojarzył imienia właściciela tych ziem, nie był on nikim znaczącym, nie był też kimś, kto się czymkolwiek wysławił, lub zniesławił. Najprawdopodobniej.

Skrzat postanowił rozpakować swoje zapasy, niejako gardząc napoczętym przez ptaka królikiem. Niewątpliwie sokół był z tego powodu zadowolony i chętnie uszczknąłby z truchła coś jeszcze. Palavas natomiast miał własne zapasy, do których ochoczo się zabrał. Nie omieszkał też spróbować się porozumieć z elfem, choć jego głośne mlaskanie i średnia znajomość Wolnej Mowy mogły w tej kwestii stanowić pewne trudności. Ale to zależało już wyłącznie od faktu na ile domyślny okaże się Vereomil.


: 11 wrz 2014, 20:30
autor: Desabia

D

esabia nie wyczuła kompletnie nic. Nie było to ani mniej czy więcej czego się spodziewała. Po prostu musiała wypróbować ten sposób i odhaczyć na liście, że nie zadziałał. Siedziała jeszcze chwilę przysłuchując się lasowi. Nie miała co ze sobą zrobić. Cała grupa rozpełzła się na wszystkie strony niczym raki uciekające z otwartego kosza. Nikt nie podejmował żadnych działań, ale z drugiej strony co mieliby robić? Większość, o ile nie wszyscy nie używali nigdy mrocznej magii i nie wiedzieli na czym rzecz polega. Westchnęła na głos. Nie miała pojęcia nawet co ma robić. Chyba zostało jej czekać na rozwój wydarzeń… I jeszcze ten roskvar. Co on sobie w ogóle wyobrażał. Dlaczego mógł pomyśleć, że ona, ponad pięciuset letni upiór mógł mieć jakiekolwiek chęci do bliższego spotkania się z nim? Wzdrygnęła się mając ciągle zamknięte oczy. Nie, musi przestać o tym myśleć. Ma ważniejsze rzeczy na głowie. Otworzyła leniwie oczy i zmarszczyła lekko brwi, kiedy zobaczyła przed sobą Trovsvarga, który w dodatku pytał się jej o coś.

Siedzę. Chcę wyczuć czy coś nietypowego nie pałęta się przypadkiem po wiosce, ale na nic nie natrafiłam. Gdybym nie usłyszała od ciebie, że psy nawiedzają wioskę minęłabym to miejsce nawet się nie oglądając. Może faktycznie jest to po prostu horda zdziczałych zwierząt jak to sugeruje Ulroned?– nie wiedziała nawet co o tym myśleć. W dodatku spędzili już ponad jeden dzień w wiosce, a po psach ani śladu. Mieli siedzieć jeszcze dłużej w tej dziurze zabitej dechami?

: 12 wrz 2014, 20:06
autor: Vereomil

Najwidoczniej wołanie do skrzata poskutkowało, bo kiedy on je usłyszał, pojawił się przed Vereomilem całkiem prędko. Szybko zauważył jego trudności w posługiwaniu się Wolną Mową w jego wykonaniu, a także fakt jego usilnego i długiego spojrzenia w kierunku Enela, które było nie tyle podejrzane, co w pewnym stopniu zagadkowe. Elf zmarszczył brwi w reakcji na zachowanie skrzata, lecz na razie nie zamierzał się więcej odzywać. Z niepewnym uśmiechem czekał na dalsze czynności, które miał poczynić Palavas. Szczerze mówiąc nie miał pojęcia jak się wobec niego zachować czy ten mógł w takiej sytuacji zrobić – nie miał zbyt wielu doświadczeń ze skrzatami. Kłamstwem nie byłoby powiedzieć, że nie posiadał ich wcale a wcale. Tako więc słuchał i obserwował niskiego jegomościa, który z ochotą zabrał się za spożycie, lecz nie tego, czego oczekiwał Vereomil.

Zauważając ślady dzioba na króliku – których istnienie nia miało prawa bytu, biorąc pod uwagę to, że to bard odcinał kawałki mięsa, które dopiero wtedy Enel spożywał – Palavas zrezygnował z jedzenia króliczego mięsa, a wyciągnął z kieszeni własną strawę. Chciał nimi poczęstować także sokoła, lecz ten – trudno się nie domyślić – jako mięsożerca nie był w humorze, by skubnąć cokolwiek innego. Vereomil może nie od razu, acz całkiem szybko zrozumiał mechanizm, którym posługiwał się skrzat – nie chciał postawić się w pozycji słabszego, gorszego od ptaka, który był drapieżnikiem. Jego wiara okazała mu się w tym pomocna, bo znajomość takowego porządku była wymagana w tym względzie, więc nie było to dla niego trudne. Elf był tylko ciekaw, czemu Palavas przykładał to tego aż tak wielką wagę, że pogardził mięsem. Było to co najmniej zastanawiające, przez co postać skrzata coraz bardziej intrygowała Vereomila.

Enel także przez chwilę przypatrywał się skrzatowi. Bardziej ze względu na to, że jego łepek był w zasadzie na podobnej wysokości co jego twarz. Przekręcił ciekawsko głowę i zaskrzeczał.

Wtem skrzat począł dukać, próbując znaleźć odpowiednie słowa, by przekazać swą jakże skomplikowaną myśl. Widać było, że sprawiało mu to nie małą trudność. W końcu jednak zakończył swą wypowiedź, lecz nadal trudno było z niej wywnioskować, co chciał powiedzieć Palavas. Vereomil jednak nie zamierzał się od razu poddać i począł analizować krok po kroku każde słowo, które wyszło z ust skrzata.

"Kto…kto on? Co…je… ten jest? Ty… mały. Czemu laty ma?" – Cóż to na Pustynię może znaczyć?! On… Jestem ja i Enel, lecz skrzat mówi do mnie – czyli chodzi o Enela, rzecz prosta i oczywista! Aż się uśmiechnął w duchu na pierwszą część układanki, która wskoczyła na swoje miejsce. Zaczął więc rozprawiać w duchu dalej. Nie rozumiem jednak cóż miał oznaczać “Ty… mały.", lecz nie ma po co się nad tym rozwodzić, skoro już zdecydowałem, że ten oto skrzat mówił o ptaku. Czym jednakże są “laty"? Lata? Czemu miałby pytać o wiek?! Przecież to nielogiczne, skoro pyta “czemu"! Wtem jednak olśniło go. Aż miał chęć podskoczyć i musiał wytężyć wszystkie siły, by tego nie zrobić – i tak by mu się to nie udało. Latanie! – zakrzyknął w myślach. Chodzi mu o skrzydła Enela! Bez większych przygotowań postanowił odpowiedzieć:

- Czyżbyś miał na myśli skrzydła mego ptaka… a raczej skrzydło? Kiedy byłem jeszcze w Wolenvain, Enel, tak ma na imię, został otumaniony i wpadł w ścianę podczas lotu. Sam nie wierzyłem! Nigdy mu się to nie zdarzyło. – Wtem zorientował się, że przecież nawet nie znał imienia skrzata. - A właśnie! Nazywam się Vereomil. A ty? – Uśmiechnął się do niego.