Wieś Mirran Toilt

Najważniejszy obszar, na którym toczy się gra. Autonomia to zamieszkane głównie przez ludzi państwo podzielone na pięć prowincji ze stolicami w Wolenvain, Derinie, Morinhtarze, Minaloit i Aparilume. Czytaj więcej…
Awatar użytkownika
Breiva
Posty: 264
Rejestracja: 03 gru 2012, 14:18
GG: 37377517
Karta Postaci: viewtopic.php?p=37917#37917

Wieś Mirran Toilt

02 lut 2013, 17:19

Gdzie leży? A, cholera, tam! Idź pan z Derinu traktem Iquańskim, po lewej ręce mając jezioro, a na pewno pan w przeciągu dnia marszu trafisz! Właśnie tam znajduje się Mirran Toilt. Pytasz, co to znaczy? Dzisiaj już chyba tylko najstarsze baby wioskowe pamiętają, a wiedzą ową dzielą się nader niechętnie. Ostatnimi czasy zaś coraz częściej słyszy się wyszeptane ukradkiem, całkiem nowe nazwy.
Skupmy się na samej wiosce. Gdy od utwardzonego, solidnego traktu odbije w prawo kamienista, węższa droga, wiesz już, że zawiedzie cię ona do celu. Nie zdążysz modlitw kilku zmówić na grzbiecie konia, a już ujrzysz pierwsze zabudowania. Droga, która cię tu przywiodła, staje się zarazem główną ulicą wsi, z rozrzuconymi na obie strony chałupami. Skromnie, ale czysto. Dachy kryte strzechą rzadko kiedy przeciekają, większość domów to solidne, podmurowane chaty. Wieś dorobiła się nawet własnej karczmy, stojącej dumnie w samym centrum. To właśnie w niej gromadzi się kulturalne życie wioski, nieopodal swoją siedzibę ma sołtys, niedaleko także znajduje się kapliczka poświęcona Lorven. Mieszkańcy żyją głównie z roli i hodowli bydła, toteż nie powinny zdziwić cię wszelkiego rodzaju pienia, pomruki, porykiwania i muczenie.
Zaskoczy cię natomiast jedno – niemal zupełny brak psów. W miejscu, gdzie winny szczekać od białego rana do najczarniejszej nocy, ciężko uświadczyć choć jednego przyjaciela człowieka.
Dotychczas była to spokojna wieś pełna uczciwych ludzi, utrzymujących się z pracy własnych rąk. No, może niekoniecznie rąk, bowiem w cieniu karczmy przemyka kilka względnie czystych i równie względnie zadbanych ladacznic. Na szczęście karczmarz uważa, że matką zysku jest szeroki wachlarz usług, toteż za niewielką opłatą nawet użycza dziewczętom wysprzątanych pokoi na pięterku.
Wczesną jesienią odbywają się dożynki dziękczynne, podczas których wieśniacy dziękują dobrym bogom za obfite plony oraz szczęśliwe i spokojne życie. O, człowieku, piękne to święto, gdy dziewczynki w białych giezłach tańczą, przystrojone w kwiaty, a z karczmy wynosi się ławy pełne jadła i napitku!
Szczęśliwie i spokojnie. A przynajmniej tak właśnie było, nim wioskę nawiedził po raz pierwszy Potwór. Od tej pory ludzie żyją w lęku, rzadko kiedy wychodzą z domu, gdy już wypełnią swoje codzienne obowiązki. Nocą wieś staje się pusta, ciemna i głucha. Strach nawet łuczywo zapalać, bo nie wiadomo, kiedy nadejdzie Potwór ze swoim stadem. Od tej pory coraz mniej jest śmiechu, a coraz więcej pogrzebów na małym cmentarzyku przy zachodnim skraju wioski.
W południowej części znajduje się ocembrowana studnia, nad którą pieczę sprawuje sam sołtys. Jest to jedyne źródło wody pitnej w wiosce, toteż surowe kary czekają każdego, kto ośmieli się zanieczyścić ujęcie.
Droga prowadząca od traktu jest zarazem i jedynym sposobem dostania się do wioski (chyba że cię napadnie fantazja, by konno lub pieszo brnąć przez wertepy). Ciężko będzie także wyjechać inną drogą, niż się przybyło – od strony północnej gęsta zabudowa wręcz uniemożliwia ten manewr. Wieś otaczają pola uprawne i pastwiska, a ludzie zwykli ze swoimi towarami wyjeżdżać na targ do Derinu. Wioska dodatkowo leży w pobliżu jednego z dużych traktów, toteż da się czasem natknąć na podróżnych wszelkiej maści. Zwykle zatrzymują się w karczmie, zażywając odpoczynku, a potem jadą w cholerę dalej, nie zakłócając spokoju Mirran Toilt.
Obecnie ta lokacja jest pusta.
Trovsvarg
Posty: 130
Rejestracja: 14 sty 2013, 17:56
Lokalizacja postaci: Gród rodu Rastara
GG: 8010618
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2465

13 wrz 2014, 19:21

- Siedzisz. – burknął. - No niezaprzeczalnie. – skwitował i rozejrzał się po polanie. Było to dziwne miejsce. Drzewa wokół rosły gęsto, ale w tym miejscu był okrąg, nieporośnięty w ogóle drzewami. Miał on może z dziesięć metrów średnicy. Pośrodku był zwalony konar. Był on nieco spróchniały, przez co można było sądzić, że zapewne leżał tu już od dłuższego czasu. Zwierząt z kolei Trov nie widział tutaj żadnych. Znaczy, przemknęła mu ze dwa razy pod nogami wiewiórka, gdy zbliżał się do tego miejsca, ale niczego większego nie zauważył. Obserwował też glebę, ale nie zauważył żadnych śladów. Zastanawiał się więc, czy psy nie mogły przyjść z innego kierunku, gdyż tu, w lesie, wydawało się upiornie spokojnie.

Postanowił jednak zwrócić uwagę na Desabię.
- To nie tylko psy, panienko. – mówienie do pięćsetletniego trupa wymagało nie lada tupetu ze strony Trova. - To potwór i ja o tym doskonale wiem. Psy to tylko jego narzędzia do siania terroru. Zapewne rzucił na nie jakiś urok. Nie wiem, nie znam się na tym. - to prawda, absolutnie nie interesowała go magia, więc ekspertem w tej dziedzinie nie był. - A może tak z innej beczki: jak się czujesz?

Awatar użytkownika
Desabia
Posty: 128
Rejestracja: 16 paź 2011, 13:37
GG: 8551012
Karta Postaci: viewtopic.php?p=14514&highlight=#14514

13 wrz 2014, 19:54

W

patrywała się w las. Cichy, spokojny ale niepokojący las. Niepokojąco oczywiście dla człowieka. Dlaczego nagle stał się taki dla niej? Czy może przez wszystkie wydarzenia, które zaszły w tej wiosce coś się w niej zmieniło? Znowu zaczęła czuć i myśleć jakoś tak inaczej. Zignorowała czczą paplaninę Trovsvarga. Udała, że znajduje się na tej polance sama jak jeszcze przez chwilą. Coś zaczęło do niej docierać. Coś co od samego ranka podskakiwało w jej umyśle i dopiero teraz skupiło jej uwagę dostatecznie mocno. Desabia nie ma już żadnego celu w swojej egzystencji. Dopiero teraz to zrozumiała. Przez tę krótką chwilę z Roskvarem w jego sypialni znowu czuła się jak człowiek. Nie chciała zapomnieć tego uczucia. Chciała by zostało z nią na zawsze.
Wreszcie podniosła na niego wzrok. Zmrużyła oczy.

Jak myślisz: jak może czuć się ponad pięciusetletni trup? Ja myślę, że trochę martwo. I zimno. Przynajmniej jeszcze się nie rozkładam.– westchnęła pod nosem.

Usiądź. – wskazała na miejsce obok siebie.– Mam ci coś do powiedzenia, co może zająć chwilę.
Czekała aż Trovsvarg postąpi zgodnie z jej życzeniem. Próbowała zebrać myśli i słowa, które będą jej potrzebne. Nie było to wcale takie łatwe jak jej się wydawało.

Mam do ciebie prośbę, ale zanim ci o niej powiem chcę byś wysłuchał czegoś więcej niż mojej historii. Mówiłam ci już o tym jak umarłam i zmartwychwstałam. Nie mówiłam ci o tym jak się wtedy czułam. Widzisz, odkąd dokonałam zemsty jestem pusta. Nie było we mnie żadnych uczuć, żadnej przyjemności czy bólu. Nie czułam nic… Aż do dzisiejszego poranka. Prawie zapomniałam jak to być człowiekiem, a ty mi to przypomniałeś. Dziękuję ci za to, ale chcę byś wyświadczył mi jeszcze jedną przysługę. Zabij mnie. Nie mam co robić na tym świecie. Mogę się tylko tułać z kąta w kąt, co raz bardziej pogrążając się w pustce wewnątrz mnie. Może ci się wydawać to trudne, ale takie nie jest. Wystarczy, że obetniesz mi głowę. To mnie uwolni.– odetchnęła z ulgą kiedy wreszcie to z siebie wyrzuciła. – Możesz wziąć wszystkie rzeczy, które należą do mnie. Część z nich jest magiczna, część nie. Dodatkowo reszta mojego dobytku znajduje się w Oku i Powiece. To mała wieś na północ od Wolenvain. Jest tam mała chatka przy brzegu jeziora, w której mieszkała wiedźma. To także należy do ciebie. To chyba wszystko…– Zsunęła się z konara i uklęknęła przed nim, opierając swoją głowę o jego kolana.– Proszę, zrób to.– powiedziała łamiącym się głosem i patrząc się prosto w jego oczy.
Trovsvarg
Posty: 130
Rejestracja: 14 sty 2013, 17:56
Lokalizacja postaci: Gród rodu Rastara
GG: 8010618
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2465

13 wrz 2014, 20:30

Usiadł na konarze, zgodnie z rozkazem nieumarłej. Cóż, znowu robiło się przyjemnie. Raczej nie przewidywał, że znów zaczną robić jakieś sprośne rzeczy, ale nie mógł przewidzieć tego, co siedzi w głowie Desabii. W każdym razie, postanowił słuchać.

Historia, jaką usłyszał, mocno nim wstrząsnęła. Oto kobieta – trup czy nie, wciąż była kobietą -z którą jeszcze niedawno uprawiał seks, pragnie teraz, by ją zabił. Rozumiał jej powody, ale trochę nie współgrało to z jego systemem wartości. Bądź co bądź, nie zabijał ludzi bez powodu. Jednak, gdy spojrzał na pochyloną postać, która przed nim klęczała, zrobiło mu się jej żal. Wiedział, że w pewnym sensie uwolnił ją od klątwy i mocno łaskotało to jego ego. Z drugiej strony, naprawdę miło spędzało mu się czas z tą nieumarłą. Zaraz jednak uświadomił sobie, że natychmiast musi przestać tak myśleć. Musi po prostu działać. Desabia ustawiła się tak, że teraz klęczała tyłem do niego. Była naprawdę piękną nieumarłą.

- Skoro tego chcesz. Ja tego nie chcę, bo Cię cenię, ale zrobię to dla Ciebie – coś ukuło go wewnątrz, gdy wypowiedział te słowa. - Choć przyznam, że nie jest to dla mnie łatwe. Rozumiem jednak Twoje motywy. Mam nadzieję, że teraz odnajdziesz spokój. Wezmę też Twoje rzeczy i odnajdę Twój dobytek w tym miejscu, które mi wskazałaś.

Mimo że głos miał spokojny, to emocje zaczęły w nim grać. Kilka głębokich oddechów uspokoiło jednak kołoczące serce i skołtunione myśli. Trov osiągnął maksymalne skupienie, tak jak uczył go jego ojciec przy zabijaniu zwierzyny. Dokładnie tak, musiał sobie tylko wyobrazić, że dobija ranne zwierzę, a nie zabija człowieka. Choć, tak właściwie, było podobnie.

Wyciągnął Higva. Ostrze jakby czuło więź, łączącą go z Trovem. Było ono doprawdy niezwykłe, zupełnie odmienne niż zwykły miecz. Roskvar bardzo delikatnie przystawił ostrze do szyi Desabi, przymierzył i na próbę przeciął powietrze, oczywiście nie dotykając szyi Desabii. Poprawił pozycję: jego lewa noga była teraz wykroczną, a prawa znajdowała się za plecami bladolicej. Jeszcze jeden głęboki wdech. Kurwa, co miał teraz powiedzieć. Naprawdę nie chciał jej zabijać, ale wiedział, że musi to zrobić.

- Mam nadzieję, że postępuję słusznie, Desabio. Dziękuję, że mogłem spędzić z Tobą tę chwilę. – pożegnał się niezgrabnie i wyłączył myślenie.

Skupił się na mieczu. Szybko poczuł więź z nim. Było to swoista wiązka ciepła, płynące prosto z czubka miecza, przez ramię Trova, aż do jego serca. Osiągnął porozumienie ze swoją bronią, więc połowa zadania wykonana. Skupił się następnie na jej odsłoniętej szyi. Musiał uderzyć precyzyjne, tuż w miejscu łączenia się kręgów, by cięcie było jak najbardziej gładkie. Całą energię wykorzystał na skupienie się na uderzenie w konkretny punkt. To takie charakterystyczne miejsce, które ukazał mu jego wuj, informując, że to właśnie tam – jeśli kiedykolwiek będzie musiał – powinien uderzyć, by odciąć głowę.

Wstrzymał oddech, zachowując swoją maksymalną koncentrację. Wziął duży zamach mieczem i po prostu ciął. Ostrze, przecinając powietrze, wydało charakterystyczny dla niego syk. Przez nieco ponad sekundę jej głowa jeszcze utrzymywała się na korpusie, lecz chwilę potem odpadła i poturlała się po zielonej trawie.

Nie było to miłe, lecz Trovsvarg musiał działać szybko. Schował miecz i sięgnął po jej medalion, który teraz leżał swobodnie na trawie. Przewiesił go sobie przez szyję, a następnie sięgnął do jej kieszeni. Wyjął jej mistyczny sztylet, który tak fascynował go poprzedniej nocy. Przewiązał go sobie do pasa, korzystając z tego, że sztylet wciąż miał doskonale działający rzemyk. Wziął także mały woreczek, który, jak się okazało, gdy zajrzał do środka, miał w sobie kości. No nic, schował do kieszeni. Dostrzegł też małą książeczkę, która z łatwością zmieściła mu się w kieszeni. Ostatnią rzeczą, którą wziął był jej kostur.

Musiał teraz szybko się oddalić. Wszyscy na pewno zauważą, że do lasu szedł z nieumarłą, a właściwie teraz już umarłą, a wraca bez. Postanowił wrócić do wioski i uciec ponownie. Cóż, historia lubi się powtarzać. Skierował się na skraj lasu i dostrzegł wioskę Mirran Toilt. Poszedł w innym kierunku, niż szedł do lasu z wioski. Obszedł ją, idąc jakby z drugiej strony. Gdy do niej dotarł, z radością stwierdził, że wieś jeszcze w większości śpi. Stanowiczym krokiem skierował się do stajni po swojego konia. Gdy tylko go znalazł, szybko odwiązał i wsiadł na niego. Wyprowadził z budynku na drogę i rzekł do niego.

- Pędź, Ikvmo. Pędź. – a koń galopem skierował się do przeciwległego wyjazdu z wioski.

[z/t]
Awatar użytkownika
Xariel
Posty: 917
Rejestracja: 23 mar 2013, 16:28
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 11721007
Karta Postaci: viewtopic.php?p=42135&highlight=#42135

13 wrz 2014, 21:52

MG

Zajęci swoimi sprawami poszukiwacze przygód nie mieli pojęcia o zdarzeniach rozgrywających się w lesie. Zarówno Nerfox, jak i Palavas wraz z Vereomilem byli zajęci najzwyczajniejszą w świecie rozmową. Podobnież warto rozmawiać. Nie zbliżało ich to co prawda zbytnio do tego, aby dowiedzieć się czegokolwiek na temat klątwy, ale pozwalało jakoś spędzić czas w oczekiwaniu na wieczór i nadchodzącą noc, która to mogła być równoznaczna z nadejściem psów. Mogła, choć, jak zobaczyli dzień wcześniej, nie musiała.

Jak na razie dzień ukazywał się w pełnej okazałości, słońce świeciło na niebie, a mieszkańcy Mirran Toilt kręcili się wokół swoich obowiązków. Do wieczora było jeszcze stosunkowo daleko, trochę czasu minęło też już od świtu. Chłopi pracowali w polu, ich żony zajmowały się swoimi sprawami, reszta wieśniaków również nie próżnowała.

Tymczasem na leśnej polanie, nie różniącej się zbytnio od tysięcy innych leśnych polan, pośród drzew nie różniącego się niczym od tysięcy innych lasu, właśnie miała zostać zadana śmierć. Śmierć osobie, która zresztą dawno temu już miała umrzeć. Roskvarowi zdawał się nie przeszkadzać fakt, że miał zamiar zabić osobę, z którą przecież spędził upojną noc. A przynajmniej nie przeszkadzał mu ten fakt na tyle, by wykonać tę czynność i następnie bezczelnie ograbić zwłoki i pozostawić je w lesie dla padlinożerców. Nieszczególnie przyzwoita śmierć, choć wyproszona.

Miecz Trovsvarga opadł, cięcie nie było idealne, ciało bezwładnie opadło miotnięte uderzeniem, ciągnąc za sobą głowę, która zwisała przyczepiona doń fragmentem nieprzeciętej skóry. Niemniej jednak, wykonał robotę na tyle skutecznie, aby Desabia faktycznie umarła. Ostatecznie i nieodwołalnie. Nadal łączące jej głowę z ciałem strzępy nie były wystarczającym połączeniem dla trupa jej pokroju. Cokolwiek sprawiło wieki temu, iż te nietypowa figura powstała z martwych nie miało już nad ciałem władzy. Roskvar schował miecz nie przejmując się nawet by otrzeć go po dokonanym czynie, zerwał ze zwłok to, co uważał za cenne. Próba przewieszenia sobie przez szyję medalionu spełzła na niczym, gdyż przeciął podtrzymujący go rzemień przy okazji zadanego ciosu. Zmuszony był nieść go w ręce.

Mężczyzna popędził przed siebie, okrążając wieś i chcąc jak najszybciej z niej uciec. Bał się konsekwencji swojego czynu, jakkolwiek nie wstydził się mimo to dumnie nieść u boku zerwanych z ciała przedmiotów. Odniósł wrażenie, że wieś śpi, a on sam przeszedł totalnie niezauważony. Nie spotkał również nikogo w stajni, gdzie grzecznie czekał jego koń. Trov nie przejmując się zupełnie faktem, że jego siodło leży gdzieś nieopodal odwiązał konia i wsiadł na niego na oklep. Zwierzę nie wyglądało na zadowolone z tego powodu, jednak nie protestowało. Najwyraźniej mężczyźnie wyjątkowo się śpieszyło. Musiał przy okazji mocno pochylić się, aby nie uderzyć głową w strop stajni. Ruszył do drzwi i o mało nie wpadł na ścianę, gdy zorientował się, że wejście jest zbyt niskie, aby przejechał przez nie na koniu. W stajni nie było wiele miejsca, jednak udało mu się bezwypadkowo zsiąść ze zwierzęcia i chwycić za jego uzdę, by w końcu wyprowadzić je na zewnątrz.

Trov wychylił się zza drzwi i widok jaki ujrzał niewątpliwie go zszokował. Na koniach siedziało tam sześciu mężczyzn, bez wątpienia przedstawicieli szlachty. Więcej zobaczyć nie zdążył, albowiem prosto w jego twarz pomknęła dzierżona przez jednego z nich buława. Cios nie był bardzo mocny, jednak odcisnął na facjacie północnika swoje piętno. Roskvar poczuł, że jego nos zdecydowanie nienaturalnie ugina się pod uderzeniem, natomiast w ustach telepie się coś, co z dużym prawdopodobieństwem było swojego czasu jego zębem. Ktoś coś powiedział, ale nie zrozumiał. Przed oczami zakręciły mu się czarne plamy, a on sam upadł na ziemię. Nic nie pomogła trzymana uzda, na której próbował się podtrzymać. Ikvma niezbyt rozumiejąc co się dzieje opuściła łeb i zarżała spłoszona. Korzystając z tego, że jej właściciel wypuścił z rąk rzemień cofnęła się nieco w głąb stajni.

Zanim Trovsvarg rozeznał się w sytuacji uniosły go jakieś silne ręce i oparły o ścianę stajni, zaraz po tym otrzymał policzek, który zapewne miał go otrzeźwić. Twarz promieniowała bólem, a nos dość obficie broczył krwią. Wokół rozlegały się głosy, kilka osób mówiło na raz, niewątpliwie o nim.
- Cisza! – ktoś wrzasnął. Rozkaz został spełniony niemal natychmiast. Trov otrzeźwiał nieco i zobaczył przed sobą wąsatą twarz mężczyzny w średnim wieku, dobrze odzianego. Tak, nie było wątpliwości, że to szlachcic.
- Nie dość ci, że po nocy się szlajasz, to jeszcze w dzień musisz – parsknął do niego mężczyzna.

- Nic nie mów nawet. Koniec z tolerowaniem twoich zabaw. Więcej przechadzek z psami tutaj nie będzie – mężczyzna złapał ramię Trova i pół poprowadził, pół powlókł kilkanaście metrów, w końcu popchnął przed siebie. Roskvar stracił równowagę i upadł na ziemię podpierając się dłońmi. Pozostała piątka szlachty natychmiast go otoczyła. Kątem oka zauważył też jeszcze jednego, który nie zszedł z konia. Był to już starszy, posiwiały mężczyzna. Patrzył na całe zajście wzrokiem, z którego ciężko było odczytać emocje. Zdziwienie? Zdenerwowanie? Złość? A może po prostu oburzenie? Kawałek dalej zebrała się spora grupka wieśniaków, którzy bez słowa obserwowali zdarzenie. Pochylali pokornie głowy i unikali kontaktu wzrokowego ze szlachcicami.
- Jest i ten gówniarz, co psy po nocach z pańskiego dworu wykrada i na wieś szczuje! Pora, żeby go sprawiedliwość dogoniła, bo tolerować tego już nie można – ten sam szlachcic co wcześniej znów się odezwał, po czym obficie splunął na ziemię. Pozostali zgodnie wydali z siebie burknięcie, które zapewne miało być przytaknięciem na jego słowa.

Siedzący kawałek dalej najemnicy z Ulronedem na czele zauważyli poruszenie. Ciekawi co też się dzieje zostawili swoje rzeczy i ruszyli w tamtą stronę, by przyłączyć się do gapiów. Niczym owca za stadem poszedł za nimi też Nerfox. Również znajdujący się niemalże po drugiej stronie wsi Palavas i Vereomil dostrzegli, że coś jest na rzeczy. Przy stajni mogli bez trudu dostrzec wcale niemały (jak na wiejskie standardy) tłumek.

Awatar użytkownika
Palavas
Posty: 28
Rejestracja: 26 lut 2014, 00:31
Lokalizacja postaci: Wieś Mirran Toilt
GG: 6430758
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2893

14 wrz 2014, 04:05

Wykorzystując czas, poświęcony przez elfa na zastanawianie się, Palavas przyjrzał się bardziej królikowi. Zauważył, że kawałki jego ciała nie zostały wyszarpane silnym dziobem, ale gładko wycięte ostrym narzędziem. Myśliwy dzieli się upolowaną zwierzyną z innym myśliwym. Muszą być dobrymi przyjaciółmi. – pomyślał Palavas, zakładając dłonie jedna na drugą i z uwagą słuchając wypowiedzi młodzieńca.

"Czyżbyś miał na myśli skrzydła mego ptaka…" – w przerwie skrzat zaczął drapać się po brodzie – "a raczej skrzydło?". Palavas począł analizować skomplikowane sformuowania elfa: myśli skrzydło ptaka? Ptaka? Ptak! Ptak myśli skrzydło…. Zrozumiał, że ważne jest skrzydło opierzonego przyjaciela spiczastouchego. Z dalszego ciągu słowotoku bladolicego nie zrozumiał absolutnie nic. Może dlatego, że posługiwał się zbyt trudnymi wyrażeniami, a może dlatego, że jego uwagę przykuł tętent kopyt dobiegający gdzieś z drogi.

Zaintrygowany tym złowieszczym odgłosem, skrzat uznał, że rozmowa może poczekać. Nie chcąc przegapić nadchodzących wraz z końmi wydarzeń, rzucił w stronę Veremiliona krótkie Ja… – dotknął palcem wskazującym swojej klatki piersiowej – Palavas. Ty… – wskazał na elfa –Choć! i popędził w stronę stajni, gdzie, jak się okazało, zatrzymał się orszak. Oglądał się raz po raz do tyłu, w celu sprawdzenia, czy elf za nim podąża. Idąc, zdjął z głowy swój kapelusz, zwinął go i wsadził do kieszeni.

Zbliżywszy się na odległość, z której dobrze słyszał głosy ludzi, ruchem palców i nadgarstka pokazał nowopoznanemu przyjacielowi, żeby się oddalił. Zauważył wieśniaków zebranych dookoła jakichś dobrze ubranych mężczyzn, którzy zasłaniali mu widok. Palavas miał zamiar, jak zwykle, podkraść się niezauważony, szczególnie uważając na swój wydłużający się cień i sterczącą z pleców dumuchawkę, i zbadać, co się dzieje. Atmosfera była gęsta, twarze ludzi napięte, wydawane przez nich odgłosy ostre, wręcz agresywne. Świdrując spojrzeniem przez tłum, zauważył ich gniew i chęć mordu. Zastanawiał się, co się stało. Może rozwiązali zagadkę klątwy i złapali winowajcę?

Przez szparę w chaotycznym szeregu szlachciców, skrzat dostrzegł znajomą twarz. A raczej znajome wilcze futro, bo facjata była została lekko zdeformowana i zakrwawiona. Chwilę potem jego uwagę przykuł kusząco błyskający medalion, który przecież… Nie należał do rosłego człowieka, lecz do martwej kobiety… Choć nie zastanawiał się nad tym faktem, Palavas zarejestrował go gdzieś głęboko w podświadomości. Oj niedobrze. Czemu oni krzywdzić mojego przyjaciela? On nie robi im krzywdy. Źły ludzie. Palavas ratować Trofswarg! – pomyślał Palavas.

Upewniwszy się, że jest dobrze ukryty i nikt, prócz elfa nie zna jego lokalizacji, skrzat zamknął oczy i spróbował wyczuć aury ludzi dookoła, zwłaszcza tych, którzy przybyli na koniach. Zwracał szczególną uwagę na silne, magiczne aury. Brak czyjejś aury również wydałby mu się podejrzany: osoba bez aury może celowo ją ukrywać – pomyślał.

W przypadku, gdyby żadna aura nie wydała mu się podejrzana, Palavas rozpocząłby wykonywanie skomplikowanych gestów dłonią w kierunku każdego z zebranych, począwszy od tych nowych, uzbrojonych ludzi, rzucając znane sobie zaklęcie. Starałby się zasiać w ich umysłach paniczny strach przed dzikimi drapieżnikami, konkretnie przed… wilkami. Po rzuceniu Uroku na wszystkich szlachciców, stwierdziłby, że wnikanie w umysł każdego wieśniaka z osobna jest zbyt czaso– i energio– -chłonne, toteż, pewien siebie i swojej od dawna praktykowanej umiejętności, spróbowałby czegoś zupełnie nowego: objęcia wszystkich prostaczków jednym zaklęciem. Przesunąłby ręką w powietrzu od jednej krawędzi tłumu, do drugiej. Następnie, położywszy rękę na sercu, pomyślał o ostrych pazurach i zabójczych szczękach futrzastych bestii.

W innym wypadku natomiast, pozostałby w ukryciu, oczekując na rozwój wydarzeń.

Trovsvarg
Posty: 130
Rejestracja: 14 sty 2013, 17:56
Lokalizacja postaci: Gród rodu Rastara
GG: 8010618
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2465

14 wrz 2014, 13:59

Wszystko szło nad wyraz dobrze. Był już w stajni, na dodatek przeszedł niezauważony przez całą wieść. Znaczy, precyzyjnie rzecz ujmując, wydawało mu się, że został zauważony przez jakąś staruszkę, gdy mijał główną drogę, ale kto by tam zwracał uwagę na jakieś wiejskie kobiety.

Po dotarciu do stajni, z radością zauważył, że jego klacz jest w idealnym stanie do jazdy. Cudownie, bo mu się naprawdę śpieszyło. Po wejściu na Ikvmę świat wydał mu się nieco za mały. Cóż, budynek nie był wysoki. Pochylił się więc i zaczął powoli wyprowadzać konia, by jednocześnie nie zaryć czołem w strop. Szło dobrze, właśnie wychodził na zewnątrz. Tam jednak zastał widok, który niekoniecznie planował ujrzeć.

Sześciu mężczyzn na koniach utworzyło przed wyjściem ze stajni pewnego rodzaju kordon zabezpieczający. Byli dobrze ubrani, więc Trov natychmiast pomyślał, że są przedstawicielami szlachty. Niestety, szybki cios z niespodziewanego kierunku pozbawił go tymczasowo zdolności do dalszego analizowania sytuacji. Spadł z konia na twardą ziemię , czując wyraźnie płynne ciepło o metalicznym smaku, które zaczęło wypływać mu z miejsca, gdzie raczej był jego nos. W ustach przewinęło mu się coś twardego, ale jego zamroczony umysł nawet nie miał okazji zastanowić się nad stanem fizycznym Roskvara. Jakieś silne ręce chwyciły go i postawiły do pionu, co z pewnością nie było łatwe, gdyż rozmiarami zdecydowanie przewyższał każdego z tutaj obecnych. Rzecz jasna, jeśli nie siedzieli na koniach.

Ponowny cios w twarz, tym razem otwartą dłonią, miał go zapewne nieco otrzeźwić. Efekt był połowicznie skuteczny, gdyż, co prawda, nie miał już czarno przed oczami, ale policzek został mu wymierzony w to samo miejsce, które wcześniej zwiedziła twarda buława, co przysporzyło Trovowi dodatkowy ból. Znowu jednak nie dano mu czasu na ogarnięcie sytuacji. Słyszał wiele przekrzykujących się głosów, ale nie bardzo wiedział, czy mówią do niego. Nie zdołał się nawet zareagować, a kolejny raz został złapany za fraki, poprowadzony na chyboczących się nogach paręnaście metrów do przodu i pchnięty, ponownie tracąc równowagę. Upadek i konieczność ponownego uratowania twarzy przed kolejnym bolesnym przejściem spowodował jednak, że Roskvar szybko otrzeźwiał. Dość szybko doszedł do stanu, w którym zaczął w końcu rozumować, co się do niego mówi.

Na szybko przeanalizował sytuację. Oto grupka lokalnych możnych zebrała się we wsi, by szybko rozprawić się z tym, co z pewnością przynosiło im straty ludzkie. Widocznie Ulroned nie był aż tak skuteczny i władykowie postanowili wziąć sprawy w swoje ręce. Na ich nieszczęście, o czym niechybnie niedługo się przekonają, uwierzyli wiejskim plotkom i uznali rosłego mężczyznę z Północy za ów mitycznego potwora, sprowadzającego na wieś upiorne psy. No nic. Trov stłumił w sobie ogromny wybuch gniewu i agresji wobec tych niby-szlachciurów, gdyż wiedział, że wszelkie potencjalne przejawy agresji szybko sprowadziłyby na niego śmierć.

Powoli przeszedł na klęczki. Szybko rozejrzał się po nogach. Zebrała się tutaj całkiem spora grupka ludzi, najprawdopodobniej w większości wieśniaków, sądząc po stanie obuwia, bądź też ich braku. Przekonany, że ponownie będzie musiał radzić sobie sam, miał już rozpocząć żmudny proces wyjaśnień dla grupy szlachty tutaj zebranej, gdy zauważył znajomą twarz, gdzieś w oddali, pomiędzy nogami ludzi. To był ten skrzacik, którego poznał dzień wcześniej. Mały wydawał się nie rozumieć zamieszania, ale zauważył Trova, który aktualnie był jeszcze w pozycji klęczącej. Po nawiązaniu kontaktu wzrokowego z Palavasem, uśmiechnął się do niego i puścił oko. Miał nadzieję, że skrzat odbierze to jako pozytywny gest i pomoże mu w zabawie z możnowładcami. Następnie powoli wstał na równe nogi, okrył się swoją wilczą skórą, której mocowanie odrobinę się poluzowało w czasie tego przymuszonego zwiedzania wiejskiej ziemi, i ponownie rozejrzał się po tłumie.

Otóż stał w środku jakiegoś kręgu, gdyż wokół otaczało go pięciu możnych. Nie byli już na koniach. Na wierzchowcu pozostał tylko jeden szlachcic, który najprawdopodobniej był ich przywódcą, gdyż ubierał się nieco bardziej kunsztownie niż tamci, a poza tym był od niech starszy. Trov na chwilę nawiązał z nim kontakt wzrokowy. Jego wzrok był równie zagadkowy co Roskvara, gdyż ten nie umiał wyczytać z niego żadnych emocji. W tym momencie zwrócił się do niego jakiś szlachcic, który akurat stał przed nim.

– Jest i ten gówniarz, co psy po nocach z pańskiego dworu wykrada i na wieś szczuje! Pora, żeby go sprawiedliwość dogoniła, bo tolerować tego już nie można! – wykrzyknął spluwając pod nogi Trovsvarga.

Ten, niewzruszony, poczekał tylko aż zebrani uciszą się nieco, gdyż po słowach szlachcica przeszedł mały pomruk wśród wieśniaków. Następnie rozpoczął swoją obronę, przez spokojne wyciągnięcie zęba, który okazał się czwartym zębem, idąc od środkowego, na górnej części dziąseł. Czekał go cyrulik, ale na pewno nie na własny koszt. Schował ząb, który okazał się tak szczęśliwie wybity, że wyszedł cały i to we właściwie nie naruszonym stanie. Niestety, przez to krwawienie z dziury po nim było nieco intensywniejsze. Trov splunął krwią wprost pod nogi szlachcica przed nim i zwrócił się do gawiedzi.

- Bardzo nierozważnym jest atakować Roskvara w pełnym rynsztunku. - zaczął szeptem, niby do siebie. - Więc rozumiem, panowie, że zebraliście się tutaj, by ukrócić zapędy Potwora, za którego oczywiście musieliście wziąć mnie. – powiedział spokojnie, dosyć cichym głosem. - No cóż, zapewne także pomyśleliście, że to ja przywołuję te wszystkie psy. Zabawne. Panowie szlachta, jak mniemam, pozwólcie, że coś wam opowiem. – Trov miał nadzieję, że wysłuchają jego opowieści do końca, gdyż była to jedyna droga ratunku dla niego. - Otóż, gdy byłem tutaj pierwszy raz, osobiście zabiłem wielkiego psa, który rzucał się na pewną staruszkę, która była w karczmie. Rzecz jasna, wcześniej uratowałem ją z karczmy, która stanęła w ogniu, ale to nie jest takie ważne. Sołtys powinien mnie z łatwością pamiętać, to ja wskazałem mu wiedźmę, która tutaj była. – po tych słowach musiał ponownie splunąć, gdyż krew zaczęła mu nieco przeszkadzać w mówieniu. Tym razem nie zrobił to jednak w kierunku szlachcica, ale obok siebie. Nie chciał być odebrany zbyt negatywnie. – Z kolei przybywając tutaj drugi raz rozmawiałem z Ulronedem, najemnikiem, który ponoć wynajęty był do zniszczenia klątwy… – tutaj wyraźnie głośniej wymówił to słowo, licząc na przerażenie wśród wieśniaków. – … która panuje w tej wsi. Toteż zastanówcie się, drodzy panowie, czy na pewno ja jestem tutaj waszym wrogiem? Co wy zrobiliście dla tej wsi w sprawie klątwy, prócz pobicia jednego z ludzi, który dobrowolnie stara się pomóc zebranym tutaj wieśniakom, czyli mnie?



Rozejrzał się ponownie. Liczył na to, że wieśniacy zrozumieją, że jest po ich stronie i nie dojdzie do siłowych rozwiązań. Nie oszukując się, nie miał szans przeciwko sześciu możnym, w tym jednego na koniu. Przydałoby mu się wsparcie jak jasna cholera. Owinął się ponownie swoją wilczą skórą i kontynuował przemowę.



- Zapewne powinniście wiedzieć, że wyeliminowałem kolejny element, który był bardzo niekorzystny dla rozwoju klątwy w tej wsi. – teraz zwrócił się do wieśniaków, których zdawało mu się pamiętać z wczoraj, gdyż stali przy wejściu do stodoły. - Otóż przybyła tutaj nieumarła, chytrze twierdząc, że chce wam pomóc. Otóż nie! Poznałem jej niecne zamiary. Była opętana! – tutaj wykrzyknął, wiedząc, że prostaczkowie boją się wszelkiego, co opętane. – Ale nie bójcie się, bo to też załatwiłem. Zabiłem ją w lesie poprzez odcięcie głowy. Dowodem niech będzie ta krew. – następnie wyjął szybkim ruchem Higva i przystawił czubek ostrza do szyi szlachcica, który stał najbliżej Trova. Kropla krwi, w której miecz jeszcze był umazany, spłynęła po klindze i skapnęła na szyję możnego. Zadbał o to, by wszyscy to widzieli i schował miecz. Potem od niechcenia zwrócił się do szlachcica obok – Jeśli potrzebujecie, to idźcie i sobie sprawdźcie. Postanowiłem natychmiast wybrać się w podróż do Morinhtaru, niedalekiego centrum magii, by zbadać ten przeklęty przedmiot, który miała przy sobie. Magowie na pewno podpowiedzieliby, w jaki sposób rozprawić się z klątwą. – Trov nie miał zamiaru ukazywać wszystkich zebranych od Desabii gnatów, ale uniósł tylko woreczek z kośćmi tak, by wszyscy mogli dojrzeć co trzymał w dłoni. - A wy, panowie szlachta, właśnie mi przeszkodziliście w kolejnym staraniu o ratunek tej wsi. – zwrócił się bezpośrednio do możnego na koniu. - Co mam jeszcze zrobić, byście uwierzyli, że prawdziwy Potwór jest o wiele potężniejszy? Ja tylko pomagam, za co muszę zbierać cięgi. Czy to godne szlachcica zachowanie? - podniósł nieco głos, ale natychmiast go przyciszył, pragnąc jeszcze coś dodać.



- Dodam tylko, że jestem synem bardzo wpływowego arystokraty z Północy, a nie jakimś zwykłym podróżnikiem. – tutaj wyjął swój piękny złoty naszyjnik ze złotym kamieniem i pokazał zebranym szlachcicom, niechybnie robiąc wrażenie. – Czy naprawdę sądzicie, że bawiłbym się w magię w jakiejś wiosce? Kto spośród was rządzi? – zwrócił się do szóstki możnych, którzy go otaczali.

Awatar użytkownika
Vereomil
Posty: 375
Rejestracja: 13 gru 2012, 20:04
Lokalizacja postaci: Karczma Pod Bezgłową Damą
Discord: Vere#6712
GG: 46500292
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2524

16 wrz 2014, 17:24

Zaczynało być gorąco. Skrzat przerywając konwersację ruszył w stronę zbiegowiska, które w międzyczasie się utworzyło przed stajnią. Ruszył tam i Vereomil, wyrzuciwszy wcześniej truchło zająca oczywiście. Jego chód jednak był powolny. Słuch muzyka pomógł jednak w usłyszeniu wszystkiego, co mówiono w epicentrum owej farsy, którą wszak obserwowali wieśniacy. Elf nie wiedział co miał o tym myśleć, więc zatrzymał się na razie na uboczu, nie chcąc wpaść w kłopoty.

Biorąc pod uwagę niezbyt wysokich mieszkańców sioła, także widział większość, co się działo. Roskvar zdawał się nazbyt pewny siebie, lecz na razie nie zamierzał go powstrzymywać – co przecież mógłby zrobić kulawy elf, który nawet nie posiadał umiejętności walki, które z pewnością w tym momencie by mu się przydały.

Poprawił kapelusz, choć ten wcale tego nie wymagał. Nie chciał jednak, by kojarzono go z Trovsvargiem, gdyby ten jednak nie dał rady się obronić. Wyglądało na to, że mężczyzna jakby się prosił o łomot i zamknięcie w lochach, bo nie okazywał choćby odrobiny pokory, a dorzucał sobie kolejne zarzuty, jak na przykład atak na szlachcica. Kłamstwem nie byłoby, że roskvar zachował się co najmniej głupio i buńczucznie.

- Co to będzie… – Uśmiechnął się Vereomil, głaszcząc Enela po łebku, który także był zwrócony w stronę zbiegowiska. Elf myślał tylko o pieśni, którą chciał ułożyć na koniec tej żałosnej historii.

Awatar użytkownika
Nerfox
Posty: 33
Rejestracja: 02 mar 2014, 21:00
GG: 34583758
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2896

16 wrz 2014, 19:54

-A możesz mi waść wyjaśnić, co w takim razie robi taki wysoko urodzony człowiek, jak ty. – Nerfox właśnie w tym momencie zdążył przecisnąć się przez zgromadzony przy stajni tłum i zapukać palcem w naszyjnik. – W takim… – zawiesił głos na moment w poszukiwaniu odpowiedniego słowa – niepozornym i sielskim miejscu, gdzie schronienie znajdują ludzie tacy jak ja.
Faktycznie, zestawienie ze sobą Łowcy i Trovsvarga aż raziło w oczy. Z jednej strony dumny i blady roskvar, sypiący sarkazmem i ironią na prawo i lewo, z drugiej zaś obdarty, lekko zgarbiony (specjalnie na tę okoliczność) człowiek lasu, którego ubranie nie do końca maskowało kościstość i niedożywienie, a w głosie nie pobrzmiewało nic, prócz rozdrażnienia. Nerfox zwrócił się następnie do możnych.
-Panowie szlachta, jeżeli mogę się do was tak zwracać, wybaczcie, że najpierw żem się nie przedstawił i do nóg nie padł – w głowie aż pulsowało mu od myśli: "Mów jak chłop… Mów jak chłop." – ale waszmości wybaczą, sytuacja jest jaka jest – zła. Chciałbym się, jeśli taka wasza wola, podzielić tym co tu słyszałem, to co widziałem i to, od kogo się tu waści możecie czego innego dowiedzieć.
Łowca spokojnie poczekał na przyzwolenie łaskawym tonem, który dobrze znał i ewentualne zruganie za niezwrócenie się wpierw do szlachty, które (na co w duchu liczył) zostanie pewnie pominięte "w natłoku spraw". Po udzieleniu przyzwolenia kontynuował:
-Powiem jeno, com widział, bo w domysłach to ja mocny nie jestem. Jak tylko żem wlazł do karczmy pierwszego razu, siedzieli oni, Ta kobieta i on, znaczy się, razem przy stoliku i rozmawiali. Nie wiem co się działo w nocy, bom wyszedł, aby w szałasie noc spędzić, ale o to możecie waści zapytać takiego jednego z sokołem na ramieniu, on pewnikiem w karczmie nocował. Dalej zjadłem co nieco, i poszedłem sługę waszmości, Ulroneda odnaleźć, aby coś mu pomóc, może by potem jakim bochnem chleba nagrodził… Znalazłem go pracującego za trzech przy kopaniu wilczych dołów i stojącego nad nim tego tu bladego człowieka, który wyrzekł bardzo grubiańską uwagę, coś o kopaniu kwiatków. Potem widziałem tą… -zawahał się specjalnie, jakby próbując sobie przypomnieć słowo– nieumarłą, czy jak to tam blady mówi, idącą do lasu, a potem poszedł za nią i on. Co się dalej działo nie wiem, bo rozmawiałem z tym z sokołem, a potem rwetes się tutaj uczynił. Jedno co muszę przyznać, to ten blady człowiek, czy kim on tam w końcu jest, z żadnymi psami nie gadał, ani się nie bratał, uroków też nie rzucał, ja przynajmniej żem niczego nie widział. – Zakończył.
Awatar użytkownika
Xariel
Posty: 917
Rejestracja: 23 mar 2013, 16:28
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 11721007
Karta Postaci: viewtopic.php?p=42135&highlight=#42135

17 wrz 2014, 17:54

MG

Wydarzenia we wsi nie mogły obejść się bez ingerencji obecnej w niej drużyny, a przynajmniej na to się zapowiadało. Pierwszy w to wszystko postanowił wpakować się Palavas, który włożył sporo wysiłku w to, by obudzić w umysłach obecnych strach przed wilkami. Co prawda nieszczególnie sprawnie szło mu jakiekolwiek skupienie tych negatywnych emocji na wilkach konkretnie, niemniej jednak czarował w najlepsze robiąc co mógł, aby zasiać strach w sercach zgrupowanych.

Wszystkie te zaklęcia rzucone w tak krótkim czasie nieźle zmęczyły skrzata, jednak czuł się w miarę zadowolony ze swoich efektów… mimo faktu, że jak na razie nie mógł ich dostrzec. Wieśniacy sami w sobie byli już chyba dostatecznie przestraszeni, a żaden szlachcic jakiś wyraźnych symptomów strachu nie okazał.

W najlepsze, choć z brawurą, która daleko przekraczała granicę idiotyzmu działał też Trov. Zdołał się on podnieść i po chwili rozpoczął swoją przemowę. Długą przemowę. Obita twarz, złamany nos i ogólny ból sprawiały, że mówił on niewyraźnie i bez polotu. W dodatku przemowa ta wymagała od niego wcale niemałych ilości powietrza, by wprawiać w ruch struny głosowe. Co najmniej kilka razy biorąc wdech zachłysnął się krwią i dostał gwałtownego ataku kaszlu. W całym tym świetle jego słowa, choć zapewne niosąc jego zdaniem treść genialną i niepodważalną wypadły raczej śmiesznie. Niektórzy z obecnej szlachty nawet spoglądali po sobie z niekrytym rozbawieniem na twarzy i kręcili głowami.

Powagę zachował ten, który do tej jako jedyny się odzywał. Dość szybko także odzyskali powagę pozostali, gdy Trov sięgnął po miecz. Szlachcic odsunął się gwałtownie, rzucając w bok trzymaną buławę i chwytając swój własny, wiszący u jego pasa półtorak i gwałtownym ruchem wyciągając go z pochwy. Roskvar w tym czasie wyciągnął swój miecz i wymierzył w szlachcica na wysokości jego szyi, ten jednak był zdecydowanie za daleko, aby ostrze miało w ogóle szanse go dosięgnąć. Pozostała piątka także się odsunęła, zachowując bezpieczny dystans i kładąc ręce na rękojeściach.

- Ha, więc tak? Stawaj! – wykrzyknął z oburzeniem mężczyzna, któremu Trov miał zamiar przystawić ostrze do szyi. Zaraz po tym na jego twarzy na krótką chwilę wykwitł jakby wyraz niepewności, zapewne wywołany zaklęciem Palavasa. Rycerz szybko jednak się go pozbył, marszcząc gniewnie przy tym brwi i mamrocząc coś do siebie. Nikt już nie słuchał dalszych słów Trovsvarga, które ginęły w gniewnych pomrukach.

Wywoływany wcześniej przez bladolicego sołtys wyszedł przed grupę chłopów, jednak widząc jak obecni sięgają po miecze dużo już żwawiej zniknął w niej z powrotem, nie mając zamiaru odzywać się ani słowem. Nie chciał mieszać się w sprawy, które dotyczyły machania tym ostrym narzędziem, nawet pośrednio. Obecni wieśniacy zapewne nie pałali też do Trova szczególną miłością, on sam nie szczędził sobie co prawda przechwałek, jednak oni zapamiętali raczej fakt, że zwyczajnie uciekł ze wsi, gdy zobaczył jak wyglądają tutejsze noce. Niezależnie od tego jakie wrażenie wywarły na nich słowa rosvkara nie raczyli się odezwać.

Wśród tego wszystkiego podniósł się jedynie głos Nerfoxa, który jednak został zignorowany przez większość możnych. Dwóch odwróciło się w jego stronę słuchając wypowiadanych słów. W gruncie rzeczy cokolwiek chciał powiedzieć nie miało to większego znaczenia.

Trudno stwierdzić jak potoczyłyby się dalsze losy Trovsvarga, gdyby nie kolejne wydarzenie, które przyćmiło poprzednie, podobnie jak wcześniejsze wyciągnięcie miecza kompletnie zaćmiło jego przemowę. Od strony, z której przybyła szlachta ozwał się jakiś skowyt. Mimo faktu, że był środek dnia, każdy kto tam spojrzał mógł dostrzec watahę psów, które pędziły w stronę zgromadzonych. Za nimi konno jechał mężczyzna, który z facjaty był niesamowicie podobny do Trova. A przynajmniej byłby, gdyby nie fakt, iż twarz roskvara nie wyglądała teraz najlepiej. Była spuchnięta, warga została rozcięta, noś nieco się przemieścił, a na twarzy i ubraniu miał wcale niemałe ilości zaschniętej juchy.

Dzierżący miecz szlachcic spojrzał na pędzącego na koniu, po czym znów na Trova, z całej jego twarzy wyzierało ogromne zdziwienie. Jakby niepewien czy nie ma zwidów znów spojrzał na konnego, po czym znów na Trova. Podobnie reagowali pozostali ze szlachty. Niektórzy wyglądali nawet na faktycznie wystraszonych całą sytuacją. Nawet ten starszy, siedzący na koniu ewidentnie się zdziwił, choć robił to raczej ospale i najwyraźniej miał problemy z ogarnięciem sytuacji. Oprzytomnieli dopiero, gdy psy były już blisko. Skory jeszcze niedawno do pojedynku z Trovem mężczyzna kompletnie o nim zapomniał, zamachnął się mieczem i ciął jednego z psów, który przebiegał tuż obok niego. Zwierzę ranione w nogę pisnęło żałośnie i padło na ziemię, tocząc z pyska gęstą pianę. Pozostali możni chwycili za miecze, starając się otoczyć najstarszego z nich i nie dopuścić do niego psów.

Jak się za chwilę okazało nie było to konieczne, albowiem zwierzęta zignorowały szlachtę niemal całkowicie, zamiast tego wpadając w sporą grupę chłopów. Dopiero teraz zaklęcie Palavasa, które tak wycieńczyło skrzata ukazało swoje skutki. Ciżba była tak przerażona, że nie potrafiła nawet uciekać. Mężczyźni i kobiety rozbiegali się w różnych kierunkach, wpadali na siebie, przewracali się, tratowali nawzajem, nawet jedna osoba spośród nich nie próbowała się bronić. Proste, chłopskie umysły były nieporównywalnie bardziej wrażliwe od szlacheckich. Skrzat niecelowo zapewnił ogarom możliwość istnej rzezi wśród tych prostych ludzi.

Ulroned i trójka jego towarzyszy rzuciła się w stronę pozostawionego kawałek dalej wozu, najwidoczniej mając tam coś, co pomoże im w walce. Kilka psów poleciało za nimi. Ktoś z nich krzyknął w stronę szlachty krótką informację o wozie. Rycerze próbowali dosiąść swoich koni, jednak większość z czworonogów uciekła przerażona pojawieniem się psów. W efekcie ruszyli w stronę wozu pieszym tempem, starając się zranić, albo przynajmniej odgonić pobliskie zwierzęta. Wywoływało to oczywiście ze strony ogarów agresję, jednak były one dużo mniej skore do atakowania szlachciców, niż bezbronnych chłopów.

W międzyczasie koło stajni zatrzymał się świeżo przybyły mężczyzna, śmiejąc sie w głos i wykrzykując w stronę siódemki możnych uwagi na temat tego, że pomylili jego osobę z "tym ścierwem". Chaos, istny chaos objął wieś, podobny temu jaki Trov widział już kiedyś, a nawet jeszcze gorszy.

Palavas, ku swojemu szczęściu, jak na razie był bezpieczny, żadna z grasujących bestii nie zwróciła uwagi na jego osobę. Schowanie się było dobrym pomysłem. W gorszej sytuacji byli Nerfox i Vereomil. Zarówno jednego, jak i drugiego zauważono. Elf został chwilowo zignorowany przez zwierzęta, ponieważ pod łapą miały wieśniaków, jednak było tylko kwestią czasu, aż któryś zaatakuje. W stronę łowcy natomiast ruszyło jedno ze zwierząt, szczerząc kły i warcząc. Z jego pyska kapała biało-żółta piana.

Awatar użytkownika
Nerfox
Posty: 33
Rejestracja: 02 mar 2014, 21:00
GG: 34583758
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2896

17 wrz 2014, 19:54

W tym momencie z Nerfoxa wyleciały wszystkie emocje. Nie bał się wilków, nigdy się ich nie bał, zawsze cenił je jako piękne zwierzęta, które opanowały do perfekcji sztukę działania w grupie. W jego głowie zalęgła się jedna myśl: "Zabij to, co wypaczyło te piękne istoty i zmieniło je w bezmyślne bestie." Dobył kuszy, umiejętnym ruchem łokcia poprawił górny kołczan, aby wyjęcie bełtów zabierało jak najmniej cennych sekund. Naciągnął cięciwę, wydobył pierwszy pocisk… Działał jak maszyna, pustka w głowie, szybkość celu, wiatr… Strzelił i już w tym momencie wiedział, że trafi, nie dlatego, że zawsze trafiał, po prostu tak mu podpowiadały wyćwiczone przez lata zmysły. Tymi samymi, bezosobowymi ruchami, naciągnął ponownie kuszę i nałożył kolejny bełt. Skierował się następnie w stronę bladego mężczyzny, ciągle wypatrując okazji do oddania strzału. Kiedy znalazł takową. złożył się płynnym ruchem… W głowie przez chwilę mignęło mu: "Strzelasz do człowieka!" Natychmiast wyrzucił tą myśl. To był cel, ten, który niszczy przyrodę, zatruwając umysły zwierzętom. Strzelił…

Wróć do „Autonomia Wolenvain”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 11 użytkowników online :: 1 zarejestrowany, 0 ukrytych i 10 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Xariel
Liczba postów: 52170
Liczba tematów: 2971
Liczba użytkowników: 1044
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Haarum Kebb
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.