Włości Darante

Najważniejszy obszar, na którym toczy się gra. Autonomia to zamieszkane głównie przez ludzi państwo podzielone na pięć prowincji ze stolicami w Wolenvain, Derinie, Morinhtarze, Minaloit i Aparilume. Czytaj więcej…
Awatar użytkownika
Kot'eleiven
Posty: 451
Rejestracja: 19 sty 2012, 21:40
Lokalizacja postaci: Trakt Iquański
GG: 11472512
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1476

Włości Darante

19 mar 2013, 19:39

MG

Opisane w ogłoszeniu na słynnym słupie ogłoszeń z Wolenvain, włości niejakiego Darante, mogły nieco rozczarować kogoś, kto spodziewał się majętnych posiadłości i jakiejś wielkiej siedziby, górującej nad wszystkim. W rzeczywistości była to położona na północny-wschód od Nalin, maleńka wioska, leżąca niemal u stóp Wichrowych Szczytów, znajdująca się wręcz na zupełnym odludziu. W pobliżu nie było zbyt wiele łownej zwierzyny, choć zdarzało się gdzieniegdzie ujrzeć przebiegającego jelenia w oddali, bądź donośne wycie wilków gdzieś niedaleko. Drzewa nie były rzadkością, choć w pobliżu nie rósł żaden większy las. Wiele roślin leżało natomiast poprzewracanych na ziemi, choć uważny obserwator łatwo mógłby zauważyć, że nie były bynajmniej ścięte. Większość z nich była wręcz złamana na pół, niczym po uderzeniu pioruna.
Pierwszą rzeczą jaką można było łatwo dostrzec, udając się w tamtejsze tereny, była uderzająca bieda, bardzo łatwo dostrzegalna już z daleka. Idąc ledwo przetartą drogą, wśród dziko rosnącej trawy i krzewów, niknących wraz ze zbliżaniem się do mniej żyznych terenów i bardziej nieprzystępnych miejsc, można było odnieść wrażenie, że na takich terenach może zamieszkać co najwyżej jakiś szurnięty pustelnik. A jednak, znajdowały się posiadłości, należące zapewne do jakiegoś szlachcica, choć określenie "posiadłości" raczej nie pasowało do tego, co ukazywało się oczom ewentualnych wędrowców.
Dziesięć położonych w pewnych odległościach od siebie, małych, drewnianych chatek krytych strzechą, nad którymi wybijała się mała posiadłość, zapewne właściciela tych terenów. Chatki były naprawdę biedne, cztery z nich, leżące we wschodniej części, nosiły ślady odbudowy, a ponad połowa, ewidentnie była podpalana, na co wskazywały ciemne ślady, okalające część budynków. Gdzieniegdzie otaczała je jedynie spalona ziemia, bądź jakieś zgliszcza lub szczątki po budynkach, zebrane w jedno miejsce. Samo ułożenie owych budynków przypominało swoisty okrąg, z ową, największą posiadłością znajdując się dokładnie naprzeciwko głównej ścieżki, prowadzącej do środka całych włości. Właśnie na środku tego wszystkiego, pomiędzy tymi wszystkimi domami, znajdował się mały ryneczek, na którym nie było nic, prócz małej studni, oraz kilku małych drewnianych konstrukcji, które zapewne kiedyś były sklepami, lecz teraz były to jedynie zabite deskami dziury, opuszczone, pozamykane i poniszczone. Kilka z nich nosiło także ślady ognia, który musiał je kiedyś trawić. Przy studni stało już kilka pełnych wiader zimnej wody, zapewne na wypadek ponownego ataku smoka. Dom Darante był dwupiętrowy, jednak także nie przypominał miejsca godnego szlachcica, choć w porównaniu do tego co go otaczało, był istną rezydencją.
Cały, raczej przeciętnej wielkości, dwupiętrowy, prostokątny budynek, zewsząd otaczały marmurowe posągi, przedstawiające różnych, nieznanych nikomu ludzi, którzy zapewne byli jedynie wymysłem artysty. To co najbardziej wyróżniało go na tle otoczenia, był fakt, że został wykonany z kamienia. Z przodu budynku znajdowały się cztery wielkie okna, nad którymi znajdowały się wspaniałe, zdobione łuki. Do samej "rezydencji" prowadziły duże, dębowe wrota z wymalowanym nań herbem, przedstawiającym szarą siekierę, na ciemno-bordowym tle. Ród ten był wyjątkowo mało znany, i zapewne mało kto wiedział w ogóle o jego istnieniu. Przed domem znajdował się mały placyk, z brukowaną ścieżką i rosnącymi po obu stronach, ozdobnymi drzewkami, a cały plac otoczony był niskim murem z otwartą, żelazną bramą. Co ciekawe, był to jedyny budynek, który nie posiadał żadnych oznak zniszczenia czy ataków jakiejkolwiek bestii. Wszystko było na swoim miejscu, figury były całe, a sama rezydencja przypominała niemal świeżo zbudowaną.
Wioska sprawiała wrażenie bardzo tajemniczej, opuszczonej i wyjątkowo nieprzystępnej. Na próżno było szukać wzrokiem jakichś mieszkańców, krążących po okolicy, bądź małych dzieci, bawiących się i biegających jak szalone. Było to niczym widmo przeszłości, niczym pozostawiona samej sobie okolica. A jednak, Darante jeszcze niedawno umieścił prośbę o pomoc, więc zapewne on musiał gdzieś tu być. Choć prawdopodobnie był tu sam, ponieważ każdy kto znalazł się w tych terenach, z reguły przypadkowo, omijał wioskę szerokim łukiem. Ale to chyba nie było nic dziwnego, tym bardziej odkąd pojawił się tu smok, straszący i ziejący ogniem. W każdym razie według plotek prostaczków…
Obecnie ta lokacja jest pusta.
Awatar użytkownika
Silvatis
Posty: 87
Rejestracja: 26 kwie 2012, 14:03
GG: 18489908
Karta Postaci: viewtopic.php?p=27401#27401

19 mar 2013, 20:25

Silvaroth poprawił torbę podróżną zwisającą ciężko na jego ramieniu. Od tego nacisku już powoli się w środku gotował. Chłopak nigdy nie znosił wszelkich toreb, plecaków. Czuł się wtedy jakby był ograniczony ruchowo. Nie reagował na wszystkie czynniki ze swym wrodzonym refleksem, bowiem skupiał myśli na biadoleniu na temat uporczywego bólu pleców. Flagrantia warknął pod nosem. Cholerne Darante, musiało znajdować się aż tak daleko. Gdyby ten zasrany, niech go Wszechmatka pokara, czerwony smok wybrał sobie jakąś wioskę tuż przy Wolenvain, chłopak nie musiałby pakować się na kilka dni podróży. Od ciągłego marszu bolały go stopy, a w gardle paliło niemiłosiernie. Ostatnią butelkę wina opróżnił tuż po wyjściu z Wolenvain. Co jak co, ale kilka dni bez tego trunku potrafiły wprowadzić wiekowego smoka w stan, podczas którego nawet na najcichsze brzdęknięcie reagował złością. Gdy tak rozmyślał na temat założenia własnej winiarni, zobaczył włości Darante.
-No cóż, nie tak sobie to wyobrażałem, panie szlachicu… Tak długo zwlekałeś z tym ogłoszeniem, że ten cholerny jaszczur spalił ci pół wioski. – powiedział cicho Silvatis oglądając zgliszcza budynków.
Po chwili skoncentrował wzrok na największej, centralnej budowli. Przypuścił, iż była to rezydencja samego zleceniodawcy.
-Wszystko jest osmalone, sypie się w pył, ale jego dom jakby był omijany przez zimnokrwistego. Dziwne… Czy chroniony jest jakimiś zaklęciami? Pewnie nie, nie stać by go było na usługi doświadczonego czarodzieja. Może smok palił domy wieśniaków, by wyłudzić na nim haracz? Nie, raczej nie, myślę, że szlachcic nie przejąłby się losem wieśniaków. Zawsze traktują ich z góry. Prawdopodobnie napisał to ogłoszenie, gdy smok zaczął zagrażać mu bezpośrednio. Albo całe to zlecenie to cholerna przykrywka czegoś większego… – powiedział coraz ciszej smok, zamyślając się na moment. Po chwili wybuchł jednak szczerym śmiechem. -Silva, ale żeś się stał ostatnio podejrzliwy. Zlecenie to zlecenie, pieniądze to pieniądze. Jeśli ten cholerny bufon będzie próbował mnie oszukać, dodam jego ucho do swojej kolekcji.
Silvatis uniósł zawadiacko kąciki warg i przeszedł przez spalony rynek. Rozejrzał się po terenie przez chwilę analizując poczynione przez smoka szkody, a następnie skierował się w stronę nietkniętej, wykonanej z kamienia budowli. Spojrzał na dębowe wrota z wymalowanym nań herbem. Pokręcił głową, mamrocząc coś na temat szlachty i zapukał kilkakrotnie w drzwi. W oczekiwaniu na odpowiedź oparł się o murek i zaczął wystukiwać stopą jakiś nieskomplikowany rytm.
Awatar użytkownika
Kot'eleiven
Posty: 451
Rejestracja: 19 sty 2012, 21:40
Lokalizacja postaci: Trakt Iquański
GG: 11472512
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1476

20 mar 2013, 12:02

MG

Młody poszukiwacz przygód wkroczył w końcu do kompletnie zniszczonej wioski, którą zarządzał człowiek znany powszechnie jako Turiel Darante, przynajmniej tak wynikało z ogłoszenia. W końcu mało kto słyszał o nim gdziekolwiek dalej, aniżeli poza granicami tych niewielkich włości. Mimo tego, że wszystko wokół było w opłakanym stanie, nie powinno się go uznawać od razu, za kogoś nie nadającego się na to stanowisko. W końcu to nie jego wina, że jego tereny zostały zaatakowane przez jakąś straszną, morderczą, ziejącą ogniem bestię. Jednak rzeczywiście, dość szybko zostało dostrzeżone przez ciemnowłosego wojownika, że wyglądało na to, że ów właściciel niespecjalnie interesował się losami tego miejsca, w dodatku chyba trochę za późno wziął się za szukanie pomocy.
Mimo tego, że zmęczony Silvatis wkroczył główną drogą, będąc widocznym z każdej chaty, to jednak nikt nie wyszedł mu na spotkanie, nikt się nie pojawił, całe to miejsce zdawało się być jeszcze bardziej opuszczone, niż wyglądało na takie z daleka. Choć powoli zaczynała się już wiosna, z żadnego komina nie wydobywał się dym, a wokół panowała kompletna cisza, przerywana jedynie ćwierkaniem jakiegoś małego ptaka, który przycupnął na pobliskim drzewie i zaczął głośno śpiewać, zapewne na samą myśl o końcu zimy. A jednak, gdy uważniej się przyjrzeć, z małego komina umieszczonego na dachu kamiennej budowli, wydobywała się cieniutka strużka dymu, nieśmiała niczym młoda dziewka wśród adoratorów, zupełnie jakby gospodarz bał się, że dym sprowadzi na jego tereny nieszczęście, większe aniżeli dotychczas.
Mimo tych wszystkich dziwnych i niepokojących znaków, które z resztą dość szybko zostały przez niego dostrzeżone, mężczyzna nie miał zamiaru rezygnować z podjęcia się tego zadania. Ale chyba nie było się czemu dziwić. Zapłata za podobny wyczyn musiała być sowita, po prostu ciężko było sobie wyobrazić jakikolwiek inny przebieg wydarzeń. Poza tym, to że te tereny były prawdopodobnie opuszczone, wcale nie musiało oznaczać, że od razu działo się tu coś dziwnego. Przecież nikt nie chciał ryzykować swojego życia, tylko dlatego, że miał tu swoje cztery ściany, tym bardziej że nie mieszkanie tutaj raczej nie było zbyt kuszącą propozycją.
Tak czy owak, Silvatis w końcu przeszedł przez żelazną bramę, ładnie udekorowaną, wzorowaną na plemiennych wzorach. Minął tajemnicze rzeźby, które otaczały posesję, aż w końcu wszedł na kilkanaście schodków, prowadzących do głównego wejścia i zapukał głośno do drzwi, licząc że chociaż w tym miejscu spotka jakąś żywą duszę. Przez chwilę zupełnie nic się nie działo, nie było słychać żadnych kroków w środku, jedynie jakieś dziwne szmery, które były jednak trudne do zidentyfikowania. W końcu jednak, coś mignęło w oknie, umieszczonym w stosunkowo niewielkiej odległości od drzwi. Słychać było też kroki, stawiane szybko, w pośpiechu, jakby liczyła się każda sekunda.
Wrota otwarły się szeroko i szybko, sprawnie naoliwione nawiasy zdały egzamin. Oczom niedoszłego bohatera ukazał się stary, niewysoki, szaro-włosy mężczyzna. Ubrany był w dość wykwintny strój, choć daleko temu było do bogatych kreacji, jakie można było ujrzeć na dworach bogatych mieszczan w Wolenvain. Nie miał przy sobie żadnej broni, jedynie zdobione buty, długi, bordowy żupan i kontusz w tym samym kolorze. Na piersi miał wyszyty herb, który znajdował się również na wrotach. Był to około sześćdziesięcioletni osobnik, ewidentnie przy ciele, który wyglądał jak ktoś, kto zdecydowanie był już zmęczony życiem i gotów dopełnić swojego żywota. Jego krótkie, siwe włosy były przetłuszczone, a na twarzy widać było już kilka większych zmarszczek i bruzd. Miał duży, szeroki nos, długi podbródek pokryty krótką, szarą szczeciną oraz głębokie, raczej niezbyt przyjemne, ciemnobrązowe oczy, spoglądające ciężkim spojrzeniem znad krzaczastych brwi. Na twarzy figurował grymas, który zapewne miał robić za uśmiech, a on sam był roztrzęsiony i podenerwowany, choć ciężko było ocenić, czy to ze szczęścia, czy raczej z życia w strachu.
Niemal od razu doskoczył do chłopaka, chwytając jego dłonie i całując je, niczym od dawna poszukiwany skarb, znaleziony po wielu latach. Zaczął odzywać się między pocałunkami, co wyglądało i brzmiało nieco komicznie.
- Och ty jesteś… jesteś bohaterem… przyszedłeś… uratować mnie… znaczy nas… – mielił jęzorem, zacinając się co chwilę, aż w końcu skończył dziwne powitanie i uścisnął mocno przybysza.
Mimo przesadnej egzaltacji, jaką okazał, widać było, że to zachowanie nie było zbyt naturalne. Jak najbardziej zrozumiane, ale jednak niezbyt naturalne, niczym kiepska próba gry aktorskiej. W końcu uspokoił się nieco, choć ręce mu nieco drżały, a stanie w jednym miejscu sprawiało trudności. W końcu odezwał się, jakby nagle oprzytomniał i zrozumiał, co powinien zrobić.
- J-ja jestem Darante. Znaczy się Turiel, na imię mam Turiel. Turiel Darante panie – rzekł głośno, jakby miał jakieś problemy z mówieniem. Po chwili ciszy ukłonił się lekko z gracją i wbił uważne spojrzenie w przybysza, oglądając go dokładnie.
- A Ty? Ty przyszedłeś zabić? Zabić tę przeklętą bestię? Na Bogów, p-powiedz że tak! – dodał i wyczekująco spojrzał na poszukiwacza przygód, zaciskając ręce w pięści, zapewne ze zdenerwowania. Cóż opcje były trzy. Mężczyzna mógł być niezmiernie rozradowany, wyjątkowo przestraszony bądź po prostu kompletnie szalony. Każda z tych możliwości wiodła na myśl wiele wątpliwości i niepewności, jednak chyba za późno było, aby się z tego bagna wycofać. A może jednak trzeba było to zrobić, póki jest taka szansa? Decyzja i wszelkie rozważania na ten temat należały wyłącznie do Silvatisa, który musiał szybko zdecydować, czy jest chętny pomóc starzejącemu się władcy w potrzebie.
Awatar użytkownika
Silvatis
Posty: 87
Rejestracja: 26 kwie 2012, 14:03
GG: 18489908
Karta Postaci: viewtopic.php?p=27401#27401

21 mar 2013, 17:02

Silvatis zlustrował wzrokiem starca, oceniając jego aparycję. Stary, wygląda na podenerwowanego. Być może to ciągłe życie w strachu przed atakiem smoka tak go zmieniło. Albo po prostu jest szalony… Kto to wie. Silvatis uniósł kąciki ust w pewnym siebie, zawadiackim uśmiechu, widząc nadzieję w oczach Turiela. Niestety, gdy Darante począł całować go po dłoniach niczym przepełniony fałszem lizus, na miejsce uśmiechu wstąpił grymas obrzydenia. Albo jesteś tak zdesperowany, albo bardzo słabo grasz rolę w którą chcesz się wcielić. Musze na Ciebie uważać, Turielu Darante…
Mężczyzna zdecydowanie odsunął od siebie starca, odzyskując przestrzeń osobistą. Chłopak był lekko podenerwowany stosunkiem starca do sprawy. Darante myślał, że Silvatis podejmie się zadania bez ustalenia ceny za łeb potwora. Wiekowy smok w duchu wybuchł śmiechem. Co za naiwniak… Jeśli nie zaoferuje za dużo, po prostu odejdę. Z kolei znając chciwość baronów będzie chciał zaoferować jak najkorzystniejszą dla siebie ofertę, by również przy tym jak najmniej stracić. Muszę wyczuć tę granicę i wyszarpnąć z niego ostatnie pieniądze. Myślę, że jest tak zdesperowany, iż odda mi wszystko czego zapragnę, byle by smok był martwy… Silvatis przestapił z nogi na nogę i przymrużył oczy patrząc na barona.
-Hola, Turielu. Najpierw odpowiesz mi na kilka pytań. Po pierwsze – gdzie są wszyscy mieszkańcy twych włości? I drugie, najważniejsze – w ogłoszeniu nie wspominałeś dość dokładnie o zapłacie za łeb bestii. Czekam na Twą propozycję, baronie. – powiedział chłopak i ukłonił się w wyuczony, elegancki sposób. Pod tą zasłoną manier, wyszukanych słów i eleganckiego zachowania wciąż krył się chytry, przebiegły i łasy na pieniądze czarny smok. Tylko głupiec wziąłby tę maskę na oblicze prawdziwego Silvatisa.
Zobaczmy, jak drogo cenisz sobie życie swych poddanych, baronie Darante…
Awatar użytkownika
Kot'eleiven
Posty: 451
Rejestracja: 19 sty 2012, 21:40
Lokalizacja postaci: Trakt Iquański
GG: 11472512
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1476

22 mar 2013, 16:17

MG

Starzec stał, czy raczej starał się ustać ciągle w tym samym miejscu, podczas całej swojej rozmowy z Silvatisem, który miał się okazać jego wybawcą i wielkim bohaterem. Wpatrywał się w niego swoimi wielkimi oczami, jakby próbując wyczytać coś z jego twarzy, po czym błyskawicznie odwracał wzrok, kierując raz w stronę okolicznych drzew, raz w stronę stojącej na rynku studni, innym razem natomiast ku błękitnemu niebu, na którym górowało wczesnowiosenne słońce, które dawało trochę przyjemnego ciepła.
Turiel wyraźnie nieco się zmieszał, gdy usłyszał pierwsze słowa przybysza, tym bardziej że nie było to potwierdzenie, jakiego zapewne się spodziewał. Można by wręcz powiedzieć, że słowa nieznanego mu mężczyzny sprawiły, że powrócił do brutalnej rzeczywistości, gdyż prócz zmieszania, wyraźnie nieco się uspokoił. Pozostawało teraz jednak pytanie, co doprowadziło do takiego stanu, pytanie o mieszkańców całych tych włości, czy kwestie pieniężne. Przesunął ręką po przetłuszczonych włosach i wbił swoje spojrzenie prosto w spojrzenie rozmówcy, choć tym razem prócz wesołości, malowała się w nich także nutka zainteresowania, pomieszanego z wątpliwościami, jeżeli nie ze strachem.
W końcu, gdy Darante już zebrał się by spojrzeć swemu, prawdopodobnie przyszłemu bohaterowi, w jego bystre, brązowe oczy, postanowił wrócić do podjętego wcześniej dialogu, odzywając się nieco pewniej, choć nadal nerwowo.
- No cóż… mieszkańcy tak? W sensie zwykli ludzie? To znaczy, no, Ci co tutaj byli? No tak, no bo przecież ich już tu nie ma – zaczął, dołączając do tego bardzo bogatą gestykulację, niejednokrotnie wskazując na okoliczne, drewniane domki bądź zataczając rękami różnorakie koła i okręgi. Z każdą chwilą można było zacząć podejrzewać, że jest to osoba chora na coś, ponieważ rzadko spotyka się osoby, które tak zachowują się w stosunku do obcych osób, tym bardziej wysoko urodzone. Ale cóż, sytuacja też było dość niecodzienna.
- No bali się. Rozumie Pan, bo ta bestia, to ona całkiem straszna dla prostaczków, a jeszcze oni tacy bezbronni – ciągnął, mówiąc tak szybko i niewyraźnie, jakby opowiadał jakąś zasłyszaną, wręcz nieprawdopodobną plotkę.
- I… oni… no, odeszli – rzekł, tym razem jednak powiedział to powoli, jakby zawstydzony, z autentyczną nutą smutku w donośnym, ciężkim głosie. Jednocześnie spuścił spojrzenie, spoglądając na swoje bogate, wspaniale ozdobione buty. Nie trwało to jednak dłuższej chwili, gdy nagle jakby uświadomił sobie, co właściwie się dzieje i znów skupił się na swoim rozmówcy, znów podenerwowany i niepewny.
- A pieniądze? Ja… ten… no dam Ci dziesięć suwerenów, jak uwolnisz mnie od tej przeklętej bestii. O, tak, dziesięć brzęczących suwerenów, a może nawet więcej, jeśli szybko się z tym uporasz – rzekł, jakby zadowolony z siebie, choć prawdopodobnie po prostu dumny z tego, że jest w stanie wydać takie pieniądze, wyraźnie bez żadnego żalu. W końcu chyba każdy możnowładca lubował popisywać się swoim bogactwem, niezależnie od tego, czy miał do czynienia z jakimś mężczyzną, czy atrakcyjną kobietą. Choć biorąc pod uwagę, czego miał podjąć się Silvatis, to dziwnym by było, gdyby owy Turiel Darante jeszcze wymyślał coś w kwestiach finansowych.
- A właściwie, jak cię zwą, dobry panie? Może po prostu wejdziesz do środka, rozgościsz się, żeby dokładniej obgadać całą sprawę, nie będziemy przecież załatwiać takich spraw przez próg? Zapraszam, zapraszam – powiedział w końcu, uchylając nieco wejście do swojej małej "rezydencji", zachęcająco machając przy tym swoją prawą ręką w lekkim ukłonie. Widać było, że Darante próbuje zachęcić nowo przybyłego by skorzystał z gościny, tylko po to by go zachęcić. Ale nie było to raczej zbyt dziwne, w końcu była to kolejna cecha osób które dorobiły się większego majątku. W końcu kto by nie chciał pochwalić się tym, jakież to drogie wina ma w piwnicy, oraz jakimi wykwintnymi daniami posila się na co dzień. Po chwili pojawił się przy tym też równie zachęcający uśmiech, który odsłonił nieco pożółkłe zęby, a brwi uniosły się nieco w górę, w pytającym geście.
Awatar użytkownika
Silvatis
Posty: 87
Rejestracja: 26 kwie 2012, 14:03
GG: 18489908
Karta Postaci: viewtopic.php?p=27401#27401

23 mar 2013, 23:05

Silvatis przystępował z nogi na nogę słuchając starca. Każde wypowiedziane zdanie potwierdzało obawy smoka, prawdopodobnie Turiel Darante zatracił się w swym strachu i stracił swą władczą pewność siebie. Co jak co, ale czarnowłosy łowca potworów od początku myślał, iż spotka się z kimś o odmiennej aparycji. Spotkał zupełne przeciwieństwo swych domniemań. Stał przed nim mężczyzna o przetłuszczonych włosach i pożółkłych zębach – nie przypominał on bynajmniej szlachcica którego sobie wyobrażał. Silvatis wysłuchał wytłumaczeń starca dotyczących mieszkańców włości. Czyli jednak uciekli z obawy przed bestią. Nic dziwnego, sam na ich miejscu wziąłbym nogi za pas. Równie zrozumiałe jest to, że szlachetny Turiel Darante nie przyjął ich w swe progi, by uchronić swych poddanych przed podniebnym łowcą. Typowe zachowanie… Gdy smok usłyszał wzmiankę o pieniądzach, a dokładniej o błyszczących, pięknych dziesięciu suwerenach w jego oczach zapłonęła żądza ich zdobycia. Już chciał trzymać je w swych dłoniach, czuć ich metaliczne zimno, a następnie wydawać je w wykwintnych karczmach, gustując w najlepszych winach i spać z najdroższymi kurwami Wollenvain. Gdy Darante zaprosił go do środka, stary smok ani przez chwilę nie śmiał myśleć o zaprotestowaniu. Darmowe jedzenie, wino, ciepło? Nie musisz mnie długo prosić, starcze.
Chłopak trzymał się blisko gospodarza i wędrował za na nim na odległość kroku.
-Gdzie teraz znajduje się bestia? Musi mieć gdzieś blisko leże, skoro nawiedza Cię tak często, panie. Czy Twoi zwiadowcy znaleźli trop? Bezzwłocznie się tam udam. Opowiedz mi jak najwięcej o smoku, muszę znać każdy jego szczegół, słaby punkt, wrażliwość.
Awatar użytkownika
Kot'eleiven
Posty: 451
Rejestracja: 19 sty 2012, 21:40
Lokalizacja postaci: Trakt Iquański
GG: 11472512
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1476

25 mar 2013, 17:07

MG

Turiel ukłonił się z szacunkiem, po czym otworzył wrota zupełnie szeroko, w geście zaproszenia, prowadząc nieznajomego do środka swojego dobytku. Mimo tego, że przypominał raczej wrak człowieka, aniżeli dumnego szlachcica, jego krok był jak najbardziej dumny i pełen gracji, choć przeszkadzała w tym nieco jego aparycja. Co prawda nadal poruszał się nieco niepewnie, nerwowo stawiając kroki i na zmianę, raz zaciskając, a innym razem otwierając dłoń, to jednak typowy, szlachecki chód, który od razu przywodził na myśl kogoś bardziej ważnego od zwykłego mieszkańca, co w połączeniu z dość bogatym strojem, jaki miał aktualnie na sobie, sprawiły w końcu, że Darante faktycznie zaczął przypominać władcę tych terenów, a nie jakiegoś podstawianego starucha, który nie wiedział jak się zachować.
- Ależ proszę, p-proszę – rzekł, wymachując przy tym rękami, wraz z Silvatisem przekraczając próg siedziby, wchodząc do środka jako pierwszy.
Znaleźli się w stosunkowo dużym, przypominającym kształtem bardziej kwadrat, aniżeli prostokąt, korytarzu. Był dosyć obszerny, jednak wyjątkowo mało zdobiony i udekorowany, biorąc pod uwagę charakter całej budowli. Na ścianach wisiało jedynie kilka małych obrazów, jednak były to raczej zwykłe, proste dekoracje, aniżeli jakieś większe arcydzieła, czy chociażby jakieś droższe malowidła. Dokładnie na wprost od wejścia, wysoko nad sufitem wisiała mała siekiera, zapewne nawiązująca do herbu rodowego. W kącie stała duża, drewniana szafa, obok niej mała komoda oraz stojak na broń, zupełnie pusty. Podłogę stanowiły zimne, ciemne, zdobione płyty, na których znajdowała się gruba powłoka kurzu. Cały korytarz był oświetlony światłem, wpadającym przez dwa wielkie okna, znajdujące się na tej samej ścianie co drzwi. Oprócz tego w pomieszczeniu nie znajdowało się nic wartego uwagi, prócz trójki twardych, dębowych drzwi, prowadzących zapewne do pokoi. Jedne z drzwi były lekko uchylone, zapewne to stamtąd wyszedł możnowładca, który w pośpiechu zapewne po prostu ich nie zamknął.
Przez uchylone drzwi, które w sumie odsłaniały dość dużą część pomieszczenia, można było dostrzec sporych rozmiarów, rozświetlony pokój, z ładnymi wzorami na ścianach. Nie znajdowało się tam nic dziwnego, choć właściwie dziwne było to, że był on zupełnie pusty, podobnie jak ów korytarz. Albo w każdym razie taka była odsłonięta część, którą można było ujrzeć. Z reguły podobne miejsca uderzały przepychem i bogactwem, a gdzie nie spojrzeć, znajdowały się jakieś drogie skóry czy wspaniałe dekoracje. Gospodarz postanowił jednak w miarę szybko naprawić swój błąd i bardzo szybkim krokiem, jakby wyjątkowo zależało mu na ukryciu tego co jest w środku, zbliżył się do nich i zamknął je z donośnym trzaskiem. Wtedy odwrócił się do swojego gościa, wykonując przy tym niezgrabny obrót, klaszcząc w dłonie i uśmiechając się delikatnie, zupełnie nie zwracając uwagi na jego reakcje dotyczącą wydarzenia sprzed chwili. Nie wyglądało też na to, by chciał się tłumaczyć, skąd takie zachowanie. No ale cóż, raczej nie powinno się pytać o takie rzeczy.
- Ależ s-spokojnie, spokojnie po kolei, zaraz odpowiem na wszystkie pytania. P-proszę tutaj – wskazał ręką drzwi naprzeciwko wejścia, po czym sam udał się w tamto miejsce i wprowadził tam mężczyznę.
Kolejny korytarz, tym razem już kompletnie zwyczajny, ciasny i prosty, zakończony kolejnymi drzwiami, oświetlony bladym i niewielkim światłem z małego ogarka, leżącego na niskim stołku. Turiel wydobył niewielki, srebrny klucz, który wisiał u jego pasa, brzęcząc przy tym głośno całym pękiem, a dźwięk odbił się donośnie pośród ciszy panującej w domu. Przekręcił klucz w małym zamku i wszedł do środka wraz z ciemnowłosym wojownikiem.
Było to stosunkowo małe pomieszczenie, które zdołało pomieścić jedynie pusty, stosunkowo mały stół, z wymalowanym nań herbem rodu, szarą siekierą, z pokrytymi skórą fotelami po obu stronach, obok którego znajdowała się niewielka komoda, na której piętrzyły się stosy jakichś zapisanych kart oraz pootwieranych ksiąg, a także spora szafka, na której stały dwa kielichy i pięć butelek z winem, z czego dwie były już opróżnione. Najwyraźniej nikt dawno tu nie sprzątał, albo Turiel nie był zbytnim zwolennikiem porządku i czystości. Szafka była porządnie wykonana, ozdabiana srebrnymi znakami i interesującymi wzorami, przywodzących na myśl dzikie rośliny, rosnące na dzikich terenach. Mebel miał pięć szuflad, wszystkie prawdopodobnie szczelnie pozamykane na klucz, który musiał znajdować się gdzieś wśród dziesiątek innych, które zwisały na udzie Darante. Naprzeciw wejścia znajdowało się szerokie okno, główne źródło światła, przez które rozciągał się dobry widok na podnóża Wichrowych Szczytów, malowniczo rysujący się w tle całego pomieszczenia, co zapewne zostało dość szybko zauważone, gdyż pokój prezentował się naprawdę nieźle, choć także nie było w nim nic drogiego. Wyglądało na to, że było to miejsce, w którym załatwiano wszelkie sprawy, które wymagały spoczynku, dokładnego obgadania i najlepiej dobrego trunku. W przeciwieństwie do poprzednich pomieszczeń, których czystość pozostawiała wiele do życzenia, to miejsce było dosyć czyste i prawdopodobnie jeszcze nie dawno było sprzątane. Zapewne musiało być dość często używane, albo przynajmniej takie było jego założenie.
Gospodarz wskazał miejsce na fotelu umieszczonym bliżej wejścia, po czym sam zbliżył się do miejsca gdzie trzymał alkohol, sprawnym ruchem ręki otworzył nową butelkę, po czym rozlał ciemnoczerwone wino do sporych kielichów. Ręce nieco mu się trzęsły i mało brakowało, a to deski posmakowały by napoju. Udało mu się jednak w miarę równo i dokładnie przelać wino, co skwitował kolejnym klaśnięciem w dłonie, po czym zamknął butelkę, po chwili chwytając szklane naczynia w swoje grube łapska i szybkim krokiem podchodząc do wolnego fotela, kładąc je po przeciwległych stronach stolika. Następnie spoczął wygodnie naprzeciwko Silvatisa i nie czekając na żadne toasty, uniósł kielich do ust, pochylając przy tym głową w kulturalnym geście, po czym jakby zapominając o wymienionej przed chwilą kulturze, łapczywie upijając kilka łyków, jakby była to dla niego przyjemność, na którą rzadko kiedy mógł sobie pozwolić. Gdy zaspokoił już pragnienie, pokiwał w zamyśle głową, spoglądając gdzieś w bok, odzywając się niespodziewanie.
- Naprawdę świetne wino. Bardzo drogie. Kupiłem je, od jakiegoś wędrownego handlarza, który szczycił się, że jego win… – Zaczął powoli, jakby alkohol nieco go uspokoił i zaczął działać na poszarpane nerwy. Przerwał jednak nagle, gdy napotkał naglące spojrzenie rozmówcy, który raczej nie chciał wysłuchiwać o tym, jak bogaty władca wpadł w posiadanie wybornego wina. Choć już na pierwszy rzut oka można było dostrzec, że to musi być droższy trunek, biorąc pod uwagę znakomity kolor oraz intensywny zapach.
- No więc… O czym my to? Ach tak, smok, bestia, monstrum – rzekł, odkładając naczynie daleko od siebie, niemal na brzeg stołu, jak gdyby chciał się od niego uwolnić. Splótł grube palce i oparł ręce na stole, opierając na nich podbródek.
- Nie potrzebuję żadnych durnych zwiadowców, doskonale wiem, gdzie ta bestia się znajduje – nachylił się nieco, wbijając wzrok w w podłogę. Trwał tak chwilę, jakby głęboko nad czymś się zastanawiając, właściwie wyglądało to trochę tak, jakby chciał coś powiedzieć, ale nie mógł. W końcu uniósł z powrotem swoją starą facjatę i odpowiedział Silvie.
- Co mogę Ci powiedzieć o tej cholernej bestii? Sam nie wiem o niej wiele, miałem też większe problemy na głowie, niż przyglądanie się potworowi, który w międzyczasie palił moje ziemie i pożerał bezbronnych ludzi, to chyba oczywiste! – Rzekł nieco podniesionym głosem, w nagłym przypływie emocji.
- Mogę pokazać Ci leże tej, t-tego przeklętego stwora, ale pamiętaj, że to może być naprawdę trudne i cholernie, cholernie n-niebezpieczne – dodał, jakby znów wracając do stanu ogólnego podenerwowania. Zmierzył mężczyznę rozbieganym wzrokiem, jakby próbując ocenić, czy w ogóle się do tego nadaje. Gdy tak go obserwował, w jego oczach pojawił się krótki błysk, a następnie sam właściciel przyłożył wskazujące palce do skroni, pocierając lekko, przymykając przy tym nieco oczy, co sprawiło że wyglądał niemal komicznie. Trwało to dłuższą chwilę, podczas której siedzący naprzeciwko baron intensywnie myślał, widocznie trudząc się z tym. Widocznie wspominanie tamtych wydarzeń niezbyt było mu na rękę, choć wiedział że było to konieczne. W końcu odezwał się, a jego głos nie był już tak donośny i pewny, jak wcześniej.
- N-nie był jakiś olbrzymi, ch-chyba… rosły jak… jak dwóch mężczyzn? Wysokich mężczyzn, ma się rozumieć – mówił, ciągle przez przymknięte powieki.
- Miał taką, szarą s-skórę, czy jak to tam się tam… Te, niech to szlag… Łuski, ciemnoszare ł-łuski! I jeszcze… Ach, nie pamiętam. W myślach widzę tylko te białe, ostre kły, z których buchały gorące płomienie, podpalające wszystko wokół, pozostawiając śmiercionośną pożogę… Muszę się napić – Skończył, po czym w pośpiechu pochylił się w kierunku nalanego wina, i opróżnił wszystko jednym haustem. Gdy skończył, uderzył głośno spodem o drewno, potrząsnął lekko głową i spojrzał smutno na wojownika.
- Piszesz się na t-to? – spytał, składając ręce na piersi, odchylając się przy tym głęboko na fotelu, jakby próbując się nieco wyluzować, jednak ewidentnie niespecjalnie mu to wychodziło. Teraz przyszedł czas na ostateczną decyzję, od której miało zależeć, czy będzie to kolejny, zwykły dzień czy raczej godny spisania i śpiewania w karczmach, pojedynek z tajemniczym, szarym smokiem.
Awatar użytkownika
Silvatis
Posty: 87
Rejestracja: 26 kwie 2012, 14:03
GG: 18489908
Karta Postaci: viewtopic.php?p=27401#27401

06 kwie 2013, 13:51

Gdy tylko Silva wszedł do pokoju uśmiechnął się pod nosem. No cóż, myślałem, że będzie gorzej. Co prawda nie masz czasu dbać o porządek Turielu, w obliczu zagrożenia jakim jest smok, ale wciąż nie chcesz być brany za żebraka. Wciąż nosisz w sobie tę dumę szlachcica. Dobrze. Nie powinniśmy wyzbywać się tego, kim jesteśmy. Wiekowy smok chwycił kielisz między trzy palce – kciuk, wskazujący i środkowy, po czym z gracją upił z niego kilka łyków starego wina. Hmm… Smakuje trochę jak wino z Khan'Sal, jednak mogę się mylić. Ma w sobie coś z vartiańskiego wina. Idealne do rozważań i refleksji nad sensem życia. Podoba mi się. Słysząc o szarym smoku łowca potworów oparł się wygodnie o siedzenie, przyswajając sobie wiadomości przekazane przez barona Darante. Silvatis ścisnął ze sobą usta. Prawdopodobnie jest większy ode mnie. Może należeć do rodziny szarych smoków z Minaloit i pobliskich gór. Wtedy miałbym jeszcze większy problem z jego Ojcem Krwi. Rodzina zawsze chce pomścić śmierć jednego z nich. Ryzyko wzrasta. Ponadto używa ognia, co może dosyć uszkodzić moją ludzką powłokę. Co jak co, ale noszę na sobie tylko tę dziwną, niebieską kolczugę i szaty. Z mobilniejszymi stworami mam przewagę, jednak nie ze smokiem. Przydałoby mi się coś, co chroniło by mnie przed tego typu przeciwnikiem. Mógłbym kupić tarczę, bądź karwasze z wyprawionej skóry salamandry, ale… skąd wezmę na to pieniądze? Niech to! Jeśli nie przyjmę tego zadania to przez następny miesiąc będę musiał żyć w dziczy, jedząc co popadnie bądź żebrać. Cholera. Skala niebezpieczeństwa wynosi 80%, zagrożenie śmiercią też jest wysokie… Na co czekamy?
-Biorę to. Nie próbuj mnie jednak oszukać, starcze. Gdy wrócę tu z głową tego potwora i nie będzie Cię w zamku, będę przeszukiwał całą okolicę dopóki Cię nie znajdę. A gdy już się spotkamy, módl się by bogowie mieli Cię w opiece, bowiem nie znam litości dla ludzi, którzy próbują mnie zwieść. Tak więc formalności załatwione. Wskaż mi stronę w którą odleciała bestia, tam też musi mieć leże.
Awatar użytkownika
Kot'eleiven
Posty: 451
Rejestracja: 19 sty 2012, 21:40
Lokalizacja postaci: Trakt Iquański
GG: 11472512
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1476

07 kwie 2013, 21:24

MG

Turiel złożył swoje czyste, lekko pomarszczone ręce i wyraźnie zmrużył swoje ciemnobrązowe oczy, uważnie wpatrując się w siedzącego naprzeciwko młodziana, zaraz po tym gdy ten przyjął propozycję rozprawienia się z żądną krwi, piekielnie groźną bestią. Wyraźnie wpadł w głębokie zamyślenie, zastygając w kompletnym bezruchu, siedząc w swoim obitym naturalną skórą fotelu, odchylony głęboko, spoczywając wygodnie. Jego głowę mogły zaprzątać teraz najróżniejsze myśli, jednak nie dawał zupełnie po sobie poznać, co go dręczy. Być może wątpił w możliwości młodego bohatera, może bał się, że agresywny smok szybko się z nim rozprawi, rozszarpując na malutkie kawałeczki w swojej ciemnej jaskini, przy pierwszej okazji. A może wręcz przeciwnie, może widząc profesjonalizm, który bił od Silvatisa, jego pewność siebie i wyjątkowy spokój, zaczął podejrzewać, że może faktycznie coś z tego będzie i w końcu w tych terenach zapanuje wyczekiwany od dawna spokój. Kto wie, może nawet wrócą mieszkańcy tych okolic…
Co ciekawe, ochotnika do ubicia smoka, również dręczyły różne myśli, od których prawdopodobnie będzie zależało jego życie, jeżeli zdecyduje się wziąć tę robotę. Doskonale zdawał sobie sprawę z ryzyka, wiedział jednak również, że może to być wyjątkowo opłacalne. W końcu jeśli szczęście dopisze, może się okazać, że stwór który nawiedza te tereny, wcale nie jest taki straszny i przerażający, jak opowiadana ten stary choleryk. Było nad czym się zastanawiać, oj było…
Darante w końcu się poruszył, najpierw niemal niezauważalnie, robiąc coś na wzór drgnięcia, a potem przesuwając ręką po podbródku i mlaskając kilka razy, próbując pochwycić jeszcze smak wykwintnego wina, które w dziwny sposób przyciągało jego wzrok, jakby chcąc go nakłonić do kolejnej kolejki. Z dziwnych jednak powodów, nie zaspokajał swojego pragnienia, choć oczywistym było, że mógł sobie na to pozwolić. W końcu jednak zebrał się w sobie, podniósł się ciężko, opierając swoje ciężkie łapska na poręczach siedziska, po czym obrócił się plecami do gościa, wyglądając przez wielkie szklane okno, z ozdobioną roślinnymi, posrebrzanymi wzorami ramą. Wyglądało, jakby nagle o nim zapomniał, zupełnie nie zwracając na niego swojej uwagi. Gdzieś w oddali przebiegło nagle jakieś duże, szare, szybkie zwierze, błyskawicznie przebiegając w odległości około pięćdziesięciu kroków od budynku, poruszając się z ogromną szybkością, albo ciesząc się z nieskrępowanej wolności na łonie natury, albo uciekając panicznie przed jakimś zagrożeniem. Nic jednak nie pędziło za stworzeniem, które bardzo szybko zniknęło z pola widzenia. Możnowładca jednak nadal się nie odzywał, wciąż stojąc przy oknie, jakby czegoś wypatrując.
Nagle gdzieś ze wnętrza domu dało się usłyszeć wyraźne, pojedyncze stuknięcie, trudne do zlokalizowania i rozpoznania. To jakby przywróciło staruszka do świata żywych, bowiem obrócił się momentalnie, wracając do podjętej wcześniej rozmowy, i z delikatnym uśmiechem rzekł spokojnie, zdecydowanie o wiele bardziej opanowany niż do tej pory:
- Dobrze więc, rad jestem, że chcesz mi… nam… w sumie… cieszę się że zgodziłeś się pomóc. Oczywiście, dostaniesz sowitą zapłatę, gdy przyniesiesz tutaj głowę tego monstrum. Ma się rozumieć, otrzymasz także moją dozgonną wdzięczność, dobry panie – rzekł, stojąc jeszcze chwile, opierając dłonie na stole, następnie podchodząc powoli do drzwi, którymi dostali się do środka, otwierając je po chwili na oścież.
- Pozwól za mną, wyjdziemy teraz na zewnątrz, stamtąd pokażę Ci, gdzie musisz się udać, by pozbyć się tego cholerstwa – rzekł Turiel, z nutką zdenerwowania, po czym ruszył powoli tą samą drogą, którą dostali się do pokoju. Gdy już obaj znaleźli się przy wielkich drzwiach, Darante obrócił krótko głowę w stronę drzwi, które zamknął wcześniej w dziwnych okolicznościach, tym razem spojrzał na nie jednak niemal od niechcenia, jakby bez większej potrzeby. Potem od razu wyszedł na świeże powietrze, w towarzystwie Silvatisa, poruszając się wyjątkowo szybko, biorąc pod uwagę posturę. Po chwili poszukiwacz przygód znów znalazł się na małym placyku, w otoczeniu małych drzewek, na których zaczynały pojawiać się już małe listki, wraz ze zbliżaniem się właściwej, można by rzec, prawdziwej wiosny, na którą zapewne czekali już wszyscy, którzy nie są miłośnikami niskich temperatur, oraz białego puchu, otaczającego wszystko wokół.
Baron poprowadził mężczyznę przez żelazną bramę, po czym zaczął okrążać rezydencję, zza której wyłonił się wspaniały widok na podnóża Wichrowych Szczytów. Niezliczone ilości skał i kamieni, które stanowiły dolną część tych olbrzymich gór, były naprawdę interesującym widokiem. Na pierwszy rzut oka, był to po prostu kamień, nieprzystępny i bezużyteczny, stanowiący podporę olbrzymiego cudu natury. Kiedy jednak uważny obserwator zaczął się lepiej przyglądać, mógłby dojrzeć, że na skałach malują się różne dziwne, kręte ścieżki, mniejsze lub większe wyżłobienia, a także duży, okrągły punkt, który musiał być jakąś jamą. W kamieniu, który stanowił dolną część gór, znajdowała się jaskinia, choć z tej odległości ciężko było cokolwiek dojrzeć. Znajdowała się ona mniej więcej jakąś niecałą godzinę drogi od wioski, w każdym razie na to wyglądało z tej perspektywy. Pomiędzy tyłem rezydencji Darante, a mroczną, tajemniczą jaskinią, malującą się pośród szarych skał, znajdowały się pagórki, utrudniające poruszanie się po terenie. Na drodze były także małe skupiska drzew i krzewów, a także małe jeziorko, leżące gdzieś w połowie całej drogi. Nie było żadnej drogi, żadnej ścieżki, tylko słońce, wczesnowiosenne błoto i Wichrowe Szczyty.
Właściciel wioski zamachnął ręką, wskazując ogólnie całą, malującą się przed nimi trasę, a następnie wskazał dokładniej palcem grotę.
- Mnie już wzrok nieco myli, ale o ile dobrze słyszałem, powinieneś stąd widzieć taką jaskinię. To stamtąd przyleciało to ścierwo. Kiedy jeszcze byli tu inni ludzie, bo oczywiście teraz już nikogo tu nie ma, to mówili że potwór właśnie stamtąd nadlatywał – rzekł, wytężając swój wzrok, zasłaniając oczy przed ledwo świecącą, żółtą kulą, jakby w jakikolwiek sposób przeszkadzała mu w ujrzeniu tego miejsca. W końcu zrezygnował, najwyraźniej w końcu pojmując, że choćby nie wiadomo jak się trudził, nic nie ujrzy. Obrócił się więc do Silvatisa, z miną która nie wyrażała niemal niczego, choć kąciki jego ust wyraźnie drgały, jakby miał problem z utrzymaniem tego wyrazu twarzy. Spojrzał swoim ciężkim spojrzeniem na stojącego naprzeciwko niego, jeśli Bogowie dadzą, przyszłego bohatera, po raz ostatni oglądając go od stóp do głów. W końcu klepnął go przyjaźnie w ramię, odzywając się dziwnym, trudnym do określenia, tonem głosu.
- No, powinieneś… powinieneś już iść. Niech… niech Lorven ma Cię w opiece, chłopcze – powiedział, po czym obrócił się szybko na pięcie i ruszył w stronę swojej rezydencji, nie odwracając się. Było to nieco dziwne, biorąc pod uwagę że witał go jak wielkiego bohatera, a pożegnał jak niechcianego gościa. No cóż, trzeba było przyznać, że prócz tego że jest bardzo nachalny i nieodpowiedzialny, to można było odnieść wrażenie, że jest także nieco szurnięty.
Silva został więc zupełnie sam, stojąc za średnio bogatą rezydencją, otoczoną zgliszczami. Przed nimi znajdowała się tylko natura i zabłocone pagórki, a za tym wszystkim, było już tylko zło. Ciemna jaskinia, w której ukrywała się bestia, odpowiedzialna za to wszystko. Ciągle mógł się jeszcze wycofać, choć chyba siedział już w tym bagnie zbyt głęboko, by teraz spróbować się z niego wydostać. Ale w końcu sam podjął się tego zadania, doskonale wiedząc, czego powinien się spodziewać, więc wybór był chyba oczywisty.
Awatar użytkownika
Silvatis
Posty: 87
Rejestracja: 26 kwie 2012, 14:03
GG: 18489908
Karta Postaci: viewtopic.php?p=27401#27401

13 kwie 2013, 16:56

Chłopak spojrzał w stronę wskazywanej groty i uśmiechnął się delikatnie pod nosem. Piękna pogoda, słońce, grota też nie jest daleko? Czego chcieć więcej? Ciekawe co było to coś, szare, szybko biegło bez określonego kierunku. Raczej zbyt małe na smoka, może kotołak? W tych okolicach mało prawdopodobne. Wyglądało na niespotykanie zwinne, mam nadzieję, że nie będę musiał z nim stawać w szranki. Silva zlustrował Turiela wzrokiem tuż przed wyjściem. Gdy gospodarz zaczął się od niego oddalać, wiekowy smok pokręcił głową i powiedział bardzo cicho, jakby do siebie:
-Co Ty kombinujesz, starcze? Stuknięcie w środku opuszczonego zamczyska, które wyrywa cię z zadumy… Mówiłeś przecież, że nie ostał się nikt oprócz ciebie. Nie widziałem też nigdzie sierści, więc nie mogło być to zwierzę. Do tego te drzwi… Co jest takiego za nimi, że ich pilnujesz? Muszę się pilnować, coś jest nie tak. Do tego ten wzrok na koniec, jakbyś wiedział o czymś więcej. Coś ukrywasz, baronie….
Silvatis przesunął językiem po swych wyschniętych wargach i odprowadził gospodarza wzrokiem.
Gdybym miał tylko jakiegoś inteligentnego pupila, mógłbym go teraz wysłać za nim, by sprawdził co ukrywa ten staruch. Miejmy nadzieję, że szybko przebadam tę grotę i sprawdzę, co się kryje za tymi drzwiami.
Smok ściągnął brwi i poprawił skórzany pas, który opinał jego krwistoczerwone szaty. Sprawdził jeszcze ułożenie Żelaznego protektora i ruszył w stronę wspomnianej jaskini, która według opowieści Turiela była leżem jego krewniaka. Unikając co większych kałuży Silva kierował się w stronę leża smoka, przy okazji trzymając dłoń na mieczu i rozglądając się na boki. W końcu gdzieś tutaj ostatnio przebiegała ta niezwykle szybka istota. Łowca potworów nie chciał być zaskoczony przez niespodziewany atak stwora.

Wróć do „Autonomia Wolenvain”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 20 użytkowników online :: 2 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 18 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Kerra z Derinu, Kerreos
Liczba postów: 52217
Liczba tematów: 2975
Liczba użytkowników: 1049
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: katrost
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.