Włości Darante

Najważniejszy obszar, na którym toczy się gra. Autonomia to zamieszkane głównie przez ludzi państwo podzielone na pięć prowincji ze stolicami w Wolenvain, Derinie, Morinhtarze, Minaloit i Aparilume. Czytaj więcej…
Awatar użytkownika
Kot'eleiven
Posty: 451
Rejestracja: 19 sty 2012, 21:40
Lokalizacja postaci: Trakt Iquański
GG: 11472512
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1476

Włości Darante

19 mar 2013, 19:39

MG

Opisane w ogłoszeniu na słynnym słupie ogłoszeń z Wolenvain, włości niejakiego Darante, mogły nieco rozczarować kogoś, kto spodziewał się majętnych posiadłości i jakiejś wielkiej siedziby, górującej nad wszystkim. W rzeczywistości była to położona na północny-wschód od Nalin, maleńka wioska, leżąca niemal u stóp Wichrowych Szczytów, znajdująca się wręcz na zupełnym odludziu. W pobliżu nie było zbyt wiele łownej zwierzyny, choć zdarzało się gdzieniegdzie ujrzeć przebiegającego jelenia w oddali, bądź donośne wycie wilków gdzieś niedaleko. Drzewa nie były rzadkością, choć w pobliżu nie rósł żaden większy las. Wiele roślin leżało natomiast poprzewracanych na ziemi, choć uważny obserwator łatwo mógłby zauważyć, że nie były bynajmniej ścięte. Większość z nich była wręcz złamana na pół, niczym po uderzeniu pioruna.
Pierwszą rzeczą jaką można było łatwo dostrzec, udając się w tamtejsze tereny, była uderzająca bieda, bardzo łatwo dostrzegalna już z daleka. Idąc ledwo przetartą drogą, wśród dziko rosnącej trawy i krzewów, niknących wraz ze zbliżaniem się do mniej żyznych terenów i bardziej nieprzystępnych miejsc, można było odnieść wrażenie, że na takich terenach może zamieszkać co najwyżej jakiś szurnięty pustelnik. A jednak, znajdowały się posiadłości, należące zapewne do jakiegoś szlachcica, choć określenie "posiadłości" raczej nie pasowało do tego, co ukazywało się oczom ewentualnych wędrowców.
Dziesięć położonych w pewnych odległościach od siebie, małych, drewnianych chatek krytych strzechą, nad którymi wybijała się mała posiadłość, zapewne właściciela tych terenów. Chatki były naprawdę biedne, cztery z nich, leżące we wschodniej części, nosiły ślady odbudowy, a ponad połowa, ewidentnie była podpalana, na co wskazywały ciemne ślady, okalające część budynków. Gdzieniegdzie otaczała je jedynie spalona ziemia, bądź jakieś zgliszcza lub szczątki po budynkach, zebrane w jedno miejsce. Samo ułożenie owych budynków przypominało swoisty okrąg, z ową, największą posiadłością znajdując się dokładnie naprzeciwko głównej ścieżki, prowadzącej do środka całych włości. Właśnie na środku tego wszystkiego, pomiędzy tymi wszystkimi domami, znajdował się mały ryneczek, na którym nie było nic, prócz małej studni, oraz kilku małych drewnianych konstrukcji, które zapewne kiedyś były sklepami, lecz teraz były to jedynie zabite deskami dziury, opuszczone, pozamykane i poniszczone. Kilka z nich nosiło także ślady ognia, który musiał je kiedyś trawić. Przy studni stało już kilka pełnych wiader zimnej wody, zapewne na wypadek ponownego ataku smoka. Dom Darante był dwupiętrowy, jednak także nie przypominał miejsca godnego szlachcica, choć w porównaniu do tego co go otaczało, był istną rezydencją.
Cały, raczej przeciętnej wielkości, dwupiętrowy, prostokątny budynek, zewsząd otaczały marmurowe posągi, przedstawiające różnych, nieznanych nikomu ludzi, którzy zapewne byli jedynie wymysłem artysty. To co najbardziej wyróżniało go na tle otoczenia, był fakt, że został wykonany z kamienia. Z przodu budynku znajdowały się cztery wielkie okna, nad którymi znajdowały się wspaniałe, zdobione łuki. Do samej "rezydencji" prowadziły duże, dębowe wrota z wymalowanym nań herbem, przedstawiającym szarą siekierę, na ciemno-bordowym tle. Ród ten był wyjątkowo mało znany, i zapewne mało kto wiedział w ogóle o jego istnieniu. Przed domem znajdował się mały placyk, z brukowaną ścieżką i rosnącymi po obu stronach, ozdobnymi drzewkami, a cały plac otoczony był niskim murem z otwartą, żelazną bramą. Co ciekawe, był to jedyny budynek, który nie posiadał żadnych oznak zniszczenia czy ataków jakiejkolwiek bestii. Wszystko było na swoim miejscu, figury były całe, a sama rezydencja przypominała niemal świeżo zbudowaną.
Wioska sprawiała wrażenie bardzo tajemniczej, opuszczonej i wyjątkowo nieprzystępnej. Na próżno było szukać wzrokiem jakichś mieszkańców, krążących po okolicy, bądź małych dzieci, bawiących się i biegających jak szalone. Było to niczym widmo przeszłości, niczym pozostawiona samej sobie okolica. A jednak, Darante jeszcze niedawno umieścił prośbę o pomoc, więc zapewne on musiał gdzieś tu być. Choć prawdopodobnie był tu sam, ponieważ każdy kto znalazł się w tych terenach, z reguły przypadkowo, omijał wioskę szerokim łukiem. Ale to chyba nie było nic dziwnego, tym bardziej odkąd pojawił się tu smok, straszący i ziejący ogniem. W każdym razie według plotek prostaczków…
Obecnie ta lokacja jest pusta.
Awatar użytkownika
Kot'eleiven
Posty: 451
Rejestracja: 19 sty 2012, 21:40
Lokalizacja postaci: Trakt Iquański
GG: 11472512
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1476

19 kwie 2013, 23:58

MG

Młody wojownik bardzo szybko zaczynał nabierać coraz większych wątpliwości, dotyczących niby prostego i oczywistego, a zarazem tajemniczego zadania. Cóż, cel był stosunkowo banalny: Zabić nękającą te okolice bestie, tak by wszyscy mieszkańcy mogli czuć się bezpiecznie, nie obawiając się nagłego ataku ze strony ziejącej ogniem, morderczej bestii. A jednak dziwne zachowanie zleceniodawcy, tajemnicza okolica w jakiej mieszkał, a także różnorakie podejrzane zdarzenia, o mniejszym lub większym znaczeniu, zaczęły sprawiać, że bohater zrobił się wyjątkowo podejrzliwy. Choć nie było czemu się dziwić, to wszystko naprawdę sprawiało wrażenie, jakby było jednym wielkim teatralnym przedstawieniem, którego zadaniem jest oszukanie niczego nie podejrzewającej osoby. Ale jednak trzeba w tym miejscu oddać sprawiedliwość, że nie pojawiły się żadne konkretne dowody, które mogłyby świadczyć o tym, że ktokolwiek próbuje go oszukać, czy chociażby kpić. Tak więc klamka zapadła, nadszedł czas, by wyruszyć do wskazanego przez niejakiego Turiela Darante miejsca, gdzie leże miała zmora jego ziem, stwór, który zapewne noc w noc spędza mu sen z powiek, szary smok.
Silvatis poprawił więc swój ekwipunek, i bez zbędnego zwlekania, unikając dalszych insynuacji, ruszył krokiem pewnym i dumnym, w kierunku samotnej jaskini, znajdujących się u podnóża wielkich gór zwanych, zwanych przez wszystkich Wichrowymi Szczytami.
Silva bezproblemowo zaczął pokonywać pierwsze pagórki, nie napotykając po drodze większych przeszkód, uważnie rozglądając się w każdą stronę, na wypadek gdyby nagle miał zostać zaatakowany przez widzianego z rezydencji Darante stwora. Oczywiście jak na porządnego i mądrego wojownika przystało, jego ręka dzierżyła już ostre, gotowe do posmakowania ciepłej, świeżej krwi, ostrze miecza. Jego stopy napotykały niezbyt stabilny, grząski grunt, na którym bardzo łatwo było się potknąć bądź poślizgnąć, jednak nie było to zbyt dużym problemem. Szczęście jednak dopisywało, i gdy słońce zaczęło wchodzić coraz wyżej na nieboskłon, ciemnowłosy mężczyzna zaczął widzieć z daleka jezioro, otoczone krzakami oraz skupiskiem kilkudziesięciu pozbawionych liści drzew, nadających otoczeniu nieco mroczny wyraz.
Momentalnie, świecące do tej pory jasnym, choć niezbyt ciepłym blaskiem słońce, jakby zgrane z otoczeniem, zaszło niespodziewanie wielką, ciemną chmurą. Otoczenie zrobiło się zdecydowanie ciemniejsze, a pagórki przestały przypominać beztroskie, zielone tereny, kojarząc się teraz raczej z grobowymi wzgórzami, na których często wznoszono cmentarze. Z północy zadął silny, chłodny, porywisty wiatr, który wprawił długie, ciemne włosy Silvatisa w ruch. Zdecydowanie coś się kroiło, jednak ciężko było określić, co to takiego. Mimo tego, pewny siebie, z wysoko, groźnie uniesionym mieczem, wojownik nie okazywał żadnego lęku, idąc ciągle równym, pewnym krokiem, z dumnie uniesioną głową. Bardzo szybko znalazł się zdecydowanie bliżej tajemniczego jeziora, na którym tafla wirowała szybko, pod wpływem silnych podmuchów.
Bohater stał teraz obrócony w stronę rosnącej w oczach jaskini, z której to właśnie strony nadciągał dziwny wicher, który zaczynał brzmieć naprawdę groźnie i złowrogo, brzmiąc niczym jęki dręczonej duszy. Po jego lewej stronie, niespokojne znajdowało się niespokojne jezioro, a po prawej małe zbiorowisko wysokich, straszących łysymi gałęziami drzew, pochylającymi się wraz z silnym podmuchem.
I gdy tak szedł, nagle coś poczuł. Naprawdę, niemal niemożliwym było opisanie tego uczucia, osobie która nie miała żadnego kontaktu z magią. Dobrym porównaniem byłoby coś na wzór nagłego impulsu. Mężczyzna bardzo szybko sobie uświadomił, co doprowadziło go do tego dziwnego wrażenia. Wyczuł istotę magiczną. Ba, było to na tyle wyraźne, że można było podejrzewać, że w pobliżu została użyta magia, i to gdzieś bardzo blisko.
Co kieruje nami, gdy wykonujemy czynności instynktownie? Bardzo często jest to wyuczony ruch, coś ćwiczonego bardzo często i uparcie, po to właśnie, by przychodziło samo, nawet w stresowych sytuacjach. Innym razem jest to efekt różnorakich ćwiczeń refleksu i reakcji, które mogą przydać się niemal w każdej sytuacji, niezależnie od tego, czy jest to niebezpieczna walka, szybka jazda konno, czy nudne łowienie ryb. Bardzo często jest to też… po prostu zwykły przypadek, bezwarunkowy odruch, który wykonujemy, przeważnie nie planując nawet niczego takiego. To po prostu się dzieje, a my robimy to, co musimy, nawet jeśli nie jesteśmy na to przygotowani. Skąd się wzięła nagła reakcja u bohatera? Tego chyba nawet nie wiedział on sam.
Tak czy owak, wykonał on nagły obrót, jakby chcąc kogoś przyłapać na gorącym uczynku, gdy ten stoi za nim i go przedrzeźnia. Tutaj jednak chodziło o coś więcej, chodziło o magię. Czy raczej o przerażenie. Jego bystre, brązowe oczy szybko dostrzegły, jak coś nieuchronnie zbliża się do niego, narastając szybko w oczach. Widok mógł naprawdę zmrozić krew w żyłach, biorąc pod uwagę, jakim nagłym i niespodziewanym był szokiem. Ku niemu pędziła szara, włochata bestia, z ociekającym śliną pyskiem, przerażającym gardłowym warkotem, ze sterczącymi, zadziwiająco białymi, ostrymi kłami oraz morderczym, zwierzęcym spojrzeniem. Silva nie miał czasu, by uważniej przyjrzeć się stworzeniu, gdyż te biegło teraz na niego, gotowe do szybkiego, nagłego ataku. Przypominało ono wilka, było jednak o wiele większe, prawie dwukrotnie, i poruszało się bardziej jakby miało cztery ręce, zamiast czterech łap, na zmianę poruszając każdą z nich inaczej, zupełnie niepodobnie do typowych wilców. Miało wyraźnie krótszą sierść, a kończyny były o wiele bardziej umięśnione, niż u zwykłych przedstawicieli gatunku, jakie można było spotkać w pierwszym lepszym lesie. Nie było teraz jednak czasu przyglądać się szczegółom anatomicznym nieznanego stwora, nie było kiedy rozmyślać, jaki ma ono związek z nagłym pojawieniem się magii, która ostrzegła przed atakiem. Trzeba było po prostu szybko reagować, ponieważ dziwny twór znajdował się już jedynie jakieś niecałe dziesięć kroków od swojej ofiary, gotując się już zapewne do śmiercionośnego skoku. "Ofiara" jednak mogła okazać się trudniejsza do pokonania, a gotowy do ataku miecz był już w górze, przygotowana do obrony, równie niespodziewanej co atak.
Awatar użytkownika
Silvatis
Posty: 87
Rejestracja: 26 kwie 2012, 14:03
GG: 18489908
Karta Postaci: viewtopic.php?p=27401#27401

28 kwie 2013, 14:28

Chłopak wędrował w stronę jaskini rozmyślając na temat zadania. Wciąż powątpiewał w intencje Turiela. Może po prostu Silva sam się nakręcał jakimiś bezpodstawnymi opiniami? Pewnie tak. Silvatis często był przesądny i za często ufał swojej intuicji. Nagle całe ciepło słońca i jego boski blask znikły z powierzchni ziemi.
-Co jest, do ciężkiej cholery? – powiedział chłopak marszcząc brwi. Nerwowo rozejrzał się na boki, szukając niewidzialnego zagrożenia.
Nagle to poczuł jakby lekkie uszczypnięcie, coś wypaczającego powłokę rzeczywistości. Coś co zostawia po sobie dziwną aurę tajemniczości i niewyjaśnionych działań. Coś, czym Silvatis gardził gorzej niźli krasnoludami i elfami – stary smok wyczuł fetor magii. Jako smok, który prawie przeżył tysiąclecie był wyczulony na takie działania. Momentalnie oprał ciężar na lewej pięcie i obrócił się o sto osiemdziesiąt stopni, w kierunku domniemanego źródła dziwnej aury. I dopiero wtedy go zobaczył… Większy niż wilk, poruszający się dużo szybciej niż jakikolwiek naturalny zwierz, umieśniony niczym niedźwiedź, zajadły niczym mantikora… To wilkor lub…
-Wilkołak! – dokończył szeptem swój ciąg myślowy łowca potworów.
Monstrum wielkimi susami zbliżało się do miecznika. Trzydzieści stóp, dwadzieścia, dziesięć… Nie było mowy, by Silva mógł poruszać się z godnie z jakimś określonym planem. W oczach łowcy zapłonęła nienawiść, a ręce zacisnęły się mocniej na rękojeści półtoraka. Krew smoka mieszała się właśnie z naturalnym sterydem. Chłopak czuł, jakby coś przyćmiewało mu umysł. Coś za coś. Inteligencja i elegancja w zamian za nieludzką szybkość i zaciekłość. Równomierna wymiana. Tylko tak mógł pokonać wilkołaka.
Gdy potwór był już blisko w oczach chłopaka błysnęło coś podobnego do drapieżnego instynktu. Obnażając przerośnięte kły pochylił się na kolanach obniżając środek ciężkości. Wykonał młynek nad głową i wycelował ostrze miecza w aortę szyjną potwora. Gdy tylne łapy wilkołaka ugięły się do skoku chłopak zakręcił bastardem i obrócił się wokół własnej osi chcąc jednym cięciem pozbawić potwora łba, a przynajmniej jednej z ważniejszych kończyn. Po akcji chłopak turla się z bronią za stwora, po czym ustawia się doń bokiem, opierając ciężar na zakrocznej stopie. Półtorak trzymany jest w obu dłoniach, nadając cięciom łowcy większą siłę.
Awatar użytkownika
Kot'eleiven
Posty: 451
Rejestracja: 19 sty 2012, 21:40
Lokalizacja postaci: Trakt Iquański
GG: 11472512
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1476

01 maja 2013, 01:11

MG

Adrenalina, która dostała się do krwiobiegu, prowokując do działania. Strach, pozwalający racjonalnie i bezpiecznie myśleć. Nadzieja, nieskończona motywacja, na której można było się wesprzeć nawet w najtrudniejszych momentach. Nieustępliwość, która cechowała zaprawionego w bojach, dzielnego wojownika… Naprawdę bardzo wiele różnych emocji kierowało w tej krótkiej chwili młodym mężczyzną, gdy znalazł się nagle w ogromnym niebezpieczeństwie, zanim na dobre zaczęło się jego zadanie. Oto był właśnie początkujący podróżnik, który był na bardzo dobrej drodze zostania łowcą potworów. W końcu powszechnie wiadomo, że człowiek najlepiej uczy się w praktyce, a co może być lepsze, niż niebezpieczna podróż do samych podnóży Wichrowych Szczytów, aby upolować straszliwą i złowrogą bestię, jaką jest nawiedzający tutejsze ziemie, łuskowaty smok? Chyba nie mógł lepiej trafić.
Teraz jednak, Silvatis miał, teoretycznie o wiele mniejszy, jednak jedynie w teorii, ponieważ tak naprawdę, był to wręcz olbrzymi problem. Wojownik wykonał szybką ocenę sytuacji, dzięki której szybko postawił wniosek, że ma do czynienia z wilkołakiem, czyli dość znanym i popularnym rodzajem nadzwierząt, które całkiem dobrze wpasowały się w środowisko tutejszych krain. W końcu całą Autonomią, prócz powoli upadającej i ledwo trzymającej się rady, władał właśnie przedstawiciel tej rasy. Ten osobnik nie wyglądał jednak na takiego, który woli używać argumentu słów. Chociaż jego zachowanie, mimo nieoczekiwanej agresji, też nie było typowo dzikie i nieokrzesane. Wystarczyło spojrzeć w jego błyszczące, czarne ślepia, by dojrzeć coś więcej, niż żądzę krwi. Oprócz tego, była jeszcze jedna rzecz, która odróżniała go od wilkołaków, które można było spotkać w miastach, wsiach lub po prostu w dzikich, dziewiczych lasach. A mianowicie to, w jaki sposób stwór się poruszał. Większość z tych stworzeń, opanowała chodzenie na dwóch łapach, na podobieństwo dominujących ras humanoidalnych, tak by jak najbardziej się do nich upodobnić. Oczywiście w trakcie jakichś szaleńczych biegów lub w walce bez użycia broni, bardzo wiele z nich wracało do przyzwyczajeń swoich wilczych kuzynów, ruszając się na wszystkich czterech kończynach, robiąc to nad wyraz sprawnie i efektywnie, bardzo często też efektownie. W niezaprzeczalnie szybkich, a jednak dziwnych ruchach, było widać jednak znaczną różnicę, widoczną nawet dla tych, którzy nigdy nie widzieli tych morderczych zwierząt w akcji. Mianowicie chodziło o to, że ruchy wszystkich łap były wyjątkowo nieporadne, choć tylne jakby współpracowały ze sobą, to samo czyniły przednie, przez co można było odnieść wrażenie, jakby przeciwnik bohatera przeskakiwał z tylnych kończyn na przednie, wykonując wszystkie te manewry w tak zaskakujący i nieprzewidywalny sposób, jakby miał zaraz się potknąć bądź najzwyczajniej w świecie upaść.
Czy to wszystko było robione dla tradycyjnego zmylenia rywala, z powodu jakiejś dziwnej choroby bądź innych, tajemniczych przyczyn, tego nasz młody wojak nie wiedział, i nie zapowiadało się na to, by miał w najbliższym czasie się dowiedzieć, tym bardziej w chwili, kiedy ocierał się o śmierć. Silvie nawet nie przemknęło jednak przez myśl, by mógł teraz zginąć. Obudziły się w nim jego drapieżne instynkty, przez co można było odnieść wrażenie, że role momentalnie się zamieniły, i teraz to myśliwy stał się ofiarą. Zaprawiony w boju człowiek postanowił wykorzystać agresję i szybkość poruszania się wilka, by wykorzystać te cechy przeciwko niemu. Półtoraręczny miecz powędrował szybko w górę, trzymany w pewnym, silnym uchwycie.
Na widok niebezpiecznych ruchów, bestia jakby zwolniła nieco, zdecydowanie mniej chętna do ataku, obawiając się zimnej, głodnej krwi stali. Niemniej ciągle utrzymywała szybkie tempo biegu, nadal pędząc w jego stronę z zamiarem wykonania ataku. W tym czasie Silvatis stał już w zupełnej gotowości, planując wykonanie śmiercionośnego ruchu, który w zamyśle miał skończyć od razu całą walkę, pozbawiając stwora jakiejś istotnej części ciała. Miecz doskonale poruszał się w jego dłoni, a zamach był na tyle silny i dobrze przygotowany, że naprawdę niewiele istot było w stanie przeżyć podobne uderzenie. Pojawił się jednak problem, który w dużym stopniu zniweczył cały plan, ponieważ stwór… nie skoczył, tak jak czarnowłosy oczekiwał. Zamiast tego, przechylił trochę swój włochaty łeb, po raz kolejny zwalniając bieg, zupełnie jakby chciał mieć lepszy wgląd na sytuację, po czym zamiast skoczyć, rzucił się nisko, pochylając szyję i uderzając w silne, twardo stojące nogi.
Wykonując ryzykowny manewr, który wymagał stabilnego utrzymywania się na podłożu, wojownik bardzo ryzykował, a wyjątkowo inteligentny przeciwnik, postanowił to wykorzystać. Powietrze przeciął krótki, donośny, przerażający pisk, jaki wydało z siebie stworzenie, zderzając się boleśnie ze swoją ofiarą. Skomląc poleciało dalej, turlając się po podmokłej ziemi. Silvatis natomiast poleciał do tyłu, uderzając ciężko o stosunkowo miękką ziemię, z głuchym łoskotem lądując boleśnie na barku, wyraźnie ryjąc w plastycznym podłożu. Ostry miecz wyleciał z jego dłoni w momencie nagłego zderzenia, zataczając w powietrzu półkole, i lądując pod pobliskim drzewem, jakieś cztery kroki od niego. Nim zdążył podnieść głowę, gdzieś w pobliżu rozległ się cichy, gardłowy warkot, jednak bolesne zderzenie nieco utrudniło rozpoznanie kierunku, z którego się dobywał. W odległości ręki nie znajdowało się nic prócz jasnozielonej trawy i miękkiej gleby, od niespokojnego jeziora dzieliło go natomiast jakieś sześć kroków, lecz nadal było po jego lewej stronie, zupełnie przeciwnej do miecza, który zbliżył się do straszących, ciemnobrązowych drzew. Bestia zatem, musiała znajdować się nad nim, znajdując się dokładnie na drodze prowadzącej do Wichrowych Szczytów.
Zewsząd wiał tylko zimny wicher, który dudnił teraz w uszach młodzieńcowi, który znajdował się teraz w naprawdę trudnej sytuacji. Doskwierał mu silny, uporczywy ból w lewej nodze, która została sprytnie zaatakowana przez zwierzę, a on sam leżał właściwie bezbronny, prawie bez żadnego rozeznania w bardzo stresującym momencie całego pojedynku. Zwierzę, które zapewne już wcześniej postanowiło obrać go sobie za cel, mogło w tej krótkiej chwili zrobić niemal wszystko. Pozostawało teraz jednak pytanie, czy lepiej pozostać na ziemi, próbując jakoś ustawić się i czekać na odparowanie ewentualnego ataku, podnieść się i rozeznać w sytuacji, czy rzucić się na ślepo, by zakończyć również zaskoczyć oponenta? Wszystko leżało teraz w rękach młodzieńca, wysłanego w celu zabicia smoka, którego życie było zależne od jednej, krótkiej decyzji. Czas uciekał, wilk ciągle był w pobliżu a on musiał szybko podjąć jakąś decyzję, jeżeli chciał dożyć następnego wschodu słońca, które teraz skrzętnie skryło się za ciemną chmurą, jakby nie chciało oglądać sceny, jaka rozgrywała się na tych górskich terenach.
Awatar użytkownika
Kot'eleiven
Posty: 451
Rejestracja: 19 sty 2012, 21:40
Lokalizacja postaci: Trakt Iquański
GG: 11472512
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1476

05 sty 2014, 15:54

MG

Smok zamarł w kompletnym bezruchu, nasłuchując zbliżającej się ku niemu bestii. Leżał na ziemi po nieoczekiwanym ataku ze strony przerośniętego wilka. Silny wiatr który przybył wraz z ciemnymi, burzowymi chmurami, targał jego włosami we wszystkich kierunkach. Chłodny wicher dął mu w twarz, niczym oddech samej śmierci, jednak on uparcie pozostawał niewzruszony. Przymknął zmęczone powieki, tylko połowicznie z powodu bólu, pragnąc jakiegoś rozeznania w całej sytuacji. Wiedział że każdy nieodpowiedni ruch może zakończyć się dlań tragicznie. Zupełnie nie wiedział jednak, jak powinien postąpić. W pobliżu nie miał żadnej broni, ani niczego co mogłoby ocalić jego długi żywot. Mógłby spróbować dostać się do miecza, jednak było to wyjątkowo ryzykowne. A z każdą chwilą jego szanse na przeżycie zbliżały się ku zeru. Nie miał jednak zamiaru tak szybko odpuszczać, tym bardziej że nie przekroczył nawet połowy drogi do swojego celu. Zwyczajnie nie mógł zostać zabity przez wilka. Musiał wstać i zaatakować, jako że inna forma obrony zwyczajnie nie miała tutaj żadnego pokrycia.

W powietrzu ciągle wisiał gardłowy warkot, napawając wojownika niepewnością oraz swego rodzaju powątpiewaniem. Zupełnie nie miał pojęcia, jak długo leży po bolesnym zderzeniu z szarym potworem. Wszystko wydawało się krótką chwilą, niewielką cząstką jego życia, która minie równie szybko jak wszystkie inne. Obolałe kończyny zdawały się być wyjątkowo nieporęczne i niepraktyczne, gdy Silvatis szykował się do wykonania krążących mu po głowie planów. Mimo trudnej sytuacji, w jego czaszce malowały się setki scenariuszy, którymi mógł posłużyć się w celu odwrócenia losów tej walki. Wystarczyło tylko wybrać najlepszy z nich i zakończyć tę farsę. Nic prostszego.

Jednak był tutaj jeszcze jeden czynnik, którego zdawał się zupełnie nie brać pod uwagę. Mianowicie wydawał się zapomnieć, że jego przeciwnik również planuje go zaatakować. Jednak jakby na przekór temu, w jednej chwili warkot kompletnie ucichł, jakby jego rywal zwyczajnie zniknął. Wokół nastała grobowa cisza, przerywana tylko od czasu do czasu szumiącymi drzewami, śpiewającymi cichą pieśń. Zerknął w lewo, lecz ujrzał tylko niespokojną taflę wody, drgającą pod wpływem silnych wiatrów. Wokół ciągle nie było żadnych znaków życia. Odwrócił głowę w prawo, jednak jego oczom ukazała się jedynie zielona trawa, poruszająca się powoli i niemal kojąco. Nad nią malował się spory pagórek, nad którym wisiało przesłonięte chmurami słońce. Odchylił głowę w tył i zobaczył białe pazury wystające z posklejanej błotem sierści.[/f]
[f]Długie szpony przejechały po jego twarzy, przebijając się aż do kości. Krzyknął, a wrzask rozniósł się po całej okolicy, płosząc nieliczne ptaki z pobliskich drzew i krzewów. Fala bólu spłynęła na niego, wywołując nagły atak silnych dreszczy. Atak kompletnie zmasakrował jego facjatę, ciągnąc się od prawego policzka aż po lewe oko, które stało się jedynie krwawą miazgą. Spomiędzy rozszarpanych fragmentów twarzy wystawała zakrwawiona biel, a jedyne zdrowe oko miotało się jak oszalałe, podobnie zresztą jak całe jego ciało.

W desperackim akcie próbował zrzucić z siebie zwierza, jednak jego cierpiące niewyobrażalne męki ciało nie było w stanie nic zdziałać. Prawym okiem widział tylko krwistoczerwoną krew która kompletnie zalała mu wzrok. Nie wiedział już czy ciągle krzyczy, choć wydawało mu się że tak. Przynajmniej do chwili gdy coś potężnie zacisnęło się na jego gardle, a wszystko wokół stało się nieprzeniknioną ciemnością. Zniknęły zielone pagórki, zachmurzone niebo i ociekająca krwią bestia. Wokół nie było już zupełnie nic.

Jego ciało przestało się miotać i opadło na miękki grunt. Usta pozostały wykrzywione w przerażającym grymasie, a ręce zamarły w agresywnym ułożeniu, niemej próbie pokonania przeciwnika. Bestia natomiast, zdawała się być kompletnie niezainteresowana leżącym u jej stóp ciałem ciałem, które chwilę później porzuciła, pędząc gdzieś w kierunku malującej się na północy jaskini. Ciało oraz miecz zostały więc pozostawione samym sobie gdzieś w pobliżu niesławnych Włości niejakiego Darante, uporczywie gnębionych przez jego pobratymca.

Dla formalności, Silvatis zostaje niniejszym oficjalnie zabity z powodu porzucenia sesji.

Wróć do „Autonomia Wolenvain”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 19 użytkowników online :: 1 zarejestrowany, 0 ukrytych i 18 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Kerra z Derinu
Liczba postów: 52217
Liczba tematów: 2975
Liczba użytkowników: 1049
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: katrost
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.