Namiot Znachora

Najważniejszy obszar, na którym toczy się gra. Autonomia to zamieszkane głównie przez ludzi państwo podzielone na pięć prowincji ze stolicami w Wolenvain, Derinie, Morinhtarze, Minaloit i Aparilume. Czytaj więcej…
Awatar użytkownika
Aleksis Bentrum
Posty: 1190
Rejestracja: 29 paź 2011, 16:01
Lokalizacja postaci: Dwór Pomiędzy Spektrami
GG: 50433717
Karta Postaci: viewtopic.php?t=961

Namiot Znachora

31 mar 2013, 22:58

Namiot Znachora był najbardziej wysuniętym namiotem ku Pustyni Śmierci. Brązowe płaty skóry, wzajemne ze sobą zszyte, tworzyły solidną konstrukcję – jak na namioty – w której rezydował znany ork.

Obecna kryjówka kształtem przypominała dość sporej wielkości sferę, którą jakby przekrojono na pół i ową połówkę postawiono na ziemi. Z góry wystawał szaroczerwony komin. Wykorzystany materiał był pochodzenia wielbłądziego, niektóre fragmenty skóry ozdobiono misterną symboliką, która w większości przedstawiała skorpiony.


Baldachim, który osłaniał wejście przed słońcem, utrzymywał się na dwóch długich drewnianych palach. Na ich szczycie przebite były na wylot pokaźne ogony skorpionów, wielkością dorównujące czterech stóp. Trza przyznać, niecodzienna ozdoba.


W środku dominowały dywany rozłożone na ciepłym, wpół piaskowym podłożu. Piękne czerwone i ciemno zielone. Większość wolnej przestrzeni zajmował piecyk z długim kominem. W jego wnętrzu palono drewno, rozgrzewano węgiel i wypalano skorpionowe żądła…


Na drogich dywanach walało się mnóstwo narzędzi, skorpionowych szczypców, i podejrzanych segmentów twardego, nieprzerobionego materiału, niewiadomego pochodzenia…

Obecnie ta lokacja jest pusta.
Awatar użytkownika
Kenhkar
Posty: 278
Rejestracja: 12 maja 2012, 21:39
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Karta Postaci: http://www.leviathanrpg.pl/viewtopic.php?p=29652#29652

15 kwie 2013, 17:44

Chyba tylko najwspanialsi spośród mędrców potrafiliby odczytać teraz wyraz twarzy Asima. Kenhkar do przygłupów nie należał, aczkolwiek nie znajdował gigantycznej radości przy ślęczeniu nad zakurzonymi tomiskami, szukając odpowiedzi na bardzo trudne i czasem wręcz bezsensowne pytania. Chociaż to, czy coś jest głupie, czy też ekscytujące, zależy tylko od konkretnej osoby. Taki już jest świat… różny. I to poniekąd jego największa zaleta.

Mag przygryzł wargę, widząc niedowierzanie przewodnika. Wzruszył ramionami, obojętny.

– Nie musisz mi wierzyć – odparł. – Mówię tylko, co widziałem. Gdy wychodziliśmy z Wolenvain przez zachodnią bramę, nieopodal wylądowało smoczysko. Znało się z Infim. I było nas całkiem sporo, acz nie dano nam podróżować wspólnie przez dłuższy czas. Po drodze starliśmy się z jakąś jaskinią obłożoną nieznanym zaklęciem. Żyła. Puszczała na nas paskudne potworzyska, chcąc zgładzić brutalnie. W trakcie walki straciłem przytomność… i kostur. – Na razie pominął fragment o oszalałym mieczniku o czerwonych oczach i nieziemskiej sile. – Niedługo potem uderzyła zima, niemal nas zabijając na trakcie. Jakoś jednak przetrwaliśmy. A nad ranem Infi postanowił wyruszyć, choć – tak po prawdzie – to nie wiem czemu. No i przybyliśmy do Varti. A niektórzy jeszcze spali i zostali.

Kenh słuchał Znachora. Cztery razy większy? Długi ogon? I miażdżąca siła? Brzmiało ciekawie i… dość przerażająco. Ale ten brodacz nie miał w zwyczaju wycofywać się tylko przez jakieś obawy, które przecież zawsze próbują pochwycić i zadusić. Miał iść na skorpiona. I zrobi to.

A uścisk dłoni orka… cóż, to mogło mieć tragiczne zakończenie. Młody mąż nie wiedział, jak wyglądało to w oczach zielonego. Ale to przecież nie było istotne.

Położył obok rzemieślnika połamanego Glamaithila, by chwilę później wyruszyć z Asimem w kierunku karczmy, zamierzając znaleźć mężnych pomocników do walki.

z/t
Awatar użytkownika
Aleksis Bentrum
Posty: 1190
Rejestracja: 29 paź 2011, 16:01
Lokalizacja postaci: Dwór Pomiędzy Spektrami
GG: 50433717
Karta Postaci: viewtopic.php?t=961

05 wrz 2013, 14:27

MG

Entropia opuściła serce odbudowującej się osady. Kierowali się na najdalszy punkt przynależnych Varti ziem. Dobre kilkaset kroków na zachód, rozbity był potężny, orkowy namiot. Gdy drużynnicy w stanie byli ujrzeć schronienie Znachora na wibrującym od gorąca horyzoncie, natychmiast odczuli zmianę temperatury. Bowiem, odchodząc od zabudowań, żar doskwierał dotkliwiej. Słońce, na Pustyni Śmierci, zabijało samym istnieniem. Drużyna poznała preludium przyszłej wędrówki. Chociaż, jeno Infi częściowo ignorował silnie dokuczający upał, a to za sprawą ziół, lecz zapłacił za to bystrością swej percepcji.

Dotarłszy, ujrzeli dobre na cztery stopy skorpionie ogony, przybite przez długaśne pale. Znachor stał przed wejściem, lustrując jeźdźców, samemu będąc w cieniu baldachimu. Opierał dziwną laskę na lewym ramieniu.

Sokół zatrzymał swego wielbłąda i z niego zsiadł…

Awatar użytkownika
Kenhkar
Posty: 278
Rejestracja: 12 maja 2012, 21:39
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Karta Postaci: http://www.leviathanrpg.pl/viewtopic.php?p=29652#29652

06 wrz 2013, 18:10

Zgodnie z zarządzeniem Asima Kenhkar miał jechać wraz z Arael. Z pewnością lepszy to wybór niźli Asterias, lecz mag mimowolnie zastanawiał się, czy na dłuższą metę podróżowanie w taki sposób nie będzie nazbyt męczące. Nie dumał jednak długo, tylko — jak to miał w zwyczaju — przegnał ciemne chmury swym radosnym usposobieniem. Uśmiechnął się szeroko.

— No to w drogę! — zawołał krótko, po czym dosiadł wierzchowca i cała kompania ruszyła ku namiotowi Znachora.

Po raz kolejny Kenhkar mógł obserwować odradzającą się mieścinę, lecz tym razem siedział sobie w miarę wygodnie na grzbiecie wielbłąda i ponownie podziwiał okolicę. Nic więc dziwnego, iż następne kilkaset metrów upłynęło dość prędko — rozentuzjazmowany Kenhkar kręcił głową wszędzie dookoła, chcąc nacieszyć się widokami przed niebezpieczną wyprawą.

W pewnym momencie żar pustyni przybrał zdecydowanie na sile.

— Widzę, iż w tej kwestii nic się nie zmieniło — mruknął pod nosem mag. Pociągnął za swe odzienie na piersi kilka razy, chcąc schłodzić nieco powietrze w okolicy. Oczywiście mógł wzmóc wiatr dzięki swym umiejętnościom, aczkolwiek byłoby to tylko marnowanie energii. Lepiej zachować siły na sytuację, w której takie umiejętności naprawdę się przydadzą.

Ale, fakt faktem, było ciężko.

W końcu kompania dotarła do orkowego namiotu. Znajomy Znachor stał nieopodal, kryjąc się przed potwornymi promieniami słońca. Uwagę Kenhkara wnet przyciągnęła laska, którą trzymał u boku. Kudłaty aż wychylił głowę w bok i nieco do przodu, chcąc mu się przyjrzeć. Czy to Glamaithil? Czyżby już teraz został przywrócony do stanu poprzedniego?

Ciekawość. Wiedziony tym właśnie uczuciem Kenhkar zeskoczył sprawnie ze swego zwierzaka, kierując się ku orkowi. Trzymał się za Sokołem, chcąc pozwolić mu załatwić wszelkie sprawy, a samemu wtrącając się tylko w razie potrzeby.

Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3796
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

17 wrz 2013, 17:09

Droga przez Varti przebiegła Infiemu w upojnym kołysaniu. Kołysało się wszystko – drużynnicy na wielbłądach, przewodnik Asim, zwierzęce zady, pustynne słońce i budynki przemijającego osiedla. Miecznik nawet nie próbował się nad tym zastanawiać. Dolegliwości związane z potwornym kacem mijały jak ręką odjąć, a myśli woja popłynęły w zgoła niepopularne w jego głowie rejony. Poczuł ogromną ulgę i idącą za nią niespodziewaną radość z życia. Mimowolnie zaczął filozofować, przypominając sobie co bardziej pikantne szczegóły poprzedniej nocy, którą spędził w dość sporym, kobiecym towarzystwie. Ciąg przyczynowo-skutkowy utworzony przez jego nieskomplikowany, a otępiony jeszcze ogromną temperaturą i działaniem nomadzkich ziół umysł jasno stawiał go na miejscu najpotężniejszego mężczyzny świata. Czując przemożoną chęć otworzenia gęby i wygłoszenia podniosłego, gwarantującego mu poparcie wszelkiego ludu przemówienia Infi wykrzywił twarz i zaczął się najzwyczajniej w świecie śmiać. Nie dbał o to, jak będą w tym momencie postrzegać to inni. Śmiał się do rozpuku, machając sobie do wtóru swym nieskrytym w nieistniejącej już pochwie, długaśnym mieczem. Nie wiedział do końca, co go tak rozbawiło. Mgliste myśli o ujeżdżającej wielbłądy kawalerii, kobiecych piersiach, plecach Arael i uszach Asteriasa zlepiły się w jedno, potężne, zagmatwane odczucie.

Zwierz, na którym niespiesznie jechał wojownik nie był zadowolony z faktu niesienia na swym grzbiecie ciężkiego, a nadto ciągle niespokojnie poruszającego się ładunku. Z racji na swoją wrodzoną łagodność i prawdopodobnie uspokajające zaklęcia, o których mówił Asim, nie zamierzał jednak Infiego zrzucać. Całe szczęście, bowiem miecznik kompletnie stracił panowanie nad sobą. Przed samym namiotem znachora przepona rozbolała go tak bardzo, że zwyczajnie nie miał już siły dłużej rechotać. Zdecydowanie, powierzanie ostrego, nagiego ostrza w ręce takiego zapalczywca nie mogło się dobrze skończyć. Pół biedy, gdy klinga leżała spokojnie na jego plecach, ale obecnie, z braku takiej możliwości, stanowiła dla niego naturalne przedłużenie ręki. Mieszkańcy Spektrum Lewiatana popadli w paranoję gestykulacyjną, drżąc przed konwersacją z czerwonookim. Zamiast wskazać namiot palcem, miecznik zrobił to swym orężem, wprawiając wielbłądy w jeszcze większy niepokój. Czubek ostrza wskazywał prosto na orka. Przywódca Entropii podniósł się w strzemionach i trwał w takiej pozie z niepoważną miną, siadając normalnie dopiero w chwili, gdy padło na niego pierwsze zgorszone spojrzenie.

Awatar użytkownika
Asterias
Posty: 255
Rejestracja: 12 paź 2011, 14:48
Lokalizacja postaci: Pustynne Wyżyny
GG: 4014804
Karta Postaci: viewtopic.php?t=887

17 wrz 2013, 23:55

Asterias po spaleniu zielska, które dostał od Asima, miał dobry humor i błądził swoją wyobraźnią w krainie nagich elfich dziewek i pewnej gry karcianej. W niektórych stronach podobno nazywano ją Czarnym Jackiem. Zapewne błądziłby tak do samej nocy, niezmącony wszechobecną gorączką, gdyby nie to, że jadą na polowanie. Również zachowanie przywódcy Entropii było jakieś nijakie, ale kto wie, może to normalne wśród jego gatunku. Wymachiwał on mieczem we wszystkie strony, czasem niebezpiecznie blisko zwierzaka, którego miał zaszczyt ujeżdżać. Czerwony miał tylko nadzieję, iż miecznik przypadkowo nie urąbie łba biednemu wielbłądowi. Strata takiego na pustyni musi być zapewne bolesna. Na jego głowie widniał już dobrze związany turban. Kto by pomyślał, że wiązanie tego czegoś może być takie proste. W każdym razie, w oddali widać było pierwszy z przystanków drużyny. Elf powoli acz niechętnie wyrywał swe myśli z objęć krainy szczęśliwości, by na powrót w pełni znaleźć się w pełnej goryczy rzeczywistości.
Czerwony rozglądał się, co jakiś czas wyłapując ciekawe atuty Arael, a następnie skupił swoją uwagę na Infim. Wtem, po ciekawych i bardzo rozpraszających piruetach, miecznik wskazał swym mieczem na orka, Znachora. Zapewne to tam Entropia zapozna się z bronią i taktyką stosowaną na pustyni. Cokolwiek to będzie, Aster prawdopodobnie zostanie przy swojej, jednak wiedzy nigdy zbyt wiele. Wszak mag idzie tam głównie po to, by przebadać pustynne, ponoć ogromne, skorpiony, odnaleźć jakiś słaby punkt, zebrać może nieco trucizny, zobaczyć co z tego wielkiego czegoś da się zjeść i tak dalej. Na pustyni zapewne nie znajdą żadnej karczmy, tak więc trzeba będzie zapoznać się z jej mieszkańcami od strony ich wnętrza. Zatrucie pokarmem, w najlepszym wypadku, na gorących piaskach może się skończyć tragicznie, nawet z umiejętnościami Asteriasa. Do tego dochodzi zmęczenie, ciepło, co oznacza potrzebę włączenia sobie trybu oszczędności energii. Oczywiście natura Astera zmusza go do "zużywania" posoki co jakiś czas, gdyż bez tej czynności z pewnością miałby problem z nadciśnieniem wewnątrz swego elfiego ciała. Dobrze, przynajmniej jest już jakiś ogólny plan. Oszczędność, skorpiony, badanie, wykorzystanie wszystkich dostępnych środków jak najlepiej. Czasem jednak wychowywanie się (głównie) z daleka od cywilizacji na coś się przydaje.
Awatar użytkownika
Arael
Posty: 650
Rejestracja: 09 lis 2011, 19:58
GG: 36159745
Karta Postaci: viewtopic.php?p=15819#15819

19 wrz 2013, 11:23

Od momentu wyruszenia spod przytulnej karczmy humor Łowczyni znacznie się pogorszył. Pierwszy szok wywołany zbyt natarczywym gorącem powoli ustępował sfrustrowanej akceptacji. Jej humor nieznacznie poprawiała świadomość, że i tak poradzi sobie lepiej niż pozostali członkowie drużyny, bowiem jej oczy znacznie łatwiej przyjmowały pokłady jasnego światła. Zręcznym ruchem usadowiła się na grzbiecie obcego sobie zwierzęcia, po czym w jej umyśle zamigotała pewna myśl – jej merratronowy wierzchowiec został w Varti. Miała nadzieję, że pieniądze, które roztrwoniła w odradzającym się miasteczku nakupiły jej dość sympatii tambylców i koń nie zostanie pozostawiony sam sobie. Jazda na garbatym kompanie nie okazała się przesadnie trudna i już po chwili Łowczyni oględnie wiedziała jak za pomocą paska od uzdy może wydawać polecenia wielbłądowi.

Ruszywszy za Znachorem ostatecznie rozpoczęła swoje prawdopodobnie najznamienitsze polowanie w życiu. Miejmy nadzieję, że nie ostatnie. Gdy dotarli do namiotu ich przewodnik zszedł z grzbietu swojego wierzchowca. Widząc to, Arael poszła w jego ślady. Mimo swojej szybko nabytej biegłości w radzeniu sobie ze zwierzęciem wolała nie siedzieć na nim dłużej, niż było to absolutnie konieczne.

Czerwone oczy zwróciły się w stronę sporych rozmiarów pali opatrzonych nabitymi nań ogonami skorpionów. Ogony te długością znacznie przewyższały połowę jej wzrostu. Nie żeby Łowczyni nie potrafiła wyjść zwycięsko ze starcia z większym przeciwnikiem – wszak zdarzało jej się walczyć nawet z przerażającymi mantikorami w pojedynkę.
- Mniejsze, niż się spodziewałam – rzekła, tak do siebie, jak do drużyny. Przenosząc swoje spojrzenie na Infiego, zaczęła mówić wprost do niego. Jeżeli miał nadejść moment, w którym powinna podzielić się swoim pomysłem na walkę, to właśnie ta chwila.
- Mieczniku, jesteś tu chyba najsilniejszy. Mam pomysł. Mam dwa harpuny. – mówiąc to, odwróciła przedramiona tak, by miecznik mógł spostrzec błyszczące, wypolerowane ostrza – Kiedy wbiję takie coś w skorpiona, rozłożę to, po czym odczepię łańcuch i dam go tobie. Odwracaj wtedy uwagę pełzacza i nie daj mu do siebie podejść. W tym czasie postaram się zajść bydlę z drugiej strony i zrobić to samo. Nie wiem, czy widziałeś kiedyś jak konie rozrywają skazańca, ale to chyba podobna zasada. Podoba ci się takie wyjście, czy masz lepszy pomysł? – zawiesiła zarówno głos jak i szkarłatne ślepia na skacowanej postaci czerwonookiego, kapkę szalonego woja. Nie była mistrzem taktyki, ale to rozwiązanie wydawało się najbardziej optymalne i bezpieczne.

Pokaż treść
Tego już nie zawarłem w poście, bo nie fabularnie nie wiem, co potraficie. Spodziewam się jednak, że taki harpun w bebechy utoczy skorpionowi nieco krwi. Ponadto myślę, że dobry wiatr ułatwiłby lot harpunowi i zwiększył siłę, z jaką wbije się w paskudnego wroga.
Awatar użytkownika
Aleksis Bentrum
Posty: 1190
Rejestracja: 29 paź 2011, 16:01
Lokalizacja postaci: Dwór Pomiędzy Spektrami
GG: 50433717
Karta Postaci: viewtopic.php?t=961

20 wrz 2013, 01:14

MG

Powiadają, że powaga i dyscyplina jest niezbędna, gdy trza wziąć się za robotę. Prezentując odpowiednią postawę i racjonalnie podchodząc do obowiązków, wiele person osiągało w taki sposób nagrody. Profity za dobrze poświęcony czas. Nie ma nic gorszego jak niepoważny pracownik, szczególnie, gdy było się surowym pracodawcą. Znachor, skupiając swą uwagę na lekkomyślnym zachowaniu Infiego, westchnął cicho. Kolejny raz zawiódł się na czerwonookim, zniżając jego ocenę do poziomu istnego przygłupa.

Asim krytycznie spojrzał na miecznika, który niebezpiecznie wywiał swym orężem. Na szczęście, ostrze nie wyrządziło żadnej krzywdy. W momencie, gdy ciężki lider powstał na siodle, wielbłąd jeno pokornie tolerował jego wygłupy. Zaklęcie silnie wypływało usposobienie zwierzęcia, wymuszając na nim odpowiednie zachowania. Przewodnik, jednak nie zamierzał tolerować głupoty.

- Ejże, przestań! – karcąco krzyknął południowiec, sprowadzając Infiego do porządku .

Arael wyglądała na niezaskoczoną widokiem długich ogonów wbitych na pal. W myślach mniej-więcej już kreowała obraz bestii, poprawiając szczegóły swego planu. Po chwili wyjawiła drużynie swą zaplanowaną taktykę. Ona jak i Infi mieli być głównymi filarami polowania. Cóż, łowczyni wydawała się niezrażona dziecinadą mocarnego wojownika, skoro nawet w takiej sytuacji utrzymywała profesjonalizm.

Orkowy samotnik wyszedł z cienia, ukazując swą rozbudowaną klatkę piersiową. Ubrany był w jeno szerokie spodnie owinięte kilkukrotnie grubym sznurem w okolicy podbrzusza. Tors był naznaczony bliznami, a sama barwa skóry przypominała swą szarością górskie skały. Potężnie umięśnione ramiona zdradzały to, iż ork musiał niejednokrotnie pracować fizycznie, zapewne w ciężkich warunkach. Z dolnej szczęki wystawały dwa białe kły, lico przeorane paskudnymi śladami po narzędziach mordu czyniło facjatę Znachora… brzydką. Orkowe ślepia lustrowały Asmia. Zbliżał się do drużyny bez obuwia. W mocarnej dłoni dzierżył swoisty kij, albowiem część drzewca pokrywał dziwny materiał. Kostur zakończony był skrzywionym obuchem. Oczy Kenhkara natychmiast przywołały wizję szczypiec skorpionów bowiem właśnie one były owym obuchem oręża. Skorpionie żądło było dolnym końcem broni.

- Nie czekać na was długo. Nie wiedzieć jednak, co myśleć… – zaczął swym niskim, donośnym głosem. Niepochlebnie zerknął na Infiego. Znów westchnął, kiwając niezadowalająco głową. - Posiadać pełny ekwipunek, Asimie. Dobrze. Tydzień nas nie być, jak bogowie szczęśliwi być.

- Weź to, człeku. Naprawić jam twą broń. – Przemówiwszy, wyprostował rękę w kierunku maga wiatru. Nowy oręż był znacząco cięższy, lecz nadal dobrze wyważony. Drewno pokrywała chropowata substancja, w dotyku podobna do kamienia. Kolor budulca był ciemnobrązowy. Łączna długość oręża wynosiła osiem stóp, żądło dwie stopy, a obuch z ponad trzy. Nowa zabaweczka Kenhkara wymagała większej siły i sprawniejszego chwytu. Cóż, ale była prawie darmo. Naprawiony Glamaithil nie przejawiał potencjału magicznego. - Ty musieć nabyć krzepa jak u byka. Dobrze ci to zrobić, jak nie, najwyżej oddać mi to po łowaniu – kontynuował, mając problemy z wymawianiem zdań w Wolnej Mowie.

- Za mną. – Rzekł Znachor, odwracając się plecami do Entropii. Szybkim krokiem ruszył w kierunku zachodnim oddalając się od zgromadzonej grupki. Asim bez słowa poszedł za nim, dając znak ręką by reszta uczyniła to samo.

Oddaliwszy się dobre dwieście kroków od namiotu, wszyscy znaleźli się na piaszczystym terenie. Słońce bez żadnej litości gnębiło ziemię swym żarem. Entropia miała wrażenie, nawet Infi, że gwiazda wysysała z nich chęci jak pijawka krew. Ork pocił się, ale mordę nadal miał niestrudzoną. Kucnął, wcierając ręce w piasek. Po chwili zaczął rysować.

- Drodzy towarzysze, Znachor teraz przedstawi wam metodę walki ze skorpionem – przewodnik powiedział łagodnym tonem, samemu przykucając obok orka. Ten wykreował swym wielkim palcem coś, co wyglądało na duże zwierzę zakończone długim ogonem oraz ostrymi odnóżami.

- Skorpiony być wielkie. Wielkie, wielkie jak cztery go – wskazał palcem nierysującej ręki na Infiego – i pięciu go – przemieścił palec na brodacza. – Baby potężniejsze, większe i większe. Samotnice, stare – większe – kontynuował, z trudem wypowiadając kolejne zdania. Miał problemy z dobrem słów, pomagał sobie dwoma kolejnymi symbolami. Dwa nowe skorpiony były większe. Ostatni namalowany był dwukrotnie większy od swego poprzednika, który był nieco wyższy od pierwszego. - One być odporne. Bicie grzbiet, marnować czas. Walić w bebechy, walić podbrzuch. – Wskazywał paluchem, że zewnętrzne strony pancerza zdawały się być niezniszczalne, chociaż – zapewne – były po prostu niezwykle odporne. - Łańcuch ciężki, odważnik, zawiązać łapy. Przednie. Powalić, by rzyć do góry wystawiać. Zgnieść, walić ogon. Być pod bebechem, walić w bebech. Pancerz ma dwie skóry. Walić porządnie! – ryknął, katując piasek swą pięścią. Po trzecim ciosie, Znachor mógł schować połowę ręki w wykopanym przez siebie dołku. – Silne to być. Wielbłądami rzucać jak wy kamienami. Chłopy słabsze. Baby wołami rzucać, a samotne suki… – przerwał na chwile. Spojrzał na bezchmurne niebo. - Spotkać samotna, pozamiatać nas. Tak.

Po swych słowach, Zachor powstał. Wracał do namiotu. Asim podążył za nim, pykając z fajeczki. Dotarłszy na miejsce, Znachor wszedł do środka namiotu. Wrócił po chwili, niosąc ze sobą dwa dwuręczne młoty, dla ludzi byłaby to broń dwuręczna, chociaż Znachor brał jedną na łapę. Po chwili raz jeszcze wykonał kurs do swojego domu. Przyniósł trzy ćwiekowane maczugi. Rozłożył ekwipunek na piasku.

Każda broń wykonana została przez te same tworzywo, które ork zręcznie połączył z drewnem kostura Kenhkara. Młoty i maczugi były w całości sporządzone z materiału uzyskiwanego ze skorpionów. Kilkanaście scalonych ze sobą szczypiec kreowały straszliwą prezencję obuchów młotów – o gigantycznych rozmiarach dziewięciu stóp długości, o obuchach szerokich jak całe przedramię Asteriasa – jakby odnóża były ze sobą w nienaturalny sposób połączone. Gdzieniegdzie wystawione były szpikulce w postaci żądeł. Rękojeści były z ogonów, chropowate, nierówne, zimne w dotyku. Młoty były nieporęczne, ciężkie niczym worki wypełnione kamieniami. Silne istoty mogłyby uzyskać pełną potęgę tego oręża. Nawet Infi miał wątpliwości czy zdołałby unieść te bydlęcia. Maczugi zbudowano ze spojonych ogonów pozbawionych żądeł. Z grubych pał wystawały stalowe ćwieki. Długość czterech stóp, ważące jak dwa razem wzięte bękarty Infiego.

- Dla was. Bić tym. Skorpion być odporny, pokonać go od bebechów. Inaczej być ciężko i marnować surowieć. – Odezwawszy się od niechcenia, ork skupił się na Infim. Nadal pamiętał incydent z karczmy. - Ja wątpić w twą siłę, człowieczku. Pewnie nie podnieść młota. Co, słabeuszku? – Znachor jawnie zakpił sobie z przywódcy. Podniósł lewy młot. Oparł broń na ramieniu. - Ja wziąć łańcuch, i być gotowy do drogi. Coś wy mówić?!

Awatar użytkownika
Kenhkar
Posty: 278
Rejestracja: 12 maja 2012, 21:39
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Karta Postaci: http://www.leviathanrpg.pl/viewtopic.php?p=29652#29652

21 wrz 2013, 14:35

Przywódca zdecydowanie różnił się od większości spotykanych przez Kenhkara ludzi. Pal licho wpadanie w szał, śmianie się tak, że niemal ziemią trzęsło — czerwonooki wywijał swym mieczyskiem. Całe szczęście, iż nikt blisko jego wierzchowca nie przebywał. W innym wypadku rychło pożegnałby się ze swą głową.

Mag bez kostura obserwował przez chwilę Asteriasa, ciekaw, czy przemówi miecznikowi do rozumu. Długouchy jednak nie zrobił nic. Kenhkar obrócił głowę w stronę siedzącej przed nim Arael. Także brak reakcji. Znali Infiego już wcześniej, czyżby było to normalne zachowanie w jego repertuarze? Oby nie — westchnął Kenh. Niespieszno mu było do śmierci. Za dużo przygód jeszcze czekało, by pochwycić w swe szpony żądnych wrażeń śmiałków.

Osobą najprzytomniejszą okazał się Asim. Zakrzyknął gromko na Infiego, chcąc, by ten opanował swoje emocje. Kenhkar spojrzał na wielkoluda, ciekaw, czy dostosuje się do poleceń Sokoła.

— Jak tak na niego patrzę, to wystarczy puścić go na skorpiony w pojedynkę i je porozrywa tym swoim mieczyskiem — mruknął pod nosem. — My w tym czasie będziemy mogli sobie popijać piwko. O ile znajdziemy na piaskach jakąś oberżę. — Sam nie wierzył w swoje słowa.

Podczas gdy Kenh rozmyślał nad walką w sposób dość fantazyjny, Arael wygłaszała swe spostrzeżenia i koncepty. Szybko wróciwszy do rzeczywistości, Kenhkar skoncentrował się na jej słowach. Zanim jednak odpowiedział, skryty dotychczas w cieniu ork wychynął na słońce.

Mag spojrzał nań swymi brązowymi oczyma. Muskulatura Znachora rzucała się w oczy. Musiał w swym życiu wiele przejść, skoro jego ciało naznaczono tak licznymi ranami. Jednak w przypadku Kenhkara to nie ork stanowił centrum jego uwagi, tylko to, co rzemieślnik w swej ręce trzymał.

Był to Glamaithil, ale inny niż kiedyś. Wyglądał, jak broń żywcem z pustyni wzięta. Jakby ktoś skorpiona pozbawił szczypców i żądła, a potem solidnie umocował to na jednym kiju. A gdzie ostrze? Gdzie? Z początku ciężko było się przyzwyczaić do nowego kształtu broni. Chociaż Kenhkar gdzieś w środku liczył jeszcze na to, iż to broń orka, a jego kostur leży w cieniu namiotu, dokładnie taki sam jak kiedyś.

Na krótką chwilę Kenhkar przestał rozmyślać o broni stworzonej wraz z Badrikiem, jego wujem. Teraz bardziej liczyły się znachorowe słowa.

— Tydzień? — cicho wyrwało się z ust długowłosego maga. Spojrzał na palące niemiłosiernie słońce. — Na tym żarze? Na bogów.

Rozwiały się jednak nadzieje. Oręż trzymany w ręce przez orka był Glamaithilem. Ciężkim. Nowym. Odrodzonym. Laga wpadła w kenhkarową dłoń. Mag przyjrzał się jej dokładnie, machnął na próbę. Dobrze wyważona — uśmiechnął się w duchu, spojrzał na obuch, na żądło.

— Egzotycznie — wypalił, nadal wpatrując się w kostur — ale ciekawie, o tak. — Poświęcił nieco więcej uwagi mocowaniom obucha i drugiego końca kija. Solidna robota. Początkowe niezadowolenie stopniowo ustępowało narastającemu entuzjazmowi. Kenhkar już nie mógł się doczekać, gdy przyjdzie mu użyć kostura w walce. Już nie był bezbronny. A żądło… wyglądało przerażająco. I dobrze. Byle mu się w rzyć nie wbiło.

Powierzchnia także została zmieniona. Chropowata, co sugerowało na mocniejszą konstrukcję, a także pozwalało pewniej trzymać broń. Prędzej rozorze mu dłonie niż pozwoli wypaść z uchwytu. Kenhkar uśmiechnął się.

Wielgachny i ciężki oręż. Kenhkar w swoich oczach nie należał do chudzinek, ale z perspektywy orka pewnie tak. Używanie nowego kostura mogło być nieco trudne. Do czasu, w którym przywyknie do jego ciężaru.

— Oddać? — wyszczerzył się mag. — Jest świetny. I ciężki. Jak przywali, to zabije. Dziękuję, Znachorze — dodał jeszcze, już poważniej.

W gruncie rzeczy przybranie nieco na sile brzmiało bardzo miło. Ale to znaczyło też to, że najbliższe dni będą trudniejsze, niż z początku się spodziewał.

Ruszyli. Kenh nie pytał o nic, po prostu szedł.

— Już nie wspomagasz mojej magii — rzucił do broni, nie zważając na towarzyszy. — Ale gdzieś w środku to nadal ty. Ale nie wypada już nazywać cię Szeptem Wiatru. Powstałeś na nowo. Jesteś Dźgacz, postrach pustyni — uśmiech ponownie zagościł na jego twarzy. Po małej ceremonii mag zarzucił broń na ramię. Ciężar był odczuwalny, ale nie oszałamiający.

Gdy dotarli na miejsce, Znachor zaczął szkolić ich w tematyce walki ze skorpionami. Kenhkar kiwnął głową i słuchał uważnie. Już na wstępie wybałuszył oczy. Wiedział z opisu Znachora, jak wyglądają te bestie, ale teraz, mnożąc Infiego cztery razy i dodając do nich pięć razy siebie samego… No cóż, będzie zabawnie.

W międzyczasie Znachor zdążył wykopać spory dołek trzema ciosami.

— No, dla niego Dźgacz to wykałaczka — stwierdził.

A chwilę potem, gdy ork przedstawił im ekwipunek, sytuacja była jeszcze zabawniejsza. Kenh spojrzał po towarzyszach.

— Ktoś z nas to uniesie? — spojrzał po kolei na Arael, Asteriasa i w końcu na Infiego. Ten ostatni pewnie tak. Aster? Bez szans. Na oko wyglądał na chucherko. Arael była kobietą, a on miał Dźgacza. — Serio, będzie ciekawie. — Powiedział to już bardziej do siebie. — Coś mówić? — powtórzył jeszcze za Znachorem. — Tu nie trzeba słów, tu trzeba ubić te bestyjki.

Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3796
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

02 paź 2013, 05:10

Przywołanie Infiego do porządku nie sprawiło Asimowi większych trudności. Miecznik na reprymendę przewodnika zaśmiał się jeno, opuszczając swoje ostrze i wzrok. Wiedział, że zachował się lekkomyślnie, ale nie odczuwał zakłopotania. Działanie ziół pozwoliło mu z łatwością zignorować wszelkie wyrzuty sumienia i poczucie odpowiedzialności za swoje czyny. Prawdą było, że niezbyt pochlebne spojrzenia otaczających go osób nieco ukróciły jego błazenadę, lecz mimo tego woj postanowił zachować rezon udając, że nic się nie stało. Sytuację ułatwiła Arael, która poczęła z nim konwersować. Mógł całkowicie skupić się na rozmowie, ignorując wszystko inne. Roztaczana przez czerwonooką łowczynię wizja uderzyła w otępiony nieco umysł Infiego ze zdwojoną siłą. Wyobraźnia zadziałała intensywnie, a brutalność proponowanego przez kobietę rozwiązania zagrała na najniższych instynktach miecznika. Ten uśmiechnął się złośliwie.

- Ha! – wykrzyknął wojownik, patrząc na Arael z czymś na kształt nowoodbudowanego szacunku. - Wreszcie gadasz do rzeczy! – dodał, jednoznacznie aprobując jej pomysł. - Rozerwiemy to ścierwo – skwitował z nieprzeniknioną pewnością siebie. Wtedy właśnie odezwał się ork-znachor, nie szczędząc Infiemu swego zgorszonego zachowaniem furiata wzroku. Szaman prawił, że polowanie może zająć nawet tydzień. Tydzień! Infi liczył na szybką misję i wieczorny powrót do przytulnej karczmy. Taki obrót spraw nieco krzyżował mu plany, ale było za późno na to, żeby się wycofać. Humor znacząco mu się przez to pogorszył, miecznik zmełł w zębach siarczyste przekleństwo.

Przynajmniej Kenhkarowi się poszczęściło. Jego oręż został naprawiony i rozbudowany, stanowiąc teraz istną machinę zniszczenia. Misterny splot części chitynowego pancerza i odnóży pustynnych skorpionów zrobił na Infim niemałe wrażenie. Szczapa brodatego magulca była teraz prawdziwą bronią, a nie starczą laską, jaką jawiła się miecznikowi do tej pory. Mając nadzieję, że Ken zrobi z odnowionego Glamaithila stosowny użytek, Infi zsiadł z wielbłąda i w milczeniu powlókł się za znachorem.

Ork jął opowiadać o rzeczach naprawdę ważnych. Każde jego słowo było istotne, więc przywódca Entropii postarał się skupić na jego mowie najlepiej, jak potrafił. Oczywiście, palące słońce i krążące w jego żyłach substancje psychoaktywne nie pomagały w osiągnięciu tego celu. Szczęściem znachor prawił prosto i dobitnie, rysując i gestykulując żywo. Mając wrażenie, że wszystko pojął, wojownik już poczuł zapach nadchodzącej walki. Tego typu sprawy zawsze stawiały go w stanie gotowości. Zaczął oczekiwać polowania z niecierpliwością, tęskniąc do swojej najlepszej przyjaciółki, adrenaliny. Zabijanie dawało mu ogromną siłę. Czasem zdawało mu się, że żyje tylko po to, aby zabijać. Dobrze, że przynajmniej miał po temu predyspozycje.

Po powrocie w pobliże chatki wiodącego najwyraźniej pustelniczy tryb życia orka drużynę czekała kolejna miła niespodzianka. Znachor przyniósł więcej egzotycznego oręża. Pięć sztuk morderczej broni padło na pustynny piach. Nie wiedzieć dlaczego, szaman nagle postanowił rzucić Infiemu swoiste wyzwanie. Kwestionując siłę woja wywołał w nim gniew. Woj ściągnął brwi, wbił swój miecz w piasek z taką siłą, że zatopiła się w nim ponad trzecia część długiego na pięć stóp ostrza. Chwytając trzon młota bojowego w prawą dłoń Infi szerokim łukiem zarzucił sobie broń na bark. Nie spuszczał przy tym gniewnego wzroku z orka, starając się nie okazywać, że czynność ta sprawiła mu jakąkolwiek trudność. Paradoksalnie nawet nie musiał tego udawać.

Oczywiście, prawda, młot (przeciwnie do każdej innej broni, z którą obcował dotychczas Infi) dawał wojowi odczuć swą znaczną wagę, ale uniesienie go w taki sposób nie obciążyło go zbytnio. Przyzwyczajony do lekkości swego miecza, którym mógł machać niczym gałązką, drużynnik zerknął na poskładany niewiadomą sztuką obuch swej nowej broni. Wiedział, że będzie musiał uważać, bo kilka szerokich wymachów, w których tak się lubował, mogłoby go niesamowicie zmęczyć. Z drugiej strony jeden cios tej potwornej, śmiercionośnej broni mógł zwyczajnie zmieść każdego przeciwnika. Miecze były dobre do walki z myślącymi, posługującymi się cywilizowanymi broniami przeciwnikami. Był szybszy, pozwalał na sprawne parowanie, zwody i uniki. Nie było jednak potrzeby stosowania tych sztuczek w walce z ogromnym skorpionem, więc zdobycie młota zadowoliło Infiego, który nie odzywając się do znachora ani zadającego retoryczne pytania Kenhkara ani słowem oddalił się w kierunku swego wielbłąda. W wolnej dłoni trzymał swoje wysłużone ostrze, które przytroczył do boku zwierzęcia. Juczny garbus zdecydowanie nie powitał go ochoczo na swym grzbiecie, szczególnie, że obciążono go jeszcze dodatkowo o ciężki obuch.

- Jedźmy już - mruknął tylko, nadal trzymając pozę niezłomnego twardziela.

Awatar użytkownika
Aleksis Bentrum
Posty: 1190
Rejestracja: 29 paź 2011, 16:01
Lokalizacja postaci: Dwór Pomiędzy Spektrami
GG: 50433717
Karta Postaci: viewtopic.php?t=961

04 paź 2013, 16:24

MG

Zachowanie Arael zaniepokoiło Asima, który nie dał po sobie poznać, iż jakiekolwiek zmartwienie gnębiło go w chwili przygotowań do długiej podróży. Łowczyni pierw wykazała silne zainteresowanie sprawą polowania, a później odpłynęła w swych własnych rozmyśleniach. Przestała się odzywać, jakby straciła ochotę na wszystko. Jeno kierowała się za drużyną, przy tym wpatrując się w rozgrzane piaski. Nawet, gdy Znachor przedstawiał taktykę walki, czerwonooka przypominała raczej ruchomy posąg, niźli istotę z krwi i kości. Może to niemiłosierny żar znużył do takiego stopnia zabójczyni, a może to perspektywa walki z przerażającym przeciwnikiem skazała jaźń kobiety na szczelne zamknięcie przed rzeczywistością? Cóż, coby nie powiedzieć – Arael często zachowywała się po prostu dziwnie. Nawet Infi, kątem oka, spostrzegł wzbudzającą niepokój prezentację towarzyszki. Ta zwyczajnie czekała, oddając wszelką inicjatywę mężczyznom.

- Droga Arael, radzę osłonić skórę przed słońcem – poradził spokojnym jak wiosenny wietrzyk głosem Asim, wskazując palcem na swego wielbłąda. - Tutaj jest jeszcze lekko, ale dalej światło czyni wiele niedobrego dla naszego ciała. Oparzenia to chleb powszedni, a są one zaprawdę paskudne. Zaprawdę paskudne… – zakończył niepewnie swą wypowiedź, niespodziewanie zamyślając się nad czymś. Południowiec skinął głową w geście pożegnania i ruszył przygotować wierzchowce, gdy reszta Entropii mogła z bliska przypatrzeć się rozstawionej na ziemi broni.

Infi i Kenhkar zaimponowali Znachorowi. Myśliwy gigantycznych skorpionów zbliżył się do brodacza. Potężnie złapał człowieka za ramię, mag odczuł raz jeszcze nadludzką siłę nowego drużynnika. Zdawało mu się, iże chwyt orka był mocarny, jakby był zdolny do zgniatania kamieni w pył. Zadowolone ślepia Znachora najpierw zawiesiły się na oczach dzierżyciela Dźgacza, a chwilę potem na silnych oczyskach Infiego. Paszcza pustelnika rozszerzyła się w przerażającym uśmiechu.

- Być dobre chłopczyska! – niemal ryknął, uwalniając z siebie euforię. Zaiste, Znachor wprawiał się w nastrój do zabijania pustynnych bestii. - Wyrżnąć wszystko… – wyraził swoje zdanie, gdy brodacz wspomniał o mordowaniu potworów.

Obrazek

- Nie gadać, czemu?! – Niespodziewanie, zwrócił do Asteriasa. Elf wydawał się pogrążony w swoistej kontemplacji, co nierzadko mu się zdarzało. Nawet w czasie wzmożonej aktywności drużyny, długouchy potrafił przystopować. Chaotyczność jego postępowania nie znała granic, był nieprzewidywalnym kamratem. Ork podszedł do Czerwonego, który znajdował się obok Asima. Klepnął w plecy elfa. Ten zareagował dynamicznie… albowiem upadł jak kłoda na ziemię. Był tak pogrążony na bujaniu w obłokach, że zupełnie nie spodziewał się ataku… chociaż Znachor chciał jeno przyjacielsko poklepać przyjaciela. Widząc powstającego Asteriasa – ubrudzonego w piachu – ork znacząco pogorszył sobie humor. Kiwnął na boki głową, wylewając z siebie zażenowanie i frustrację.

- Co to być? – I westchnął. Skierował się do swojego namiotu, zanosząc przy okazji niepotrzebne maczugi do środka schronienia.

Po niecałym kwadransie, Znachor miał na sobie swą ciężką szatę, która opadała mu za kolana, albowiem była związana w pasie. Bez braku oparcia w postaci muskularnego ciała, materiał odzienia zwisał. Klatkę piersiową krzyżowały dwa skórzane pasy posiadające z tyłu uchwyt na młot – który, swoją drogą, był tam już umiejscowiony. Orkowy samotnik ciągnął ze sobą – idąc ku wolnego wierzchowca – dwa grube łańcuchy, które mogłyby spętać w całości byka. Metalowe segmenty wydawały się ciężkie, lecz kamienna twarz ich nosiciela nie zdradzała żadnych słabości.

- Związać łapa skorpion. Tym. – Pokazał swym łbem na lewy ciężarek. - Ciągnąć to. Ja.

Znachor nie zamierzał dosiadać garbatego stworzonka. Wyglądało na to, iż będzie szedł na piechotę. Po chwili Entropia dosiadła swych, w starych parach. Jeno Infi był samotnym jeźdźcem, ale nikogo to nie dziwiło.

Podróż rozpoczęła się, gdy ranek oddawał miejsce długiemu popołudniu. Dzień pierwszy.

Z/t – Infi, Asterias, Kenhkar, Arael
Pokaż treść
Odniesiecie się do tego posta w temacie, który niebawem utworze. Radziłbym powoli zbierać poślady do napisania posta w Zmianach. Cóż, właściwa część sesji właśnie można uznać za rozpoczętą!

Wróć do „Autonomia Wolenvain”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 16 użytkowników online :: 2 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 14 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Kerra z Derinu, Kerreos
Liczba postów: 52217
Liczba tematów: 2975
Liczba użytkowników: 1049
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: katrost
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.