Rzeczułka

Najważniejszy obszar, na którym toczy się gra. Autonomia to zamieszkane głównie przez ludzi państwo podzielone na pięć prowincji ze stolicami w Wolenvain, Derinie, Morinhtarze, Minaloit i Aparilume. Czytaj więcej…
Awatar użytkownika
Vereomil
Posty: 372
Rejestracja: 13 gru 2012, 20:04
Lokalizacja postaci: Targ
Discord: Vere#6712
GG: 46500292
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2524

Rzeczułka

04 lut 2011, 00:00

//Opis lokacji zrewidowany, poprawiony i uzupełniony przez Infiego.
Cała Autonomia Wolenvain usiana była różnej wielkości wioskami. Nie inaczej było przy Trakcie Iquańskim, na odcinku pomiędzy Minaloit a Derinem czy Derinem a Minaloit – mniejsza o kolejność. Założona kilkanaście lat temu, zwana Rzeczułką wieś znajdowała się tuż przy rzece Verbnie przecinającej drogę, na samej granicy namiestnictw. Chociaż administracyjnie podlegała ona pod jurysdykcję pana Devonhilda z rodu Jamiga, namiestnika Minaloit, technicznie rzecz biorąc leżała ona w dwóch prowincjach, bowiem jej zabudowania legły po obu stronach mostu stanowiącego jej centrum. Nie sięgały one jednak zbyt daleko wzdłuż traktu – nie była to wszak duża wieś. Można było wręcz powiedzieć, że jest ona dość mała, bowiem znajdowało się tutaj zaledwie lekko ponad dwadzieścia, często wielorodzinnych, domostw. Ukryta wśród rzadkich, młodych lasów u podnóży Gór Ikrem miała początkowo bardzo ograniczone możliwości rozwoju. Położenie wioski okazało się jednak bardzo korzystne – podróżując z Derinu do błyskawicznie rosnącego w siłę Minaloit nie dało się jej ominąć. Oczywiście, można byłoby spróbować jazdy na przełaj, a następnie szukać brodu rzecznego, lecz mogło to zająć wiele męczących godzin.

Rzeczułka była własnością rodu Gellena, posiadającego oprócz niej jeszcze jedną, znacznie większą wioskę – Kozodoje. Nieopodal tego drugiego osiedla znajdował się zresztą ich dwór, gdzie władzę sprawował pan Melwir, mężczyzna w sile wieku, o długiej, będącej jego chlubą kruczoczarnej brodzie i rozbieganych, zielonych oczach.


Członkowie tej rodziny znani byli głównie z przeogromnej lubieżności i skłonności do częstego wzniecania skandali. Możliwe, że właśnie dlatego ród pomimo swojej wieloletniej tradycji i usilnych starań nie zdołał zaistnieć w polityce i musiał zadowolić się zarządzaniem niewielkimi ziemiami. Własność pana Melwira rozciągała się bowiem od lasków znajdujących się u stóp Ikrem do kilku spornych od czasu założenia namiestnictwa minaloickiego (402EF) łanów za Verbną.


Wracając jednak do samej Rzeczułki – doglądał jej syn głowy rodu, pan Melwan Gellen. Posiadający uczciwe dwadzieścia lat, dobrze zbudowany i ciemnowłosy młodzieniec słynął ze swego ognistego temperamentu i jeszcze większej chuci. Szlachecki młokos oraz jego drużyna rycerska sprawiali tyle samo problemów, co pożytku, lecz mimo tego byli tutaj znani i lubiani (a przynajmniej żaden mieszkaniec wioski nie śmiał twierdzić, że jest inaczej). Ich praca polegała głównie na częstym odwiedzaniu miejscowości w celu nadzoru pracy chłopów oraz wszelkich transportów, które wychodziły z Rzeczułki – drewna, zboża, mięsa, skór i trofeów myśliwskich. Pełny rynsztunek bojowy posiadany przez każdego z konnych wojów zapewniał granicznemu osiedlu odpowiednią obronność.


Wioska zbudowana została w układzie łańcuchowym. Nie posiadała żadnych odnóg – wszystkie bez wyjątku budynki znajdowały się tuż przy trakcie. Jej centrum (zarówno w sensie geograficznym jak i towarzyskim) stanowił kamienny, szeroki most na Verbnie. Mieszkańcy zwykli przesiadywać na nim i w jego okolicy, handlując, plotkując i blokując drogę. Tuż przy wschodnim końcu mostu wybudowany został okazały, drewniany, jednopiętrowy dom. Zwyczajowo rezydował w nim pan Melwan Gellen wraz ze swą drużyną. Nieco dalej stała jedyna we wsi karczma "Pod zarżniętym knurem", w której nigdy nie brakowało składowanej w jego piwniczce świeżej dziczyzny. Karczma, podobnie jak rezydencja pana Melwana posiadała jedno piętro. Ceniący sobie surowość komnat "Knura" oraz dobrej jakości drewno, z jakiego go wykonano drwale oraz myśliwi upatrzyli sobie karczmę jako ulubione miejsce do przesiadywania. Można było tutaj dobrze zjeść, napić się i stosunkowo wygodnie wyspać, oczywiście wszystko za drobną opłatą. Najlepsze pokoje zarezerwowane były dla przyjezdnych, którym stary karczmarz, Fesnar, oferował podobno inne, specjalne usługi. Chociaż nie mówiono o tym głośno, "Knur" pełnił też rolę swoistego zamtuza dla leniwych, niemających dobrego podejścia do chłopskich kobiet szlachciców. Wyświadczający im przysługę właściciel karczmy zawsze miał na podorędziu kilka chętnych do szybkiego zarobku dziewek służebnych, których ojcowie żyli w błogiej nieświadomości całego procederu.


[ifwdesc=right,Artystyczna interpretacja wyglądu tartaku wodnego Rzeczułki wiosną.]http://i.imgur.com/npvPFSO.jpg[/ifwdesc]

Naprzeciw karczmy znajdowała się zagroda zwanego Onhardem sołtysa oraz jego nowowybudowany młyn. Był on wścibskim, dobrotliwym człowiekiem w średnim wieku, o wielkiej krzepie. Pochodził z łona jednej z mieszkanek Kozodojów, a plotki o wątpliwej prawdziwości mówiły nawet o tym, że był on bękartem samego pana włości, Melwira Gellena. Jakkolwiek by nie sądzić, obowiązki swe traktował poważnie, uczciwie podchodząc do każdej sprawy, a ława wiejska, na której stał czele i która spotykała się w jego chacie traktowana była z ogromnym szacunkiem. Co ciekawe, domostwo Onharda nie było znacznie okazalsze od tych należących do innych mieszkańców – ot, parterowa, kryta strzechą i zbudowana z porządnego drewna budowla. Idealne miejsce dla wychowywania trójki synów, których sołtys się dorobił, z których najstarszy, mający już przeszło dwanaście lat rozglądał się już powoli za narzeczoną.


Po drugiej, zachodniej stronie rzeki, prócz chat mieszkańców wsi znajdował się także istny ewenement – tartak wodny. Jego konstrukcję zlecił sam pan Melwir Gellen, sprowadzając po temu do Rzeczułki dwójkę zapalonych budowniczych – ojca i syna. Niewiele było w Autonomii Wolenvain napędzanych kołem wodnym budowli tego typu, więc mieszkańcy wsi zdecydowanie mieli się czym szczycić. Konstruktorzy tartaku doglądali go i pracowali w nim nawet po jego ukończeniu, znacząco zwiększając wydajność i produkując świetnej jakości deski.


Większość okolicznej ludności należała do jednej z czterech grup pałających się różnymi profesjami. Byli to drwale, tracze, myśliwi i rolnicy. Rzadko zdarzało się, aby pojawiał się tu na stałe ktoś, kto zajmował się czymś innym. Niegdyś mieszkał tutaj co prawda pewien kowal, lecz kilka lat temu bezdzietnie zmarł, a kuźnia z braku wykwalifikowanych w zawodzie osób do dziś stała opuszczona. Nie była zresztą bardzo potrzebna – narzędzia i inne przedmioty codziennego użytku naprawiano na własną rękę, nowe sprowadzając czasem aż z Derinu, do którego miejscowi udawali się średnio raz w miesiącu w celu sprzedaży nadwyżki produkowanych dóbr i uzupełnienia własnych zapasów. Znacznie rzadziej mieszkańcy wybierali przeciwny kierunek, obierając sobie trudnodostępne Minaloit za cel wędrówek. Było to jednak bardziej opłacalne – ceny w kolonii górniczej zawsze były korzystniejsze i niektórzy mieszkańcy Rzeczułki zwyczajnie woleli nadłożyć drogi, aby lepiej zarobić.


Największą grupę stanowili tutaj od zawsze drwale. Zajmowali się oni wycinką drzew nadających się do wycinki, będąc główną przyczyną istnienia na włościach pana Melwira Gellena dużej ilości rzadkich, złożonych z młodych roślin zagajników. Drwale nie mieli na celu całkowitego karczowania lasów, wiedząc, że obecnie niewyrośnięte drzewa zapewnią ich synom przyszłość. Na skutek ich działań ciągle rosła populacja rolników. Żyzne ziemie powstałe dzięki wycince przyciągały ich i gwarantowały dobrobyt zarówno osadnikom jak i rodowi Gellena, który zdecydował się ich przyjąć. Trzecią względem liczebności grupą byli myśliwi. Fach ten cieszył się ogólnym powodzeniem ze względu na obfitość zwierzyny w otaczających Rzeczułkę lasach. Kurcząca się przez obecność nowoczesnego tartaka wodnego populacja traczy systematycznie traciła na znaczeniu. Wielu jej członków, aby związać koniec z końcem, pałało się zgoła innymi zawodami, dorabiając sobie przez dołączanie (często na stałe) do pozostałych grup. We wsi znajdowało się też kilku domorosłych rybaków. Z racji niewielkiej zasobności ryb na podlegającym rodowi Gellena odcinku rzeki Verbny nie był to jednak zawód zapewniający godziwy wikt, a raczej forma rozrywki.


Rzeczułka z racji swej wielkości nie była specjalnie ważna, nie sprawiała też wrażenia, że dzieje się tam coś istotnego. Każdy przejaw odmienności witany był przez to z otwartymi rękami, a nowoprzybyli i wędrowcy przechodzący przez wieś długo cieszyli się ogromnym zainteresowaniem. Wszystko działało tutaj jak dobrze naoliwiony mechanizm – każdy miał wyznaczone zajęcie, którym pałał się od świtu do wieczora, by następnie po męczącym dniu udać się do karczmy lub własnej chaty, aby zaznać zasłużonego odpoczynku. Wszyscy się tu znali, choć nie zawsze lubili. Szczególnie konfliktowi okazali się zmuszeni do zmiany profesji tracze, niepałający sympatią do dwójki konstruktorów obsługujących nowoczesny tartak wodny. Ich nastawienie prowadziło czasem do burd, które przysparzały pracy ławie wiejskiej, jednak spory między mieszkańcami nigdy nie były na tyle poważne, aby fatygować do ich rozwiązywania szlachtę.

[/color]
Obecnie ta lokacja jest pusta.
Awatar użytkownika
Vereomil
Posty: 372
Rejestracja: 13 gru 2012, 20:04
Lokalizacja postaci: Targ
Discord: Vere#6712
GG: 46500292
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2524

14 wrz 2013, 13:17

Wędrówka o lasce nie należała do najsprawniejszych i najszybszych. Tym bardziej, kiedy opierał się o nią kulawy elf, któremu od czasu do czasu doskwierały biodra. Co kilka kilometrów musiał odpoczywać, bo znów odczuwał ból, przez który nie mógł się poruszać. Dopiero po kilku minutach (czasem dłużej), kiedy już było w porządku, mógł ruszać w dalszą drogę. Pomimo tego nie miał zamiaru się poddawać i ciągle parł naprzód. Po wielu dniach podróży dotarł w okolice pogranicza namiestnictw Minaloit i Derinu. Dochodziło właśnie południe i słońce powoli zaczynał docierać do momentu, kiedy prażyło najbardziej. Już z daleka dostrzegł parterowe, drewniane zabudowania. Już w tamtym momencie postanowił, że zatrzyma się tam na jedną lub dwie chwile. Następna myśl była o marnej sytuacji finansowej, w której się znajdował. W sakiewce nie posiadał choćby marnego ora. W jego głowie pojawiła się iskierka nadziei, że będzie mógł zarobić coś w karczmie. O ile nie posiadał już swojej ukochanej lutni, a jego sprawność fizyczna nie była taka jak kiedyś to nadal posiadał swój głos i pamięć, w której zachowane było wiele pieśni, ballad i przyśpiewek. Miał nadzieję, że repertuar przypadnie do gustu chłopom i wrzucą do jego rogożynowego kapelusza kilka monet.

Jednakże wszystkie nadzieje, które pokładał w wiosce, do której się zbliżał coraz bardziej, kierowały się ku jednej wątpliwości – czy go tutaj zechcą? Zdawał sobie sprawę, że nie był mile widziany w Wolenvain, w Minaloit też dosadnie mu pokazali, że nie chcą go w swoim mieście. Pomyślał, że jeśli nie chcą go w większych miejscowościach to może uda mu się zdziałać coś na wsi. Jednakże możliwe, że w tak małych miejscowościach ludzie będą zbyt małostkowi, żeby przyjąć kogoś takiego jak on, a równie dobrze mogło okazać się wręcz odwrotnie. Vereomil ciągle o tym myślał, kiedy jego kroki zbliżały go do Rzeczułki. Nie mógł tego wyrzucić z głowy. Bezmyślnie pogłaskał głowkę Enela, który siedział posłusznie na jego ramieniu czyniąc poranną toaletę.

W końcu wkroczył w zabudowania. Otoczyły go pierwsze domostwa. Nie były zbyt luksusowe, lecz za to wyglądały na solidne. Wzrokiem szukał karczmy. Przechodząc przez most uśmiechnął się i powitał okoliczne kobiety, które właśnie w grupie rozmawiały o okolicznych wieściach i plotkach. Nie zatrzymywał się, bo najpierw miał zamiar pomówić z miejscowym karczmarzem czy by nie zezwolił na przedstawienie w karczmie, kiedy już by zmierzchało. Najpierw jednak musiał zastanowić się nad repertuarem, który mógłby zaprezentować… Wzrok elfa zatrzymał się na okazałym domostwie, które znacząco różniło się od innych gospodarstw. Nie zamierzał jednak stawać w miejscu. Wiedział, że jeśli któryś z domów był lepszy niż pozostałe – mieszkała w nim jakaś gruba ryba. Poprawił kapelusz z rogożyny i kontynuował swoją wędrówkę w stronę karczmy. Nie miał zamiaru na razie zwracać na siebie uwagi, choć sama jego prezencja miała do tego predyspozycje, lecz w tej chwili nie mógł nic z tym zrobić. Mógł jedynie przeć naprzód mając nadzieję, że nikt go nie zaczepi z wrogimi zamiarami. Limit bolesnych przeżyć na kilka następnych miesięcy wyczerpał się w momencie, kiedy usiadł na nim krasnolud. Wzdrygnął się na wspomnienie incydentu mającego miejsce w lecznicy. Nie chciałby za szybko do niej wrócić… Zresztą już była daleko. Nie było szans do niej wrócić.

Ominął kilka kolejnych domostw. Z daleka już widział szyld "Pod zarżniętym knurem". Pomyślał, że karczmarz miał tupet nazwać tak oberżę. Nazwą na pewno nie przyciągała, więc musiało być w niej coś wyjątkowego, dzięki czemu do niej zaglądano… Jednakże lepszym wytłumaczeniem na pewno było to, że była jedyną karczmą w okolicy. Tak, to na pewno to. Ruszył w jej kierunku (w sumie innego wyjścia nie było), by w końcu znaleźć się przy budynku. Bez ociągania się wstąpił w jego progi. Rozejrzał się. Wystrój był surowy, lecz nie odpychał. Jakby jedynie ukazywał siłę mężczyzn, którzy mieszkali w tej wiosce. Pokazywał, że to tutaj mężczyźni przesiadywali, kiedy mieli wolną chwilę. Jednakże było południe. Wszyscy, którzy byli zdolni do pracy, znajdowali się albo na roli, albo w lesie, gdzie trudnili się w swoim zawodzie w pocie czoła. Wnętrze oberży świeciło pustkami. Jedynie za szynkwasem stał mężczyzna, zapewne karczmarz – jak mniemał Vereomil. Elf zacisnął dłoń na lasce i ruszył w jego stronę. Na jego ramieniu nadal siedział jego jastrząb, lecz miał nadzieję, że to nie utrudni negocjacji.

- Witaj karczmarzu. – powitał młodzieniec oberżystę, kiedy stanął przy szynkwasie – Nie pogardziłbyś śpiewem i zabawą? Zwę się Vereomil i trudnię się takową profesją. Mógłbym przyśpiewać strudzonym mężom, by jeść i pić było milej.

Miał nadzieję, że mężczyzna zgodzi się na ofertę. Dałoby to obupólny zysk, a to się w tym liczyło. Jedynie kwestia temperamentu i przekonań Fesnara mogła zaważyć nad rozstrzygnięciem negocjacji.

Awatar użytkownika
Alia
Posty: 183
Rejestracja: 01 kwie 2013, 18:20
GG: 35119844
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2616

14 wrz 2013, 20:41

JMG

Od czasu do czasu przemierzał przestrzeń za ladą, wycierając kufle ścierką tak brudną, że mogło im to zaszkodzić bardziej, niźli pomóc. Karczma świeciła pustkami, w czym nie było niczego dziwnego – wszak w południe wszyscy mieli lepsze zajęcia niż chlanie po oberżach. Prawdziwe tłumy pojawią się tu, gdy słońce zacznie chować się za horyzontem – oni będą pili, a on zarabiał. Taki układ był od dawna i bardzo, ale to bardzo mu pasował.
Cieszył się, że we wsi nie ma żadnej innej karczmy, która mogłaby stanowić konkurencję. Nie sądził co prawda, by wiele osób skusiło się zrezygnować z jego usług – piwo miał dobre, ceny adekwatne do możliwości finansowych wieśniaków, wiadomo też było powszechnie, że mimo, iż trochę już przeżył, nadal umie zachować porządek w miejscu pracy i rozdzielić wszelakie bójki i nieporozumienia, gdy będzie to konieczne. Pogładził się po brodzie, zadowolony z reputacji, jaką ma wśród mieszkańców.
Właśnie zastanawiał się, ile będzie w stanie zarobić dzisiejszego wieczora, gdy usłyszał skrzypienie drzwi. Zaraz potem do oberży wszedł jakiś mężczyzna z ptakiem na ramieniu, kierując się w jego stronę. Fesnar odłożył ściereczkę, obierając łokcie o blat. Nie znał tego kogoś, musiał być podróżnym, gdyż większość osób kojarzył przynajmniej z widzenia – norma. Skrzywił się nieco na widok zwierzęcia wnoszonego do środka, zaraz jednak opanował mimikę i znów jego mina była obojętna.
Kolejny chłystek, co groszem nie śmierdzi – przemknęło przez myśl karczmarzowi. Obserwował jednak z neutralnym wyrazem twarzy, jak istota zbliża się do niego, a następnie wita i przedstawia swoją propozycję. Zlustrował elfa wzrokiem.
Witam, witam. Śpiewem i zabawą, powiadasz? A cóż ty - machnął pogardliwie dłonią w stronę Vereomila – jesteś w stanie zaoferować, nie mając nawet nędznej lutni, by przygrywać do śpiewów? Nie przepadam za takimi, co bez instrumentu się tu pojawiają.
W jego wyobrażeniu misntrel powinien wyposażony być w lutnię. To, iż mało takich podróżowało po tak niedużych wsiach, jaką była ta, w której pracował, nie zrażało wcale starszego oberżysty, by o wiele przychylniej patrzeć na grajków z instrumentem u boku. Zdecydowanie wolał, by po jego karczmie, zamiast samego głosu śpiewaka, roznosiły się też radosne, miłe dla ucha każdego słuchacza pobrzdąkiwania, wyznaczające rytm obecnej przyśpiewki.
Oczywiście – nie gardził każdym, kto nie był w posiadaniu lutni i musiał wziąć pod uwagę, że ma do czynienia z niebywałym talentem, nawet jeśli ten wyglądał dość miernie, jak na oko karczmarza. Pogładził się po brodzie, jak to miał w zwyczaju, myśląc.
Jeśli chłoptaś nie ma zbyt dużych wymagań, można by go sprawdzić – zanuci mi tu ino jedną pioseneczkę, jak się nada, to dam takiemu zarobić, niech się bywalcy karczmy pobawią, skorzystają z rozrywki – oczywiście z zyskiem dla mnie – tok rozumowania Fesnara był prosty.
Hmm… – tu zamilkł, a jego brwi złączyły się nisko, prawie między starymi już oczami. – Czego oczekiwałbyś w zamian, uznając, że zgodzę się na twoją propozycję?
Zawsze to trzeba było rozważyć możliwości. W końcu, ludzie przychodzili tu się zrelaksować po dniu pracy, zmartwień i obowiązków.
Logika karczmarza była prosta – im tu lepiej, tym więcej ludzi. Im więcej ludzi, tym więcej pieniędzy.
Awatar użytkownika
Vereomil
Posty: 372
Rejestracja: 13 gru 2012, 20:04
Lokalizacja postaci: Targ
Discord: Vere#6712
GG: 46500292
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2524

16 wrz 2013, 16:57

Wszedłszy do karczmy Vereomil szybko dostrzegł krytyczne spojrzenie karczmarza. Nie lubił jak ludzie patrzyli na niego w ten sposób. Jakby w niego wątpili, nie chcieli go w swojej społeczności. Nie wiedział co ze sobą zrobić, co zrobić ze swoimi rękoma, ze swoją twarzą, ze swoimi myślami. W jednym momencie stracił cały rezon, który posiadał jeszcze w momencie wkraczania w progi oberży. Pomimo tego nie można było tego po nim spostrzec. Nie miał zamiaru pokazywać kontrahentowi swoich lęków i obaw. Interes to interes, nie można wplątywać w to własnych pobudek i spraw osobistych. Elf doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Przydały się w tym momencie jego aktorskie umiejętności, bo ani jego krok nie stał się mniej płynny i stanowczy, ani na jego twarzy nie pojawił się choćby cień zwątpienia. Nie zamierzał jednak na razie okazywać żadnej emocji. Jego twarz nie była ni marsowa, ni przesadnie przyjazna, a jego chód był swobodny i stonowany (na ile mogła mu na to pozwolić laska), choć z pewnością nie mógł przywodzić na myśl słabości. Bardziej elastyczność i możliwość twardych negocjacji. Przynajmniej zamierzał takie wrażenie spowodować.

Już po chwili dostrzegł, że karczmarz także nie zamierzał na razie okazywać swoich odczuć wobec Vereomila. Jego wyraz twarzy stał się neutralny. Elf widział jak Fesnar oparł łokcie o szynkwas wpatrując się w przybysza. Odpowiedział na to zimnym, nieodgadnionym spojrzeniem, choć na jego twarzy pojawił się mały, niepozorny uśmiech. Czuł wzrok lustrujący jego sylwetkę. Nie było to zbyt przyjemne. Vereomil często czuł się nieswojo, kiedy tego doświadczał, lecz postanowił wytrzymać. W końcu znalazł się przy ladzie.

Prawdę mówiąc młodzieniec spodziewał się, że wspomniany będzie brak lutni, lecz nie zamierzał poddawać się z tego powodu. Co dziwne jedynie zwiększyło to determinację. Zamierzał udowodnić temu zawszonemu karczmarzowi, że brak instrumentu nie umniejsza wartości minstrela. Wręcz odwrotnie! Wynosi go na wyżyny jego możliwości, by jedynie swoim głosem sprawiać, że nawet najtwardsi zapłaczą, a najsmutniejsi się zaśmieją. Vereomil zamierzał to udowodnić, tu i teraz… Ewentualnie o zmroku. Najważniejsze, że jeszcze tego dnia!

Elf zdawał sobie sprawę, że wcześniej czy później karczmarz sprowokuje go do śpiewu, pokazania swoich możliwości. Postanowił go przechytrzyć i pokazać je jeszcze przed tym, zanim oberżysta choćby odezwie się z propozycją sprawdzenia umiejętności. Nie zamierzał jednak przytaczać którejkolwiek pieśni, które znał, lecz improwizować. To najlepiej pokaże jego umiejętności, których był pewien. Wiedział, że są na najwyższym poziomie.

Choć ja lutni nie mam, choć jam jest kulawy…

W jednym momencie zaczął śpiewnym tonem odpowiadać na pytania zadane przez karczmarza. Śpiewał żwawym, radosnym tonem. Poszukał także wzrokiem czegoś co mogłoby posłużyć za zastępstwo dla piłeczek do żonglerki. Bardzo dobrze nadałyby się do tego jabłka, lecz nie zamierzał gardzić też drewnianymi kubkami czy innym sprzętem. Nie zamierzał brać też za dużo naraz. Nie czuł się na siłach, by brać pięć, więc ograniczył się do trzech.

…i choć też wyglądam jakbym wróble straszył.
Wiem, że śpiewać umiem, że ludzi zabawiam,
nawet jeśli mówią, że szyszki wpierdalam.

Ostatnią sylabę wydłużył, by następnie na chwilę zamilknąć. Jednak nie na długo. Zaczął odkładać przedmioty, które posłużyły za "piłeczki" do żonglerki na swoje miejsce w takt przyśpiewki. Po każdym wersie kolejny przedmiot był stawiany na swoje miejsce, by na koniec Vereomil nie miał niczego w dłoniach:

Czego oczekuję? Czego chciałbym w zamian?
Nie jestem aż tak drogi, nie wymagam wiele,
ot, jadła, strawy, piwa, by śpiewać do rana,
a na koniec miejsca, by spokojnie lec na senne marzenie.

Spojrzał w oczy karczmarza, oczekując jego odpowiedzi. Na koniec dodał jedynie:

To jak? Dogadamy się? – Na jego twarzy nadal widniał delikatny uśmiech.

Awatar użytkownika
Alia
Posty: 183
Rejestracja: 01 kwie 2013, 18:20
GG: 35119844
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2616

17 wrz 2013, 15:18

JMG

Podrapał się po brodzie, z zainteresowaniem słuchając minstrela. Nie spodziewał się, że młody elf wyprzedzi jego oczekiwania, nie pozwalając tym samym na upokorzenie się. Z czegoś, co mogło być pogardliwym wyśmianiem jego umiejętności zrobił okazję do zyskania kilku punktów uznania u oberżysty.
No proszę, kto by pomyślał?, przemknęło przez myśl karczmarza. Nie spodziewał się tego. Mimo, że nie przepadał za śpiewakami, ten zrobił na nim wrażenie, układając muzyczną odpowiedź. Jeszcze raz spojrzał na niego krytycznym okiem.
No, no…
Taki niepozorny, a tu proszę! Niby to ubranko nijakie, kaleka to-to, podpierać na lasce się musi, ale swoją fuchę umie. Czemu by nie dać chłopaczkowi zarobić?
Przekonany już był, na jego wargach zaczął kreować się uśmiech, gdy usłyszał ostatni wers przyśpiewki. Hm.
Nie sądzisz, chłoptasiu - skierował na niego groźne spojrzenie – że wymagasz nieco za wiele za, mimo wszystko, skromne usługi? Lutni nie masz, śpiewać możesz, ale to się ludziom znudzi.
Rozważał jeszcze chwilę, czy dobrze postępuje. Ale nie, pokoje u niego nie kosztowały wiele, jednak były na tyle schludne – przynajmniej w mniemaniu oberżysty – że zapłata zań się uczciwa należała. Przyjść i zaśpiewać każdy dureń może, sypnąć pieniądzem – nie wszyscy.
Jak zarobisz, to dostaniesz. Nie pomagam ubogim, chcesz śpiewać – śpiewaj, jak ci się poszczęści, zarobisz parę miedziaków, mieszkańcy będą zadowoleni, ja również.
Był prostym człowiekiem, nie na rękę mu było, by nocować kogokolwiek, kto nie jest pewnym zarobkiem, a jedynie domniemaną pomocą w interesach, z tym akurat Vereomil musiał się pogodzić – lub szukać szczęścia gdzie indziej. Póki co, Fesnar twardo się trzymał, niechętny, by ustąpić.
Ani piwa, ani jadła czy noclegu. Jak zarobisz, to se kupisz - warknął jeszcze, by młodziak na pewno zrozumiał.
Awatar użytkownika
Vereomil
Posty: 372
Rejestracja: 13 gru 2012, 20:04
Lokalizacja postaci: Targ
Discord: Vere#6712
GG: 46500292
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2524

18 wrz 2013, 16:45

Uniósł brwi, kiedy karczmarz stwierdził, że oczekuje zbyt wiele. Widocznie ich systemy wartości diametralnie się różniły. Dla właściciela karczmy najważniejsze były pieniądze, zysk i nie miał zamiaru niczego tracić, a dla Vereomila priorytetem była sztuka i przygoda, którym bardzo często się oddawał, co nieczęsto kończyło się dla niego najlepiej. Widząc jego groźne spojrzenie postanowił odpowiedzieć tym samym, przybrał marsowy wyraz twarzy, zacisnął wargi i spojrzał z byka na Fesnara. Leniwie poruszył pionową, ledwo widoczną powieką. Próbował stanąć na palcach, próbując być wyższym od karczmarza, lecz przy jego wzroście było to co najmniej trudne, a uraz obręczy miedniczej tym bardziej mu to utrudniał. Po chwili zrezygnował z tej opcji.

Mrugnął oczyma w sposób teatralny, który miał wskazywać na powagę. Zrobił to powoli, nadal patrząc z byka na mężczyznę. Wyszczerzył zęby jakby miał go zaraz ugryźć (myślał nawet o warczeniu, choć to już pewnie byłaby przesada). Wszystko przeciągał. Spuścił głowę przymykając oczy. Ściągnął kapelusz z rogożyny, położył go na szynkwasie rondem do góry. Wszystko robił powolnymi ruchami, nie spieszył się. Ściągnął chustę, włożył ją do kapelusza. "Jego białe włosy rozlały się po ramionach jak mleko z wymiona dorodnej krowy" – pomyślał próbując nadać dramatyzmu sytuacji. Wzrok skierował w stronę Enela, zaczął głaskać jego głowę. Ptak przymrużył oczy. Podobało mu się to. W jednej chwili Vereomil złożył palce w drobną pięść i uderzył w szynkwas. Drzazga wbiła się w najmniejszy palec, jego powieki zadrżały. Stwierdził, że to nawet lepiej. Jeszcze większy patos. Niech karczmarz się przestraszy. Niech oberżysta pomyśli, że ma do czynienia z jakąś szychą. Podniósł głowę, spojrzał zimnym, stalowym, nieprzejednanym wzrokiem w oczy gospodarza. Jego dłoń, której palce ściskał jak najmocniej mógł, nadal leżała na ladzie. Zmrużył oczy. Znów leniwie poruszył pionową powieką.

- Kufel piwa i nocleg. – powiedział powolnym głosem próbując, by ten był dostatecznie niski.

Dopiero w tym momencie zorientował się co zrobił. Nie było to ani groźne, ani poważne. Już szybciej można było temu nadać określenie "komiczne". Właśnie takie było. Niski, kulawy elf albinos próbujący przestraszyć rosłego karczmarza. Przedni żart! Vereomil jednak nie zamierzał przerywać maskarady. Postanowił trzymać się planu, którego nawet nie posiadał. Plan był taki, by utargować chociaż cokolwiek. "Kufel piwa i nocleg." – przedrzeźniał siebie w duchu, kiedy na jego twarzy nawet nie poruszył się choćby jeden mięsień. W sumie było to logiczna propozycja, która mogłaby go zadowolić. Sucharki jeszcze miał, więc o jedzenie martwić się nie musiał, choć nie pogardziłby smaczniejszym jedzeniem. Marzyła mu się dziczyzna, a w przybytku o takiej nazwie dziczyzna z pewnością była. Musiała być! Innej możliwości nie było!

Znając siebie wiedział, że nie potrzebował wiele, by bałamucić miejscowe pannice i zawodzić przy pustym kuflu. A nie pił prawie dwa tygodnie, więc miał nadzieję, że uda mu się to osiągnąć. DWA TYGODNIE. Kto by pomyślał, by Vereomil, który w Wolenvain mógł być nazywany moczymordą, nie miał w ustach choć kropli alkoholu przez tyle czasu?! Właśnie! A spać… Spać gdzieś musiał. Miał nadzieję, że karczmarz się zlituje nad biednym elfiątkiem i da choć najgorszy pokój, by ten mógł spocząć na zasłużony odpoczynek… A jak nie, to nie!

Jeszcze raz pionowa powieka bezwiednie poruszyła się, nawilżając oczy Vereomila, kiedy ten nieruchomo wpatrywał się w oczy karczmarza oczekując na odpowiedź. Miał nadzieję, że szybko odpowie, bo już zaczynały go boleć wargi.

Awatar użytkownika
Alia
Posty: 183
Rejestracja: 01 kwie 2013, 18:20
GG: 35119844
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2616

18 wrz 2013, 17:12

JMG

// Miałam się uczyć, odpisuję Ci na posta. To będzie krótkie, ale średnio mam czas, więc wybacz.

Karczmarz mierzył elfa spojrzeniem, zastanawiając się, co ten najlepszego wyprawia. Chuchro takie, niskie, blade, kalekie, śmie przeciwstawiać się jemu? Jemu, który mimo, że ma swoje lata, posiada też krzepę i spore bary? Myślałby kto.
Widział poczynania młodzika, jednak uznał, że zachowa kamienną twarz, by ten mógł zrobić to, co sobie zaplanował. Może to kolejne przedstawienie? Nie był pewien, ale wolał nie przerywać.
Gdy to wątłe stworzenie uderzyło pięścią w ladę, starając się przy tym brzmieć groźnie, karczmarz nie wytrzymał. Zagryzł wargi, tak, że zmieniły się jedynie w wąską linię nad brodą, chcąc zachować spokój… Nie udało się.
Śmiech oberżysty był prawdopodobnie słyszany wiele mil stąd, jednak Fesnar nie przejmował się tym, rechocząc radośnie, z dłońmi na brzuchu. Kto by pomyślał! Takie to-to małe, chudziutkie, a humor człowiekowi potrafi poprawić. Widać, że zna się jednak na swoim fachu.
Z drugiej strony, ma dzieciak szczęście, że się na jego żarcie poznałem – inaczej źle by z nim było, oj źle – przemknęło przez myśl karczmarzowi, gdy ten był już w stanie opanować emocje tak, by wrócić wzrokiem do stojącej przed nim osoby.
No, no. Pokazujesz coraz więcej talentów, młodzieńcze. Nie sądziłem, że poza śpiewem potrafisz coś więcej. Umówmy się tak - pogładził się w zamyśleniu po brodzie, nadal z nikłym uśmiechem na ustach – jeśli uda ci się rozbawić moich gości tak, będą im się podobały twoje przyśpiewki… Dostaniesz piwo. To moje ostatnie słowo, a uległem ci tylko z powodu dobrego humoru, radzę więc go nie popsuć.
Ostatnie zdanie wypowiedział przesadnie groźnym tonem, opierając ponownie łokcie o blat. Jeśli minstrel się zgodzi, byli umówieni – grajek może poczekać w karczmie, aż zaczną napływać klienci i wtedy zacząć swój występ. Jednak, jeżeli z jego ust padną kolejne słowa sprzeciwu – obojętnie, czy powiedziane tak komicznie, jak teraz, czy całkiem poważnie, Fesnar zdecydowany był wyprosić delikwenta z przybytku.
Awatar użytkownika
Vereomil
Posty: 372
Rejestracja: 13 gru 2012, 20:04
Lokalizacja postaci: Targ
Discord: Vere#6712
GG: 46500292
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2524

19 wrz 2013, 20:36

Na szczęście karczmarz obrał gest elfa za przedni żart. Twarz Vereomila rozpromieniła się, kiedy usłyszał jego śmiech. Miał cholernego farta, że wziął to za żart… Zresztą powinien to być kawał! Czemu wcześniej na to nie wpadł?! Młodzieniec nie potrafił odpowiedzieć sobie na to pytanie, lecz postanowił, że powinno to znaleźć się w jego repertuarze. Starannie zapisał to sobie w pamięci. Był pewny, że o tym nie zapomni. Tymczasem jednak wrócił do rzeczywistości. Nadal miał przed sobą karczmarza, z którym pertraktacje zakończyły się całkiem udanie. Nadal z uśmiechem na ustach wyciągnął ku niemu dłoń.

- Umowa stoi.

Poczuł, kiedy jego dłoń zamknęła się w silnym uścisku karczmarza. Potrzebował całej siły woli, by nie jęknąć z bólu. W momencie, kiedy jego obolała ręka została uwolniona, stracił całe zainteresowanie karczmarzem. Uznał rozmowę za zakończoną i zajął się sobą. Polegało to na ponownym zawiązaniu chusty i nałożeniu kapelusza. Następnie wyszedł z karczmy.

- Do wieczora

– pożegnał się wychodząc.

Pierwsze co doznał to prażące, południowe słońce. Nie była to dla niego wymarzona pogoda. Wręcz jej nie cierpiał. Zawsze przypominały mu się wtedy niezbyt miłe czas, kiedy żył na pustyni. Całe kilkadziesiąt lat pierdolenia się z wszelkimi maściami, chustami i innymi gównami, które i tak nie pomagały dostatecznie i ciągle odczuwał dyskomfort. Wzdrygnął się na samo wspomnienie. Zaklął cicho, poprawiając kapelusz, by zasłaniał jego twarz. Poprawił też kamizelkę, by ta dostatecznie osłaniała jego kark. Miał nadzieję, że nie nabawi się zbyt wielu niewygodnych ran.

Rozejrzał się po okolicy. Dostrzegł grupkę wieśniaczek, które głośno dyskutowały przebywając na moście. Ruszył w tamtą stronę. Miał zamiar zaprosić je na wieczorne przedstawienie. Chciał je zachęcić subtelnymi żartami i nonszalancją. Miał nadzieję, że przyprowadzą swoich mężów i dzieci. Im więcej, tym lepiej! Zamierzał jeszcze uzbierać kilka jabłek, oczywiście za pozwoleniem gospodarza, który będzie właścicielem jabłoni… A potem szybko wróci do karczmy. Co za dużo słońca, to niezdrowo. Szczególnie dla niego.

Jeszcze w ostatniej chwili, kiedy wracając do karczmy miał już przekraczać próg, wypuścił Enela, by ten oddał się łowom, lecz przed przedstawieniem przywołał go, by ten siedział na jego ramieniu.

***

Zmierzchało. Słońce powoli chowało się za horyzontem, kiedy do karczmy zaczęli przychodzić goście. Z obserwacji Vereomila wynikało, że przeważnie byli to zmęczeni mężczyźni, którzy po całym dniu pracy przyszli się zrelaksować pijąc przeróżne trunki i zajadając dziczyznę. Enel, który siedział na ramieniu swojego właściciela, stał się niespokojny widząc tłum znajdujący się w sali, lecz elf głaszcząc go po główce próbować uspokoić sokoła. W końcu zdecydował się zacząć. Zaczynało być gwarno, lecz jeszcze nie było na tyle głośno, by młodzieniec nie mógłby przekrzyczeć bywalców przybytku. Wstał z wcześniej przygotowanego stołka w dobrze widocznym ze wszystkich stron miejscu sali i wodząc wzrokiem po pomieszczenia zastukał laską o podłogę. Gwar zelżał, stało się ciszej, wiele oczu wpatrywało się w młodego elfa. Nie przeszkadzało mu to, lubił być w centrum zainteresowania, kiedy wygłaszał swoją sztukę. Właśnie był ten moment. Cieszył się, że zwrócone było na niego aż tyle spojrzeń!

- Witam zacnych mężów oraz piękne panie w tym gwarnym przybytku Knurem nazywanym. Kiedyście się już najedli i napili… czas na pieśń! – oznajmił gromkim głosem.

Pieśń ta będzie o tym, co stało się niedawno, niedaleko zresztą.

Zaczął śpiewać. Najpierw ciszej, by następnie jego głos rozbrzmiał w całej sali. Na jego twarzy pojawił się uśmiech, kiedy wodził wzrokiem po ludziach. Spojrzał jeszcze na karczmarza, który stał przy szynkwasie bacznie go obserwując. Kontynuował:

Nie zdziwiłbym się także, gdybyście znali gdzież to!
Chcę wam opowiedzieć historię najprawdziwszą,
na której wiadomość szczęka spadnie nisko…

Przy ostatnich sylabach stopniowo ściszał głos. Znowu spojrzał po gościach. Oparłszy laskę o pobliski stół, chwycił dwa jabłka i zaczął nimi żonglować.

Ha! Po dachach ciemną nocą, po dachach zręcznie biegł!
dziwaczny człek w łachmanach. Któż to?! czy ty wiesz?!

Szukał wzrokiem osoby, którą mógłby obdarzyć żonglowanym jabłkiem. Preferował dzieci lub piękne panny i zamierzał rzucić w tamtą stronę owoc. Nie mógł zbyt długo się zastanawiać, więc szybko się go pozbył, a następnie ciągnął dalej pieśń:

Nic się nie przejmował, giezło w łapie trzymał,
śmiał strażnikom w twarz się i w gardło im je wpychał!
Haha! Znów się gromko zaśmiał!

- Kimże był ten człek? Któż to wie, któż to wie. – zaczął głośno mówić – Tajemniczy mężczyzna. Dachowiec, choć na kota na pewno nie wyglądał. Nikt nie wiedział kim był, jak wyglądał, czym się zajmował. Przybył znikąd. Nie wiadomo w jakim celu. Może wiedział więcej niż niejeden z nas. Może też nie wiedział nic i kierował nim jedynie obłęd! Kto wie, kto wie.

Rozprawiał modulując głosem. Próbował ciągle trzymać publikę w napięciu. Znów rozejrzał się po sali, ni stąd, ni zowąd rzucił trzymanym jabłkiem ku kolejnej pannie. Za każdym razem starał się rzucać tak, by osoba na pewno złapała owoc. Uśmiechnął się w tamtą stronę.

Lecz mąż ten nie zamierzał czekać,
ruszył szybko, ruszył żwawo,
już po dachach zaczął skakać.
Pierwszy, drugi, czwarty, ósmy,
biegł co sił jakby natchnionyy.
Droga jego była długa,
kluczył, wracał, skręcał, kręcił,
kopnął gęś razy sześć…

Już raaaankiem na targ zeskoczył,
dach traktem jego już nie był.
Rozejrzał się uważnie,
pokręcił głową powaażnie.
Zanim się obejrzałem!…

- Trzask, prask! Wszystko w pizdu! – zakrzyknął mocno stukając o podłogę – Wielka, błękitna paszcza otwarła się nad targowiskiem! Krasnolud stracił trzewiczki, krowa wpadła w mig! Nic się nie ostawało, wszyscy skakali, wszyscy czmychali!

A cóż z tym człekiem? – spytacie.
Wielki bohater nasz, nasz dachowiec kochany,
zanim w ogóle się spostrzegł… sam do tej dziury wpadł!

Zakończył pieśnio-przedstawienie. Rozejrzał się po ludziach, czekając na reakcję. Chwycił laskę, ściągnął kapelusz i ruszył wśród gości. Nienachalnie spoglądał na nich wyciągając delikatnie ku nim rękę, w której trzymał nakrycie głowy. Z uśmiechem kulawo przechadzał się wokół ław z nadzieją, że chociaż kilka orów przypadnie mu w zamian za zabawienie gości. Miał nadzieję, że otrzyma sowitą zapłatę. W końcu znalazł się przy szynkwasie. Spojrzał na karczmarza.

Awatar użytkownika
Alia
Posty: 183
Rejestracja: 01 kwie 2013, 18:20
GG: 35119844
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2616

26 wrz 2013, 20:28

JMG

Interes kręcił się wyśmienicie – większość wsi zeszła się, by odpocząć po ciężkim dniu pracy, wypić kufel piwa czy porozmawiać ze znajomymi. Karczmarz przyglądał się, jak grajek zaczyna przedstawienie., nalewając w tym czasie złotego trunku chętnym klientom. Humor miał dobry, jak zawsze, gdy wszystko szło po jego myśli.
Minstrel właśnie rozpoczął przyśpiewkę, zabawiając jego gości. Niektórzy zebrali się bliżej, by lepiej słyszeć melodyjne słowa, inni pili, nie zwracając na Vereomila zbytniej uwagi.
Widać, że nowa rozrywka podobała się wieśniakom, co przekonywało także oberżystę, że jego wybór był słuszny. Postanowił zobaczyć, jak będzie pod koniec występu – jeśli grajek utrzyma poziom, może załatwiłoby mu się jakiś nocleg… Zaraz jednak zajął się klientami, głośnymi, roześmianymi, o czerwonych od trunku nosach, zapominając o elfie.
Tymczasem grajek przeszedł do żonglowania jabłkami, rzucając nimi do publiczności. Damy chichotały, gdy owoc leciał w ich stronę – ominął je jednak, uderzając w tył głowy nieco podchmielonego wieśniaka – na co nikt prócz poszkodowanego nie zwrócił uwagi. Gdy ten odwrócił się, dostrzegł elfa, który właśnie rzucił drugim jabłkiem, tym razem o tyle celnie, że dała radę złapać je jakaś kobieta.
A to dziad, włóczykij zapchlony, porządnych ludzi atakuje… – tak mniej więcej można było, cenzuralnie, określić myśli pijaczyny, który już uznał, że nie puści tego godzącego w jego dumę występku płazem.
Zanim ten się podniósł – w końcu, nie mógł przerwać picia w połowie, nie? – Vereomil zdążył skończyć występ, biorąc laskę i ściągając kapelusz.
Lekko się zataczając, rosły mężczyzna ruszył w kierunku minstrela, pragnąc jak najszybciej wytłumaczyć mu, że rzucanie jabłkami nie jest dobrym pomysłem. A elf nic nie widział, zajęty zbieraniem monet…
W tym czasie do kapelusza sypały się ory. Nie była to zbyt hojna wioska, jednak użebrać się trochę dało – tu od grupki osób pięć, tu z kolei siedem… W sumie dostał 46 orów. Całkiem ładny wynik, jak na jedną przyśpiewkę.

Poszkodowany, z urażonym honorem, nie próżnował. Dziarsko podtrzymując się ław, dotarł w końcu do grajka, sporo od niego mniejszego. Spojrzał nań groźnie – Vereomil musiał wiedzieć, czym zawinił, a teraz tak niewinnie chodził i żebrał! Pfi!
Zamachnął się, chcąc wymierzyć sprawiedliwość, jednak alkohol zrobił swoje, ważąc na celności. Skutkiem tego pięść, zamiast dosięgnąć nosa, musnęła tylko niegroźnie policzek, uderzając pod koniec w kapelusz, z którego wypadły cztery ory, tocząc się pod stół.
Jeśli jednak elf miał trochę oleju w głowie, zamiast rzucać się za marnym groszem, ruszy do wyjścia, korzystając z okazji – "napastnik" bowiem po ataku odsunął się na chwilę, szykując do kolejnego, tym razem celniejszego ciosu.

Oberżysta zmarszczył brwi, obserwując rozgrywającą się scenę. Bójki się zdarzały, jednak nie podobało mu się, że wędrowiec złości jego stałych, dość skorych do wydawania pieniędzy klientów. Miał nadzieję, że nie będzie musiał reagować.
Awatar użytkownika
Vereomil
Posty: 372
Rejestracja: 13 gru 2012, 20:04
Lokalizacja postaci: Targ
Discord: Vere#6712
GG: 46500292
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2524

28 wrz 2013, 23:31

Rzut jabłkiem okazał się wyjątkowo niefortunny. Już od początku lotu owocu Vereomil wiedział, że trafi nie w to miejsce, w które powinno. Najwidoczniej jego forma jeszcze nie wróciła po rekonwalescencji, której musiał się poddać po sromotnej porażce z błękitną paszczą na rynku w Minaloit. Wzrok śpiewającego elfa śledził szybujące jabłko, które już po chwili zderzyło się z potylicą jednego z chłopów pijącego właśnie złocisty trunek. Na czole pojawiła się wyraźna zmarszczka, a brwi ścisnęły się z zażenowania. Młodzieniec nie mógł jednak przerywać przedstawienia.

Skończywszy śpiew przechadzał się z wyciągniętym kapeluszem, do którego wpadały monety. Nie była to fortuna, lecz od czegoś było trzeba zacząć. Nagle o jego policzek otarła się pięść. Dotyk nie sprawił wcale bólu, lecz kilka orów spadło na podłogę, na co Vereomil zareagował westchnięciem po stracie. Enel za to stał się strasznie niespokojny w reakcji na zaistniały incydent. Elf spojrzał przed siebie. Stał przed nim ten sam chłop, który jeszcze jakiś czas temu oberwał jabłkiem. Dzięki temu od razu wiedział w czym tkwił problem… Jabłko było niesmaczne! Pieprzony sadownik! musiał mu dać popsute. Nie było innej opcji. Vereomil pokiwał głową na swoje przemyślenia, jednocześnie cofając się w miejsce, w którym nie było ludzi, a także sam napastnik nie zrobił sobie krzywdy.

- Panie! po co swary?! Napijmy się złocistego trunku, pogawędźmy! Noc jeszcze młoda! – w międzyczasie mówił do mężczyzny.

Jeśli jednak słowa nie zadziałały na chłopa, Vereomil nie zamierzał uciekać. W momencie, kiedy mężczyzna chciał wymierzyć cios, Enel zerwał się z naramiennika prawie wlatując w twarz napastnikowi, lecz zręcznie go omijając. Sam elf za to próbował uniknąć ataku przesuwając się w miejsce, w którym byłby bezpieczny. Próbował robić to odpowiednio zręcznie pomimo dolegliwości, które mu dokuczały przez nie do końca naprawioną miednicę. Powodzeniu tego manewru sprzyjał niespecjalnie trzeźwy stan atakującego, co młodzieniec miał zamiar wykorzystać.

- Oj, napijmy się!

– zakrzyknął z uśmiechem na ustach.

Po chwili Enel wrócił na swoje miejsce na ramieniu swojego pana. Vereomil pogłaskał go po głowie, obserwując mężczyznę, który przed nim stał. Zamierzał robić to, dopóki napastnik nie zmądrzeje lub padnie z wycieńczenia, choć miał nadzieję, że nie będzie musiał tego robić, a przy okazji zdobędzie kompana do picia.

- To jak? Lepiej się najeść i napić niż z śliwą pod okiem łazić!

– zarymował.

Wiadomo było kto miałby z ową śliwą łazić. Ten ktoś próbował właśnie zażegnać spór i miał wielką nadzieję, że mu się to uda. Wydawało mu się, że wszyscy na tym zyskają… ale czy chłop pójdzie po rozsądek do głowy i będzie skory do rozejmu?

Wróć do „Autonomia Wolenvain”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 6 użytkowników online :: 0 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 6 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika
Liczba postów: 52122
Liczba tematów: 2968
Liczba użytkowników: 1038
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Filip Chujzer
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.

Live czat z adminem

Czat z administratorem – klik!
W związku z tym, że Leviathan nie znajduje się jeszcze w swym finalnym kształcie, pytania do jego administratora są spodziewane, potrzebne i oczekiwane. Jeśli masz jakieś (albo chcesz po prostu pogadać o tym projekcie), kliknięcie na powyższy przycisk otworzy nową kartę z oknem rozmowy.