Biała Twierdza

Najważniejszy obszar, na którym toczy się gra. Autonomia to zamieszkane głównie przez ludzi państwo podzielone na pięć prowincji ze stolicami w Wolenvain, Derinie, Morinhtarze, Minaloit i Aparilume. Czytaj więcej…
Awatar użytkownika
Anemetius
Posty: 563
Rejestracja: 25 sie 2012, 00:40
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2150#33472

Biała Twierdza

04 lut 2011, 00:00

//Opis lokacji zrewidowany, poprawiony i uzupełniony przez Infiego.
Na przełomie pierwszego i drugiego wieku Ery Feniksa, kiedy to Autonomia Wolenvain gwałtownie rozszerzała swe granice, zaistniała ogromna potrzeba wybudowania nowych fortyfikacji. Biała Twierdza była jedną z pierwszych tego typu struktur. Przyszła twierdza miała stać się głównym punktem oporu w razie ataku od wschodu oraz linią zaopatrzeniową, jeżeli stolica zostałaby zaatakowana od zachodu. Plany zaczęto kreślić za panowania króla Sertosa II Burzliwego. W myśl budowniczych mino zastosować najnowsze zastosowania inżynieryjne, wznieść potężne baszty, podwójną linię murów, szeroką fosę oraz wiele innych udogodnień. Niestety liczne prowadzone wówczas wojny oraz słaba sytuacja finansowa państwa odwlekły realizację planów, powodując także ich znaczne okrojenie. Dopiero pod koniec życia monarchy zaczęto stawiać pierwsze fundamenty. Nigdy jednak król Sertos nie ujrzał skończonej budowli. Dopiero jego prawnuk, król Almad Mądry ukończył dzieło przodków według własnego pomysłu. Znacząco ograniczył rozmiar na rzecz zwiększenia efektywności obrony. W ostatecznej formie wielkość fortyfikacji była nie większa niż średnia, lecz potencjał defensywny znaczący i to ucieszyło króla. Niestety, twierdza udowodniła swoją przydatność jedynie kilka razy, podczas małych, lokalnych wojenek. Wraz z biegiem czasu i ustabilizowaniem sytuacji na granicach przydatność budowli zmalała jeszcze bardziej. Jej utrzymanie stało się zbyt drogie. Okoliczne ziemie oraz samą włość nadano rodowi Stilona. Ten jednak szybko zrzekł się własności na rzecz innego szlacheckiego rodu. Chodziła legenda, że który ród przyjmie na swe barki obowiązek utrzymania twierdzy, ten ostatecznie upadnie. I tak – twierdza przechodziła z rąk do rąk niczym niechciane dziecko. W końcu została porzucona, oficjalnie znajdując się w rękach dynastii królewskiej, która kompletnie straciła nią zainteresowanie.

W późniejszych latach Biała Twierdza stała się domem dla niedużej grupki ekstremistów mających na celu obalenie wybranej w 410EF królowej Nikol, znaną w spisanej historii Autonomii Wolenvain jako Nikol Złamana. Ich sukcesy były jednak nikłe, a ich szybkie wykrycie zakończyło się krótką bitwą. Po stronie korony stanęli tacy bohaterowie, jak Gałgar z Czarnośpiewu, Sergiusz Amrotu i Elatorn, ówczesny dyplomata Wolenvain. Od tamtego momentu budowla stała pusta.



Biała Twierdza zawdzięcza swą nazwę białemu kamieniowi, z którego wykonano jej siedmiometrowe mury. Oczywiście obecnie żadnego śladu po owej bieli nie było widać. Kamień był zmurszały, wykruszony, zarośnięty bluszczem oraz trawą. Już przechodząc przez jedyną bramę można było zauważyć, że to miejsce swe lata świetności ma dawno za sobą. Wygięta i osmalona stalowa krata była tego najlepszym przykładem. Dziedziniec nie był imponujących rozmiarów, zaś wysokie mury rzucały nań długi cień. Na prawo od wejścia widać było zadaszenie i drzwi prowadzące do niewielkiej, zniszczonej stajni, w której można kiedyś mieściło się z pewnością jakieś piętnaście rosłych rumaków. Naprzeciwko stajni znajdowała się przybudówka z wystającym zeń szyldem. Zmurszałe, trudne do odczytania litery układały się w nazwę "Pod Ślepym Ścierwem". Z pewnością wewnątrz niegdyś znajdowała się stanowiąca centrum rozrywki stacjonujących tu żołnierzy karczma. W jej środku nie było nic ponad połamane ławy, strzaskane krzesła, popękane kufle i górę innego śmiecia. Tuż obok karczmy, w zagłębieniu pomiędzy dwoma basztami ujrzeć można było dwupiętrową zbrojownię o sypiącym się, czerwonym dachu. Wewnątrz nie znajdowały się tylko puste stojaki i zepsute kukły ćwiczebne. Wzdłuż wschodniego muru ciągnął się budynek mieszkalny wysoki niemal jak same mury. Jego dach położony był pod dużym kątem, przez co znacząca część jego dachówek po wielu latach, jakie upłynęły od ostatniej konserwacji najzwyczajniej w świecie spadła na dziedziniec. Nieco dalej widać było pięć drewnianych tarcz strzeleckich. W jedną z nich ktoś dawno temu wbił teraz już zardzewiały topór, przecinając ją niemal na pół. Wewnątrz twierdzy – w głównym, murowanym budynku stanowiącym ostatnią linię obrony – znajdowało się wiele pustych pomieszczeń oraz przepastna piwnica. Długie korytarze milczały upiornie, a jedynym ich mieszkańcem był świszczący tutaj od czasu do czasu wiatr.

Obecnie ta lokacja jest pusta.
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3796
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

Money

01 kwie 2015, 20:23

MG

Najdoskonalsze formy telepatii bazowały na czystej logice, na której z kolei opierały się używane podczas jej stosowania przekazy myśli. Logika była podstawą świata, a choć czasem trudno było przewidzieć wynik nieskończenie wielu działań, jakie miały w nim miejsce, przekazywanie informacji wyłącznie za jej pomocą było po prostu najlepsze. Czystość przekazu odgrywała najistotniejszą rolę w komunikacji między istotami, które nie mogły porozumieć się na innym szczeblu – z pomocą doznań zmysłowych, emocji lub języków ukształtowanych przez rasy myślące.

Z taką sytuacją zetknął się Anemetius, który, aby w ogóle trafić do przywołanej przez siebie istoty, musiał zejść na najniższy znany mu, bazowy poziom przekazu myśli. Także tutaj napotkał jednak na swego rodzaju barierę. Logika, jaką w swym umysłowym rdzeniu posługiwał się duszek, nie była podobna do tej, do której przywykł. Wydawała się mieć o wiele więcej fundamentalnych wartości, niż instynktownie pojmowane „tak” i „nie”. Być może jego zdolności nie były wystarczające, aby spróbować dokopać się do położonych jeszcze głębiej rejonów.

Wiele czasu zajęło mu, zanim gotowy był do ułożenia swojego przekazu w odpowiedni, dostosowany do myślowego „rozmówcy” sposób. Nie było w tym jedna rozumowego pojmowania sprawy – do tego należało jeszcze odpowiednio szeroko zakrojonych badań i prób. Ascendent robił to w sposób odtwórczy, opierając się na tym, co już pojął, badając umysł swego przywołańca. Wiedział mniej więcej, jaka treść wywoła jaką reakcję i co się z nią wiąże, nie znał jednak jej podstaw. Dzięki temu udało mu się przynajmniej dotrzeć do duszka, implementując w nim pożądane sekwencje. Wiedział już, że jest mu podporządkowany, że może podjąć próbę wydawania poleceń. Potrzebował jednak, aby sługa był nieco bardziej zaawansowany, rozbudowany i samodzielny. Stopniowo karmił go swoją mocą, otaczając go opieką i kształtując jego przyszłe usposobienie niczym dobry ojciec. Stał się kreatorem nowego życia, obserwując jego rozkwitanie i próby pojęcia nowego dlań świata.

Im więcej mocy przyjmował duch, tym bardziej widoczny się stawał. Dla Anemetiusa nie stanowiło to żadnej drastycznej różnicy. Jego myślowe sondy przenikały rzeczywistość o wiele dogłębniej, niż jakiekolwiek ludzkie zmysły, dając mu pełniejszy obraz otoczenia. Przywołaniec pojawił się z odrobiną własnej energii. Znajdowała się ona w formie podobnej do tej budującej ascendenta. Było jej jednak zbyt mało, aby jeego struktura widoczna była gołym okiem. Duch próbował znaleźć żywiciela, z braku innych możliwości starając się podczepić pod Anemetiusa. Ten jednak był o wiele odeń silniejszy, nie pozwalając mu na jakiekolwiek umysłowe czy energetyczne manipulacje. Teraz sam wydzielał swoją moc, obserwując pęczniejącą strukturę energetyczną, która formowała się obok niego. Wkrótce mocy było na tyle dużo, że duch się unaocznił. Nie miał jednak żadnej specyficznej budowy. Energia go budująca ułożona była chaotycznie, nie formowała żadnego nieabstrakcyjnego kształtu.

Wraz z wzrostem energii wzrastał także potencjał interpretacyjny oraz umysłowy ducha. Wypuszczał swe myśli dalej, były one bardziej skomplikowane, badał też swoje otoczenie. Jasnym stało się, że teraz, gdy zyskał już odrobinę paliwa, jest sobie w stanie na to pozwolić. Jego nielogicznych myśli nie zaprzątały sprawy związane z przedłużeniem własnego istnienia. Mógł zastanowić się nad tym, w jakiej sytuacji się znalazł i powziąć jakieś plany na najbliższą przyszłość. Z tego, co rozumiał Anemetius, duch był mu wdzięczny, traktując go jako swego silnego opiekuna i mentora. Łaknął wiedzy i na tyle, na ile mógł, pozyskiwał ją samodzielnie. Kreował coś na kształt umysłowych sond, starając się zebrać informacje o otoczeniu, jednak nie szło mu to zbyt dobrze. Jego myśli stały się też jeszcze bardziej skomplikowane. W przeciwieństwie do Anemetiusa duch nie rozumiał, co należy zrobić, aby uczynić telepatyczny przekaz czystszym i bardziej zrozumiałym. Wraz ze wzrostem swoich możliwości formował bardziej zawoalowane, jeszcze mniej zrozumiałe myśli. Parę razy podjął próbę ułożenia ich na wzór tych posyłanych przez ascendenta, jednak przypominało to raczej próby mówienia u kilkumiesięcznego dziecka.

Awatar użytkownika
Anemetius
Posty: 563
Rejestracja: 25 sie 2012, 00:40
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2150#33472

02 kwie 2015, 12:23

Proces nauki był wolniejszy niż zakładał. Ale nie było to zaskoczeniem po istocie, która mogła i przemierzyć najdalsze zakątki Wszechistnienia. Istniało prawdopodobieństwo, że byt ten był przybyszem z innego wymiaru, gdzie wszelkie prawa oraz zasady, naturalne dla tego, były czymś niepojętym dla drugiej strony. Przynajmniej taką teorię wysunął Anemetius po pierwszym kontaktu. Tłumaczyłoby to drastyczne różnice pomiędzy tym istnieniem oraz naturą demona, będącą oczywistą, bazującą na tych samych aspektach duszy, co i ascendenta. Czyżby poprzez zrządzenie losu albo i ślepy traf wezwał istnienie z zupełne odmiennej rzeczywistości?

Nie zaprzestawał w próbach pojęcia myśli swego nowego podopiecznego. Jego różnic, odmienności, struktury, zasady. Chciał wzbogacić swą własną świadomość o drugą, nieznaną mu logikę, która była rdzeniem protegowanego. Wiedzy nigdy za wiele, a zdolność zmiany nurtu logiki dałaby mu praktycznie absolutną niezależność od wszelkich magów lub istot magicznych tego świata mogących jakoś zaszkodzić mu mocą umysłu. Podstawą wszakże było zrozumienie, a jak pojąć nienaturalność w ogniu walki? Nawet teraz on – z umysłem jakże doskonalszym – spędzał dużo czasu na samym nawiązaniu kontaktu.

Oddał istocie więcej wiedzy, o naturze tego świata, jego prawach, historii, najistotniejszych założeniach powiązanych ze śmiertelnymi rasami. Także wyłonił z siebie zrozumienie dla magii w zakresie telepatii z nadzieją, że istota w swoim zakresie tak ją zmodyfikuje, iż będą mogli się bez większych problemów zrozumieć. Podarował to wszystko jako zachętę, zapowiedź. Widział bowiem w duszy znany mu głód. Głód wiedzy. A on go zaspakajał, jednocześnie pogłębiając.

Wyczuwając próby sondowania otoczenia przez ucznia wspomógł go w tym. Nakierowując, wskazując drogę. Delikatnie ujmował go i razem, w pełnym zrozumieniu, ukazywał właściwy schemat. Byli od teraz połączeni. Gdy jeden stawał się silniejszy, tak samo i drugi. Wiedza jednego była wiedzą drugiego. Oczywiście Anemetius musiał zachować w tym sojuszu rolę dominującą, by uczeń nie przerósł mistrza, lecz na tym etapie nie wydawało się to możliwe. Być może w przyszłości. Może właśnie budował swą zgubę? Tego nie wiedział, ale ten proces pochłaniał go. Czuł się jak … bóg. Dający o życie, dbający o nie. Wierzył że taki był, dobry, lecz niezrozumiały przez śmiertelników.

Musisz posiadać imię – zwrócił się do przywołańca. – Imię wyznacza znaczenie w tym świecie. Bez niego jesteś tylko pustą formą. W imieniu jest siła, znaczenie, w słowach, które nadają fundamenty. Od tej pory będziesz znany jako … – przerwał pogłębiając się w medytacji, szukając natchnienia w splotach magii, jej czystym dźwięku. Zanurzając w otchłani nieskończoności.

Eoetrimonius- zawyrokował.


Ciągle nieprzerwanie go analizując i sondując, próbując wniknąć do zakamarków obcego umysłu i go pojąć. Wyszukać wiedzę, odszyfrować ją, przyswoić. Spróbowałby także dotrzeć do duszy wezwanego i starać się ustalić, czy ta jest kompletna i potrafi samoistnie produkować mistyczną energię. Nie dotykałby jej, jeno obserwował, porównywał jej stan ze znaną mu wiedzą i założeniami. W tej kwestii musiał mieć pewność, gdyż utrzymanie dwóch magicznych istnień, jego i Eoetrimoniusa, bez stałego źródła, mogłoby się okazać wyzwaniem w najbliższej przyszłości.

Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3796
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

Corner

13 maja 2015, 00:06

MG

Czas nie po raz pierwszy stracił znaczenie dla ascendenta, który pochłonięty swoją najnowsza kreacją nie zważał na jego upływ. Nie miał ciała, którego potrzeby należało zaspokajać. Jego myśli były niczym niezmącone, a poświęcał je tylko jednemu zadaniu – kształceniu nazwanego przezeń Eoetrimoniusem ducha. Percepcja Anemetiusa była jednak dalece szersza i obejmowała swym zakresem nie tylko starą komnatę zamkową, w której się znajdował, ale właściwie cały obszar twierdzy, łącznie z jej przedpolem. Zauważył, że po czasie, jaki spędził w swej nowej powłoce, zaczął właściwie machinalnie skanować duże połacie otaczającego go terenu. Jego umysł coraz lepiej przystosowywał się do energetycznej formy ciała, stopniowo pozbywając się barier, które posiadał, gdy ograniczała go fizyczna materia elfiego mózgu.

Pozwoliło mu to na wyczucie śmierci kilku z jego dawnych obiektów badawczych. Zmarli wieśniacy, na których w dość brutalny sposób uczył się sposobu funkcjonowania ludzkiego ciała, bawiąc się w łączenie i rozdzielanie tkanek. Pozostali byli bardzo słabi, popadając w marazm z powodu głodu, jaki wstrząsał ich wnętrznościami. Nie mogli przełamać woli, którą zaszczepił im ascendent. Byli otępiali, sprowadzeni do roli bezwolnych worków mięsa czekających na swój koniec. Anemetius nie musiał się nimi przejmować. Miał czas, miał pozostałe obiekty, a wiedział już, że wymuszony przez niego na jednym z możnych panów transport powinien już wkrótce znaleźć się nieopodal. Już wkrótce miał zyskać kolejne ciała do badań, a także pewne materialne dobra, co do których z pewnością miał jakieś plany.

Wedle jego wyliczeń wszystko szło zgodnie z planem – oczywiście nie licząc smokolicza, który uciekł mu wraz ze swym dziwacznym kamieniem. Energetyczny byt mimowolnie rozpatrywał różne scenariusze i musiał przyznać przed sobą, że liczy się z możliwością zemsty ze strony nieumarłego jaszczura. Interesował się nim także uporczywie milczący od jakiegoś czasu Protektor Morinhtaru, a u stóp zajętego przez niego zamczyska krążył demon rodem z Czeluści. Liczył na to, że ziarno, jakie zasiał w Świątyni Światła odpowiednio kiełkuje, również niechybnie mając w tym cel. Zadarł z potęgami tego świata, a jego telekinetyczne dłonie poruszały całe fragmenty układanki tworzącej świat śmiertelników. Smoki, magowie, demony, szlachcice…? Jego wpływ roztaczał się znacznie dalej, poza miejsca, o których już wiedział. O tym miał się jednak przekonać dopiero w przyszłości.

Teraz zajmował się czymś innym. Eoetrimonius chłonął przekazywaną mu wiedzę, korzystając z niej do szybszego poznawania świata. Jego myśli stały się mniej skomplikowane. Potrafił już telepatycznie opowiadać o tym, czego się dowiedział. Dla Anemetiusa nie było to oczywiście nic odkrywczego, bo istota potwierdzała tylko to, co sam już od dawna wiedział. Przekazywanie tych myśli, które on już znał, było jednak dobrym testem kanału komunikacyjnego, który budował się pomiędzy nim, a jego podopiecznym. Duszek odsyłał odebrane informacje coraz dokładniej, korzystając ze schematów zaprezentowanych mu przez ascendenta.

Po pewnym czasie takiej zabawy spokój obu bytów został zakłócony przez pojawienie się w okolicy Białej Twierdzy demona Arhelianosa. Był o wiele słabszy niż wtedy, kiedy Anemetius widział go po raz ostatni. Czuć było, że stracił wiele z wykradzionej mocy i przybywa teraz po więcej. Jego fizyczna forma była uszkodzona, a magia wyciekała z niej niczym krew. Demon, aby utrzymać się przy życiu, zużywał bardzo wiele energii. Zdążał w kierunku Anemetiusa, wyczuwając go swoją wolą.

Awatar użytkownika
Anemetius
Posty: 563
Rejestracja: 25 sie 2012, 00:40
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2150#33472

23 maja 2015, 23:29

Doskonaląc Eoetrimoniusa oraz siebie samego w nim, wyczuł zbliżającą się znajomą obecność. Nie było mowy o pomyłce. Znał ją doskonale. Wszakże samemu ją tu sprowadził, to on nadał jej życie własną mocą. Arhelianos. Demon zrodzony z jego krwi, jaką była magia. Krwi, którą mu podstępnie skradziono. Rozpoznawał ten gniew, nienawiść, butę i chaos silnych emocji. Wszystko czym się brzydził i gardził ogniskowało się właśnie w tej pokracznej, obrzydliwej, demonicznej istocie. Począwszy od ciała, skończywszy zaś na cechach umysłu. Rozpoznawał tego, który go upokorzył. Oszukał i wzgardził. Jak morowe powietrze zbliżał się niosąc powiew swego zepsucia, naruszając jego sanktuarium, jego twierdzę.

Potwór był jednakże znacznie osłabiony. Tracił życiodajną energię, która, mimo iż oddalona, dosięgała duszy Anemetiusa i go wzywała. Każdy fragment, każda drobinka zdawała się rozbrzmiewać. I słyszał. Niczym cichy szept błądzący po zakamarkach myśli, wspomnienie.

A więc nadszedł czas zapłaty. Tu, w tej komnacie, on, ascendent, wszystko przewidział. I teraz jego wola miała się spełnić. Czyż nie był to kolejny dowód na jego niezaprzeczalną wyższość? Nie był arogancki, miał pełnię świadomości swoich ułomności, jednakże nie był także fałszywie skromny. Osiągnął wiele, czyż nie należy mu się za to uznanie? Czyż nie jest symbolem dążenia ku wyżej formy istnienia? Przypisywał sobie nadrzędność względem innych, lecz paradoksalnie wyłącznie dla ich dobra. Jego intencje były słuszne, aczkolwiek dalekosiężne i niepojęte dla tych, którym życie przemija na uciechach ciała i doczesności. Chętnie wybierałby wyłącznie dobro. Niestety. Rzeczywistość nie jest czarno-biała. Smucił się nad tym, ale nic nie mógł z tym zrobić - jeszcze.

Sprowadził demona z niebytu, jednak zawiódł próbując go całkowicie zdominować. Wykorzystując dziką, chaotyczną naturę bestii ustąpił jej i posłał w świat. Teraz zaś – jak planował – bestia powraca zraniona, okaleczona. Los i przeznaczenie skłoniło się ku niemu. Plan wchodził w ostatnią fazę.

Otworzył umysł przelewając swe myśli w Eoetrimoniusa. Udzielił mu rad jak przygotować świadomość na starcie z chaotyczną aurą Arhelianosa oraz w jaki sposób chronić własną energię przed jego zakusami. Z prędkością błyskawicy ustalił z przywołańcem strategię działania aby ten wiedział co czynić. Eoetrimonius miał go wspomagać we wszystkich działaniach i nękać demona, tak ażeby ten nie był w stanie się skoncentrować na jednym działaniu. Byłby to zarazem test nowego podopiecznego. Który z przybyszów okaże się silniejszym?

Anemetius zamierzał stłamsić istotę demona, ugodzić ją, poniżyć, rzucić na kolana i ostatecznie posiąść. Związać pojedynkiem woli, skraść energię, odzyskać swą własność, a w ostateczności wkraść się do obcego umysłu i przejąć jego zawartość. Sekrety życia z innego świata staną się jego. Pozna prawdę!

Sięgnąłby ku świadomości Arhelianosa uderzając w nią skoncentrowanymi telepatycznymi ciosami. Z rozwagą planowałby rozdzielenie energii wyliczając najbardziej opłacalny scenariusz. Dbając o przepływ magii oraz jej zużycie. Wielokrotnie w tym samym momencie napierałby na myślowe bariery, próbując je przełamać, jednocześnie rozpraszając swą świadomość na wiele fragmentów, by demon nie był w stanie nią zachwiać w razie ataku. Jeżeli zaatakowałby jedną z jej części, druga naprawiałaby szkody, zaś trzecia wykonywała kontratak. Wiedział czym kieruje się umysł demona, jakimi emocjami się posługuje, czym będzie próbował się bronić. Dlatego też wypchnąłby ze swojej rozdrobnionej świadomości wszelkie emocje i odczucia, do których demon próbowałby się odwołać i schował w jednym z fragmentów myśli, który następnie odseparowałby od reszty. Nawet utworzyłby pewną szczelinę, która dla istot kierujących się emocjami mogłaby się wydawać naturalnym pęknięciem w obronie, zwykłym niedopatrzeniem, ale on to uczyniłby z zamiarem i świadomie. Bramka ta, swoiste okno, prowadziłoby prosto do wielopoziomowej świadomości ascendenta, gdzie panował zimny, logiczny świat. Tym podstępem Anemetius chciał zwabić przeciwnika na swój grunt, gdzie miałby niezaprzeczalną powagę. Cóż bowiem nie niszczy piękniej chaosu niż porządek? Niezachwiana logika, ład i zimne, wręcz matematyczne podejście do rzeczywistości są niby światło dla ciemności. Porażający kontrast, starcie się dwóch światów idei przenikających wszelkie istnienie.

Mijałby komnaty i korytarze twierdzy jako wielobarwny, rozmazany punkcik światła pędząc naprzeciw potworowi, podążając za jego wyczuwalnym śladem, aurą. Wzniósłby ochronne osłony broniąc własną energię przed wolą demona, gdyby ten próbował mu ją w jakiś sposób wydrzeć. Był na to niezwykle wyczulony po pierwszym i ostatnim błędzie. Będąc w odpowiedniej odległości wyprowadziłby kontratak wyciągając myślowe macki ku demonicznym ranom, z których sączyła się mistyczna posoka. Wychwytując najdrobniejsze elementy i przyciągając ku własnej istocie, zasysając niczym pijawka. Nie odpuszczałby, atakując razem z Eoetrimoniusem. Siłowałby się z demonem walcząc o kontrolę nad upływającą z niego energią. Ranny i przeciwko im dwóm nie będzie w stanie długo się bronić.

Ostatecznie - czas działał po ich stronie.

Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3796
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

Valium

31 maja 2015, 15:13

MG

Zaiste, magia wyciekała z Arhelianosa niczym krew, wabiąc drapieżnika. Ciało potwora tylko częściowo zostało zbudowane z biologicznych tkanek, które niepojętą sztuką pojawiły się w jego zasięgu, gdy został przywołany do tego świata. To właśnie ukradziona Anemetiusowi energia napędzała istnienie demona, pozwalając mu egzystować w materialnym świecie. Teraz zaś opuszczała go, doprowadzając go coraz bliżej śmierci. Rany nie były szczególnie poważne; aż dziw brał, że kreatura ich nie zaleczyła. Być może zadane zostały w sposób uniemożliwiający jakąkolwiek regenerację, lub Arhelianos miał w tym wszystkim cel. Wszystko wyjaśniło się dopiero po tym, jak jego umysł zetknął się z umysłem antagonistycznie nastawionego doń Anemetiusa.

Zdarzyło się coś nieprzewidzianego, ale początkowo niezbyt groźnego. Demon nie bronił się, przepuszczając cały atak przez swoje osłony i przyjmując go z masochistyczną rozkoszą. Tak nagłe wkroczenie do jaźni stwora przypominało uczucie towarzyszące przypadkowemu pominięciu stopnia podczas schodzenia ze schodów. Początkowe zaskoczenie przybrało na sile, gdy chaotyczne odczucia zalały umysł ascendenta. Wspomnienia ze świata demonów zachwiały równowagą Anema. Zrozumiał wiele, choć okrucieństwo, jakiego dopuszczali się ziomkowie Arhelianosa było dlań całkowicie niepojęte. Żaden śmiertelnik, choćby największy tyran, nie byłby zdolny do wymyślenia podobnych tortur i sadystycznych zabaw. Jasnym stało się, że w Czeluści – o ile w ogóle obrazy te pochodziły z tego dziwacznego świata – od wielu tysięcy lat trwa krwawa wojna, której przewodzą potężni, rządzący silną ręką władcy. Nie szczędzili oni bólu swoim podwładnym i przeciwnikom, traktując ich właściwie po równo.

Wizje były rozmazane, trudno było ocenić, jak wygląda świat demonów i czy w ogóle jest materialny, ale jedno było pewne – ilość bólu, przez jaką przeszedł Arhelianos podczas setek lat swego żywota była niepojęta. Cieszyło go, że Anemetius dzieli z nim te uczucia, że jego analityczny umysł zmuszony został do ich zaabsorbowania i dokładnego zbadania. Pupil ascendenta, Eoetrimonius, nie był na to przygotowany. Jego młoda jaźń przyjęła to wszystko z trudem, nie mając nawet czasu na dokładne poukładanie nowych doznań. Zaraz po tym jego istota została zbombardowana energią magiczną, którą Arhelianos zaczął z siebie nagle, w jednym wybuchu, wyrzucać. Większość tego, co posiadał, wpompował w duszka, który urósł w oczach. Chaos zapanował nad Eoetrimoniusem, który wycofał się z umysłowej walki i zamarł, wahając się, niezdolny do wykonania jakiegokolwiek ruchu i stanowiąc zagrożenie tak dla siebie jak i swego mentora. Jego struktura stała się niestabilna, krzesząc magiczne, niebieskawe iskry i stapiając część korytarza zamkowego, w jakim trwało starcie.

Ciało demona zmarniało w oczach, bez energii stanowiąc ledwie pustą skorupę. Anemetius zrozumiał, że demon pragnie wrócić do swego świata, że posiadł jakieś informacje, które może tam wykorzystać. Nie było zbyt wiele czasu na ich wydobycie, bowiem Arhelianos stawiał wszystko na jedną kartę, ryzykując odesłanie się do swojej ojczyzny nawet za cenę śmierci. Poczynił wszelkie przygotowania do tej podróży, oddając całą moc, która pozwalała mu przybrać materialną formę. Wyzwalał się z jej okowów, chcąc uciec jak najszybciej i wyglądało na to, że lada chwila mu się powiedzie.

Awatar użytkownika
Anemetius
Posty: 563
Rejestracja: 25 sie 2012, 00:40
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2150#33472

02 cze 2015, 06:03

Początkowo wszystko poszło gładko, wręcz zaskakująco. Bez żadnego oporu ze strony demona wniknął do jego umysłu, lecz wtedy uderzyła w niego kakofonia cierpienia. Zalała go nienawiść, której nawet on nie był w stanie do końca pojąć. Dużo w życiu widział, dużo przeżył, ale to … ten gniew, szaleństwo, ból, to było niezrozumiałe. Jaki cel widnieje w tym barbarzyństwie? Czuł jakby milion rozgrzanych igieł wbijało się w jego jaźń. Z pewnością nie było to przyjemne. Widział poprzez umysł demona niewyobrażalne tortury, sposoby zadawania bólu, o jakim nawet nie śnił w najgorszych koszmarach. Nie istniały żadne słowa zdolne oddać grozę i przerażenie. Czy tak wyglądał świat demona? Skrawki myśli ulatniały się zanikając w wichrze chaosu. Zdawało mu się, że dostrzega kształty Czeluści, ale równie szybko mu unikały, nie był w stanie ich chwycić. Zwykły umysł śmiertelnika zostałby strzaskany na kawałeczki gdyby został wystawiony na taką próbę. On jednak się temu przeciwstawił.

Wyczuł, że jego podopieczny zaabsorbował nie tylko energię demona, ale i chaos. Tak delikatny umysł, dopiero co wyłowiony z pustki i nieuformowany, będący niczym mokra glina, nie był w stanie długo przeciwstawiać się niepojętym wizjom. Nie mogąc pozwolić na jego krzywdę zwrócił się ku niemu pomagając w ustabilizowaniu obcych myśli. Łagodnie, opiekuńczo wybierając co straszniejsze fragmenty i odkładając jak najgłębiej w podświadomość istoty, starając się nawet co poniektóre całkowicie usunąć. Niby ojciec wyjaśniał, a raczej próbował wyjaśniać ich sens i racjonalizować wszystko czego doświadczył duch, przynosząc spokój i ład na miejsce bólu i chaosu. Ukajając przywołańca i wspomagając go w kontrolowaniu gwałtownie przyjętej dużej dawki energii, stabilizując jego strukturę.

Wymagało to od niego większych sił, dlatego też jego nacisk na demona zmalał. Aczkolwiek nie miał zamiaru całkowicie z niego zrezygnować. Poleciwszy Eoetrimoniusowi poddanie batalii i zamknięcie się przed demonem, podczas gdy samemu cały czas by go wspomagał, skierował swą wolę ku słabnącemu przeciwnikowi.

Arhelianos chciał mu uciec. To dlatego tak łatwo oddał swą energię. Pozbywszy się balastu pragnął zrzucić z siebie ciężar tej materii i powrócić skąd przybył. Może istoty przywołane po utracie napędzającej ich magii samoistnie powracały do rodzinnego wymiaru? Ale przecież do poprawnego funkcjonowania duszy energia była wymagana, czyżby demonowi umknął ten fakt? A może jego dusza działała inaczej? Ależ czyż natura duszy nie była identyczne we wszystkich światach? … Lecz nie czas na rozmyślania. Musiał zatrzymać demona.

Sięgając ku jego odsłoniętej istoty wbiłby się w jego duszę próbując powstrzymać go przed ucieczką, rozdzierając niebronione fragmenty. Musiał tak go zranić, ażeby powrót okazał się niemożliwy, osłabić. Wyciągnąć z niego jak najwięcej, bombardując własną mocą i wolą, tworząc rany i szczeliny. Wykorzystując wiedzę przekazaną przez byt z biblioteki na temat duszy byłby w stanie zlokalizować odpowiednie elementy, fundamenty, i je uszkodzić. Już teraz jedna z mistycznych podpór, energia, praktycznie wyparowała z demona pozostawiając go otwartego na atak. Wnikając głębiej w esencję bytu Arhelianosa starałby się ją zaburzyć przesyłając własną energię w formie ataku, kształtując uderzenia i powoli, lecz sukcesywnie burzyć zwartą esencję duszy, która uniemożliwiała przedostanie się do centrum, rdzenia. Jak wciekłą bestia ryłby pazurami w nośniku istoty. Nie mógł mu uciec, nie pozwoli na to! Nie po tym wszystkim! Zalewał demona wszystkim czym tylko mógł, wspomnieniami, emocjami, chłodnym, analitycznym ładem, tworzyłby istne tornado myśli jeszcze bardziej wypaczone niż to, którego ascendent doznał przed chwilą. Wszystko byleby zaburzyć możliwości obrony Arhelianosa.

- Należysz do mnie! – ryknąłby telepatycznym przekazem. – Nie pozwolę ci odejść! Nikt nie oprze się mej woli!

Musiał uczepić się jego esencji, obciążając ją i uniemożliwiając odejście. Tkając jednocześnie zaklęcia, których zadaniem byłoby zamknięcie osłabionej świadomości demona w niewidzialnej, metafizycznej klatce. Przekuwając elementy rozszerzałby mistyczną siatkę naokoło jaźni przeciwnika nakładając jedną na drugą, warstwę po warstwie, i okalając nią zmarniałe ciało demona, miało to uniemożliwić przeniknięcie jaźni demona poza ciało, tworząc coś na kształt lustra odbijającego elementy nasączone wolą. Wyobrażając ją sobie i materializując w myślach, zanurzając w strumieniu magii, nadając kształt, przywołując do istnienia. Łącząc każdy fragment, powielając z precyzją i skupieniem, dbając o przepływ mocy, uważając na każde zachwianie, poprawiając wszelką niedoskonałość. Rozdrabniając swą świadomość i każdą część przypisując zadaniu. Wszelką próbę obrony ze strony demona kontratakowałby ciskając energetyczne ładunki mające za zadanie rozbijać cząstki wroga. Napierałby bez wytchnienia, zdecydowanie. Przenikałby sondami myśli demona, burząc je, badając, analizując, próbując przechytrzyć, przejrzeć.

- Nie zezwalam! – powtarzałby w myślach z niebywałym uporem niczym recytując jakąś magiczną formułkę, która w jakiś sposób nakłoniłaby otaczającą go rzeczywistość. – Jesteś mój!

Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3796
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

Let the Sky Fall

03 cze 2015, 14:54

MG

Poświęcając czas i energię na zabezpieczenie struktury Eoetrimoniusa Anemetius siłą rzeczy musiał nieco odpuścić demonowi. Było to jednak zło konieczne. Niestabilność przywołanego ducha mogłaby wielce zaszkodzić wszelkim planom, jakie w swojej nieskończoności obmyślił ascendent. Ilość energii, jaką jego uczeń otrzymał od Arhelianosa, była całkiem spora. Nie wystarczyłaby, co prawda, aby zagrozić komuś takiemu jak Anemetius, jednak, odpowiednio użyta, mogłaby wiele namieszać. Umysł Eotrimoniusa został uspokojony i zabezpieczony. Nadal pełny był chaosu, jaki wywołały w nim wysłane przez demona wizje, ale przynajmniej nie było to nic, co mogłoby przechylić szalę na niekorzyść Anemetiusa. Po dokonaniu niezbędnych, gwarantujących mu bezpieczeństwo od strony przywołańca czynności energetyczny byt całkowicie oddał się czynowi masakrowania duszy Arhelianosa.

Atakował z mechaniczną, wykalkulowaną furią, nie dając swemu przeciwnikowi czasu na reakcję. Demon przeliczył się, sądząc, że zaburzy równowagę Anemetiusa do tego stopnia, że zdąży uciec z tego świata. Niejasnym było, dlaczego w ogóle zdecydował się odwiedzić Białą Twierdzę. Być może chciał pójść na jakiegoś rodzaju układ, oddając część skradzionej mocy w zamian za możliwość powrotu do Czeluści. Być może ktoś deptał mu po piętach, więc chciał przekazać moc najpotężniejszej istocie, jaką spotkał. Nie dało się ukryć, że Anemetius był istotą wzbudzającą w Autonomii Wolenvain ogromny chaos, co mogło być demonowi na rękę. Na pewno nie spodziewał się jednak, że w zamku znajdzie dwa byty. Nie wydawało się też, że jest przygotowany na natychmiastowy atak z ich strony. To, w połączeniu z butą, prostotą rozumowania i dość niską inteligencją przypieczętowało jego los. Nie był w stanie zwyciężyć. Jego materialna struktura, tak czy inaczej stanowiąca ledwie wypruty z zawartości flak, została właściwie zdezintegrowana. Podobne dziwy działy się z jego duszą.

– TO CHODŹ ZE MNĄ – przesłał demon ostatkiem sił. Po tym zdarzyło się coś bardzo dziwnego.

Anemetius nadal znajdował się w Białej Twierdzy, jednak odczuwał również bodźce z zupełnie innego miejsca. Nie potrafił stwierdzić, czy tylko do niego zagląda, czy jakaś jego część naprawdę się tam znajduje – wymagało to bardziej dokładnych badań. Te zaś były utrudnione. Prądy magiczne krążące po tym obcym świecie były bardzo potężne, zakłócając wszelkie próby wysłania klasycznych, umysłowych sond. Należało je dopasować, a to wymagało czasu. Rozszczepienie swojej świadomości i panowanie nad obiema swoimi inkarnacjami okazało się dla ascendenta zaskakująco łatwe. Przyszło mu to całkiem naturalnie. Sterował oboma energetycznymi ciałami na równi, choć to po drugiej stronie było o wiele słabsze. Wyczuwał nim szczątki Arhelianosa, który wreszcie sczezł. Nie trzymał się życia kurczowo. Budująca jego duszę magia, choć nie zostało jej wiele, została przekuta w jeden umysłowy krzyk. Przebił się on przez potężne aury panujące w tym miejscu i zniknął gdzieś poza zasięgiem Anemetiusa.

Zapanowała całkowita cisza. Żaden z mistycznych zmysłów Anemetiusa nie wyczuwał obecności żadnej nowej istoty. Miał czas, aby rozeznać się w nowej sytuacji.

Awatar użytkownika
Anemetius
Posty: 563
Rejestracja: 25 sie 2012, 00:40
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2150#33472

04 cze 2015, 15:00

Arhelianos słabł. Czuł jak esencja demona zanika, rozpraszając się wyrzucana za każdym uderzeniem. Wydawało się, że jest już tuż przed ostatecznym zwycięstwem. Sięgał coraz głębiej zanurzając się w nurcie obcych myśli, usłyszał przekaz demona i wydarzyło się coś, czego nie potrafił określić, nieznana anomalia. Kontakt się urwał.

Znajdował się zarówno w Białej Twierdzy, jak i poza nią, w miejscu, którego nie rozpoznawał. Nie znał. Otaczała go silna magia utrudniająca percepcję. Potrzebowałby nieco czasu na przystosowanie swojej „drugiej” części do warunków panujących w obcej rzeczywistości. Odpowiednio dostrajając sondy, aby te były w stanie w miarę swobodnie podróżować po obcej przestrzeni, próbowałby wykorzystać silne aury magii i się pod nie zaczepić. Dzięki temu byłby w stanie odbierać informacje ze znacznie dalszych odległości. Wyszukując prądy magii wdzierałby się w nie posyłając ku nim własne elementy. Zaciekawiony starałby się także nieco zaczerpnąć z nich mocy. Zauważył, iż w przeciwieństwie do jego rodzinnego świata ten zdawał się być silnie umagicznionym, co stanowiło już silny kontrast. Tak silne aury musiały emitować całkiem niemałe porcje zdatnej do użytku energii, której potrzebował, gdyż drugie wcielenie było znacznie słabsze. Natura aur wielce go intrygowała. Czy były to naturalne wytwory? Czy też może dzieło mieszkańców tego świata - jak podejrzewał - demonów. Po wspomnieniach wydobytych od Arhelianosa wiedział jedno, są bardzo niebezpieczni, ale zarazem można ich siłę obrócić przeciw im samym. Toczą między sobą wojnę domową, są zepsuci do szpiku kości, butni i brutalni. Kierują się prostymi emocjami, są niczym śmiertelnicy, tyle że obdarzeni większą potęgą. A to może wykorzystać na swoją korzyść.

Kierowanie swymi wcieleniami przychodziło mu ze swobodą i prostotą. Podczas czasu dostrajania „drugiego siebie” zwróciłby się ku Eoetrimoniusowi. Przede wszystkim musiał mieć pewność, że jego podopieczny jest w dobrej formie i nic mu nie grozi, cały czas także kontynuowałby naprawianie i nanoszenie odpowiednich poprawek do jego istoty po zderzeniu z aurą demona. Opieka nad nim i kontynuowanie rozwoju było w tej chwili priorytetem. Poprosiłby duszka o otwarcie przed nim świadomości, łącząc swe myśli w celu szerszego poznania - być może zwiększyłby tym samym możliwości badania obcego świata. Wspieraliby siebie nawzajem, Eoetrimonius zwiększając jego i tak duże możliwości umysłowo-poznawcze, a on wspomagałby go w porządkowaniu szkód po demonie, kontynuowania procesu nauki oraz zaznajamiania ze światem ascendenta.

- Czy wiadomo ci coś o tym świecie, Eoetrimoniusie? – spytałby podopiecznego szukając u niego jakieś podpowiedzi. Przesyłałby mu na bieżące informacje z obcego świata. Liczył, że przybysz ma większe pojęcie o podróżach między wymiarami i być może coś wiedział. W każdym razie nie zaszkodziło zapytać.

Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3796
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

Stab Me

04 cze 2015, 17:48

MG

Eoetrimonius nie wiedział zbyt wiele o świecie, w jakim znalazła się część Anemetiusa. Był właściwie zaskoczony, że w ogóle się tam znalazł. W przeciwieństwie do swego mentora nie miał najwyraźniej wglądu w to, co działo się po drugiej stronie. Został jednak zapytany, więc wysłał odpowiedź. Większość stanowiła to, co wysłał przed śmiercią Arhelianos – chaotyczne zbitki niemożliwego okrucieństwa i nieludzkich uciech. Było również kilka przydatnych informacji. Według ducha w świecie demona znajdowało się paru władców. Eoetrimonius nie znał ich konkretnej liczby, ale podejrzewał, że nie ma ich mniej od czterech ani więcej od sześciu. Znał nawet pewne szczegóły na ich temat. Jeden z nich był właściwie władczynią, kobietą na czele jednej z demonicznych kohort. Drugi, najmniej inteligentny, był zwierzchnikiem Arhelianosa. Inni drwili z niego i wysługiwali się nim, prowokując go do atakowania wszędzie tam, gdzie tego zapragnęli. Był jednak na tyle potężny, że zjednał sobie ogrom słabo myślących, ale szczególnie bezwzględnych demonów. Trzeci z władców, o których Eoetrimonius miał jakiekolwiek informacje, pochodził prawdopodobnie ze świata materialnego. Nie było do końca jasne, jak został demonem, z którego potęgą wszyscy musieli się liczyć.

Kompan Anemetiusa zrozumiał, że ten darzy Arhelianosa i jego podobnym pogardą. Przestrzegł przed takim zachowaniem. Według niego demony nie były istotami, których zachowanie można przewidzieć i które można okiełznać. Już tak niemądry przywołaniec, jakiego zdołało się wyrwać Anemetiusowi, potrafił zaskoczyć, a sprytniejszych od niego nie brakowało. Eoetrimonius ostrożnie radził mieć się na baczności. Zależało mu na swoim mentorze, który tak wiele go nauczył, chroniąc jego umysł przed zakusami demona i pomagając odzyskać równowagę wewnętrzną. Ta była zaś niemal całkowicie przywrócona. Duch nadal bał się tego, co zobaczył, ale strach ten nie przejmował nad nim kontroli, nie wprowadzając do jego umysłu chaosu, jaki miał w nim miejsce jeszcze chwilę temu. Wszystko szło ku dobremu, a starania Anemetiusa dążące do wyłożenia jego podopiecznemu wszelkich prawideł obowiązujących w materialnym świecie tylko w tym pomagały.

Druga, mniejsza część Anema, miała nieco gorzej. Posyłane z magicznym nurtem sondy myślowe nie miały jak wrócić, no chyba że znalazły po drodze nurt idący w przeciwnym kierunku i jakimś cudem idący blisko obecnej lokalizacji ascendenta. Czegoś się jednak dowiedział. Nie miał jednak biologicznych oczu, uszu ani skóry, nie mógł więc powiedzieć, jakim ten świat mógłby być dla zwyczajnego śmiertelnika. W jego ojczyźnie wszystko było z grubsza wiadome, a rozpoznanie właściwego obrazu otoczenia nie było konieczne. Zmysły, którymi posługiwał się energetyczny byt, były dalece doskonalsze. Wyczuł więc, że w tym miejscu znajduje się wiele mniej lub bardziej nasączonych magią przeszkód. Przypominały one swoiste rośliny czy skały wysycone dziwaczną, wrogą energią. Płaszczyzna, po której mógł się poruszać, również nią emanowała i wiedział, że próba czerpania z niej mocy jest z góry skazana na porażkę. Teren, o ile można było tak go nazwać, wznosił się i opadał. Dało to Anemetiusowi pojęcie o tym, że nie znajduje się na równinie. Mimo tego mistyczne wiatry były tutaj bardzo silne. Rozwiewały jego ciało, ale pozwalały też czerpać z siebie moc. Cząstki energii szarpały strukturę istoty, która wiedziała, że nie tyle ma możliwość jej uzupełniania, ile jest do tego zmuszona. Przypominało to uczucie towarzyszące wejściu do głębokiej, rwącej wody. Poruszanie było utrudnione, a prądy groziły porwaniem i zaciągnięciem ku ujściu. Anemetius mógłby po prostu odpuścić, idąc z nurtem i docierając do miejsca, w którym tracił on na sile, jednak robienie tego w ciemno nie byłoby zbyt mądre.

Awatar użytkownika
Anemetius
Posty: 563
Rejestracja: 25 sie 2012, 00:40
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2150#33472

04 cze 2015, 23:32

Przyjął uwagi i informacje Eoetrimoniusa z uwagą i wdzięcznością. Nie mógł pozwolić żeby jeden osobnik przysłonił mu widok na całą rasę demonów. Musiał zachować szersze spektrum widzenia i wykazać się większym zrozumieniem, mimo iż wciąż uważał barbarzyństwo tej razy za coś godnego pogardy. Pytałby Eoetrimoniusa: Czyż nie lepiej edukować, rozwijać, oświecać swoich podwładnych i razem z nimi czynić piękno oraz budować wielkość, aniżeli prowadzić krwawe konflikty ku spełnieniu pychy? Ciekaw był zdania podopiecznego na ten temat, pragnął także go dogłębniej poznawać, jego myśli, idee nim kierujące, wizje. Anemetius samemu nie był osobnikiem specjalnie … dobrym, jeżeli spojrzeć na niektóre z jego poczynań, właściwie to większość. Aczkolwiek wierzył w swoją misję, której spełnieniem miało być wprowadzenie całego świata w oświeconą erę umiłowania magii i nauki. Oczywiście on miał tym światem rządzić, lecz byłby to rządy sprawiedliwe, surowe, ale sprawiedliwe polegające na bliskości umysłów i dusz, złączonych w jedności idei, a zarazem odrębne we własnym życiu. Odrzuciliby bogów będących symbolami przesądów i ignorancji. Na cóż bogowie – nawet jeśli istnieją i są wszechpotężni – skoro nie ingerują? Po co oddawać im cześć, skoro nie odpowiadają? Tacy bogowie nie są warci czci. Samemu ongiś wierzył, ale po porzuceniu ciała i poznaniu wielu sekretów odrzucił wiarę. Ciekaw był, czy ty wierzysz Eoetrimoniusie? Wierzysz w bogów? Wyższą siłę? Mógłby po prostu znaleźć te odpowiedzi w świadomości pupila, ale wolał drogę dialogu, jakkolwiek by to brzmiało zważając na stan ich bytu.

Spędzając czas w rodzinnym świecie na filozoficznych rozważaniach, drugie wcielenie ascendenta musiała zmagać się z własnymi przeciwnościami. Pochłanianie otaczającej energii okazało się być konieczne ku utrzymaniu formy targanej przez potężne zaburzenia. Bilans więc w najlepszym razie wychodził zaledwie na maluteńki, niezauważalny plusik.

Energia budująca ten świat była zaskakująca. Wroga i, jak na razie, niezdatna do użytku. Tworzyła otaczającą go materialną przestrzeń. Musiał to dokładniej zbadać, zebrać więcej danych, lecz ku temu potrzebował oddalić się od utrudniających to zadanie magicznych aur. Oceniając ich siłę zaczął szacować zasięg ich działania, próbując wyznaczyć stosunkowo bezpieczną odległość. Ukończywszy to oddaliłby się, ostrożnie poruszając się po zdradzieckim terenie, omijając wszelkie przeszkody. Będąc już w dogodnej lokacji skierowałby sondy ku wrogiej energii, oderwałby jej trochę i nie zbliżając do własnej istoty zamknął w ochronnej bańce mocy. Rozpościerając dokładną mapę sond mających za zadanie znaleźć odstępstwa od znanych mu norm i zasad magii. Potrzebował wiedzieć co by mu groziło gdyby nieumyślnie wpadł na dużą koncentrację tej masy, jakie są jej właściwości, działania, skala mocy. Analizowałby zawarte w cząstkach elementy. Wyszukiwał śladów woli, znaków po istocie, która je wyczarowała – o ile były dziełem sztucznym. Poczyniłby też próby zawładnięcia nad antagonistyczną mocą. Z precyzją, ale i wskazaną delikatnością sięgałby ku esencji nieprzyjaznej energii, kąsając ją własną, i starając przejąć nad kontrolę. Ujarzmić. Dotrzeć do centrum, samego jądra, serca i je zmanipulować. Związać supłem posłuszeństwa.

Wróć do „Autonomia Wolenvain”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 18 użytkowników online :: 1 zarejestrowany, 0 ukrytych i 17 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Kerra z Derinu
Liczba postów: 52217
Liczba tematów: 2975
Liczba użytkowników: 1049
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: katrost
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.