Biała Twierdza

Najważniejszy obszar, na którym toczy się gra. Autonomia to zamieszkane głównie przez ludzi państwo podzielone na pięć prowincji ze stolicami w Wolenvain, Derinie, Morinhtarze, Minaloit i Aparilume. Czytaj więcej…
Awatar użytkownika
Anemetius
Posty: 563
Rejestracja: 25 sie 2012, 00:40
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2150#33472

Biała Twierdza

04 lut 2011, 00:00

//Opis lokacji zrewidowany, poprawiony i uzupełniony przez Infiego.
Na przełomie pierwszego i drugiego wieku Ery Feniksa, kiedy to Autonomia Wolenvain gwałtownie rozszerzała swe granice, zaistniała ogromna potrzeba wybudowania nowych fortyfikacji. Biała Twierdza była jedną z pierwszych tego typu struktur. Przyszła twierdza miała stać się głównym punktem oporu w razie ataku od wschodu oraz linią zaopatrzeniową, jeżeli stolica zostałaby zaatakowana od zachodu. Plany zaczęto kreślić za panowania króla Sertosa II Burzliwego. W myśl budowniczych mino zastosować najnowsze zastosowania inżynieryjne, wznieść potężne baszty, podwójną linię murów, szeroką fosę oraz wiele innych udogodnień. Niestety liczne prowadzone wówczas wojny oraz słaba sytuacja finansowa państwa odwlekły realizację planów, powodując także ich znaczne okrojenie. Dopiero pod koniec życia monarchy zaczęto stawiać pierwsze fundamenty. Nigdy jednak król Sertos nie ujrzał skończonej budowli. Dopiero jego prawnuk, król Almad Mądry ukończył dzieło przodków według własnego pomysłu. Znacząco ograniczył rozmiar na rzecz zwiększenia efektywności obrony. W ostatecznej formie wielkość fortyfikacji była nie większa niż średnia, lecz potencjał defensywny znaczący i to ucieszyło króla. Niestety, twierdza udowodniła swoją przydatność jedynie kilka razy, podczas małych, lokalnych wojenek. Wraz z biegiem czasu i ustabilizowaniem sytuacji na granicach przydatność budowli zmalała jeszcze bardziej. Jej utrzymanie stało się zbyt drogie. Okoliczne ziemie oraz samą włość nadano rodowi Stilona. Ten jednak szybko zrzekł się własności na rzecz innego szlacheckiego rodu. Chodziła legenda, że który ród przyjmie na swe barki obowiązek utrzymania twierdzy, ten ostatecznie upadnie. I tak – twierdza przechodziła z rąk do rąk niczym niechciane dziecko. W końcu została porzucona, oficjalnie znajdując się w rękach dynastii królewskiej, która kompletnie straciła nią zainteresowanie.

W późniejszych latach Biała Twierdza stała się domem dla niedużej grupki ekstremistów mających na celu obalenie wybranej w 410EF królowej Nikol, znaną w spisanej historii Autonomii Wolenvain jako Nikol Złamana. Ich sukcesy były jednak nikłe, a ich szybkie wykrycie zakończyło się krótką bitwą. Po stronie korony stanęli tacy bohaterowie, jak Gałgar z Czarnośpiewu, Sergiusz Amrotu i Elatorn, ówczesny dyplomata Wolenvain. Od tamtego momentu budowla stała pusta.



Biała Twierdza zawdzięcza swą nazwę białemu kamieniowi, z którego wykonano jej siedmiometrowe mury. Oczywiście obecnie żadnego śladu po owej bieli nie było widać. Kamień był zmurszały, wykruszony, zarośnięty bluszczem oraz trawą. Już przechodząc przez jedyną bramę można było zauważyć, że to miejsce swe lata świetności ma dawno za sobą. Wygięta i osmalona stalowa krata była tego najlepszym przykładem. Dziedziniec nie był imponujących rozmiarów, zaś wysokie mury rzucały nań długi cień. Na prawo od wejścia widać było zadaszenie i drzwi prowadzące do niewielkiej, zniszczonej stajni, w której można kiedyś mieściło się z pewnością jakieś piętnaście rosłych rumaków. Naprzeciwko stajni znajdowała się przybudówka z wystającym zeń szyldem. Zmurszałe, trudne do odczytania litery układały się w nazwę "Pod Ślepym Ścierwem". Z pewnością wewnątrz niegdyś znajdowała się stanowiąca centrum rozrywki stacjonujących tu żołnierzy karczma. W jej środku nie było nic ponad połamane ławy, strzaskane krzesła, popękane kufle i górę innego śmiecia. Tuż obok karczmy, w zagłębieniu pomiędzy dwoma basztami ujrzeć można było dwupiętrową zbrojownię o sypiącym się, czerwonym dachu. Wewnątrz nie znajdowały się tylko puste stojaki i zepsute kukły ćwiczebne. Wzdłuż wschodniego muru ciągnął się budynek mieszkalny wysoki niemal jak same mury. Jego dach położony był pod dużym kątem, przez co znacząca część jego dachówek po wielu latach, jakie upłynęły od ostatniej konserwacji najzwyczajniej w świecie spadła na dziedziniec. Nieco dalej widać było pięć drewnianych tarcz strzeleckich. W jedną z nich ktoś dawno temu wbił teraz już zardzewiały topór, przecinając ją niemal na pół. Wewnątrz twierdzy – w głównym, murowanym budynku stanowiącym ostatnią linię obrony – znajdowało się wiele pustych pomieszczeń oraz przepastna piwnica. Długie korytarze milczały upiornie, a jedynym ich mieszkańcem był świszczący tutaj od czasu do czasu wiatr.

Obecnie ta lokacja jest pusta.
Awatar użytkownika
Anemetius
Posty: 563
Rejestracja: 25 sie 2012, 00:40
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2150#33472

27 lis 2015, 21:12

Ludzkiego zachowania, pomyślał Anemetius i zapewne odczułby dozę rozbawienia gdyby mógł, wszakże czyż nie z chaosu czerpiesz moc, Dahniku? A cóż piękniej wzburza chaos niż emocje, których ty jesteś manifestacją. Personifikacją wynikającą z chaosu będącego wieczną zmianą, a zmiana nie może zaistnieć w absolucie. Tylko coś, co jest niedoskonałe może być cząstką chaosu. Myślisz o sobie jako o perfekcyjności? A jesteś tylko perfekcyjną niedoskonałością! Jakie to tragiczne i piękne zarazem być spętanym poprzez definicję własnego istnienia, Dahniku. A teraz brzydzisz się tymi emocjami?! Zabawne, zaiste zabawne. W duszy Anemetiusa rozgrzała prawdziwa filozoficzna debata, jednakże...

Zachował te myśli dla siebie oddzielając je i zamykając w jednej z wielu świadomości, którą momentalnie rozbił na liczne, ciągle zmieniające się cząstki. Wzniósł ukryte myślowe bariery i przywołał wewnątrz swej jaźni lodowaty, apatyczny spokój jakże kontrastujący z chaotyczną aurą tego miejsca i jego władycy. Ukrył najgłębsze przemyślenia w samym rdzeniu swej istoty, tam gdzie nikt nie ma dostępu poza nim. O tak, zachowa je dla siebie. Dahnik go podstępem wykorzystał, a teraz on wykorzysta jego. Zmierzył go swoją miarą, ta zaś okazała się zbyt oświecona nawet jak na tak potężną istotę, ich różnice były zbyt fundamentalne. Koniec końców nie mogli być prawdziwymi sojusznikami, sprzymierzeńcami. Przetrwać mógł tylko jeden. I Anemetius pozbawiony został złudzeń. Dahnik chciał go wykorzystać, już mu się to udało w pewnym stopniu, teraz czas na jego ruch.

Zgodzi się, będzie z nim współpracował, odkryje te źródła mocy, ale wykorzysta na własny użytek. Tu, w tym świecie chaosu jego możliwości były ograniczone, ale Dahnik z pewnością nie był w stanie ingerować w świat ascendenta pełnią swej mocy i tam to on będzie górą. Jeszcze pożałujesz swojej buty, arogancki demonie. Jesteś taki sam jak Arhelianos, nieco potężniejszy, lecz wciąż kierują tobą proste, egoistyczne cele, ja podążam czegoś innego, czegoś wyższego, doskonalszego. Chaos, którym się karmisz obrócę przeciwko tobie. Twój chwilowy triumf będzie początkiem twojego końca.

I to poprzysięgam ci ja, Anemetius. Na wszystkie moce światów, na nieśmiertelne i wieczne, na widzialne i niewidzialne, w obliczu potęg oraz czasu, losu i przeznaczenia, mocy przenikających każdy ze światów, który był, jest i będzie. Twój upadek nadejdzie z mej ręki. Po złożeniu tej cichej przysięgi wobec samego siebie, swego bytu, duszy i całego istnienia ponownie przemówił do Dahnika.

- Wybacz mą butę, o potężny. Czymże jest moje istnienie trwające ledwo pył tego, czym jesteś ty. Posłusznie oczekuję twoich rad i wskazówek.

Tak…posłusznie.

Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3796
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

Hold on Me

27 lis 2015, 22:39

MG

Gdyby nie to, że Dahnik był mocno zaabsorbowany swoim dziełem, z pewnością odkryłby niecne myśli Anemetiusa. Czeluść zdawała się podporządkowywać potężnemu bytowi, znał ją na wylot i potrafił przenikać zamieszkujące ją istoty w sposób doskonalszy niż jakakolwiek jaźń, z którą do tej pory spotkał się ascendent. Prowadził niebezpieczną grę, łudząc się, że jego zamiary pozostaną nieprzeniknione dla kogoś, kto na oszustwie uzyskał potęgę niewyobrażalną dla śmiertelnych istot. Umysł przeciwko umysłowi, intryga przeciwko intrydze, kłamstwo przeciw kłamstwu. W Czeluści nie było miejsca na honor i pakty, które dochowywane były wedle umowy. Jeżeli Anemetius miał uzyskać jakąkolwiek wiedzę, otrzyma jej tylko tyle, aby przysłużyć się sprawie Dahnika. Nie wątpił, że nagroda, jaką otrzyma, nie będzie równała się z tym, co na tym układzie zyska władca. Właściwie – co już zyskał. W jego głowie narodził się jakiś plan, który, jeśli mówił prawdę, wcale nie zakładał konieczności udziału Anemetiusa.

Byt bez ostrzeżenia utworzył wokół swego kolaboranta magiczne bariery z silnie antagonistycznej wobec jego struktury energii, natychmiastowo rozdzielając się na kilkaset mniejszych Dahników. Większość z nich pomknęła we wszystkich kierunkach, wkrótce znikając z zasięgu Anemetiusa, jednak jeden został, mając najwyraźniej za zadanie pilnowanie więźnia. Demon poinformował, że zbieranie informacji potrwa, dodając, że nie mógł pozwolić Anemowi tak po prostu hasać po jego świecie. Wokół zaroiło się od przywołanych magicznie, demonicznych bytów. Najpierw pojawiły się najpotężniejsze, zdolne do samodzielnego wzywania swoich pomniejszych kamratów. Rzeczywistość rozmyła się w setkach przekazów umysłowych, hałasie, który dekoncentrował Anemetiusa i nie pozwalał mu na poprawne skanowanie otoczenie.

Chociaż Dahnik z pewnością mógłby rozegrać to inaczej, chciał utrzeć nosa swemu krnąbrnemu rozmówcy, nie kłopocząc się nawet na tyle, aby zaszczepić w jego umyśle myśl, która mogłaby go uspokoić. Być może liczył nawet na to, że przybyszowi z Lewiatana puszczą nerwy i znajdywał w tym kolejną zabawę. Jego słowa były jasne – Anemetius miał czekać, ale czy czekanie to nie przerodzi się w wieczność?

Szczęściem miał jeszcze swoje drugie wcielenie, które, choć dzielące z pierwszym świadomość, nie było tak ograniczone. Wisząca w korytarzu Białej Twierdzy energetyczna istota poczuła, że do bram zamku zbliża się grupa ludzi, najpewniej wraz z wozami i zwierzętami. Wiedział, co to oznacza.

Awatar użytkownika
Anemetius
Posty: 563
Rejestracja: 25 sie 2012, 00:40
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2150#33472

27 lis 2015, 23:37

Oh, Dahnik chciał poddać jego cierpliwość próbie? Demon prędzej czy później zrozumie, że nie ma na swoich usługach istoty tak zdolnej jak Anemetius, a nawet jeśli to brak jej prawdziwej, wyjątkowej duszy. Pewność siebie biła z niego, mimo iż był uwięziony, miał bowiem świadomość swych umiejętności i wiedział, że Dahnik doskonale to rozumiał i prawdopodobnie z tego powodu chciał pokazać kto tutaj rządzi, dla podkreślenia swego autorytetu i ze zwykłej demonicznej złośliwości. Nie stawiał siebie ponad potężny byt, o nie, jedynie zaznaczał własną unikalność, którą niechętnie nawet i sam Dahnik musiał przyznać. Ascendent nie potrzebował obserwować zgrai bezmózgich demonów, które jak psy zleciały się na skinienie swojego pana.

Wyciszył swą jaźń, zwarł ją i oddał się krystalicznej medytacji sięgając do wnętrza swojej istoty i próbując, podświadomie, analizować strukturę otaczającej go bariery. Ograniczony do siebie i niewielkiej przestrzeni, w której był zamknięty podziwiałby dokładność rzemieślnictwa mocy w wykonaniu Dahnika. Szukając jakichkolwiek skaz, próbując niejako ją zeskanować i zapisać jej schemat we własnym umyśle, dociec wzoru stojącego za zaklęciem. Drażniłby antagonistyczną powłokę drobinkami własnej energii niejako dla zabawy, niejako w celach eksperymentu, ażeby dokładniej obserwować zmiany zachodzące przy zetknięciu się czystej energii z wytworem Dahnika. A czyniłby to wszystko z wielką ostrożnością, spokojnie i bez pośpiechu, gdyż miał wieczność. Poza tym nie był ograniczony tylko do tego miejsca.

W międzyczasie drugi fragment Anemetiusa wyczuł żywe, obce formy życia zbliżające się do Białej Twierdzy. Poinformowałby o tym Eoetrimonius, który zapewne również je wyczuł, ale przekazałby mu, że nie musi się tym przejmować i może kontynuować swoje badania w spokoju. Te zaś zapewne zostaną zaopatrzone w lepsze materiały. Intrygowało go czy ten szlachcic podołał zadaniu i znalazł jakieś dzieci wrażliwe mocą, byłby niezwykle użyteczne. Z tą myślą sięgnął świadomością poza mury i rozejrzałby się dokładniej z kim będzie miał przyjemność. Dla zapewnienia pokojowego przebiegu całej sytuacji zmodyfikowałby swą aurę wkładając w nią same przyjemne odczucia oraz ciepłe emocje, a uczyniłby to z takim natężeniem, że jakiekolwiek strachy czy obawy rozpraszałaby się niczym cienie w promieniach wschodzącego słońca. Następnie tak zmodyfikowaną aurę uwolniłyby rozpraszając ją po całej Twierdzy, która momentalnie - pomimo swojego dość upiornego wyglądu - dla śmiertelnych serc stałaby się miejscem wszelkiego spełnienia.

Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3796
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

Death of a Queen

07 gru 2015, 01:33

MG

Trakty prowadzące do Białej Twierdzy zarosły już dawno temu. Jedynym, co przypominało ich dawny przebieg, był układ drzew rosnących w Lesie Wisielców. Ścieżek nie było widać, jednak żadna wysoka roślina nie ośmieliła się jeszcze wyrosnąć tam, gdzie kiedyś się znajdowały.

Wozy, które zamówił sobie kilka dni temu Anemetius, nie miały więc łatwego zadania, tym bardziej, że załadowane były po brzegi. Jedzenie, kosztowności, meble, narzędzia – od wyboru do koloru. Trzy wehikuły uginały się pod ciężarem przewożonych dóbr oraz ludzi, którzy na nich siedzieli. Było tutaj ośmiu wojów o skrwawionych pancerzach i orężu, siódemka dzieci poniżej ósmego roku życia, trzy kobiety, bogaty grubas, młody kapłan Świątyni Światła i przewodnik tego całego majdanu, osobnik o dość niecodziennie silnej, kontrolowanej aurze magicznej.

Anemetius dowiedział się tego wszystkiego, badając otoczenie swojej siedziby. Wysyłał do śmiertelników uspokajające sygnały, przez co nie okazywali oni dużego niepokoju, przekraczając bramę Białej Twierdzy, jednakże nadal nie można było powiedzieć, że się nie boją. Najbardziej zacięty był mag – bo zaiste był to mag, pyszniący się zresztą szatami Akademii Magicznej w Morinhtarze – patrzący z nadzieją w górę, na podniszczone blanki twierdzy, jakby liczył na to, że obecność istoty, z którą przyjdzie się mu zetknąć, będzie tutaj naocznie zaznaczona. Wojownicy myśleli o tym, co musieli zrobić, aby dojść do tego miejsca, obawiali się konsekwencji. Kobiety należały do nich, jeden wziął córkę i żonę, a drugi młodą kochankę ze szlacheckiego rodu.

Najbardziej bały się dzieci, na których tak zależało Anemetiusowi. Ich aury magiczne albo nie istniały, albo były bardzo nikłe, co dowodziło, że raczej nie spełnią jego wygórowanych oczekiwań. Tylko jedna dziewczynka, na oko (również magiczne) siedmioletnia, mieniła się podejrzanie wielkim zasobem energetycznym.

Możny pan, którego wcześniej zastraszył ascendent, wszczepiając do jego umysłu silny rozkaz, wywiązał się ze swej misji, dostarczając to, czego od niego oczekiwano. Wykosztował się zapewne za wszystkie czasy, wiele musiał poświęcić i zdobyć, jednak ostatecznie Anemetius triumfował. Pod mury okupowanego przez niego zamku samodzielnie dotarli ludzie, będąc właściwie pierwszymi, których nie musiał tutaj ściągnąć siłą.

Tymczasem znajdująca się w Czeluści część Anemetiusa odłączyła się od otaczającej jej rzeczywistości i zapadła w swoisty letarg, nie zwracając na mentalne poszturchiwania demonów. Może i były one rozpraszające (nawet silnie), ale nie dla niego, istoty o ogromnym potencjale umysłowym i zdolnościach przekraczających zrozumienie. Ascdendent skupił się na wyznaczonym przez siebie celu – badaniu klatki, w której go zamknięto. Odkrył, że wysyłane w jej kierunku cząstki czystej energii (z której był zbudowany) znikają w malutkich wybuchach, zabierając ze sobą właściwie tyle samo negatywnej energii, ile same posiadały. Bariera regenerowała się jednak samoistnie, napędzana najwyraźniej przez wolę przekornego Dahnika.

Awatar użytkownika
Anemetius
Posty: 563
Rejestracja: 25 sie 2012, 00:40
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2150#33472

08 gru 2015, 23:07

Wzrokiem, który przenikał mury i ciało obserwował zbliżającą się karawanę. Czuł myśli tych ludzi, były niczym odległe, szepczące echo rozmywające się w naturalnym szumie żywego świata. Ci śmiertelnicy, zupełnie nieświadomi mocy i jej dróg, odsłaniali się na jego spojrzenie. A mimo to nawet roznosząc po terenie Białej Twierdzy aurę przepełnioną tym, co w ludzkich sercach najpiękniejsze, nie udało mu się całkowicie wymazać z ich umysłów obawy, która jak cień kłębiła się w ich duszach. Jedna osoba spośród całej gromady wykazywała się najsilniejszą wolą, niezłomnością, a był to ktoś zaznajomiony z mistycznymi arkanami, potrafił to wyczuć, posmakować. Mag z Morinhtaru. Może niepotrzebnie o niego żądał, ale jak inaczej ci zwykli ludzie odszukaliby dzieci z darem? One zaś były słabe, poza jedną, jedyną dziewczynką jaśniejącą na tle pozostałych wielkim blaskiem. Była jak centralny punkt, wokół którego wszystko krążyło i było połączone. Szybko zliczywszy przybyszy okazało się, że pod mury przybyło dwadzieścia jeden istnień.

Nasuwało się pytanie - co z nimi uczynić? Zniewolić ich? Zamknąć ich umysły, związać i przykuć łańcuchem mocy do swojej istoty, czy też wręcz przeciwnie? Pokazać im piękno jego idei i łudzić się, że ją zaakceptują? W to nie wierzył. Jeżeli ujawni im swoją prawdziwą wolę nie pojmą, nie byli tacy jak on lub Eoetrimonius. Musiał użyć manipulacji. Pięknego kłamstwa. Ukoić ich serca oraz dusze, odmienić ich poprzez kontakt z nim, z jego świadomością, do której będą się przyzwyczajać, aż w końcu pojmą i zaakceptują prawdę w sposób naturalny.

Ośmiu wojowników, ci przydadzą się do fizycznych prac na terenie Białej Twierdzy, którą należało doprowadzić do stanu używalności. Dzieci, z nimi będzie kłopot, ale ta jedna, wyjątkowa dziewczynka miała stać się bardzo ważną figurą, pod nią więc należało przygotować grunt. Kobiety będą robić za służki i niańki. Kapłan, jemu wmówi się podobną historię co jego bratu w wierze ze stolicy. Otyły mężczyzna, być może będzie zajmował się zaopatrzeniem. Zaś mag, z nim będzie musiał się rozmówić w nieco inny sposób.

Rozszczepił swoją świadomość skupiając jej fragmenty na każdym członku karawany. W tym samym czasie, w tym samym krótkim, ulotnym momencie. Podzielony, ale istniejący jako jedność. Musiał przemówić do wszystkich z osobna, w sposób delikatny i pełen zrozumienia. Modyfikując siłę przekazu zacząłby szeptać do myśli każdego z nich to, co za sprawą swego zaklęcia wyczytałby z ich myśli. Wcześniej bowiem wezwałby swoje moce i zaczął kształtować energię wedle założenia.

Początkowo, maskując swoje działanie za sprawą aury, którą utworzył, sięgnąłby ku tym najbardziej z podatnych umysłów pozbawionych daru. Wierzył i wiedział, iż każda świadomość, nieważne jak słaba czy silna posiadała swoje bariery, mury i tarcze, nimi odsłaniała się od świata zewnętrznego zachowując własną unikalność, nie zlewając się w wielką jedność. Jaźń składała się z wydarzeń mających miejsce w przeszłości, to one określały naturę bytu i jego formę. Te wydarzenia formowały wyjątkową strukturę wokół duszy każdej istoty. Umacniały ją lub osłabiały, dodając umysłowi siły lub ją odbierając zależnie od kontekstu. Sztuką było ujrzeć refleksje tych wydarzeń na tle umysłowych barier, stanowiły one szpary, pęknięcia, przez które możliwym było dosięgnięcie esencji drugiej istoty. Otwory te, słabości, powstawały poprzez ułomności drążące duszę każdej żywej istoty. Każdy pragnął je schować jak najgłębiej, najlepiej całkowicie wyprzeć z siebie, ale niewielu to potrafiło. By kogoś kontrolować wystarczyło znać jego obawy. Dostrzeżenie ich i wyeksploatowanie w umiejętny sposób dawałoby więcej możliwości niż brutalna siła czy zaklęcie naginające wolę pod wpływem mocy. Wykorzystując swe sondy przenikałby przez myśli tych istot i odkrywałby przeszłość, wędrując dalej, głębiej, analizując ich życie, widząc je własnymi oczami. Poznając ich istotę na wskroś, obnażając ze wszelkich słabości. Wtedy, kiedy wiedziałby już wszystko o każdej z tej osobie, o jej lękach, nadziejach, marzeniach, bólu, spożytkowałby tę wiedzę przepełniając ich serca sobą. Tam gdzie był lęk przelewałby myśli o sobie jako nadziei, tam gdzie był ból on jawiłby się jako ulga i tak po kolei, aż to on stałby się centralną istotą w życiu tych śmiertelników.

Z osobami posiadającymi dar było nieco inaczej, trudniej, szczególnie z magiem. Wolał jednak zaczekać na efekt swoich poprzednich działań. Pragnął również, a raczej żywił taką nadzieją, iż będzie mógł porozmawiać z magiem nieco bardziej otwarcie. Zaczeka. Zobaczy jaką jest osobą. Czy jest niewolnikiem Protektora? Czy też może ma w sobie nieco ambicji? Dzieci natomiast nadal uspokajałby potęgując siłę kojącej aury, która na ich nierozwinięte świadomości działałaby jak narkotyk, upajała, otępiała i wprawiała w stan pewnego letargu, apatii. Tym samym, wystawiające te młode duszy na jego wpływ już od samego początku zaznajamiałby je z nim, jego istotą, czym budowałby zalążki pod przyszłą, trwałą wiarę i zaufanie. Ukształtuje te dzieci na swój wzór, według własnej wizji, przekuje w nowy rodzaj człowieka. Młody kapłan zaś stanowił obiekt wielkiej ciekawości poznawczej Anemetiusa, wiary. Rozumiał ją doskonale, ale skąd brała się jej siła, o ile naprawdę istniała. Czy jego wiara będzie silna? Słaba? Wspomoże go, a może zaślepi?

Wszystko co czynił czyniłby poprzez połączenie z Eoetrimoniusem nie kryjąc przed nim niczego. Chciał żeby podopieczny rozwijał się wraz z nim i doświadczał tego samego. Jednocześnie opuściłby podziemia Białej Twierdzy i wyszedł swoją istotą na zewnątrz, unosząc się wysoko nad dziedziniec. W jaki sposób zareagują? Szczególnie mag i kapłan.

- Witajcie – zwróciłby się delikatnie do każdego z osobna, dopasowując poziom telepatii zależnie od siły ducha poszczególnej osoby. Dla niektórych mógł to być lekki szept niczym bryza wiatru, dla innych zaś, zapewne dla maga, wyraźny przekaz. – Po długiej podróży nareszcie jesteście w domu.

Mogli nie zrozumieć, ale wkrótce pojmą w pełni.

Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3796
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

Sweet Little Thing

12 gru 2015, 17:31

MG

Nie sposób było dociec, czy pozostawienie kwestii aury Eoetrimoniusa otwartą było błędem Anemetiusa czy też jego celowym działaniem. Duch nie dostał od swego mentora żadnego polecenia, które sugerowałoby, że powinien zamaskować swój wpływ. Ten zaś z pewnością wyczuwalny był dla tych, którzy potrafili wykrywać tego rodzaju oddziaływania magiczne. Dla nich jasnym stało się, że w zamku przebywa nie jedna magiczna istota, ale dwie. Gdy jednak Anemetius przystąpił do badania umysłów grupy ludzi, która dotarła pod bramy Białej Twierdzy, okazało się, że aura jego pupila wpłynęła na wszystkich przybyszy.

Natura Eoetrimoniusa przebijała się do ich umysłów wraz z energią, która emanowała z jego powłoki. Ci, którzy zostali dotknięci jego nieświadomie rozgłaszaną wolą, poczuli podobną ciekawość świata, który zaczęli widzieć w żywszych, bardziej jaskrawych kolorach. Ich umysły skupiły się na zmysłach, każdy pochłaniał więcej bodźców, niż normalnie. Jeden z wojowników wyciągnął swój miecz, którego obecność, obok schludnego stroju, jasno świadczyła o jego wysokim pochodzeniu, i zaczął go oglądać. Inny rozwinął jakiś pakunek i jął porównywać ze sobą wydobyte zeń gwoździe. Jedno dziecko miętosiło rękę drugiego, tamto zaś z uwagą patrzyło w niebo. Najmłodsza kobieta nuciła cicho pod nosem, jakby próbowała, co może zrobić ze swoim głosem, od nowa go odkryła. Wszystkich nadal interesowało to, co znajduje się w Białej Twierdzy, ale najpierw woleli skoncentrować się na szczegółach.

Nie kolidowało to mocno z planami Anemetiusa, który zaczął przestawiać im klepki. Proces był długi i żmudny, musiał być wykonany z ogromną dbałością o szczegóły, tak, aby żaden z obecnych tutaj ludzi nie wyczuł, iż jest manipulowany. Odkrycie powierzchownych trosk każdego z przybyszy nie było trudne, ale dojście do sedna problemu, zmiana jego struktury i odnalezienie innych, głębiej skrywanych uraz, było już o wiele trudniejsze. Działanie na doczesnych zmartwieniach przez Anemetiusa oraz wymuszenie skupienia na szczegółach przez Eoetrimoniusa zadziałały synergicznie, zmiękczając tych z grupy, którzy nie potrafili bronić się przed ich wpływem. Tylko do maga Morinhtaru oraz modlącego się żarliwie kapłana wpływ aur obu istot nie dotarł.

Proces, któremu poddawał Anemetius umysły nowoprzybyłych, był dla jego ucznia transparentny. Nauczony szczerości Eoe od razu przekazał, że nie podoba mu się takie działanie. Jednym z powodów było to, że stracił niniejszym szansę na zbadanie nowych osób w naturalnych dla nich warunkach. Drugim była jego niechęć do jakiejkolwiek ingerencji w świat, który wedle niego powinno się najpierw dogłębnie poznać. Wyraził swoją obawę, uważając, że dopilnowanie wszystkiego u tak wielu istot ludzkich jest niemożliwe i w końcu takie działanie obróci się na ich niekorzyść. Ich umysły nie były na tyle skomplikowane, aby nie móc przekonać ich do sprawy w konwencjonalny sposób. Wymagało to, owszem, znacznie więcej czasu i nakładu sił, przy jednoczesnym braku gwarancji powodzenia, ale stwarzało całe mnóstwo dodatkowych pól do badań.

Wątpliwości Eoetrimoniusa przebiły się przez jego aurę, docierając do nowych mieszkańców Białej Twierdzy. Był nowy w tym świecie, nie nauczył się tego kontrolować i pewnie nawet nie widział takiej potrzeby. Prawdopodobnie nawet nie dostrzegł, że robi z tymi ludźmi coś podobnego co robił Anemetius, którego tak skrytykował. Z początkowego skupienia na szczegółach wykwitła trudna do zdefiniowania obawa przed panem zamku, niepewność i swego rodzaju niechęć. Ludziom zaczęło wydawać się, że zostaną tutaj zlekceważeni, że istota, do której przyszli, nie będzie się z nimi liczyła. Odczucie to nie było silne, ale początkowo nie istniało prawie w ogóle, stłumione strachem o życie i stresem związanym z nieznaną przyszłością. Teraz te dwie kwestie zostały niejako odłożone na bok.

Gdy więc Anemetius wyszedł do członków karawany, spojrzeli na niego nie tylko z uniesieniem, podziwiając i szczegółowo analizując (wedle indywidualnych zdolności poznawczych) jego strukturę, ale też zastanawiając się, co tak naprawdę czyni ich godnymi tego spotkania. Część z nich w ogóle nie wierzyła do tej pory, że Anem istnieje – ci zareagowali najsilniej. Kapłan padł na kolana, za nim poszli pozostali, nawet dzieci, nie nucili jednak żadnej pieśni religijnej. Spuścili głowy, uznając majestat ascendenta. Stał tylko Morinhtarczyk, któremu nie zabrakło odwagi na przekroczenie kilku kroków.

– A więc to prawda… – wyszeptał. Zapewne pozostali tego nie słyszeli, ale ograniczenia zmysłowe nie obejmowały Anemetiusa, do którego słowa te dotarłyby nawet, gdyby nadal znajdował się w podziemiach twierdzy. Magister nie mógł dobyć z siebie żadnych dodatkowych stwierdzeń, jego podszyta fascynacją ciekawość, strach i świadomość obcowania z istotą boską odjęły mu mowę. Mieszanina emocji wzięła go w swe posiadanie, a wszelkie plany co do tego spotkania, jakie ułożył sobie w głowie, legły w gruzach. Podjął wreszcie działanie, niezdolny do wyłamania się spod wpływu własnego, nieruchomego ciała, które nakazywało mu bezwzględny szacunek i posłuszeństwo wobec wszechpotężnego Anemetiusa. Padł na lewe kolano i skłonił się.

– Jesteśmy. Tak, jak sobie życzyłeś.

Awatar użytkownika
Anemetius
Posty: 563
Rejestracja: 25 sie 2012, 00:40
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2150#33472

13 gru 2015, 01:50

Specjalnie nie dawał Eoetrimoniusowi żadnych wskazówek ani poszlak, nic nie tłumaczył, nie ingerował, pozostając z istotą zwarty jedynie więzią świadomości. Ciekaw był jego reakcji, rozumowania, spostrzeżeń, w jaki sposób jego moc, o ile, wpłynie na to wszystko, jak się zamanifestuje, czym się przejawi. Odpowiedź na te pytania uzyskał i poddał szczegółowej analizie. Wydawać się mogło, że dotknięci jego aurą ci prości ludzie stawali się bardziej ciekawi otaczającej rzeczywistości. Nie widział w tym żadnej przeszkody, wręcz przeciwnie. Za sprawą tego zbiegu okoliczności, anomalii wynikającej ze sprężenia ich natury oraz mocy, w tych śmiertelnikach zaszła pozytywna zmiana, którą można było pogłębiać.

Nie umknął mu sprzeciw ucznia. Oświadczył mu, że jeszcze będzie miał wiele okazji do poznania niezmienionych umysłów, a zmiana, która w nich zaszła nie naruszała mechanizmu i prawideł kierujących istotą myśli tych ludzi. Stali się tylko nieco bardziej … usłużni, lecz nie byli niewolnikami, wciąż posiadali własną wolę i różne obawy. Co do drugiej uwagi, no cóż. Dłuższa droga nie zawsze jest tą lepszą, a i nie mogli sobie pozwolić na jakieś komplikacje, nie teraz. Musieli ukształtować ludzi, którzy pojmą ich idee, ci ludzie byli prości, już ukształtowani w dużej mierze. Raz wypalona cegła nie wróci do swojego poprzedniego stanu za sprawą natury. Podobnie było z tymi ludźmi, życie już poddało ich próbom, odkształciło. Nawet gdyby byli geniuszami, potężnymi posiadaczami daru, to co przeżyli już zawsze w nich pozostanie, w taki czy inny sposób. Dlatego musieli uciec się do magii, zmienić to, co byłoby w świecie natury niezmienne aż do ich śmierci. A jeżeli ukażą im prawdę ich idei, to nawet jeżeli kiedyś, w przyszłości, dowiedzieliby się o tym, że zostali zmienieni za jego sprawą, to czyż mu nie wybaczą, bo pojmą, że tak było rozsądnie i słusznie? To co nam daje natura jest niedoskonałe, Eoetrimoniusie. Tylko dociekając jesteśmy w stanie wyewoluować. Zadowalanie się zastanym stanem natury jest stagnacją.

Wyczuł również kolejną zmianę w tych ludziach. Pojawiła się za śladem Eoetrimoniusa niczym wypalone znamię. Jego sprzeciw, wątpliwości w mistyczny sposób związały się ze strukturą zmian i przeniknęły do śmiertelników. Była to słaba, aczkolwiek istniejąca skaza. Poinformował ucznia, że od teraz musi znacznie bardziej uważać w jaki sposób rozprzestrzenia swoją aurę.

Obserwował reakcję ludzi. Była bardzo satysfakcjonująca, chociaż nadużyciem byłoby napisać, że odczuwał jakąś formę uczuć. Nie interesowała go władza czy wpływy dla nich samych, nie były one celem, były narzędziem. Najchętniej odciąłby się od tego wszystkiego, ale chcąc czy nie, poprzez pomyłki i pewne okoliczności, wplątał się w większą grę i musiał w nią grać. Ze względu na komplikacje związane z jego ascendencją nie mógł także być całkowicie niezależnym bytem egzystującym w próżni. To dziecko i magister mogą być źródłem energii. Siląc się nimi, z umiarem, dbając o nich, nawiązując z nimi kontakt oraz rozwijając ich zdolności, a tym samym poziom energii ich dusz, może stworzyć prawdziwe, żywe źródła energii działające z nim na bazie symbiozy. On ich chroni, wskazuje drogę, rozwija, oni zaś odpłacaj im krwią swej duszy, własną „boską” cząstką.

Czyż nie o to w tym chodziło? Czerpać zysk z wiary? Oczywiście nasuwało się automatycznie pytanie – czym jest wiara? Nawet on nie potrafił tego określić i nie wiedział czy istniał jakikolwiek byt – za wyjątkiem absolutu – zdolny przejrzeć duszę żywej istoty tak dogłębnie i ujrzeć wiarę w swej nagiej formie. Cenił tę idee. Uważał ją za coś wyjątkowego. Potężną moc, która napędzała żywot wielu, dodawała sił i potrafiła obalić przeszkody. Jednak z pozycji tego kim jest, kim się stał, widział wiarę jako mariaż kłamstwa z naiwnością, bardzo często naiwnością dobrą, życzliwą, za którą marny pył śmiertelnego życia próbuje ukryć się przed ogromem świata. Czy swoim postępowaniem nie plamił tej idei? Być może, lecz nie miał wyboru. Świat stawiał go naprzeciwko mocom, musiał z nimi walczyć wszelkimi możliwymi sposobami.

Tymi wewnętrznymi spostrzeżeniami, może wręcz wyrzutami – o ile filozoficzne wątpliwości można tak określić – podzielił się z Eoetrimoniusem. Nie szukał u niego wiedzy w tym zakresie, potępienia lub pocieszenia, te stany, odczucia, nie sięgały jego esencji, jedynie krążyły zawieszone w pewnej pustce uśpionej jaźni i dawały o sobie znać. Przekazał te myśli uczniowi, ponieważ chciał, by ten dogłębniej znał jego pobudki, by poznał je od niego, nie przez niego.

- Powstańcie z kolan, gdyż nie jesteście niewolnikami, lecz istotami wolnymi. Daję wam nową wolność i nowinę. Daję wam opiekę, daję wam ochronę. Od teraz jesteśmy powiązani. Żyjemy jako jedność w rozdzielonej postaci. Wasze troski są moimi, dzielcie się nimi, otwierajcie swoje dusze przede mną, szukajcie we mnie pocieszenia, a go udzielę. Troski rozproszę, ból załagodzę. Uczcie się ode mnie, rośnijcie w wiedzę, poznawajcie siebie i mnie. Moja siła jest waszą, a wasza moją. Za dnia, w nocy czuwać będę nad wami, w snach i na jawie, będę z wami. Szukajcie mnie sobą, a będę. - oświadczyłby opatrując swój przekaz tym, co dla każdej z tych istot w sercu, w duszy i umyśle, było najpiękniejsze. Swoją przytłaczającą jaźnią dotykałby ich kruchych esencji, ale w sposób tak delikatny, iż ledwo uchwytny, ulotny, nadając temu wręcz pewną intymną, pieszczotliwą naturę wynikającą z bliskości dusz. Z oczywistych względów - całkowicie wypartej jakichkolwiek pożądań ciała. Cały czas kontrolując ten proces z wielką uwagą, gdyż wiedział, że byle pomyłka i mógłby zmiażdżyć jaźń tych śmiertelników. Jak opisać uczucie bliskości z istotą, z której bije jedynie szczęście, a za sprawą jego przekształconej aury był centrum wszelkiego dobra, widzialnego i niewidzialnego. Byłby niczym boska opoka chroniąca wiernego w jądrze ciemności, miażdżąc zło i kojąc bolesne rany niebiańskim balsamem.

Do kapłana przemówiłby tylko słyszalnymi dla niego słowami brzmiącymi w następujący sposób:

- Długo wierzyłeś na ślepo, a ścieżka twa wiodła przez kręte pnącza niepewności. Już nie. Wierz, bo oto przed tobą żywa moc. Epoka ciszy przemija. Zbyt wiele łez urojono z powodu zwątpienia, zawodu, milczenia. Patrz poprzez swą duszę i czuj nią otaczający cię świat, otaczającą cię potęgę. Raduj się z nią i dziel z nią sobą, a za życia zaznasz nagród, które ukażą ci wieczność, kiedy wybije ostatnia chwila. Powstań! Odrzuć przeszłość! I noś imię - Marraent!

Mag, on był wciąż zagadką, ale po jego reakcji Anemetius miał prawo wnioskować, że nie był zaznajomiony z najwyższymi tajnikami mocy i nie potrafił opisać tego, czego był świadkiem. Czy uwierzył? Trudno określić, jednak na pewno uznał, przynajmniej powierzchownie, zwierzchnictwo ascendenta. Co mogło znaczyć wiele. Wyczuł jednak jego przemianę wewnętrzną, była autentyczna. Ten moment paraliżu i ostatecznie uległości, on był prawdziwy, niepodszyty fałszem. Mógł więc – z należytą ostrożnością – uznać go za chętnego do współpracy.

- Wyczuwam w tobie dar. Masz moc, masz wolę, masz potencjał. – przesłałby do niego swe myśli, słyszalne tylko dla niego. - Otwórz swój umysły na mój. Zezwól mi do niego wejść jako do twojej świątyni, w godności i z szacunkiem. Poprzysięgnij w niej swoją wierność, na swój żywot, na swych przodków, naprzeciw wszelkim potęgom tego i innych światów. Uczyń to, a wezmę cię pod moją opiekę. Ze mną nauczysz się wyzwolić swój dar, ujarzmić go i sprawiać, że wola twoja będzie prawem. Uwolnię twój płomień. Odkryjesz nowy, wyższy poziom egzystencji i być może z czasem zasiądziesz ze mną jako równy z równym, jako prawdziwie wyzwolony, nieznający ni śmierci, ni strachu, ani bólu. Nagi i prawdziwy. To jest możliwe. Decyduj czy pragniesz żyć, czy jedynie być! To moment twojego życia, w którym los krzyżuje się z twoją chwilą na tym świecie!

Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3796
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

Before It Burns

21 gru 2015, 01:29

//Przepraszam za opóźnienia.
MG

Wstali z niepewnością, zdezorientowani słowami, które wykwitły bezpośrednio w ich umysłach. Mimo że przekaz Anemetiusa był nad wyraz delikatny, sama jego obecność wywoływała w nieprzyzwyczajonych do tej formy kontaktu ludziach ogromną konfuzję. Oto stał przed nimi byt absolutny, personifikacja woli bogów, ostateczny dowód na istnienie niewyobrażalnych potęg rządzącym tym światem. Nie wydawał dźwięku, a przemawiał, nie miał skrzydeł, a latał, nie perorował, a skłaniał ku ideom. Nie istniała żadna księga, która opisywałaby prawidła, jakim przyszli mieszkańcy Białej Twierdzy mieliby się teraz podporzadkować. W momencie, w którym skontaktował się z nimi ascendent, wszystko, w co wierzyli, wystawione zostało na próbę.

Nadal negatywnie nastawiony do idei jakiejkolwiek magicznej ingerencji w przybyłe do zamku istoty Eoetrimonius skorzystał z rady swego mentora i postarał się o zablokowanie swojej aury. Było mu przykro, że ze swej niewiedzy popadł w hipokryzję, wpływając na członków karawany. Postąpił przeciwko własnemu przekonaniu, co sprowadziło nań nieznane mu początkowo, a przejęte od Anemetiusa odczucie: wstyd. Wyglądało więc na to, że wraz z wiedzą o sposobie funkcjonowania świata, w którym się znalazł, poznał również szczątkowe – i najwyraźniej kompletnie odeń niezależne – zdolności odczuwania. Było to wyraźne już wcześniej, jednak dopiero teraz w takim stopniu. Być może było też tak, że badający przebywających w piwnicy ludzi Eoetrimonius nauczył się czegoś od nich. Anemetius był zbyt skoncentrowany na odpowiednim witaniu swych gości, aby na ten moment dociekać, co dokładnie dzieje się z jego uczniem. Ten ostatni nie odpowiedział na jego przekaz, choć kotłowały się w nim różne myśli.

Niestety, dwójka dzieci i jeden wojownik nie wytrzymali nawet tak delikatnego (z perspektywy Anemetiusa) przekazu umysłowego. Jeden z chłopców i jedna dziewczynka nie powstali z klęczek, zamiast tego obalając się na ziemię. Mężczyzna wstał, ale zachwiał się i musiał chwycić towarzysza, aby nie upaść. Z lewej dziurki jego nosa leniwie wydobyła się stróżka krwi. Reszta nie śmiała im pomóc, tkwiąc w miejscu niczym udające nieruchome zwłoki zwierzątka wypatrzone przez drapieżcę. Anemetius wysłał słowa do wszystkich z grupy, jednak nie wszyscy całkiem je pojęli. Ich nastawienie do bytu kazało im przyjmować jego słowa, nie zaś je interpretować. Mówił też zawile, niczym kapłan Świątyni Światła, co w pewnym sensie umacniało go w roli, jaką sobie obrał.

Kapłan chyba pomyślał tak samo, bo oto całym sobą zaakceptował Anemetiusa jako awatar swej bogini. Odrzucił świątynny płaszcz powstając, wypinając pierś pod materiałem togi.

– Jam jest Marraent, twój sługa, narzędzie w twych rękach. Powierzam ci ducha swego i ciało swoje. Prowadź mnie ku Protektorce Dusz – powiedział w kierunku Anemetiusa. Pozostali spojrzeli na niego z aprobatą, jakby oczekiwali tego rodzaju deklaracji po swym przewodniku duchowym. Przejął on odpowiedzialność za kontakt z niesamowitą istotą, stał się ich przywódcą.

Tylko Magister Sztuk Tajemnych nie zareagował, butny w swej ambicji, wiedzy i pozycji. Był pod wrażeniem tego, co zaobserwował, jednak nie wiązał tego ze sferą duchową (a przynajmniej nie całkowicie). Czuł respekt przed potężną istotą, która przed nim stanęła. Imponowała mu ona, ale sądził, że potrafi racjonalnie wyjaśnić jej istnienie. Nie musiał wiązać go koniecznie wiązać z wpływem bóstw i był daleki od takiego wniosku. Wiedział jednak – a była to bardzo trzeźwa i pozbawiona cechującego go przeświadczenia o własnej wysokiej wartości myśl – że nie jest w stanie sprzeciwić się woli Anemetiusa. Ten ostatni nie musiał nawet go do tego zmuszać. Jego decyzja była podszyta strachem, ale równocześnie świadomością bezsensu, jakim cechowałby się bunt. Opór był bezcelowy.

Pozwolił zatem Anemetiusowi odwiedzić jego umysł. Lata ćwiczeń sprawiły, że nieświadomie chronił się przed tego rodzaju ingerencją, jednak teraz świadomie zniósł swe bariery. Oczyścił myśli i stanął prosto, gotów na sondowanie.

Awatar użytkownika
Anemetius
Posty: 563
Rejestracja: 25 sie 2012, 00:40
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2150#33472

30 gru 2015, 05:32

Wiedział iż ludzie ci nie pomną jego słów od razu. Tkwili w więzieniach świata, w którym przyszło im żyć. Zakuci w kajdany zasad, moralności, kultury oraz wszystkich niedoskonałych elementów śmiertelnego żywota nie byli w stanie z miejsca się przeistoczyć – do czasu. Przyzwyczajenie zmieni ich serca, nawet jeśli nie pojmą. Pierwsze dni i tygodnie będą kluczowe, dlatego musiał wybrać kogoś, kto będzie łącznikiem. Kogoś, kto przetłumaczy jego wolę i umocni ich wiarę. Kapłan był naturalnym wyborem. Posiadał nie tylko autorytet z racji pozycji, ale był także wystarczająco wykształcony do zrozumienia bardziej zawiłych idei, a także posiadał siłę. I najważniejsze, wiarę. Potrafił sprostać aurze Anemetiusa i z nim rozmawiać, w przeciwieństwie do większości, która albo ledwo się trzymała, albo jedynie trwała przyjmując myśli bez większej refleksji.

- Opiekuj się nimi – rzekłby do Marraenta – Na twoje barki kładę ciężar przemiany tych ludzi. Czuję ich niepokój i wątpliwości, boją się mnie jako mocy większej od nich. Z czasem to minie, lecz ty musisz w nich umacniać wiarę oraz prawdę. Bądź przewodnikiem zbłąkanych. Zabierz wszystkich do wnętrza twierdzy, poza magiem. Opatrzcie dwójkę dzieci i mężczyznę, niech odpoczną. Przydziel najsilniejszych z mężów do rozładunku wozów, kobiety i dzieci niech zaczną sprzątać wnętrze twierdzy. Miejsce to jest zaniedbane, ale wkrótce stanie się światłem nowego ładu. Zabraniam wam tylko wchodzić do piwnic twierdzy. Znajdują się tam rzeczy, których nie zrozumiecie na chwilę obecną. Niech sprostanie tej pokusie będzie pierwszym testem waszej wiary. Wszelkie wątpliwości kieruj do mnie.

Do reszty – za wyjątkiem maga i dwójki leżących dzieci – obwieściłby, iż od teraz słowo kapłana jest jego słowem i to on będzie im przewodził jako ten, który najbliżej znajduje się Świetlistej Bogini.

Teraz Anemetius skupił swą uwagę na magu. Widział wiele możliwości. Wiele dróg, którymi mógłby podążyć. W jednym momencie rozmyślał nad dziesiątkami możliwych scenariuszy, w każdym z nich mag jawił się pod inną postacią. To że był gotów na współpracę z Magistrem Sztuk Tajemnych nie znaczyło wiele, gdyż mając jeden plan współpracy obok miał kolejny plan zdrady i dziesiątki innych, wszystkie w ten czy inny sposób mające dać mu przewagę. Nasuwały się pytania oraz wątpliwości. Czy mężczyzna został przysłany jako szpieg Protektora? Czy jego uległość to tylko iluzja? Myśli człowieka zdawały się być prawdziwe, lecz ascendent dobrze znał sekrety magii i wiedział, że ta potrafi zmienić umysł w sposób subtelny i niedostrzegalny. Sam mag mógł wierzyć w prawdziwość swoich myśli, jednakże ich ostateczna rzeczywistość wcale nie musiała być taka oczywista. Być może była to przesadna obawa, ale musiał mieć całkowitą pewność.

Nim przeniknąłby do odsłoniętego umysłu wzniósłby własne bariery, na dodatek wyczulając się na wszelkie odchyły od normy magicznej aury maga, którą przeskanowałby i zapamiętał wypalając w swej jaźni jako pewien wzór, strukturę, z każdym jego najmniejszym elementem i cechą. Czyniłby to w celu jak najlepszego zilustrowania zmian jakie mogłyby zachodzić w aurze mężczyzny pod wpływem Anemetiusa, czy jego aura nie uaktywniałaby czegoś, czego na pierwszy rzut oka nie widać. Jakieś formy ukrytego zaklęcia lub też pułapki tkwiącej głęboko w podświadomości maga. Poruszałby się pierw ostrożnie, obserwując i analizując, wyszukując skaz oraz śladów obcej magii, zwłaszcza Protektora. Strzępów energii, pozostałości, strzępów, okruchów. Dopiero będąc pewnym bezpieczeństwa i braku jakichkolwiek zagrożeń zanurzyłby się głębiej w jaźń Magistra.

Wnikałby powoli i delikatnie, przesyłając własne nici jaźni niczym lekki strumyk, łagodny i przyjemny, ciurkiem wsiąkający coraz głębiej, coraz dalej. Z każdym kolejnym krokiem sondowałby dogłębnie i precyzyjnie wszelkie informacje na jakie by się natykał. Wspomnienia, wiedzę, emocje, odczucia. Każdy element myśli maga przyjmowałby do siebie i zapamiętywał. Wyczuwał ambicje tego człowieka, jego przekonanie o swoich umiejętnościach. Wykorzystywałby to na swoją korzyść podciągając te odczucia i kierując ich źródło w stronę ascendenta, aby umocnić swą pozycję w świadomości maga jako tego, kto będzie dla niego źródłem wielu możliwości. Nie czyniłby tego mocno i jawnie, jedynie trącałby pewne aspekty emocji kryjących się w sercu człowieka i pozwalał im dryfować reagując ze sobą, by wyzwolić odpowiednie reakcje. Nie można byłoby tego w pełni nazwać formą przekształcania umysłu, jeno wyrafinowaną sztuką kierowania tym, co było już wiadomym. Zmieniałoby to tylko pewne proste, wierzchnie myśli, które z perspektywy maga wydawałyby się naturalne, wynikające z kontaktu z taką istotą jaką był Anemetius. Jednak podczas procesu sondowania szczególnie interesowały go trzy aspekty: Protektor oraz sama akademia, najnowsze informacje ze świata – ktoś taki bowiem jak Magister Sztuk Tajemnych z pewnością był dobrze poinformowany, a także sam mag, kim był, jaka była jego przeszłość, cele, co go kształtowało, imię, historia, rodzina. To z czego się składał. Chciał go poznać w pełni. Ujawnić.

Po całym procesie, w celu zaimponowania, pokazu własnej mocy – czego nie lubił czynić, lecz natura śmiertelników oczekiwała dowodów na potęgę tych, którzy sięgali po wielkie tytuły i zaszczyty – uchyliłby przed magiem ułamek własnej jaźni zalewając go informacjami na temat magii, jednakże w sposób chaotyczny, niemożliwy do pełnego zrozumienia dla ludzkiego umysłu. Czyniłby to oczywiście w sposób kontrolowany dbając o to, aby nie przeciążyć świadomości maga, a stan chaosu byłby sztuczny, w pełni poddany kontroli, na dodatek wszelkie kwestie związane z prawdziwymi wyzwolonymi sztukami i sekretami Anemetius zachowałby wyłącznie dla siebie. Nie mógł ryzykować, że mag wychwyci ważne, kluczowe informacje. Zarazem, wykorzystując moment osłabienia maga, jego otwartość i zapewne zdezorientowanie, przelałby w niego fragmenty własnej woli skrytej w nawałnicy danych. Elementy te wypełnione byłyby czystymi emocjami takimi jak: oddanie, wierność, zaufanie, wszystkie zaś skupione byłyby wokół istoty ascendenta. Następnie uwalniałyby się rozprzestrzeniając po świadomości człowieka w sposób dla niego niewidoczny w cieniu szalejącego sztormu nowej, nieuporządkowanej wiedzy i odczuć. Celem tego nie była natychmiastowa zmiana mężczyzny, ale zasianie ziarna, które odpowiednio pielęgnowane da szybsze i bardziej owocne rezultaty. Idąc za ciosem pobudzałby w śmiertelniku jego ambicje wywołując złudne iluzje będące niczym błyśnięcia z jakieś odległej, obcej wizji. Kakofonia dźwięków oraz obrazów. Wir odczuć, przebłysków niby z innego, lepszego życia. Władza, pieniądze, miłość, szczęście, namiętność, moc, ziemia, nieśmiertelność. To wszystko było w zasięgu ręki, wystarczyło tylko oddać się na służbę tej mocy. Czyż to nie było mądre i słuszne? Rosnąć wraz z nią w potęgę, szerzyć słuszną ideę? Po co marnować krótki żywot na doradzanie jakimś podrzędnym szlachcicom? Będąc u boku takiej potęgi można osiągnąć tak wiele, tyle zrozumieć.

Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3796
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

Am

31 lip 2016, 22:33

MG

Niełatwo było doświadczać naraz tyle, ile doświadczał Anemetius. Jego poszerzone do granic możliwości pojmowania spektrum percepcyjne dawało tyle informacji, że nawet jego zdający się już przyzwyczajać umysł czasem tracił jakieś szczegóły. Niewiele czasu upłynęło od momentu, w którym wyzwolił się ze swego organicznego więzienia, ascendując do formy ducha zbudowanego z czystej mocy. Nadal łapał się na tym, że ograniczał własne zdolności w sztuczny, niewłaściwy jego formie sposób. Miało to jednak również pozytywny efekt. Podejrzewał, że tylko dzięki temu nie popadł w odmęty szaleństwa, rozmywając się do poziomu nieznaczącej mgiełki, której jedyną ambicją było zbieranie informacji o każdym, najmniejszym nawet procesie, jaki zdolny była obserwować. Jego dziedzictwo, dawne jestestwo, długie lata życia jako elf… Nic nie pozostawało bez znaczenia. Gdyby urodził się takim, jaki jest teraz, kto wie, czy w ogóle byłby w stanie formułować jasno myśli. Teraz miał właściwą wyższym istotom zdolność popadania w głęboką, abstrakcyjną medytację, pozwalającą mu sięgnąć rejonów niedostępnych dla zwykłych śmiertelników, ale równocześnie potrafił się z nimi komunikować. Korzystał właśnie z tej zdolności, podporządkowując sobie małą grupę ciekawskich, wiedzionych rozkazem lub poczuciem misji osób.

Marraent, pierwszy bezpośredni wykonawca woli nowego bóstwa rodzącego się kultu, szybko zaprzągł swoich ludzi do roboty zgodnie z zaleceniami Anemetiusa. Nikt nie próbował się sprzeciwić, a słowa, które wybuchły bezpośrednio w głowach osób zebranych wokół kaznodziei tylko utwierdziły je w przekonaniu, że dobrze robią, idąc za swym przewodnikiem duchowym.

Dało to energetycznemu duchowi czas na dokładne wysondowanie otwartego umysłu stojącego przed nim Magistra Sztuk Tajemnych. Przeglądał jego wspomnienia kawałek po kawałku. Ciało mężczyzny popadło w dziwnego rodzaju letarg, w który częściowo sam się wprowadził. Starał się pokazywać to, o czym sądził, że będzie dla Anemetiusa istotne, jednak w większości przypadków mylił się. Byt nie chciał wyłącznie jego wiedzy, tej, na której zdobycie mag poświęcił prawie całe życie. Był z niej dumny, bo było z czego. Wiedza mężczyzny była obszerna, jednak w większości nieistotna dla tego, który znajdował się teraz w jego umyśle. Anemetius wiedział, że większość koncepcji, które znalazł, nie opisują stanu faktycznego. Te zaś, które wedle jego wiedzy nie mijały się z prawdą, były mu znane już od dawna.

Szukał więc czegoś innego – wspomnień. Dowiedział się, że stojący przed nim człowiek niewiele pamięta ze swego dzieciństwa. Wiadomym było jednak, że nie miał nieprzyjemności urodzić się w biednej rodzinie. Bez tego nie dostałby się do Akademii w Morinhtarze, która przyjmowała nowicjuszy wyłącznie wraz z wieloma sztukami srebra. Mag nie wiedział jednak, jaki był powód, dla którego chciano się go pozbyć. Nikt mu tej tajemnicy nigdy nie zdradził, a ze światem zewnętrznym kontaktował się od stosunkowo niedawna – i to nie bez restrykcji – toteż nie miał możliwości zgłębienia tej tajemnicy. Przez ostatnie lata pracował u boku starego maga na dworze hrabiego Rejranda. Starał się i wykazywał, toteż powierzono mu misję zbadania sprawy zniknięcia maga z posiadłości, w której niedawno pojawił się Anemetius. To ostatecznie doprowadziło go tutaj, do momentu, w którym czuł, że sprzeniewierzenie się wszystkiemu, co do tej pory uważał za słuszne, jest jedyną drogą.

Gdyby nie ten incydent, jego życie skupiałoby się nadal na ekscytacji doniesieniami o narastającym napięciu na linii Konsorcjum – namiestnictwo derińskie. Anemetius dowiedział się wiele o najnowszej polityce, poznając listę pretendentów do tronu, stronnictwa, mniej lub bardziej jawne plany możnych; wszystko to, czym żyła ostatnimi czasy szlachta Autonomii Wolenvain, a co mocno zaprzątało uwagę Morinhtaru w osobie Protektora. W umyśle maga osobnik ten był enigmatycznym rektorem Akademii, którego widział jedynie kilka razy w życiu. Nigdy nie były to jednak spotkania konfidencjonalne, a raczej mocno oficjalne i niewnoszące zbyt wiele. Oczywiście nie sposób było Magistrowi negować potęgi swego zwierzchnika, ale był płotką – niegodną, aby go lepiej poznać.

Łatwo było wmówić człekowi, że to właśnie Anemetius jest kluczem do potęgi, którą chciał zdobyć. Był drogą na skróty, ułatwieniem na wyboistej drodze ku doskonałości. Mag był gotowy, by oddać mu swój żywot nawet bez manipulacji, których dopuścił się byt. Gdy uderzyła w niego chaotyczna wiedza, nie posiadał się z radości, choć wiedział, że nie będzie zdolny do jej przetworzenia. Traktował to jako swoistą obietnicę. Chciał więcej. Upatrywał w Anemetiusie nadzieję na życie, jakie zawsze chciał wieść. Jego myśli w prosty sposób skierowały się ku wizjom nieprzejednanej władzy, którą będzie sprawował. Ekscytacja, uniesienie, ciekawość i dziękczynienie niosły go ku istocie, której się oddał.

//Jeżeli chciałbyś dowiedzieć się czegoś konkretnego z informacji, które posiadł właśnie Anemetius, to zapraszam na standardowe kanały – do tematu „Pytania”, na PW lub GG, gdzie możemy pogadać o interesujących Cię rzeczach.

Wróć do „Autonomia Wolenvain”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 18 użytkowników online :: 2 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 16 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Kerra z Derinu, Kerreos
Liczba postów: 52217
Liczba tematów: 2975
Liczba użytkowników: 1049
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: katrost
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.