Biała Twierdza

Najważniejszy obszar, na którym toczy się gra. Autonomia to zamieszkane głównie przez ludzi państwo podzielone na pięć prowincji ze stolicami w Wolenvain, Derinie, Morinhtarze, Minaloit i Aparilume. Czytaj więcej…
Awatar użytkownika
Anemetius
Posty: 563
Rejestracja: 25 sie 2012, 00:40
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2150#33472

Biała Twierdza

04 lut 2011, 00:00

//Opis lokacji zrewidowany, poprawiony i uzupełniony przez Infiego.
Na przełomie pierwszego i drugiego wieku Ery Feniksa, kiedy to Autonomia Wolenvain gwałtownie rozszerzała swe granice, zaistniała ogromna potrzeba wybudowania nowych fortyfikacji. Biała Twierdza była jedną z pierwszych tego typu struktur. Przyszła twierdza miała stać się głównym punktem oporu w razie ataku od wschodu oraz linią zaopatrzeniową, jeżeli stolica zostałaby zaatakowana od zachodu. Plany zaczęto kreślić za panowania króla Sertosa II Burzliwego. W myśl budowniczych mino zastosować najnowsze zastosowania inżynieryjne, wznieść potężne baszty, podwójną linię murów, szeroką fosę oraz wiele innych udogodnień. Niestety liczne prowadzone wówczas wojny oraz słaba sytuacja finansowa państwa odwlekły realizację planów, powodując także ich znaczne okrojenie. Dopiero pod koniec życia monarchy zaczęto stawiać pierwsze fundamenty. Nigdy jednak król Sertos nie ujrzał skończonej budowli. Dopiero jego prawnuk, król Almad Mądry ukończył dzieło przodków według własnego pomysłu. Znacząco ograniczył rozmiar na rzecz zwiększenia efektywności obrony. W ostatecznej formie wielkość fortyfikacji była nie większa niż średnia, lecz potencjał defensywny znaczący i to ucieszyło króla. Niestety, twierdza udowodniła swoją przydatność jedynie kilka razy, podczas małych, lokalnych wojenek. Wraz z biegiem czasu i ustabilizowaniem sytuacji na granicach przydatność budowli zmalała jeszcze bardziej. Jej utrzymanie stało się zbyt drogie. Okoliczne ziemie oraz samą włość nadano rodowi Stilona. Ten jednak szybko zrzekł się własności na rzecz innego szlacheckiego rodu. Chodziła legenda, że który ród przyjmie na swe barki obowiązek utrzymania twierdzy, ten ostatecznie upadnie. I tak – twierdza przechodziła z rąk do rąk niczym niechciane dziecko. W końcu została porzucona, oficjalnie znajdując się w rękach dynastii królewskiej, która kompletnie straciła nią zainteresowanie.

W późniejszych latach Biała Twierdza stała się domem dla niedużej grupki ekstremistów mających na celu obalenie wybranej w 410EF królowej Nikol, znaną w spisanej historii Autonomii Wolenvain jako Nikol Złamana. Ich sukcesy były jednak nikłe, a ich szybkie wykrycie zakończyło się krótką bitwą. Po stronie korony stanęli tacy bohaterowie, jak Gałgar z Czarnośpiewu, Sergiusz Amrotu i Elatorn, ówczesny dyplomata Wolenvain. Od tamtego momentu budowla stała pusta.



Biała Twierdza zawdzięcza swą nazwę białemu kamieniowi, z którego wykonano jej siedmiometrowe mury. Oczywiście obecnie żadnego śladu po owej bieli nie było widać. Kamień był zmurszały, wykruszony, zarośnięty bluszczem oraz trawą. Już przechodząc przez jedyną bramę można było zauważyć, że to miejsce swe lata świetności ma dawno za sobą. Wygięta i osmalona stalowa krata była tego najlepszym przykładem. Dziedziniec nie był imponujących rozmiarów, zaś wysokie mury rzucały nań długi cień. Na prawo od wejścia widać było zadaszenie i drzwi prowadzące do niewielkiej, zniszczonej stajni, w której można kiedyś mieściło się z pewnością jakieś piętnaście rosłych rumaków. Naprzeciwko stajni znajdowała się przybudówka z wystającym zeń szyldem. Zmurszałe, trudne do odczytania litery układały się w nazwę "Pod Ślepym Ścierwem". Z pewnością wewnątrz niegdyś znajdowała się stanowiąca centrum rozrywki stacjonujących tu żołnierzy karczma. W jej środku nie było nic ponad połamane ławy, strzaskane krzesła, popękane kufle i górę innego śmiecia. Tuż obok karczmy, w zagłębieniu pomiędzy dwoma basztami ujrzeć można było dwupiętrową zbrojownię o sypiącym się, czerwonym dachu. Wewnątrz nie znajdowały się tylko puste stojaki i zepsute kukły ćwiczebne. Wzdłuż wschodniego muru ciągnął się budynek mieszkalny wysoki niemal jak same mury. Jego dach położony był pod dużym kątem, przez co znacząca część jego dachówek po wielu latach, jakie upłynęły od ostatniej konserwacji najzwyczajniej w świecie spadła na dziedziniec. Nieco dalej widać było pięć drewnianych tarcz strzeleckich. W jedną z nich ktoś dawno temu wbił teraz już zardzewiały topór, przecinając ją niemal na pół. Wewnątrz twierdzy – w głównym, murowanym budynku stanowiącym ostatnią linię obrony – znajdowało się wiele pustych pomieszczeń oraz przepastna piwnica. Długie korytarze milczały upiornie, a jedynym ich mieszkańcem był świszczący tutaj od czasu do czasu wiatr.

Obecnie ta lokacja jest pusta.
Awatar użytkownika
Anemetius
Posty: 563
Rejestracja: 25 sie 2012, 00:40
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2150#33472

01 sie 2016, 02:11

Dowiadując się tego co wiedział mag doznał wglądu w najważniejsze i najpilniejsze kwestie polityczne tej krainy. Chociaż jego nadrzędnym celem nie była sama władza dla władzy to znajdował zmagania śmiertelników za interesujące, pouczające i dające wiele możliwości dla własnego rozwoju. Moc potrafi przybrać różną postać. Nie zawsze musi się ona objawiać jako dusza świata, energia przepełniająca wyższą sztukę. Czasami przyjmuje ona prymitywniejsze formy, lecz wszystko miało swoje miejsce i czas w wielkim akcie. Moment powoli się zbliżał, ale wciąż było wiele niepewności. Wciąż musiał rozważyć liczne ścieżki. Oddać się głębokiej kontemplacji. Dopiero wówczas podejmie decyzję czy angażować się w nadciągającą burzę. Oh, nie przeczył że nie miał w niej swojego udziału – za sprawą incydentu z demonem poruszył wiele drażliwych fragmentów – jednakże w oczach ascendentach wszystko stanowiło eksperyment. Czynił co czynił, ponieważ pragnął doznać. Zrozumieć, przeżyć i doświadczyć.

- Pośród nas jest dziecko. Dziewczynka. – zwrócił się do maga od razu przechodząc do konkretów. Czas był cenny i nie mogli go marnować. – Obdarzona silnym talentem, ale wciąż młoda i niedoświadczona. Będziesz ją uczył podstaw i zwracał na nią szczególną uwagę, a ja zaznajamiał ciebie z wyższymi aspektami sztuk. Każdego dnia, od wschodu słońca po moment, aż stanie najwyżej na nieboskłonie będziesz razem z nią przybywał do komnaty w baszcie. Tam będzie odbywał się wasz trening. Każdy indywidualny przystosowany do waszych potrzeb oraz możliwości. Będziemy zagłębiać się w odmęty magii celem obudzenia waszych dusz. Wzniesienia ich na wyżyny możliwości, ażeby wasza potęga rosła, a dzięki niej rosła i moja. Na wieczór, przed spoczynkiem będziecie oddawać mi tyle mocy ile tylko możecie, by wasze ciało, dusza i umysł przyzwyczaiły się do wysiłku, zaakceptowały go i tym samym się przystosowały, wymuszając na was ewolucję. Rozwiniecie się. Będzie to trudny, może nawet bolesny proces, lecz jego ukoronowaniem będzie potęga.

Przerwał dając mężczyźnie czas na przeanalizowanie tych wiadomości.

- Towarzyszyć nam będzie kolejna istota, podobna mnie, lecz mniej zaznajomiona z tym światem. Również będzie uczestniczyć w całym procesie, jednakże pod moim uważnym nadzorem. – Przesyłając te myśli do magistra przekazywał wszystko jednocześnie Eoetrimoniusowi, tłumacząc mu, że jest na razie zbyt niezaznajomionym w ludzkimi umysłami, aby móc samemu wykonywać tego typu czynności. Z czasem to się jednak zmieni, zapewnił go. – Gdy słońce zejdzie z najwyższego punktu dziewczynka odejdzie na spoczynek, nasza trójka zaś przejdzie do procesu, który nazwałem Spojrzeniem. Dokładny opis rytuału, nad którym będziemy pracować podam ci jednak dopiero jutro, kiedy się spotkamy na pierwszy trening o świcie. Resztę tego dnia spędź nad medytacją tego, czego się tu dowiedziałeś.

Tymi słowami dał znak magistrowi, że jest wolnym i może odejść. Powrócił do podziemi twierdzy, gdzie przebywał Eoetrimonius i dyskutując z uczniem na temat obecnych wydarzeń, jego odczuć, pomysłów, wrażeń, a także wdając się w filozoficzną dysputę o naturze magii spędził czas aż do wczesnego świtu. Zarazem nie spuszczał swego "wzroku" z żadnego z nowych domowników fortecy. Gdy tylko słońce się wyjawiło zza horyzontu podążył ku baszcie oczekując.

Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3792
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

The Exit

04 sie 2016, 20:56

MG

Chciał wiedzieć wiele, ale nie potrafił wyrazić swoich pytań w konkretny sposób. Miał wiele wątpliwości, o których już mówił swojemu mistrzowi i które nadal żywił, jeszcze pogłębione, nawet mimo swego występku. Dopuszczając się tak chaotycznego uwolnienia odczuć w postaci aury, która zmieniła początkowe nastawienie trzódki Marraenta, złamał swe zasady. Nie krył jednak swego wstydu, emanował nim i odnajdywał w szczerości swą siłę, oczekując również podobnej szczerości od wszystkich, z którymi się kontaktował. Dopytywał jednak przede wszystkim, czym ci nowi ludzie różnią się od wygłodzonych, zamkniętych w podziemiach zamku chłopów. Dlaczego otrzymali łaskę, podczas gdy tamci stali się obiektami bezsensowych, nieprowadzących do niczego i porzuconych w połowie eksperymentów. Nie rozumiał świata, w którym się znajdował, nie pojmował motywacji swego mistrza i o ile uczył się tego wszystkiego, z chwili na chwilę stając się istotą coraz bardziej sprzężoną z Lewiatanem, bardziej skomplikowane zagadnienia sprawiały mu trudność. Podstawy jego nowej osobowości były już ukształtowane, acz nie były to podstawy całkowicie zdrowe. To, co zobaczył po pojawieniu się na tym świecie nie pozwalały na zachowanie klasycznie rozumianej poczytalności. Czy jednak można było o niej mówić w przypadku tego rodzaju istot?

Chociaż jego jestestwo zostało stłumione, trudne w tym momencie do wykrycia i stłamszone przez nowe otoczenie jak i samego Anemetiusa, sama jego natura uniemożliwiała mu pojęcie pewnych kwestii. Był niczym dziecko, nie wiedząc nic o sprawach dla swego mistrza oczywistych. Eoetrimonius był skonfundowany, szczególnie, że spotkał się z mało wylewnym przywitaniem od strony swego wyniesionego, przybranego ojca. Ten ostatni czekał przede wszystkim na poranek, a gdy ten nadszedł, zostawił swego ucznia i podążył do baszty. Zarówno dziewczynka jak i magister zjawili się na miejscu o umówionej porze. Wszyscy mieszkańcy zamku zaczynali się już budzić. Ich praca dnia poprzedniego prowadziła ku uczynieniu ich nowego lokum bardziej przyjaznym. Sprzątali, układali rzeczy, znajdowali pozostałości po dawnych lokatorach Białej Twierdzy. Robili, co do nich należało, ciągle pouczani i doglądani przez natchnionego słowami i widokiem Anemetiusa kapłana.

Ludzie w piwnicach ponownie posłyszeli harmider, jaki niósł się wraz z wykonywanymi pracami. Poczęli wołać, wzywać pomocy i robić wszystko, co w ich nikłej mocy, by zwrócić na siebie uwagę. Kapłan starał się opanować sytuację na górze, jednak widać było zwątpienie w twarzach mężów i niewiast stojących przed nim. Już wcześniej kilka razy musiał osobiście wyprowadzać ciekawskie dzieci z korytarza prowadzącego do lochów, jednak teraz wyglądało na to, że do podziemi chce zejść kilku dorosłych ochotników.

Mniej więcej w tym samym momencie zmieniła się sytuacja tej cząstki Anemetiusa, która nadal pozostawała w Czeluści. Pomniejsze demony opuściły ją, pozostawiając samotnie w magicznej klatce na środku budzącego jego irracjonalną odrazę pustkowia. Coś podpowiadało mu, że powinien spróbować się wyrwać, a układ, jaki zawarł z tutejszą potęgą, nie jest mu na rękę. Pragnął przecież potęgi, a dostał ledwie ochłap, czy gorzej – obietnicę ochłapu. Wiedział, że jest w stanie dużo tutaj namieszać, że ma dość siły, bo spróbować wywalczyć, to co mu się należy. Być może ostatecznie osiągnąć pozycję tego, który przedstawił mu się jako Dahnik. Specyfika miejsca, w którym się znajdował, mocno wpłynęła na jego umysł. Pragnął zwyciężać, okrutnie zmiażdżyć wszystkich tych, którzy z niego zakpili.

Trudno mu było się z tego powodu skupić na wydarzeniach, które właśnie rozpoczynały swój bieg w baszcie obranej jako miejsce szkoleń obdarzonej talentem magicznym dziewczynki.

Awatar użytkownika
Anemetius
Posty: 563
Rejestracja: 25 sie 2012, 00:40
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2150#33472

05 sie 2016, 01:25

Chaos

.

Tylko ta siła otaczała jaźń ascendenta uwięzionego w Czeluści. Pogrążony w głębokiej medytacji izolował się od wszelkich bodźców, lecz co jakiś czas pewien element przenikał przez jego osłony. Cząstka po cząstce te obce cząstki, manifestacje demonicznej natury łączyły się w nim. Przekształcały go. Czy powinien z tym walczyć? Czy też może przyjąć to nowe oblicze jako kolejny składnik swego wyniesionego jestestwa? Wszakże czyż nie szukał idealności? Absolutu? A czymże jest absolut, jeśli nie harmonią przeciwieństw? Ciemnością i światłością. Ładem i Chaosem. Zastanawiał się. Czynił to tak długo, że jego oponenci najwyraźniej stracili zainteresowanie i odeszli. Bezmyślne bestie, pomyślał z narastającą goryczą. Jak śmią?

Jak śmią sprzeciwiać się mu? Anemetiusowi? Ascendentowi Nowej Ery? Wyniesionemu spośród wszystkich śmiertelników? Robaki, słabeusze – nienawiść zaczęła wypełzać z niego niby żarłoczny pasożyt, który nasyciwszy się zaczął szukać kolejnej ofiary. Jak można marnować taką moc w celu pustej destrukcji? Mając takie możliwości jak można dopuścić, by kraina którą się włada przypominała umarłe pustkowie? Gdzie piękno? Gdzie idea? Gdzie sztuka, przez którą przemawia dusza? Tu nie było nic.

A oni drwili z niego. Z Dahnikiem na czele.

Począł czuć wyłącznie chęć zemsty. Czystego zniszczenia.

Wybudził się z medytacji posyłając swój telepatyczny ryk wściekłości we wszystkie zakątki tej krainy. Jego dotychczas skupiona w niewielką kulę forma rozszerzyła się gwałtownie, a jej złocisty blask zblakł przeradzając się w głęboką, krwistą poświatę.

Naparł na otaczającą go barierę z gniewem tak potężnym, iż zdawał się on manifestować w jego samej istocie. Wyciągnął swe mistyczne macki pragnąć mocy i wbijając je w powłokę swego więzienia niby kły wygłodniałego drapieżnika, który rzuca się na swą ofiarę. Wchłonąć wszystko. Posiąść wszystko. Swą wolą starał się przeniknąć przez wolę potężnego demona odcinając go od magicznej bariery, którą podtrzymywał. Napierałby na jego umysł własnym, stawiając przeciwko jego wściekłości własną, wzywając wszelkie bodźce i emocje, czyniąc najczystszy chaos.

Ponieważ stanowili pionki – odpowiedział na wątpliwości swojego ucznia Anemetius przebywający w Białej Twierdzy. Istotami prawdziwie pełnymi są ci, którzy są zdolni odczuwać wielką pieśń, duszę wszechświata, magię. Ci, którzy tego nie potrafią służą jedynie za formę przejściową. Są niczym liście. Liczni i widoczni, ale bez znaczenia. Najważniejszy jest korzeń, ukryty w ziemi i stanowiący rdzeń drzewa. Wykorzystałem ich w pewnym celu, posiadłem wiedzę na temat ich biologicznych ciał i przestali być użyteczni. Taki jest los słabych. Ulegają silnym. Pragnę to zmienić, ale żadna zmiana nie może przebiec bez przemocy. Nikt nie poświęci się na ołtarzu idei dobrowolnie. Oh, wielu śmiertelników powtarza te banały, mój drogi, jednak w głębi serca liczą się tylko oni. Dbają tylko o siebie. Taka jest natura tego świata. Ja mam zamiar to zmienić. Wszystko stanie się Jednością. Wielką unią myśli, dusz, lecz to jest element ostateczny, koniec drogi. Wtedy kiedy stanę się absolutem, Jednością, wszystko będzie żyć we mnie w sposób doskonały i we mnie się odradzać. Do tego czasu musimy przestrzegać okrutnych reguł tego świata. A reguły są takie, że nie ma żadnych reguł. Nie obawiaj się o losy poległych. W Jedności znajdą wybawienie. We mnie błogosławieństwo.

Wierząc że to da jego podopiecznemu do myślenia skierował swoją uwagę ku mężczyzną chcącym wejść do podziemi. Wieśniacy przetrzymywani w piwnicach spełnili swoje zadanie, w pewnym aspekcie. Odnajdując każdego z nich sięgnął ku nim i błyskawicznie skręcił im karki kończąc ich cierpienia. Powinien to uczynić znacznie wcześniej.

- Kapłanie – zwróciłby się do Marraenta delikatnie. – Nadszedł czas byś poznał co czaiło się w piwnicach. Byli to ludzie opętani przez demona. Ich ciała zmasakrowane, umysły zniszczone, pragnąłem oszczędzić wam tego widoku i nadal pragnę. Proszę, odwiedź piątkę mężów od ich zamiaru sprawdzenia piwnic. Wytłumacz im, iż Pani odwróciła się od tamtych nieszczęśników, ponieważ zwątpili. I niech to będzie dla wszystkich nauczka oraz przestroga. Prawdziwe zbawienie można znaleźć w Świetlistej poprzez mnie. Wiara będzie waszym orężem i tarczą.
Pozostawała kwestia usunięcia ciał. Tym zajmie się nocą wykorzystując je w ostatnim eksperymencie.

Właściwa część Anemetiusa unosiła się pod sufitem komnaty znajdującej się w baszcie. Okrągłe pomieszczenie było puste i pogrążone w lekkim półmroku, który jednak rozświetlał jego blask. Sięgnąwszy magią ku posadzce wytworzył malutki punkcik czystej energii, który przybrał kształt ostrza o lekko zaokrąglonym sztychu. Jednym, pewnym ruchem, muskając minimalnie posadzkę i wkładając w to minimalną ilość energii zakreślił okrąg.

- Krąg symbolizuje pełność – przemówiłby do maga i dziewczynki, odpowiednio ograniczając swoją aurę tak, aby nie uszkodzić delikatnego umysłu młodej śmiertelniczki. – To podstawa. To Jedność. W niej wszystko się zawiera. Wszyscy nią jesteśmy, chociaż trudno to sobie początkowo uświadomić. Stańcie na ramieniu okręgu, jeden naprzeciw drugiego. Dziewczynka z przodu, ty magu za mną. Dobrze. Teraz wezwę czwartą istotę, która dopełni kręgu i będziemy mogli rozpocząć.

Poczekał na przybycie Eoetrimoniusa. Gdy się zjawił opuścił środek kręgu i zmieniając swą postać w czysto humanoidalną bez żadnych oznak płci czy rysów stanąłby na wschodnim ramieniu okręgu. Eoetrimoniusowi nakazałby zaś zająć miejsce naprzeciw niego po zachodniej stronie ramienia kręgu, prosząc go o przyjęcie podobnej, humanoidalnej sylwetki. Było to proste, wizualne ułatwienie dla najmłodszego członka ich zgrupowania.

- A teraz – oznajmiłby Anemetius uroczyście unosząc ręce nad głowę. – Otwórzcie swoje myśli. Wyczyśćcie je. Niech zabarwi je pieśń ciszy. Niechaj esencje waszej duszy odsłonią się.

Oczywistym było, iż dziewczynka z trudem byłaby w stanie pojąć jego słowa, nie mówiąc już o wykonywaniu poleceń. Ale to była część planu. Zwróciłby się do maga oraz Eoetrimoniusa.

- Oto ten moment. Ta dziewczynka posiada potężny dar, ale my nie mamy czasu ani możliwości by go powoli z niej wydobyć. Nauka śmiertelników arkan magii wymaga czasu, długiego czasu. Na dodatek jej umysł jest młody. Niezdolny do pojęcia zawikłań, których od niej będziemy oczekiwać. Zwykłe metody na nic nam się tu nie zdadzą. Dlatego też ukształtuję jej umysł. Sięgną ku jej duszy, otworzę ją i wyzwolę. Przeleję w nią swoje doświadczenie. Zrozumie świat, jego naturę oraz nasz cel. Ukształtuję ją. Będzie młoda ciałem, ale umysłem posiadać będzie dojrzałość dorosłej, doświadczonej przez życie osoby. Stanie się pierwszą z nowego rodzaju człowieczego. O ile przeżyje. Wy będziecie stanowić asystę. Nie wtrącajcie się. Otwórzcie swoje zmysły i uczcie się. Poznawajcie, rozumujcie, ale nie ingerujcie. Ujrzycie prawdziwą magię.

Skończywszy przemawiać zacząłby.

Najpierw należało wniknąć do świadomości dziewczynki. Przybierając odpowiednią aurę, emanującą spokojem i czystą dobrocią przekonywałby ją posyłając uspakajające bodźce oraz słowa. Zagłębiając się wypełniałby jej umysł samymi szczęśliwymi chwilami, a jeżeli tych nie było to przywoływałby ich iluzje. Cały czas by ją uspakajał, zarazem przyswajając do styczności z magią. Ostrożnie przesyłałby ku niej własne doświadczenie, poglądy, spostrzeżenia, doświadczenie wydobyte z lat życia jako elf. Czyniłby ją zaznajomioną ze światem. Wypleniłby z niej dziecięcą niewinność oraz naiwność. Wraz z postępem prac manipulowałby także aurą, by ta odzwierciedlała stan jej mentalnego zrozumienia. Zaznajamiałby ją także z podstawami magii. Nie było możliwości uczynić z niej potężnej magiczki tym sposobem, ale zdolną uczennicę jak najbardziej. Musiała w podstawowym poziomie zrozumieć naturę magii i moc jaką w sobie nosi. Ukazywałby jej potęgę jaka kryje się w jej umyśle. W jaki sposób można kształtować rzeczywistość własną wolą. Co to znaczy być prawdziwym magiem. Zbliżając się do jej duszy, klucza jej potęgi, która buzowała, drżałby z ekscytacji. Czy tak czynili bogowie tworząc życie? Czy stawał się im bliski? Z największą delikatnością, niczym artysta rzeźbiący oblicze w kamieniu pobudziłby jej dar. Uwolnij się. Przebudź. Niech ta dusza odrodzi się w pełni świadoma własnych możliwości! Przeniknij osnowy, wymiary i przestrzeń i niechaj się stanie. Odrywając od siebie element samego siebie posłałby ten fragment ku jej wnętrzu, ku centrum duszy, samej esencji tego życia. Niewielki fragment własnej istoty, które było niczym nasienie rzucone w żyzną glebę. Powstaniesz jako moje dziecię. Z czasem zrozumiesz swoje dziedzictwo. Z czasem to nasienie wyda plony. Odmienisz się. Staniesz się córką ascendenta, zrodzoną poprzez magię, przez nią ukształtowaną, odmienioną, pełną. Twoja dusza i fragment mojej, niech się złączą i powołają do istnienia nową, odmienioną istotę. Czekam na ciebie, moje dziecię. Przybywaj do mnie. Na wszelkie moce zaklinam cię. Obudź się! Obudź się i przejrzyj na świat w pełni! W Jedności!

Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3792
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

Crimson Highway

12 sie 2016, 21:59

MG

Napierał na ściany swego magicznego więzienia z całą mocą, na jaką było go stać. A było jej niemało. Jego potężny umysł pozwalał kierować magiczną siłę z ogromną precyzją. Chociaż powodowane silnymi, negatywnymi emocjami, jego działanie dalekie było od bezmyślnego uderzania w kraty. Wykorzystywanie magicznej percepcji do jak najlepszego rozwiązania problemu weszło mu w krew, korzystał z niej niemal podświadomie, nie musząc zastanawiać się, co robić. Nauczył się chodzić, ale nie biegać. Póki co wystarczało, chociaż wiedział, że musi ostrożnie stawać swoje stopy. Wiedział, że więżąca go energia musi wreszcie puścić, a gdy to nastąpiło, nie posiadał się z radości. Był to triumf kogoś, kto wygrał agresywną bójkę, kogoś, kto natarł na swego przeciwnika z zimną furią i ostatecznie zwyciężył. Dahnik przez cały czas nie dał mu jednak satysfakcji. Nie zetknął z nim swego umysłu. Ascendentowi przyszło walczyć wyłącznie z wytworem demona, nie zaś z nim samym.

Uwolniony Anemetius przetoczył się przez pustkowie, na którym zawitał w Czeluści. Podłoże drżało i niszczało pod jego wpływem, a on, w zawrotnej prędkości, przesuwał się po powierzchni świata znanego tylko z podań i przysłów. Wreszcie stanął przed nim pan tej jego części. Anemetius powstrzymał swój ruch, kipiąc przed Dahnikiem swoim szałem.

– Nie doceniłem cię – przekazał demon, po raz pierwszy zniżając się do najprostszej formy telepatii, przekazując wyłącznie coś na wzór słów. Było to w jego wykonaniu machinalne, naturalne, a przesyłając zdania, posługiwał się uniwersalnym językiem odczuć. Mimo tego przekaz był jaśniejszy niż jakikolwiek przejaw werbalnej komunikacji. W jego „głosie” nie pobrzmiewała kpina, jakby rzeczywiście dostrzegł niniejszym potęgę swego przeciwnika. Nie wydawało się też, żeby traktował go jak kogoś, kto stał się zbędny i kogo należy się pozbyć. – Mam wielu potężnych wrogów. Nie jesteś jednym z nich – wysłał, będąc pewny swego. Właściwie miał rację. Anemetius był wściekły z powodu ignorancji Dahnika, który potraktował go pobłażliwie, niezgodnie z tym, na co ascendent zasługiwał. Wydawało się, że demon pragnie naprawić swój błąd. Jego słowa jasno sugerowały, że zebrał już informacje na temat Anemetiusa i że jest skłonny mu w jakimś stopniu zaufać. O ile można było tak mówić opisując zamiary jednego z mitycznych władców Czeluści, istoty, która miała za sobą eony i legiony.

Opamiętanie przyszło jednak odrobinę zbyt późno. Przekazane kapłanowi Świątyni Światła słowa były gniewne, jakby ucieleśnienie jego bogini żachnęło się przed nim, niechętnie tłumacząc swoje motywy. Krew poszła z lewej dziurki Marraenta, gdy ten padł na kolana w obliczu swego objawienia. Począł żarliwie się modlić, a gdy mężczyźni, których powstrzymywał od wejścia do piwnicy, zoczyli jego zachowanie, zmieszali się i wkrótce dołączyli do jego starań. Wspólnie odzyskali spokój ducha i oddalili się do swych obowiązków. Kapłan pouczył ich o nieskończonej mądrości pana tego miejsca zesłanego bezpośrednio przez Protektorkę Dusz. Nie powiedział, co znajduje się w podziemiach zamku, ale poinformował, że rozegrała się tam walka z nieczystymi siłami, która została dzisiaj wygrana. Nakazał przekazanie tych słów pozostałym oraz ustalił porę ceremonii ku czci Lorven. Chciał odprawić ją przy naprędce przygotowanym ołtarzu, w malutkim pomieszczeniu stanowiącym niegdyś kapliczkę Białej Twierdzy. Wydawało się, że pierwszy problem małej społeczności zamku został rozwiązany.

Gniew Anemetiusa przeniósł się na obie jego formy. Nie był cierpliwy, gdy przyszło do rozpoczęcia lekcji udzielanej jego uczniom. Eoetrimonius zrozumiał swą sytuację, nie drążąc więcej nurtujących go tematów. Wiedział, że nie znajduje się teraz w centrum zainteresowania swego mistrza i jest ku temu dobry powód. Nie wtrącał się, maskował swoją aurę i intensywnie myślał nad tym, czego się dowiedział. A dowiadywał się ostatnio wiele. Przetrawienie wszystkich tych informacji musiało kosztować go wiele, ale nie zwrócił się o pomoc do swego mistrza. Wiedział, że przyjdzie jeszcze czas na jego pytania.

Gdy jednak przyszło ascendentowi wniknąć w umysł dziewczynki, musiał popełnić zbyt wiele błędów. Być może brakowało mu praktycznej wiedzy na ten temat, ale bardziej niż siebie mógł obwinić za to wszystko Dahnika i frustrację, jaką w nim wywołał.

Mała osóbka zemdlała, drgając w konwulsjach; nikogo, kto mógłby jej pomóc. Magister Sztuk Tajemnych chłonął całe to wątpliwe widowisko całym sobą, tak, jak nakazał mu Anemetius. Eoetrimonius również nie ruszył się z miejsca, nie uznając takiego obrotu spraw za niekorzystny. W czasie, gdy dziewczynka drgała, uchodziła z niej magia. Jej umysł skorzystał z niej nieświadomie, niesiony rozkazem ascendenta, pobudzony aurami znajdujących się w pomieszczeniu istot. Wszedł w katatoniczny stan, w którym jeszcze nigdy się nie znajdował, sięgając w miejsca, w które jeszcze nigdy nie sięgnął. Nieliczne sprzęty znajdujące się w baszcie poczęły drgać silnie, trzeszcząc przy tym i rozpadając się. Anemetius poczuł coś niezwykłego.

Dziewczynka czerpała odrobinę z jego istoty. Ubytek magii był nieznaczny, ale jasno sugerował, że jego uczennica, zupełnie o tym nie wiedząc, korzystała z bardzo wysokiej formy magii. Sama z pewnością nie byłaby w stanie wytworzyć tyle mocy, by choćby przez chwilę poruszyć małym stołkiem. Tutaj zaś drgały coraz silniej wszystkie meble, ich szczątki i elementy.

Sądząc po minie Magistra, on też to poczuł. Rozglądął się z niepokojem, niepewny, co czynić. Wytrwał na swym miejscu. Eoetrimonius był natomiast całkowicie, nienaturalnie wręcz spokojny.

Awatar użytkownika
Anemetius
Posty: 563
Rejestracja: 25 sie 2012, 00:40
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2150#33472

13 sie 2016, 05:34

Niezaprzeczalnym stawało się, iż coraz sprawniej przychodziło mu operowanie mocą. Już nawet nie musiał oblekać swoich czynów w myśl. One same się działy, intuicyjnie, wychodząc z samego jego wnętrza. To była czysta wola, która pragnęła i przeistaczała otaczającą rzeczywistość w miarę możliwości. A te zwiększały się. Następowały w nim zmiany. Rozwijał się. Ewoluował. Ale to za mało. Więcej, potrzebował więcej. Potęga jego jestestwa dopiero nabierała kształtów. Formowała się w wielkim splocie istnienia. Jego czas dopiero miał nadejść.

Pomimo gniewu nie był nim zaślepiony. Nienawiść, mimo iż wżarła się głęboko, nie panowała nad nim. Te uczucia, stany, emocje, były tylko częścią. Jedną z wielu. A on panem.

Stając przed demonem i przyjmując jego przekaz zamyślił się.

Niepotrzebne mu były pochlebstwa. Znał swoją moc i możliwości, ale walka z Dahnikiem w tym miejscu byłaby przegrana. Nie mógł wygrać. Mógł mu zaszkodzić, w ten czy inny sposób, ale demoniczny pan był suwerenem tego wymiaru. Był on mu posłuszny, znał go. Dysponował także znacznie większymi pokładami mocy.

Układanie się z demonem wiązało się z wieloma niebezpieczeństwami, lecz także i możliwościami. Poza tym nie zapomniał o swojej skrytej przysiędze. Demon nie był jego sojusznikiem, nie w pełni, mógł być tylko użyteczną figurę. Nigdy mu nie zaufa, nieważne czego by nie uczynił. W naturze tych istot była zdrada. Raz już popełnił ten błąd. Wyciągnął z niej nauczkę. Pogrążony w myślach, oczywiście czujny na wszelką próbę sondowania ze strony Dahnika, doznał olśnienia. A gdyby tak …? Tak, to się może udać. Należy tylko to dobrze rozegrać.

- Ani ty moim – odparłby natychmiast tłumiąc wszelką agresję i przywołując idealny, niezaburzony spokój. Stan tak czysty, że można byłoby go określić definicją pojęcia neutralności. – Nie pragnę twoich przeprosin, nie chcę wracać do naszego małego nieporozumienia. To nieistotne. Co się liczy to przyszłość, która stworzyła dla nas idealną okazję.

Dałby moment demonowi na przemyślenie tych nowych informacji. O jakiej okazji mógłby mówić Anemetius, z pewnością zaprzątało myśli demona. Czy mógł wiedzieć o czymś, co umknęłoby potężnemu władcy Czeluści? Sam ascendent nie mógł być pewien, że ma wyłączność na tę wiedzę, jednak nie sądził, aby Dahnik marnował swoje zasoby na tworzenie siatki szpiegującej politykę Autonomii.

- W państwie śmiertelnych, gdzie obecnie przebywam szykuje się zjazd szlachty i wybór króla. Dla nas nie ma to znaczenia, jako że nasze intencje leżą gdzieś indziej, ale wysłuchaj mnie i zastanów się, Dahniku. Otwórz swój umysł, sięgnij poza teraźniejszość. Gdybyśmy, wspólnymi siłami, osadzili na tronie kogoś, kto miałby na uwadze nasz wspólny interes … moglibyśmy zyskać bardzo wiele. Potajemny kult demonów w sercu królestwa śmiertelników. Ziarno, które z czasem, pod moją egidą, będzie dojrzewać. Oh, z pewnością natrafilibyśmy na opór, ale ze mną w cieniu tronu wszelka szlachta uległaby naszemu pionkowi na tronie. Ciemny, prosty lud przyjąłby nową religię. To tylko kwestia napełnienia ich żołądków. A jeśli nie o wiarę Ci chodzi, lecz o rozlew krwi to lałaby się strumieniami. Zakon rycerzy w służbie jednej z bogiń dobra już leży niemalże na kolanach. Ja zaś wbiłem klin w tę religię. Słabnie z każdym dniem. Jedynym wrogiem byłby potężny mag, który kieruje magiczną akademią, niejaki Protektor. Z pewnością o nim wiesz. Daj mi możliwości. Wspomóż mnie swoją mocą oraz wiedzą. Oddaj mi pod kontrolę kilka ze swoich licznych sług, a zapewniam cię, że w świecie śmiertelników królem zostanie ten, który będzie wykonywać naszą wolę. Czy jakikolwiek władca Czeluści mógłby się poszczycić takim osiągnięciem? Nie wiem jak było w przeszłości, ale obecnie nikt już o tobie nie pamięta w świecie śmiertelnych, a jeżeli już to jako relikt przeszłości. Demony, nawet jeśli są, to ukryte. Znanym światem władają ludzie. Nie chcesz tego zmienić? Byłbyś pierwszym władcą Czeluści, na usługach którego znajdowałby się władca całego państwa. Pragniesz władać? Pragniesz na nowo wzbudzać grozę w sercach śmiertelnych? Czy też może pozostać tym czym jesteś, odległym wspomnieniem, do którego powracają jedynie żałośni czarnoksiężnicy wyczytawszy o tobie w jakiś starych, zakurzonych woluminach.

Oto była jego oferta na pojednanie. Z pewnością kusząca dla księcia Czeluści. A dla Anemetiusa będąca wielką możliwością. Na zemstę, na moc, na ukształtowanie świata – a przynajmniej jego części – wedle własnej woli. Kto by zwyciężył tę grę oszustw. Książę intryg czy ascendent?

*

Coś zaburzyło proces. Czy to był wpływ z Czeluści? Czy też może błąd był po jego stronie? Prawdą było, iż zagłębiał się w odmęty magii jeszcze niedokładnie przez niego poznanej. Znał strukturę duszy, wiedział czym jest, ale jak powstawała i jak dokładnie nią manipulować? Tego nie wiedział w sposób oczywisty, było to zagadnienie mistyczny, które nawet jemu umykało – jeszcze. Niemniej niezrażony kontynuował. Zabrnął zbyt daleko. Życie dziewczynki wisiało na włosku – gdyby teraz przerwał zapewne zginęłaby. To była operacja, tyle że na samej duszy. Nie mógł przerwać w trakcie.

Przeżyje bądź zginie. Jej los leżał w jego mocy i splotów magii przenikającej wszystko. Musiał zaufać w siebie oraz pieśń. Dostrzegał jednak zmiany. Jej istota uczepiła się niego niczym tonący łapiący się na oślep każdej możliwości ratunku.

Osiągnął spokój, harmonię, zezwalając jej jestestwu wniknąć ku niemu głębiej, znaleźć w nim schronienie.

Przybądź do mnie, moje dziecię. – posłałby jej silną, jasną myśl, która niczym kotwica zostałaby rzucona na głębokie wody.

Ich aury mieszały się. Moc zaczęła wypełniać pomieszczenie. Drewniane elementy znajdujące się wewnątrz baszty unosiły się powoli w powietrzu, niektóre zawisły niby w letargu, inne zaś po prostu eksplodowały posyłając drzazgi we wszystkie strony. To było to! Oznaka interferencji! Moce wiązały się ze sobą. Następowało odsłonięcie samej istoty duszy, a każda, nawet ta najsłabsza, w samym swym rdzeniu, istocie, posiada ukrytą potęgę.

Sięgając głębiej ku duszy dziewczynki czuł bijący od niej żar. Niesamowita światłość wypełniła jego świadomość. Sięgnął po własną moc, dużą jej dawkę, lecz czyniłby to ostrożnie każdą jej cząstkę przepuszczając przez mentalne sito i kontrolując jej bieg. Każdy moment jego nieuwagi mógłby strzaskać tę niewinną, śmiertelną istotę. Minuty stawałyby się godzinami, godziny zaś ciągnęłyby się niby w nieskończoność. Czas nie miał w tym momencie znaczenia. Był czymś zewnętrznym. A proces trwałby dla obu umysłów niby sekundy.

Drgania mocy nabierały na sile. Niektóre kamienie w baszcie zaczęły się niezauważalnie drgać, na paru z nich pojawiły się pęknięcia.

Mając już przygotowaną dawkę wysłałby ją do samego wnętrza duszy dziewczynki wypełniając ją mocą, która miała za zadanie rozbudzić jej istotę. Jej dar był ukryty, głęboko pod skorupą nie tylko niewiedzy, lecz także czynników, których nie można opisać słowami, a może nawet i pojąć. Być może brakowało jej po prostu tego czegoś. Pewnej wrodzonej sprawności, błogosławieństwa losu, bogów, przeznaczenia czy też innej siły, która decyduje o mocy dusz przy ich narodzinach. Ale on to zmieni. Wznieci w niej iskrę, a z niej pożogę!

Moją wolę napełniam cię – rozpocząłby inkantacje zanurzając w duszy dziewczynki swą mentalną dłoń. Struktura, z której się składała nie miała przed nim tajemnic. Byłaby niby glina. A on musiał ją ukształtować. Wyrzeźbić. Nadać kształt. Badając elementy, skupiając na nich maksymalną uwagę i wgląd przestawiałby je wypełniając swoją świadomością oraz dziewczynki. Czyniłby to otwierając jej umysł i czerpiąc z niego wypełniając fragmenty jej duszy zrozumieniem. Moją wolę nadaję ci kształt, młotem mocy uderzyłby w jej duszę jak o kowadło wzbudzając w niej potężne echa. Ciało reagowałoby na każde uderzenie podskakując, z nosa zaczęłaby płynąć niewielka strużka krwi. Coraz większe napięcie aur i mocy przepełniałoby komnatę uchodząc szparkami w murze. Modelując jej duszę tak jak mu podpowiadała pieśń, w którą się wsłuchał kompletnie odcinając od świata zewnętrznego. Istniał tylko on, jarząca dusza dziewczynki oraz wszechobecna magia wplątana w oba ich istnienia niczym żyły, pompując mistyczną krew. Zrozum moc, patrz przez nią na świat, podsyłałby szepty ku jej świadomości, zanurz się w jej lodowate wody i otwórz oczy, ujrzyj istnienie takim, jakim jest. Uwierz, a ta niepojęta moc uniesie się ponad ból, ponad niewiedzę, a wówczas się na nowo odrodzisz. Od ciebie zależy twoja droga, nie jest ona tylko moją. Razem musimy przez nią przejść.

Kolejne uderzenie młota, tym razem to, które już nadawało ostateczny kształt.

Czy dałem ci ponownie narodziny, czy też śmierć? Przemknęło mu przez myśl, gdy wypuścił jej duszę i ostatecznie przelał weń wszystko, co dotychczas czynił. Oślepiający błysk…

Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3792
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

Howl

07 wrz 2016, 21:52

MG

Nawet jeśli obecny dla Anemetiusa wyłącznie w formie niesamowicie silnej aury magicznej Dahnik zainteresował się tym, czego dowiedział się o sytuacji politycznej w Autonomii Wolenvain, nie okazał tego. Okazywał za to inne emocje. Jego metafizyczna brew uniosła się na propozycję ascendenta, by później opaść wraz z drugą w wyrazie gniewu na wspomnienie Świątyni Światła. Demon byłby się nieco rozchmurzył, ale gdy Anemetius śmiało obwieścił, że w świecie ludzi nikt już o Dahniku nie pamięta, ten zirytował się nie na żarty. Powodem nie była jego osobista duma, ale ignorancja tego, z którym rozmawiał. Ignorancja, której był świadomy odkąd posiadł całą zawartość jego umysłu. Ignorancja, przed której popisem ponownie dane było mu stanąć i która go niecierpliwiła. Nie miał jednak właściwej innym demonom skłonności do szybkiego a brutalnego reagowania, więc postanowił inaczej usadzić Anemetiusa na jego miejscu.

Energetyczną istotę zalały wizje wysyłane przez jednego z władców Czeluści. Pokazał mu Khan’Sal, pustynne miasto zbudowane wokół jakiegoś rodzaju budynku sakralnego, jasno opisując go jako wzniesiony ku jego czci. Przeszedł do obrazu samej pustyni, rozpływając się nad nią z niejakim uwielbieniem, jakby była jego ukochaną ojczyzną, domem lub wręcz dzieckiem. Przesłał wizje zbudowanej na piasku wioski z uwijającymi się w niej ludźmi sławiącymi dahnikowe imię. Jasnym stało się, że jeśli obchodzi go cokolwiek, co dzieje się na Lewiatanie, nie jest to Autonomia. Nie ukrywał jednak, że nie tu koncentrował swe działania, choć z pewnością mogłyby mu one zapewnić to, o czym mówił Anemetius. Tak, jak podczas ich pierwszego spotkania, ponownie wyraził swe znużenie niską motywacją ascendenta, którą ten ponownie poświadczył. Tym razem propozycją układu, który Dahnika nie interesował z żadnej strony.

Śmiertelna władza przychodziła i odchodziła, a on był wieczny, zdając sobie sprawę z tego, że jedyna wartość leży w zwiększaniu własnej, wewnętrznej potęgi. Wyszło na jaw, że Dahnik nie jest typem istoty, która lubi oddawać światom swe owoce, woląc je gromadzić. Jeśli byłby szlachcicem, posiadałby mnóstwo pieniędzy, zbieranych od lat przez jego przodków, nie szastałby nimi i wydawałby tylko w celu zwiększenia ich ilości. Tłumaczyło to niewyobrażalną ilość mocy, jaką posiadał. Uspokojony, począł odpowiadać, konkretyzując strumień myśli przesyłany ascendentowi, wplatając w niego słowa i płynnie przechodząc na niższą formę telepatii; nie jednak tak niską, jaką posłużył się w celu ostudzenia gniewu Anemetiusa.

– Wiara, krew i władza. Mam je wszystkie – przekazał, ujmując swego gościa w miażdżące macki swej nieprzeniknionej woli. Zgniatał go swym umysłem, ale tylko na tyle, żeby ukazać mu swą potęgę, nie zaś po to, by mu trwale zaszkodzić. W krytycznych momentach odpuszczał, pozwalał Anemetiusowi wynurzyć się na powierzchnię, by nabrał oddechu przed kolejną torturą. I choć ascendent miał dwie formy, jaźń posiadał jedną, odczuwając katusze w obu światach, co zmusiło go do chwilowego przerwania eksperymentu na Lewiatanie.

Wreszcie wszystko ustąpiło, a cel tego pokazu stał się jasny. Dahnik jasno mówił, że gdyby chciał, mógłby zrobić ze swym energetycznym towarzyszem cokolwiek zechce. W całej swej demonicznej logice zastosował najprostszy sposób na przekazanie, że nie potrzebuje partnerstwa Anemetiusa do osiągnięcia swoich celów i stawianie tego rodzaju propozycji nie było mile widziane. Mimo tego nie zniszczył go, co oznaczało, że do czegoś go jednak potrzebuje. Wyglądało na to, że trzeba się po prostu przyzwyczaić do prowadzenia rozmowy na tym niezwykle brutalnym, absolutnie niepartnerskim poziomie. Dahnik był bez mała doskonałym dyplomatą. Jego przekaz nie mógł być zrozumiany opacznie. Jasno stawiał ascendenta w roli sojusznika, ale znacznie słabszego i istotnego tylko ze względu na cele strategiczne.

– Informacje okazały się przydatne. Za to zostaniesz nagrodzony – dotarło do Anema, gdy opadł kurz po poprzedniej wiadomości. – Wiara, krew i władza. Wybierz – wysłał demon wraz z kilkoma trudniejszymi do uchwycenia wiadomościami. Dotyczyły one ich poprzedniego układu, który w tak lekkomyślny sposób odrzucił ascendent i co do którego zawarcia – mimo przeprosin – nie było ostatecznej pewności. Gdyby wcześniej ascendent bez zastrzeżeń zgodził się na uczestnictwo w planie, poznałby teraz wnioski, które wypłynęły z analizy jego własnego umysłu. Dahnik zasiał wątpliwość. Anemetius nie mógł wiedzieć, czy stracił swoją szansę. Wiedział tylko, że Dahnik chce mu się teraz odwdzięczyć, z pewnością w jakiś pokrętny sposób, inny jednak od tego, o którym mowa była wcześniej.

Nawet, jeśli tamta droga była zamknięta, otwierały się nowe. Nie sposób było nie poddać się ekscytacji. Oczywiście nadal trudno było wyrokować, dlaczego jeden z mitycznych władców Czeluści tak poprowadził sprawę. Jedno było jednakże pewne: nieskorzystanie z jego oferty po raz drugi mogło wyczerpać jego ogromne pokłady cierpliwości i tym samym pogrzebać całe przedsięwzięcie.

Zdolności demona w tym świecie były niezmierzone. Jeżeli Anemetius kiedykolwiek zamierzał zadrżeć o swe istnienie, teraz był po temu moment. Historia jego istnienia w nowej formie pokazywała, że w takich sytuacjach niełatwo było mu trzymać emocje na wodzy. Tym razem był bliżej popełnienia fatalnego kroku niż kiedykolwiek wcześniej. Łatwo było dostrzec najoczywistszą z opcji, która zagwarantowałyby ostateczną śmierć ascendenta. Był to brak wyboru, próba brnięcia w kierunku niemiłym dahnikowi, człowieczych pobudek, których obecność frustrowała go i które dwa razy doprowadziły ich na skraj. Znając jednak demoniczną naturę, Anemetius mógł z całą pewnością stwierdzić, że w samą propozycję Dahnika wplecione były kolejne, potencjalnie szkodliwe skutki.

Niezrażony nieprzewidzianymi konsekwencjami swoich poprzednich czynów oraz faktem, że znajdował się równocześnie w prezencji bytu nie tyle mistycznego, ile traktowanego przez wielu w boskich kategoriach, Anemetius kontynuował swe dzieło na Lewiatanie.

Biorąc fakt uczepienia się jego własnej mocy przez dziewczynkę, na której eksperymentował, za objaw otwarcia się jej duszy, sięgnął ku niej jeszcze silniej. Przemierzając jej umysł potwierdził, że w istocie, jej jaźń znajdowała się w stanie wyższym niż wskazywałby na to naturalny rozwój jej drobnego ciałka. Wiedząc, że metafizyczne badanie jest początkiem do znalezienia esencji każdej istoty, sięgnął głębiej, ku doznaniom, których żaden ludzki język nie potrafił zdefiniować. Zaczął mieszać z nimi swoje własne, doprawiając całość dozą własnej energii magicznej, którą wtłaczał w duszę malutkiej istoty ludzkiej.

Wiedział, że to działa, tracił bowiem kontrolę nad tym, co wysyłał, nie mogąc dłużej wyczuć własnej mocy. Jej rozluźniająca się struktura oznaczałaby w innym wypadku rozproszenie, jednak tutaj było ono zbyt szybkie, następowało zbyt równomiernie i tylko w obszarze oddziaływania aury dziewczynki. Zerwał na ten czas kontakt z oboma światami, wygaszając swe magiczne zmysły i poświęcając wyłącznie swemu celowi. Dusza, z którą się zetknął, uchwyciła się go niczym matczynej spódnicy, a on miał pełną kontrolę nad przepływem informacji oraz mocy. Wydawało się, że wszystko idzie po jego myśli, a dusza dziewczynki wytrzyma cały proces.

Nawet gdyby, jej ciało nie było w stanie. Mózg dziecka powiększył się i pomarszczył, deformując wkrótce w zderzeniu o ściany mocno trzymającej go czaszki, napierając na nią silnie i wypełniając całkowicie. Śmierć dziewczynki była pewna, można było ją tylko obserwować. Anemetius, ślepy na świat zewnętrzny, nie doświadczył horroru, który rozgrywał się przed oczami Magistra Sztuk Tajemnych. Koncentracja mężczyzny spadła, zamknął swój umysł, cofnął o krok i otworzył usta do krzyku.

Czyste światło wypełniło wnętrze dziewczynki, przesączając się do jej najbliższego otoczenia, by wreszcie eksplodować w chaotycznym wybuchu czystej mocy magicznej. Obiekt eksperymentu został rozsmarowany po całym pomieszczeniu. Anemetiusowi i jego uczniowi to nie zagroziło, ale Magister został wyrzucony w powietrze; jego szaty na przedzie zapaliły się, a on sam doznał natychmiastowo potężnych poparzeń. Nie przewidział takiego obrotu spraw i nawet, jeśli zdołałby to zrobić swoją magią, nie zabezpieczył się.

Moc wyrzucona przez rozerwaną duszę dziewczynki szybko się rozpraszała, a po samej esencji nie było już śladu. Nie istniał umysł, w który można byłoby wniknąć, nie było niczego, co można byłoby dalej napełniać wolą i mocą. Do jaźni Anemetiusa trafiły pytania kierowane przez Eoetrimoniusa. Trudne pytania, na które musiał odpowiedzieć, by zachować wątpliwą ostatnimi czasy lojalność swego ucznia.

Awatar użytkownika
Anemetius
Posty: 563
Rejestracja: 25 sie 2012, 00:40
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2150#33472

The Gift Of Evil And Philosopher King

16 wrz 2016, 22:03

A więc taki czeka Ciebie los, Anemetiusie.

Potęga Dahnika była zbyt wielka. Nie mógł mu się oprzeć, ujrzawszy piaski pustyni zrozumiał jakże niewielki był na wielkiej scenie. Zaślepiła Cię ulotna moc, śmiertelny elfie. Tak, jesteś niczym więcej niż dziełem przypadku. Wielka idea, którą w Tobie krążyła okazała się być jedynie kolejnym kłamstwem, które stworzyłeś, aby ukryć się przed prawdą. Czego pragnąłeś w życiu? Tego nigdy nie zrozumiałeś. I to było twoim największym błędem. Twoim przekleństwem. Mierzyłeś wysoko, ponad same nieba. A teraz zostałeś upokorzony przed mocą tego, który budził w tobie metafizyczną odrazę. Jedynym wyjściem było przyjęcie tego zgubnego podarku. Innym była niechybną śmierć, a przecież ona oznacza koniec wszystkiego. Nie, nie możesz zginąć. Nie tu, nie w taki sposób! Los, ta potężna moc, raz jeszcze sobie z ciebie zadrwiła. Ale nadejdzie czas…nadejdzie.

Oferta Dahnika nie była tym, czego poszukiwał. Chciał wiedzy i mocy, ale nie miał wyboru. Czasami należy grać z danymi pionami. Wiara, krew i władza. Ilość znaczeń, które każde to słowo ze sobą niosło było tak rozmaite, iż można byłoby poświęcić im rewolucyjną pracę. Był pewien, że każda z ofert ma haczyk, lecz cóż więcej mógł czynić?

- Wybieram krew – zwróciłby się akceptując przegraną.

Na nic Ci władza, na nic Ci wiara. Plan osadzenia kogoś na tronie był tylko próbą zachęcenia Dahnika. Teraz widzisz dokładnie, iż jest ponad to, tak jak i Ty powinieneś być, właściwie to jesteś, gdyż osobiście nic nie interesuje cię kontrola nad królestwami śmiertelnych. A wiara? Oh, jakimiż głupcem byłeś schodząc do tych śmiertelników i podszywając się za jakiegoś wysłannika ich bóstwa. Ty, który jesteś prawdziwy poddałeś się nieistniejącemu konstruktowi śmiertelników. Żałosne.

Domagał się tylko jednego. Żeby Dahnik wyjawił mu: Po co? Dlaczego mnie potrzebujesz? Dlaczego mimo naszej oczywistej wrogości, nieufności i różnicy w mocy oraz pojmowaniu potrzebujesz mnie albo raczej chcesz mieć jako element swej układanki? Pojmujemy innymi kategoriami, drąży nas zupełnie różna ambicja. Jaki jest twój cel? I jaki jest w nim mój?

*

Rytuał zawiódł. Wszystko zamarło. Blask duszy dziewczynki znikł. Nie słyszał już pieśni. Wspaniała, transcendentalna bliskość uległa zerwaniu. Poczuł się jak wytrącony z pędzącego wozu. Niczym nienarodzone dziecko wyrwane z łona matki. Spadał w nieskończoną przepaść słysząc jedynie ulatujące echo straszliwego krzyku rozrywanej esencji istnienia. Pragnął to zatrzymać. W jakiś sposób uchwycić to unikające, niewinne życie, ale już nie mógł. Nie było nic. Nawet jego zmysły wykraczające poza otaczającą materię były bezużyteczne. Stracił ją. Na zawsze.

Uderzyło go to mocniej niż zakładał. Liczył się z ryzykiem, ale to. To było coś innego, coś większego. Strata, którą zrozumieć można było tylko doznając tej bliskości. Podobnej do tej, którą dzielił z Eoetrimoniusem, chociaż oczywiście słabszą i wielokroć ułomniejszą. Nawet nie przejął się ranami odniesionymi przez Magistra.

Wyczuł niepewność Eoetrimoniusa. Zadawał pytania, na które musiał odpowiedzieć. I nie dziwił się temu. Nie miał przed nim niczego do ukrycia. Otwarcie przyznał się do porażki, lecz nie traktował jej jako ciosu, a zaledwie krok ku polepszeniu.

Pamiętaj, Eoetrimoniusie. Tylko istota doskonała jest w stanie pogodzić ze sobą sprzeczności w czysty i harmonijny sposób. Zwycięstwo lub nie, to bez znaczenia. Ucząc się przyjmować niedoskonałość paradoksalnie tworzymy własną doskonałość, pamiętaj o tym. Poszukuję perfekcji, ale czym ona jest, pytasz, otóż mówię – perfekcja to zasada, a ona jest pierwotnością, początkiem, bezkresem. Cóż więc jak nie magia przepełnia wszechistnienia? Magia, misterna nutka, na której bazuje esencja stworzenia. Jest ona wieczną wodą. W niej i tylko w niej możemy posiąść wiedzę. Ale natura nasza, tak jak natura tego świata jest u podstawy niekompletna, niedoskonała. W momencie stworzenia, kiedy z harmonijnej całości na wskutek wiecznego ruchu wytrąciła się zasada i rozbiła na sprzeczności: wodę, ogień, miłość, nienawiść, oraz miliony innych, a wciąż w tych sprzecznościach tkwi pragnienie harmonii. Odzyskania tej utraconej jedności. To co nas otacza ma znaczenie wtórne, ponieważ przeminie i wówczas powróci z powrotem do zasady. Mógłbyś odnieść wrażenie, iż postuluję za wyższością śmierci i widzę w niej odpowiedź. Poniekąd. Ufam, iż tylko ją pokonując możliwym stanie się otwarcie ostatecznych wrót. Jednak by tego dokonać nasza dusza musi skrystalizować się z zasadą w sposób dokonały, ewoluując przekształcić własną istotę i osiągnąć istotną nieśmiertelność, wieczną i obojętną. Taką, której nic nie poruszy. Tylko wówczas śmierć ukorzy się przed nami, ponieważ dla istoty prawdziwie nieśmiertelnej nie ma ani życia, ani śmierci. Jest bycie. Wówczas byt wyznacza zasadę i ascendentuje. To jest prawdziwa ascendencja. Osiągnięcie wieczności obojętnej, niewrażliwej, która sama sobą tworzy, która otwiera bramy i je wznosi.

Ażeby prawdziwie zrozumieć zasadę, ujarzmić ją i weń spojrzeń musimy zapanować nad duszą. Im potężniejsza jest wola jednego, tym silniej działa ona na zasadę świata, magię, przekształcając ją w sposób najpierw podświadomy, później świadomy, aż ostatecznie pojmując zasada staje się jego drugim językiem, trzecim okiem, poprzez który bada i istnieje. W nas proces ten zaszedł połowiczo, istniejemy poprzez zasadę i na niej się opieramy, lecz nasze spojrzenie wciąż jest wykrzywione poprzez niedoskonałość, która niczym promień światła razi nasz wzrok. To jest nasz priorytet. Nie możemy się cofać. Gdy zapanujemy nad duszą, najpotężniejszym filarem, osiągniemy wszystko. Otworzymy duszę świata i się z nią na nowo zjednoczymy. Lecz proces ten jest długi. Osobiście nie wiem nawet w jaki sposób go rozpocząć, dlatego musimy szukać wsłuchując się we własną pieśń duszy. Empirycznie poznamy zasadę i nawet jeśli moja teoria okaże się nieprawdziwa, gdy poznamy wszystko, teoria będzie zbędna, bowiem ma wola przekształci byt.

Między innymi ku temu był ten eksperyment. Chociaż zakładałem inne cele, porażka także ma swoją część i może stanowić element wzbogacenia naszej wiedzy i rozważań. Rozpad duszy, jej całkowite unicestwienie daje nam zalążki do wysunięcia hipotezy, iż dusza powraca do zasady po własnej śmierci. Nie ma już elementu świadomości. Energia rozprasza się, ale cóż to znaczy? Czy energia może całkowicie zniknąć? Gdybym był jeno śmiertelnikiem zaufałbym swym zmysłom i określił, iż tak, lecz był czas, kiedy nie byłem w stanie widzieć tego co teraz, czy to znaczyło, iż tego nie było? Brakuje mi dowodów empirycznych, jednak głęboko wyznaję, iż tak naprawdę nic nie ginie, nie może. Spójrzmy na dzieje, na historię, ilości mocy wyzwolonej przez te nieznane nam eony starczyłoby do stworzenia nowych światów od podstaw, a mimo to moc wciąż jest. Zasada istnieje niezmiennie od ilości, którą utraci. To potwierdzenie jej nieskończoności i potwierdzenie tego, że śmierć stanowi przeistoczenie. Zasada powraca do punktu wyjścia, żeby ponownie się narodzić i zostać wykorzystaną, cykl jest jak zasada – nieskończony.

By dogłębniej to zrozumieć, potwierdzić lub odrzucić tę hipotezę musimy dokonać kolejnych eksperymentów. I tak też uczynię. Dusza, na której pracowałem była słaba i niedoświadczona, ale mamy wszakże jeszcze jedną, potężniejszą.

Zwrócił swą uwagę ku Magistrowi.

Jego dusza była idealna. Silna, ale nie potężna – co usuwało element zagrożenia w stronę Anemetiusa, nie słaba – co natomiast dawało nadzieję na lepsze rezultaty. Wyważona pośrodku. Jego użyteczność powoli dobiegała końca. W zamyśle miał być współpracującym źródłem energii, ale, cóż, plany się zmieniają. Poza tym, w planie, który Anemetius ułożył nie była już miejsca dla Magistra.

Wykorzystam duszę tego człowieka i zespolę ją z własną. Jego źródło stanie się moim. Wyrwę jego esencję i dopasuję do swojej, zwiększając własne możliwości i podwyższając produktywność mej własnej esencji. Ty, mój najdroższy Eoetrimoniusie, możesz uczynić z pozostałymi ludźmi co uważasz za stosowane. Badaj ich, eksperymentuj, poznawaj. Niech twa ciekawość znajdzie w nich ujście. Zanurz się w ich esencji i twórz, cel jest wtórny, jeśli go masz dąż ku niemu, jeśli nie posilaj się wszelką wiedzą i informacją, twórz, wyzwól swą wyobraźnię i czyń własne dzieło. Dla mnie stanowisz światłość. Jesteś najbliższą mi częścią. Ja cię stworzyłem, z mojej woli przybyłeś i jesteśmy nierozerwalni. Wkrótce opuścimy to miejsce i znajdziemy własne, ale to jeszcze nie ten moment. Moje poczynania zwracają uwagę i z pewnością nasi wrogowie szykują się do ataku. Nie mam zamiaru uciekać, ale też nie chcę marnować naszego czasu na głupie, bezsensowne walki. Porzucimy to śmiertelne królestwo i udamy się tam, gdzie nie ma praw, gdzie panuje nieskrępowana wolność i będziemy poznawać prawdę z dala od sporów maluczkich. Obleczemy naszą idee w ciało i nadamy mu kształt.

Momentalnie uchwyciłby człowieka w potężny uścisk telepatyczny uniemożliwiając mu jakikolwiek ruch i naparłaby na niego swoją aurą uderzając w jego umysł falą sprzecznych bodźców, wywołując chaos i uniemożliwiając mu czarowanie.

Potrzebował wydobyć esencję człowieka, jej element odpowiedzialny za energię i wcielić do własnego fundamentu. Jednak pierw potrzebowałby oczyścić duszę z dwóch pozostałych niesprzyjających elementów, umysłu oraz ciała. Pojemnik człowieka był niedopasowany do jego, dlatego też wchłanianie całej duszy w obecnej konstrukcji mogłoby wywołać sprzeczność z duszą Anemetiusa, która swój element naczynia zmieniła. Umysł maga także nie był mu potrzebny do niczego, jedyne czego szukał to wyodrębnienia z duszy tego misternego filaru mocy, który niczym gwiazda lśnił we wspaniałym wirze bytu. Sięgając ku duszy Magistra zacząłby powoli, z precyzją i bez pośpiechu eliminować zbędne schematy esencji. Pierw należało usunąć umysł: ku temu uderzałby w zapis umysłu własną mocą rozbijając go i doprowadzając do jego rozproszenia. Poprzez precyzyjne odszukiwanie cząstek i ich przeanalizowaniu przecinałby ich wiązania napierając na nie własną wolą, bombardując te mistyczne węzły w stosunku jeden do dwóch, zapewniając sobie naturalną przewagę. Pomocne ku temu byłoby uwolnienie wszelkich myśli i doznań w sposób niekontrolowany, tworząc chaos w najczystszej postaci celem zdezintegrowania struktury świadomości. Wystawienie śmiertelnika na jej działanie, w dodatku w takim stanie, niewątpliwie doprowadziłoby go do obłędu, co w połączeniu z nieustannym zdzieraniem kolejnych warstw jego umysłu w końcu doprowadziłoby do jego zaniku. Każdą niszczoną informację przyswajałby i kopiował dla siebie. Kiedy umysł maga uległby zniszczeniu pozostałyby tylko dwa fundamenty: pojemnika i mocy.

Nośnik ciała, wzór, w jakim osadza się istota i funkcjonuje był naturalnym wypełnieniem właściwości duszy, którą według Anemetiusa porównać można było w przyrodzie do wody, przybierała bowiem kształt naczynia, w którym się znajdowała. Wypełniała go i stawała się jego zawartością. Tak samo było z duszą, chociaż oczywiście jej zasadę stanowiła magia.

Teraz należało przekształcić fundament pojemnika duszy w taki sposób, by naturalnie rezonował on z energią składającą się na istotę Anemetiusa. Zamiast ciała biologicznego, ciało zasady, magii. Analizując własną duszę i jej budowę Anemetius odszukałby te cząstki, które odpowiadają za przyswojenie do naczynia i poczyniłby odpowiednie obserwacje: po pierwsze, jakie zaszły w nich zmiany, jaki jest ich stan i w jaki sposób powinny one być związane z naczyniem, by poprawnie oddziaływać na całość. Uzyskując odpowiedź na te trzy pytania musiałby w taki sposób przekształcić cząstki fundamentu nośnika Magistra, ażeby w pełni zgodził się z nośnikiem Anemetiusa. Dopiero wówczas zacząłby modelować fragmenty duszy magistra. Wybrawszy jedną cząstkę nośnika ciała poddałby ją wnikliwej analizie. Jej zapis z pewnością określał, iż wzorem jest ciało biologiczne, należało ten zapis zmienić i następnie poczynić tak z każdą cząstką składająca się na cały filar ciała. Posiadając wiedzę na temat struktury magii i duszy nie stanowiłoby to problemu. Niczym nauczyciel poprawiałby błędy w zapisie przepisując wzór i go modyfikując własną wolą. Skończywszy wplótłby go w wiązanie całego filaru i przekształcił na całość. W ten sposób dusza powinna doznać przeistoczenia, jej nośnikiem przestałoby być ciało i stałaby się energia. Teraz, dusza winna stać się masą czystej esencji gotowej do przyswojenia i zaakceptowania. To nie było ordynarne wchłonięcie cząstek, nie, to było zjednanie dwóch esencji, wzmocnienie jednej kosztem drugiej w całości. Jeśli dusza miała charakter wody i wypełniała swoje naczynie to dolanie większej ilości wody doprowadzi do przelania naczynia, a jako że naczynie Anemetiusa mogło rozrastać się w nieskończoność zależnie od ilości mocy, stałby się pełniejszy.

Po całym tym procesie nadszedł czas. Dusza przekształcona i gotowa do przyswojenia. Otworzyłby się na nią i sięgnął ku niej spajając w jedność.

Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3792
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

MG‐post: Resolution

17 paź 2018, 00:01

MG

Dahnik wycofał swoją prezencję, bez żadnego ostrzeżenia stając się całkowicie niewyczuwalny. Pozostało po nim wrażenie źle podjętej decyzji, chociaż Anemetius podejrzewał, że byłoby ono dokładnie takie samo niezależnie od tego, na co by się zdecydował.

Jeden z demonicznych książąt Czeluści pokazał mu, jakie są między nimi różnice. Te były zaś fundamentalne – propozycje ascendenta w ogóle doń nie trafiały, niezdolne do obudzenia choćby lekkiej ciekawości potężniejszego bytu. Ten nie udzielił żadnych odpowiedzi, nie dał wskazówek, nie tłumaczył się. Pozostawił Anemetiusa przy istnieniu z sobie tylko znanego powodu.

Mgliste pojęcie na temat natury Dahnika kazało Anemetiusowi sądzić, że demonowi nie robi różnicy, czy ascendent istnieje, czy nie. W tej domenie to on był władcą, który mógł bardzo szybko to zmienić. Ponadto władcą, któremu Anemetius w pewien sposób się przypodobał. Dahnik przekazał uprzednio, że informacje, które wydobył z umysłu ascendenta, okazały się przydatne. Czyżby chodziło o to, czego dokonał w trakcie swojego życia? Jego sukcesy były wprawdzie spore, ale według standardów śmiertelników – na istniejącym od milleniów demonicznym władcy nie mogły zrobić wrażenia.

Oczywiście nie można było tego całkowicie wykluczyć, ale łatwo było złapać inny trop – że to wiedza przekazana przez strażnika Wiecznej Biblioteki w jakiś sposób przysłużyła się Dahnikowi. Anemetius był jej posiadaczem, a teraz jej posiadaczem był także Dahnik. Dotyczyła ona wielu kwestii, o których żaden ze śmiertelników nie miał pojęcia – ogólnych, niezbywalnych i wpływających na całe uniwersum praw, również na temat magii. Anemetius przyniósł Dahnikowi informacje, których prawdopodobnie nie posiadał nikt inny.

Wybrana przez niego nagroda, krew, była równie enigmatyczna jak pozostałe. Władza i wiara także mogły oznaczać cokolwiek. Krew była symbolicznym nośnikiem sił witalnych, wiązano z nią wiele kwestii – pojawianie się chorób, potencjał magiczny, a nawet charakter. Anemetius wiedział, że większość tych interpretacji nie ma nic wspólnego z prawdą, ale mimo tego zaryzykował.

Sam badał krew w swojej Białej Twierdzy, dochodząc do pewnych istotnych wniosków. Wydawała się ona przede wszystkim indywidualna, nie mógł jej przekazywać pomiędzy obiektami swoich eksperymentów. Czyżby Dahnik oferował zatem swoją krew? Czy demon w ogóle posiadał jakiekolwiek ciało, w którym posoka mogłaby krążyć?

Szybkie zweryfikowanie mitów na temat Czeluści pozwoliło na sformułowanie dodatkowych przypuszczeń. Podobno demony lubowały się w magii cielesnej, bardzo często wykorzystując właśnie krew. Także wielu rytuałach demonologicznych powszechnie używano krwi; elfa, dziewicy, dziecka, bogobojnego człowieka – w zależności od metody obranej przez „badacza”. Mogło mieć to znaczenie wyłącznie praktyczne – widok krwi nie był przyjemny, a wielu odstręczała sama myśl o jej przelewaniu. Demony z pewnością o tym wiedziały, siejąc niepokój w sercach śmiertelników, bazując na ich instynkcie.

Upłynęło wiele czasu, a pozostawiona samemu sobie istota Anemetiusa miała chwilę do namysłu. Wtem objęły ją macki mocy, przenosząc w nowe miejsce. Doznania nie były przyjemne, szczególnie że w pewnym momencie stały się obrzydliwie fizyczne. Niezdolny do przeniknięcia iluzji – jeśli była to iluzja – Anemetius po raz pierwszy od bardzo długiego czasu poczuł swoje ciało.

Nie było to jednak ciało elfa, które nosił uprzednio. Jego skóra była brunatna, pokryta bliznami, z grającymi pod nią nieludzko rozrośniętymi mięśniami. Był humanoidalny, ale górował nad kłębiącymi się pod nim istotami sięgającymi mu ledwie do pasa. W swej pazurzastej dłoni dzierżył coś na kształt topora. Uzbrojony jak do walnej bitwy zrozumiał, że oto znajduje się w samym oku cyklonu. Ścierały się dwie demoniczne armie.

Straty po obu stronach były niewyobrażalne – stąpał po górach trupów o zdeformowanych ciałach, niemalże brodząc we krwi. Był chorążym, na każde jego słowo przelewano juchę, gdy demoniczne hordy rzucały się do ataku. To była istna rzeź.

Anemetiusa łatwo mogła opanować wściekłość – zatem Dahnik postanowił dosłownie zanurzyć go w krwi przelewanej zapewne w jego imieniu? Uczestniczenie w makabrycznej bitwie nie było ambicją ascendenta, nawet jeśli miło było poczuć fizyczne ciało i zyskał pewną władzę nad pomniejszymi demonami. Zaraz jednak poczuł coś jeszcze – spływający doń wprost od Dahnika splot telepatycznych informacji.

Demoniczny władca zachęcał Anemetiusa do działania, pokazując mu, w jaki sposób wykorzystać krew zalegającą na polu bitwy do zdobycia przewagi. Wysyłana przez niego wiedza była dużo doskonalsza, niż jakakolwiek wiedza przekazywana przez śmiertelnego mistrza. Nauczał dobitnie, ale powoli, dając czas na wykorzystanie wiedzy w praktyce. Możliwości były nieograniczone, a cel tylko jeden – wyposażyć Anemetiusa w konkretne umiejętności pozwalające na swobodne korzystanie z magii kojarzonej z demonami.

To było zupełnie inne podejście – dotąd ascendent bazował na całej swojej wiedzy, by poszerzać osobiste horyzonty, by brnąć w rejony dotąd mu niedostępne. Teraz zaś zyskał możliwość zagłębienia się w jedną, niesamowicie konkretną gałąź magii, stania się w niej ekspertem. Miał na to wieczność – walczące ze sobą hordy demonów ciągnęły się jak okiem sięgnąć.


Doznając naraz wydarzeń mających miejsce w Czeluści oraz w świecie materialnym, Anemetius nie miał możliwości osiągnięcia pełnego skupienia. Wydłużyło to czas, w jakim prowadził kolejny ze swoich eksperymentów, ale nie zniechęciło – wszak czas był dlań pojęciem względnym.

Jego przekaz wywołał ogromny wpływ na Eoetrimoniusa, który przyjął go z pokorą i zadumą, nie przerywając i nie dodając swoich trzech orów. Tak, jak jego metafizyczny ojciec, także i on dawał sobie czas – w tym przypadku na przemyślenie poruszanych kwestii oraz ich pełne zrozumienie. Biło z niego przeświadczenie, że oto otrzymał najcenniejszą dotychczas wiedzę i musi podejść do niej z ostrożnością, nie spiesząc się w rozbijaniu jej na części pierwsze. Energetyczny byt analizował przekazane mu informacje z pełną starannością. Jednak pragnął także uczestniczyć w dziele Anemetiusa, co dodatkowo tłumaczyło, dlaczego przerwał dyskusję. Na wszelkie dostępne sposoby przyglądał się temu, co robi jego mistrz.

Ten zaś obrał za cel duszę Magistra Sztuk Tajemnych, śmiertelnika, którego powziął w swe telekinetyczne szpony. Przestał być potrzebny, plan uległ zmianie. Liczyło się tylko to, czy Magister może posłużyć do pozyskania nowej wiedzy. Mógł. Był istotą o potencjale magicznym. Wprawdzie śmiertelną, ale to takich w tym świecie było znacznie więcej. Gorzej dla niego, że miał być wyłącznie obiektem badań, nie zaś ich autorem. Próbował się opierać, ale jego koncentracja w chwili próby była znikoma, a moc niedorównująca anemetiusowej. Ten z łatwością powstrzymał go przed działaniami, zagłębiając się w samą jego esencję.

Nie było to łatwe – dusza była niewykrywalna, więc musiał oddziaływać swoją wolą, by odnaleźć jej wpływ. Było to bardzo interesujące – esencja ujawniała swoje istnienie dopiero wtedy, gdy próbowano na nią wpłynąć. Dodatkową komplikacją był fakt, że nie robiła tego w wyraźny sposób. Jeśli badanie byłoby przeprowadzone mniej dokładnie, odpowiedź duszy na nacisk woli Anemetiusa mogłaby przejść właściwie niezauważona. Ten jednak dokładnie wiedział, na co zwracać uwagę, więc wiedział też, że działa w odpowiednim kierunku.

Nie miał jednak doświadczenia w modyfikowaniu materii duszy, nie wiedział, jak się do tego zabrać i które działania przyniosą pożądany skutek. Skoncentrował się całkowicie na swoim zadaniu – na tyle, jak bardzo mógł, nie odcinając się całkowicie od swojej drugiej, zamkniętej w Czeluści inkarnacji. To pomogło przekuć intencję w czyn.

Wykorzystując całą swoją wiedzę i umiejętności z zakresu wpływania na umysły śmiertelników, zaczął od rozstrajania jaźni Magistra. Ten szybko popadł w całkowite szaleństwo, a później stał się nieledwie warzywem w ludzkiej skórze. Sondowanie jego umysłu szybko powiedziało Anemetiusowi, że nie ma w nim niemal żadnych świadomych myśli. Zrozumiał dobitnie, że oddziałując na umysł za pomocą magii, oddziałuje tak właściwie na element duszy, który jest z nim związany. Ten był z kolei związany z innymi elementami duszy. Zmieniając charakterystykę umysłu maga, wpływał także na jego ciało.

Z otworów ciała człowieka poczęła płynąć krew, gdy organizm narażony na tak silne działanie magii umysłu zaczął się po prostu poddawać. Wkrótce Magister zemdlał – z życiem wiązała go już tylko cienka nić. Anemetius wiedział, jak istotna jest precyzja, ale nie potrafił działać na czymś, czego nie potrafił wykryć – był bardzo ostrożny w degradowaniu umysłu maga, dzięki czemu nie pozbawił go podstawowych funkcji życiowych, ale nie mógł zapobiec zmianom w jego ciele.

Obserwując je pojął – na zasadzie analogii – że jego działania mogły wpłynąć także na to, w jaki sposób dusza śmiertelnika generuje energię magiczną oraz jaki jest jej zasób. Być może tego niekorzystnego efektu udałoby się w części uniknąć, gdyby działania Anemetiusa prowadzące do zniszczenia umysłu śmiertelnika byłyby bardziej rozłożone w czasie.

Anemetius poczuł, że dalsze działanie nie było możliwe bez poznania istoty samego siebie. Był bytem magicznym, jego „ciało” nie było fizyczne, różniło się zatem znacząco od biologicznej tkanki Magistra. Różnice były duże, ale mimo tego obaj niewątpliwie posiadali dusze. Protektor Morinhtaru zdołał jednak w jakiś sposób przenieść esencję Anemetiusa‐elfa do energetycznej bańki, która obecne budowała jego fizyczną manifestację.

Szybkie przeszukanie wspomnień oraz wykonanie kilku badań na samym sobie pozwoliło ocenić, że do przeprowadzenia tego typu operacji potrzebne Protektor wykorzystał niebotyczne ilości czystej energii magicznej. Na szczęście jej zrozumienie stało u Anemetiusa na bardzo wysokim poziomie. Jeszcze będąc elfem, posługiwał się nią z ogromną swobodą, a obecnie się z niej składał.

Wiedza ta była istotna, ale wygenerowała duży problem. Wydzielenie części siebie, by zamknąć w niej duszę Magistra, nie wchodziło w grę. Byłoby nieefektywne, a być może nawet niebezpieczne dla samego Anemetiusa, który zostałby pozbawiony istotnego kawałka swojego energetycznego „ciała”. Nie dawało także gwarancji sukcesu. Ascendent nie znał bowiem żadnego sposobu na wykrycie, czy dusza uzyskała nowe naczynie. Wszak pozbawił ją zapisu świadomości. Nawet sam sposób przelania duszy w czystą energię magiczną był ascendentowi nieznany.

Wyzwanie, przed którym stanął Anemetius, było jednym z najtrudniejszych na tym etapie jego istnienia. Problem musiał rozwiązać dość szybko. Pozostawienie Magistra w obecnym stanie z pewnością doprowadziłoby wkrótce do jego śmierci – chyba że ktoś ciągle by się nim zajmował. Jednak nawet wówczas mógłby umrzeć na skutek zmian, jakie zaszły w jego ciele.

Nie było trudno zrozumieć, że zmiana zapisu w duszy Magistra mówiącego o kształcie naczynia mocno by nań wpłynęło. Doprowadziłoby niechybnie do śmierci człowieka, a tym samym jeszcze większej degradacji jego esencji. Ponadto, wiedza Anemetiusa na temat wpływania na duszę była ograniczona do zawartych w niej zapisów związanych z umysłem. Wpływając na zapisy związane z ciałem, zabrnąłby w nieznany mu rejon i z pewnością popełniłby błędy. Błędy te pozwoliłyby jednak na zyskanie cennej wiedzy, a ascendent nie stronił wcześniej od ponoszenia ofiar, poświęcając obiekty swoich eksperymentów ku większemu celowi.

Wróć do „Autonomia Wolenvain”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 3 użytkowników online :: 0 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 3 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika
Liczba postów: 52206
Liczba tematów: 2973
Liczba użytkowników: 1046
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Senti
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.