Lwi Bród

Najważniejszy obszar, na którym toczy się gra. Autonomia to zamieszkane głównie przez ludzi państwo podzielone na pięć prowincji ze stolicami w Wolenvain, Derinie, Morinhtarze, Minaloit i Aparilume. Czytaj więcej…
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3796
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

Lwi Bród

17 kwie 2014, 20:22

Położony na południe od Wolenvain, przecinający Iquę Lwi Bród był już ponoć świadkiem wielu bitew. To tutaj wedle rozlicznych podań w 34EF po raz pierwszy rzekę przekroczył zwany Lwem ze Stepów Vain, na którego cześć nazwano później miejsce przeprawy. Ludzki władca zagłębił się w dzikie, zamieszkane przez plemienną ludność ostępy w poszukiwaniu konkurującego z nim Wolena, swego młodszego brata. Opór, jaki napotkał, kosztował go utratę wielu zacnych wojowników. Dowodzeni przez Wolena Gryfiego Jeźdźca, zunifikowani przez niego barbarzyńcy z Wichrowych Szczytów wyparli Vaina za rzekę i dalej, zmuszając go do wycofania się w okolice dzisiejszego Derinu i rozpoczynając tym samym długoletni, bratobójczy konflikt zwany później „Wojną o Autonomię” i zakończony ostatecznie ślubem córki Vaina oraz syna Wolena w 75EF.

Sam bród został w późniejszych latach wyposażony w porządny, kamienny most. Jego łuk był dość łagodny, a wymiary iście potężne. Most był szeroki na tyle, że swobodnie i bezproblemowo mogły się na nim minąć nawet dwa wozy – w najszerszym punkcie mierzył sobie około trzech i pół sążnia. Było to o tyle istotne, że jakkolwiek do samego Wolenvain można było dojechać inną drogą, transportując później towary za pomocą promu do dzielnicy portowej stolicy, tak Lwi Bród stanowił jedyne racjonalne połączenie między Kupieckimi Kochankami a Derinem. Długi na ponad dwie staje, wyposażony w dziewiętnaście stojących na siedemnastu filarach łęków był dumą każdego mieszkańca Autonomii Wolenvian.

Obecnie ta lokacja jest pusta.
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3796
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

21 kwie 2014, 02:51

MG

Tego dnia przy Lwim Brodzie zapanowało wielkie poruszenie. Pogłoski o pojawieniu się w pobliżu Lasu Wisielców złowrogiej, pochodzącej ponoć nie z tego świata siły obiegły prowincję w błyskawicznym tempie, ściągając w to miejsce setki niedowiarków. Mało który z tych, jacy rzeczywiście zdecydowali się na zapuszczenie w knieje powracał, aby o tym opowiedzieć, a nawet co do tych opowieści były spore wątpliwości. Mówiono, że im bliżej serca gęstwin, tym wszystko bardziej stawało na głowie. Co wrażliwsi utrzymywali, że doznawali wizji, snów na jawie każących im twierdzić, że niebawem nadejdzie koniec świata śmiertelników. Doniesienia były na tyle silne, że zaciekawiły nawet kapłanów Świątyni Światła. Gdy zniknęli oni, na miejsce zdarzenia wkroczyli Lorveniusze.

Ach, cóż za wspaniały był to widok! Kwiat rycerstwa Autonomii Wolenvain ruszył z zamku Dunrik prosto w kierunku stolicy kraju, nie zatrzymując się nawet na popas. Szli na wojnę, bez wytchnienia i strachu, z pieśnią na ustach i modlitwą w sercach. Srebrno-złota masa ludzka intonowała pieśni pochwalne ku swej pani, Lorven Protektorce Dusz, podążając do miejsca, w którym czekała je pierwsza od wielu lat próba. Całe wieki tolerowania Zakonu przez okolicznych możnych miały się wreszcie zwrócić. Pełniący rolę rozjemców i mediatorów, nieskażeni zepsuciem boscy wojownicy mieli udowodnić, że pogłoski o ich niezłomności zgodne są z prawdą. Paladyni porywali do boju nawet chłopów ze wsi, przez które przyszło im przejeżdżać. Szlachcice zazdrościli im i również próbowali się wykazać, wystawiając własne drużyny rycerskie. Zakonnicy nie oponowali. Chętnych do właściwej bitki z demonem, którego istnienie było dla Lorveniuszy czymś całkowicie pewnym, było niewielu. Wielu z podążających za nimi przedstawicieli rozlicznych ras chciało jedynie kroczyć w blasku chwały zbrojnego ramienia Świątyni Światła.

Wśród podążającej za korowodem rycerstwa gawiedzi nie brakowało również tych, których zawsze ciągnęło za każdą tego typu wyprawą. Kurwy, bardowie, kupcy oraz najemnicy byli wszędzie i nigdzie zarazem, wszyscy przygotowani na łatwy zarobek. Wydarzenie tego typu było dla nich niczym festyn, na którym mogli zbić ogromny majątek. Świątobliwi mężowie, sprawcy całego zamieszania, zdawali się tego nie zauważać. W żartach stawiano ich w roli najznamienitszych klientów wszystkich z wymienionych grup, najczęściej pierwszej. Oczywiście za tego typu pomówienia Lorveniusze potrafili wieszać, co tylko dodawało im pikanterii.

Szampańskie nastroje uczestników wyprawy siadły jednak zaraz po przekroczeniu rzeki Iqui. Tak jak wcześniej mało kto ufał w doniesienia o wydarzeniach w Hałaśliwej Wólce i jej okolicach, tak teraz natychmiastowo przestano w nie powątpiewać. Masowe wyprawy paladynów zdarzały się rzadko, szczególnie na taką skalę, jak obecnie. Każdy z nich traktował sprawę niezwykle poważnie, ale nie od dziś było wiadomo, że jeżeli serwient nie zeżre przynajmniej dwóch kijów od miotły, to nie dostanie błogosławieństwa. Całość traktowano raczej jako pokaz siły zastygłego ostatnimi czasy Zakonu, który zechciał w ten sposób zaznaczyć swoją obecność. Teza ta rozmijała się jednak z prawdą. Na nieszczęście dla świata.

Melancholia, jaka opanowała obozujących w pobliżu Lwiego Brodu ludzi trudna była do opanowania. Wszyscy chodzili zasępieni, jakby Autonomia stanęła w obliczu realnej wojny, na której już stracono kilka tysięcy dobrych mężów. Poszarzałe, zdeterminowane twarze paladynów i rzadki w morzu namiotów śmiech potęgowały to wrażenie. Słabsi wykruszyli się, wracając do Wolenvain i dalej, czy właściwie – byle dalej – z tego miejsca. O świcie przy Brodzie pozostali jedynie najbardziej zdeterminowani przedstawiciele zarobkowych kast. Dzieci nie było już wcale, kobiet niewiele. Biało-żółte namioty stały murem tak, jak stały dnia poprzedniego, jednak coś zdawało się przyćmiewać ich blask. Niebo chmurzyło się i płakało co rusz rzewnymi, niewieścimi łzami, rozmiękając i tak grząską w tym miejscu ziemię. Obozowisko zaczęło się powoli zwijać, gdy Lorveniusze zdecydowali się wreszcie na podejście bliżej Lasu Wisielców. Aż dziw brał, że znajdująca się w kniei siła pozwoliła im się zgromadzić, miast uderzyć na Autonomię znienacka, nie pozwalając jej na przygotowania. Któż jednak jest w stanie zrozumieć demona?

Wreszcie do głosu doszła osławiona magia bogini światłości, co świadczyło o tym, że do paladynów dołączyli również kapłani, którzy dotarli wreszcie na Lwi Bród. Posępna aura została częściowo przełamana, dając wszystkim zebranym przynajmniej szczątkowy spokój psychiczny. Mimo tego Lorveniusze zdawali się być przesadnie ostrożni w swych działaniach i niepewni. Cała ich siła nie znaczyła nic, gdy przychodziło do walki w gęstwinach. Wtem któryś z nich wpadł na genialny pomysł posłania bliżej Lasu Wisielców kilku ochotniczych grup zdolnych do zbadania terenu i powrotu w celu zdania relacji. Pierwsi zgłosili się Patrioci imć Brigorda Berkwista. Właśnie zbierali się do drogi.

Do Lwiego Brodu zbliżała się mała karawana z Aldhalu. Jej członkowie musieli przyznać, że droga była dla nich wyjątkowo męcząca. Mimo złych przeczuć pogonili konie ku Wolenvain, zatrzymując się w miejscu przeprawy dzień po odkryciu zniszczeń w Hałaśliwej Wólce. Blokada mostu nie pozwoliła jej przejechać dalej. Wchodzący w jej skład pomniejsi rycerze i giermkowie sporo gadali między sobą, pełni ekscytacji, którą ponownie mogli odczuwać wyłącznie dzięki łasce Lorven. Azur dowiedział się, że wśród proporców zebranych przy przeprawie rozróżnić można było nie tylko rozpoznawalne z daleka symbole paladyńskie, ale też znaki Gwardii Królewskiej (która królewska była od kilku lat jedynie z nazwy) oraz oddziałów milicji kupieckiej Konsorcjum. Obie organizacje wyglądały jednak na wykruszone, stanowiąc jedynie przedstawicielstwo i świadków wydarzeń, niźli faktyczną siłę. Sprawy tego typu całkowicie pozostawiano Lorveniuszom, którzy, chcąc nie chcąc, musieli stanąć na wysokości zadania.

Z trollem-niewolnikiem nikt nie chciał rozmawiać. Wieść o jego pojawieniu się przy Brodzie musiała jednak trafić do odpowiednich uszu, bowiem po pewnym czasie przy wozie, na którym siedział stwór, pojawiło się kilku zainteresowanych nim osobników. Azur wiedział, że o niego wypytywano, jednak nie dosłyszał, co dokładnie.

- Zwrócimy go po bitwie – żachnął się jeden z nieznajomych. - I tak jesteście uziemieni – przekonywał, pochodząc coraz bliżej przymusowego robotnika. Nie wyglądał na przerażonego tym widokiem. Jego wypełniające się powoli zmarszczkami lico zdradzało, że nie takie rzeczy dane mu było oglądać. Brązowe, jaśniejące już powoli włosy również pokazywały jego wiek. Woj miał na sobie kilka elementów pancerza, jakby nie do końca zdążył się go jeszcze pozbyć… bądź był w trakcie jego zakładania. Stalowy kirys jaśniał w rzadko posyłanych, promienistych uśmiechach Lorven, tak samo jak trzymany przez niego pod pachą hełm garnczkowy oraz założone nagolenniki. Nieznajomy musiał być wysoko urodzony.

- Spokojnie – powiedział, choć nikt się nie niepokoił. - Reprezentuję Patriotów i jestem tutaj, aby zaproponować ci współpracę. Pomożesz nam teraz, a dostaniesz złoto po bitwie – rzekł, specjalnie używając określenia tego mało popularnego w obrocie kruszcu. - Ja nazywam się Ajen Firaar, a ty? – zapytał po chwili namysłu.

Gdzieś dalej zbierała się grupa awanturników, która jakimś cudem nie uciekła jeszcze z tego miejsca bądź zwyczajnie dopiero co do niego dotarła. Dzierżący potężny, dwuręczny miecz, wyposażony w imponującego wąsa i odziany w porządną przeszywanicę osobnik tłumaczył wszystkim chętnym, co ma się wydarzyć. Przyjmował do Patriotów wszystkich jak leci, automatycznie zwracając się do nich wszystkich jak do rekrutów. Kompania miała podzielić się na dwie grupy. Jedna z nich miała zapaść w las, drugiej nakazano pozostać na miejscu i uczestniczyć w spodziewanej bitwie z demonem u boku paladynów. Stary przemawiał z godnością, budując ducha zebranych i podkreślając, jak wielką odwagą się wykazują. Mówił też o zapłacie dla wszystkich, którzy przeżyją oraz o organizacji, jakiej przewodził. Wokół niego zebrał się już spory tłumek.

- To jak, zainteresowani? – zapytał na koniec swego żarliwego monologu. Szeroka blizna na jego twarzy zmarszczyła się szpetnie. - Co ja gadam, musicie być zainteresowani! Autonomia was potrzebuje! – krzyknął potężnie, wywołując tym samym salwy ochoczych wiwatów. Gdzieś z oddali przyniesiono mu krzesło, mnisi (najpewniej) pulpit, pergamin i gęsie pióro. Brigord Berkwist jako nieskończenie praktyczny człek rozpoczął zapisywanie personaliów osób, które udało mu się przekonać do swojej sprawy. Zebrani tutaj mężczyźni i kobiety nie mieli właściwie zbyt wiele do gadania. Utkwili tutaj, a prawie żaden z nich nie chciał biernie przyglądać się temu, co miało nadejść. Jeżeli i tak trzeba było w tym uczestniczyć, dodatkowy zarobek nie mógł zaszkodzić. Krytyczna i nerwowa sytuacja wzmacniała także ich miłość do ojczyzny, co organizacja Patriotów zdawała się teraz wykorzystywać. Z tych rekrutów mogło jeszcze coś wyjść!

Awatar użytkownika
Ropień
Posty: 193
Rejestracja: 20 paź 2013, 15:26
Lokalizacja postaci: Lwi Bród
GG: 6550057
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2770

21 kwie 2014, 09:41

A’eklamarijon przez ostatnie kilka godzin latał, polował i odpoczywał. Widział co prawda kilka wiosek, ale nie wydawały mu się dobrymi celami. Czyli na razie musiał odpuścić sobie udowadnianie światu, jakim potężnym smokiem jest. Cóż, na to przyjdzie czas. Upolował jednego jelenia, więc jego żołądek był aktualnie pełen. Latał tak po Autonomii, wysoko w powietrzu. Zabawne, jak niewielu ludzi patrzyło w górę. Mogliby go bez problemu dostrzec, gdyby tylko spojrzeli. A z reakcji widział, że zrobiło to bardzo niewielu.

Przed sobą zobaczył jakieś zgromadzenie. Od razu go to zaciekawiło. Doskonale pamiętał swoją obietnicę, którą złożył samemu sobie. Zasłuży na miano smoka. Może to będzie odpowiednia okazja, aby ukazać jego potęgę światu? Lepiej sprawdzić. Wzbił się trochę bardziej do góry, tak, aby trudno go było dostrzec i skierował się w tamtą stronę.

Pierwszym, co rzucało się w oczy, były namioty, wśród których krzątało się wielu rycerzy. A’eklamarijon słyszał o nich. Paladyni. Bo któż to nie słyszał o paladynach? Kwiat rycerstwa Autonomii, całkowicie oddani swojej bogini, Lorven. Wszyscy w pięknych, błyszczących zbrojach. Było ich tak wielu, że smok wątpił, iż dałby im radę. Mógł pokonać wielu ludzi, ale bez przesady! Prócz paladynów widział jeszcze innych. Nie prezentowali się tak jak Lorveniusze. Pewnie rycerze, którzy chcą zasłużyć sobie na sławę. Ciekawiło go, czemu zebrali się w takim miejscu. Czyżby szykowała się jakaś walka?

Pomyślał o swojej dawnej kompanii i, chyba po raz setny tego dnia, prychnął. Wcześniej był taką namiastką smoka. Pokonany przez barda. Czekający z podkulonym ogonem w formie człowieka. Jak mógł tego nie widzieć? Teraz musiał to naprawić. Może jego dawni towarzysze też gdzieś tu są, co oszczędzi mu przedstawiania się?

Pomyślał o swoich rodzicach. Mało smocze imiona, raczej ludzkie. Ukrywanie się po jaskiniach. Czy oni byli prawdziwymi smokami? Jak następny raz ich zobaczy, będzie musiał z nimi poważnie porozmawiać o tym, jak został przez nich wychowany.

Zdecydował, że poczeka w powietrzu na rozwój wydarzeń. To mogła być odpowiednia okazja, by rozgłosić jego imię wśród ludzi z Autonomii. Będzie tak po prostu czekał, aż coś się nie zadzieje. Był za wysoko. Żadna strzała by go nie sięgnęła. Bardziej mógł martwić się o magię paladynów. Wzbił się jeszcze trochę wyżej. I czekał.

Powód do zebrania tylu ludzi w jednym miejscu jakiś musiał być. A’eklamarijon w tym momencie żałował, że nie jest w żaden sposób doinformowany. Zawsze był ciekawski, a to tylko pobudzało go do działania. Czuł, że nadarzyła się okazja do rozgłoszenia jego imienia.

Po chwili pomyślał, że nie warto się męczyć. Skierował się w bardziej odludną stronę i tam przysiadł na ziemi, co jakiś czas wzbijając się w powietrze i patrząc, cóż takiego się dzieje. Na razie nie widać było wielkich zmian. Ludzie nie odchodzili, raczej przychodzili. Widział wiele różnych zbiorowisk. Widocznie przebywało tu sporo różnych niezależnych grup rycerskich. Miał tylko nadzieję, że nie rzucą się na niego wszyscy razem. Cóż, w takim wypadku na pewno starałby zabrać jak najwięcej z nich ze sobą.

Równie dobrze mogło się okazać, że powód jest jakiś błahy. Głupi bezłuskowcy zawsze byli w stanie wymyślić coś, co nikomu nie przyniesie żadnego zysku. Jednak paladyni. Oni nie zbierali się z byle powodu. Z tego co A’eklamarijon słyszał, to od wielu lat pozostawali raczej uśpieni. Widocznie nadszedł czas, aby się pokazali. I to go najbardziej interesowało.

Awatar użytkownika
Drasim
Posty: 522
Rejestracja: 08 gru 2013, 12:55
Lokalizacja postaci: Kamienica Patriotów
GG: 7643593
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2815

21 kwie 2014, 10:47

Na widok dużej masy ludzi, Drasim przyspieszył kroku. Wiedziony ciekawością, postanowił sprawdzić co spowodowało zebranie się takiego ogromnego tłumu. Będąc coraz bliżej mógł dostrzec więcej szczegółów. Jego bystre oczy zauważyły z daleka masę srebra i złota, a także proporce należące do Zakonu Lorveniuszy. Mimo że większość czasu spędzał w małych wioskach, to wiedział kim są paladyni. Fakt, że tutaj byli był niezwykle interesujący. Coś poważnego musiało się stać. W pobliżu Lwiego Brodu zgromadzili się nie tylko Lorveniusze, lecz również kompanie najemnicze. I to właśnie w ich stronę skierował się zielonooki.

W międzyczasie mała smoczyca się odnalazła i przyniosła Mścigorowi wiewiórkę. Uznała zapewne, że mężczyzna licho wygląda, skoro ciągle próbowała go dokarmiać. Obdarowawszy go truchłem gryzonia, Roia wskoczyła Drasimowi do torby. Nie czuła się pewnie w obliczu takiej chmary ludzi, a chciała iść razem z nimi. Było tu dla niej niebezpiecznie, ale pragnienie posiadania jakiegoś towarzystwa było silniejsze. Czarnowłosy półczłowiek dopilnował by nie było widać zielonołuskiej, która już umościła się wygodnie w jego torbie. Przez całą drogę zielonooki nie odezwał się słowem, zastanawiając się nad tym co tu się dzieje.

Pokonanie dalszej drogi nie zajęło im dużo czasu i już wkrótce słuchali jakiegoś mężczyzny z wielkim mieczem dwuręcznym, który nawoływał do wspomożenia Autonomii w potrzebie. Dzięki jego przemówieniu uzdrowiciel dowiedział się, że powodem zebrania się tutaj takiej siły militarnej był jakiś demon, który zniszczył doszczętnie wieś. Podobno zaszył się teraz w Lesie Wisielców i każdy kto tam podejdzie traci zmysły. O tym ostatnim Drasim dowiedział się z posłyszanych urywków rozmów prowadzonych w tłumie. Czy to była prawda, tego nie wiedział, jednak było to wielce niepokojące. W każdej, nawet w najbardziej absurdalnej plotce może znajdować się ziarno prawdy.

Mężczyzna z wielkim ostrzem skończył przemawiać i począł wpisywać rekrutów na listę. Swoją drogą mówił całkiem ciekawie i obiecał pieniądze. Mając na uwadzę nadchodzącą zimę, uzdrowiciel podszedł i zapisał się. Nie był wojownikiem co prawda, ale miał inne umiejętności, które mogły się przydać Patriotom. Dowiedział się, że w niedługim czasie do lasu ma wyruszyć grupa zwiadowcza, więc postanowił się do niej dołączyć. Zdecydowanie wolał być w mniej licznym gronie, poza tym był ciekaw czy to co mówią ludzie jest prawdą. No i chciał wypuścić Roię ze swojej torby, która z pewnością się już niepokoiła, przebywając tak długi czas w zamknięciu. Niektórzy mogli kwestionować przydatność zielonookiego, w końcu nie wyglądał na potężnego woja i był uzbrojony tylko w drewniany kij. Był jednak pewny, że mało który człowiek miał tak dobry wzrok jak on. Zapewne też mało kto dysponował takimi umiejętnościami jak Drasim.

Awatar użytkownika
Darrian
Posty: 733
Rejestracja: 06 sty 2012, 20:04
Lokalizacja postaci: Oko i Powieka
GG: 10643412
Karta Postaci: viewtopic.php?p=21226#21226

21 kwie 2014, 12:35

Gdyby nie pewien nieprzyjemny fakt, Darrian zacierałby ręce na widok tego, co się działo w okolicy Lwiego Brodu. Jeśli miał rację, podejrzewając związek Anemetiusa z tajemniczym "demonem" to nie będzie musiał robić kompletnie nic, gdyż wystarczająca ilość istotnych figur już się jego wybrykami zainteresowała. Gdyby natomiast nie miał racji, uczestnictwo w zgładzeniu tak potężnego demona na pewno będzie ładnie wyglądać na liście jego zasług a biorąc pod uwagę obecność nie tylko Paladynów a także jakiejś najemniczej bandy, która najwyraźniej brała pod swoje skrzydła każdego chętnego, jego sakiewka wręcz by go w ich stronę pchała gdyby mogła.

– Nie, nie, nie, nie. Nie ma mowy. Nie pozwolę ci nas zaprowadzić prosto w paszczę demona. – Natychmiast przypomniała się Rinej, przerywając niezręczną ciszę pomiędzy dwójką dusz zamkniętych w jednym ciele, trwającą od wymsknięcia się jej troski o kogoś prócz samej siebie. Chyba nadal tamte myśli nie opuściły jej umysłu, gdyż nutkę agresji w tych słowach zastąpiło zmartwienie, niestety nie dało się powiedzieć, o kogo.

– Siedzisz w mojej głowie tyle czasu a nadal posądzasz mnie o takie głupoty? – Odparł, robiąc krótką przerwę, po której kontynuował. – Nie mam zamiaru z niczym walczyć ani się narażać. Jeśli dojdzie do konfrontacji, mam zamiar stać w bezpiecznej odległości i zapewniać wsparcie z dystansu, z naciskiem na "z dystansu". – Kontynuował, po raz kolejny przedstawiając swój plan w ten bardziej tradycyjny sposób. Rozumiał zmartwienie Wiedźmy, acz bycie posądzonym o tak głupi pomysł z leksza go uraziło.

– Zgoda. – Odpowiedziała krótko, z abstrakcyjną mieszanką zrezygnowania i ulgi w myślach. Jej nosiciel miał zamiar kontynuować swój plan, acz przynajmniej nie miał zamiaru ich.. siebie bezpośrednio narażać.

Nie da się skutecznie bronić jednocześnie przed atakami fizycznymi, magicznymi i mentalnymi a z tego, co tu widzę, czymkolwiek jest ten demon, będzie musiał się martwić wszystkimi tymi czynnikami. Któremuś prędzej czy później będzie musiał ulec a wtedy pozostałe dobiorą się do niego bez trudu. – Pomyślał, w odpowiedzi na negatywne emocje swojej towarzyszki, które wyczuł, by choć trochę ją przekonać do swojej koncepcji. Nie chciał musieć radzić sobie dodatkowo z wewnętrznymi konfliktami gdyby doszło do walki, nawet, jeśli nie zakładał walki w takim samym stopniu, jakiej zapewne oczekiwali Lorveniusze. Nie usłyszał odpowiedzi, Rinej nadal była rozdarta między własnymi opiniami na ten temat, lecz brak sprzeciwu w jej przypadku miał w zwyczaju oznaczać aprobatę, gdyż Darrian świetnie zdawał sobie sprawę z tego, jak lubiła narzekać.

Mając własne problemy z głowy, półelf zaczął manewrować między ludźmi, mając zamiar znaleźć się w miejscu jak najbliższym do człowieka rzucającego patriotyczne hasła. Nie żeby maga obchodził los Autonomii, acz mógł i takiego udawać, zwłaszcza, jeśli w grę wchodziły sława i pieniądze a w tej sytuacji być może także utarcie niematerialnego nosa Anemetiusa. Z tłumu, dosłyszał, iż do lasu miała udać się nieduża grupa zwiadowcza, do której miał zamiar dołączyć. Posiadał pewne umiejętności, które idealnie by się przydały w tropieniu magicznych istot, co dodatkowo dawało mu większe szanse na ucieczkę w razie czego. Grunt to nie chwalić się uszkodzoną ręką i zapewnić ewentualnych niedowiarków, co do jego przydatności o tym, że nie potrzebuje rąk by stanowić adekwatnego sojusznika do walki z demonem.

- Ciekawa zbieranina. – Szepnął sam do siebie, podsumowując otaczające go istoty.

Awatar użytkownika
Mścigor
Posty: 51
Rejestracja: 18 sie 2013, 00:31
GG: 381201
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2744

21 kwie 2014, 12:39

Mścigor

był zachwycony nowymi doświadczeniami, te kolory, ci ludzie, te zapachy i dźwięki. Coś wspaniałego, gdy ujrzał uzbrojonych mężów i idealnych rycerzy nie mógł uwierzyć w swoje szczęście. Prawie nie zwrócił uwagi na namiot kurewek, prawie. Mimo że wcześniej nie widział czegoś takiego to domyślił się, że szykuje się bitka. Na paladynach też zbytnio się nie znał, choć ich herb wydawał się mu dziwnie znajomy. Ledwo nadążał za Drasimem, co chwila znajdywał coś co cieszyło jego oczy. Zgubił się kilka razy w tłumie lecz dzięki szczęściu zawsze odnajdywał towarzysza. Nie chciał stracić jedynej osoby, którą tutaj znał.

Chciał

nawet do podróżnika zagadać lecz ten zatrzymał się przed jakimś wojem. W ciszy stał i słuchał, więc i Mścigor zaczął. O dziwo, mowa woja chwyciła jego serce! Każdą wzmiankę o pięknie autonomii odwzajemniał okrzykiem. Tłum podziałał na niego mobilizująco, sam uwierzył że może bronić ziemie swego pięknego państwa! Gdy się dowiedział co jest powodem całego tego szaleństwa splunął na ziemie, jak on nienawidził demonów. Faktem było, że urodzone w ogniach i cierpieniu były przeciwieństwem Rzęślaka. Z chęcią wystąpił jako jeden pierwszy z szeregu i ruszył zapisać się do tej jakże szalenie miłej jego sercu frakcji. Gdy wąsacz zapisywał jego miano chłop patrzył z zazdrością, jakże by on chciał nauczyć się kiedy pisać i czytać. Zaśmiał się w duchu, nawet nie wiedział na co się pisze…
Z uśmiechem na ustach czekał, aż Drasim zrobi to samo. W głębi serca wiedział, że i on stanie w obronie ojczyzny! Czuł, że właśnie los się do niego uśmiechnął. Gdy tylko towarzysz wraz ze smoczycą wrócili zamachnął do nich. Jeśli podeszli rzucił szybko.

– Wiedziałem,

żeś patriota a nie wymoczek haha! Nadziejemy pewno sporo demonów na nasze kijaszki! -rzekł jakby wcale się nie bał tych… stworzeń, wybitnie nie zdawał sobie sprawy z tego co go czeka. Był kolejnym głupcem czyhającym na złoto, a może jednak nie?

– Potowarzysz

mi przy obiedzie? Będę wdzięczny - uśmiechnął się lekko i rozejrzał się po okolicy. W niedalekiej odległości znajdowało się kilka ognisk. Mścigor nie znając się zbytnio na wojence, nie wiedział jakie zasady w obozie obowiązują. Przywitał się skinieniem głowy i spytał się niezbyt kulturnie czy można skorzystać. Obiecał rzecz jasna nieco gulaszu, żeby nie było że chamidło z niego. Przez chwile spojrzał w górę, miał dziwne wrażenie że coś przeleciało nad nim w górze. To może ta dziwna aura o której mówili. Chłopina nie miał jednak na to czasu, wyjął garniec w tabołka i rozłożył jedną szmatę na ziemi. Miał do wyboru albo ubrudzić wiewiórkę ziemią lub zapaskudzić swoje szmaty. Wybrał drugą opcje i zaczął patroszyć zwierzynę pozbywając się nieczystości. Tasakiem pokroił kawałek suszonego mięsa, ogórki i to co udało mu się uzyskać z ofiary Roi. Westchnął ciężko, poszukał wzrokiem jakiś ziół lub przypraw lecz nic w pobliżu nie było. Musiał uzupełnić zapasy niedługo, liczył że tutejsza bitwa nadejdzie niedługo.

- Heh,

rzeka pewno zapaskudzona, ma kto wody może? Mojej manierki nie starczy, heh…

Wrzucił

wszystko do gara, czekał na odzew. Marzyła mu się cebula, jakieś zimnioki, a może chociaż seler… splunął na bok, tak bardzo ograniczony w kwestii gotowania nie był od dawna. Usiadł na tyłku ciesząc się chociaż przez chwile spokojem. Czekała go niezła przygoda…
Awatar użytkownika
Azur
Posty: 317
Rejestracja: 13 gru 2012, 21:38
GG: 21882886
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2374

21 kwie 2014, 16:55

T

roll przypatrywał się wszystkiemu z niemałym zdziwieniem. Mieli ruszyć na targ, po drodze trochę polowali, nic ciekawego. Dopiero w Wolenvain miała nadejść męka związana ze wspomnieniami i ukrywanie jej, chcąc jak najbardziej przydać się wieśniakom. A tutaj rycerze, szykowanie do bitwy i zatrzymanie konwoju. Zadziwiające jak szybko miotali się Ci śmieszni ludzie, odziani w pancerze, które Azur mógłby z łatwością zniszczyć. Obudziła się w nim nutka fantazji, wyobrażał sobie siebie, walczącego z tymi wszystkimi zakapiorami. Oczywiście, szans nie miał, ale mógłby naprawdę dużo zdziałać. Zeatel podsuwał mu kolejne myśli o piękny zwycięstwie, wysławiających go współbraciach oraz posągach z kamienia, które wznoszono by na jego cześć. Piękne myśli mieszały się z odwiecznym zdziwieniem, jakim obdarzał ludzi. Zbierali oni się jakby bez celu, biegając pośród powoli rosnącego "miasteczka" i robiąc mnogość przygotowań, prawdopodobnie do bitwy. Nikt jednak nie mówił jasno, co zamierzają i dokąd idą. Ba, gdy próbował dowiedzieć się czegokolwiek od ludzi z Aldhalu, odpowiadali mrukliwie i kazali mu iść w cholerę. Najwyraźniej im także udzielił się nastrój, jaki panował wśród tutejszych. Nikt nie wyglądał na zadowolonego z tego jakże pięknego dnia, czy możliwości pobytu nad tym urokliwym brodem. Jedynie duży, zielony stwór rozkoszował się kolejnym dniem, jaki mógł w pełni poświęcić kontemplacji. Patrzył na przygotowania, modląc się ku Leatanielowi o pomyślność wydarzeń, jakie miały nastąpić, oraz o nadejście kolejnego dnia. Wyczuwał, że sprawa musi być naprawdę duża, skoro było tutaj tylu wojowników, nie spodziewał się jednakże, iż będą zachowywać się tak niezorganizowanie. Zero harmonii, zero jakiejś zgody, po prostu bieganina. Inaczej wyobrażał sobie armię. Tutaj legł absolutnie KAŻDY, kogo przywiał wiatr. Rekruci mnożyli się w oczach, zbrojeni naprędce i biegnący ku dowódcom. Istny szał, zero sensu, właściwie to byłoby to nieciekawe, gdyby nie różnorodność jegomościów. Od lśniących zbrój, aż po łachy gorsze niżeli te trollowe.

K

toś począł o niego wypytywać. Wyglądało na to, iż był… czymś, co chcieliby pozyskać. Ludzie zwykle interesowali się nim jedynie, gdy czegoś chcieli. Cóż, przynajmniej zdawało się, iż zamierzają z nim porozmawiać. Zbliżył się ku niemu nie do końca uzbrojony jegomość. Całkiem rosły, Azur uznał, iż w walce nie byłby aż takim łatwym wrogiem. Musiałby walić w miejsca bez zbroi, dokładnie celując, a za szybki nie był. Mimo to, uśmiechnął się niczym zwycięzca i osoba, która ma przewagę. Wiedział, że skoro go chcą, to potrzebują także jego zgody. Żołnierz który nie słucha się rozkazów wyrządzi więcej szkód, niż nawet najsłabszy rekrut, nieumiejętnie posługujący się bronią. Uśmiech był perfidny, mający odstraszyć i pokazać siłę. Istota, jaką był Azur, podniosła się i przeciągnęła. Kości strzyknęły, wydając dźwięk, jaki przeraziłby nawet największego, ludzkiego, wojownika. Obrzydliwa jadaczka szczerzyła się coraz mocniej.
Potrzebujecie mnie, a ja potrzebuję wolności, rynsztunku oraz zapewnienia, że zdejmiecie ze mnie to gówno. – wskazał na zamię, które nadal utrzymywało się na ramieniu. Musiało być magiczne, ponieważ zostało wypalone gołą dłonią. Nie wiedział czy ma jakieś magiczne zdolności, acz przewidywał, że może być dla niego bardzo złe. Zastanawiał się skąd u niego takie postulaty. Może to z powodu głodu walki, którą porzucił dawno temu. Może też była to nuda, która towarzyszyła monotonnemu życiu w Aldhalu. Zamierzał tam co prawda wrócić, do własnej chaty, nadal pomagając wieśniakom, acz wolał być wolny i nie skrępowany poprzez idiotyczne nakazy. Chciał polować na własnych zasadach i pomagać na własnych zasadach. Chciał także udać się do któregoś z kościołów, aby pobrać więcej nauk o bogach i ich genezie. To naprawdę mało, jak mu się zdawało. Przecież wieśniacy mogli to robić bez żadnego powodu, zaś on… on musiał zdobyć pozwolenie, ochronę i kogoś, kto by go pilnował. Żałosne i bezsensowne, jak gdyby był przedmiotem.
Jestem Azur. Zabójca Ivinarii, Da'rana oraz świadek śmierci Czubka. Troll, który spędził ostatnie lata w więzieniu oraz jako niewolnik. Jednakże, nie bój się, jestem honorowy. Jeśli spełnicie moje żądania, zyskacie potężnego sojusznika. Moja krew jak kwas, moje zmysły zwierzęce, mój umysł ludzki. – ostatnie słowa wyrzekł tak, aby wszyscy słyszeli. Tubalny głos potoczył się wśród motłochu, dając mu jednoznacznie do zrozumienia, iż próba przeszkodzenia mu w dołączeniu do bitwy jest z góry przegrana.
Awatar użytkownika
Omival
Posty: 73
Rejestracja: 27 gru 2013, 22:00
Lokalizacja postaci: Kamienica Patriotów
GG: 43348566
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2832

21 kwie 2014, 18:08

Omival miał wrażenie, że minęły tygodnie od wyjścia z Aldhalu, a stolicy nadal nie było widać. Ciąg wozów i ludzi mozolnie brnął do przodu, co jakiś czas zatrzymując się, aby nakarmić konie i nieco odpocząć. Monotonia podróży była męcząca, a dla Omivala, którego nie ciągnęło specjalnie do rozmowy z wieśniakami, wręcz niewiarygodnie uciążliwa i nudna. Miał tyle czasu na refleksje, lecz towarzysząca mu atmosfera nie pozwalała zebrać myśli. Skrzypienie kół, jakieś, niemalże trywialne okrzyki i coraz mniej wygodne buty. Wszystko to jeszcze bardziej uprzykrzało wędrówkę. Szedł więc w ciszy, podziwiając krajobrazy, których od tak dawna nie widział, a będące niejako jedyną rozrywką.

Wielkim zaskoczeniem dla Omivala, jak i zapewne reszty wędrujących z nim osób był kolejny przystanek – Hałaśliwa Wólka. Spodziewał się kilku domostw, niewielkich pastwisk, a zobaczył pochłaniane przez płomienie zgliszcza. Nie miał pojęcia co zaszło w wiosce. Najazd wrogich wojsk w środku Autonomii wydawał się być niedorzeczny, a nic innego nie przychodziło mu do głowy.
Pośród dymu i buchającego żaru dało się zauważyć kilkoro ludzi. To, co mówili na temat wydarzeń w Wólce, brzmiało nieprawdopodobne. Rzekomo wszystkie te zniszczenia wyrządził ogromny demon, który pojawił się znikąd. Krótko po wznowieniu marszu, Omival zauważył jakąś zmianę wśród towarzyszy. Zwiększyli tempo, wyraźnie chcą szybko opuścić okolicę, wydawali się też nieco przestraszeni. Wprawdzie i on odczuwał dziwny niepokój, ale jak zwykle nie dawał tego po sobie poznać.

Kolejnego dzień był znacznie bardziej pochmurny i co jakiś czas padał deszcz. Karawanę czekała przeprawa przez rzekę. Zbliżając się do sławnego Lwiego Brodu atmosfera pośród wędrujących diametralnie się zmieniła. Nutka grozy ustępowała miejsca ekscytacji. Niemal całą przestrzeń w zasięgu wzorku zajmowały grupy najróżniejszych osób. Prostytutki zalecające się każdego mężczyzny, jakiego spotkają, masa wieśniaków, kupcy przeprowadzający liczne transakcje, rozśpiewani bardowie, pomniejsze wojska i ci najznamienitsi paladyni, o których tak wiele słyszał niegdyś w gospodach.

Omival spodziewał się, że karawana nie przekroczy rzeki. Widząc tyle wojska zrozumiał, iż plotki z Hałaśliwej Wólki muszą być prawdą. Demon stanowił najwyraźniej znaczne zagrożenie. Aby lepiej poznać sytuację postanowił przejść na sam przód, skąd dochodziły rozmowy odnośnie całego tego zgromadzenia. Minął kilka wozów i przystanął na chwilę przy jednym, na którym siedział olbrzymi troll. Od dawna miał ochotę go poznać, ale nigdy nie miał okazji. Słyszał jedynie, że nazywa się Azur. Do zielonego olbrzyma podeszło kilku osobników, którzy najwyraźniej chcieli zwerbować go do walki. Tak czy inaczej, nie to teraz interesowało Omivala. Jego uwagę przyciągnął postawy, wąsaty mężczyzna tłumaczący zebranym przyszłe wydarzenia i płomiennie zachęcający do wejścia w szeregi jego oddziałów. Stanął więc wsłuchany w monolog, chcąc jak najwięcej się dowiedzieć, po czym momentalnie się zamyślił. Kontynuacja wyprawy do stolicy nie wchodzi w grę, a opuszczenie Lwiego Brodu mogłoby zostać odebrane jako dezercja, co przyniosłoby mi tylko problemy. Skoro tu jestem, to pomogę. Pewnie i tak paladyni załatwią sprawę. Poza tym taka służba wiąże się z pieniędzmi. Nagłe wiwaty tłumu wybiły go z transu. Wszyscy zaczęli kierować się do mównicy, aby zapisać się na liście wąsacza. Kolejka jednak była długa i przesuwała się bardzo wolno, przez co Omival mógł jeszcze raz przyjrzeć się wszystkiemu wokoło. Popatrzył w niebo, po którym pędziły szarawe obłoki, co chwila spuszczające przyjemne nawałnice. Poprzyglądał się ludziom biegającym między kolorowymi namiotami. Zerknął na niedaleką rzekę. Idealnie, pomyślał. Gdy nadeszła jego kolej podszedł do dostojnika.

– Nazywam się Omival. Zamierzam pomóc wam na polu bitwy – powiedział głosem, zupełnie innym niż większość. Brakowało tej wszechobecnej, ogromnej ekscytacji. Omival chociaż z własnej woli chciał wesprzeć kompanów, nie uważał aby prawdopodobna śmierć wielu ludzi była czymś, czym można byłoby się radować. Po zapisach poszedł zwiedzić całe, przyszłe pole bitwy, na którym niedługo może przyjść mu się zmierzyć z tajemniczą i nieokiełznaną bestią.

Awatar użytkownika
Roia
Posty: 105
Rejestracja: 28 mar 2013, 14:31
GG: 18983323
Karta Postaci: viewtopic.php?p=42275#42275

21 kwie 2014, 22:15

Schowała się w torbie Drasima, ale nie znaczyło to tak wiele, jak Drasim i Mścigor mogliby chcieć! No dobrze, trochę się bała. Tylko trochę. Wychylała podczas podróży łepek. Zanim jednak wkroczyli w całą tą zbieraninę zakryła się zamknięciem torby tak, że tylko malutki, zielony nosek był widoczny, Nosek i patrzajki ukryte w torbie. Ludzi, elfów i wszystkiego innego co popadnie zaczęło się roić ze wszech stron i mała zaczęła się chować niemal nie ruszając się z miejsca. Z torby nie ruszyła. Po prostu tłok i ogrom wszystkiego zaczął ją ogarniać w dość negatywny sposób. Nigdy się w takim miejscu nie znalazła, zamknięta. Mogłaby wyjść, ale, powiedzmy szczerze, trochę się bała. Dlatego zaczęła się przysłuchiwać rozmowom i wyłapywać słówka. Zwłaszcza, gdy Mścigor zaczął krzyczeć w taki motywujący sposób.

Przez chwilę stali i słuchali, nawet ona. I starała się rozumieć, chociaż co jakiś czas jakieś słowo jej wylatywało z uszu. Mimo wszystko ogrom wszystkiego sprawiał, że nie czuła się w owym miejscu swobodnie. Wyleciałaby, ale musiałaby się wpierw rozeznać, czy jest na tyle bezpiecznie, by to zrobić. Przymknęła oczy i schowała pyszczek. Drasim zaczął przeć do przodu w stronę głosu, który umilkł.

~ Co tu się dzieje? Co to za istoty? ~ Zapytała najbliższego sobie umysłu, tudzież posłała delikatną mackę magii z pytaniami ku pierwszemu, który wyczuła. Jeden był troszkę wyraźniejszy niż te w pobliżu, dlatego od razu powiedziała do niego. Poczuła, jak jej torba obiła się o coś. Czy raczej została nieco szturchnięta przez przechodnia o umyśle, który ją zainteresował. Ale równie dobrze Drasim mógł się zachwiać i nieco stuknąć w torbę. Zatraciła poczucie kierunku gdzie on był i ze zmieszania "uderzyła" prosto do umysłu czarodzieja o dwóch duszach. Jej zapytanie było jakoby muśnięciem i poza kimś, kto nijak nie zna się na magii umysłu, każdy mógł po prostu odrzucić jej kontakt. Zignorować.

Awatar użytkownika
Anante
Posty: 187
Rejestracja: 30 gru 2013, 10:08
Lokalizacja postaci: Kamienica Patriotów
GG: 47821741
Karta Postaci: viewtopic.php?p=46352#46352

22 kwie 2014, 10:04

Schodząc w stronę brodu półdemonica szczelniej otuliła się płaszczem. Im bliżej się znajdowała, tym bardziej zdawała sobie sprawę z tego, jak mylne było jej pierwsze wrażenie. Nie miała przed sobą żadnego jarmarku, czy po prostu przygodnej zbieraniny motłochu ludzkiego, jakie czasem się zdarzają. Przed nią rozciągał się obóz wojenny z prawdziwego zdarzenia. Rzędy namiotów, rozstawionych w pozornym porządku pokrywały prawie całą przestrzeń wokół brodu. Cholera jasna… co mnie ominęło przez ostatnie czterdziestolecie?. nie mogąc jednak dojść do jakiegokolwiek logicznego wniosku, Anante przyspieszyła kroku. Szybko dogoniła ogon wyjątkowo wątłego, ale zwartego ludzkiego węża, który wlewał się na teren obozowiska. Klnąc na swój wzrost i raczej niepozorną posturę, zaczęła się przeciskać do przodu. Kurwy, najemnicy, złodzieje… cały kwiat tego świata ciągnął na wojnę, niczym kolosalna pijawka zdolna wyssać ostatnią kroplę krwi, jeszcze zanim rozpocznie się walka. Nie potrafiła powstrzymać się przed odczuwaniem lekko obrzydliwej fascynacji tym zjawiskiem. Jak długo żyła, nie potrafiła zrozumieć pędu pchającego wszystkich do destrukcji. Pokręciwszy lekko głową, skrytą pod kapturem, znowu skupiła się na tym co działo się przed nią. A w sumie było na czym, bo nie często można zobaczyć tak duże zgrupowanie paladynów. Świątynne ścierwa… prawie nie wymamrotała Ci przynajmniej nie należą chyba do tych najgorszych. Wyznawcy Lorven. Splunęła na bok. Jakby za dobrą boginię trzeba było walczyć… absurd .

Westchnąwszy, najemniczka spróbowała wydostać się z bezmyślnej chmary, rozlewającej się po obozie, jednocześnie próbując nie dać się stratować, czy obrazić jakiegoś rycerzyka. Sama nie była szlachetnie urodzona, a wolała nie narobić sobie kłopotów. Cholerne błękitno krwiste dupki, potrafiły mieć wsadzonych w tyłek więcej kołków niż się wydawało. Parę łokci wepchniętych w żebra i jeden cios opancerzoną pięścią dalej, rudowłosa wyrwała się z bezwładnej masy i mogła odetchnąć chwilę, przed zagłębieniem się w kręte i wąskie "uliczki" wytyczone między palikami utrzymującymi namioty. Odszedłszy jeszcze parę kroków, dla pewności przystanęła i wyciągnąwszy z torby bukłak z resztką wina, wypiła jego zawartość dwom krótkimi łykami, krzywiąc się przy tym mocno. Smakowało paskudnie, ale przynajmniej wymyło pył wzbijany przez tych wszystkich idiotów z jej ust. Odłożywszy pusty pojemnik do torby, zaczęła się zastanawiać co dalej. Z pewnością mogłaby spróbować sforsować bród i zgodnie ze swoim planem udać się do stolicy. Nie byłaby to najgorsza opcja, tyle że potrzebowała pracy. A obóz wojenny, nawet jeśli należał do jakichś fanatyków stanowił chyba najlepsze miejsce do jej znalezienia. No i mówiąc uczciwie intrygowało ją to wszystko. W końcu nawet gdy przebywała w tych okolicach podobne wyprawy należały raczej do rzadkości. Poza tym tak czy siak musiała uzupełnić zapasy. Zadowolona z takiego uzasadnienia, zarzuciła sobie torbę na ramię i ruszyła w stronę skraju obozowiska.

Jakimś cudem nie wyrżnąwszy o ziemię, przez te wszystkie paliki, wyszła w końcu na znacznie bardziej chaotyczną, ale i przyjaźniejszą osobom jej pokroju przestrzeń. Mieszanina plebsu, kurew i najemników… dziewczyna wzięła głęboki wdech i prawie nie porzygała się od unoszącego się już smrodu. Urokliwi jak zwykle. mruknęła z przekąsem i ruszyła przed siebie. Z lekkim zaniepokojeniem spoglądała na ich twarze, które odbijały w sobie niepokój i apatię. Cholera, czyżby już rozstrzygnięto bitwę i stoję po stronie przegranych? pokręciła lekko głową Niemożliwe… nie byłoby ich wtedy tylu tutaj. Cóż, przynajmniej nie będzie problemów z miejscem pod ognisko, a i handlarzy łatwiej wypatrzę. Wtem wypatrzyła zbieraninę ludzi wszelakiej maści, otaczającą dosyć rosłego rycerza. Rozejrzawszy się wokół, podeszła do grupki i okrążywszy ją od zawietrznej stanęła tak, by móc w miarę dobrze obserwować i słyszeć właściciela pokaźnych wąsisk.

Gdy padły pierwsze słowa o demonie, Anante zadrżała lekko. Ostatnim na co miała po tak długim czasie ochotę było spotkanie z dalekim "krewnym". Z drugiej strony bydle zagrażało ludziom… choć to akurat jej zbytnio nie interesowało. W końcu od tego mieli szlachtę i paladynów, a w razie czego mogli zwrócić się do jej podobnych. Nie podobał się jej za to fakt, iż cholerstwo postanowiło zadomowić się w pobliżu miasta, do którego bram zmierzała. Nigdy nie była i raczej nie będzie czuła czegokolwiek do Autnomii, no może poza odrobiną niesmaku, na myśl o polityce. Jednakże lubiła Wolenvein i raczej nie byłaby zachwycona gdyby zabrakło tego matecznika wszelakich interesów i dobrze skrywanego chaosu. Pierdolenie o odwadze, czy wyższych wartościach nie ruszało jej za to w ogóle, a wręcz irytowało. Jakie to miało znaczenie, na bogów? Przecież patriotyzm nie włoży jej do sakwy srebra, ani nie naprawi pancerza. Dopiero gdy przeszedł w końcu do omawiania zapłaty i spojrzała na niego z żywszym zainteresowaniem. Choć w sumie trudno było to stwierdzić przez kaptur i budowę jej oczu. W sumie przynależność do tej organizacji mogłaby się jej przysłużyć. Choć niekoniecznie interesowała ją otoczka ideologiczna, to póki mogliby zapewnić jej w miarę stabilną pracę i jak wynikało z mowy chroniliby miejsce gdzie miała zamiar osiąść, byli naprawdę pociągającą opcją. Oczywiście o ile byli szczerzy. Zresztą nikt chyba nie miałby nic przeciwko, gdyby któregoś dnia się rozmyśliła, prawda? W końcu i tak wystarczyłoby zaszyć się gdzieś na dekadę, lub dwie i nikt już by o niej nie pamiętał. No i może mieli jakiegoś kowala, jeśli już mowa o zyskach krótkoterminowych. Poza tym sama nie była jakimś poślednim chłopem, czy najmitą. Ciekawe jak zareagują, gdy zacznie używać magię…

Uśmiechnąwszy się, nieznacznie odsłoniła jeden z kłów. Szybko zamknąwszy usta, rozejrzała się wokół, po czym ruszyła jako jedna z pierwszych by się zapisać. Ściągnąwszy z głowy kaptur, przeczesała dłonią przygniecione włosy i stanęła w kolejce. Uśmiechnęła się nawet do rosłego chłopiszcza, które zapisało się przed nią. Skrzywiwszy się tylko lekko, gdy wspomniał o nadziewaniu demonów, zrobiła krok do przodu i stanęła przed wąsaczem. Spokojnym głosem profesjonalisty podała swoje personalia i napomknęła o swoim doświadczeniu, oraz chęci dołączenia do grupy udającej się do lasu. Odsunąwszy się po chwili na bok, zaczęła szukać wzrokiem kogoś, kto należał do Patriotów i mógłby jej udzielić jakichś konkretniejszych informacji, a jednocześnie nie będzie wyglądał na jakiegoś zadufanego dupka. Jeśli znajdzie taką osobę, podejdzie do niej i przywitawszy się uprzejmie zapyta czy kompanii nie towarzyszy może jakiś kowal, który za opłatą mógłby naprawić jej ekwipunek. Gdyby otrzymała informację, iż takowy faktycznie się tutaj znajduje, uda się do niego bezzwłocznie. Musiała wymienić większość rzemieni i część wyściółki w pancerzu. Jeśli zaś takowej osoby nie znajdzie, lub załatwi już sprawę u kowala najprawdopodobniej poszuka jakiegoś najmniej szemranego towarzystwa i przyłączy się do niego. Aktualnie w zasięgu jej wzroku kryteria te spełniało jedynie ognisko chłopa, który zapisał się przed nią. Podejdzie więc wtedy i zapyta przyjaznym tonem, z delikatnym uśmiechem na twarzy:
-Mogę się dosiąść, panowie? Obiecuję nie gryzę, a i zapasami podzielić się mogę. To jak? Zrobicie trochę miejsca dla zmęczonej podróżniczki?
I jeśli otrzyma zgodę dosiądzie się, po czym samemu zacznie przeprowadzać naprawy ekwipunku. Zacznie od wymienienia przetartych rzemieni, oraz naostrzeniu sztyletu. Następnie rozejrzy się za czymś do jedzenia, najpewniej jakimś handlarzem, lub jeśli jej potencjalni towarzysze okażą się na tyle uprzejmi zje z nimi.

Wróć do „Autonomia Wolenvain”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 15 użytkowników online :: 1 zarejestrowany, 0 ukrytych i 14 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Kerra z Derinu
Liczba postów: 52217
Liczba tematów: 2975
Liczba użytkowników: 1049
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: katrost
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.