Lwi Bród

Najważniejszy obszar, na którym toczy się gra. Autonomia to zamieszkane głównie przez ludzi państwo podzielone na pięć prowincji ze stolicami w Wolenvain, Derinie, Morinhtarze, Minaloit i Aparilume. Czytaj więcej…
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3780
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

Lwi Bród

17 kwie 2014, 20:22

Położony na południe od Wolenvain, przecinający Iquę Lwi Bród był już ponoć świadkiem wielu bitew. To tutaj wedle rozlicznych podań w 34EF po raz pierwszy rzekę przekroczył zwany Lwem ze Stepów Vain, na którego cześć nazwano później miejsce przeprawy. Ludzki władca zagłębił się w dzikie, zamieszkane przez plemienną ludność ostępy w poszukiwaniu konkurującego z nim Wolena, swego młodszego brata. Opór, jaki napotkał, kosztował go utratę wielu zacnych wojowników. Dowodzeni przez Wolena Gryfiego Jeźdźca, zunifikowani przez niego barbarzyńcy z Wichrowych Szczytów wyparli Vaina za rzekę i dalej, zmuszając go do wycofania się w okolice dzisiejszego Derinu i rozpoczynając tym samym długoletni, bratobójczy konflikt zwany później „Wojną o Autonomię” i zakończony ostatecznie ślubem córki Vaina oraz syna Wolena w 75EF.

Sam bród został w późniejszych latach wyposażony w porządny, kamienny most. Jego łuk był dość łagodny, a wymiary iście potężne. Most był szeroki na tyle, że swobodnie i bezproblemowo mogły się na nim minąć nawet dwa wozy – w najszerszym punkcie mierzył sobie około trzech i pół sążnia. Było to o tyle istotne, że jakkolwiek do samego Wolenvain można było dojechać inną drogą, transportując później towary za pomocą promu do dzielnicy portowej stolicy, tak Lwi Bród stanowił jedyne racjonalne połączenie między Kupieckimi Kochankami a Derinem. Długi na ponad dwie staje, wyposażony w dziewiętnaście stojących na siedemnastu filarach łęków był dumą każdego mieszkańca Autonomii Wolenvian.

Obecnie ta lokacja jest pusta.
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3780
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

20 lut 2015, 19:45

//Skip fabularny uzgodniony z graczem.
MG

Zielony, mocno przybrudzony płaszcz przekazany przez Ajena musiał na razie mu wystarczyć. Znalazł też wyszczerbiony tasak, niestety bez pochwy, ale w miarę użyteczny. Był ciężki, wyraźnie rozszerzający się ku końcowi. Nie miał wyraźnej gardy ani głowicy, a jego rękojeść przypominała rękojeść noża. Długi na trzy stopy majcher musiał dobrze służyć swojemu poprzedniemu właścicielowi, jednak ostatecznie nawet on poległ w bitwie, jaka rozegrała się w Lwim Brodzie.

Straty Lorveniuszy, milicji kupieckiej, Patriotów i okolicznych władyków były ogromne. Wielu ocalałych mówiło o tym, że to zakonnicy rozpoczęli bitwę, ale bali się rozpowszechniać tę informację. Potęga Świątyni Światła, choć znacząco przytłumiona rzezią, nadal była znaczna, a rozpowiadanie głośno o klęsce paladynów mogłoby ją obudzić. Oczywiście plotka rządziła się własnym prawem i już po paru dniach większość żyjących w Autonomii Wolenvain ludzi szeptała o tym, że Lorveniusze walczyli między sobą, zabijając przy tym również wielu niewinnych. Zgodnie ze wszelkimi przewidywaniami informacja ta nie znalazła oparcia u żadnego z nich. Rycerze uzgodnili własną, jedyną słuszną wersję: walczyli z demonem oraz smokiem, którego przywołał.

Wkrótce okazało się, że zdania ludu są podzielone. Jedno było jednak pewne: potęga Zakonu Lorveniuszy została znacząco osłabiona, a to mogło zaważyć na dalszych kontaktach między włodarzami prowincji stołecznej oraz namiestnictwa derińskiego. Zamek Dunrik, leżąca na pograniczu tych ziem siedziba paladynów, był jedną z ostatnich barier, która zabezpieczała względny pokój. Nikt nie mógł zbrojnie przejść przez granicę, gdy chroniło jej opancerzone ramię Świątyni Światła. Teraz zaś ramię to zostało okaleczone, co już wkrótce miało położyć się cieniem na losie całej Autonomii Wolenvain.

Nieświadomy implikacji wydarzeń, w których uczestniczył, Slavius siedział na koniu, starając się go jakoś opanować i nie pokazać po sobie, że tak naprawdę za cholerę nie umie nim sterować. Jechał z kilkoma pozostałymi przy życiu Patriotami, zdążając ku Wolenvain. U ich boku miał zapewnione wyżywienie i nocleg. W zamian trzymał wartę wtedy, kiedy mu kazali i opiekował się rannymi. Pokazali mu, jak naostrzyć tasak i jak go wypolerować. Zdobyczną kolczugę również miał czekać podobny, szczodry los. Zaschnięta krew, którą była pokryta mieszała się z rdzą, nadając jej bardzo niezdrowego koloru, ale nie zmieniało to faktu, że nadal można było ją odratować.

Niewiele było do roboty podczas licznych postojów, jakich wymagał od wędrujących stan pana Brigorda Berkwista, więc Slavius zdążyłby nieco poznać swoich towarzyszy… Gdyby nie to, że niezbyt chcieli z nim gadać. Cóż, pozostało mu jedno: stopniowe zyskiwanie ich poparcia. Zdecydowanie wiedział, że powrót do Wolenvain oznaczać będzie dla niego nowy etap w życiu, gdzie popisać się będzie musiał nie tylko umiejętnością walki, ale także pomyślunku, nie tylko w dziedzinie unikania śmierci, a przede wszystkim zjednywania sobie ludzi. Pod koniec podróży poczuł, że jedna osoba z orszaku zaczyna mu w pewnym sensie współczuć, pomagając mu czasem w codziennych czynnościach, z którymi przez swoje obrażenia radził sobie słabo.

Zatrzymywali się często, odwiedzając mieszkańców okolicznych wsi i mimo tragicznego stanu zdrowotnego większości z nich oraz zdezelowanego wyposażenia starając się nieść pomoc. Uciekinierów bitewnych było bardzo wielu, a większość z nich zatraciła moralność, naprzykrzając się okolicznej ludności. Kilka razy interweniowali, innym razem musieli się wycofać. Życie Patrioty nie było łatwe, a dla Slaviusa był to tylko początek.

//Slavius – z/t.
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3780
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

Golden Throne

10 wrz 2016, 14:09

MG

Gościniec uciekał spod kopyt, gdy pierwsi Latarnicy gnali w kierunku stolicy. Jak na pionierów, wyjątkowo byli niewybitni. Jeden milczący, drugi wulgarny i agresywny, trzeci-manipulant. Im bliżej byli swojego celu, tym posępniejsi się zdawali, tym bardziej zdeterminowani i szlachetniejsi we frasunku, jaki nagle na nich spadł.

Wolenvain zamajaczyło u końca traktu, jawiąc się ledwie pyłkiem przy ogromnych Ikrem, które w końcu zostawili po swej lewej. Stolica kraju, z którym graniczył ich własny. Symbol opresji, spod której się wyzwolili i której powrotu szczerze się obawiali. Twierdza w samym centrum pyszniła się elfią dumą. Cień samej siebie sprzed lat – lat, w których przodkowie Latarników znaleźli sobie nowy dom. Wygnańcy z wyboru nie brali udziału w bratobójczej wojnie, osiedlając się tak daleko, jak było to możliwe.

W końcu jednak Autonomia upomniała się o ich suwerenność, a oni się jej oddali. Dwa i pół wieku później zrzucili jej jarzmo, by w przewrocie odzyskać niepodległość. Wielu odwróciło się wówczas od nowych władców; emigrowało, niechybnie spiskując teraz w tych samych murach, do których zdążali Latarnicy. Było wśród nich kilku przedstawicieli starych rodów, którzy ucierpieli podczas politycznych przepychanek. Skorzystali ci, którzy od dawna dybali na ich władzę, konsolidując się w kilku niezbyt chwalebnych starciach wypędzając swoich dawnych seniorów, sąsiadów i wrogów.

Wśród Latarników wynaturzenie człowieka – więzień tak żałosny, że trzymanie go na uwięzi rodziło podejrzenia o sadyzm. Ropień, bo o nim mowa, był spokojny, ale jego spokój nie wynikał wyłącznie z zastraszenia. Im bliżej byli Wolenvain, Lwiego Brodu i Wichrowych Szczytów, tym lepiej się czuł. Co wieczór ten z Latarników, który jako jedyny traktował go dobrze, rozpytywał o różne tematy. O bitwę, w której więzień został złamany, o podróż do zamku Dunrik, o to, co się tam działo. Chociaż wszystkie szczegóły były mu znane, chciał dowiadywać się o nich po kilka razy, jakby szukał kolejnych. Robił to zwykle wtedy, gdy jego towarzyszy nie było w pobliżu. Sam rzucał od czasu do czasu pewnymi istotnymi informacjami. Jego więzień nie mógł mówić, toteż jawił się dobrym słuchaczem. Zwany przez pozostałych Kwartą Latarnik przeżywał najwyraźniej trudne chwile.

Ich misja trwała od dawna. Zbierali informacje o tym, co wydarzyło się pod Lwim Brodem ze wszystkich dostępnych im źródeł. Gdy dowiedzieli się, że najważniejszy świadek znajduje się w zamku Lorveniuszy, Dunriku, niemal podjęli decyzję o zakończeniu zadania. Wiedzieli, że infiltracja twierdzy zakonu była dla nich niemożliwa. Na szczęście nadarzyła się okazja, podczas której postawili wszystko na jedną kartę. Porwali tego, na którym im zależało i wyrżnęli wszystkich pozostałych członków świątynnej karawany. Mimo że był to podły czyn, do którego teoretycznie predysponowała ich posługa dla Najwyższego Latarnika, Kwarta miał wątpliwości. Nie był człekiem przesadnie religijnym; gdy trzeba było, to torturował, porywał, truł, kradł i zabijał, żyjąc z tego wcale nieźle. Teraz był jednak na obcym terytorium, w miejscu, w którym musiał ukrywać swoją tożsamość, dopuszczając się najpodlejszych czynów w swym życiu. Zabójstwo świątobliwych kapłanów i rycerzy zakonnych przelało szalę goryczy, a potwierdzona przez Ropnia historia z demonem zrodziła kolejne wątpliwości.

Chociaż jego motywacja była potężna, początkowo nie mówił o niej więcej ponad to, że się ugięła. W obliczu niepojętych bytów, które znajdowały drogę do świata ludzi nietrudno było się nie załamać. Kwarta miał jednak przekonanie, że takie rzeczy nie działy się przypadkiem. Obwiniał o nie magię; niepojętą siłę, nad którą pieczę trzymała w tym kraju Akademia w Morinhtarze. Nietrudno było przyjąć, że to jej przedstawiciele, bestie w ludzkiej skórze, zaciągnęły swe chore eksperymenty zbyt daleko.

Latarnicy dowiedzieli się jednak, że Magistrowie Sztuk Tajemnych nie mieli z tym nic wspólnego. Ba!, ich pozycja zachwiała się i sami próbowali zabezpieczyć się na przyszłość. Gdyby nie to, że ich oraz Latarników dzieliło tak wiele, mogliby współpracować w tym dziele. Byli jednak zbyt zapatrzeni w siebie, zbyt butni; przez to zostali wyrzuceni z Księstwa Lokent, ojczyzny Kwarty. Sam, nieciągnięty za język, zagalopował się wielokrotnie. Wierzył, że trójka Latarników była w stanie wytropić i poradzić sobie z tym, który napuścił demona na Lwi Bród. Nie czuło się w jego głosie głupiej odwagi czy megalomanii, a jedynie wiara w swe zdolności. Ropień mógł wywnioskować, że ci, którzy go uprowadzili, wyszkoleni byli tak, by sprostać postawionemu przed nimi zadaniu, nawet, jeśli rzeczywiście mieli unieszkodliwić tego szarlatana.

Im więcej wiedział o Kwarcie i im więcej sam mu przekazał, tym swobodniej się czuł. Lorven sprowadziła na Ropnia łaskę spokoju, nie odwróciła się odeń, ale nadała cel. Dlaczego jednak tak wielu musiało umrzeć? Czyżby nie podobali się bogini? Być może nie było już dla nich ratunku. Musiał w to wierzyć. Przelana krew była konieczna, by wyzwolić go z kajdan. Chociaż nie znajdował się w przepełnionym modlitwą miejscu, a raczej na nieprzyjaznym bruku gościńca, czuł obecność Protektorki Dusz lepiej niż kiedykolwiek. Jakiekolwiek miała dla niego plany, łatwo było mu się z nimi pogodzić. Latarnicy byli narzędziami w jej rękach, wiedział to. Mieli go doprowadzić ku przeznaczeniu.

Coś mogło się zmienić, gdy Kwarta powiedział mu, że Świątynia będzie chciała się go pozbyć. Z początku łatwo było sądzić, że chodzi o świadkowanie napadowi na karawanę, z której członków tylko Ropień przeżył. Latarnik nie miał jednak wątpliwości – informacje, jakie od niego wydobył, miały nigdy nie wyjść na światło dzienne. Sugerował, że to sami kapłani i Lorveniusze postarali się, by ich kaleki wychowanek zapomniał o swej przeszłości. Stracili jednak czujność, nie widząc w Ropniu żadnego zagrożenia. Nie wiedzieli, że Latarnicy będą chcieli go przepytać i nie przewidzieli, że będą zdolni do wszystkiego. To dlatego tak gnali; gnali na złamanie karku, zatrzymując się tylko na obrzeżach wsi w celu szybkiego uzupełnienia zapasów i zaznania krótkiego odpoczynku. Byli pewni, że niewiele czasu zajmie Świątyni rozeznanie się w sytuacji i posłanie kogoś, kto się nimi wszystkimi zajmie. Musieli działać szybko. Do Lwiego Brodu dotarli zatem w zabójczym tempie.

Widziane niedaleko miejsce bitwy nadal było odciśnięte w tutejszej ziemi. Ropień nie musiał nawet na nie wchodzić, by odezwały się w nim wspomnienia, które stały się jaśniejsze niż kiedykolwiek. Latarnicy musieli to zauważyć, podprowadzili bowiem kalekę bliżej. Zachowywali się niecodziennie, jakby wyczuli coś w powietrzu. Poszeptywali między sobą i zerkali na swego więźnia, w którym zmieniło się przecież niewiele.

Minęli grupkę kilkunastu osób słuchających jakiegoś kaznodziei o brudnych szatach. Jego silne, choć naiwne słowa miotały tłumkiem. Prawił o rychłym końcu świata, wojnie między ludźmi a demonami, niełasce Lorven. Gdy spostrzegł Ropnia, przypadł do niego, niepomny na trzech Latarników prowadzących przy nim swe konie. Był w szale retoryki, wierząc we własną nieśmiertelność, ustalając ramy swego przedstawienia tak, by znajdować się w jego centrum.

– I oto pierwsze dziecię Wielkiej Wojny! – wydarł się kaznodzieja, szarpiąc garbusa boleśnie i prowadząc przed tłumek. Latarnicy wahali się, nie chcąc wywoływać niepotrzebnego zamieszania. Forma zachowania, jaką narzucił natchniony mówca, objęła także ich i potrzebowali chwili, by wyzwolić się spod jego potężnego wpływu. Kaznodzieja był tak pewien swych ruchów, tak potężny był pancerz jego woli, że każdy, kto znalazł się przy nim, musiał grać wedle jego reguł. Ocknięcie się nie było łatwe, ale Latarnicy nie byli pierwszymi lepszymi chłopami, którzy się tutaj zgromadzili. Z pewnością podjęcie decyzji nie zajęłoby zbyt długo. Zanim się jednak ruszyli, Ropień już był w centrum wydarzeń.

– Pokrzywdzone przez demona rodem z samej Czeluści, którego Lorven – CHWALMY JEJ IMIĘ – w swej nieskończonej mądrości ZESŁAŁA na nas, NIEGODNYCH! – prawił mężczyzna, nie wiedząc, jak blisko jest prawdy. – Jego cierpienie jest znakiem, znakiem NASZYCH CZASÓW! Popatrzcie na jego lico, takimi właśnie WSZYSCY jesteśmy! Nasze dusze są splugawione i winniśmy PODDAĆ SIĘ IM! – huknął, po czym sięgnął do pasa i wyciągnął zza niego krótki, zakrzywiony nożyk. Ludzie cofnęli się nieco, ale nie stracili zapału, uczestnicząc w widowisku jako jego spójna część. – Wyjmijcie swe kordy, niech ZALŚNI ich stal! – I w istocie, chłopkowie dobyli tego, co akurat mieli. Uzbrojony nagle tłumek musiał wywołać niemałą konsternację Latarników, którzy szybko jednak dołączyli do reszty, również wyciągając swą broń. Ich noże rzeczywiście lśniły, pozostałe – niekoniecznie. Kwarta szepnął coś do swoich towarzyszy, na co tamci zaczęli wnikać między słuchaczy, ustawiając się w sobie tylko znanej konfiguracji. Atmosfera naprężyła się – nie było wiadomo, po co kaznodziei nożyk i czemu kazał pozostałym dobyć swoich. Sądząc jednak po rozwoju sytuacji, jego perora dochodziła do momentu kulminacyjnego.

Awatar użytkownika
Ropień
Posty: 193
Rejestracja: 20 paź 2013, 15:26
Lokalizacja postaci: Lwi Bród
GG: 6550057
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2770

Don't Lock The Door Now

11 paź 2016, 18:39

Ropień miał wrażenie, że dni się rozmywały. Pędzili tak szybko, że jego poraniony umysł był w stanie zareagować tylko marazmem i wyłączeniem się na wszystko, prócz myśli właściciela. Na początku czuł się bardzo niepewnie. Z dnia na dzień jego życie zmieniało się zupełnie. Jeszcze przed chwilą był sługą w Dunriku, a teraz rzucono mu prosto w twarz faktem, że jest - a przynajmniej był - smokiem, który palił paladynów. Wzdrygał się na samą myśl o tym. Nie rozumiał, czemu tak postąpił. Pamiętał swoje myśli, ale wydawały się takie… dziwne. Pewnie dlatego, że teraz czuł się bliski paladynom i zaczął ich uważać za więcej, niż tylko “rycerzy w błyszczących zbrojach”.

Z początku był przerażony. Odpowiadał na pytania Latarników, poddawał się zupełnie ich woli. Potem jednak powoli znów zachodziły zmiany. Nie mógł przeciwstawić się uczuciu przywiązania, które powoli, ale uparcie, pojawiało się wobec oprawcy, którego reszta nazywała “Kwartą”. Ropień zastanawiał się, czy to jego prawdziwe imię.

Kaleka z dnia na dzień ośmielał się na coraz więcej. Czasem sam pytał o rzeczy i inicjował rozmowy. Czuł się teraz pewniej i był prawie przekonany, że Latarnicy jak na razie nie zamierzają zrobić mu krzywdy większej, niż już mu wyrządzono. Powoli Ropień wstawał z samego dna. Miał cel i już nie uznawał Latarników za do cna okrutnych i złych. Za wszystko to dziękował Lorven. Nigdy nie zwątpił w boginię. Był pewien, że czuwała nad nim i nie pozwoli jeszcze bardziej zranić jednego ze swoich najbardziej oddanych sług. Wiedział, że zarówno wezwanie do jego dawnego domu, jak i odzyskane wspomnienia i poczucie osobowości pochodziły od samej Protektorki Dusz.

Ropień coraz ciekawszy był swoich oprawców. Z czasem próbował pytać o ich organizację. Był pod wrażeniem świetnego wyszkolenia, a ich pochodzenie, historia i cel intrygowały go. Wiedział, że te informacje najpewniej są bardzo tajne i niedostępne takim jak on, więc pytał o rzeczy raczej ogólne. Coś, co mogło znaleźć się w zbiorowej podświadomości, kiedy słyszano o organizacji Lararników, o których smok A’eklamarijon nie słyszał nigdy i niczego mu nie przypominali.

Mieszane uczucia Ropień miał co do samej Świątyni Światła. W Lorven miał pełne zaufanie i oparcie, ale rzeczy, które Latarnicy mówili o chwalącej ją organizacji wzbudzały w kalece pewien niepokój. Przecież opiekowali się nim tyle czasu i nawet mianowali taką pokrakę kapłanem. Nie mogli chcieć zrobić biednemu Ropniowi niczego złego, prawda?

Kiedy wreszcie dotarli do celu ich podróży, jednooki zatrzymał się na chwilę i popatrzył na miejsce bitwy z terrorem w oku. Wspomnienie bitwy było jak najbardziej żywe w jego głowie. Bał się tego miejsca. To tutaj wszystko się zaczęło, a może teraz skończy. Mimo wątpliwości ruszył za Latarnikami.

Z zaciekawieniem patrzył na grupkę ludzi, których mijali. Słowa kaznodziei wydały mu się niezwykle odległe i nieprawdziwe, jednak sam ton dziwnie na niego wpływał. Miał wrażenie, że skierowane były do niego i tylko do niego. Nie przejmował się jednak zbytnio, spuszczając głowę i człapiąc za Kwartą.

Musiał się jednak przejąć, kiedy mówca ruszył prosto w jego stronę. Uczucia, które wywoływała mowa natychmiast znikły, a kaleka zupełnie spanikował i miał ochotę uciec, ale nie podjął decyzji wystarczająco szybko. Mężczyzna chwycił go i wyprowadził na środek tłumu. Ropień szybko przejechał wzrokiem po otaczających go twarzach, po czym skulił się w panice i próbował jakoś wyrwać z twardego uścisku. Słyszał głośne słowa, ale nie skupiał się na ich sensie. Prawie wszystko wokół niego przestało być ważne.

Błagalnym, skrajnie wystraszonym spojrzeniem spojrzał ku Latarnikom - a tak właściwie tylko jednemu z nich, Kwarcie. Dwóch pozostałych go nie ruszało, ale w ostatnim pokładał nadzieje. Zaczął jęczeć, ciągle walcząc z osobą, która tak niespodziewanie go porwała. Nie był na to gotowy. Nie chciał. Niech ten człowiek go zostawi. Nie mógł wytrzymać. Kiedy cały tłum wyciągnął noże, Ropień szeroko otworzył jedno oko i podjął ostatnią próbę popędzenia gdzieś w bok, z dala od niebezpieczeństwa. Wszystko jednak skończyło się na niczym. Zauważył, że Kwarta jest coraz bliżej.

Kaleka, nie będąc pewien ratunku, schował twarz w dłoniach i zaczął szybko, panicznie ruszać ustami, odmawiając bezgłośną modlitwę. Nie patrzył na to, co dzieje się dookoła. Zbytnio się bał. Za to wniknął wgłąb siebie. Tam, skąd niegdyś czerpał energię, żeby niszczyć i wywyższać się ponad ludzi. Teraz płonął tam ogień głębokiej wiary. Wierzył, że to Lorven była sprawcą wszystkiego. Spróbował z tego miejsca porozumieć się z boginią, jakkolwiek użyć energii, żeby się osłonić lub odepchnąć od siebie nieznanego człowieka. Jeżeli kiedykolwiek potrzebował osłony i błogosławieństwa Protektorki Dusz, było to właśnie teraz.

Wróć do „Autonomia Wolenvain”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 6 użytkowników online :: 1 zarejestrowany, 0 ukrytych i 5 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Google [Bot]
Liczba postów: 52171
Liczba tematów: 2971
Liczba użytkowników: 1044
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Haarum Kebb
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.