Lwi Bród

Najważniejszy obszar, na którym toczy się gra. Autonomia to zamieszkane głównie przez ludzi państwo podzielone na pięć prowincji ze stolicami w Wolenvain, Derinie, Morinhtarze, Minaloit i Aparilume. Czytaj więcej…
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3792
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

Lwi Bród

17 kwie 2014, 20:22

Położony na południe od Wolenvain, przecinający Iquę Lwi Bród był już ponoć świadkiem wielu bitew. To tutaj wedle rozlicznych podań w 34EF po raz pierwszy rzekę przekroczył zwany Lwem ze Stepów Vain, na którego cześć nazwano później miejsce przeprawy. Ludzki władca zagłębił się w dzikie, zamieszkane przez plemienną ludność ostępy w poszukiwaniu konkurującego z nim Wolena, swego młodszego brata. Opór, jaki napotkał, kosztował go utratę wielu zacnych wojowników. Dowodzeni przez Wolena Gryfiego Jeźdźca, zunifikowani przez niego barbarzyńcy z Wichrowych Szczytów wyparli Vaina za rzekę i dalej, zmuszając go do wycofania się w okolice dzisiejszego Derinu i rozpoczynając tym samym długoletni, bratobójczy konflikt zwany później „Wojną o Autonomię” i zakończony ostatecznie ślubem córki Vaina oraz syna Wolena w 75EF.

Sam bród został w późniejszych latach wyposażony w porządny, kamienny most. Jego łuk był dość łagodny, a wymiary iście potężne. Most był szeroki na tyle, że swobodnie i bezproblemowo mogły się na nim minąć nawet dwa wozy – w najszerszym punkcie mierzył sobie około trzech i pół sążnia. Było to o tyle istotne, że jakkolwiek do samego Wolenvain można było dojechać inną drogą, transportując później towary za pomocą promu do dzielnicy portowej stolicy, tak Lwi Bród stanowił jedyne racjonalne połączenie między Kupieckimi Kochankami a Derinem. Długi na ponad dwie staje, wyposażony w dziewiętnaście stojących na siedemnastu filarach łęków był dumą każdego mieszkańca Autonomii Wolenvian.

Obecnie ta lokacja jest pusta.
Awatar użytkownika
Franeska
Posty: 56
Rejestracja: 09 gru 2011, 20:25
Karta Postaci: viewtopic.php?p=18984

22 gru 2014, 19:11

Próba wyczarowania ostrza pomogła tyle, co nic. Utwierdziło ją jedynie w przekonaniu, że wiele nie jest w stanie zrobić, przynajmniej na razie. Magia nie chciała działać w tym całym zamieszaniu, a przynajmniej nie tak, jakby Franka tego chciała. Na jej głowie rozbiła się cienka tafla lodu, co nie zrobiło na niej większego wrażenia. Co ciekawe, nie traciła jednak dobrego nastawienia, lepiej – z chwili na chwilę jej nastrój był coraz to lepszy. Strasznie to było dziwne. Niby dziewczyna zawsze miała niepoważne podejście do życia, ale teraz stawało się już niebezpieczne dla niej, z czego nie do końca zdawała sobie sprawę.

Och, kurwa! – krzyknęła, gdy w okolicy demona rozległ się grzmot. Była pod wrażeniem. Najwyraźniej zaklęcie pochodziło od jednej z sylwetek, stojących w pobliżu. Poharatało bestię solidnie. Pomyślała: "Ja też tak chcę!". Ale chcieć sobie mogła, bowiem ogarniał ją już histeryczny śmiech, nie była w stanie nad sobą panować. Jedyne, co jej przyszło do głowy, to odwołanie się do swego pochodzenia: starała się nie przepuszczać przez mózg tej magii. Myślała tylko o wytworzeniu swoistego muru w myślach. Z tego wszystkiego upadła na kolana, chwytając się za głowę. Chciała tylko wydostać się z tego przeraźliwego efektu.

W wypadku, kiedy jej się uda wydostać, będzie próbowała wstać i ostrożnie przejść w stronę reszty ekipy. Zależało jej zwłaszcza na dostaniu się do Somiriona, na którym demon najwyraźniej zatrzymał wzrok na dłużej.

Awatar użytkownika
Somirion
Posty: 722
Rejestracja: 03 paź 2011, 22:26
Lokalizacja postaci: Kamienica Patriotów
Karta Postaci: viewtopic.php?t=822

26 gru 2014, 18:28

Na ziemi leżała bestia, która jeszcze pół godziny temu pewnie żyła, jednak atak rycerzy pozbawił ją i wiele innych osób życia. Somirion nie znał szacunku dla zwłok, nie był wychowany w żadnej kulturze. Widział natomiast pawęż, która mogła mu się przydać. Była ogromna, musiał ją trzymać dwoma rękoma, jednak to mu wystarczało. Jego planem było przetrwanie, a nie uważał się za wystarczająco silną osobę, aby móc zrobić coś demonowi. Był przygotowany na atak fizyczny, jednak nie na psychiczny.
Poczuł w swojej głowie obecność i jakby słowa. Jakby Somirion był kimś szczególnym, a to ciało było niewłaściwe? Nie wiedział o co chodzi, nie miał zresztą jak rozmyślać. Czuł się, jakby został uderzony młotem w głowę, a z jego oczu i ust zaczęła płynąć krew. W ustach miał żelazisty posmak posoki, zrobiło mu się ciemno. Byłby upadł, gdyby nie tarcza, którą zabrał od trolla.
Powoli zaczęło jaśnieć mu przed oczami. Nie słyszał gromu, który wysłała jedna z obecnych tutaj osób. Przez jego głowę przeszłą myśl, którą jakby chciał spytać demona kim on jest i kim jest on sam – Somirion.
Czerwień krwi wypływającej z oczu i rzeki doskonale komponowała się ze szkarłatnym kolorem jego oczu. Spojrzał najpierw na oponenta, który jakby został ranny, a następnie po otoczeniu. Ujrzał kobietę, którą wcześniej wyprowadzał z tłumu. Wyglądało jakby upadła na ziemię. Półdemon widząc sytuację dokoła uznał, że lepiej będzie trzymać się razem. Odgrodziwszy się pawężą od przeciwnika, zaczął ostrożnie iść w kierunku Franeski. Nie był przygotowany na kolejny tak silny atak psychiczny, ale może jednak uda się obronić przed fizycznym. Tak czy inaczej, sam nie miał szans wygrać, lub uciec i przeżyć.
Awatar użytkownika
Slavius
Posty: 64
Rejestracja: 16 mar 2013, 14:45
Karta Postaci: viewtopic.php?p=41866#41866

26 gru 2014, 22:33

Slavius przygotowując się do rzucenia zaklęcia nawet nie wyobrażał sobie, że zadziała w taki sposób. Kiedy demon w jakiś sposób wyssał z niego całą energię magiczną, półelf przez ułamek sekundy myślał, że jego magia w ogóle nie zadziałała. A jednak – zaraz rozległ się huk gromu, a z rąk Slaviusa wytrysnęła ogromna energia, kierując się w stronę demona. Był tak oszołomiony, że zachwiał się i upadł na ziemię. Patrzył, jak to, co stworzył trafiło w demona i wyrządziło mu potężne straty. Cóż to za potężna magia? Jednak nie starczyłoby mu energii magicznej na następne zaklęcie. Co miał teraz zrobić?

Nagle wszystko się zmieniło. Jego zmęczenie zniknęło. Poczuł się dobrze. Jego umysł wyzwolił się spod magii demona. Ba! On pracował lepiej niż kiedykolwiek. Wzrok mu się wyostrzył, złudzenia zesłane przez demona zniknęły. Nawet nie czuł już bólu w prawie odciętych palcach. Zrozumiał też, że stał się jakby… antydemonem. Mógł wyczuwać nastroje i zamiary tamtego. Miał jedyną szansę na atak. W tej chwili.

Omiótł wzrokiem otoczenie, szukając jakiejś broni. Włóczni, miecza, może nawet sztyletu – w tej chwili to było obojętne. Po bitwie, która się tutaj odegrała, nie było możliwości, aby takiej nie znalazł. Jeżeli tak się stanie – ruszy w stronę demona, próbując zwyczajnie zaatakować tamtego. Nie sądził, aby unikanie ciosów tamtego było trudne. W końcu posiadał elfią zręczność i wiedział, co przeciwnik zrobi za chwilę. Spróbuje wypatrzeć i zaatakować słabe punkty demona, jeżeli w ogóle takie posiadał. Może tors, który i tak już był podziurawiony? Jednak żeby zaatakować tak wysoki punkt zapewne potrzebowałby włóczni. Mieczem taka walka byłaby nie do wygrania.

Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3792
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

05 lut 2015, 01:49

MG

…A gdyby rycerz pod Lorven chorągwią w całej swej świątobliwości u wezgłowia wydarzenia stanął, jąłby ze zdumienia przyłbicę swą podnosić i oczy w onym zdumieniu mrużyć. Obrazy maszkar potwornych cofnęłyby się k'niemu zapachom wątrobowym sprzed lat podobne; obrazy z ksiąg dziecięcych i rycin dawno ujrzanych a z pamięci wyrzuconych. Pojąłby, iże obraz świata jaki w głowie był sobie ułożył niczym innym nie jest, jak tylko wygodną ułudą do makówek przemocą niemal włożoną, ledwie berbecia baśnią. Jąłby złorzeczyć pod adresem dawnej boginki swej, której moc nie tyle sprawcza co rzekoma okazała się. Oczywistem dla niego stałoby się, iże gawędy nawet przez jego mentorów odrzucane w mgłę przypowieści prawdę w rzeczywistości przekazują. Wszechmocna jestestw pawęża, Protektorką Dusz na wyrost zwana, Lewiatana uchronić wyraźnie nie zdołała, a lata spokoju tylko jej kłamstwo głębiej zakorzeniły.

Oto zobaczyłby bowiem stojącą przed nim maszkarę z największych koszmarów wydobytą, dokładnie wszelkim wyobrażeniom odpowiadającą. Demon ze skóry grzmotem obdarty, demon z niebios, demon w krwi rzece, demon w lśniących napierśnikach, na ustach i językach, demon w myśli i uczynku, demon, demon, demon. Walczyć z nim to jak boskości zaprzeczyć; nie walczyć to jak życie dotychczasowe postradać – równie dobrze oddać mu by się mogło szyję nagą na pniu wystawiając. Ale byli i oni – ludzie jakowyś, jeszcze siły mający (wyraźnie nie Lorveniusze) bez rozterek rycerskich o życie walczący. W oddali kształt jakiś potworny, powykręcany, tam się nie patrzyło; wszędzie, nie tam tylko, byle nie w kierunku łuskowego tworu o pysku tak cierpieniem naznaczonym, iże samo spojrzenie skręcić kiszki mogło. Już się zwątpiło, już ku potępieniu myślą pierwsze kroki postawiło – co szkodziło postawić i kolejne? Tedy ruszyłby paladyn zwątpienie swe ostatnie odkupić w boju nierównym, z nadzieją przedśmiertną, iże choć tych śmiałków od cierpienia Czeluści ocali. Wkroczyłby. Za późno.

Już czeluściennik gniewem wybuchał, ogniem ziejąc na strony wszelkie, z ran jemu zadanych, z ciała otworów i z wnętrza całego ciała swego, jakby dusza jego czarna do białości rozpaliła się; już w kierunku adwersarza, włócznię skrzydlatą w dłoniach trzymającego, kroki szybkie postawił; już zmieniał kierunek kroków onych, tak tamtego, jak i pozostałych zaskakując. Karmazynowookiego młodziana w łapy swe przepastne chwyciwszy, życie prawie z niego wyduszając i groteską się szczerząc (acz przestrachem jakby podszytą), nim włócznik przyszły a niedoszły skonstatować rzeczywistość zdołał, zniknął był wraz z ofiarą jego w chmurze mgły czarnej i tyle go widzieli.

Puściła magyia jak odpływ, Slaviusa na powrót ogłupiając, Franeskę posmutniając i smoka powykręcanego z władania zwalniając. Ten jął się podle wcześniejszego rozkazu zmieniać (jeno na odwrót) ranion jednak silnie procesu niezdolny ustabilizować. Prawdą było, iże przemienił się, ale co z tego wyszło, na to w ludzkich językach słów brakowało; dość rzec, iże prawe jego ramię szponiastym i łuskowatym pozostało, jako i noga prawa i lico prawe; z oczodołem bielmem grubym porośniętym, „włosami” zrogowaciałymi i kłami wydłużonymi. Ogon jak linia podziału wzdłuż kręgosłupa poszedł, od zadka do potylicy, po jednej stronie cielisty, po drugiej łuskami pokryty.

Człowiek i nieczłowiek, półludzki półsmok, półsmoczy ludek, żaden z osobna, a i nie dwa naraz; żyw jeszcze (choć ledwo), w potoku… nie-krwi leżący. Iqua z brzegów rzeczywiście była wystąpiła, ale nie krwią, a wodą zimną stopy do łydek połowy oblewając; nieba zachodniego ani jedna kula ognista poza słońcem nie szpeciła – wszystko tylko marą ujawniło się, klątwą jakowąś okropną, wymysłem umysłu chorego; jako i rausz paladynów, wokół wzrokami swemi w konfuzyi wodzących, konie zatrzymujących. Rzeź zakończyła się, trup na trupie samą prezencyją demonią wywołany gęsto ścielił się i trudno go ominąć było – a trzeba, a trzeba, do medyków, do Patryjotów, do kapłanów i do dowódców. Już Slaviusa do potęgi umysłowej tęskniącego za bary wzięli i do resztek obozu zaprowadzili, niewiastę obok stojącą takoż silnie potraktowali: jako i wszystkich ocalałych plebeyi, żony ichnie, dzieci i kogo tam jeszcze znaleźli.

Chaos pobitewny równy chaosowi bitewnemu – ranni i nieranni jęczeli, w oczach tylko przerażenie, jak bestie zagłodzone po bokach oczami strzelają, byle uciec, byle dalej. Już pierwsze hyieny cmentarne pojawiły się, ogryzając Lorveniuszy leżących do kości: inni odganiali, ale na próżno, wracały bestyje obłowić się i zbroice piękne skraść i sprzedać. Tako obóz był stolicą bezeceństwa, kurewstwa i ciemnoty, tako jego pozostałości mu dorównały, a nawet przewyższyły jego. Człowiek człowiekowi jak lew gryfowi przed laty stanął, brat przeciw bratu wystąpił i jął lżyć, o wszelkie nieszczęścia obwiniając. Poruszenie wielkie w szeregach rycerstwa zapanowało – szukać czy nie szukać, pokonan czy nie pokonan, wracać do Virdhelu czy nie wracać, winien tamten czy tamten winien. Masa ludzka zebrała się w miejscu jednym; krzyk nie z tego Lewiatana z powodzią wraz szedł.

…I gdyby rycerz pod Lorven chorągwią w całej swej świątobliwości u wezgłowia wydarzenia stanął, jąłby ze smutku łzy ronić i ku niebu twarz wznosząc, łzy Protektorki spijać.

Awatar użytkownika
Slavius
Posty: 64
Rejestracja: 16 mar 2013, 14:45
Karta Postaci: viewtopic.php?p=41866#41866

18 lut 2015, 16:05

Slavius chciał atakować. Wiedział, że teraz może wszystko. Potęga, tak. Pierwszy raz w życiu czuł się naprawdę potężny. Już pędził na demona, już trzymał w dłoniach broń, którą miał zamiar go ugodzić. Czytał jego uczucia i myśli. Chciał sprowadzić koniec na przeciwnika. Zobaczyć, jak tamten przed nim pada. Na pozór zwykły mieszaniec teraz mógł zadecydować o wyniku walki.

Ale nie. Demon złapał jednego z walczących. I jakby nigdy nic – zniknął. Została po nim tylko jakaś dziwaczna, czarna mgła. I cała moc opuściła Slaviusa. Już nie był potężny. Na powrót zwyczajny. Rozejrzał się bezradny, jakby w poszukiwaniu siły, którą utracił w tak krótkim czasie. Już do niej zatęsknił, odczuwając jakby wielką, wypełniającą go pustkę.

Nie zwracał uwagi na otoczenie. Nie zwrócił jej na ludzi rzucających się na pole bitwy, próbując uczknąć coś dla siebie. Nie zwrócił jej na innych, którzy poczęli prowadzić go do obozu. Nie zwrócił jej na ból, który odczuwał. Wszystko zwróciło się w stronę utraconej mocy. Od razu zapragnął ją odzyskać. Nigdy nie czuł czegoś takiego. To stało się tak nagle, tak niespodziewanie.

Kiedy trafi do obozu, usiądzie na ziemię, jakby bez zmysłów. Nic go nie podtrzymywało. Poczuł się otępiały, chociaż myślał tak jak przed walką to zmienił się jego pogląd. Wtedy nie pragnął mocy. Żył z dnia na dzień. Teraz zaczął przyświecać mu jakiś cel. Tak… chciał odzyskać to, co utracił. Musiał. Nie będzie mógł bez tego żyć.

Jednak na razie musiał trochę odpocząć. Nie wiedział, od czego zacząć. Musiał pozbierać myśli. Nie miał pojęcia, gdzie udał się demon. Albo nawet, czy szukać tej mocy właśnie u niego. Potrzebował jakichś informacji. I teraz był za słaby na podróże. Miał nadzieję na jakiś znak. Może coś podsłucha? Coś, co podsunie mu pomysł na to, co teraz robić.

Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3792
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

18 lut 2015, 23:57

MG

Wpływ demonicznej aury na okolice Lwiego Brodu zmniejszył się znacząco, do tego stopnia, że zwyczajni śmiertelnicy przestali go odczuwać. Paladyni przestali walczyć ze sobą oraz z innymi, nie bez konfuzji przemierzając pobojowisko. Brakowało silnych dowódców – osób, które mogłyby zapanować nad chaosem. Prawie nikt nie zbierał rannych, nie starał się im pomóc i w żaden inny sposób nie próbował ogarnąć sprawy. Rycerze motali się bez celu, nie wiedząc do końca, co powinni uczynić. Niektórzy zebrali się w małe, milczące grupki, które starały się jakoś pomóc pozostałym, jednak ich ruchy nie były w żaden sposób skoordynowane.

Po kilku godzinach pojawiły się nowe osoby – mieszkańcy okolicznych wsi. Zwabieni wieściami o bitwie przyszli tutaj popatrzeć, pokraść i – rzadziej – pomagać. Dzięki nim zdołano podobijać lub pozbierać większość rannych, w tym Slaviusa i Franeskę. Z tej ostatniej zdarto bogate szaty, odzierając ją do giezła i zostawiając samej sobie – w błocie. Dziewoja przechodziła przez wiele chętnych dłoni, jednak żadna nie była jeszcze na tyle śmiała, aby zrobić jej krzywdę. Wyglądało jednak na to, że to tylko kwestia czasu. Porządek nie był pilnowany, no chyba że należało się do jednej z mocno zdefiniowanych grup. Plebejusze i ludzie marginesu nie mieli tutaj na co liczyć.

Lorveniuszom udało się ostatecznie upilnować większość ze swoich zmarłych, nie pozwalając hienom cmentarnym na upolowanie całości drogiego ekwipunku noszonego przez zakonników. Ktoś zmyślny zebrał wszystkie bezpańskie konie w jednym miejscu, choć wiele z nich rozpierzchło się i nie było sensu ich szukać. Smród krwi, potu i łajna nie mieszał się jeszcze ze smrodem rozkładających się zwłok, ale była to kwestia czasu. Uprzątnięcie tego bałaganu było jednak ponad siły uczestników niedawnej bitwy. Musieli poczekać na wsparcie, to zaś miało nadejść dopiero nazajutrz.

Pogrążonego w marazmie Slaviusa ktoś rozpoznał jako jednego z Patriotów. Zawleczono go do namiotu, w którym zbierali się członkowie tej organizacji. Wielu z nich było rannych, on również. Opatrzono go z dużą starannością, szczęśliwie obyło się bez amputacji. Przeciwnie do leżącego nieopodal pana Brigorda z rodu Berkwista. Choć najwyraźniej żył, brakowało mu części lewej ręki. Zauważył Slaviusa i przywołał go gestem do swojego barłogu.

- Pamiętam cię - rzekł słabym głosem. - Już nie jesteś rekrutem. Cholera, mianuję cię kapitanem, jeżeli z tego wyjdziemy. Chciałem wam pomóc, ale zatrzymał mnie jakiś skurczybyk - dodał, podnosząc lekko kikut. - To, co zrobiłeś… Jesteś bohaterem, młodzieńcze. Słyszeliście mnie?! - zakrzyknął, po czym zaniósł się zrozumiałym w takiej chwili kaszlem. - Dajcie mu wina i ciepły koc. Jedzie z nami do Wolenvain. Jutro. Odpocznij i pomóż innym, jeśli chcesz - rozkazał, machając ręką. Pozostali Patrioci znajdujący się w namiocie patrzyli na Slaviusa z niepewnością. Słyszeli coś o śmiałku, który ponoć pokonał demona, ale traktowali to scepctycznie. Brigord był wszak bardzo chory… Nie takie rzeczy widzieli wojowie w malignie. Do Slaviusa podszedł znany mu wojownik, Ajen Firaar. Nie wyglądał na mocno rannego, choć bandaż, którym przewiązano mu głowę, przesiąkł już krwią. Jedno z jego oczu było przezeń zasłonięte, ale drugie pozostawało czujne. Wziął mężczyznę pod bok.

- Niewielu nas zostało, tyle ci powiem - rzekł, wyprowadzając Slaviusa na świeże powietrze. – Faktycznie potrzebujemy dowódców. Brigord pewnie mianuje cię tak czy siak, ale mnie interesują inne sprawy. Nie wyglądasz mi na kogoś, kto potrafi rozkazywać. Jesteś raczej obszczymurkiem, który łypie w poszukiwaniu cudzych sakiewek. - Rozłożył ręce. - Nie wiem, czy był tutaj demon czy nie i co z nim zrobiłem, ale radzę ci dobrze. Weź konia i znikaj stąd jak najprędzej.

Mówił ponuro, ale jego słowa nie układały się w groźbę. Ostrzegał bezpośrednio, jednak nie wydawało się, aby mógł zaszkodzić Slaviusowi. Był doświadczonym wojem i dowódcą, wiedział co mówi i jego rada wydawała się racjonalna. Decyzja należała jednak tylko do pogromcy demona.

Dalej, w głębi pobojowiska, poruszył się dziwaczny, półludzki kształt. To A'eklamarijon budził się do życia. Dostrzegli to czterej chłopi, którzy z sobie tylko znanych, a niechybnie niecnych powodów krążyli wśród ciał.

- Ej, to coś żyje! - krzyknął jeden, po czym przystąpił do maszkary i dźgnął ją patykiem. Ona sama ledwo otworzyła oczy, a już poczuła ogromny ból głowy i ogromne sensacje żołądkowe. Stwór czuł, że prawa strona jego ciała swędziała i piekła tak niemiłosiernie, że trudno było to opisać. Bolały go plecy, do których przykleił się wzdłuż jego własny ogon. Na prawe oko nie widział właściwie nic, choć nie bolało go jakoś mocno (nie w porównaniu z innymi cierpieniami). Nie mógł na siebie spojrzeć, ale gdyby mógł, zobaczyłby, że zaszło ono bielmem. Wyglądał iście makabrycznie, z odsłoniętymi, szpicowatymi kłami z jednej strony, które to kły przebiły się miejscami przez jego już-nie-ludzkie wargi. Był cały obolały, zakrwawiony i odmieniony nie do poznania, bez szans na długie życie bez poważnej interwencji magiczno-medycznej, ale żył. Póki co.

Awatar użytkownika
Slavius
Posty: 64
Rejestracja: 16 mar 2013, 14:45
Karta Postaci: viewtopic.php?p=41866#41866

19 lut 2015, 20:32

Slavius wzdrygnął się, patrząc na swoją rękę. Opatrywali ją, tak. Ale spojrzał na prawie bezwładnie wiszące palce. Już nigdy nie będzie mógł równie sprawnie walczyć. A przynajmniej nie tak, jak wcześniej. Nie wiedział, co teraz ze sobą zrobić. Pragnął mocy. Chciał jej. Ale nie miał pojęcia, jak zacząć jej… poszukiwania? Czy mocy się szuka?

Usłyszał cichy, słaby głos dowódcy. Brigord… Czy to ten, który walczył z szlachcicem, kiedy Slavius się wtrącił? Tak, chyba tak. Czy uratował mu życie? Możliwe. Przysłuchał się jego słowom. Pamiętał go. Może liczyć na jakąś nagrodę? Czy to mu jakkolwiek zrekompensuje potężne i tak straty? Już nie jest rekturem? Kapi… co? Półelf zawiesił się na chwilę. Czy ten człowiek właśnie mianował go KAPITANEM? Kimś tak znaczącym? Nie, musiał się przesłyszeć.

Teraz Brigord mówił coś o bohaterstwie. On, Slavius, bohaterem? Robił tylko to, co uważał za słuszne. Nic poza tym. A ta moc od demona… czysty przypadek. Nic z tego nie było tak naprawdę jego zasługą. Zastanawiał się. Czy warto? Czy będzie potrafił kierować ludźmi? Nie wiedział. Nigdy dotąd tego nie robił. Ale kto wie, może okaże jakieś talenty? Skłonił się w stronę Berkwista, nie wiedząc co powiedzieć.

Teraz podszedł do niego drugi z ważnych Patriotów. Pan Ajen. Slavius podążył za nim poza namiot. Dowódca zaczął mówić. Półelf nie był zaskoczony. Nie każdemu opcja kogoś takiego na stanowisku kapitana mogła się podobać. Kazał mu uciekać, wpierw nazywając złodziejem. Czy oczekiwał, że konia też ukradnie? Tym razem Slavius nie mógł obyć się bez słów.

- Złodziejem nie jestem, panie Ajenie. Ale w jednym się pan nie pomylił – nie mam żadnego doświadczenia w dowodzeniu. Szczerze mówiąc, nie wiem, czy przyjąć tę jakże szczodrą propozycję. Czy mogę dostać trochę czasu na namysł? – Po krótkiej przerwie dodał jeszcze coś – I czy mogę liczyć na wsparcie? Podczas bitwy straciłem wszystko. Broń, płaszcz. Konia także nie mam – spojrzał po sobie, jakby pokazując rozmówcy, że nie ma nic. Ani pieniędzy, ani oręża, ani nawet jakiegoś cieplejszego ubrania.

Powrócił myślami do mocy. Co pomoże mu w jej szukaniu? Dołączenie do Patriotów i udanie się do Wolenvain? Może ktoś z tamtejszych będzie wiedział, co w niego wtedy wstąpiło? A może powinien udać się w samotną podróż, znów uciekając od ludzi? Nie wiedział. Nie potrafił się zdecydować. Ale pragnął jej. Wciąż czuł tę pustkę. Tęsknił do niej. Od czego miał zacząć?

Awatar użytkownika
Ropień
Posty: 193
Rejestracja: 20 paź 2013, 15:26
Lokalizacja postaci: Lwi Bród
GG: 6550057
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2770

19 lut 2015, 21:32

Ból.
Nie, musiał skończyć przemianę.
Ból.
To go rozrywało od środka. Nie wytrzyma.
Ból.
Stracił przytomność. Ostatnie co pamiętał to ogromny, niewyobrażalny ból.

Obudził się. Pierwsze, co poczuł, to ból. Znów. Nie wyglądało na to, żeby miał się z nim rozstać. Coś było nie tak. Połowa ciała go niemożebnie swędziała. Całe makabrycznie bolało. Czy przemiana się udała? Spróbował rozeznać się w swoich wielkościach, używając innych zmysłów niż wzrok. Na jedno oko nic nie widział. Drugie było skierowane w niebo. Spróbował się poruszyć. Nie dał rady. Przeszył go niesamowity ból. Nie, przemiana zdecydowanie się nie udała. Potrzebował… pomocy. Na bogów. Znów potrzebował kogoś, nie mogąc przeżyć samemu. Co z niego za smok?

Spróbował wyczuć, co dzieje się wokół. Czy bitwa się skończyła? Co z demonem? Czy został wypędzony? Nic nie słyszał. Czy jego słuch też uległ uszkodzeniu? Nie… Jakieś głosy. Obok niego. Poczuł coś. Dźgnięcie? Ktoś go dotknął. Natychmiast poczuł w tym miejscu ból. Był bezradny. Znów. Nie, nie, nie, nie. Czemu? Czemu ciągle skazywany był na łaskę innych? Chciał niszczyć. Zabić ludzi, którzy byli wokół.

Nie mógł wstać. Przynajmniej na razie. Pozostała mu tylko telepatia. Począł szukać umysłem jakiegoś maga, który mógłby mu jakkolwiek pomóc. Wątpił, żeby zwykły lekarz był w stanie mu pomóc – gdyby nawet zechciał, co było mocno wątpliwe. Nie. Mag był niezbędny. Jeżeli starczyłoby mu sił, zacząłby telepatycznie atakować tych w pobliżu, próbując odegnać ich od jego zniekształconego ciała.

Jeżeli znalazłby kogoś, kto byłby mu w stanie pomóc – wysłałby krótką i treściwą wiadomość. Powiedział mniej więcej, gdzie jest i poprosił i wsparcie. Musiał. Nie miał innego wyjścia, chociaż nienawidził myśli, że znów polega na kimś innym. Był smokiem!

Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3792
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

20 lut 2015, 10:49

MG

Na dość bezczelną propozycję Slaviusa pan Ajen jedynie zmrużył oczy. Zabrał go dalej, pomiędzy stosy trupów, wśród których wiele nie zostało jeszcze całkowicie obrabowanych. Bezceremonialnie ściągnął jednemu z nich płaszcz z połowy koła, który – choć zakrwawiony, obłocony i postrzępiony – nadal przebłyskiwał zielenią i niechybnie spełniał swoją rolę. Szlachcica z pewnością dziwiło, dlaczego Slavius nie mógł zrobić tego sam, pytając go o odzienie zaraz po srogiej bitwie, w chwili, w której płaszcz powinien być ostatnią rzeczą, o której się myśli. Zrzucając to niewątpliwie na karb przemęczenia i ran, jakich doznał mężczyzna, nawet nie zaczął tematu.

- Broń znajdź sobie w podobny sposób - rzekł Firaar, wierząc, że zademonstrował już, w jaki sposób zyskiwać dobra w takich okolicznościach. - Szukaj mnie przy namiocie Patriotów, gdy się już… namyślisz. Koń nie będzie problemem - dodał z przekąsem, odchodząc i nie odwracając się już ani na moment.

Zabawa półżywym półsmokiem trwała w najlepsze. Chłopi dźgali go i potrącali świeżo zdobytymi z trupów butami, nie mogąc się nadziwić temu szkaradzieństwu. Sam A'eklamarijon próbował zmusić swój umysł do pracy, ale kompletnie mu to nie wychodziło. Cierpienie rozsadzało mu czaszkę, był za słaby, aby mówić – choćby telepatycznie. Wreszcie jednak ktoś w kilku ostrych odgonił wieśniaków i przystąpił do niego. Z tego, co udało mu się zrozumieć, skłaniał się ku niemu rycerz.

- Na Lorven… - rzekł machinalnie, bez bogobojności, o którą można byłoby go podejrzewać. Nie on jeden stracił wiarę po tej bitwie. Jego wygolona głowa brudna była od krwi i potu, ale spojrzenie pozostało badawcze. Zwołał swoich towarzyszy, nakryli potwora płaszczem i ponieśli go w ukryciu na zaimprowizowanych noszach, prosto w stronę obozu. Trafił na tyły namiotu pełnego kapłanów i rannych zakonników, pomiędzy równo poukładane trupy Lorveniuszy. Nie pozwolono mu leżeć między prawymi rycerzami.

Po chwili wyszła do niego trójka kapłanów. Poczęli odprawiać jakieś gusła. Niewiele z tego zrozumiał, ale nie zabito go, więc prawdopodobnie nie orzeczono, że stanowi w tym momencie zagrożenie. Któryś przyłożył mu dłoń do czoła i wypowiedział kilka słów w zniekształconej dziwacznym akcentem i rozbudowanymi dodatkami Wolnej Mowie. Jego jaźń uspokoiła się, przestał przejmować się problemami jego ciała i poczuł przyjemną senność.

Upływ czasu stracił dla niego znaczenie, ale gdy go odzyskał, spostrzegł, że znajduje się na wozie, leżąc na plecach. Wóz sunął w nieznanym mu kierunku, a widoczne nad nim gwiazdy sugerowały, że dawno zapadł już zmrok. Czuł się lepiej. Obok niego jechało wielu konnych w pogiętych zbrojach. Jechał z Lorveniuszami do Dunriku.

//A'eklamarijon – z/t.
Awatar użytkownika
Slavius
Posty: 64
Rejestracja: 16 mar 2013, 14:45
Karta Postaci: viewtopic.php?p=41866#41866

20 lut 2015, 16:39

Popatrzył na Ajena, który tłumaczył mu jak zdobyć wyposażenie, jakby był niespełna rozumu. Cóż, tego mógł się spodziewać. Zdzieranie ubrań z trupów i rabowanie ich. Patrzył, jak dowódca odchodzi. Ruszył w stronę pobojowiska. Honor – splunął. Za nic mają honor, ci wszyscy rycerze.

Kiedy dotarł na pole bitwy, zaczął się rozglądać. Chciał zdobyć jakiś płaszcz – najlepiej ciemny. Jak dotąd miał w zwyczaju nosić właśnie takie. Prócz tego broń. Zdecydowanie jednoręczna, najlepiej miecz. Tylko tym rodzajem oręża umiał walczyć. Nie miał czasu na naukę, jak posługiwać się włócznią albo łukiem. Pomyślał też nad zdobyciem pieniędzy. Aktualnie wszystkie stracił. Nie miał z czego dalej żyć.

Pomyślał, że dobrze by było znaleźć także jakąś zbroję. Co do płytowej nie miał złudzeń – i źle by się w niej czuł, i nie umiałby jej nawet założyć. Może znajdzie jakąś kolczugę. Tak, z tą nie miałby wielkich problemów. Do tego – zawsze przyda się dodatkowa obrona. Nie wypadałoby być kapitanem – jeżeli na to się zdecyduje – bez zbroi.

Ciągle rozmyślał o propozycji Berkwista. Miał na to przystać? Czy Ajen w takim wypadku nie będzie próbował go “usunąć" ze stanowiska? Podróż do Wolenvain byłaby dla Slaviusa teraz najlepszym wyjściem. Nie miał sił ani środków. Kapitan… Czy podoła? A jeżeli nie – jakie będą konsekwencje? Czy pozwolą mu odejść? Czy będzie mógł w Wolenvain poświęcić się poszukiwaniu mocy? Tyle pytań.

Zdecydował. Jak tylko znajdzie wyposażenie i środki do życia, zgodzi się na propozycję Berkwista. Kto wie, może jeszcze sprawdzi się jako dowódca? Na pewno będzie chciał udowodnić Ajenowi, że nie jest złodziejaszkiem, a wojownikiem – bo za to się uważał. Pójdzie do namiotu i oznajmi dwóm dowódcom, że wyrusza z nimi do Wolenvain. Stawi czoła konsekwencjom.

Wróć do „Autonomia Wolenvain”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 3 użytkowników online :: 0 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 3 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika
Liczba postów: 52206
Liczba tematów: 2973
Liczba użytkowników: 1046
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Senti
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.