Lwi Bród

Najważniejszy obszar, na którym toczy się gra. Autonomia to zamieszkane głównie przez ludzi państwo podzielone na pięć prowincji ze stolicami w Wolenvain, Derinie, Morinhtarze, Minaloit i Aparilume. Czytaj więcej…
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3796
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

Lwi Bród

17 kwie 2014, 20:22

Położony na południe od Wolenvain, przecinający Iquę Lwi Bród był już ponoć świadkiem wielu bitew. To tutaj wedle rozlicznych podań w 34EF po raz pierwszy rzekę przekroczył zwany Lwem ze Stepów Vain, na którego cześć nazwano później miejsce przeprawy. Ludzki władca zagłębił się w dzikie, zamieszkane przez plemienną ludność ostępy w poszukiwaniu konkurującego z nim Wolena, swego młodszego brata. Opór, jaki napotkał, kosztował go utratę wielu zacnych wojowników. Dowodzeni przez Wolena Gryfiego Jeźdźca, zunifikowani przez niego barbarzyńcy z Wichrowych Szczytów wyparli Vaina za rzekę i dalej, zmuszając go do wycofania się w okolice dzisiejszego Derinu i rozpoczynając tym samym długoletni, bratobójczy konflikt zwany później „Wojną o Autonomię” i zakończony ostatecznie ślubem córki Vaina oraz syna Wolena w 75EF.

Sam bród został w późniejszych latach wyposażony w porządny, kamienny most. Jego łuk był dość łagodny, a wymiary iście potężne. Most był szeroki na tyle, że swobodnie i bezproblemowo mogły się na nim minąć nawet dwa wozy – w najszerszym punkcie mierzył sobie około trzech i pół sążnia. Było to o tyle istotne, że jakkolwiek do samego Wolenvain można było dojechać inną drogą, transportując później towary za pomocą promu do dzielnicy portowej stolicy, tak Lwi Bród stanowił jedyne racjonalne połączenie między Kupieckimi Kochankami a Derinem. Długi na ponad dwie staje, wyposażony w dziewiętnaście stojących na siedemnastu filarach łęków był dumą każdego mieszkańca Autonomii Wolenvian.

Obecnie ta lokacja jest pusta.
Awatar użytkownika
Mścigor
Posty: 51
Rejestracja: 18 sie 2013, 00:31
GG: 381201
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2744

13 sie 2014, 18:59

Chaos, to słowo najdokładniej opisywało wydarzenia, które miały miejsce w okół Mścigora. Nie mógł dostrzec ani kościstego, ani olbrzyma, ani… praktycznie nic nie widział. Widoki zasłonił mu motłoch, tłum spoconych, śmierdzących ciał napierał z każdej strony. Tchórzostwo, panika, taktyczny odwrót, na ten widok flisak zdębiał. Mężczyzna z wyraźną konsternacją wymalowaną na twarzy, stał spychany coraz dalej przez grupy amatorów wojaczki. Wahał się, a cenę za to ponosili kolejni żołnierze, musiał działać ale strach działał paraliżująco. W głowie miał mętlik i tylko w głowie grały mu znajome nuty…
Dusza nieczysta, dusza nadpruta
Dusza chronić trzeba, przed skażeniem nieba
Dusza cenniejsza niż to ziemskie ciało
Dusze ratuj, dusze ratując…
Znalazł w sobie nowe pokłady wiary, siłę zaczerpniętą od Rzęślaka. Ruszył chociaż nurt mu nie sprzyjał. Przepychając się agresywnie, prawie każdą częścią ciała, chciał dotrzeć do zbrojowni Patriotów. Nie pomyślał nawet, by ruszyć z tasakiem na kawalerie! Może i wierzył w cuda, ale nie tak wielkie. Musiał zgarnąć jakąś włócznie, halabardę… cokolwiek. A potem? Potem musiał pomóc innym duszom, swoją ratując.
Awatar użytkownika
Arenplen
Posty: 27
Rejestracja: 12 mar 2014, 12:13
Karta Postaci: viewtopic.php?p=47276#47276

15 sie 2014, 16:54

Dyplomacją najwyraźniej nie miał niczego osiągnąć… Głupi ludzie i tak będą chcieli go rozszarpać i za nic się nie uspokoją… To było pewne…
Krąg wokół ogniska świetnie odzwierciedlał samotną wyspę, a ludzie na około przypominali fale które próbują zatopić ten kawałek lądu. Otępiały Risil był w tej sytuacji symbolem palmy, a Arenplen wyglądał jak rozbitkiem wyrzucony na tą wysepkę. Tak jak rozbitek na kawałku gleby nie mógł przedostać się przez ocean za żadne skarby, tak i szkielet nie mógł w żaden sposób przedrzeć się przez wściekłych chłopów.

Wtem Arenplen wyczuł obecność lewitującej kobiety w dość szykownym stroju. Po chwili i chłopstwo pomimo pełnemu skupieniu na nieumarłym, zauważyło kobiecinę zbliżającą się do olbrzyma z którym to dane było niedawno mu jechać na jednym koniu. Świetnie nadawała się do przelania na nią złości tłumu prostaków. O ile chłopi nie znoszą nieumarłych uważając ich za sługi zła, to wiedźm nienawidzą, a każdy z nich przecież w dzieciństwie słyszał pewnie bajkę o czarownicy i był straszony, że w razie nieposłuszeństwa przyjdzie do niego w nocy i go pożre. Podstawowym atrybutem wiedźmy jest szeroko pojęta brzydota i ogromny nos z czarną brodawką, a szkieletowi nie sprawiło by trudności by takie cechy przybrała. Od gawiedzi już otrzymała przydomek "lewitującej panny o sprzedajnych zwyczajach", a dodanie jej jeszcze przydomka "władczyni nieumarłych" tylko by pomogło nieumarłemu. Ciekawym było to, że najwyraźniej zainteresowała się Somirionem, a przynajmniej to można było wywnioskować z tego co, oraz jak powiedziała i jaką mimikę przyjęła jej słodka buziunia i jej brakiem zainteresowania tym ci sądzą o niej gapie.

Może wiedźm nienawidzą, ale demonicznych Sukkub to nawet nie mają czasu się bać gdy wezmą taką nabiją na widły bez najkrótszego zastanowienia. Można było by to nazwać szczęściem, lecz "dar losu" był o wiele lepszym określeniem. Trill czuwał nad równowagą, a co za tym idzie czuwał nad Arenplenem. Być może ten nieumarły ma przed sobą jakieś przeznaczenie… Być może ma coś zmienić, aby świat zachował równowagę i nie może zostać powstrzymany.

Ta teza mogła posypać się jak domek z kart po chwili gdy zaatakowało rycerstwo. Uformowane kliny wbijały się w zgromadzony tłum jak zaostrzone pale w miękką glebę. Przypadkiem nie można było tego na pewno nazwać… W końcu oni jeszcze niedawno stacjonowali w tym obozie i nie są również niewyszkolonymi żołdakami by pomylić się jakkolwiek. W dziwny sposób nie wszyscy świętobliwi rycerze dołączyli się do szaleńczej szarży i część z nich miotała się bez celu po polu skąd wcześniej wybiegli ich krwiożerni pobratymcy. To mogło wskazywać na to, że nie był to rozkaz bo tak fanatycznie wręcz posłuszni żołnierze na pewno nie odmówili by wykonania polecenia od swojego dowódcy. Franeska nie sprawiała wrażenia na tyle potężnej by omotać umysły tylu Lorveniuszy, a na świecie raczej mało co mogło by to zrobić, lecz na pewno musiało by to posiadać ogromne zasoby magiczne. Najprawdopodobniej to pierwsza oznaka ataku okrytego tajemnicą i złą sławą demona.
Konnica zaatakowała na krótko po przybyciu Franeski i prawdopodobnie została ona wysłana przez czarci pomiot by ludzie odwrócili się plecami do opętanego rycerstwa. Patrząc na to jednak logicznie, Arenplen nie mógł stwierdzić czy kobieta była wysłannicą potępionego. Gdyby nie wylądowała na ziemi i tylko patrzyła się na wszystkich z góry to szkielet miał by większe podejrzenia.

Wtedy jednak Arenplen nie miał już czasu na przemyślenia i musiał chronić swoje kości, więc podniósł z ziemi swój miecz i z powrotem umieścił go w pochwie. Postanowił, że wykona taktyczny odwrót i będzie trzymał na dystans pędzącą konnicę. Biegł mało wymagającym truchtem, ponieważ szybszy bieg jest bez sensu. Mimo że każdy człowiek przebierał kończynami ile miał tylko w nich sił to takie zbiorowisko skutecznie spowolniało każdego kto stanowił jego część. Za cel dotarcia obrał sobie południowo-zachodni kraniec obozu, gdyż tam będzie najbezpieczniej. Po drodze starał się pomagać ludziom którzy się potknęli po prostu podnosząc ich. Być może chociaż w ten sposób jakoś ukaże swe dobre intencje i choć u małego odłamku ludzi którzy przeżyją to starcie poprawi się zdanie o żywych zmarłych.
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3796
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

21 sie 2014, 00:24

MG

Przejeżdżanie w pełnym pędzie przez las namiotów, tłumy ludzi i porozstawiane w obozie wozy było praktycznie niemożliwe, więc szarża szybko straciła na impecie, związana walką ze zmuszonymi do obrony ludźmi. Większość z nich walczyła, ponieważ nie miała innego wyjścia. Paladyni przesuwali się dalej w stronę rzeki Iqui, tratując kogo tylko mogli i dewastując wszystko, co stanęło im na drodze. Niektórzy jednak z piechurów, zamiast uciekać i robić z siebie tym samym łatwy cel, związało część konnych w małych starciach. Im dalej Lorveniusze zagłębiali się w obóz, tym tych bitewek było więcej. Niektórzy z najemnych i okolicznych plebejuszy zdążyli nawet wsiąść na własne konie, mierząc się z rycerzami na tym samym pułapie.

Oczywiście nie mieli żadnych szans. Ich jedyną zasługą było to, że dali innym możliwość sformowania szyków i podjęcia jakichś działań. Skwapliwie korzystała z tego poświęcenia jedynie zachodnia część obozu. Wschodnia falowała niczym wzburzone morze, a nawet wybijające się ponad zgiełk rozkazy pana Brigorda Berkwista nie zdołały nad nią zapanować. Z ust przywódcy Patriotów padło więc polecenie dostania się za formujące się, mocne linie obrony.

Jako jeden z pierwszych jego podkomendnych osiągnął je Arenplen. Swój szaleńczy bieg rozpoczął jeszcze przed tym, jak pan Berkwist wyrzucił z siebie odpowiednie rozkazy. Nieumarłego z miejsca wpuszczono za ciągle powiększającą się ścianę tarcz i pik oddziałów Konsorcjum oraz lokalnych parów. W ogólnym zgiełku nikt nie zwrócił uwagi na jego niecodzienną aparycję, osłanianą dodatkowo przez przepastne ubranie i kaptur na głowie. Szkielet szybko zauważył, że tuż obok miejsca, w którym przystanął, zebrało się kilka znanych mu twarzy. Większość zapisanych tego dnia do Patriotów ludzi nie dotarła jeszcze na miejsce bądź w ogóle nie zamierzała do niego dotrzeć. Tylko paru pozostało lojalnych sprawie, której przysięgła swoje poparcie. Taki był jednak urok przedbitewnych kontraktów. Strach o życie był ważniejszy niż cokolwiek, co wcześniej się powiedziało.

Z drugiej strony obozu Mścigor, wraz z paroma podobnymi sobie, mającymi głowę na karku osobnikami wylazł wreszcie z namiotu mieszczącego w sobie zbrojownię Patriotów. Na głowę założył niczego sobie, gustowny kapalin, w pośpiechu wrzucił na siebie też nieco za dużą kolczugę. Jego nagi, tępawy tasak trafił za pas, a w dłoniach trzymał zamiast niego prostą, drewnianą, okrągłą tarczę oraz długą na ponad dwa metry włócznię. Słyszał, jak jego dowódca nawołuje do wycofania się na zachód, ale na to mogło być już dla niego nieco zbyt późno.

Wtedy bowiem na oczach Mścigora jeden z tych paladynów, którzy w ferworze walki wysforowali się nieco dalej, niż trzon ich oddziału, spadł z konia kilkanaście stóp od flisaka. Ranny ogier przeorał ziemię gdzieś za nim, gdy rycerz przeleciał jego długość w powietrzu i zwalił się ciężko na ziemię. Natychmiast otoczyła go żądna krwi tłuszcza z rodzaju tych, które będą walczyć aż do śmierci. Ci, którzy spanikowali, dawno już uciekli, teraz w okolicy składu Patriotów nie było nikogo, kto nie chciał rozpaczliwie bić się o swoje.

Lorveniusz wstał mimo pełnej zbroi i za nic mając sobie nieskuteczne ataki swoich adwersarzy rozpoczął masakrę z użyciem swojego przedniego, złoconego, błyszczącego jak psie jajca miecza. Ciął krótko – w szyję, pod pachę lub w pachwinę, nie przejmując się stanem tego, kogo trafił. Była w jego ruchach wyuczona finezja, ale też przerażająca skuteczność. Nie szatkował ludzi: on ich zabijał. W imię Lorven, naturalnie. Każdy z uderzonych przezeń mężów prędzej czy później musiał pożegnać się z życiem na skutek szybkiej utraty krwi. Lekko lub w ogóle nieopancerzeni wojownicy nie mieli z nim żadnych szans. Prędzej czy później musiał się zmęczyć, a rany, jakie odnosił, musiały go w końcu wykończyć, ale nie zanosiło się na to, żeby przerwał swoje dzieło. Ci, którzy liczyli na łatwą zdobycz w postaci rycerza, który spadł ze swego konia, musieli obejść się smakiem i udać na spotkanie samego Eeskara lub jakiegokolwiek innego boga śmierci, w którego aktualnie wierzyli.

Żądny wyzwań, spieszony, napędzany boską mocą (oraz adrenaliną) paladyn ruszył noga za nogą na Mścigora. Krzycząc kilka niezrozumiałych słów, z których większość odnosiła się do jego świetlistej pani, której niemiłe są demony wszelkiej maści, zbliżał się z każdym krokiem. Okuty w zbroczoną krwią stal kulał najwyraźniej, a jego obleczona barwami zakonu, mniejsza od mścigorowej, metalowa tarcza wykrzywiła się. Mimo tego niestrudzenie parł w stronę flisaka, chcąc najwyraźniej załatwić go przed własną, nadciągającą już śmiercią. W głowie chłopa pojawiła się myśl, jakoby rycerz upatrywał w nim coś bardzo złego. Dawno nie widział już męża tak napełnionego żądzą mordu, jak ten, który za chwilę miał go zaatakować. Nie było jednak czasu się zastanawiać, bo oto nadeszła chwila próby.

Nad wszystkim górował pan Brigord, do ostatniej chwili kierując strumieniem ludzi w stronę bezpieczniejszej części obozu. W jakiś sposób zdołał przywdziać napierśnik i pełny hełm z przyłbicą, wsiadł również na swego karego konia o wyraźnie lokenckim rodowodzie. Machał lancą z bordowozłotym proporcem Wolenvain, a jego wielki miecz niepewnie kołysał się u boku dosiadanego przezeń wierzchowca. Szczęściem miał się też jak bronić. Trójkątna, metalowa tarcza chybotała się u jego lewicy, najwyraźniej zbyt słabo zapięta. Zważywszy jednak na okoliczności i tak trzeba było oddać szlachcicowi honor – jego uzbrojenie było jednym z pełniejszych, jakie można było tutaj zauważyć.

Po chwili starania pana Berkwista zostały przerwane przez wtargnięcie do tej części obozu kolejnych dwóch paladynów, którymi ten zajął się z właściwą sobie gorliwością. Jednego z nich, odzianego nieco lżej i wyglądającego raczej na giermka niźli prawowitego zakonnika strącił z konia i pozostawił kłębiącym się pod nim nisko urodzonym wojom. Drugi okazał się jednak o wiele mocniejszym przeciwnikiem, z którym przyszło dowódcy Patriotów bić się jak równy z równym – przynajmniej do czasu, w którym nie stracił swojej lancy. Paladyn zyskał przewagę odległości, bowiem pozostałe w jego dłoni drzewce jakiejś niemożebnie długiej, a obecnie złamanej broni pozwalały mu na nękanie Brigorda bez potrzeby wystawiania się na jego ataki. Berkwist próbował zajść swego przeciwnika, póki co bez skutku. Nie wyglądało na to, że wygra ten pojedynek.

Awatar użytkownika
Slavius
Posty: 64
Rejestracja: 16 mar 2013, 14:45
Karta Postaci: viewtopic.php?p=41866#41866

21 sie 2014, 22:05

Slavius stał, chcąc zobaczyć, jak rozwinie się konflikt pomiędzy wieśniakiem a szkieletem. Jednak nie było mu to dane. Zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Najpierw pojawiła się jakaś bardzo wyzywająco ubrana, latająca kobieta, która nic sobie nie robiąc z innych podleciała do czarnowłosego człowieka. Okrzyk "latająca kurwa" był tak prostolinijny i zarazem trafny, że Slavius nie mógł powstrzymać uśmiechu.

Jednak następne wydarzenie przyćmiło wszystko, co działo się wokół. Piękna konnica zakonu ruszyła. Z tym, że w złą stronę. Ruszyli, tratując i zabijając ludzi. Sojuszników. W Slaviusie pojawiły się mieszane uczucia. Ten widok był tak piękny. Ustawiona w szeregi konnica w błyszczących zbrojach stratująca normalnych, szarych ludzi. Takie piękne i okrutne.

Otrząsnął się z pewnego rodzaju melancholii. Ludzie biegali wokół, próbując coś zrobić. Chaos. On sam nie mógł tak po prostu stać po środku tego wszystkiego. Musiał się ruszyć. Ale co robić? Czy gdziekolwiek ludzie byli zorganizowani? Poszukał wzrokiem czegoś wyższego, aby zobaczyć, czy nie ma gdzieś przypadkiem większej grupy sojuszników.

Kiedy znalazł takie miejsce, zauważył, że po zachodniej stronie obozu ludzie przyjmują pozycje obronne. Zaczął biec w tamtą stronę. Musiał jak najszybciej się tam dostać. Może ktoś będzie wiedział, co się dzieje.

Kiedy dotarł, zobaczył, że przywódca Patriotów, którego widział wcześniej, walczy z jakimś paladynem i nie ma się za dobrze. Wyciągnął miecz płynnym ruchem i ruszył w tamtą stronę. Starając się zajść zakonnika tak, aby tamten nic nie zobaczył i wbić mu miecz w miejsce, które może być na taki cios wrażliwe. Zobaczy, kiedy nadarzy się okazja.

Awatar użytkownika
Arenplen
Posty: 27
Rejestracja: 12 mar 2014, 12:13
Karta Postaci: viewtopic.php?p=47276#47276

26 sie 2014, 18:07

Chaos ma jednak swoje zalety. W ferworze walki nikt nie ocenia nikogo, czy jest to nieumarły, czy trędowaty to i tak wszyscy są mile widziani byle by powstrzymać to co ten chaos spowodowało.

Arenplen cieszył się, że natrafił na skupisko oporu i że go tam wpuszczono równie szybko jak innych. Znajdując się za oddziałami Konsorcjum zaprzestał ucieczki i postanowił podjąć walkę, lecz mieczem niewiele by z działał, ale w miał pewnego asa w rękawie. Może nie w rękawie i może nie asa, ale w wiklinowym koszu na plecach miał coś odpowiedniego na te okazje. By go wykorzystać szkieletowi wystarczyło by odnalezienie odpowiednio, wysokiego punktu. Takim punktem mógłby być wielki głaz, albo samotne drzewo, coś co przynajmniej dorównuje koniu w wzroście. Gdyby znalazł takie miejsce to by się na nie wspiął i z kosza wyjąłby swą kuszę. Kusza wykonana była głównie z drewna, ale ozdobne kości, które również wzmacniały całą konstrukcję. Choć w tym chaosie nikt raczej nie zwróci na to uwagi to Arenplen może przysiąc, że nie ma wśród nich kośćca ludzkiego.

Gdy poszukiwał odpowiedniego miejsca i się na nie wdrapywał to myślał o tym jaką demon musiał posiąść moc by móc kontrolować tak wielką zbieraniną praworządnych mężów. Kiedy jednak dobiegło do niego co wykrzykują opętani rycerze to od razu wpadł na rozwiązanie zagadki. Piekielna istota wcale nie opętała żadnego z wojowników Lorven, ale zamotała w ich umysłach tak, że teraz zamiast ludzi widzą demony i próbują się z nimi rozprawić. O wiele łatwiej stworzyć iluzję, by widziała ją armia, niż opętywać każdego z osobna i Arenplen dobrze o tym wiedział. Demoniczne monstrum wcale nie musi posiadać tak ogromnej mocy magicznej, lecz wciąż ma jej wystarczająco wiele by samemu zmieść niedobitków.

Zagadka została rozwiązana, ale to nie rozwiązało problemu i szkielet był zmuszony do ostrzeliwania rycerzy. Nie był zaprawionym kusznikiem i by trafiać musiał wykorzystywać swą moc postrzegania świata by przewidywać gdzie wystrzelić bełt. Arenplen zastygał w bezruchu i z daleka łudząco przypominał pomnik mnicha-kusznika, tym bardziej gdyby stał na głazie. Dzięki temu, że umiał sprawić, aby kości nie drgały nawet o milimetr to bardzo łatwo mu było celować i trafiać w cel którym byli najbliżsi rycerze. Nie przeszkadzały mu nawet tumany kurzu wniesione pod wpływem walki.

Kusza wyglądała dość groteskowo z tymi wszystkimi kośćmi. Na obu ramionach kuszy znajdowało się kościane, ptasie skrzydło. Broń z prawej i lewej strony okrywały żebra co miało sprawiać wrażenie strzelania ze szkieletu.

Każdy wystrzał poprzedzany był naciąganiem cięciwy i ładowaniu jednego bełtu. Siła wymagana do naciągnięcia była dość duża, a do tego trzeba było to zrobić ręcznie i chuderlawemu strzelcowi sprawiało by to ogromny problem jeżeli w ogóle by mu się to udało, lecz Arenplen nie miał z tym żadnej trudności. Świst powietrza przez które przedzierały się bełty był dość głośny, co świadczyło o mocy z jaką przelatują, a mało jest zwykłych, niemagicznych zbroi, które osłabiły by znacząco ich pęd.
Awatar użytkownika
Somirion
Posty: 722
Rejestracja: 03 paź 2011, 22:26
Lokalizacja postaci: Kamienica Patriotów
Karta Postaci: viewtopic.php?t=822

09 wrz 2014, 18:36

Kiedy tak siedział i starał się uspokoić zauważył postać, która nie pasowała zupełnie do pozostałych. Nie chodziła po ziemi, tak jak wszyscy, tylko unosiła się w powietrzu. Było to zupełnie niepojęte dla Somiriona, który powoli uświadamiał sobie, jak mało wie o tym dziwnym świecie. Spojrzała na niego, co przeraziło trochę olbrzyma, chciał uciec, ale nie był w stanie. Nie tylko on zwrócił na nią uwagę. Słyszał jak inne osoby mówią coś na temat tej kobiety. Była ona niższa od niego samego, jednak nie odstawała dużo wzrostem od mężów zebranych tutaj. Długie, brązowe włosy opadały na jej twarz.
Podeszła do niego i powiedziała coś. Demon zauważył, że ludzie często używali jak się spotkali tego samego słowa, co ona.
- Cześć - rzekł niepewnie, a wymowa pozostawiała jeszcze trochę do życzenia. Niestety nie potrafił stwierdzić, co oznacza dalsza część jej wypowiedzi. Powoli wstał i wzruszył ramionami, a z jego ust wydał się ni to pomruk, ni bełkot. Nie wiedział jak powiedzieć jej, że nie rozumie jej mowy. Ale czyją rozumiał. Nie wydawało mu się jednak, że niewiasta ma złe intencje, więc się uspokoił i rozluźnił. Górował nad innymi ludźmi w obozie i dlatego też wcześniej dostrzegł coś, co zupełnie nie pasowało mu do sytuacji. Od północnej strony unosiły się kłęby kurzu, a z nich wyłoniła się kawaleria rycerzy, których to się wcześniej przeraził. Powinien był słuchać intuicji.
Zanim ludzie w jego otoczeniu to zauważyli, zerwał się do biegu w przeciwną stronę. Chwycił latającą kobietę za rękę i ruszył na południowy-wschód, aby maksymalnie zwiększyć czas do spotkania z klinem, ale aby też zejść z toru ich jazdy. Chwilę później usłyszał za sobą krzyki gawiedzi, która to zorientowała się o co chodzi.
Młody pół-demon nie wiedział co się dzieje i dlaczego, ale chęć przetrwania była silna i mimo bólu kazała mu biec dalej, oddalić się od niebezpieczeństwa.
Awatar użytkownika
Franeska
Posty: 56
Rejestracja: 09 gru 2011, 20:25
Karta Postaci: viewtopic.php?p=18984

13 wrz 2014, 20:42

TEŻ JESTEŚ ŚLICZNY! - odkrzyknęła chłopu, poprawiając nieco włosy po lewitacji. Jakże oni nieładnie mówią, ci mieszkańcy Autonomii. Ale w sumie wisiało jej to i powiewało, bo co, niech sobie gadają. A jakby któryś się próbował, nie dajcie bogowie, się do niej dowalić, to przecież umie się obronić, nie? Dla własnego bezpieczeństwa uznała jednak, że nie będzie bez potrzeby latać w tłumie. Zapomniała, że tutaj takie rzeczy są bardzo dziwne i niespotykane.


Nie miała zbyt dużo czasu na zastanowienie się nad czymkolwiek, bo nadchodziła szarża konnicy. Wjeżdżają w swoich? A komu to potrzebne? Aaaa, może to oni są tymi złymi i to dlatego ją tak nieładnie nazywają! A to huncwoty. No ale zaraz, ona i ładny chłopiec stali zdecydowanie za blisko tego wszystkiego. Przecież mogła stać im się krzywda! Samą siebie mogła jeszcze obronić, ale ciemnowłosy wyglądał na zupełnie bezradnego. Nawet mówić za dużo nie chciał, bo przecież nie potrafił jej powiedzieć więcej, niż "cześć".


Skoro już o nim. Pobiegł gdzieś i pociągnął ją za sobą. Był na tyle śliczny, że pobiegła za nim. Mogła przecież polecieć, ale po co, to było miłe i fajne no i w zasadzie mogło ratować im dupsko w tej patowej sytuacji. Miał ciepłe dłonie, więc tym lepiej jej było. Generalnie czerpała przyjemność z większości kontaktów z ładnymi chłopcami, zwłaszcza jeżeli byli dziwni i odstający od reszty plebsu Autonomii.
Gdzie lecimy?! – krzyknęła za nim, mając nadzieję, że to usłyszy. W każdym razie nie planowała się zatrzymać, destynację podróży wyznaczał jej nowy towarzysz.

Awatar użytkownika
Ropień
Posty: 193
Rejestracja: 20 paź 2013, 15:26
Lokalizacja postaci: Lwi Bród
GG: 6550057
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2770

21 wrz 2014, 00:57

A'eklamarijon podniósł się znad drzew już któryś raz, kierując wzrok ku polu namiotów, po którym krzątało się tak wiele ludzkich – nieludzkich zapewne też – istnień. Przy każdym ruchu odczuwał rany, które odniósł tak niedawno. Po raz kolejny tego dnia powrócił myślami do tak świeżych wydarzeń. Ten moment, kiedy coś się w nim złamało. Moment, kiedy postanowił zostać… cóż, smokiem. Prawdziwym smokiem. Takim, o którym mówiły legendy.

Jako pierwszy cel obrał sobie zdarzenie, które niewątpliwie miało nastąpić właśnie tutaj. Nie miał pojęcia, co to miało być. Po prostu czuł, że może mieć okazję na zdobycie pewnego rodzaju sławy. Jednak wszystko temu zaprzeczało. Nic się nie działo, wszelkiej maści istoty, których z tej odległości A'eklamarijon nie mógł rozpoznać, chodziły w tę i z powrotem, czasem zbijając się w grupki.

Już miał przestać obserwować, kiedy coś się zmieniło. Konnica zaczęła ćwiczenia. Wyglądało to imponująco, ale smok nie był tutaj po to, aby podziwiać błyszczące zbroje. Nie obchodziły go te istoty, kimkolwiek były. Nagle konnica skręciła w stronę innych. A'eklamarijon lekko się zdziwił. Przecież obozowali niedaleko siebie i nie było widać, aby to były dwie przeciwne strony. Jednak akcja, której podjęli się rycerze – bo tym najprawdopodobniej byli ludzie w zbrojach – była atakiem.

Walka wyglądała jak kompletna masakra. Zaskoczeni ludzie nie mieli żadnych szans. Smok nadal obserwował, nie mogąc oderwać wzroku. Próbował zrozumieć, co też dzieje się w umysłach tych słabych istot. Postanowił, że jeszcze przez jakiś czas będzie obserwował. Czuł, że coś się święci. Czuł, że coś jest nie tak. Czy dołączyć do walki? To nie wydawało się najlepszym pomysłem. Owszem, był silniejszy niż takie robactwo jak ludzie, jednak ich były setki. Jedna strona miała widoczną przewagę i mogłaby skupić siły tylko na nim. Nie, jeszcze nie. Na razie pozostanie w miejscu, obserwując.

Awatar użytkownika
Mścigor
Posty: 51
Rejestracja: 18 sie 2013, 00:31
GG: 381201
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2744

23 wrz 2014, 20:58

Mścigor

przeklinał gorzej niż portowa dziwka, kiedy starał się uporać z rynsztunkiem. Z namiotu wyszedł spocony i nie do końca pewny siebie. Nieporadnie obserwował makabryczne przedstawienie, spojrzał na swoją tarczę, był oszołomiony sytuacją. Myślał o swym bożku, nie czuł jego obecności, ta rzeź nie była jego wolą. Gdzie jesteś, czemu nie zsyłasz mi swych słodkich szeptów, myślał. Od zbędnych rozmyślań odpędził go biegnący w jego stronę młodzik. Przypominał mu jego siostrzeńca, widział krew na jego marnej koszulinie.

Zadrżał

i ruszył do przodu, na Rzęślaka, nie mógł tutaj tak umrzeć od przypadkowego ciosu! Przecież był wybrańcem, tak? Nie?! Cholera… Przetarł oczy i poprawił hełm, który źle założony co chwila zasłaniał mu widok. Nie był wojskowym do kurwy nędzy, tylko cholernym, może zbyt narwanym, flisakiem.

Gdy

rycerz niewidzialnym gestem wyzwał go na pojedynek, mocniej zacisnął włócznie. Ręce zbielał mu od siły uścisku, chłopina cofał się do tyłu z każdym krokiem lecz był zbyt przerażony. Rycerz powoli go doganiał. Gdy był dosłownie kilkanaście kroków przed Mścigorem, flisak zachwiał się i upuścił tarczę. Zdał sobie sprawę, że będzie musiał go zabić. Ale on nie miał mordować, miał ratować życie. Przyciśnięty do ściany śmierci chwycił mocniej, nieprzystosowaną dla niego, długą włócznie. Na silnych, wyrobionych na wsi ramionach pojawiła się siatka małych żyłek. Miał przewagę odległości, lecz robił błąd, za błędem. Uderzył, szybko lecz niepewnie. Zamknął w ostatniej chwili oczy, nie chciał na niego patrzeć. Nie kiedy te pełne nienawiści oczy będą gasnąć. Wodny panie, przyjmij go w swe ramiona, bo nie wie co czyni.
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3796
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

19 paź 2014, 18:59

//Post jest podzielony na części odnoszące się do uczestników sesji w kolejności: Slavius, Mścigor, Azur, Arenplen, Somirion i Franeska.
MG

Pod nogami dosiadanego przez pana Brigorda z rodu Berkwista konia kłębili się ludzie. Niektórzy trafili tam przez przypadek, uciekając na oślep przez ciągle zbliżającymi się paladynami, inni zaś – jak Slavius – podeszli doń z zamiarem dołączenia do walki. Paladyn stanowiący obecnie głównego przeciwnika dowódcy Patriotów nie pozwalał mu na podejście i wyprowadzenie ciosów. Miecz tego ostatniego był niezwykle długi, a przez to dość nieporęczny, jeśli używać go w jednej dłoni, ale widać było, że stworzony został zgodnie z nowoczesną myślą metalurgiczną. Jego czubek był zaostrzony w szpic, co robiło z niego bardzo dobrą broń kłującą. Gdyby tylko udało się uderzyć nią paladyna, niechybnie nawet w jego pięknej zbroi pojawiłyby się dziury.

Tłumek był jednak bezsilny, niezdolny do zrobienia zakonnikowi większej krzywdy. Ten zaś miotał się w siodle, odgrażając się jak mógł i nadal trzymając pana Berkwista na dystans. Slavius był wyekwipowany nieco lepiej niż otaczający go ludzie, ale mimo tego również nie zdołał wyprowadzić skutecznego uderzenia. W pewnym momencie jego miecz trafił rycerza w nogi, ale nie wydawało się, że zadał jakieś znaczące obrażenia. Stalowy potwór, jakim był teraz Lorveniusz, był praktycznie nie do zabicia. Owszem, męczył się, zajeżdżał konia i prędzej czy później musiałby paść, ale wyglądało na to, że do tego czasu zdoła zabić jeszcze wielu swoich przeciwników. Brigord dostał drzewcem kopii paladyna w ramię, a potem w głowę, co przekrzywiło mu hełm i nieco wyprowadziło go z równowagi. Pilnowanie obu flanków było jednak zbyt trudne nawet dla potężnego paladyna, więc wkrótce jego koń zaczął słaniać się na nogach, pokazując tym samym, że długo tak nie pociągnie. Niezdolny do zaatakowania samego zakonnika tłumek skupił się na jego wierzchowcu, co zaowocowało o wiele lepszymi efektami.

Rycerz dał więc na jakiś czas spokój panu Berkwistowi, zabijając kilku ze swych pieszych adwersarzy. W pewnym momencie postanowił pozbyć się resztek swojej kopii, rzucając nią w poprzek, tak, aby spowolnić nacierających nań ludzi. Dało mu to dość czasu, aby zdążył wyciągnąć swój błyszczący w prześwitujących przez ciemne chmury promieniach słonecznych miecz. Slavius uchylił się, ale nieco zbyt późno. Chybiony, a skierowany pod jego lewą pachę cios przeorał mu bark. Szeregi pomagających przywódcy Patriotów plebejuszy stopniały. Wielu z nich poległo, reszta wolała się wycofać.

Szczęściem Brigord mógł wreszcie rozpocząć właściwy pojedynek, wiążąc zakonnika walką na miecze. Szło mu niezgorzej. Zaskarbił sobie uwagę paladyna na tyle dobrze, że pełny adrenaliny, ranny Slavius zdołał wrazić mu ostrze pomiędzy zdezelowane już płytki pancerza, prosto w pachwinę. Rycerz zadygotał w siodle, silnie ściskając boki konia i zmuszając go do rozpaczliwego tańca. Woj odwrócił się nagle od ciągle trzymającego rękojeść swego miecza Slaviusa, ciągnąc go za sobą i sprawiając, że mąż ten niemal się wywrócił. Jego nadgarstek był wykręcony pod nienaturalnym kątem, a ostrze zaklinowało się, więc siłą rzeczy musiał je wreszcie wypuścić. Jego przeciwnik miał klingę w trzewiach, a mimo tego opanował słaniającego się pod nim ogiera i sposobił się do kontrataku na Slaviusa. Brigord nękał go nadal, uzyskując kilka mocarnych trafień, ale dla paladyna liczyła się teraz tylko zemsta na pozbawionym broni wojowniku, który tak mocno dał mu się we znaki.

Tworzące się pod nogami błoto powstałe od krwi i padającego coraz mocniej deszczu nie ułatwiało zadania żadnemu z nich. Można się było też spodziewać, że zaraz z północy nadciągną posiłki, a wtedy po Slaviusie i Brigordzie nie zostałby nawet ślad.

W pobliżu ze swoim paladynem mierzył się flisak Mścigor. Zbrojny w sporą, okrągłą tarczę, włócznię, z kapalinem na głowie i tasakiem przy pasie stanął naprzeciw kulejącego, ale pełnego żądzy mordu, zakutego w stal wojownika. Zgięty strachem o własne życie i przytłoczony myślą o nadchodzącym pojedynku chłopina cofał się tak długo, jak tylko mógł, upuszczając gdzieś swoją tarczę i ujmując drzewce włóczni oburącz. Jego broń dawała mu przewagę odległości, ale nie było to nic, czego kroczący w pełnej zbroi płytowej, światły rycerz mógłby się bać. Zakonnik zbliżał się z każdym krokiem, a gdy tylko wszedł w zasięg mścigorowego oręża, został zaatakowany. Flisak pchnął na oślep, celując prosto w paladyna i licząc na to, że zabije go jednym ciosem. Gdyby rycerz był nieruchomą figurą, niechybnie zostałby trafiony. Był jednak nadal żywym, choć rannym człowiekiem, toteż uchylił się i przeciwstawił grotowi włóczni swoją tarczę, po której ten ześlizgnął się ze zgrzytem. Odpychając od siebie drzewce starał się podejść do chłopa na długość miecza, co miało nastąpić lada chwila. Ten mógł zrozumieć, że porzucenie tarczy w takim momencie było najgorszą rzeczą, jaką mógł w tym momencie zrobić.

Bliżej rzeki Iqui stał potężny troll. Ubrany w mocny pancerz, z wielką tarczą na węźlastym ramieniu i z pałą w drugiej ręce górował nad okolicą, nie ruszając się jednak z miejsca. Jego towarzysz, imć Ajen Firaar, próbował go zmotywować, jednak od momentu ataku zakonników Azur nie ruszył się ani na kciuk. Wreszcie jego szlachetnie urodzony kompan obwieścił, że stwora srał pies, po czym odszedł, wyciągając własny miecz i ruszając do boju, samemu kierując wszystkich na zachód i wkrótce znikając mu z oczu. Być może troll miał własny plan co do tego, kiedy ruszyć w bój, czekając na to, aż paladyni osiągną swój cel, jakim zdawało się dotarcie do rzeki. Mógł być też w szoku w związku z tym, co wydarzyło się w obozie. Możliwości było wiele, ale jedno nie ulegało wątpliwościom – moment, jaki wybrał sobie na udawanie statuy nie był najszczęśliwszy.

Znajdujący się bezpiecznie za formującymi się szeregami oddziałów mających już wkrótce przeciwstawić się potędze Zakonu Lorveniuszy Arenplen miał chwilę, aby obmyślić dalszy plan działania. Paladyni nie zbliżali się do zachodniej części obozu, w której stał teraz szkielet, więc wyciągnięta przezeń kusza nie przydała się jeszcze do niczego. Szarża szła od północy na południe, nie zatrzymała się jeszcze, a nie zamierzała też zmienić kierunku, co dawało milicji kupieckiej, pozostałym zakonnikom i innym wojom na zgrupowanie się. Ktoś zauważył, że zakapturzony szkielet dzierży kuszę, więc ustawiono go wraz z innymi na skrzydle. Paru ludzi zauważyło jego dziwaczną aparycję i niecodzienność oręża, jakim się posługiwał, ale w ogólnym rozgardiaszu nikt nie śmiał wyrzec niczego na ten temat. Polecono mu strzelać, gdy tylko przeciwnicy pojawią się w zasięgu. Oddziały kuszników chronione były przez zbrojnych we włócznie wojów, jednak spodziewano się, że główne natarcie pójdzie środkiem. Gdyby nie poszło, zamierzano ruszyć masę ludzką do boju, przechodząc z planowanej obrony do ataku. Teraz jednak w obozie panował zbyt wielki chaos, gdzie zbyt wielu niewinnych ludzi znajdowało się pomiędzy zbierającymi się oddziałami a masakrującymi plebs rycerzami. Trzeba było czekać.

Masa ludzka porwała ze sobą również znajdujących się we względnym bezpieczeństwie Franeskę i Somiriona, którzy po chwili dotarli do formującej się na zachodzie linii włóczników. Rozdzielono ich – kobieta trafiła do jednego z namiotów, gdzie spostrzegła więcej bezbronnych przedstawicielek swojej płci. Nikt jej nie więził i mogłaby w każdym momencie stąd wyjść, ale czuła, że nie jest mile widziana na zewnątrz. Żaden z wojowników nie chciał kobiet pałętających się pod nogami, a Franeska nie wyglądała na kogoś, kto potrafi poradzić sobie z orężem. Pod bok wzięła ją jakaś okrągła, siwiejąca matrona, prawiąc cicho frazesy uspokajającym głosem. W głębi namiotu znajdowali się kapłani nucący ogólnie znaną pieśń błagalną do Lorven, jej powierników i całego dobra tego świata. Zapalili widziany zwykle podczas rytuałów kosz z żarzącymi się weń węglami, taki sam jak ten, do którego wrzucano dary podczas obrzędów. Zebrali się wokół niego i próbowali najwyraźniej odczynić to, co zrobił z Lorveniuszami demoniczny przywołaniec rodem z Czeluści. Sądząc z odgłosów panujących w obozie, nie wychodziło im to zbyt dobrze.

Somiriona próbowano wypytać, na czym się zna, ale ten w oczywisty sposób nie za bardzo wiedział, jak ma odpowiedzieć. Wkrótce dano sobie z nim spokój. Wrzucono na niego jakąś zniszczoną kolczugę, na głowę dostał szyszak, a do ręki włócznię. Wepchnięto go tam, gdzie stali włócznicy, po czym kazano przykucnąć, oprzeć drzewce o ziemię i czekać. Nawet, gdyby nie wiedział, o co chodzi, mógł zasugerować się otaczającymi go żołnierzami. Był w pierwszej linii, dokładnie tam, gdzie spodziewano się uderzenia.

Wróć do „Autonomia Wolenvain”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 19 użytkowników online :: 1 zarejestrowany, 0 ukrytych i 18 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Kerra z Derinu
Liczba postów: 52217
Liczba tematów: 2975
Liczba użytkowników: 1049
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: katrost
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.