Lwi Bród

Najważniejszy obszar, na którym toczy się gra. Autonomia to zamieszkane głównie przez ludzi państwo podzielone na pięć prowincji ze stolicami w Wolenvain, Derinie, Morinhtarze, Minaloit i Aparilume. Czytaj więcej…
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3796
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

Lwi Bród

17 kwie 2014, 20:22

Położony na południe od Wolenvain, przecinający Iquę Lwi Bród był już ponoć świadkiem wielu bitew. To tutaj wedle rozlicznych podań w 34EF po raz pierwszy rzekę przekroczył zwany Lwem ze Stepów Vain, na którego cześć nazwano później miejsce przeprawy. Ludzki władca zagłębił się w dzikie, zamieszkane przez plemienną ludność ostępy w poszukiwaniu konkurującego z nim Wolena, swego młodszego brata. Opór, jaki napotkał, kosztował go utratę wielu zacnych wojowników. Dowodzeni przez Wolena Gryfiego Jeźdźca, zunifikowani przez niego barbarzyńcy z Wichrowych Szczytów wyparli Vaina za rzekę i dalej, zmuszając go do wycofania się w okolice dzisiejszego Derinu i rozpoczynając tym samym długoletni, bratobójczy konflikt zwany później „Wojną o Autonomię” i zakończony ostatecznie ślubem córki Vaina oraz syna Wolena w 75EF.

Sam bród został w późniejszych latach wyposażony w porządny, kamienny most. Jego łuk był dość łagodny, a wymiary iście potężne. Most był szeroki na tyle, że swobodnie i bezproblemowo mogły się na nim minąć nawet dwa wozy – w najszerszym punkcie mierzył sobie około trzech i pół sążnia. Było to o tyle istotne, że jakkolwiek do samego Wolenvain można było dojechać inną drogą, transportując później towary za pomocą promu do dzielnicy portowej stolicy, tak Lwi Bród stanowił jedyne racjonalne połączenie między Kupieckimi Kochankami a Derinem. Długi na ponad dwie staje, wyposażony w dziewiętnaście stojących na siedemnastu filarach łęków był dumą każdego mieszkańca Autonomii Wolenvian.

Obecnie ta lokacja jest pusta.
Awatar użytkownika
Slavius
Posty: 64
Rejestracja: 16 mar 2013, 14:45
Karta Postaci: viewtopic.php?p=41866#41866

25 paź 2014, 16:40

Slavius poczuł gwałtowny ból w barku i na chwilę zrobiło mu się czarno przed oczami. Zachwiał się na nogach, ale chwilę później stanął pewniej. Próbował zignorować wszystkie niedogodności wiążace się z raną, teraz priorytetem dla niego było zabicie paladyna, który sprawiał tyle kłopotów.

Chwilę później ujrzał swoją szansę i wbił miecz prosto w trzewia tamtego. Wydawało by się, że w tym momencie było po walce. Jednak Lorveniusz nie chciał przestać walczyć i zwrócił konia w drugą stronę, wykonując dosyć dziwny, acz skuteczny manewr. Slavius musiał wypuścić miecz z rąk, co sprawiło, że w tej chwili był kompletnie bezbronny.

Paladyn najwidoczniej chciał się teraz zemścić tylko na nim. Slaviusowi nie pozostało nic innego jak walczyć. Wiedział, że warunki są dla niego bardzo niekorzystne. Rozważał kilka opcji, ale uznał, że najlepiej będzie próbować unikać ciosów przeciwnika. Problemem tutaj było śliskie podłoże. Jeden zły ruch i Slavius ląduje na ziemi – najprawdopodobniej martwy.

Mógł mieć nadzieję, że przywódca Patriotów zareaguje na tyle szybko, że paladyn nie zdąży zakończyć walki. Slavius wbił spojrzenie w przeciwnika i podniósł gardę, jakby zachęcając tamtego, aby uderzył. Półelf miał nadzieję, że jego refleks nie zawiedzie go w tak ważnej dla niego sytuacji.

W jego umyśle ciągle pozostawało jednak jedno pytanie. Czemu? Jaki paladyni mieli powód, aby zaatakować prawie bezbronnych ludzi? Czy zapłacono im za to? Ale kto mógłby być tak bogaty i mieć jakiś interes w tym, aby robić coś takiego?

Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3796
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

25 paź 2014, 21:42

MG

Nie było szansy, Mścigor musiał zginąć. Po tym, jak odrzucił swoją tarczę, a paladyn przeszedł za grot jego włóczni, opcji na obronę pozostało mu niewiele. Mógł, owszem, wyciągnąć swój tasak, jednak z jakiegoś powodu nie zrobił tego. Faktem było, że zakonnik ruszał się dość szybko, ale nie na tyle, żeby dobycie broni krótkiej stało się niemożliwe. Jedynym wyjaśnieniem był strach, jaki niewątpliwie opanował flisaka. W takich chwilach umysł mógł pracować w zupełnie innym trybie, nie myśląc racjonalnie. Tak z pewnością było tym razem. Przynajmniej padł szybko, cięty w nieosłonięty bok szyi. Miał parę chwil, aby zmówić modlitwę do któregokolwiek z bogów, jacy chcieliby go w tej chwili wysłuchać, po czym stracił przytomność, wykrwawiając się szybko na obozowe błoto.

Drugi z rekrutów, Slavius, również nie miał zbyt łatwo. Utracił broń, skazany na rozpaczliwe uniki przed zadawanymi z lepszej pozycji ciosami. Ranny bark i ślizgie podłoże nie ułatwiały mu zadania, ale zakonnik obrywał raz po raz od karzącego go potężnymi ciosami Brigorda. W końcu oklapł w siodle, a tłumek nadal znajdujących się w pobliżu osób siadł na nim, jakby tylko na to czekał. Slavius miał moment, aby zabrać swój miecz, jednak było to właściwie mgnienie oka – oto bowiem w zasięgu jego wzroku pojawił się główny trzon uderzenia paladynów. Pan Berkwist wyciągnął ku niemu swą sękatą, pokrwawioną dłoń, wkładając rękojeść miecza w zęby i pomagając rekrutowi siąść na swoim koniu. Siodło kawaleryjskie nie było przystosowane do noszenia dwóch osób naraz, ale nie było innego wyjścia – Slavius musiał jakoś się utrzymać. Rycerz spiął konia i popędził w poprzek natarcia, do stosunkowo bezpiecznej strefy, pozostawiając za sobą finalny akt masakry przy Lwim Brodzie.

Jazda nie była przyjemna, szczególnie wobec ran, jakich doznał bohaterski członek Patriotów, ale przynajmniej miał swój miecz i kierował się ku miejscu, w którym nie będzie zmuszony stawiać czoła kilku setkom wojów na koniach. U celu ktoś ściągnął go z konia i obejrzał, po czym byle jak zawinął bark. Slaviusowi przypomniało się, że był to jeden z tych, którzy razem z nim wpisali się na listę nowych członków kompanii. Przynajmniej krwawienie zelżało nieco, ale wiadomym było, że lewej ręki nie powinno się teraz nadwyrężać. Nie zanosiło się jednak, że masakra zakończy się w najbliższym czasie.
Do formujących się na zachodzie oddziałów dołączyli ci paladyni, którzy nie zdecydowali się na zaatakowanie obozu. Spotkali się tam z zakonnikami, którzy nie uczestniczyli w manewrach, przekazując wieści. Okazało się, że padły rozkazy. Większość świątobliwych rycerzy uważała, że plebejusze przebywający w obozie to słudzy demona siedzącego w Lesie Wisielców, a oczyszczenie okolicy Lwiego Brodu pozwoli go ostatecznie pokonać. Informacje te przekazane zostały potajemnie, ale prędzej czy później doszły do uszu wszystkich ocalałych.

Kawaleria już niemal dotarła do Iqui, zamiatając wszystko, co stało na jej drodze. Wciąż było trochę czasu na przygotowania, choć pozostało go nad wyraz niewiele. Polecono Slaviusowi, aby wziął jakąś włócznię, przebrał się w porządniejszy pancerz (czyli starą kolczugę, jaką dla niego znaleziono) i stanął gdzieś w powiększającym się ciągle szeregu żołnierzy. Garstka konnych – tak paladynów jak i innych wojów – odbiła od formacji, oddalając się i planując wyraźnie atak ze skrzydła. Wedle ich słów natarcie miało przejść tak, jak wszyscy się spodziewali – środkiem. Lorveniusze byli owładnięci żądzą mordu na rzekomych sługusach demonów, choć powoli od ich grupy oddzielało się coraz więcej rycerzy, którzy najwyraźniej nie zamierzali w tym uczestniczyć. Niektórzy dołączyli do zachodnich jednostek, inni błąkali się po pobojowisku bez celu i ducha.

- Nie martw się, twojemu chłopcu nic nie będzie - mruczała nadal matrona do Franeski, sadzając ją na zydlu i patrząc na nią osadzonymi w bladym licu, zmęczonymi oczami. - Wiele bitew już przeżyłam, zwykle nie zabijają nas wiele… – rzekła, najwyraźniej mając na myśli kobiety jako ogół. - Czasem gwałcą, ale to nic… to nic… - gadała, niby to do dziewoi, z którą rozmawiała, ale głównie do siebie, przekrzykiwana czasem przez wrzeszczących na zewnątrz żołnierzy.

Awatar użytkownika
Arenplen
Posty: 27
Rejestracja: 12 mar 2014, 12:13
Karta Postaci: viewtopic.php?p=47276#47276

26 paź 2014, 00:25

Setki istnień kończyło swój marny żywot w kilka chwil… Arenplen czuł jak tumany dusz unoszą się nad polem bitwy. Jego duch zdołał, albo został zmuszony powrócić i ponownie poruszyć swe ciało… Śmierć wydaje się mieć dwa wyjaśnienia. Pierwszym z nich jest zniszczenie cielesnego naczynia w którym bezpiecznie skryła się duch, a drugą jest uwolnienie duszy od męki przebywania w ciele które musi znosić wiele trudów. Istnieje więc możliwość, że ta rzeź nie jest w cale złym wydarzeniem… Być może czarne jest białe, a białe jest czarne. Demon może być tak naprawdę aniołem który został zesłany na ziemię by uwolnić dusze z ich więzienia, a wszyscy którzy pochodzą z tego świata mają zamydlone oczy… Być może… Te dwa słowa tak często towarzyszą Arenplenowi…

Jednak szkielet nie znajdował się w najlepszym miejscu do rozmyśleń. Kilkadziesiąt metrów dalej panowała rzeź i nie ważne czy hipoteza postawiona wcześniej jest prawdziwa czy nie. Należy podjąć działanie sprzyjające istotom, które otaczają nieumarłego. Ludzie najwyraźniej mieli plan i polecili Arenplenowi by ten ustawił się z innymi dzierżącymi kusze wojami, a ten wierząc w jego słuszność wykonał polecenie. Później już tylko czekał w gotowości na nadciągających przeciwników.

Szkielet nie musiał za bardzo obawiać się o swoje nie-życie. Nie dość, że chroniony przez włóczników, oraz innych kuszników to jeszcze do tego trudno zakończyć mieczem życie kogoś, komu te życie zostało już odebrane i później zwrócone.

Tak jak wcześniej sądził, demon postanowił sprytnie zwieść paladynów, wmawiając im że ludzie w obozie są jego sługusami. Jest to nawet łatwiejsze niż tworzenie iluzji otoczenia… Niezwykle chytra bestia.

Dusze nad polem bitwy składającym się z mieszaniny błota i świeżej krwi, które już wcześniej Arenplen odczuwał zdawały się dawać niezrozumiały przekaz. Trudno mu było określić, czy one płaczą, czy się radują… Sam Arenplen pomimo swoich zdolności nie potrafiłby wytłumaczyć w jaki sposób je wyczuwa… Na pewno w zupełnie inny sposób niż mogło by się to na pierwszy rzut oka wydawać.
Awatar użytkownika
Slavius
Posty: 64
Rejestracja: 16 mar 2013, 14:45
Karta Postaci: viewtopic.php?p=41866#41866

26 paź 2014, 17:58

Slavius powoli opadał z sił i unikanie sprawiało mu coraz większy problem. Na szczęście widoczne były postępy, bo paladyn już chwiał się i widocznie jedyne co trzymało go przyżyciu to chęć zemsty. Nie minęło długo, a wreszcie ustąpił i zajął się nim tłum. Slavius szybko podszedł do przeciwnika i wyciągnął miecz z jego ciała i schował do pochwy.

Zauważył, że przywódca Patriotów wyciąga do niego rękę. Półelf złapał za nią i jednym, szybkim ruchem wsiadł na konia. Przez chwilę dotkliwiej poczuł ból w barku, ale zaraz powróciło tępe pulsowanie. Nie widział, gdzie jechali. Nawet nie zwracał uwagi. Na miejscu zsiadł z konia. Ktoś opatrzył jego ranę, choć widział, że niezbyt dokładnie. Cóż, nie ma co liczyć na profesjonalną opiekę w środku bitwy.

Zdziwił się, kiedy dotarły do jego uszu wieści. On i ci ludzie sługami demonów? Nie wyglądali na takich – bynajmniej. On sam nie czuł, jakoby podążał za inną siłą niż wola przeżycia. To paladyni zaatakowali innych ludzi, nie ludzie paladynów.

Siedział tak na ziemi zamyślony, kiedy jakiś głos wyrwał go z transu. Polecono mu wziąć włócznię i kolczugę. Tak też zrobił. Zdjął płaszcz i rzucił byle gdzie. Nie był mu już potrzebny. Nie był na tyle do niego przywiązany, aby go łatać. Poszedł tam, gdzie formowały się "wojska".

Awatar użytkownika
Azur
Posty: 317
Rejestracja: 13 gru 2012, 21:38
GG: 21882886
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2374

02 lis 2014, 20:15

Kurwa. – dopiero teraz troll zdał sobie sprawę, że się zaczęło. Że nie przyjdzie mu walczyć z żadnym przeciwnikiem, a z własnymi kamratami niesionymi niezrozumiałymi w tej chwili pobudkami. Krople potu skapnęły z trollowego czoła, gdy jednym zamaszystym ruchem wysunął tarczę w stronę wroga. Czas walki nadszedł, acz należałoby raczej wspomóc Ajena niż walczyć samemu jak palec. Rozejrzał się wokół. Niestety towarzysza broni nie było nigdzie w pobliżu.

Ajen! – wydobyło się z potężnego trollowego pyska. Począł biec przed siebie, wykrzykując raz po raz imię towarzysza i gotując się na ewentualna walkę. Łapa zacisnęła się mocniej na buzdyganie, którym troll starałby się przedrzeć bliżej pozycji Firaara. Oczywiście, będąc w ferworze walki zapomniał o używaniu jakiegokolwiek stylu walki, a bardziej stawiał na przewagę masy i ciężarze własnego ekwipunku. Byle by tylko go znaleźć, byle by tylko wiedzieć co robić. Gdyby okazało się, że nie może go znaleźć, podłączyłby się do jakiegokolwiek oddziału i podjął wypełniania rozkazów dowódcy.
Awatar użytkownika
Somirion
Posty: 722
Rejestracja: 03 paź 2011, 22:26
Lokalizacja postaci: Kamienica Patriotów
Karta Postaci: viewtopic.php?t=822

03 lis 2014, 10:52

Udało im się uciec, a przynajmniej tak myślał. Dotarł do masy ludzkiej, która nie próbowała go zabić, co było pewnym sukcesem. Jednak nie cieszył się nim długo. Został otoczony, a obecni tutaj wojowie mówili do niego słowa, których nie rozumiał ani trochę. Nie wiedział o co im chodzi, był przerażony. Przyjście do tego miejsca było największym błędem w jego krótkim życiu. Po co w ogóle wychodził z posiadłości w górach? Wciśnięto na niego niewygodną koszulę z jakichś kółek, które były twarde, a na głowę jeszcze mniej wygodną miskę. Nie czuł się ani trochę komfortowo. Do tego dali mu jeszcze jakiś długi patyk i wepchnęli w rząd osób z podobnymi kijami. Wszędzie słyszał krzyki, nie rozumiał ich, ale całość miała pewnie związek z tym tumanem kurzu, skąd uciekał. Rozejrzał się. Nie widział aby ktoś mu się specjalnie przyglądał, ale gdyby teraz stąd odszedł, to pewnie by się to dobrze nie skończyło.
Przyglądał się jak stoją inni. Oprócz tego, że byli niżsi od niego, to niektórzy jeszcze rozstawili szeroko nogi – jedna ugięta w kolanie z przodu, druga wyprostowana z tyłu, a te kijki oparli jednym końcem o ziemię. Ci wyglądali najpewniej tego co robią, więc postanowił brać z nich przykład. Cofnął się pół kroku i przyjął ich pozycję. Kiedy już tak stał, obejrzał się na nich jeszcze raz i dojrzał szczegół co do tych kijków. Z jednej strony posiadały one zakończenie z metalu, które u wszystkich było skierowane do góry, a Somirion oparł je o ziemię. Było tłoczno, dlatego starał się nikogo nie uderzyć, kiedy odwracał włócznię.
Półdemon nie wiedział co tu właściwie robi. Przyszedł tutaj za Risilem, a on gdzieś zniknął. Podobnie jak dziwny pan w kapturze i w ogóle wszyscy. Pojawiła się też jakaś latająca kobieta, ale i ją gdzieś zabrali. Był teraz sam, wśród obcych ludzi, niepewny ich zamiarów, bez umiejętności walki jakąkolwiek bronią, poza podstawami strzelania z łuku. A może by tak…
Wstał i powoli wyszedł z rzędu pik, szukając kogoś, kto byłby ich przywódcą. Gdyby ktoś go zatrzymał, miał zamiar pokazać na łuk, który miał na sobie założony. Nie podobało mu się w żadnym stopniu to, że miałby stać na samym przedzie, dokąd pewnie zmierzał ten tuman kurzu. Z tyłu chyba zawsze jest bezpieczniej, a przynajmniej on tak myślał.
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3796
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

11 lis 2014, 22:13

MG

W normalnej bitwie głównym celem każdego z kawalerzystów w lśniących zbrojach byłoby wyłączenie z niej jak największej ilości przeciwników, co niekoniecznie wiązało się z ich zabijaniem. Wielu unieszkodliwionych rycerzy intencjonalnie pozostawiano przy życiu, biorąc ich później do niewoli i sprzedając za okup. Innych, mniej ważnych żołnierzy wystarczyło mocno ranić bądź ogłuszyć. Niemal każdy, nawet najbardziej buńczuczny i agresywny woj odczuwał bowiem swego rodzaju lęk przed zabijaniem. Na polu bitwy nie było też czasu, aby bawić się w rzeźników. Mniej pragmatycznie nastawieni wojownicy mówili, że nie było w tym również chwały. Bitwa pod Lwim Brodem różniła się jednak od tych normalnych.

Paladyni rznęli każdego jak popadło, poświęcając masakrowaniu swoich wrogów znacznie więcej czasu, niż było to wymagane. Tym, którzy mieli nieszczęście stanąć po ostrej stronie zakonnego miecza czy lancy, nie pozostawiało to żadnej szansy na przeżycie. Innym jednak taka pieczołowitość dawała dodatkowe chwile na ucieczkę, co tłumaczyło, dlaczego tak wielu z zaskoczonych obozowiczów zdążyło przemknąć do bezpieczniejszej, zachodniej części miasteczka namiotów.

Z pierwszego szeregu po pewnej chwili wyszarpnął się Somirion, triumfalnie pokazując wszystkim swój łuk. Dziwnym wydawało się, że nikt wcześniej mu go nie zabrał. Z pewnością proponowano mu ustawienie się razem ze strzelcami, jednak ten, jako kompletnie niekomunikatywny, nieznający za bardzo Wolnej Mowy mężczyzna nie mógł tego zrozumieć. Ustawiono go tedy z włócznią i w kolczudze przy pierwszym rzędzie, nie przejmując się posiadaną przez niego bronią dalekiego zasięgu. Ludzie w oddziale mówili coś do niego, tak jak ci, których napotkał potem, jednak w ogólnym zamieszaniu nie docierało do niego, o cóż mogłoby im chodzić. Wreszcie postawiono go gdzieś przy kusznikach. Ludzi z łukami było o wiele mniej, niektórzy zagadywali do Somiriona, ale ten mógł na to jedynie wzruszyć ramionami. Dzięki swojemu wzrostowi dostrzegł znajomą mu postać – stojącego całkiem blisko Arenplena, który ze swoją dziwaczną kuszą zdążył już zaskarbić sobie niechęć innych żołnierzy. Mimo, że szyki były ciasne, wokół szkieletu było o wiele luźniej, co jemu z pewnością mogło odpowiadać – nikt przynajmniej nie mógł zajrzeć mu pod szatę, odkrywając jego tożsamość.

Tymczasem paladyni dotarli już w pobliże rzeki Iqui, natykając się po drodze na Azura. Jakiś konny próbował wjechać w niego w pełnym pędzie, ale trzymane w zębach lejce nie pomagały mu w manewrowaniu. Niosące go zwierzę zboczyło z drogi, instynktownie omijając wielkiego trolla. Rycerz wychylił się ze swoją lancą, chcąc ugodzić w pierś potwora, jednak chybił i stracił równowagę, przechylając się ostro na bok, po czym uderzył mocno hełmem o pawęż Azura. Nie spadł z konia tylko dzięki wysokiemu siodłu, jakie utrzymywało go w miejscu, jednak na pewno mocno zadzwoniło mu w głowie. Ajena, którego wołał troll, nigdzie nie było widać, a wokół niego łopotały już jedynie żółte i białe płaszcze. Zakonnicy za nic mieli sobie to, że stojący nieopodal, a mieszczący świątynię dla pospólstwa namiot oznaczony jest symbolami Świątyni Światła. Roznieśli go w pył, a jedyny kapłan, który został na miejscu został nabity na włócznię.

Do formujących się na zachodzie oddziałów Azur miał jeszcze dość daleko, a przeciwnicy wręcz się przed nim mrowili. Wielu atakowało, większość była na koniach. Mógł dowolnie zdecydować, któremu odpłaci się jako pierwszemu. Zdążył już otrzymać kilka nic nie znaczących, głównie kłutych ran. Po chwili spostrzegł, że zajmuje się nim tylko kilku zakonników, reszta bowiem przegrupowała się i formowała kolejny potężny klin na pozostałościach wprasowanego w ziemię obozu. Po chwili wewnątrz formacji wybuchły jakieś konflikty, polała się krew. Każdy mógł stwierdzić, że rycerzy było o wiele mniej, niż na samym początku. Niektórzy odłączyli się jeszcze podczas samej szarży, inni, którzy się sprzeciwili, zostali właśnie zaatakowani. Nie minęło wiele chwil, jak wszelkie głosy oporu ucichły. Ruszyła druga szarża.

Z połamanymi lancami, pieśniami do swej bogini na ustach i na koniach o pyskach pokrytych spienioną śliną Lorvenisze poszli w kolejny taniec, bez strachu ruszając na tym razem lepiej przygotowanych przeciwników. Azura i jego oprawców zostawili z tyłu, koncentrując pełne uderzenie tam, gdzie mieściły się główne siły obozowiczów. Poszli głupio, bez pomyślunku, środkiem, choć musieli widzieć, że mają wrogą kawalerię od skrzydła. Z pewnością sądzili, że Protektorka Dusz ochroni ich i pomoże zniszczyć rzekomych sługusów demona. Gdy wpadli na nich ich właśni bracia, zmieszani ze świeckimi rycerzami, konną milicją kupiecką i najemnikami, którym milsze było życie od srebra, wielu z nich padło. Padł rozkaz do zwolnienia cięciw, któremu Arenplen z Somirionem musieli sprostać. Szarża zostało spowolniona przez naturalną barykadę w postaci nadal stojących namiotów, siekającą ją od flanki konnicę i salwę bełtów oraz strzał. Mimo tego nie zatrzymała się, wbijając się wreszcie w linie włóczników.

Slaviusa aż odrzuciło. Jego ręce zdrętwiały, gdy jakimś cudem na jego broń nabił się koń któregoś z paladynów. Zaraz powietrze zagęściło się, ktoś lekko drasnął go pałką w czoło, na co jego kolana odpowiedziały całkiem naturalnie – uginając się. Wojownika zamroczyło, stracił włócznię, a wokół szalała istna Czeluść. Jakoś wstał z błota i uchylił się przed ciosem przejeżdżającego obok rycerza, zarabiając jedynie poetycką szramę przez lewy policzek. Wokół biegali ludzie, rżały konie i rozlegały się różnego rodzaju krzyki, niekoniecznie ku chwale Lorven. Slavius nie widział zbyt wiele, ale jego kolejny przeciwnik świecił się tak, że nie mógł być nikim innym, jak tylko zakonnikiem. Nikłe promienie słoneczne mimo ulewy wydobyły z jego pięknej zbroi mnóstwo błyszczących detali, które robiły z niego dobry cel nawet dla wpół zamroczonego żołnierza. Rycerz skosił po drodze jakiegoś plebejusza i ruszył pieszo dalej, zbrojny jedynie w długi miecz, który trzymał oburącz. Jego hełm miał zamkniętą przyłbicę, przez co nie mógł on zbyt wiele w taką pogodę widzieć, ale był za to bardzo dobrze chroniony. Slaviusowi nie pozostało nic innego, jak tylko wdanie się z nim w pojedynek… bądź ucieczka. Wokół niego rozgrywało się bowiem mnóstwo podobnych mniejszych walk, jednak z tego, co pojął, wiele z nich było już przegranych – i to ze strony jego sojuszników. Walki jeden na jednego były podczas bitew rzadkie, a to oznaczało, że do zakonnika, który zaraz uderzy na Slaviusa już wkrótce dołączą kolejni, a wtedy jedynym, co mógłby zrobić, to zacząć się modlić – bo i tak by owej modlitwy nie skończył.

Kusznicy napinali i strzelali, aż w końcu i na nich poszło natarcie. Mniejszy impet oznaczał mniejsze straty początkowe, jednak wielu z nich nie wiedziało kompletnie, jak się bronić przed atakami z siodła. Somirion miał jeszcze chwilę czasu, aby zrozumieć sytuację, jednak Arenplen został sieknięty przez bark. Jego płaszcz rozdarł się, ale nic poza tym – ostrze miecza tylko lekko uszkodziło kość. Lorveniusz, który już odwracał wzrok w poszukiwaniu kolejnego przeciwnika, zwracając swego konia w kierunku innych kuszników, zdziwił się nie na żarty. Ta chwila konsternacji dała jednak szkieletowi czas na reakcję.

Awatar użytkownika
Slavius
Posty: 64
Rejestracja: 16 mar 2013, 14:45
Karta Postaci: viewtopic.php?p=41866#41866

15 lis 2014, 23:51

Slavius ze spokojem przyglądał się manewrom paladynów. Wiedział, że ich los jest prawdopodobnie przesądzony. Potrzebowaliby cudu, aby odeprzeć wrogie, świetnie wyszkolone i zorganizowane jednostki. A jak wiadomo – na cud trudno było liczyć, jeżeli bogini, o ile takowa istnieje, stała po stronie przeciwników.

Obserwował natarcie. Piękne, błyszczące zbroje i miecze. Organizacja wroga. I banda niechlujnych najemników jako ich przeciwnicy. Roześmiał się gorzko. Chwilę później zapanował chaos. Wrogi wierzchowiec nabił się na włócznię młodego wojownika. Nieprzyzwyczajony do takiego rodzaju walki, nie miał dość siły, aby utrzymać się na nogach. Stracił włócznię i wylądował w błocie.

Przez krótką chwilę jego wola walki ustąpiła. Oczekiwał ciosu, który miałby wszystko zakończyć. Kiedy zorientował się, że nic takiego nie nadejdzie przynajmniej w najbliższej chwili, podniósł się na klęczki i spróbował się rozejrzeć. Wszystko go bolało i nie mógł skupić wzroku, ale nie potrzebował jasnego umysłu, aby zorientować się, że sojusznicze siły przegrywają. To był koniec. Zauważył przed sobą kolejnego Lorveniusza. Po raz kolejny roześmiał się, nie wiedząc nawet, co w tym jest takiego zabawnego, że nie może się powstrzymać. Jednak zachował wzgłędny spokój. Szybko ocenił sytuację i podjął decyzję.

Wszystko miało zależeć od jego szybkości, której teraz potrzebował jak nigdy. Liczył na to, że akurat jeżeli chodzi o tę cechę, jego elfia połowa wzieła górę nad człowieczą. Łudził się, że będzie szybszy od paladyna, który miał wielką przewagę. Nie zamierzał się poddawać. Nie zamierzał uciekać. Zostanie, dopóki nie sięgnie po niego śmierć.

Jednym ruchem wyciągnął miecz, który ciągle spoczywał w pochwie i skoczył na paladyna, którego blask ukazywał słabe części w jego pancerzu. Skierował ostrze w jedno z takich miejsc, nie zastanawiając się wiele. Pierwsze, które wypatrzyłby na klatce piersiowej lub brzuchu tamtego, zostałoby celem szaleńczego wręcz uderzenia.

Półelf ciągle był spokojny. Nie panikował, nie krzyczał wniebogłosy. Skupił się na przeciwniku, choć ledwo widział na oczy, bolało go dosłownie całe ciało i nie myślał jasno. Może właśnie dlatego nie dostrzegał całej powagi sytuacji. A może po prostu umiał znaleźć się w chaosie. Chaos. Chaos przypominał burzę. Slavius zawsze potrafił znaleźć się w burzy. Uwielbiał ją, wręcz kochał. Wiedział, że ona go nie zawiedzie.

Awatar użytkownika
Ropień
Posty: 193
Rejestracja: 20 paź 2013, 15:26
Lokalizacja postaci: Lwi Bród
GG: 6550057
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2770

16 lis 2014, 00:49

Dość. A'eklamarijon miał zdecydowanie dość czekania. Podniósł się z pozycji leżącej, w której spędził tak dużo czasu, nie robiąc praktycznie nic. Chciał niszczyć. Palić, zabijać. Przepełniała go nienawiść do ludzi. Począł uderzać skrzydłami, wznosząc się ponad drzewa, które go skrywały przed wzrokiem tych… tych odrażających stworzeń.

Obrzucił pole bitwy szybkim spojrzeniem. Bystry wzrok pozwolił mu jakże szybko zorientować się w sytuacji. Ludzie, który zostali zaatakowali, przegrywali. Było to tak widoczne, że nawet początkujący i niezbyt zorientowany w sytuacji obserwator by to zauważył. Nawet, jeżeli byłby człowiekiem. Błyszczące zbroje i jasne poświaty wskazywały na jakąś frakcję. Zapewne kogoś, kto mienił się sługami bogów. Łatwo było także zauważyć, że te siły miażdżyły swoich wrogów, którymi byli robiący dużo mniejsze wrażenie zwykli, szarzy ludzie.

Kiedy zbliżał się do pola bitwy i był na tyle blisko, aby walczący go usłyszeli, zaryczał potężnie. Chciał podkreślić swoją obecność. Jeżeli wolałby pozostać niezauważony, zostałby w miejscu, aż jatka by się nie skończyła. Teraz było za późno. Jeżeli miał być tutaj, pośród tych poślednich kreatur, wszyscy musieli go dostrzec. Podziwiać. A może i na niego polować. Czemu nie? Minęło trochę czasu od ostatniej walki. Miał ochotę znów zasmakować w krzykach i bólu innych.

Obniżył lot, chcąc spalić wszystkich pod sobą. Wybrał sobie miejsce, gdzie skupiały się główne walki. Zdecydowanie bardziej mieli ucierpieć ludzie w błyszczących zbrojach, ponieważ to oni atakowali, a obrońców było coraz mniej. Upatrzył sobie skupisko świecących zbroi i zionął potężnym ogniem, który przybrał niebieską barwę.

Przez tę krótką chwilę był szczęśliwy. Nie ważne, co stanie się przez dalszą część walki. Tak dobrze było znów zasmakować lotu, tak dobrze było znów znaleźć się pośród walczących. Chciał usłyszeć ich krzyki, poczuć woń palonego ludzkiego mięsa. Nie uważał tych stworzeń za wartych oszczędzenia lub żywienia do nich jakichkolwiek uczuć – nie licząc nienawiści, oczywiście.

Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3796
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

16 lis 2014, 01:59

MG

Obaj – Somirion i Arenplen – stali w oddziale strzelców i obaj nie dali rady. Ten pierwszy miał jeszcze jakieś usprawiedliwienie, był bowiem jednym z gorszych łuczników, jakich nosiło Spektrum Lewiatana, jednak szkielet z kuszą z łatwością mógłby przystąpić do ataku i nawet zestrzelić jednego czy drugiego z paladynów. Nie skorzystał jednak z tej możliwości, oberwał w bark i wobec zdziwienia jego przeciwnika mógłby z łatwością przejsć do ofensywy, jednak nie uczynił tego, uzyskując jeszcze kilka trafień. Sojusznicy walczącego z nim Lorveniusza wkrótce dołączyli do siekaniny na flance, przetrzebiając szeregi strzelców. Ktoś przebił Arenplena włócznią na wylot, oczywiście nie czyniąc mu przy tym krzywdy większej niż kilka nadłamanych żeber. Jego namoknięty płaszcz oblepił go całkowicie, krępując nieco ruchy i jeszcze bardziej ujawniając jego dziwaczną naturę. Walczący z nim z bliskiej odległości zakonnicy niechybnie widzieli, że zamiast twarzy pod jego kapturem znajduje się wiecznie uśmiechnięta czaszka. Ktoś krzyknął, inny podjął ten okrzyk i teraz wszyscy już wołali o łaskę Lorven w niszczeniu sługusów demona. Obecność chodzącego szkieletu wśród obrońców na pewno utwierdziła paladynów w przekonaniu, że wszyscy, którzy sprzeciwiają się ich woli są już dawno splugawieni nieczystą mocą Czeluści. W polu widzenia pojawił się stary paladyn na koniu. Przyłbica jego hełmu była otwarta, a siwa, krzeczasta broda, jaka wyzierała spod niej, zroszona była krwią. Dzierżony przez niego w prawicy półtorak zdobny był w kamienie szlachetne i złote inkrustowanie. Bardziej jednak uwagę Arenplena przykuła lewica woja, oto bowiem przy wnętrzu jego rozczapierzonej w szpon dłoni jęła pojawiać się kula najczystszego światła, jakie dane było nieumarłemu zobaczyć. Wobec bezskuteczności konwencjonalnych sposobów na zamordowanie go, paladyni zdecydowali się użyć przeciw Arenplenowi magii – i to tej, której szczerze mógł nienawidzić.

Zamieszanie wokół szkieletu pomogło Somirionowi przeżyć. Dostał buzdyganem w klatkę piersiową, skłuli mu nogi i sieknęli przez lewę ramię tak, że prawie stracił przytomność, ale jakimś cudem wycofał się i teraz, podtrzymywany przez jednego z równie poranionych strzelców, wycofywał się z pola bitwy. Szło im to niezgorzej, choć i tak ślamazarnie i niezwykle – szczególnie dla konnych – wolno, ale na ten czas chłopak znajdował się we względnym bezpieczeństwie. Porzucił gdzieś swój łuk, ale na jego plecach nadal kołysał się kołczan, choć o przeciętym pasie.

W innej części obozu zakonnicy walczyli z innym, niepojętym stworem. Troll bronił się całkiem nieźle, ale czas działał na jego niekorzyść. Pawęż Azura został mu niejako przybity do ramienia, a to za sprawą mocnych ciosów bronią drzewcową, jakich nie szczędzili mu paladyni. Trollowa skóra była mocna, ale nie tak mocna, żeby wytrzymać tego typu napór – i to ze wszystkich stron. Bestia otrzymywała coraz to dotkliwsze rany, a sama nie zdążył się nawet jeszcze w ogóle odgryźć. Wyglądało na to, że prędzej czy później i on zostanie zamęczony.

Wśród obrońców znajdowały się też osoby o nieco większym szczęściu, a wśród nich znajdował się Slavius. Jego ataki nie były efektywne. Wiedział, że zranił paladyna, ale nie wydawało się, że tego świątobliwego męża jakkolwiek to spowolniło. Sam silnie oberwał w palce prawej dłoni i chyba tylko cud sprawił, że nie wypuścił swojego miecza z dłoni. Najbardziej oberwał kciuk, zaraz za nim palec wskazujący. Cięcie na pewno doszło aż do kości, bowiem ból, jakiego doznał wojownik, był chyba największym bólem, jakiego doznał w swoim życiu. Paladyn pchnął go też w brzuch, nieco poniżej pępka i w prawe ramię, jednak rany te nie były zbyt dotkliwe – nie teraz, gdy rozcięte kości palców przysłaniały Slaviusowi wszelkie inne odczucia. Zdecydowanie nie było mu już do śmiechu i byłby zginął, gdy jego szczęście zdecydowało się wreszcie objawić.

Jeden z konnych zakonników, którzy pozostali po stronie obrońców, pojawił się nagle w polu widzenia rozorał swojemu ziomkowi plecy, gdy wraz z innymi wkroczył na pole bitwy. Wyglądało na to, że ci, którzy nie uwierzyli w to, że obozowicze są w istocie sługusami demona, wygrali swoją batalię i teraz powrócili, aby pomóc uciśnionym. Tych, nawiasem mówiąc, pozostało niewielu – walka przerodziła się w bitwę paladynów z paladynami. Plebejusze rozproszyli się na wszystkie strony, a większość z nich leżała martwa. Niewielu zakonników uciekało z pola bitwy, a byli to głównie giermkowie i inni, którzy nie cieszyli się jeszcze pełnią statusu rycerskiego. Zanosiło się więc na to, że wygra ta grupa, w której na końcu przy życiu zostanie więcej Lorveniuszy.

Wyczerpująca batalia zakutych w stal, nieodróżniających swoich członków stronnictw rozpoczęła się na dobre, gdy z nieba na wojujących paladynów spadł drugi deszcz – deszcz ognia. A'eklamarijon zionął potężnie w kierunku największego skupiska paladynów, a traf chciał, że było to dokładnie tam, gdzie zwarły się dwie ich grupy. Gdy leciał, w jego kierunku posłanych zostało kilka kul potężnego światła. Kilka z nich trafiło go nawet w podbrzusze, czyniąc pewne szkody, ale to tylko zwiększyło gniew gada. Któż mógł wiedzieć, co go tak rozsierdziło? Walczący zakonnicy zostali rozdzieleni, wielu z nich płonęło, miotając się teraz na wszystkie strony. Konie rżały przerażone, zabierając swoich jeźdźców jak najdalej od ognia, przewracając się w głębokim błocie, niezdolne do przeskoczenia dziesiątek martwych ciał z takim obciążeniem. Chaos, o ile było to możliwe, zwiększył się jeszcze bardziej, ale po pojawieniu się smoka niewielu zakonników miało ochotę dalej walczyć. W ich szeregach brakowało strzelców, drużyny obrońców z łukami i kuszami zostały już dawno rozgromione, a używanie magii w takiej sytuacji było praktycznie niemożliwe. W głowie smoka pojawiły się jakieś chaotycznie poukładane słowa, jakby kilku zakonników nieświadomie posłało ku niemu swoje myśli, ale w żadnym stopniu mu to nie zaszkodziło.

Wróć do „Autonomia Wolenvain”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 17 użytkowników online :: 1 zarejestrowany, 0 ukrytych i 16 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Kerra z Derinu
Liczba postów: 52217
Liczba tematów: 2975
Liczba użytkowników: 1049
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: katrost
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.