Las Wisielców

Najważniejszy obszar, na którym toczy się gra. Autonomia to zamieszkane głównie przez ludzi państwo podzielone na pięć prowincji ze stolicami w Wolenvain, Derinie, Morinhtarze, Minaloit i Aparilume. Czytaj więcej…
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3792
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

Las Wisielców

04 lip 2014, 19:36

W okolicy stołecznego miasta Autonomii niewiele było takich miejsc, jak to. Oczywiście – istnienie Jaśminowego Parku, stanowiącego bez mała jedną czwartą terenów miejskich Wolenvain, jednoznacznie świadczyło o szacunku założycieli tego państwa do natury i jej przymiotów, jednak zdecydowanie nie zatrzymało od wykarczowania większości lasów przy rzece Iqui. Tworząca się cywilizacja człowiecza wymagała ofiar, a tych nie brakowało, także po stronie środowiska. Ten jednak fragment starożytnej puszczy niegdyś porastającej te tereny pozostał nietknięty, a były ku temu dobre powody.

[ifwdesc=right,Położenie Lasu Wisielców na mapie świata.]https://i.imgur.com/reKpkzy.png[/ifwdesc]

Z całą pewnością można było bowiem powiedzieć, że las ten zasłużył sobie na swoją nazwę. Od zarania dziejów wieszano tutaj przedstawicieli każdej nieprzychylnej rządzącym grupy. Pierwsze zawisły elfy, które podczas datowanego na 24EF Zmierzchu Ylminy wypędzono z Wolenvain, następnie jeńcy i zdrajcy obu stron podczas Wojny o Autonomię, a do niedawna jedynie przeciwnicy polityczni oraz przywódcy tłamszonych szybko, lokalnych rebelii.


Do pewnego czasu opłacalnym było utrzymywanie w Lesie Wisielców mocnego garnizonu zamkowego, jednak na chwilę obecną stojąca w nim Biała Twierdza stała opuszczona, stanowiąc od czasu do czasu siedziby bandytów na tyle butnych, aby się w niej osiedlić. Szczęściem zazwyczaj zagrożenia udawało się pozbyć dość szybko, dzięki czemu knieja stanowiła stosunkowo bezpieczne miejsce polowania. Co ciekawe jednak, niewielu ważyło się w nią zapuszczać. Słuchy o krążących w niej, wisielczych duchach i od lat niezdjętych z gałęzi skazańcach potrafiły odstraszyć każdego.


Las, jak przystało na jeden z niewielu niemal nietkniętych ingerencją człowieka, zalesiony był niezwykle chaotycznie. Zdarzały się w nim dzikie polanki, ale również miejsca tak zarośnięte, że przedarcie się przez nie zdawało się wręcz niemożliwe. Do Białej Twierdzy prowadziły z Traktu Iquańskiego i Traktu Rybackiego kręte, niezadbane i dawno zapomniane ścieżki. Innych dróg prowadzących przez knieję brakowało.


MG

Dotarcie do Lasu Wisielców zajęło prowadzonej przez zwanego Lustrem mrocznego elfa drużynie kilka dobrych godzin. Słońce przetoczyło się po niebie, chyląc się ku zachodowi, co mimo jesiennej pory sprowadzało na wędrowców ostre, palące promienie. Myśliwi, obaj o imieniu Larhal, wysforowali się na czoło pochodu. Jeden z nich jechał konno, drugi przez jakiś czas biegł u jego boku, z łukiem o założonej cięciwie w dłoni. Wkrótce jednak obaj zniknęli za jakimś pagórkiem, a ich dostrzeżenie szybko utrudniły rosnące coraz gęściej drzewa.

Lustro mówił niewiele, odpowiadając rzeczowo na zadawane mu pytania i cały czas roztaczając wokół siebie aurę cwanego gracza, któremu nie sposób było zaufać. W jego aparycji było coś, co przyciągało i przekonywało innych do przyjęcia jego zdania, jednak jednocześnie każdy z obecnych wiedział, że nie powierzyłby mu swojego życia. Niestety, był on kapitanem tego malutkiego oddziału Patriotów i nie można było tak po prostu nie uznać jego słów. Wykazał zresztą, że zna się na wielu rzeczach, choć niechętnie wydzielał swoją wiedzę, ograniczając się jedynie do niezbędnych informacji.

Nie szli ścieżką, a przez wertepy, co spowalniało ich, ale też dawało odpowiednie ukrycie. Długouchy nakazywał absolutną czujność, samemu lustrując okolicę spod przymrużonych powiek. Jedyną jego oczywistą słabością wydawała się właśnie ta awersja do słońca, a jego zachowanie sprawiło, że zapamiętywało się ją mimowolnie. Drużynnicy irracjonalnie spodziewali się, że Lustro lada chwila ich zdradzi, co jednak mimo wszystko nie następowało. Dodatkowej nerwowości dostarczał fakt docierania do centrum otaczających Las Wisielców wydarzeń – siedziby, jak mówiono, demona rodem z Czeluści, prawdziwego skurczybyka tamtych czasów. Chociaż dobroczynne działanie posiadanego przez mrocznego elfa reliktu dawało zebranym wokół niego osobom odrobinę wytchnienia, ciężki, leśny zapach i absolutna cisza w wyrastającej przed nimi kniei nie nastawiała dobrze do wyzwania, jakie ich czekało.

Wreszcie trafili na miejsce, zapadając w gęstwiny. Słowa z trudem przecinały gęste jakby powietrze, a wszyscy poczuli się tak, jakby wkroczyli do leża jakiegoś dzikiego zwierza. Gdzieś po drodze dołączyli do nich Larhale. Siwek jednego z nich stulił uszy, machał ogonem i gryzł wędzidło.

- Rozdzielimy się tak, jak będzie to możliwe - rzekł Lustro, szepcząc, choć poza drużynnikami nigdzie nie było widać żywej duszy. Wyraźnie i jemu udzieliła się atmosfera konspiracji. - Nie odchodźcie za daleko - dodał, wyciągając swoją broszę i przypinając ją na swej klatce piersiowej, do fałdu skórzni. Widok świetlistego przedmiotu dodał zebranym nieco otuchy. - Rozglądamy się i zapamiętujemy drogę, przeczesujemy las, a potem wracamy do obozu – powtórzył znaną wszystkim drużynnikom mantrę, spoglądając po kolei na każdego z nich. - Znajdziemy to bydlę.

Obecnie ta lokacja jest pusta.
Awatar użytkownika
Drasim
Posty: 522
Rejestracja: 08 gru 2013, 12:55
Lokalizacja postaci: Kamienica Patriotów
GG: 7643593
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2815

24 gru 2014, 22:50

Las Wisielców stawał się jeszcze bardziej ponury i mroczny z każdą upływającą minutą, zwłaszcza dodając padający deszcz, który skutecznie utrudniał poruszanie się po zdradliwym podłożu i zmniejszał zasięg widzenia. Mimo tego, że słowa mrocznego elfa mogły sugerować pośpiech, Lustro nie szedł szybko, co pozwalało Darrianowi nadążyć za grupą. Po drodze uzdrowiciel rozglądał się za innymi ofiarami, ale ciągle brakowało kilku ciał, które powinny się tutaj znajdować. Niestety, kapłana wraz z dwoma jego przybocznymi tutaj nie było. Drasim nie życzył co prawda nikomu śmierci, ale wolałby, żeby wszyscy członkowie poprzedniej drużyny zwiadowczej byli martwi. Zwłaszcza po tym, jak stwierdził, że grupa pozabijała się sama. Tylko trzech nieboszczyków nosiło ślady, które wskazywały na to, że przyczyną zgonu była magia.

Na szczęście dla nich, ciemnoskóry zarządził odwrót, ale ulga z tego powodu nie trwała długo. Siedzący na koniu Larhal ocknął się i najwyraźniej był w pełni władz umysłowych, a przynajmniej tak się wydawało. Nagle Lustro obwieścił wszystkim, że ktoś się do nich zbliża. Był to najprawdopodobniej brakujący kapłan ze swoimi ludźmi. Biorąc pod uwagę to co tutaj się stało, najpewniej nie mieli dobrych zamiarów względem Patriotów. Drasim za żadne skarby nie chciał rozwiązać myśliwych i dać im broni, ale w tej sytuacji nie miał wyjścia. Teoretycznie mieli przewagę liczebną, ale nie wszyscy z nich byli w pełni sił. Zielonooki rozglądnął się, ale z powodu panującej szarugi nikogo nie dostrzegł. Zabrał się do rozwiązania obu Larhali, podniósł broń, która znajdowała się najbliżej niego i wcisnął w ręce myśliwym, mając nadzieję, że w trakcie walki nie zaatakują go od tyłu.

Wiadomość, że wśród idących na grupę zwiadowców ludzi znajduje się jakiś mag, z pewnością nie pocieszyła nikogo, aczkolwiek można było się tego spodziewać. Osobą z magicznym potencjałem najprawdopodobniej był kapłan, co mogło być pewnym pocieszeniem. W końcu taka świętobliwa osoba nie mogła znać zbyt wielu destrukcyjnych zaklęć, a przynajmniej tak mogło się wydawać. Po tym jak uzbroił myśliwych, uzdrowiciel zabrał się za znalezienie sobie jakiegoś oręża, gdyż jego kostur został w rękach maga umysłu, a zielonooki nie chciał mu go odbierać na razie. Postanowił na szybko przeszukać ciała poległych w poszukiwaniu jakiejś włóczni, bo to była broń, którą potrafiłby się jako tako posługiwać. W ostateczności poszukałby czegoś ostrego. Wiedza, którą stroną dźgać, a którą trzymać musiała mu na ten moment wystarczyć.

Drasim nie zwracał zupełnie uwagi na pozostałych. Brodaty najemnik znów próbował coś tam czarować i to z pomocą małej smoczycy. Zielonooki wątpił, żeby Roia była przydatna, zwłaszcza, gdy miała znosić do Omivala ciężki oręż. Cyrulik nie wiedział w jaki sposób statyczne, lodowe bariery miały im pomóc w obronie, ale nie odezwał się słowem. Starał się wszystko zrobić szybko, w międzyczasie zerkając w stronę, w którą patrzył mroczny elf, spodziewając się tego, że w końcu w zasięgu jego wzroku pojawią się wrogowie. Uzbrojony w jakiś oręż uzdrowiciel, ustawiłby się niedaleko Anante, czekając na pojawienie się przeciwników.

Awatar użytkownika
Anante
Posty: 187
Rejestracja: 30 gru 2013, 10:08
Lokalizacja postaci: Kamienica Patriotów
GG: 47821741
Karta Postaci: viewtopic.php?p=46352#46352

02 sty 2015, 18:21

Półdemonica szła powolutku u boku uzdrowiciela, rozglądając się wokół nerwowo. Wszystko wyglądało coraz gorzej, jakby z każdą mijającą sekundą zagłębiała się w bagno, nieuchronnie ciągnące ją w dół. Ognistowłosa czuła się coraz bardziej stłamszona przez upiorny las, powoli zaciskający szpony na jej sercu. Strach swobodnie kwitł pod jej czupryną, gdy kolejne, lodowate krople skapywały z jej kaptura. Deszcz; na samą myśl o lodowatej wodzie, wsiąkającej w jej ubiór i wychładzającej rozpalone ciało czuła dreszcze. Była prawie bezbronna, teraz gdy magia była jej najpotrzebniejsza. Miała tylko swój miecz i krótką modlitwę do tej nielicznej grupki bogów, o których nie myślała do reszty źle.

Jej zmiennobarwne oczy przesuwały się obojętnie po kolejnych, zmasakrowanych ciałach. przez prawie dwa stulecia widziała chyba wszystkie rodzaje bestialstwa jakiego mogły dopuścić się myślące istoty na swych bliźnich. Tortury, gwałty, mordy; w pewnych okolicznościach każdy był do nich zdolny. Wbrew temu czuła nieprzyjemny dreszcz, przebiegający po kręgosłupie, gdy spoglądała na rany, zadane w bratobójczej walce. Sama myśl, że jakaś istota jedynie swą obecnością mogła doprowadzić do czegoś takiego, wywoływała u niej mdłości. Choć, czy demon różnił się w tym od możnych tego świata? Ludzie i tak ginęli, niczym pionki strącane w jakiejś chorej grze, niezauważeni przez wielkich. Otrząsnąwszy się z tych myśli, otuliła się szczelniej swym płaszczem i z cichym chrzęstem podeszła do nieco oddalonej trójki ciał.

Co do cholery? mruknęła pod nosem, przykucając pryz jednym z nich. Przyglądając się trawie wokół spalonych próbowała określić dokładniej co i z której strony sprowadziło na nich zgubę. Nie wyglądało bynajmniej na to, by naturalny ogień był przyczyną ich śmierci, a sposób w jaki leżeli sugerował ucieczkę. Kolejny mag ognia, czy też istota, sprawująca nad nim kontrolę nie wróżyła nikomu za dobrze. Jedynym pocieszeniem mógł być fakt, że w tej chwili jej moce będą równie osłabione co jej. Wtem Lustro postanowił w końcu zarządzić odwrót. Iskra ulgi jaka zalęgła się w jej sercu, przywróciła nieco porządku jej myślom. Mogli już wracać, choć minie jeszcze sporo czasu, nim będą mogli zapomnieć o mrocznym cieniu, jaki teraz otaczał ich szczelnym kokonem. Nie dziel skóry na niedźwiedziu, Ann. Najpierw przeżyj, potem świętuj. Burknął głos rozsądku w jej myślach, tylko wzmagając jej determinację by wyrwać się stąd. Podniósłszy się przystanęła o krok za jaszczurookim mężczyzną, starając się nie wychylać za bardzo.

Dziewczyna przez krótką chwilę skupiła spojrzenie karminowych oczu na Larhalach, którymi zajmował się mroczny elf. Po wyskoku ze strzałą ani myślała im ufać, a co dopiero dawać broń. Nawet pozorny powrót do pełnej sprawności mógł być tylko chwilowym wyskokiem maligny, która trawiła umysły łuczników. Ledwo powstrzymała się, by nie zaprotestować na słowa ostrouchego, przestępując z nogi na nogę. Jej dłoń mimowolnie zacisnęła się na rękojeści miecza, nerwowo pocierając palcami warstwę skóry okrywającą metal. Nagle świat postanowił kopnąć ich w jaja…
Gdy tylko Lustro wyszczekał rozkaz, ostrze z nieprzyjemnym zgrzytem opuściło pochwę. Drugą dłonią wyciągnęła schowany w torbie sztylet i wcisnęła go uzdrowicielowi w ręce, widząc, że ten najwyraźniej pozbawiony jest w tej chwili jakiejkolwiek broni.
Trzymaj i staraj się nie wychylać za bardzo.-rzuciła raczej chłodno, choć adekwatnie do sytuacji, chwytając rękojeść drugą dłonią i poruszając nieco palcami, dla poprawienia chwytu. Choć mogła to być jedna z jej gorszych decyzji w tym dniu, to wolała zaryzykować walkę u boku możliwie przyjaznego właściciela smoczycy, niż innych wariatów jakich zesłał jej na ten padół któryś z bogów. Po czterech dekadach musiałam mieć tak dzikie szczęście. Uśmiechnąwszy się bez cienia wesołości, stanęła w pobliżu Drasima, najpewniej po jego prawej, nieco z przodu, by móc swobodnie wymachiwać swoją bronią i dać szanse uzdrowicielowi na wykorzystanie krótkiego ostrza. Co zaś tyczyło się wrogiego maga… o ile mogło być jeszcze gorzej, to brakowało tylko samego demona, by impreza rozkręciła się na dobre. Pomimo jednak swych obiekcji półdemonica nie miała zamiaru dać absolutnie za wygraną.

O ile miałaby dosyć czystą linię do ataku i brak przeszkód w postaci pozostałych drużynników, bądź lodowych ścian, czarodziejka zaczęłaby szeptać niezrozumiała, trzeszczące słowa, pełne syków i nieskrywanego niepokoju, który albo zdławi, albo wręcz napędzi jej zaklęcie. Nie rozumiała do końca tego co robi, pamiętając tylko jakie efekty ma przynieść, jednak nie miało to znaczenia. Liczyła się wiara i przepełnione magią słowa, płynące z jej ust. Czubek jej miecza poruszał się lekko nad ziemią w takt inkantacji, gdy kolejne krople spływały po jej kapturze skapując na ściółkę. Warunki były paskudne, a ona sama nie czuła się jeszcze najlepiej. Niespokojna, osłabiona i mokra; dawno nie musiała czarować w tak paskudnych okolicznościach, a mimo to chciała spróbować. Inkantacja ciągnęłaby się powoli, cicho, niczym przygaszony wodą płomieniek, pełgający po zapomnianym palenisku, aż do chwili gdy coś czającego się w głuszy postanowiłoby ich zaatakować i okazać się na tyle, by mogła uwolnić zaklęcie. Te zaś przybrałoby formę rozpalonego do białości, choć niezbyt pokaźnego, kulistego pocisku, wielkości mniej-więcej jej głowy, lecącego niezwykle szybko po linii prostej, dokładnie w pierś potencjalnego trupa, by w całkiem efektowny sposób rozprysnąć się po jego ciele zamieniając go w żywą pochodnie. Całości rytuału dopełniłby krótki zamach mieczem, mający zastąpić gest dłonią.

Zależnie od powodzenia całego przedsięwzięcia, zmiennooka przybrałaby postawę do walki, wysuwając nieco do przodu lewą nogę, zarazem kładąc ciężar swego ciała na prawej. Nie miała zamiaru rzucać się pierwsza na wrogów, preferując bardziej defensywną formę walki. Jeśli którykolwiek z nich by się nią zainteresował, najpewniej postawiłaby na wyprowadzenie jak najszybszego pchnięcia, tuż po odbiciu wrażej broni na bok, albo przynajmniej na solidnym sieknięciu przeciwnika. Jeśli zaś to jej przypadłoby w nieszczęściu stanięcie w szranki z magiem, najpewniej skupiłaby się na uciekaniu przed jego atakami i zasypaniu go możliwie największą ilością rzeczonych kul, z nadzieją że las nie pójdzie z dymem…

Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3792
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

14 lut 2015, 21:15

MG

Interpretując bez zastanowienia nadchodzące istoty jako zagrożenie, Omival rozpoczął wznoszenie swoistych fortyfikacji, które miałyby przed tym zagrożeniem ochronić. Poinformował o swoich planach pozostałych, którym najwyraźniej również udzielił się bojowy nastrój. Prawdą było, że przewodnik grupy – mroczny elf Lustro – sam tę nerwowość sprowokował, ale inną sprawą było przygotowanie broni w oczekiwaniu na nadejście nieznanego, a inną postawienie lodowych barier centralnie naprzeciw przybyszów. Ich tworzenie wymagało jednak paru chwil, podczas których pozostali drużynnicy również wcielali w życie swoje mniej lub bardziej rozważne zamiary.

Darrian spożytkował pozostały mu czas znajdując sobie dwa pasujące do jego pochew sztylety oraz lewą rękawicę. Kapłani oraz członkowie ich świty mieli na sobie cały swój ekwipunek, który aż prosił się o podniesienie. Dobre buty, niezbyt zabrudzone szaty i wyglądający porządnie oręż – nic, tylko brać. Nie było sensu zastanawiać się nad moralnością tego czynu. Im te przedmioty z pewnością już się nie przydadzą. Okradnie zmarłych było zresztą bardzo popularną taktyką i o ile nikt nie zgłaszał obiekcji – a tutaj nie sposób było o nich mówić – podebranie niektórych przedmiotów było całkowicie normalne. Mag umysłu przygotował sobie jeszcze swoje sztylety do rzucania. Tak na wszelki wypadek. W jego głowie również nastąpiło przetasowanie, gdy żądna wrażeń Rinej zdawała się przechylać w kierunku ewentualnego celu, zachowując się niczym wilk, który zwietrzył coś interesującego. Zasoby duchowe Darriana nie były może zbyt stabilne, ale jego pasażerka nie wydawała się zmęczona. Wiedział, że w razie czego będzie mu mogła pomóc. Nie wiedział tylko, do czego jest zdolna. Zaskakiwała go już nieraz, często nawet jego kosztem, zawsze w podobnej sytuacji do obecnej. Pozostało tylko mieć nadzieję, że tym razem sprawa nie będzie związana z telekinetycznym rzucaniem częścią lasu.

Poproszona o zniesienie oręża Roia nie radziła sobie zbyt dobrze z tym zadaniem, ale robiła, co mogła. Przyniosła obok Omivala kilka dwa sztylety i – jakimś cudem – jedną, okutą metalem pałkę. Bardzo się jednak przy tym zmęczyła i wiedziała, że nie ma sensu dalej z tym walczyć, skoro zaraz może potrzebować swoich sił do ratowania swojego życia. Mogła tylko przycupnąć na małej kupce żelastwa, jaką utworzyła s woimi staraniami i patrzeć na to, co wyrasta przed nią – a wyrastało niemało.

Tworzące się przed oczami smoczycy lodowa bariera wyrosła dokładnie tam, gdzie chciał tego Omival. Miał jeszcze chwilę czasu, więc zdążył ją nawet pogrubić w centrum. Ulewa wzmagała jego skupienie; podczas deszczu czuł się jak u siebie. Mimo złowrogiej aury Lasu Wisielców, którą w ogromnym stopniu negowała brosza Lustra, wodnemu magowi udało się osiągnąć cel. Postawił ściankę szeroką na dwa i pół metra oraz wysoką na metr. Jego siły zostały nieco nadwyrężone, ale mógł być z siebie dumny. Cokolwiek chciał osiągnąć z jej pomocą, choć nieoczywiste, stało się możliwe. Wyczuł już dokładnie, skąd mogą nadchodzić ewentualni przeciwnicy, ale ostatecznie nie przystąpił do tworzenia ślizgawki na ich drodze. Miał pewne obawy, które po chwili potwierdził Lustro.

- Przemykają między drzewami - rzekł cicho, acz wyraźnie, a gdyby spojrzeć na jego twarz, można było dostrzec, że jego źrenice rozszerzyły się znacząco. Tęczówka była właściwie niewidoczna, a w wielkich, czarnych kulach, jakie wypełniły jego oczy, odbijał się cały las. Wyraźnie widział więcej, bowiem nawet najlepiej widzący z obecnych – Darrian, Drasim i Roia – nie mogli potwierdzić jego słów. Nie było jednak powodu, aby sądzić, że próbuje ich okłamać. Stojący po jego bokach Larhale rozglądali się nerwowo. Ten, który jako pierwszy stracił nad sobą panowanie, a później szedł związany za koniem, odmówił współpracy. Nie wziął do ręki żadnej broni w obawie, że zrobi komuś krzywdę. Jego ogłuszony przez Lustro brat nie miał takich zahamowań, choć co jakiś czas gniewnie zerkał na długouchego. Jemu jeszcze nie zdążyło odbić, ale w tej chwili zwiadowcy mieli większe zmartwienia.

Oto bowiem z cienia wynurzyły się trzy postacie. Wiedziały, że są już widoczne, ale nadal starały się utrzymywać pewną odległość od siebie, zgodnie ze słowami Lustra starając się kryć za drzewami. Każdą z nich dzieliły od kolejnej przynajmniej trzy metry. Jedna szła w długiej, kapłańskiej todze, pozostałe dwie miały na sobie o wiele krótsze szaty. Obnażyły też oręż, który trudno było dostrzec w cieniu, ale który na pewno nadawał się do zadawania cierpienia. Żadna z postaci nie odezwała się. Grupa zamarła w pewnej odległości od zwiadowców, nie ruszając się ani na kciuk. Drużynę dzieliło od niej dobre osiem metrów.

Wtem jednak mrucząca do siebie od pewnego czasu Anante zmuszona została do uwolnienia zbieranej mocy. Nie mogła przerwać zaklęcia; żywioł wziął ją w swoje posiadanie całkowicie. Planowała uderzyć, gdy tamci zaatakują, ale wiedziała przecież, że nie może utrzymywać zaklęcia w nieskończoność. Decyzja została podjęta wtedy, gdy zaczęła inkantację. Podobnie jak inni zwiadowcy, ognistowłosa dziewoja zinterpretowała nadchodzące osoby jako takie, które mogą zagrozić tak jej samej jak i pozostałym Patriotom. Kula ognista została wypuszczona z ogłuszającym rykiem zasysanego przez nią powietrza. Magiczny ogień przeleciał płaską parabolą nad barierą utworzoną przez Omivala, przypiekając mu prawy łokieć (ale go nie podpalając), po czym trafił dokładnie w drzewo, za którym ukrywała się postać w todze. Mimo deszczu zajęło się ono, a stojący za nim osobnik nie był dość szybki, aby uniknąć podobnego losu. Jego ubranie podpaliło się, a on sam rzucił się na ziemię w próbie ugaszenia trawiącego jego ciało, złośliwego płomienia. Ten jednak ani myślał zgasnąć.

Uwolnione przez Anante, wściekłe na nieprzychylną im aurę płomienie uległy zniekształceniu na skutek demonicznych oddziaływań. Gdy tylko wyszły poza zasięg broszy Lustra, zaczęły żyć własnym życiem, rozprzestrzeniając się w kompletnie niekontrolowany sposób i oświetlając całą polanę. Przerażeni strażnicy kapłana pobiegli w kierunku zwiadowców. Jednemu z nich Larhal przestrzelił nogę. Jego potężny łuk sprawił, że wyrzucona przezeń, mocna strzała z wyraźnym trzaskiem wbiła się w kość, zostając w kończynie i powalając mężczyznę jak chorego jelenia. Drugi dzierżył w dłoni mały, ale zabójczy toporek, a z jego ręki zwieszał się puklerz. Oszalały z przerażenia i wszędzie widzący wrogów woj zauważył omivalowe bariery i zmienił nagle kierunek poruszania się, rzucając na bok i kryjąc za drzewami. Uciekał.

Lustro zareagował szybko, odpinając posiadaną przez siebie broszę i rzucając ją Drasimowi. Nie spojrzał, czy tamten złapał, tylko rzucił się w pogoń. Wyglądało na to, że zawierzył własnym umiejętnościom i podjął ryzyko, wkraczając śmiało w obszar oddziaływania demonicznej mocy. Cóż, ktoś musiał, a dla zwiadowcy nie mogli w takiej sytuacji przesuwać się grupą. Żaden z nich na pewno nie chciał myśleć o tym, co mogłoby się wydarzyć, gdyby elfowi – wzorem jednego z myśliwych – umyśliło się zaatakować kompanów, ale nie mieli szans, aby go powstrzymać. Kapłan palił się i przetaczał po ziemi, próbując zgasić nienawistne płomienie, jednak nic to nie dawało. Tylko pomoc z zewnątrz mogła uratować jego życie.

Awatar użytkownika
Omival
Posty: 73
Rejestracja: 27 gru 2013, 22:00
Lokalizacja postaci: Kamienica Patriotów
GG: 43348566
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2832

17 lut 2015, 13:33

Ciemno wszędzie, głucho wszędzie. Co to będzie, co to będzie? – jak mawiali staruszkowie w Aldhalu przed sztormem. Teraz, w Lesie Wisielców powiedzonko to również miało prawo bytu. Niekorzystna aura spowijała wszystko i wszystkich wokoło, przynosząc tylko niepokój, a wszechobecne cienie wieczora pochłonęły już całą knieję, skazując wędrujących po niej śmiałków do wielogodzinnej tułaczki, po omacku, aż do brzasku. Nie dało się ukryć, że sytuacja, w jakiej znaleźli się Patrioci, nie należała do najprzyjemniejszych, a z każdą chwilą natężenie niebezpieczeństwa bynajmniej nie malało.

Omival przez ostatni moment jedynie kątem oka obserwował towarzyszy, skupiając się zdecydowanie bardziej na potencjalnym wrogu, bo kimże mogłyby być osoby przebywające w sercu najbardziej nieprzyjaznej krainy, w której mężczyzna miał okazję w ostatnim czasie zabawić. Zresztą, sam doświadczony dowódca, dał rozkaz gotowości. Dzięki działaniu broszy i niesłabnącego deszczu, mag wody mógł nadzwyczaj dobrze skupić myśli. Starał się analizować ruchy wroga, pole walki, pozycje przyjaciół, aż wreszcie w jego głowie rodził się jakiś plan. Daleko mu było do wybitnych strategów, ale nawet najmniejsze obmyślenie własnych posunięć, miało wielkie znaczenie. Gdybym mógł czarować w nieskończoność, marzył, wiedząc, że jego atutowa broń, magia, w końcu będzie bezużyteczna, zatem należało zabezpieczyć się na wszelką ewentualność. W tych okolicznościach niezastąpiona stała się Roia, która na prośbę Omivala zaczęła zbierać oręż poległych żołnierzy, dając mu czas na umocnienie pozycji. Nieprzyjaciele zdawali się być coraz bliżej, na co mógł wskazywać wyraz twarzy Lustra. Mag wody nie czekając ani sekundy dłużej zaczął wznosić fortyfikacje, lodowe bariery, mające stać się ochroną zarówno dla niego, jak i pozostałych zwiadowców. Ponoć Lorveniuszom posłuszne jest światło, tak jak mi woda, więc gdyby chcieli go użyć, moje kry powinny odbić, może rozproszyć magiczną jasność, a i ostrze zablokują, rozmyślał, jak powinien się zachować. Płynnymi niczym krew gestami wypiętrzył wodę, by natychmiastowo zacząć ją mrozić. Choć materii było pod dostatkiem, energia magiczna uchodziła z niego na tyle szybko, że ciężko było mu ocenić na jak długo jej wystarczy. Umocniwszy ściany oczekiwał, próbując zlokalizować zagrożenie, które wyraźnie się podzieliło, co potwierdził po chwili mroczny elf. Jednak zanim doszło do jakiegokolwiek kontaktu, jego uwagę przykuła smoczyca, która okazała się niezastąpiona w grabieży na nieboszczykach. Na twarzy Omivala wymalował się wyraźnie podziw i niedowierzanie, gdy Roi w tak krótkim czasie udało się zebrać dwa sztylety i potężną, okutą żelazem pałkę, którą, wiedział, jak mógłby wykorzystać.

– Świetna robota, spisałaś się. Teraz, jeśli chcesz, schowaj się tutaj, a nic nie powinno ci zagrozić – powiedział, wskazując na wykreowaną przez siebie konstrukcję. – Tylko, bardzo proszę nie wchodzić mi na plecy… – dodał, z nutą żartu, choć tak naprawdę wiedział, że gadzinka, choć mała, w walce stanowiłaby meczący balast, zwłaszcza w warunkach praktycznie zerowej widoczności.

Jakież życie potrafi być zaskakujące, kiedy okazuje się, iż bardziej należy obawiać się towarzyszy, niżeli wroga. Chyba nikt nie spodziewał się, że wyglądająca na tak zdeterminowaną i pewną siebie Anante, zadziała aż tak porywczo. Wysyczana przez nią kula magicznego ognia wystrzeliła i tylko opatrzność Ourelii ocaliła Omivala przed pewną zgubą. Pocisk mknął w kierunku maga wody, ostatecznie wybierając za cel nie jego, a drzewo. Niestety nie uchroniło to najemnika przed obrażeniami, jakie w innych warunkach niewątpliwie byłby w stanie poważnie mu zaszkodzić. Gorące płomienie kuli przypiekły jego łokieć, na szczęście go nie podpalając. Omival instynktownie padł na ziemię, obawiając się kolejnego ataku ze strony rudowłosej, a gdy ten nie nadchodził prędko przyłożył swe poparzone ciało do chłodnego lodu, który wraz z kroplami deszczu koił ból.

Nie musiał podnosić głowy, by dostrzec, że nieopodal coś się pali. Odbicie płomieni tańczyło pomarańczowym blaskiem w mroźnym krysztale, co mocno zaniepokoiło Omivala. Złapał lekkie sztylety przywleczone przez Roię, gotując się do walki, jednak prawe ramię na razie się do niej nie nadawało, dlatego jedno ostrze zamocował do pasa, na później. Gdy ponownie powstał, tym razem dzieląc uwagę między zwiadowców i nieznajomych (nawet rumaka), las nie był już pogrążony w ciemności, a w szybko rozprzestrzeniającej się pożodze. Zauważył trzech ludzi, jeden z nich leżał w bezruchu, drugi miotał się po ściółce, walcząc z pochłaniającymi go parzącymi jęzorami, trzeci spojrzał w jego stronę i zaczął się wycofywać.

Z minuty na minutę było coraz gorzej. Omivala zaczął ogarniać coraz większy niepokój, wywołany bliskością ognia, którego unikał jak… Jak ognia. Widok palącego się kapłana wzmagał strach i niechęć zarówno do tegoż chaotycznego żywiołu, jak i do jego użytkowniczki. Od początku wolał trzymać dystans od najemniczki, co okazało się słusznością. Tak naprawdę, śmierć na stosie była według niego najgorszą karą, której nie życzyłby nawet najgorszemu wrogowi, jednak nawet jeśli chciałby pomóc Lorveniuszowi, to nie dałby rady, perspektywa podobnego doli go wręcz paraliżowała. Jeszcze większego mętliku w głowie narobił mu długouch, który puścił się w pogoń, za jedną z wyłonionych z gęstwin postaci. Rzuciwszy magiczną błyskotkę, pozostawił grupę na pastwę losu, a raczej lasu.

Omival spodziewał się, że płomienie szybko nie zgasną, nawet intensywny deszcz tylko nieznacznie je tłumi. Tworząca się mgła, mieszając się z dymem zapewne prędko utrudni widoczność oraz oddychanie, niedobrze. Być może mag wody, dałby radę rozrzedzić rozproszone w powietrzu kropelki wody, ale usunięcie dymu nie byłoby już takie proste, zwłaszcza, że wiatr miedzy drzewami nie był zbyt intensywny, a i teren, na którym znajdowali się Patrioci był położony dosyć nisko. Aby nieco zabezpieczyć się przed oparami, Omival naciągnął na usta i nos swoja jedwabną chustę. Atmosfera przestała sprzyjać jego samopoczuciu. Wydawało mu się, że jest coraz cieplej i tylko dzięki chłodnej, niebiańskiej wodzie, tudzież lodowej barierze nie musi się wycofywać. Choć uszkodzona skóra nie dała o sobie zapomnieć, to próbował zachowywać zimną krew. Musieli w końcu coś zrobić. Nie wiadomo na co byłoby stać elfa pod wpływem demonicznej aury.

– Łapcie brosze i biegnijmy za nim, puki cokolwiek widzimy i ogień nie pochłonął okolicy – krzyknął do skołowanych towarzyszy. Według niego, nie mieli lepszego wyjścia, choć nie zamierzał negować innych pomysłów. Gdyby pozostali zdecydowali się na jego propozycję, starałby się wybrać najkrótszą, a zarazem pozbawioną ognia drogę oraz, zanim zacząłby biec, dla bezpieczeństwa pokryłby się warstwą mokrego błota, stanowiącego dodatkową ochronę przed ogniem. O ile leżąca tuż przy nim pałka, nie byłaby zbyt ciężka (na co wskazywał fakt, że poradziła sobie z nią jeszcze niewielka Roia), zabrałby ją ze sobą. Poza tym, jeśli nadarzyłaby się okazja, poprosiłby uzdrowiciela, aby obejrzał uraz.

Ourelio, dziękuję ci za ratunek, a także proszę! Opiekuj się nami, w tym ciężkim boju!

Awatar użytkownika
Darrian
Posty: 733
Rejestracja: 06 sty 2012, 20:04
Lokalizacja postaci: Oko i Powieka
GG: 10643412
Karta Postaci: viewtopic.php?p=21226#21226

17 lut 2015, 15:49

Darrian miał okazję spotkać się z dziwnymi sytuacjami, do listy których mógł dodać teraz smoczątko, dające radę powierzonemu zadaniu wbrew logice i rozsądkowi. Przynajmniej, kiedy Roia naginała zasady wedle, których funkcjonował Darrianowy świat, jemu samemu udało się znaleźć wśród zwłok poszukiwane przedmioty bez zbędnych trudności, co mimo wszystkiego, co działo się dookoła, wywołało jego twarzy szczery uśmiech, gdy znów poczuł znajomy ciężar przy pasie, świadczący o tym, że miał broń pod ręką. Co prawda nadal miał tylko jedną rękę, którą mógł walczyć, acz nie było to coś czemu w tej chwili dało się zaradzić i trzeba było się cieszyć z każdego sukcesu. Ponadto, udało mu się też zdobyć mniejwięcej pasującą na jego uszkodzoną dłoń rękawicę, co dawało prymitywny, acz nadal istniejący komfort, płynący z ukrycia nieprzyjemnej deformacji ciała. Ogółem rzecz biorąc, gdyby nie skrajne zmęczenie, mag umysłu stwierdziłby, że ma się całkiem nieźle.

Pozostali też wydawali sobie jakoś radzić, zwłaszcza mag wody, w tej chwili stawiający lodowe bariery, które osobistym zdaniem półelfa były nieco przesadnie dramatyczne, gdyż zgodnie z tym co wiedzieli, oczekiwali małej grupki ludzi, prawdopodobnie zbyt szalonych by działać mądrze. Lodowe barykady natomiast wyglądały, jakby spodziewali się konieczności odpierania skoordynowanego ataku liczebniejszego przeciwnika, acz nie dało się słyszeć narzekań, zwłaszcza, ze strony kogoś, kto nie nadawał się do walki. Kolejną osobą, która zdawała się ogarniać sytuację był oczywiście Lustro, demonstrujący właśnie coś, prawdopodobnie będącego jakąś formą magii ciała, gdyż jego słowa wskazywały na jeszcze ostrzejszą percepcję niż ta, którą sam Darrian mógł się pochwalić, a ta była na bardzo dobrym poziomie. Po chwili, w ramach potwierdzenia słów Mrocznego elfa, za drzewami dały się dostrzec trzy względnie ludzkie figury, acz ciekawym był fakt, że nie wydawały się skłonne do ataku. Czyżby nie oszaleli pod wpływem demonicznej aury?

Niestety, nie było okazji się przekonać, z kim mieli do czynienia, chyba, ze ktoś z obecnych ukrywał bycie nekromantą. Rudowłosa raczyła bowiem posłać w stronę tamtych drugich kulę ognia, z bliżej nieznanego reszcie powodu, acz mleko się wylało i nie było sensu na nią teraz krzyczeć. Takie też półelf miał szczęście do czarodziejek, nigdy nie miał okazji spotkać żadnej kompetentnej, niezależnie od tego jak potężne bywały. Oczywiście, wraz z tym pierwszym aktem agresji zaczęła się cała reszta zabawy, acz po strzale tego z Larhali, który raczył strzelać do właściwych osób, drugi z trzech przeciwników padł, a ten ostatni wykazał się rozsądkiem i zaczął najzwyczajniej w świecie uciekać, potwierdzając podejrzenia, jakie dręczyły maga. Czyste przerażenie, jakie powodowała demoniczna aura powinny być nad strachem, wywołanym przez stratę towarzyszy. Zwiadowcy chyba właśnie zabili dwóch swoich.

Oczywiście, nie można było dać im czasu sie nad tym zastanowić, gdyż Lustru coś nagle padło na głowę i rzucił się w pogoń za uciekającym, zostawiając im broszę. To nie miało sensu i Darrian spróbował wyczytać coś z aury mrocznego elfa, zanim ten zniknie za krzakami, szukając czegoś, co mogłoby sugerować, że ten wie co robi. Ksywka "Lustro" kojarzyła się z magią umysłu bądź antymagią, czyli dwoma sztukami, które mogły go uchronić w lesie. Manewr ten miał jednak tylko zaspokoić ciekawość maga, gdyż nie planował on biec za ich przewodnikiem, wbrew temu, co mag wody sugerował.

- Tamci zachowywali się racjonalnie, nie wydaje mi się, by byli pod wpływem aury. Ugaś tego kapłana, póki jeszcze się miota, ale bądźcie gotowi go dobić, a może czegoś się dowiemy, zanim ogień wymknie sie spod kontroli. Lustro nie zostawiłby nam broszy, gdybyśmy mieli iść za nim. – Zabierze głos, ukrywając swoją niezdolność do pogoni za spostrzeżeniem, jakiego dokonał względem tamtych drugich. W sytuacjach życia i śmierci nie można było przyznawać się do słabości, a kiedy te były znane, przypominanie o nich nie było zbyt mądre. Jeśli pozostali opowiedzą się za jego pomysłem, każe kobiecie ogarnąć jej płomienie, nie zdajac sobie sprawy z tego, że zmieniał je demoniczny wpływ. Przynajmniej, do wykonania jego planu musieli podejść z broszą do płonącego kapłana, co powinno odciąć ogień od zmieniającej go siły.

Podczas gdy wśród zwiadowców zanosiło się na kłótnię, towarzysząca im bez ich wiedzy istota znów ucichła, gdy konflikt rozwiązał się bez potrzeby jej interwencji. Nie była tym faktem zbyt pocieszona, gdyż chciała stać sie potrzebna, a następnie poczekać jeszcze trochę, by jej nosiciel był zmuszony domagać się, lub wręcz prosić o jej pomoc. Normalnie, nie bawiłaby się w podchody i tego typu gierki, acz musiała niechętnie przyznać, że Darrian miał niestety rację i wywołanie konfliktu w tej sytuacji byłoby skrajnie niebezpieczne z jej strony, dla obojga. Rinej nigdy nie była zbyt subtelna ani szczególnie umiejętna w posługiwaniu się swoją znaczącą mocą, wszystko z reguły rozwiązując siłowo, a gdy próbowała bawić się w skomplikowane iluzje w półelfiej podświadomości, była zmuszona pozwolić się swojemu nosicielowi ratować, kiedy jej niestabilne emocje obróciły jej kreacje przeciw nim obu. Niemiłosiernie drażnił ją fakt, że z każdą chwilą, czas w którym jej nosiciel był za słaby by odeprzeć siłową próbę przejęcia sterów przeciekał jej przez palce, ale nie zanosiło się, by szybko miał dojść do siebie, wiec była skłonna poczekać, aż będą w bezpieczniejszej sytuacji.

Awatar użytkownika
Drasim
Posty: 522
Rejestracja: 08 gru 2013, 12:55
Lokalizacja postaci: Kamienica Patriotów
GG: 7643593
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2815

18 lut 2015, 23:11

Cała grupa była zajęta przygotowaniami do walki, która lada chwila miała się odbyć, a przynajmniej dużo na to wskazywało. Niektórzy uzbroili się w broń, jeszcze inni sięgnęli po magię i wytężyli swe zmysły, a Omival zaczął nawet stawiać lodową ścianę. Cóż, gdyby mieli do czynienia z demonem, taka zapora niewątpliwie mogłaby okazać się pomocna, ale tym razem ich przeciwnikami byli ludzie. Opętani co prawda, ale ludzie. Do pracy nad barykadą tworzoną przez brodacza została zaciągnięta nawet Roia, która jednak szybko musiała sobie odpuścić, gdyż swe siły musiała zachować na później. Drasim wzrokiem dostrzegł porzuconą włócznię i szybko ją podniósł, czując się bardziej komfortowo z bronią, z którą miał jako takie obycie. Dostał również sztylet od Anante za co był jej wyjątkowo wdzięczny, wiedział, że będzie mógł na niej polegać w razie kłopotów. Ognistowłosa dodatkowo zaczęła coś szeptać i najwyraźniej chciała użyć jakiegoś czaru.

Do czasu dania sygnału przez mrocznego elfa, wszyscy zdążyli się już jako tako przygotować. Bariery stały, większość była uzbrojona i bojowo nastawiona, oczekując najgorszego. Lustro dostrzegł przemykających napastników, ale poza nim nikt inny nie był w stanie zobaczyć potencjalnych wrogów. Mimo to, chyba wszyscy w tej kwestii zaufali długouchemu, zresztą, mroczny elf nie miał powodu by kłamać w takiej sytuacji.

Kapłan i dwóch zbrojnych w końcu ukazali się zwiadowcom. Wszyscy trzymali w dłoniach oręż i nie odezwali się ani słowem, ale przystanęli w pewnej odległości od Patriotów, nie okazując wrogości. Wyciągnięcie broni było całkowicie zrozumiałe i uzdrowiciel już chciał się odezwać do nich, gdy stało się coś zupełnie nieprzewidywalnego. Drobna kobieta stojąca obok Drasima, wystrzeliła ognistą kulę wprost na trójkę przybyszów, jednego z nich podpalając. Płomienie, które wydostały się poza zasięg broszy zaczęły szaleć, pokrywając polanę w ogniu. Cyrulik nie wiedział dlaczego Anante tak zareagowała, ale podejrzewał wpływ demonicznej aury. Niewiele się zastanawiając, złapał sztylet i starając się precyzyjnie wymierzyć, walnął w tył głowy najemniczkę, chcąc pozbawić jej przytomności. Wiedział, w którym miejscu ją uderzyć, miał tylko nadzieję, że nie włożył w to zbyt dużo siły, w końcu nie chciał zabić towarzyszki, która miała podczas całej tej misji jakieś problemy.

Strażnicy, którzy mieli ochraniać kapłana, marnie skończyli. Jeden z nich dostał strzałą w nogę, drugi zaczął uciekać. Drasim zobaczył lecącą w jego kierunku broszę i upuszczając sztylet, starał się złapać niewielki przedmiot. Był na tyle ważny, że nie zawahałby się przed użyciem telekinezy w razie problemów ze schwytaniem broszy. Lustro tymczasem puścił się w pogoń za uciekającym człowiekiem, zapuszczając się poza bezpieczny obszar magicznej błyskotki. Zostali bez przewodnika w lesie opanowanym przez szalone płomienie i żądnego krwi demona.

- Osłaniaj mnie. – Rzucił krótko do Omivala, ignorując jego słowa o pójściu za mrocznym elfem. Nie mieli szans go dogonić, a tutaj mieli jeszcze żyjącego kapłana i strażnika z przestrzeloną nogą. Uzdrowiciel zostawił ognistowłosą kobietę, gdyby jego cios się udał i ruszył szybko w kierunku człowieka, który miotał się, chcąc ugasić płomienie. Półczłowiek zdjął szybko swój płaszcz i rzucił na kapłana, pomagając mu w walce z ogniem. Mógł zrobić tylko tyle, na więcej go nie było stać, zwłaszcza, że tak do końca nie wiedział czy ma do czynienia z przyjacielem, czy wrogiem.

Awatar użytkownika
Anante
Posty: 187
Rejestracja: 30 gru 2013, 10:08
Lokalizacja postaci: Kamienica Patriotów
GG: 47821741
Karta Postaci: viewtopic.php?p=46352#46352

19 lut 2015, 22:16

Las Wisielców w zupełności zasługiwał na swe miano. Ponura atmosfera, jaka towarzyszyła im od pierwszych chwil w tym miejscu. Choć chyba lepszym słowem byłaby demoniczna, biorąc pod uwagę obecnego lokatora tego miejsca. A wszystko postanowiło tylko zaognić się, na przesiąkniętej posoką polanie, którą powoli obmywały strugi lodowatego deszczu. Trawą nie poruszał nawet najmniejszy wietrzyk, a trupy były równie obojętne na los nieszczęsnej grupki najemników, co sama natura. Zresztą, może to i lepiej, biorąc pod uwagę że coś właśnie się do nich skradało, najpewniej owładnięte demoniczną wolą.

W środku tego wszystkiego znalazła się jakimś trafem Anante. Nie analizowała jak, ani dlaczego. Była po prostu przerażona, choć bardzo starała się tego nie okazywać. Przez wiele lat kierowały nią głównie emocje i dopiero długa seria porażek i kopów, jakimi przeorał jej życie los nauczyły ją planować. Nie była w tym może najlepsza, ale starała się jak mogła, próbując sobie radzić w takim świecie jaki zastała. Szkoda tylko, że ten znów postanowił przerosnąć jej zdolność pojmowania, zaczynając na nadprzyrodzonej istocie, która wypaczała same myśli, a na lodowej ścianie, która wyrastała jej tuż pod nosem kończąc. Nie lubiła deszczu, nie cierpiała chłodu i poczucia że jest mokra w miejscach, gdzie bynajmniej w takiej sytuacji mokra być nie powinna, ale lodu po prostu nienawidziła. I magów, którzy ten lud przywoływali. Jeśli mogło być coś, co pogorszy jej opinię i nastawienie do Omivala, to właśnie to znalazła. Na samą myśl, że miałaby się zbliżyć do upiornie niebieskawej, ciągnącej przeszywającym chłodem struktury brały ją dreszcze. A może to z powodu wszechobecnej wody? Trudno było stwierdzić. W każdym razie bynajmniej sytuacja nie malowała się różowo.

Sama Lorven pewnikiem by nie zgadła co też kołatało się w chaosie panującym pod rudą czupryną w tej chwili. Dosyć powiedzieć że między próbą odsunięcia się jak najdalej od lodowatych miejsc, wodnych magów i ogólnie wszelakich mokrych spraw, zarazem nie przerywając inkantacji, która miała nie spalić wyjątkowo żadnego z jej kompanów. Trudno było ją winić; kierowała się instynktem, starając się dać ujście swym emocjom w magii, chroniąc siebie i być może innych. Problem w tym, że ta rozpalała własne źródło, rozgrzewając i pochłaniając wszystko czym mogła się żywić. Była żywym ogniem, pełgającym w jej myślach i ciele. Żarem, który nieustannie w sobie nosiła, każdą myślą i uczuciem. A w tym momencie żadne z nich nie były dosyć stabilne by długo podtrzymać czar. Półdemonica czuła, jak moc powoli wyrywa się spod jej kontroli, szarpiąc się niczym bestia na uwięzi. W ostatniej chwili mogła tylko jęknąć, wpatrując się jak rozjarzona do białości kula ognia mknie ku nadchodzącej z lasu trójce, podpalając kapłana.

Postąpiwszy krok do przodu, jakby w daremnej próbie cofnięcia tego co się stało, poczuła nagłe uderzenie. Gwiazdy zatańczyły przed jej oczyma, gdy czaszkę przez króciutki moment rozjaśnił przeszywający impuls bólu. Świat zapadał się wokół niej, gdy zewsząd na jej jaźń napierała ciemność. Nim poddała się jej bez reszty pomyślała tylko Już po wszystkim…. W tym momencie jej ciało osunęło się bezwładnie na murawę. Z wiotkich palców wysunął się miecz, bezgłośnie upadając obok niej. Drasim dokonał swego, w ten czy inny sposób. W końcu nie spodziewała się zdrady; nie z jego strony. Czasem najwyraźniej zaufanie kosztuje więcej, niż jest warte.

Awatar użytkownika
Omival
Posty: 73
Rejestracja: 27 gru 2013, 22:00
Lokalizacja postaci: Kamienica Patriotów
GG: 43348566
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2832

20 lut 2015, 01:36

Las Wisielców był wyjątkowo cichą krainą, czego powodem mogła być ingerencja złych mocy. Nie słychać było świergotania ptaków, a raczej, o tej późnej porze, pohukiwania sów. Ucichły wszelkie owady, a nawet można było odnieść wrażenie, jakby same drzewa powstrzymywały się od szumienia na wietrze. Jedynie deszcz, tysiące maleńkich kropelek pluskało, rozbijając się o grunt, by po chwili zniknąć bez śladu pod ziemią. Tak też rozbrzmiał wrzask Omivala roznoszący się prze chwilę głuchym echem między drzewami. Głos, który został uciszony nie tylko przez ulewę, ale też coraz wyraźniejszy syk płomieni i trzask pękających gałęzi. Niezauważona, a wręcz zignorowana propozycja mężczyzny przestała mieć rację bytu, tak samo szybko, jak zrodziła się w jego głowie. Nie oznaczało to jednak, że mag wody zaprzestanie rozmyślać na temat tak ważny, jakim jest bezpieczne zakończenie misji, która z każdą chwilą stawała się coraz trudniejsza. Najpierw jedyną trudnością było przeciwstawianie się demonicznej aurze, później przegonienie wiwerny, aż wreszcie nadszedł moment walki z trójką nieznajomych person i utrata mózgu operacji, którą śmiało można nazwać pielgrzymką do bram czeluści. Żar ognia i opętani już byli, brakowało tylko samego demona, a jakie pojawienie chyba nikogo by już nie zdziwiło.

Kiedy propozycja Omivala nie otrzymała żadnej aprobaty, zdecydował, że zda się w tej trudnej chwili na innych. Jego wzrok przeskakiwał z jednej osoby na drugą, oczekując na jakiekolwiek pomysły. Przemknął po zaniepokojonej twarzy Drasima wpatrzonego w Anante, aż wreszcie zatrzymał się na Darrianie. Widać było, że nie powrócił jeszcze do pełni sił, jednak zachowywał zimną krew, zatem należało brać z niego przykład. Mimo odczuwanego bólu, mag wody starał się wsłuchiwać w słowa towarzysza, który uważał, że pośpieszyli się z atakiem, bo przeciwnicy, tak naprawdę wcale nie musieli okazać się wrogami. Jego opinia mogła mieć sens, lecz teraz i tak niewiele można było z tym zrobić. Omival zamyślił się chwilę, chcąc przeanalizować całe zdarzenie. Właściwie to sam elf wzbudził w nich bojowe nastroje, których skutki są, jakie są.

Refleksja wciągnęła go na tyle, że nawet nie zareagował na sugestię Darriana, by ugasić kapłana, póki jeszcze się miota. Dopiero odgłos padającego na ziemię ciała Anante pozwolił mu się ocknąć. Nieco zdezorientowany sytuacją, dostrzegł, że rudowłosą załatwił uzdrowiciel, który po chwili, bez wahania rzucił się w stronę płonącego ciała, prosząc tylko o wsparcie. Omival nie przepadał za najemniczką, ale pozbawienie jej przytomności, bo raczej nie życia, uważał w owych okolicznościach za nieco nielogiczne. Co prawda jej zachowanie również było niepokojące. Czyżby Drasim zauważył coś, czego reszta w niej nie dostrzegła? Od początku wyprawy utrzymywali dobre stosunki, więc dlaczego miałby robić jej krzywdę? Może to i lepiej, że jest nieprzytomna, przynajmniej nie rozproszy więcej ognia, pomyślał, delikatnie dotykając swój poparzony łokieć. Drasim od początku misji wydawał mu się osobą przyjazną, dlatego nie sądził, aby mógł bez powodu kogoś zranić, szczególnie, iż właśnie zdecydował się pomóc człowiekowi w potrzebie. Mam go osłaniać, powiedział w myślach Omival, tak jakby to, co się dokoła dzieje jeszcze nie do końca do niego docierało. Ogień mocno go ograniczał, więc nie mógł zanadto się do niego zbliżać, właściwie za granicę swego ruchowego zasięgu uważał stworzoną przez siebie lodową strukturę. Niemniej, nie zamierzał pozostawić kompana bez asekuracji. Odmowa pomocy, była czymś, co przychodziło mu bardzo trudno. Gdzieś w głębi serca czuł potrzebę wspierania innych w trudnych momentach w każdy możliwy sposób i to ona dodawała mu sił do działania.

Mag wody zdawał sobie sprawę, że nie powinien korzystać zbyt często z energii magicznej, która może okazać się jeszcze mu niezwykle potrzebna, ale jak inaczej mógł współdziałać z Drasimem w takich warunkach. Wszak to woda potrafi skutecznie ostudzić żar płomieni. Jeśli jednak medykowi udawałoby się stłumić ogień trawiący szaty kapłana, Omival starałby się jedynie ochronić go przed ewentualnym aktem niewdzięcznej agresji ze strony podpalonego i jego kompanów. Swym celnym okiem wymierzyłby wtedy w napastnika przygotowanym w lewej ręce sztyletem przywleczonym prze Roię. Manipulowanie cieczą nie jest jego jedyną umiejętnością, bo przecież walczyć na odległość także potrafi. Wszelako, jeżeli akcja ratownicza nie będzie przynosić zamierzonych rezultatów, wspomoże ją magicznym gestem. Przy wykorzystaniu jak najmniejszej ilości energii magicznej spróbuje skierować na Lorveniusza i znającego się przy nim Drasima skupione strugi deszczu, tak jak to robił, przy gromadzeniu wody do swoich poprzednich zaklęć. W takiej sytuacji niestety nie będzie wstanie jednocześnie go ochraniać, więc na wszelki wypadek poprosi o to Darriana, w ostateczności łucznika.

Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3792
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

1-BWG889

07 mar 2015, 20:57

MG

Pożar rozprzestrzeniał się szybko mimo ulewy, która dawno zdążyła już zmoczyć korony wszystkich drzew Lasu Wisielców. Nienaturalny płomień wyrwał się z mocy Anante i falował poza granicami działania pobłogosławionej przez kapłanów Lorvenm, złotej broszy. Zdawało się, że po ogłuszeniu czarodziejki uwolniona przez nią bestia poczuła przypływ energii, jeszcze bardziej przyspieszając swą ekspansję. Szybko okazało się, że, wbrew wszelkim pozorom, jej działania nie są chaotyczne, zupełnie tak, jakby płomieniami powodowała obca, nieprzychylna zwiadowcom wola. Krąg gorąca wokół drużyny domykał się, a sam ogień jawił się jako żywa, złośliwa istota, chcącą uwięzić Patriotów w swym wnętrzu.

Gdy tylko dzierżący broszę Drasim zbliżył się do podpalonego kapłana, płomienie trawiące ciało nieszczęśnika zaczęły zachowywać się dużo naturalniej. Deszcz natychmiastowo przygasił je, a rzecz dokończył płaszcz uzdrowiciela. Jegomość w todze (czy raczej jej pozostałościach) krzyczał z bólu, wijąc się w agonii pod narzutą. Wyglądał okropnie. Krótki czas, jaki upłynął od podpalenia do ugaszenia, nie przeszkodził magicznym płomieniom w strawieniu sporej części ciała kapłana. Jego rany były rozległe; jeżeli nie umrze od nich, to z cierpienia, jakie wywoływały.

Sprzeczne odczucia zawładnęły Omivalem mimo jego woli, każąc mu upatrywać w zachowaniu Drasima czegoś głęboko niemoralnego. Począwszy od tego, co zrobił Anante, przez szybkość jego reakcji (czyżby był na to wszystko przygotowany?) aż po to, co robił teraz z kapłanem, wydawało się magowi wody całkowicie niewłaściwe. Konkluzja została siłą wtłoczona w jego umysł, choć on sam tego nie poczuł. Był święcie przekonany, że Drasim jest czarną owcą drużyny, kimś, kto próbuje od samego początku ją sabotować. Pomysł pomagania uzdrowicielowi okazał się nagle całkowicie nietrafiony, wręcz obrzydliwy. Zmysły Omivala krzyczały, każąc mu wbić swój sztylet w plecy Drasima zanim będzie za późno. Teraz widział to wszystko wyraźnie, plując sobie w brodę, żałując że dopiero teraz powiązał fakty. Musiał coś z tym zrobić. Nie było w nim konfliktu wewnętrznego, nie było ważenia wszelkich „za” i „przeciw”. On wiedział: Drasim musiał zostać zneutralizowany.

Podobnie wiedział Darrian. Jego drużynnicy byli niewydarzonymi, nic nie wartymi kupami mięsa, które ze subtelnością nie mają nic wspólnego. Ich decyzje były głupie, podejmowane pod wpływem chwili i kompletnie nieracjonalne. Banda niewykształconych dzieciaków, z którymi przyszło mu podróżować przez Las Wisielców, nie stanowiła dla niego godnego towarzystwa. Pragnął tylko broszy, trzymanego przez Drasima artefaktu, chcąc zdobyć go dla siebie i odejść stąd tam, gdzie jego miejsce. Walka za cudzą sprawę nie była niczym, dla czego nadstawiałby karku, a bilans korzyści i strat już dawno wskazywał na te drugie. Miarka się przebrała. Brosza musiała być jego, a Rinej wtórowała temu egoistycznemu pragnieniu.

Najmniej zaniepokojony był paradoksalnie sam medyk, skupiając się na swoim zadaniu. Mimo trzymanej przez siebie broszy poczuł, że drużyna długo się tak nie utrzyma, że są w niej osoby mu przeciwne. Włosy na jego karku zjeżyły się, gdy poczuł irracjonalne zagrożenie. Nie mógł wiedzieć, że jego towarzysze nagle przestali darzyć go jakąkolwiek estymą, prawdopodobnie zasadzając się właśnie na jego życie.

Nastroje Patriotów pogorszyły się znacząco, wpływ stresu nałożył się z tym pochodzącym bezpośrednio od demona, mieszając trzem mężczyznom w głowach i zwracając ich przeciwko sobie. Żaden z nich, zaślepiony swoimi wewnętrznymi przeczuciami, nie zauważył, jak krąg płomieni zamknął się ostatecznie, więżąc ich w środku. Bójka, jaka w międzyczasie rozgorzała pomiędzy Larhalami, zdała się w tym wszystkim całkowicie normalna. Zbyt mało krwi przelano. Każdy ze zwiadowców pragnął więcej, znając swój cel.

W jednym miejscu płomienie rozdzieliły się, tworząc lukę w kręgu otaczającym skaczących sobie do oczu Patriotów. Utworzył się płonący korytarz, prowadzący prosto na wschód, ciągnący się oślepiającym blaskiem przez wiele mil. Jego środkiem kroczyła wysoka, czarnowłosa postać, o połyskujących czerwienią oczach i pazurzastych dłoniach, z ciemnymi rogami wyrastającymi z czoła. Cienki, cielisty i zakończony grotem ogon wyłaniający się u dołu jej pleców wił się w ekscytacji. Płomienie otaczające postać strzelały jeszcze wyżej, pulsując w rytm jej serca i zwracając się ku niej w straszliwym pokłonie. Mężczyzna – bo zaiste był to mężczyzna – nie miał na sobie żadnego ubrania. Szczerzył kły w zapadającym zmierzchu, idąc prosto na polankę zwiadowców.

Nie wiedział już, czy to demon jest w nim, czy tylko nim kieruje. Nie było to dla niego do końca jasne… ani też istotne. Gdy zadał mu ból, wyciągając wszelkie wspomnienia z jego głowy, Somirion przypomniał sobie, kim tak naprawdę jest. Poznawał swoją przeszłość razem z rannym, wyżywającym się nań Arhelianosem, zdumiewając się tymi obrazami równie jak on. Został wyzwolony i odmieniony, czując się jednak wreszcie w pełni zgodny z własnym jestestwem. Jego nowa, piękna postać była dlań właściwa. Czuł się jak nowo narodzony. Znaki, które – wydawałoby się wieki temu – wypalono na jego skórze, rozjarzyły się jego wewnętrzną, ogromną mocą. Przypomniał sobie ich znaczenie. Żył dla dwóch światów, złączony z tym Spektrum tylko za pomocą demonicznych run. Był posłańcem Czeluści i miał tutaj coś do zrobienia. Jedna z tamtejszych potęg dała mu nowe istnienie, ale nie za darmo. Musiał sie wprawić, odzyskać dawną potęgę, znaleźć okruchy swojej przeszłości. Jego pierwszy cel był jasny. Należało zniszczyć tych, którzy pragnęli zagrozić jego najbliższemu przyjacielowi.

Awatar użytkownika
Drasim
Posty: 522
Rejestracja: 08 gru 2013, 12:55
Lokalizacja postaci: Kamienica Patriotów
GG: 7643593
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2815

09 mar 2015, 15:04

Ogłuszenie najemniczki okazało się łatwiejsze niż początkowo myślał. Drasim miał tylko nadzieję, że nie uderzył jej zbyt mocno, nie chciał jej wyrządzić trwałej krzywdy. W tym momencie jednak nie mógł się zbytnio nią przejmować, trzeba było wykonać zadanie. Posiadanie magicznej broszy nieco go uspokajało, chociaż demoniczny wpływ w tym lesie ciągle był odczuwalny. Pobłogosławiony przez kapłanów Lorven przedmiot wylądował w torbie uzdrowiciela, który kierował się w stronę podpalonego człowieka. Płomienie zaczęły zachowywać się normalniej, gdy zbliżył się do cierpiącego i nie musiał zbytnio ingerować w gaszenie ognia. Było widać, że kapłan ten bardzo cierpi i od niego niczego się raczej nie dowie. Niestety, ale cyrulik nie miał tutaj warunków do uratowania jegomościa w todze, mógł jedynie skrócić jego cierpienia, co postanowił zrobić za pomocą włóczni, którą znalazł wcześniej.

Po odpowiednim "zajęciu" się jednym poszkodowanym, Drasim wyprostował się i pokręcił głową. Tyle śmierci… Ciągle mieli jednak szansę na wykonanie swojego zadania. Półczłowiek z gadzimi oczami czuł, że coś jest nie tak. Jego umysł próbował mu powiedzieć, że nikomu nie może już ufać i wszyscy obracają się przeciw niemu. Cyrulik zwalił to na demoniczną aurę i postanowił zająć się człowiekiem ze strzałą w nodze, który gdzieś tam leżał i wył z bólu. Skąd miał wiedzieć, że właśnie w tym momencie, w głowach jego towarzyszy kiełkuje myśl o zabiciu go i zagarnięciu broszy? Drasim zupełnie zapomniał o świecie, przekonany, że Omival idzie za nim, by pomóc mu w razie potrzeby.

W międzyczasie Larhale zaczęli ze sobą walczyć, ale nikt nie zwrócił na to specjalnej uwagi, bracia mieli już wcześniej porządnie namieszane w głowach. Dobrze, że bili się między sobą, a nie atakowali reszty zwiadowców. Dwójką myśliwych można się było zająć później.

- Mogę ci pomóc. – Powiedział krótko medyk do rannego. Nie zbliżał się jeszcze do niego, nie wiedział czy przypadkiem nie zostanie zaatakowany przez człowieka z przestrzeloną nogą. Ten las był skażony demonem, wszystko w nim zachowywało się nie tak jak powinno. - Pomóż mi. – Rzucił Drasim przez ramię do Omivala, podchodząc bliżej do płaczącego z bólu strażnika kapłana. Miał nadzieję, że czegoś się od niego dowie. Istniała też szansa, że uda mu się uratować rannego, który był w znacznie lepszej kondycji niż ten poparzony.

Wróć do „Autonomia Wolenvain”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 3 użytkowników online :: 0 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 3 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika
Liczba postów: 52206
Liczba tematów: 2973
Liczba użytkowników: 1046
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Senti
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.