Las Wisielców

Najważniejszy obszar, na którym toczy się gra. Autonomia to zamieszkane głównie przez ludzi państwo podzielone na pięć prowincji ze stolicami w Wolenvain, Derinie, Morinhtarze, Minaloit i Aparilume. Czytaj więcej…
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3796
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

Las Wisielców

04 lip 2014, 19:36

W okolicy stołecznego miasta Autonomii niewiele było takich miejsc, jak to. Oczywiście – istnienie Jaśminowego Parku, stanowiącego bez mała jedną czwartą terenów miejskich Wolenvain, jednoznacznie świadczyło o szacunku założycieli tego państwa do natury i jej przymiotów, jednak zdecydowanie nie zatrzymało od wykarczowania większości lasów przy rzece Iqui. Tworząca się cywilizacja człowiecza wymagała ofiar, a tych nie brakowało, także po stronie środowiska. Ten jednak fragment starożytnej puszczy niegdyś porastającej te tereny pozostał nietknięty, a były ku temu dobre powody.

[ifwdesc=right,Położenie Lasu Wisielców na mapie świata.]https://i.imgur.com/reKpkzy.png[/ifwdesc]

Z całą pewnością można było bowiem powiedzieć, że las ten zasłużył sobie na swoją nazwę. Od zarania dziejów wieszano tutaj przedstawicieli każdej nieprzychylnej rządzącym grupy. Pierwsze zawisły elfy, które podczas datowanego na 24EF Zmierzchu Ylminy wypędzono z Wolenvain, następnie jeńcy i zdrajcy obu stron podczas Wojny o Autonomię, a do niedawna jedynie przeciwnicy polityczni oraz przywódcy tłamszonych szybko, lokalnych rebelii.


Do pewnego czasu opłacalnym było utrzymywanie w Lesie Wisielców mocnego garnizonu zamkowego, jednak na chwilę obecną stojąca w nim Biała Twierdza stała opuszczona, stanowiąc od czasu do czasu siedziby bandytów na tyle butnych, aby się w niej osiedlić. Szczęściem zazwyczaj zagrożenia udawało się pozbyć dość szybko, dzięki czemu knieja stanowiła stosunkowo bezpieczne miejsce polowania. Co ciekawe jednak, niewielu ważyło się w nią zapuszczać. Słuchy o krążących w niej, wisielczych duchach i od lat niezdjętych z gałęzi skazańcach potrafiły odstraszyć każdego.


Las, jak przystało na jeden z niewielu niemal nietkniętych ingerencją człowieka, zalesiony był niezwykle chaotycznie. Zdarzały się w nim dzikie polanki, ale również miejsca tak zarośnięte, że przedarcie się przez nie zdawało się wręcz niemożliwe. Do Białej Twierdzy prowadziły z Traktu Iquańskiego i Traktu Rybackiego kręte, niezadbane i dawno zapomniane ścieżki. Innych dróg prowadzących przez knieję brakowało.


MG

Dotarcie do Lasu Wisielców zajęło prowadzonej przez zwanego Lustrem mrocznego elfa drużynie kilka dobrych godzin. Słońce przetoczyło się po niebie, chyląc się ku zachodowi, co mimo jesiennej pory sprowadzało na wędrowców ostre, palące promienie. Myśliwi, obaj o imieniu Larhal, wysforowali się na czoło pochodu. Jeden z nich jechał konno, drugi przez jakiś czas biegł u jego boku, z łukiem o założonej cięciwie w dłoni. Wkrótce jednak obaj zniknęli za jakimś pagórkiem, a ich dostrzeżenie szybko utrudniły rosnące coraz gęściej drzewa.

Lustro mówił niewiele, odpowiadając rzeczowo na zadawane mu pytania i cały czas roztaczając wokół siebie aurę cwanego gracza, któremu nie sposób było zaufać. W jego aparycji było coś, co przyciągało i przekonywało innych do przyjęcia jego zdania, jednak jednocześnie każdy z obecnych wiedział, że nie powierzyłby mu swojego życia. Niestety, był on kapitanem tego malutkiego oddziału Patriotów i nie można było tak po prostu nie uznać jego słów. Wykazał zresztą, że zna się na wielu rzeczach, choć niechętnie wydzielał swoją wiedzę, ograniczając się jedynie do niezbędnych informacji.

Nie szli ścieżką, a przez wertepy, co spowalniało ich, ale też dawało odpowiednie ukrycie. Długouchy nakazywał absolutną czujność, samemu lustrując okolicę spod przymrużonych powiek. Jedyną jego oczywistą słabością wydawała się właśnie ta awersja do słońca, a jego zachowanie sprawiło, że zapamiętywało się ją mimowolnie. Drużynnicy irracjonalnie spodziewali się, że Lustro lada chwila ich zdradzi, co jednak mimo wszystko nie następowało. Dodatkowej nerwowości dostarczał fakt docierania do centrum otaczających Las Wisielców wydarzeń – siedziby, jak mówiono, demona rodem z Czeluści, prawdziwego skurczybyka tamtych czasów. Chociaż dobroczynne działanie posiadanego przez mrocznego elfa reliktu dawało zebranym wokół niego osobom odrobinę wytchnienia, ciężki, leśny zapach i absolutna cisza w wyrastającej przed nimi kniei nie nastawiała dobrze do wyzwania, jakie ich czekało.

Wreszcie trafili na miejsce, zapadając w gęstwiny. Słowa z trudem przecinały gęste jakby powietrze, a wszyscy poczuli się tak, jakby wkroczyli do leża jakiegoś dzikiego zwierza. Gdzieś po drodze dołączyli do nich Larhale. Siwek jednego z nich stulił uszy, machał ogonem i gryzł wędzidło.

- Rozdzielimy się tak, jak będzie to możliwe - rzekł Lustro, szepcząc, choć poza drużynnikami nigdzie nie było widać żywej duszy. Wyraźnie i jemu udzieliła się atmosfera konspiracji. - Nie odchodźcie za daleko - dodał, wyciągając swoją broszę i przypinając ją na swej klatce piersiowej, do fałdu skórzni. Widok świetlistego przedmiotu dodał zebranym nieco otuchy. - Rozglądamy się i zapamiętujemy drogę, przeczesujemy las, a potem wracamy do obozu – powtórzył znaną wszystkim drużynnikom mantrę, spoglądając po kolei na każdego z nich. - Znajdziemy to bydlę.

Obecnie ta lokacja jest pusta.
Awatar użytkownika
Darrian
Posty: 733
Rejestracja: 06 sty 2012, 20:04
Lokalizacja postaci: Oko i Powieka
GG: 10643412
Karta Postaci: viewtopic.php?p=21226#21226

09 mar 2015, 17:22

// Teraz pytanie czy to Rinej psuje głowy czy demon. Samo się tak idealnie raczej nie popsuło.

Darrian się pogubił. To on miał być tym bezwzględnym skurwysynem, gotowym usuwać z drogi zbędnych towarzyszy, a nie uzdrowiciel, który był chyba najbliżej bycia zaufaną osobą z całej grupki. Nie, żeby miał zamiar się kłócić z pozbyciem się potencjalnie niestabilnej piromantki a wręcz pochwalał zachowanie Drasima, acz nadal coś mu w tym wszystkim nie grało. Biorąc pod uwagę jak szybko ich sytuacja przeszła z kiepskiej w niemal tragiczną, pozbywanie się potencjalnych przeszkód było uzasadnione, nawet, jeśli chodziło o innych członków drużyny, ale nadal stawiało to półelfa jako następnego w kolejce do dostania po głowie, a to nie wchodziło w grę. Jeśli uzdrowiciel myślał, że będą w stanie jakoś wynieść kobietę z ognistej pułapki, mając potencjalnie poważnie rannego kapłana, nie do końca sprawnego Larhala i samego maga umysłu do ogarnięcia jeszcze, to albo był idiotą, albo olał ratowanie innych. Tak czy inaczej, fakt, że ktoś taki miał broszę.. komplikował sprawy. Łucznicy byli oczywiście zbędni kompletnie, nawet zanim zaczęli ze sobą walczyć, kobieta właśnie stała się równie bezużyteczna, co pozostawiało maga wody, którego też Darrian nie trzymał w wysokim mniemaniu. Co, jeśli wróci do swojego kretyńskiego pomysłu gonienia za Lustrem? Nie, nawet na nim nie można było polegać. Do czego to doszło, żeby najbardziej użyteczną osobą w jego otoczeniu była Rinej.

Normalnie, półelf po prostu wbiłby sztylet w kark Omivala od razu, jednocześnie wysyłając telekinetycznie drugi, w jakiś witalny punkt ciała Drasima, acz jego stan uniemożliwiał wyeliminowanie ich obu jednocześnie, co prezentowało pewne problemy. Przynajmniej miał w dłoni sztylet i nikt nie będzie na niego za to krzywo patrzył w chwili, która zgodnie z ich przewidywaniami miała być bitwą, a która skończyła się masakrą.

– Wiesz, jak ich zabić. –[/i] Odezwał się pomiędzy szpiczastymi uszami maga umysłu uwodzicielski głos Rinej. W prostych czterech słowach zmieściła o wiele za dużo, obiecując zarówno ucieczkę od fizycznego zmęczenia i bólu jak i rozwiązanie dręczących go w tej chwili wątpliwości i problemów. Wszystko spadłoby na nią, a gdyby nawet miała jakieś trudności, dawałoby mu to okazję do wypominania jej wszelkich niedociągnięć. Kusząca oferta, wypowiedziana w równie kuszący sposób i to w idealnym momencie, w którym zaczynało brakować innych bezpiecznych opcji. Robiła się w tym coraz lepsza, co nie było najlepszą wróżbą na przyszłość.

– Wciąż taka niecierpliwa. Oboje wiemy, ze czeka nas walka, kiedy będziemy bezpieczni, mogłabyś przynajmniej tyle poczekać. [/i]– Odparł w myślach, nadając słowom wydźwięk, podobny temu, z jakim rodzic upomina dziecko. Nie było wątpliwości, że niedługo będzie zmuszony się jej poddać, gdyż w jego stanie nie był w stanie się jej za długo opierać, jeśli zastosowałaby rozwiązanie siłowe. Niech jednak zeżre go Demon, jeśli da się od tak opanować, bez choć symbolicznego oporu. Musiał zachować jak najwięcej respektu ze strony wiedźmy, kiedy odejdzie na drugi plan, aby potem mógł łatwiej manipulować jej decyzjami i w efekcie wrócić na swoje miejsce.

Wymiana w umyśle Darriana trwała dość krótko w rzeczywistym świecie, ale dość długo, by Drasim skończył zajmować się kapłanem i ruszył do kolejnego rannego, wołając Omivala do pomocy. Darrian powoli podąży za magiem wody, jeśli ten uda się w stronę uzdrowiciela, szukając dogodnego momentu na zrobienie użytku ze swojej broni i elementu zaskoczenia. Najlepiej, jakby jeden był bardzo zajęty rannym człowiekiem, wtedy ten drugi najpierw dostałby ostrzem w kark, a później trzebaby było jakoś sobie poradzić ze zbierającym się z ziemi drugim przeciwnikiem. Oczywiście, półelf nie mógł wiedzieć, co działo się w głowach towarzyszy, biorąc pod uwagę, że jego moce chwilowo były poza dostępnymi możliwościami. Może nawet trafić na sytuację, w której pozostali zaczną walczyć, a wtedy najpierw pozwoliłby Omivalowi zranić obecnego właściciela broszy, by następnie pomóc Drasimowi pozbyć się maga wody, aby następnie wyeliminować samego uzdrowiciela, bez najmniejszych problemów.

Awatar użytkownika
Omival
Posty: 73
Rejestracja: 27 gru 2013, 22:00
Lokalizacja postaci: Kamienica Patriotów
GG: 43348566
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2832

09 mar 2015, 18:16

W Lesie Wisielców rozegrało się już wiele walk, a końca kolejnych nie było widać. Starcie dwóch żywiołów miało niebawem stać się jedynie tłem dla prawdziwej batalii. Pożar rozprzestrzeniał się nadzwyczaj swobodnie, ukazując przewagę nad kroplami deszczu, które nie mając z nim szans, strumieniami pary wycofywały się tam, skąd przybyły. Mieszając się z dymem wznosiły się ku niebu, potęgując mrok nocy. Patrioci znaleźli się w pierścieniu ognia, z którego niełatwo było znaleźć drogę ucieczki.

Oprócz strachu o życie, w serce Omivala wkradał się niewyobrażalny gniew splatany z wrogością do otaczającego go świata, do osób, z którymi przyszło mu wędrować. Powód tak nagłej przemiany wewnętrznej był niewiadomy, może to właśnie znienawidzony ogień, który nie dość, że trawił wszystko na swej drodze, to jeszcze uniemożliwiał bezpieczną ucieczkę z leśnej polany. Może to nakładające się na siebie emocje i zmęczenie lub ta wstrętna, wszechobecna demoniczna aura, której wszyscy mieli już dosyć. W każdym razie ogarniający go stan był właściwie przeciwieństwem jego natury, a najdziwniejsze było to, że wydawało mu się to normalne, tak jakby od samego początku pałał do wszystkiego nienawiścią. Pomoc towarzyszom będąca chwilę temu jego priorytetem zupełnie przestała mieć dla niego znaczenie, by nieoczekiwanie zastąpiła ją chęć unicestwienia wszystkich wokoło, a szczególnie uzdrowiciela. W umyśle Omivala wyklarowały się jednoznaczne myśli, zupełnie sprzeczne z tym wszystkim, do czego wcześniej doszedł, zachowywał się tak, jakby wstąpił w niego zły duch, a może nawet sam demon. Któż może to wiedzieć. Wbrew jego woli zamierzał najpierw wyeliminować Drasima, lecz zanim, musiał wymyślić kolejny plan działania. Wiedział, iż zarówno medyk jak i pozostali Patrioci mogą być wymagającymi przeciwnikami. Na szczęście nie wszyscy w obecnej sytuacji byli do tego zdolni. Lustro zniknął, Anante już padła, a kątem oka zauważył, że również Larhale zdecydowali się na bójkę, może braterską, a może bratobójczą, to jednak go nie interesowało. Liczył na to, że Darrian i Roia nie zdążą się wtrącić w jego działania.

Omival miał powody sądzić, iż Drasim mu ufa i postanowił to wykorzystać. Podczas gdy uzdrowiciel kończył użalanie się nad spopielonym ciałem kapłana, w głowie brodatego najemnika zrodził się plan, który chciał jak najprędzej wprowadzić w życie, jednak nie zamierzał zaniechać środków ostrożności. Wiedział, że telekineza, może być dla niego niebezpieczna, dlatego mimo wszystko wolał zachować dystans, dający mu największą ilość czasu na ewentualną reakcję. Gdy Drasim zadeklarował chęć pomocy postrzelonemu mężczyźnie, nadszedł czas na rozpoczęcie sabotażu, a jego kolejna prośba o asekurację tylko upraszczała zadanie. Omival kiwnął głową, pozornie godząc się na jego słowa i przygotował dwa przyniesione przez smoczycę sztylety. Kiedy medyk zbliżył się do rannego nadeszła pora na atak.

– Darrianie, postaraj się uspokoić braci, mam już wystarczające straty, ja ubezpieczam Drasima – powiedział. To jego głosu był zwyczajny, może lekko zrezygnowany, tak, aby nie można było poznać ukrytych w nim intencji. Omival miał nadzieję, że pozbędzie się maga umysłu, chociaż na moment, a w najgorszym razie rozproszy jego uwagę. Odczekując krótką chwilę, wymierzył dwa sztylety w stronę znienawidzonego kompana. Celowałby w jego najsłabszy punkt, który mógł wypatrzeć, gdy zdjął wcześniej swój czarny płaszcz. Pierwszą bronią zamierzał rzucić w odsłonięty kark lub nieco niżej (w górną część pleców), wolał nie ryzykować niecelnego ataku w głowę.

– Drasimie, padnij! – wrzasnął. Ostrzeżenie było jedynie fikcją. Sztylety powędrowały w stronę cyrulika jeden po drugim, w krótkim odstępie czasu, jednak miały one różne trajektorie, bowiem plan Omivala zakładał, że któryś z nich musi trafić. Pierwszy, tak jak zamierzył, wycelowany był w stojącego Drasima, drugi zaś został pokierowany dużo niżej, tak, aby dosięgnął leżącego na ziemi Drasima, który ewentualnie dostosowałby się do wykrzyczanego ostrzeżenia. Tak czy inaczej pocisk w którejś z pozycji powinien go trafić, a przynajmniej taką nadzieję miał Omival. W razie niepowodzenia odegrana przez niego scenka miała na celu odsunąć od niego podejrzenia o zamachu. Tłumaczyłby się dziwnym zachowaniem rannego strażnika (o ile tak by było) lub omamami związanymi ze złowrogą aurą. Jeżeli zaś sztylet wbiłby się w ciało uzdrowiciela, nie kończąc jego żywota, Omival bez namysłu chwyciłby przytarganą przez Roię pałkę i podbiegłby do Drasima, korzystając z jego zapewne chwilowej niedyspozycji, objawiającej się być może zdezorientowaniem lub szokiem, a następnie z całej siły uderzałby go w głowę, celem pozbawienia przytomności, najlepiej życia. Była też możliwość, iż z jakichś względów Drasim odeprze atak. W przypadku użycia przez niego telekinezy, Omival starałby się ochronić lodową barierą, także argumentując swój czyn wpływem demona, nie zdając sobie sprawy, że w rzeczy samej tak jest.

Ostatecznie, gdy jego plan by się powiódł, zabrałby medykowi broszę, po czym zaproponowałby Darrianowi i ewentualnie innym powrót do Lwiego Brodu. Wiedział, że mogliby się jeszcze przydać. Śmierć Drasima przy zabiciu jedynie sztyletem tłumaczyłby nieszczęśliwym wypadkiem, zaś dobicie go pałką, tym, iż widział w nim demona. Gdyby to nie podziałało, czekałby na ruch patriotów, gotów do walki.

Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3796
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

Smoke Signal

16 kwie 2015, 21:43

MG

Dał mu cel, powinność i moc. Po tym, czego się od niego dowiedział, mógł z łatwością się go pozbyć, jednak nie uczynił tego, zamiast tego mianując go swoim posłańcem. Somirion miał jasne zadanie: zabić intruzów; tych, którzy stanowić mogli zagrożenie. Osłabiony Arhelianos nie zamierzał ryzykować, a walka z Patriotami pozwalała jego nowemu słudze na pokazanie swojej prawdziwej wartości. Obserwował ruchy półdemona, ekscytując się nadchodzącymi chwilami i swoim sposobem mącąc w tych głowach tych, których pragnął o tę głowę skrócić. Coś jednak blokowało Somiriona. Być może dawał zwiadowcom chwilę na rozwiązanie konfliktów, jakie wybuchły między nimi lub napawał się swoimi nowymi możliwościami. Jego pan był mniej cierpliwy i rogaty stwór musiał zdawać sobie z tego sprawę. Dał mu nowe życie, więc równie dobrze mógł je odebrać. Nóż na gardle nieposiadającego żadnego wyboru Somiriona nacisnął jeszcze mocniej, gdy kolejny rozkaz przemocą wybuchł w jego umyśle. Został zmuszony, aby krok za krokiem zdążać ku mordom, jakich musiał dokonać.

Dobijany przez Drasima kapłan chwycił drzewce wbitej w jego ciało włóczni, przytrzymując je i wytrzeszczając oczy ni to w agonii ni to w krańcowym zdumieniu. Przez chwilę szukał wzroku swego wybawiciela, a zanim jego oczy zmatowiały, zdążył wyszeptać przeprosiny. Zrezygnowany uzdrowiciel podszedł do kolejnego rannego. Ten próbował przed nim uciekać, ale przestrzelona na wskroś noga nie ułatwiała mu tego zadania. Mężczyzna padł w trawę, odwrócił się na plecy i uniósł słabe, drżące ramię. W jego dłoniach błysnął sztylet. Uzdrowiciel nie był w ciemię bity, zachował więc bezpieczną odległość. Na słowa o ewentualnej pomocy ranny strażnik kapłański splunął tylko, ciągle starając odsunąć się od Drasima. Ten zaś usłyszał dochodzące zza jego pleców słowa Omivala, odwracając się lekko w jego kierunku. Umysł medyka nie był skażony żadną obcą myślą; wbrew pozorom nie była to jednak okoliczność sprzyjająca – nie żywił on bowiem niemal żadnych podejrzeń wobec swoich towarzyszy. Jechali na jednym wózku, dotąd w ogóle sobie nie szkodzili, a wręcz przeciwnie: współpracowali, chcąc jak najlepiej wypełnić swą misję. Ich zgranie nie było może zbyt dobre (w końcu widzieli się pierwszy raz w życiu), jednak nie było powodów, aby obwiniać kogokolwiek o inne zamiary. Życie uratował mu refleks oraz… mizerne zdolności zamachowcy.

Gdy Omival wykrzyknął swe ostrzeżenie, Drasim niemal odruchowo pochylił się, lustrując jednak okolicę za magiem wody. Nie zauważył żadnego zagrożenia – no, może poza tym, jakie widział teraz w swoim uzbrojonym w dwa sztylety towarzyszu. Wykonał pokraczny unik, dzięki czemu pierwszy, posłany górą sztylet minął jego ciało. Omival nie był chyba żadnym mistrzem rzucania sztyletami – szczególnie takimi nieprzeznaczonymi do rzucania – przez co nawet, gdyby pocisk trafił, nie poczyniłby żadnych szkód. Ciało medyka zareagowało właściwie samo, schodząc z drogi źle miotniętemu pociskowi. Z drugim już sobie nie poradziło. Drasim oberwał pod żebra bokiem rękojeści. Trochę zabolało.

Na całe nieszczęście Darrian nie zamierzał się patyczkować i nie próbował zgrywać kogoś, kim nie jest. Jego sztylet poszedł gładko i brutalnie. Gdy Omival mruczał swoje wyjaśnienia na temat omamów i dziwnego zachowania rannego w nogę strażnika, jego kark ugodziła stal. Napięte mięśnie i szybka reakcja maga wody nie pozwoliły jej weżreć się zbyt głęboko, jednak ukłucie mimo tego było potężne. Wyglądało na to, że osłabiony półelf radzi sobie ze sztyletami o wiele lepiej, niż niedoszły zabójca Drasima. Nagły ruch Omivala wybił z ręki Darriana broń, która szybko zniknęła gdzieś w poszyciu. Krew polała się szybko. Zbyt szybko.

Przedzielany jękami rozkoszy, spazmatyczny chichot Rinej, która od dłuższego czasu wyłącznie nim karmiła swego nosiciela, osiągnął apogeum. Pełny adrenaliny Omival nie poczuł żadnego osłabienia, a ból, jaki sprawiała mu rana, został przytłoczony przez czystą nienawiść. Każdy doświadczony wojownik wiedział, że nie istnieje możliwość zabicia przeciwnika jednym ciosem, nieważne jak spektakularnym. W ciele maga wody nadal było dość życia, aby mógł odgryźć się swojemu przeciwnikowi, a on sam nie pragnął niczego więcej ponad rzucenie się na Darriana z czymkolwiek, co akurat miał pod ręką – bądź samymi rękami. Jeżeli miał niebawem umrzeć, na pewno nie zrobi tego samotnie. Jego żądza mordu zwiększyła się, za nic mając sobie broszę będącą w posiadaniu Drasima. Demon, jeżeli to faktycznie był demon, działał mimo niej.

- Hej, Pani Ognia! Obudź się! Masz robotę do zrobienia! - usłyszała Anante, niby to na jawie, niby to we śnie, otwierając swe krwistoczerwone oczy. Czuła wściekłość, którą pragnęła na kimś wyładować. Podniosła się do pionu szybko i płynnie, wypatrując ofiar. W polu jej widzenia pojawił się… Lustro. W prawicy trzymał swój miecz, lewicą ciągnął zaś za czuprynę mocno obitego strażnika, który nawet nie starał się oponować. Jego ręce i nogi były związane, człowiek ledwo pełzł za mrocznym elfem, którego lico umazane było krwią i ziemią. Przywódca zwiadowców brutalnie odrzucił mężczyznę, a jego rękawica zacisnęła się na sztylecie, który pojawił się w niej nie wiadomo kiedy. Długouchy wyszczerzył kontrastujące z jego hebanowym licem zęby.

- Dawaj. Uszczęśliw mnie - rzekł prowokująco, nie czyniąc jednak żadnych ruchów w jej kierunku. Był gotowy, napięty, uzbrojony, czujny i pałający żądzą krwi, jednak trzymał swe emocje na wodzy. W przeciwieństwie do Anante, którą zdawał się od środka spalać ten sam ogień, jaki pełgał teraz pomiędzy rozczapierzonymi palcami jej dłoni.

W międzyczasie Somirion wreszcie dotarł do samego centrum wydarzeń. Stał jednak nieco na uboczu, nie przystępując do akcji. Każdy ze zwiadowców, gdyby nie był tak mocno zajęty swoimi sprawami, mógł go zauważyć. Półdemon jednak zdecydował się poczekać jeszcze chwilę – ze sobie tylko znanych powodów.

Awatar użytkownika
Darrian
Posty: 733
Rejestracja: 06 sty 2012, 20:04
Lokalizacja postaci: Oko i Powieka
GG: 10643412
Karta Postaci: viewtopic.php?p=21226#21226

17 kwie 2015, 15:55

Wszystko ułożyło się dokładnie tak, jak Darrian planował, a co najlepsze, sytuacja, jaką miał przed oczami była bardzo zbliżona do tej, jaką sobie zaplanował, jako realistycznie optymalną. Omival zaatakował uzdrowiciela a sam mag umysłu w tej chwili wyglądał, jakby chciał Drasima ratować, najprawdopodobniej zapewniając sobie jego pomoc w dokończeniu morderczego dzieła na magu wody. Trzeba było tylko upewnić się, że uzdrowiciel widział sytuacje tak jak on. Kto wie, może nawet będzie mu na tyle wdzięczny by dać się przekonać, do opuszczenia lasu po dobroci. Ktoś potrafiący składać innych do kupy mógł być przydatny po starciu, jakie jeszcze mieli przed sobą, nie mówiąc już nawet o możliwości zaczerpnięcia fachowej rady w kwestii przywracania swojej dłoni do stanu używalności. Oczywiście, było to tylko takie rozmarzenie się, ze strony półelfa, który wbrew tym nadmiernie optymistycznym pomysłom, nie będzie miał najmniejszego problemu z zabiciem nawet kogoś potencjalnie użytecznego, jeśli tego będzie wymagać sytuacja.

Szczęście w nieszczęściu uśmiechnęło się do Darriana także w momencie, w którym zaskakująca sprawność Omivala nie pozwoliła mu się skupić na dźwiękach, jakie wydawała Rinej. Jeśli jej zamknięta w odmętach jego umysłu świadomość kreowała sobie te odczucia, na jakie te odgłosy wskazywały, było to coś nowego. Wiedźma nie była kimś, kto miał problem z przelewem krwi i brutalnymi rozwiązaniami, ale nigdy dotąd, kiedy oglądała jak walczył nie wydawała się przeżywać sadystycznej ekstazy. Może się z tym chowała, bądź teraz perspektywa swojego zbliżającego się przejęcia sterów ją tak podnieciła, ale półelf był zbyt zajęty tym, co miał przed oczami, by się przejmować.

Mag umysłu nie miał zbyt szerokiej wiedzy anatomicznej, wiedząc jedynie gdzie lepiej dźgać, acz jego założenie o tym jak skuteczne będzie pchnięcie w kark najwidoczniej okazało się błędne, wbrew logice. Oczywiście, jako ktoś, kto miał okazję oberwać na różny sposób nie raz w życiu, oraz grzebać w głowach innych, którzy odczuwali ból w trakcie walki, zdawał sobie sprawę, że w sytuacjach zagrożenia życia, coś powodowało podobne znieczulenie na ból i uszkodzenia, jakie sam był w stanie zasymulować. Nie wiedział oczywiście, że jest za to odpowiedzialna adrenalina, ani, że takie coś w ogóle istniało, ale to właśnie jej wpływowi na ten moment przypisał zadziwiającą sprawność swojego przeciwnika, mimo rany, jaką mu zadał.

- Ja jestem w stanie sie bronić a ty masz broszę, on jest stracony, pomóż mi! – Krzyknie do Drasima, jednocześnie sprawną ręką dobywając drugiego sztyletu, z którym raczył się rozstać leżący niedaleko trup i planując wyprowadzić szybkie pchnięcie, obierając za cel chyba jedyny organ, jakiego położenie znał w ciele, a konkretnie serce. Mag wody był ranny i osłabiony a ponadto nie miał oręża w dłoni, natomiast mag umysłu był skrajniej osłabiony, ale nie tracił krwi i miał broń, oraz potencjalnego sojusznika. Półelf nie był w stanie walczyć przed dłuższy czas, a raczej nie powinien walczyć w ogóle, dlatego starał sie zakończyć walkę jak najszybciej, jednym, szybkim i sprawnym ciosem, dodatkowo rozpraszając Omivala, krzycząc do jego niedoszłej ofiary. Z drugiej strony jednak, to właśnie jego przeciwnik był ranny i czas grał na niekorzyść obojga walczących, pytanie tylko, kto miał go więcej.

Jeśli coś nie pozwoliłoby Darrianowemu sztyletowi dosięgnąć celu, będzie musiał przejść do defensywy, skupiając sie na unikach, szukaniu jakiegoś otwarcia w obronie maga wody i próbie zbliżenia swojego przeciwnika do uzdrowiciela, by ten mógł jakoś pomóc, nawet, jeśli nie będzie się zbyt chętnie zbierać z ziemi. Nadal miał noże do rzucania, którymi w razie potrzeby mógł się posłużyć, czy to jako bronią miotaną, czy by wykonać kolejne pchnięcie, jeśli jego główna broń ponownie opuściła jego chwyt.

Awatar użytkownika
Omival
Posty: 73
Rejestracja: 27 gru 2013, 22:00
Lokalizacja postaci: Kamienica Patriotów
GG: 43348566
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2832

19 kwie 2015, 16:58

Las Wisielców od samego początku wyprawy nie wydawał się przyjaznym miejscem, jednak osoby, które towarzyszyły Omivalowi sprawiały wrażenie porządnych i prawych. Wydawać by się mogło, że zaczął zauważać w nich przyjaciół i chociaż wędrowali ze sobą zaledwie jeden dzień, czuł jakby znał ich znacznie dłużej. Zmagali się z trudami demonicznej kniei razem, ramię w ramię, brnąc coraz dalej, ku zakończeniu powierzonego im zadania, lecz coś poszło nie tak. Teraz stali naprzeciw siebie, chcąc się pozabijać niczym najwięksi wrogowie. Zmienili się, czające się pośród drzew zło pozbawiło ich współczucia, przecięło więź współpracy, odebrało wolną wolę, pozostawiając w ich umysłach jedynie gniew i egoizm. Takiż to właśnie stan zapanował w głowie maga wody. Nie chciał on już nikomu pomagać, misja przestała go obchodzić, pragnął tylko śmierci kompanów.

Skupił się na Drasimie, łaknąc jego krwi. Wyobrażał sobie jego koniec i to co nastąpi później, czuł się teraz jak myśliwy polujący na jelenia, jak drapieżnik czekający w ukryciu na swą zdobycz, by w jednej sekundzie wbić w nią swe kły. Miał w głowie plan, jednakże mrok, jaki zapanował w jego umyśle skutecznie tłumił rozsądek. Omival rzucił sztylety, jednego po drugim, wierząc, że osiągną one swój cel. Los nie uśmiechnął się tym razem do najemnika, przynajmniej nie całkowicie. Co prawda ostrze musnęło ciało uzdrowiciela, lecz bynajmniej nie wiązało się to z końcem jego egzystencji. Omival sądził, że miotanie takim orężem niewiele różni się od rzucania jego własnymi szabelkami – mylił się. Nie liczył się również zbytnio z możliwością niepowodzenia jego ataku, aczkolwiek wymyślił jak wytłumaczy jego motyw. Udając niewiniątko zaczął argumentować swoje działania, koncentrując się na tym, co powiedzieć, tak aby było to jak najbardziej wiarygodne. Stracił czujność.

Omival nie spodziewał się, że może podzielić los Drasima, że z łowcy stanie się ofiarą. Wnet jego głos ucichł, a złożone w geście fałszywego żalu ręce momentalnie wykonały gwałtowny ruch. Poczuł chłód stali i ból, jakiego dotąd nie doświadczył, jednak nie trwało to długo. Jego wzrok zupełnie nie dostrzegł poruszającego się w cieniach nocy i kłębach dymu Darriana, którego sylwetka wyrosła jakby znikąd. Mag wody nie tak wyobrażał sobie swojego oprawcę. Już prędzej spodziewał się, iż jego żywot zakończy odrażająca wiwerna czy nieobliczalny Lustro, niż wycofany od dłuższej chwili mag umysłu. Wymachem ręki wybił sztylet naznaczony jego własną krwią, a w jego błękitnych oczach malował się gniew niczym ten, którym Ourelia karze niegodziwych marynarzy, zatapiając ich łajby w czeluści oceanu. Umysł Omivala ogarnęła niewyobrażalna nienawiść, która swoją mocą przyćmiewała ból. Instynkt kazał się bronić, a i sam mag wody nie zamierzał jeszcze żegnać się życiem, nie tu i nie w tej chwili. Musiał działać szybko. Wezbrana w nim wściekłość szukała ujścia, którym stał się tym razem nie uzdrowiciel, a przebiegły Darrian. Żądza krwi była tak potężna, że Omival niemal tracił nad sobą kontrolę, aż wreszcie wymierzył cios prawą, a później lewą ręką w stronę swego wroga. Jego pieści pragnęły zmasakrować twarz zakapturzonego mężczyzny, wiedział, że po tak wielu bijatykach w gospodzie może na nich polegać. Teraz jednak mocarność pchnięcia maga wody miała na celu tylko powalenie przeciwnika, nadanie większego dystansu między nimi, zdobycie czasu, którego i tak praktycznie nie miał. Gdyby udało mu się zdobyć go choć odrobinę, wpierw zacisnąłby mocniej okalającą jego szyję chustę, by jak najskuteczniej zatamować krwotok.

Gniew Omivala nie znał granic, z każda chwilą wzrastał i wzrastał. Mimo odniesionych obrażeń czuł się dobrze, choć dyszał jakby z przemęczenia, coś dodawało mu siły i nie pozwalało mu zginąć.

– Ty zabrałeś moją krew, więc i ja zabiorę Twoją – wrzasnął, przeszywając wzrokiem Darriana. Spływająca po pancerzu krew, mieszała się z kroplami deszczu, migocąc w blasku ognia. Omival zamoczył w niej palec i przyłożył do ust. Na jego twarzy wyryta była niesamowita wrogość i determinacja, której nie mógł już dłużej w sobie kumulować. Krzyknął przeraźliwie i wyciągnął ramiona ku Darrianowi. Wyglądałby jakby to nie tylko aura mieszała mu w głowie, ale wstąpił w niego sam demon. Omival popadł w amok, całkowicie nie kontrolując swego umysłu zaczął wykonywać płynne gesty, tak jak gdyby chcąc zebrać wodę znajdującą się przy magu umysłu, lecz bynajmniej nie chodziło o samą wodę. Ty zabrałeś moją krew, ja zabiorę twoją, powtórzył w myślach. Wznosił ręce do góry chcąc skierować krew Darriana i wszystko inne płyny, które był wstanie kontrolować w jego ciele do głowy. Pragnął wyrwać ją całą z jego ciała, tak jak i każdą inną cząstkę, którą mag wody mógł władać, pragnął zobaczyć czerwony wodospad wypływający z jego ust i nosa, pragnął utopić go w samym sobie.

– Krew za krew – powtórzył. Słowa Darriana uraziły go. Nie czuł się stracony, jeszcze nie. Gdyby Drasim chciał wspomóc nikczemnego mężczyznę, Omival zaślepiony furią prawdopodobnie zareagowałby w podobny sposób, starałby się zawładnąć wszelkimi płynami w uzdrowicielu. Jeśli to by nie skutkowało próbowałby zamrozić przemoczone ciała byłych kompanów. Ostatecznie, po walce, wszcząłby kolejną – batalię z samym sobą, o własne życie. Liczyłoby się wyłącznie zatamowanie krwotoku, a później opuszczenie przeklętego Lasu Wisielców.

Awatar użytkownika
Drasim
Posty: 522
Rejestracja: 08 gru 2013, 12:55
Lokalizacja postaci: Kamienica Patriotów
GG: 7643593
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2815

21 kwie 2015, 21:21

W krótkim momencie wszystko się posypało. Kapłan przed swoją śmiercią zdołał wyszeptać jakieś przeprosiny. Uzdrowiciel tylko westchnął i ruszył w stronę człowieka rannego w nogę, który nie chciał dać sobie pomóc. Drasim nie wiedział co robić, jednak nie zamierzał podchodzić do uzbrojonego strażnika. Brodacz, który miał osłaniać plecy medyka zaczął coś mówić i chwilę później rozpętał się prawdziwy chaos.

Omival krzyknął, nakazując cyrulikowi pochylić się. Drasim nie zamierzał lekceważyć tego ostrzeżenia, zresztą i tak odruchowo wykonał polecenie swojego towarzysza. Spojrzał w jego kierunku, ale nie zobaczył żadnego zagrożenia, a przynajmniej tak mu się wydawało. Żadnej wiwerny, demona czy oszalałego kapłana. Spostrzegł natomiast lecące sztylety, które rzucił Omival. Uzdrowiciel wykonał jakiś śmieszny unik, schodząc z toru lotu jednego ostrza, ale już drugiego nie zdołał uniknąć. Szczeście mu jednak sprzyjało, dostał tylko rękojeścią i w najgorszym wypadku będzie miał pod żebrami siniaka. Omival zaczął się jakoś tłumaczyć, ale zdążył wymamrotać tylko kilka słów. Medyk nie miał za bardzo czasu, żeby się nawet zdziwić i przeanalizować to co się właśnie stało bo już Darrian atakował brodacza. Zrobił to skutecznie i zadał poważną ranę, ale mag wody ciągle żył i był teraz wściekły, chociaż Drasim nie sądził, by najemnik pociągnął długo. On sam nie miał pojęcia co się stało w przeciągu tych kilku sekund. Wszyscy oszaleli.

Uzdrowiciel postanowił włączyć się do walki, chociaż nie dał się ponieść emocjom. Mag umysłu coś do niego krzyczał, ale cyrulik nie zamierzał teraz słuchać nikogo. W krótkim przypływie chłodnej oceny sytuacji spojrzał za siebie, żeby upewnić się, że ranny strażnik nie zaatakuje jego pleców. Drasim bał się i nie miał pojęcia co robić, musiał jednak podjąć jakieś decyzje i chociaż spróbować uratować sytuację. Spojrzał w kierunku Larhali, którzy dalej się bili. Od nich pomocy nie mógł oczekiwać. Omival był owładnięty nienawiścią i to nim trzeba się było zająć w pierwszej kolejności. Tak przynajmniej wydawało się medykowi. Zerknął jeszcze w kierunku Anante czy może się nie obudziła przypadkiem i zobaczył jak stoi naprzeciwko mrocznego elfa, który zdołał przytargnąć ze sobą strażnika. Coś niedobrego działo się w tym miejscu.

Skołowany uzdrowiciel nie wiedział co teraz zrobić, a czasu na decyzję nie było zbyt wiele. Każdy ze zwiadowców był zajęty walką w tej chwili. Poustawiali się nawet parami jak na jakimś turnieju. Drasim został tymczasowo sam, gdyż małej smoczycy w polu widzienia nie miał. Pewnie już dawno gdzieś uciekła. Wzrokiem przeskoczył po każdym swoim towarzyszu, o ile mógł tak ich jeszcze nazywać. Wtedy też zobaczył prawdopodobnego sprawcę całego tego zamieszania.

Demon przybył by wykończyć całą drużynę. Stał teraz tylko całkiem blisko i przyglądał się swojemu dziełu. Nie musiał nic nawet robić, Patrioci wybijali się wzajemnie. Jeśli był jakiś sposób na wyjście cało z tego Lasu to pokonanie tego pomiotu Czeluści. Drasimowi wydawało się, że stwór go nie widzi, więc postanowił postawić wszystko na jedną akcję. Bał się jak nigdy w życiu, ale nie chciał zginąć.

Nie planował swojego ataku, nie miał czasu na analizowanie całej sytuacji. Wiedział tylko jedno: jego celem był demon. Postanowił spróbować użyć magii, miał nadzieję, że go nie zawiedzie teraz. Wcześniej spostrzegł, że płomienie Anante zaczęły zachowywać się całkiem inaczej, wręcz "spokojniej", gdy znalazły się w zasięgu broszy. Medyk miał teraz pobłogosławioną przez Lorven błyskotkę przy sobie, więc powinno mu się udać. Wzrokiem poszukał szybko sztyletów, którymi Omival do niego rzucał i sięgnął po nie telekinezą, a następnie wycelował je w bestię i "wystrzelił", starając nadać im jak największą prędkość. Gdy tylko ostatnie ostrze zostało wysłane w kierunku demona, Drasim sam również popędził w jego kierunku. Zamierzał przebić włócznią jego serce, a przynajmniej miejsce, gdzie powinno się znajdować. Uzdrowiciel nie sądził, że sztylety zrobią poważną krzywdę stworowi, służyły raczej do odwrócenia jego uwagi, zmuszenia wykonania jakiegoś uniku, żeby stworzyć medykowi okazję do ataku. Drasim bał się, że spłonie nim nawet zbliży się do demona, ale nia miał wyjścia. Był co prawda przemoczony do suchej nitki, ale dla ognia Czeluści pewnie nie stanowiło to żadnego problemu.

Awatar użytkownika
Somirion
Posty: 722
Rejestracja: 03 paź 2011, 22:26
Lokalizacja postaci: Kamienica Patriotów
Karta Postaci: viewtopic.php?t=822

22 kwie 2015, 23:48

W jednej chwili w jego głowie powstawały tysiące obrazów, które jak się okazało były jego przeszłością. Od pierwszych dni życia, aż po bitwę o Wolenvain i niedługo potem jego śmierć. Samael – tak brzmiało jego imię kiedyś. Bohater i wojownik właściwie rzecz biorąc został dobity przez ponoć honorową bestię. Parszywy pies. Parszywy cały świat tych podistot. Nie dorastały do pięt dla prawdziwych potęg, takich jak sam Somirion w tej chwili. Jego ciało zmieniło się i przepełniała go moc. Musiał się z nią oswoić. W jego głowie był zamęt spowodowany przypomnieniem sobie blisko trzydziestu lat życia. Ile czasu na tym świecie upłynęło zanim powrócił na ten padół łez nie wiedział. Dzięki demonowi miał pojęcie o jednym – o znaczeniu znaków na ciele. Miał teraz zadanie, a zadania należy ukończyć.
Nastąpiła kolejna eksplozja bólu w jego czaszce, a rozkaz demona był aż nadto odczuwalny – miał zniszczyć tych, którzy stali naprzeciw niego. Widział ich, jak walczyli między sobą. Przywoływało to wspomnienia, jak sam kiedyś walczył ostrzem na śmierć i życie. Nie znał jednak możliwości tego ciała i nie miał broni. Musiał to załatwić w inny sposób.

Nie musiał długo czekać, aż ktoś go zauważył stojącego poza głównym polem akcji. Jak się okazało, był to mężczyzna, którego spotkał przy ognisku wcześniej. Kiedy przyjrzał się pozostałym, to rozpoznawał część twarzy. Dojrzał też szkarłatnoooką, która mogłaby być później przydatna. Teraz należało jednak zająć się Drasimem, a następnie wyeliminować pozostałych.
Somirion postanowił sprawdzić, czy mimo zmiany ciała, jego umiejętności magiczne pozostały te same. Zebrał w sobie magię, a następnie skoncentrował ją na skórze, co miało stworzyć zbroję nie pozwalającą go zranić. Jednocześnie część skierował w tkankę mięśniową, co miało poskutkować zwiększeniem siły fizycznej.

Drasim spojrzał w poszycie lasu, po czym uniosły się z tamtego miejsca sztylety. Demon wiedział, że nie wróży to mu nic dobrego. Ufając, że zdolność telekinezy jego przeciwnika nie pozwala mu na dowolne sterowanie obiektami, postanowił zmienić swoje położenie tak, aby drzewa w jak największym stopniu osłoniły go od pocisków. Po chwili oponent ruszył na niego z włócznią, czyli widocznie nie zamierzał dać chwili wytchnienie świeżo odrodzonemu Samaelowi.
Aby dać sobie chwilę czasu, pół-demon postanowił umieścić na drodze pomiędzy nim, a Drasimem kilka portali, po wejściu na które wyrzucałyby z siebie jak gejzer demoniczną energię, której celem było poparzenie przeciwnika. Sam zaś po tym ustawił się w pozycji pozwalającej na szybki unik, a ewentualne obrażenie miały zostać zniwelowane przez pancerz magii na jego ciele. W jego pamięci zachowała się też metoda odtwarzania jego starego miecza przez dobudowanie do metalowego kawałka ostrza stworzonego ze skondensowanej magii. Dzięki temu, że teraz jego zasoby magii były większe, powinien być w stanie bez większego problemu stworzyć oręż z samej tylko magii. Magia zaczęła przybierać formę, a on sam oczekiwał na nadejście włócznika, gotowy na unik i szybki kontratak przez uderzenie pięścią, połączony z wyrzutem demonicznej energii, takiej jak w portalach, aby zadać jak największe rany. Gdyby jednak jego ostrze było gotowe zanim przeciwnik nadejdzie, Somirion będzie próbował zmienić tor uderzenie włóczni, a następnie szybkie cięcie, które miałoby na celu wyeliminowanie oponenta, lub jego znaczne osłabienie.
Awatar użytkownika
Anante
Posty: 187
Rejestracja: 30 gru 2013, 10:08
Lokalizacja postaci: Kamienica Patriotów
GG: 47821741
Karta Postaci: viewtopic.php?p=46352#46352

23 kwie 2015, 16:17

Głos. Pierwsze co dane było zaznać jej siłą wyrwanemu z mroku, zrodzonego w nieprzytomności umysłu był dźwięk. Wszystko zdawało się nienaturalnie przytępione, niewyraźne. Jakby artysta malujący jej świat w akcie bezsilności zamazał całe płótno nieostrożnym ruchem ręki. Tych parę słów wyzierało z tego niczym wrażony w ranę miecz. A wraz z nimi przyszedł gniew, wyrywając jej uśpioną świadomość z marazmu.

Zdradzono ją! Zaufała im, chciała pomóc i ochronić, a w zamian co dostała? Sztylet w plecy i porzucenie na pastwę płomieni. Wciągnęli ją do piekła na ziemi, tylko po to by zostawić niczym zepsutą zabawkę na pastwę mroku. Niesprawiedliwość tego wszystkiego napawała ją przejmującą odrazą, tylko podsycającą płomień szalejący w jej duszy. Nie można było uczynić nic gorszego, niż porzucić towarzysza. Nie można było bardziej zdradzić, niż zajść od tyłu i obezwładnić kogoś, kto miał Ciebie chronić. Pragnęła zemsty; w tej chwili żyła i istniała tylko dla niej. Sami przypieczętowali swój los, rzucając ją na ziemię. Nie wierzyła w bogów, jednak jeśli istnieli postara się by zapłakali krwawymi łzami. Płonęła, a świat miał spalić się wraz z nią. Śmierć i pożoga; wcześniej tego nie rozumiała, ale teraz jawiło się to dla niej jaśniej niż samo słońce. Tym była od samego początku. Pani Ognia, nie jego narzędzie i sługa, ale Pani. Czas by w końcu wszyscy poznali co to znaczy igrać z płomieniami.

Wtem w polu jej widzenia znalazł się mroczny elf. Każdy skrawek jej jestestwa aż wył na jego widok, pragnąć krwi i krzyków. To on ich tutaj sprowadził. To z jego winy Larhale zamienili się prawie w warzywa. To on kazał ją obezwładnić. Stał za wszystkim, musiał stać. Był sojusznikiem demona. Ledwie kątem oka dostrzegła ciągniętego przez niego mężczyznę. Kolejna ofiara jego knowań? Niewinny, zaciągnięty do tego zapomnianego przez ludzi i bogów boru. Ledwie pełzł za nim, ciągnięty jak zwierze. Nie mogła na to patrzeć. Do cholery nie chciała! Nikt nie miał tak prawa traktować innej istoty. Nikt… Gniew wraz z adrenaliną wręcz rozsadzał jej drobne ciało, napędzając mordercze instynkty.

Czerwonooka nie czekała nawet na to co powie długouchy. Był szybszy i zwinniejszy od niej, jednak w tej chwili jej moc… była od niej wręcz pijana. Czas by w końcu ktoś zaznał tego wszystkiego, co trawiło ją od środka. Nie miała zamiaru przebierać w środkach, ani patrzeć na postronne ofiary. Śmierć i trzask płomieni będzie jej pieśnią; wspaniałym hołdem oddanym jedynemu bogu, którego warto czcić. Zemsta!

Anante nie miała choćby najmniejszego zamiaru bawić się w finezję i delikatność. Cała walka miała zakończyć się jednym ciosem, po którym będzie mogła zająć się resztą zdrajców. Płomienie tańczące do tej pory między jej palcami wraz z nieartykułowanym, trzeszczącym warknięciem dobywającym się z jej ust przeniosłyby się w stronę elfa, gwałtownie nabierając rozmiarów i bielejąc od niebotycznej temperatury, do jakiej rozgrzałaby je płynąca w niej moc. Kule ognia, każda coraz większa i bielsza, spopielająca na swej drodze wszystko co mogła napotkać. W locie tworzyłaby nowe, posyłając w stronę elfa wręcz ścianę płomieni, przy akompaniamencie niesamowitego huku, rozrywanego przez gorąc powietrza. Wiedza mieszała się w niej teraz z instynktem i emocjami, napędzającymi każdy czar. Choć mogło się to wydawać chaotyczne, czarodziejka miała dosyć wprawy, by żadna z nich nie powstała na tyle blisko, by uczynić jej większą szkodę, niż osmalenie już i tak nadszarpniętego przez ogień odzienia. Chciała spopielić elfa, zetrzeć wszelki ślad po jego istnieniu. Uderzać tak długo, aż zostanie po nim tylko proch i pył. Już jeden z jej pocisków (identycznych do tych jakimi potraktowała kapłańską eskortę wcześniej) starczyłby nadto, ale teraz nie miała zamiaru się ograniczać. Tańczyła ze śmiercią, a on miał być jej ofiarą.

Jeśli jakimś cudem przetrwałby jej pierwszy atak i znalazł się w jej pobliżu, kobieta warknęłaby kolejne, niezrozumiałe słowo i machnęła dłonią, jakby trzymała w niej bicz. W tej samej chwili zapłonąłby długi na siedem stóp i szeroki na dwa cale, język rozpalonych do białości płomieni, owijając się wokół elfiego ciała i spalając je aż do kości. W każdej chwili zresztą ognistowłosa była gotowa wykonać unik, albo usunąć się z toru ewentualnego ataku, odpowiadając miażdżącą kontrą w postaci serii nacelowanych na długouchego ognistych kul. Nie przebierała w środkach i nie zmniejszała ani ich mocy, ani siły rażenia. Miał zginąć za wszelką cenę, poza jej własnym życiem.

Awatar użytkownika
Roia
Posty: 105
Rejestracja: 28 mar 2013, 14:31
GG: 18983323
Karta Postaci: viewtopic.php?p=42275#42275

25 kwie 2015, 23:31

Muzyka

Nie wiedziała, co się dzieje, gdy naokoło wybuchnęły płomienie. Mogła tylko piszczeć i starać się odnaleźć drogę ucieczki. Wzniosła się, żeby zaraz potem zapikować na ziemię. "Nie mogę oddalać się od grupy" – takie zdanie wyryło się w jej niejako inteligentny łepek i pozostało. Przerażenie ani chęć ucieczki nie zdołały go zatrzeć, dlatego schowała się gdzieś za butem Omivala, a potem zakopała się w liściach i mchach przy korzeniu jednego z drzew. Spanikowana drżała bojąc się płomieni tak nienaturalnie niegasnących, tak nienaturalny kształt przybierających. Bo jakie płomienie układają się w okrąg tworząc jakoby arenę do walk?

Nagle mag wody rzucił się na Drasima. Chociaż jaszczurka była na tego drugiego nieco obrażona nie mogła pozwolić, by ten zginął. Przywiązała się do niego. Troszkę. Poza tym nienawidziła patrzeć na czyjąś śmierć. Wszak sama przeżyła śmierć swojego rodzeństwa. I chociaż nie miała wpływu na śmierć dwójki obcych, to mogła zareagować w tej sytuacji. Pisnęła, ale nie dość głośno, by ktokolwiek ją usłyszał w ogniu walki. Małe serduszko waliło jej jak młot, a oddech był znacznie przyspieszony. Wypełzała ze swojej kryjówki w chwili, kiedy Darrian przejechał ostrzem po drugim magu. A ten znów wyglądał, jakby chciał skrzywdzić niedawno poznaną przez smoczycę Rinej.

To była nierówna walka. Omival sprowadził na siebie dwóch przeciwników. Był niebezpieczny. Ale go polubiła! Chciała go unieszkodliwić, by nie zrobił nikomu krzywdy. Był też najbliżej. Mogłaby skoczyć na Darriana, ale wtedy nie powstrzymałaby Omivala, a on był największym zagrożeniem.

Nagle przestał obchodzić ją żar. Życie towarzyszy było najważniejsze. Skoczyła z ziemi w górę najszybciej i najsilniej jak potrafiła. Aby wznieść się jak najwyżej zabiła skrzydłami. Będąc na wysokości głowy maga zauważyła, dwie kolejne pary walczących i odsunięcie się uzdrowiciela. Nie przejęła się tym. Nic nie mogło jej rozproszyć. Po prostu popchnęła skrzydłami swoje lekkie, zwinne ciałko i wykorzystała to, że o niej zapomniano. Szum wody i skwar płomieni zagłuszyły dźwięk bicia kończynami powietrza, dlatego miała nadzieję, na bezkonfliktową akcję. Pierwszym, co zrobiła było przyczepienie się do pleców maga pazurami. Nie były na tyle wielkie, by wyrządzić spore szkody, poza tym mogły odwrócić uwagę agresora od nie w pełni sprawnej ofiary. W tej samej chwili z całej siły chciała ugryźć maga wody w lewą część szyi. Dolne kiełki miały pozwolić jej na lepsze zakotwiczenie się w ofierze, gdy ta, zdezorientowana, zacznie się rzucać. Górne całkowicie miały przytwierdzić jaszczurkę do dolnej części szyi maga. Wystarczył minimalny kontakt z warstwą skóry, ażeby z całej siły wypchnęła jad ze swoich gruczołów. Spore ciśnienie powinno bardzo szybko wstrzyknąć co najmniej większość trucizny. W końcu jak wielka jej ilość mogła być w tak małym ciałku? Lokalizacja ugryzienia powinna pozwolić na bardzo szybkie rozejście się jadu po ciele. Tym bardziej, że adrenalina przyspieszała puls serca Omivala.

Gryzła z całej siły nie sądząc, że ma szansę wyrządzić samym ugryzieniem jakieś większe szkody. Wiedziała też, że lada moment mężczyzna zacznie ją z siebie zrzucać. Była na to przygotowana. Przez chwilę kły utrzymają ją w miejscu, ale potem, przez tych kilkanaście do kilkudziesięciu sekund będzie musiała zająć czymś mężczyznę, by nikomu nie zrobił krzywdy i najlepiej w jakiś niekontrolowany sposób odsunąć od maga umysłu. Podejrzewała, że Omival sam się od niego odsunie mając jaszczura na twarzy. Bo… planowała co najmniej raz okrążyć jego głowę i podrapać policzki unikając silnych rąk, które mogłyby połamać jej skrzydła albo ogon. Oby jej wrodzona zwinność wystarczała do tego celu.

Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3796
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

Drawing Flies

23 maja 2015, 23:17

MG

Właściwie wszyscy – oprócz może wszechwładnego Somiriona i Roii, która zawsze mogła odlecieć – byli w krytycznej sytuacji. Drasim wybrał sobie za cel dziwną, demoniczną istotę, która postanowiła wkroczyć na polanę, a ta nie była mu dłużna, używając swoich dziwnych mocy przeciwko niemu. Anante stanęła naprzeciw nieprzewidywalnego Lustra, którego wystarczyło tylko sprowokować, aby rozpoczął pojedynek. Darrian i Omival zostali naturalnymi, pałającymi do siebie nienawiścią przeciwnikami, a bracia Larhale przypomnieli sobie chyba dawne urazy, bo całą ich uwagę nadal pochłaniało okładanie się po mordach. Gdyby nie sprzyjający zwiadowcom los, większość z nich nie mogła liczyć na przeżycie kilku następnych sekund. Na szczęście jednak Trill zdecydował się przechylić szalę na ich stronę – na tyle, na ile mógł, nie naginając rzeczywistości swą boską obecnością.

Krew Omivala lała się gęsto, tak samo jak gęsto szły jego ciosy. Darrian dostał dwa szybkie w twarz. Kostki pięści maga wody otarły się niemal do krwi, gdy ten, nie zwracając uwagi na własne obrażenia, wyraził swoją niechęć z całą mocą, na jaką było go stać. Półelf krzyknął o pomoc, jednak odziany w zielonkawą szatę uzdrowiciel, Drasim, miał inne rzeczy na głowie. Rinej również nie pomagała, kompletnie porzucając świat żywych na rzecz wyuzdanych zabaw z tym, kto ją odwiedził. Nie było bowiem wątpliwości, że świadomość demona manifestowała się w umyśle Darriana. Jego lokatorka sobie tylko znanym sposobem nie dopuszczała jednak Arhelianosa do swego nosiciela, zatrzymując go w podświadomości, która szybko jednak brała nad magiem górę. Napędzane hormonami odruchy wzięły go w swe posiadanie. Całe jego doświadczenie musiało teraz działać samo, nie było miejsca na improwizację. Zamroczony ciosami w twarz nie zdołał wykonać pchnięcia w serce Omivala, ale nic nie było jeszcze stracone.

Jedyny niezajmujący się próbą ukatrupienia członka własnej drużyny Patriota, Drasim, ruszył na Somiriona. Uniósł włócznię, biegnąc na złamanie karku w jego kierunku, chcąc zaatakować szybko i boleśnie, kończąc żywot rogatego stwora, zanim będzie za późno. Wydawało się, że wpływ demona jest nań najmniejszy. Uzdrowiciel zachował – przynajmniej częściowo – przytomność umysłu, rozpoznając prawdziwego wroga i kierując swą broń przeciwko niemu. Nie dane mu było jednak osiągnąć celu. Na jego drodze wyrosły potężne gejzery czystej mocy. Biel przemieszana z czerwienią oślepiła go, jednak nie zaćmiła jego umysłu. Skoczył za pobliskie drzewo, kryjąc się za nim i unikając śmierci. Dopiero po chwili zauważył, że jego prawy rękaw zajął się ogniem. Potężne temperatury wytwarzane przez moc Somiriona za nic miały sobie ulewę. Wystrzeliwujący prosto z ziemi promień ledwie musnął uzdrowiciela, a zdążył już wysuszyć jego szatę na wiór, rozgrzewając ją do tego stopnia, że ta zajęła się ogniem. Kryzys był jednak krótkotrwały, w czym wydatnie pomogły nadal lecące z nieba strugi wody. Włócznik nie mógł wiedzieć, czy wystrzelone przez niego telekinetycznie pociski sięgnęły celu. Somirion oberwał jednym z nich, który przeszył jego prawy bark, jednak nic sobie z tego nie robił. Był pochłonięty swym zadaniem. Przeciwnicy znaleźli się w impasie – obaj ranni i ukryci za drzewami, gorączkowo obmyślający dalsze ruchy.


Anante nie widziała nic poza rozgrzaną do białości ścianą płomieni, jaką wytworzyła z całej dostępnej jej mocy. Nie dbała o własne bezpieczeństwo, chcąc jedynie widzieć świat w ogniu. Blask wytworzonej przez nią kuli był niesamowity i każdy z obecnych na polanie osobników mógł go zauważyć. Temperatura była tak wysoka, że zmoczone deszczem drzewa zaczęły parować. Nieistotne, czy Lustro przeżył – co było bardzo mało prawdopodobne – czy też nie, jasnowłosa osiągnęła swój cel. Ogień na pewno pochłonął leżącego nieco bliżej, związanego przez mrocznego elfa strażnika, po którym nie została nawet kupka popiołu. Ściana ognia wgryzła się w las szerokim tunelem, niszcząc wszystko na swej drodze i sunąc szybko poza granice stępionego mrokiem nocy wzroku śmiertelników. Hurgot wciąganego przezeń powietrza był wręcz ogłuszający, a sunąca fala gorąca przyłączyła się wreszcie do pozostałych płomieni trawiących Las Wisielców. Wiedźma dopięła swego, czując się jednak kompletnie wyzuta z sił. Jej gniew osłabł – teraz czuła coś na wzór zdezorientowania, będąc też niemożebnie zmęczona. Nie zemdlała jednak, wodząc nieco nieprzytomnym wzrokiem po polanie, mimowolnie oceniając skalę zniszczeń, jakich się dopuściła. Stojący nieco dalej Drasim i Somirion nie musieli się niczego obawiać, choć i oni poczuli gorąco wytworzone przez Anante. Zajęci sobą Omival i Darrian mieli nieco gorzej, ale nie mieli czasu, aby zwrócić na to uwagę. Szybko natomiast okazało się, że ofiarą płomienia był nie tylko związany strażnik, ale też jeden z Larhali. Walka braci przeniosła się w międzyczasie ze ściółki do stójki. Jeden z braci został potężnie popchnięty prosto w morze płomieni, zajmując się ogniem i padając na ziemię w celu jego ugaszenia. Drugi, opętany żądzą mordu, siadł na nim okrakiem, nie przejmując się własnym, powoli tlącym się ubraniem i dalej okładając członka swej rodziny. Larhale nadal walczyli, choć jeden już dogorywał, a drugi, wbrew wszelkim zasadom, zaczynał się coraz mocniej palić.

Prawa natury nie miały wstępu do Lasu Wisielców, w którym woda i ogień mieszały się w jednym, niszczącym wszystko na swej drodze tworze. Nie sposób było ocenić, czyja wola zawiaduje chaosem, jaki rozpętał się na polanie. Emocje wzięły górę nad każdym zwiadowcą, który używał magii, a wpływ demona nadal był silny. Do Patriotów dotarło wkrótce, że nie mogą polegać na wiedzy, jaką nabyli przez lata istnienia na tym świecie. Jego logika nie miała tutaj wstępu, gwałcona przez moce, jakich niewielu mogło sobie wyobrazić. Wściekły Omival przesunął krążącą w żyłach Darriana krew w górę jego ciała, szybko sprowadzając na kończyny dolne maga umysłu niepokojące odrętwienie. Nogi odmówiły posłuszeństwa, rzucając półelfa na kolana i zdając go na łaskę wybrańca Ourelii. Ten jednak nie dokończył swego dzieła. Właściwie nie zauważył, jak po jego plecach wspina się mała, skrzydlata jaszczurka, przeszkadzając mu najbardziej, jak tylko mogła. Ugryzienie jej kłów oczywiście już poczuł, jednak pochłonięty swym zadaniem nic z tym nie zrobił – nie było zresztą zbyt bolesne, szczególnie w porównaniu z tym, co zrobił mu Darrian. Mag wody wiedział, że już za chwilę sprawi, że głowa jego przeciwnika dosłownie eksploduje. Opanowała go trudna do przewidzenia ekstaza, która szybko zastąpiona została przez uczucie fizycznego oraz umysłowego odrętwienia. Jego moc, zamiast wzrastać jak dotychczas, osłabła, a jego koncentracja została osłabiona przez wbijające się w jego lico pazurki miniaturowej smoczycy. Poczerwieniała twarz Darriana odzyskała częściowo swój naturalny kolor. Zdziwienie Omivala było wielkie, jednak on, zajęty zrzucaniem z siebie Roii, nie zdążył zastanowić się nad tym, co spowodowało tak dziwną reakcję jego ciała. W posiadanie wziął je najpierw nienaturalny paraliż, a później omdlenie, wywołane zbyt szybką utratą krwi. Obok niego padł też Darrian. Obaj żyli jeszcze, ale bez rychłego uzyskania pomocy – na co się nie zanosiło – obaj mieli już wkrótce umrzeć.

Wróć do „Autonomia Wolenvain”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 18 użytkowników online :: 2 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 16 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Kerra z Derinu, Kerreos
Liczba postów: 52217
Liczba tematów: 2975
Liczba użytkowników: 1049
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: katrost
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.