Zamek Dunrik

Najważniejszy obszar, na którym toczy się gra. Autonomia to zamieszkane głównie przez ludzi państwo podzielone na pięć prowincji ze stolicami w Wolenvain, Derinie, Morinhtarze, Minaloit i Aparilume. Czytaj więcej…
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3784
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

Zamek Dunrik

02 mar 2015, 00:58

//Poniższa lokacja jest siedzibą jednego ze Stowarzyszeń – Zakonu Lorveniuszy, o którym poczytać można tutaj (klik!).

Historia zamku Dunrik sięga czasów jeszcze sprzed powstania Zakonu Lorveniuszy, bo najwcześniejszych lat Ery Feniksa. Powszechnie uważa się, że twierdza ta stanowi pierwszy tego typu przyczółek rasy ludzkiej na terenie obecnej Autonomii Wolenvain. Stwierdzeniu temu nie można odmówić prawdy, bowiem to sam Vain, Lew ze Stepów, wydał polecenie jej zbudowania. Ochrona południowych granic tworzącego się państwa była niezwykle ważna, jednak niebagatelną rolę odgrywała również ambicja ówczesnego wodza ludzi. Korzystając ze zdobytej od żyjących w Zamku Jasności elfów wiedzy oraz uzupełniając ją najnowocześniejszymi na tamten moment rozwiązaniami technologicznymi, Vain postanowił pokazać światu, że ludzie stepów również potrafią stawiać potężne fortyfikacje, osobiście nadzorując budowę, którą zakończono ostatecznie w roku 28EF.

Choć podczas Wojny o Autonomię (46EF-74EF) Dunrik przeszedł wiele modyfikacji, wielokrotnie przechodząc z rąk do rąk, jego podstawowy kształt został zachowany. Najstarsza część zamku przycupnęła na szczycie wysokiego wzgórza – zwanego Wzgórzem Światła – sprawiając wrażenie dość przysadzistej. Widać było, że budowniczowie starali się maksymalnie wykorzystać teren, na którym postawiono twierdzę, przez co wydawała się ona idealnie wkomponowana w krajobraz; zupełnie tak, jakby stała tu od zawsze. Jej elementy zdawały się wystrzelać wprost z ziemi, na której zostały postawione, jakby stanowiły z nią jedność. Mury, wystające ze wzgórza niczym zęby giganta, zostały dopasowane do nierówności terenu pod nimi, co pogłębiało wrażenie zespolenia Dunriku z naturą.


Zamek wewnętrzny nie był symetryczny, z lotu ptaka przypominając coś na kształt podłużnego pięciokąta. Od razu wyróżniały się obszerne, mocarne, wyposażone w blanki baszty – wyższe od strony bramy, nieco niższe na tyłach zamku. Było ich pięć, nieregularnie rozmieszczonych, wszystkie wystające nieco ponad wysokość murów, z których rozciągał się piękny widok na Góry Ikrem oraz Jezioro Iqua. Zabudowa wewnętrzna wyglądała niczym wyciosana z jednego, ogromnego kawałka skały, łącząc się z murami i nie pozostawiając ani kciuka przerwy. Nad całość wyraźnie wystawał dobudowany dużo później, pokaźny donżon, mieszczący obecnie siedziby najwyższych dostojników zakonu. Przebywający w środku wewnętrznego zamku wojowie swe nogi mogli rozprostować na murach bądź na małym dziedzińcu o kształcie wydłużonego trójkąta ostrokątnego, otoczonym wysoką zabudową. Jego boki zbiegały się ku bramie otwierającej się w kierunku Traktu Iquańskiego. Tutaj też rozpoczynała się kręta droga prowadząca do wrót Dunriku. Zamek z oczywistych względów nie potrzebował fosy, korzystając z naturalnego wzgórza do ograniczenia możliwości ataku ze strony innej niż ta opatrzona potężną bramą. Usadowieni na niej wartownicy mogli z łatwością zobaczyć każdego, kto próbował przejść ścieżką do zamku, mając idealną pozycję do strzału z kuszy czy łuku.


U stóp Wzgórza Światła legł dużo młodszy zamek zewnętrzny, co czyniło z Dunriku twierdzę koncentryczną. Choć wiadomym było, że może się ona bronić całymi miesiącami, zamek zewnętrzny powstał, kiedy czasy były spokojniejsze, a granica państwa przebiegała już wiele mil dalej. Jego wartość obronna była więc niższa niż struktur, które budowane były w tym czasie na bardziej niebezpiecznych terenach. Oczywiście nie oznaczało to, że powstał on na pokaz, tylko po to, aby dobrze wyglądać. Zakon Lorveniuszy stał się gwarantem pokoju pomiędzy lwem a gryfem, stanowiąc w ostatnich latach Wojny o Autonomię jednego z bardziej istotnych mediatorów. Jego główna twierdza musiała odzwierciedlać ten stan rzeczy, a jej potęga stać się na tyle znaczna, aby umożliwić kontrolowanie niestabilnej granicy pomiędzy prowincjami. Dokonano tego między innymi przez zwiększenie jej objętości, co umożliwiło sprowadzenie do Dunriku większej ilości wojsk. Zamek stał się centrum nie tylko wojskowym, ale też administracyjnym, sprawując pieczę nad niezwykle istotną częścią Autonomii Wolenvain. To z niego zawiadywano należącymi do zakonu jednostkami, takimi jak okoliczne wioski i wieże rycerskie, to tutaj szkolili się najniebezpieczniejsi rycerze kraju i to on nadal stanowił jego dumę.


Mury zamku zewnętrznego opasały szerokim, pokracznym okręgiem całe Wzgórze Światła, mieszcząc w swoim obrębie dziesiątki struktur potrzebnych Lorveniuszom do funkcjonowania: warsztatów, budynków mieszkalnych, stajni, jadłodajni i tym podobnych. Tutaj także mieściła się ogólnie dostępna – dla tych, których wpuszczono do zamku zewnętrznego – kaplica Świątyni Światła ze znajdującym się przy niej małym, otoczonym ze wszystkich stron zabudowaniami, ogrodem zamkowym. Baszty muru zewnętrznego były dużo wyższe (jeśli chodzi o wysokość względną) niż te na wzgórzu, w większości zakryte i mocno wysunięte poza mury. Największe stanęły zgodnie z kierunkami świata, podczas gdy średnie niemal dokładnie pomiędzy nimi. Oba typy baszt oddzielone były fortyfikacjami trzeciego rodzaju – najmniejszymi i odkrytymi, podobnie jak te w zamku wewnętrznym. Razem baszt było szesnaście. Widać było, że starano się zachować symetrię, ale teren na to nie pozwolił, przez co ich rozmieszczenie – jak i kształt muru – nie było całkowicie regularne.
Przejeżdżając przez główną – i jedyną w zamku zewnętrznym – bramę, wychodzącą, podobnie jak brama zamku wewnętrznego, na wschód, trafiało się od razu na duży i reprezentatywny dziedziniec. Postawiono na nim pokaźny pomnik Kahonima Dzierżyciela, założyciela Stowarzyszenia Wolnych Lorveniuszy, które następnie przekształciło się w obecny zakon. Pilnował go zwykle przynajmniej jeden paladyn. Stało na nim również kilka drzew rodzących ponoć wyśmienite jabłka.


Całość sprawiała iście monumentalne wrażenie. Stojąc na dziedzińcu i patrząc w górę, na Wzgórze Światła i zamek wewnętrzny, nie sposób było nie poczuć potęgi zakonu, siły jego tradycji oraz historycznego znaczenia. Mający już setki lat Dunrik zamieszkany był przez przedstawicieli jednej z ważniejszych dla Autonomii Wolenvain organizacji oraz tych, którzy – niekoniecznie za darmo – zdecydowali się pomóc im w ich szczytnym dziele krzewienia wiary w Protektorkę Dusz: rzemieślników, robotników i służących.



//Pełny opis lokacji takiej jak Dunrik, wszystkich jej budynków i najważniejszych osób, jakie się w nim znajdują, zapełniłby dalece więcej miejsca i na ten moment nie jest on potrzebny. Wszelkie tego typu informacje będą tutaj dodawane w razie konieczności, nie wcześniej (podobnie jak w przypadku Varti (klik!)).
Obecnie ta lokacja jest pusta.
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3784
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

Notausgang

07 mar 2015, 20:58

MG

Głupotą byłoby sądzić, że tak wiekowa twierdza jak Dunrik nie skrywa żadnych mrocznych sekretów. Wielu mówiło o składowanych w najpilniej strzeżonych komnatach artefaktach, niebezpiecznych przedmiotach, wiedzy oraz… więźniach. Świątynia Światła miała jednak swoje sposoby, aby wieści o jej tajemnicach nie wychodziły na światło dzienne. Tylko najwyżsi jej przedstawiciele mogli powiedzieć coś na ich temat, ci jednak nie byli rekrutowani z osób, którym nie można w tym względzie zaufać. Krąg zamykał się, więżąc wewnątrz rzeczy, których nie sposób było opisać.

Nie sposób było również opisać tego, co wydarzyło się z uwięzionym w półsmoczej postaci A'eklamarijonem. Dni przechodziły w tygodnie, a tygodnie w miesiące, a jego umysł i ciało znajdowały się w wiecznym spętaniu. Sprawiali mu ból, przepytywali, leczyli, eksperymentowali, otwierali i zamykali jego organy, przestawiali klepki. Czas przestał się dla niego liczyć, podobnie jak on sam. Jego życie rozmyło się w paroksyzmie cierpienia, który zdawał się trwać w nieskończoność. Pamiętał niewiele. Wysoką komnatę, jego własne ramiona przykute do kamiennego podłoża, schylające się nad nim, stare twarze i pomarszczone, skrwawione jego juchą dłonie. Odprawiano nad nim rytuały, często z użyciem niepojętej magii i przedmiotów, o których nie potrafił nawet śnić. Utrzymywano go jednak przy życiu, a gdy wreszcie odzyskał świadomość, był tak osłabiony, że każdy ruch i każda myśl sprawiały mu ból.

- Uleczyliśmy cię, chłopcze - usłyszał tylko, szybko zapadając w miękki niebyt.

Przeniesiono go do innego, cieplejszego miejsca, gdzie czuwano nad nim dzień i noc. Dochodził do siebie. Nie miał prawego oka, przez co musiał nosić opaskę. Prawa część jego ciała została pozbawiona łusek, ale zamiast tego była okropnie powykręcana, cała czerwona i ropiejąca. Gdy chodził, garbił się nieludzko i kulał. Prawa noga nadal była dłuższa, była zresztą bardzo słaba i nie mogła dźwignąć jego nikłego ciężaru. Szpony i kły mu skrócono, niektóre z nich wyrwano, podobnie jak język. Wychudzone ciało było zbyt słabe, żeby przyjmować stały pokarm; co zjadł, to zwymiotował. Jedyny pożytek miał z rozgotowanych papek, które codziennie mu przyrządzano i którymi go karmiono.

Gdy odzyskał siły na tyle, aby móc się samodzielnie poruszać i normalnie jeść, ponownie zmieniono miejsce jego przebywania. Trafił na dzwonnicę kapliczną, gdzie miał pomagać w obowiązkach i do śmierci ponosić karę za czyny, których nie pamiętał. Z trudem przychodziło mu zrozumienie podstawowych zagadnień życia, jakby uczył się go od nowa. Jego wspomnienia były zatarte. Pamiętał wszystko jak przez mgłę, nie odnajdując w swojej pamięci miejsca dla tego, czym wcześniej był. Nie identyfikował się ani z Akarionem ani z A'eklamarijonem. Ich żywoty były dla niego jak dobrze zapamiętana opowieść opowiedziana kiedyś przy ognisku. Stary dzwonnik był dobrym człowiekiem, ale nie oszczędzał swojego podopiecznego. Musiał pracować na miarę swoich możliwości, budząc się skoro świt i kładąc grubo po zachodzie słońca. Praca, posiłki, ból i zmęczenie ustanowiły nowe filary jego życia.

Nazwano go „Ropień”, od ciągle jątrzących się ran pokrywających połowę jego ciała. Nie mógł się odezwać, a tym samym zaprotestować. Szybko się przyzwyczaił, jak do wszystkiego. Nie za bardzo go to zresztą obchodziło. Jego egzystencja została spłycona. Nie miał wyższych pragnień ponad te, aby od czasu do czasu napełnić swój brzuch i porządnie się wyspać. Został złamany. Powiedzieć, że stanowił cień samego siebie, to jakby niczego nie powiedzieć.

Czas płynął szybko, choć dla Ropnia nie miało to żadnego znaczenia. Był otępiony, jakby we władanie wzięła go jakaś potężna, obca magia, niepozwalająca mu na konstruktywne myślenie. Wypełniał polecenia, żyjąc poza światem przez całe miesiące. Wreszcie pozwolono mu uczestniczyć w rytuałach ku czci Lorven, które to rytuały prawdziwie poruszyły te nuty w jego sercu, o których wcześniej nie miał pojęcia. Uczestniczenie w ceremoniach stało się dla niego nagrodą, na którą czekał czasem przez wiele dni. Tęsknił do atmosfery mistycyzmu, do symboliki i do wyższych uczuć, które opanowywały jego prosty umysł w tych rzadkich okazjach, gdy wpuszczano go do kaplicy. Do czterech filarów jego istnienia dołączył piąty, niezwykle dlań ważny. Wiedział, że wszystko, co robi, robi dla Protektorki Dusz. Kochał ją całym sobą, kochał tych, którymi ustami do niego przemawiała, chciał jej służyć po wsze czasy.

Za dobre sprawowanie postanowiono nauczyć go sztuki czytania i pisania. Umiejętności te były mu znane w poprzednim życiu, więc przyszło mu to zaskakująco łatwo. Zaczęto szeptać, że Ropień skrywa w sobie wiele tajemnic, że – przeciwnie do tego, co o nim mówiono – może być kimś wartościowym. Wykazywał się ponadprzeciętną wiedzą, odpowiadając na zadawane mu pytania w finezyjny, ponadprzeciętny sposób. Odzyskał możliwość wypowiadania się na różne tematy i ochoczo z niej korzystał. Dostał nawet tabliczkę, którą odtąd cały czas nosił na szyi, a na której mógł wypisywać swoje myśli. Pozwolono mu swobodnie poruszać się po zewnętrznym zamku, dzięki czemu zyskał wiele okazji do poznawania świata na nowo.

Przeniesiono go do skryptorium przy kapliczce. Sprzątał, pomagał układać księgi, czytał wiele i zapoznawał się z nowymi opowieściami. Wiele z nich przypominało to, co znalazł w swoim umyśle. Pojawiły się w nim pewne wątpliwości, ale nikt nie potrafił odpowiedzieć na jego pytania. Kim tak właściwie był? Skąd się tu wziął? Pamiętał wiele, ale nie mógł stwierdzić, czy wspomnienia te nie są fałszywe. Nie znał ich chronologii. Gdy tylko próbował to wszystko przemyśleć, bolała go głowa, więc dawał sobie z tym spokój.

Jeden z kapłanów podawał mu uśmierzające ból leki, smarował go też specjalną maścią, która sprawiała, że jego rany mniej ropiały. Sugerował też, że mógłby zrobić coś z powykręcanymi kośćmi prawej części ciała garbusa, ale na razie nie było to nic konkretnego; zresztą tego typu eksperymenty nie były czymś, czego Ropień chciałby w tym momencie swego marnego żywota. Nadal pamiętał ból, przez jaki przeszedł, zanim trafił do dzwonnicy. Miał jednak względną wolność w decydowaniu o swoim dalszym istnieniu, byleby jednak nie wybiegało ono poza ramy zewnętrznego zamku.

Awatar użytkownika
Ropień
Posty: 193
Rejestracja: 20 paź 2013, 15:26
Lokalizacja postaci: Lwi Bród
GG: 6550057
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2770

30 mar 2015, 21:07

"Przeglądał" swoje wspomnienia. Jedyne, z czym mógł się utożsamiać to ból, cierpienie, oszpecone ciało, ułomność i te wciąż ropiejące rany. Uleczyli go. Tak powiedzieli. Przecież nie kłamali. Pewnie był umierający. Ale nie wiedział. Pamiętał ból. Mnóstwo bólu. Kiedy go leczyli. Czasem się zastanawiał, czy nie lepiej było umrzeć.

Ropień siedział na dziedzińcu zamkowym. Patrzył na słońce. I myślał. Zastanawiał się. Skąd się tu wziął? Próbował wracać do przeszłości, przypomnieć sobie coś. Kiedy tak robił, nawiedzał go ból głowy, który skłaniał do przestania. Pamiętał trochę rzeczy. Jakąś bestię. Ale czy to możliwe, że to był on? Nie, raczej nie. Może był jakimś wytworem chorego umysłu tamtego stwora? Na Lorven. Czym sobie na to zasłużył? Poruszył widmowym językiem. Chciałby być jak wszyscy inni.

Wstał. Chciał się czegoś dowiedzieć. Zbytnio go to męczyło. Udał się do najwyższej rangą osoby, którą znał i która chciałaby z nim rozmawiać. Nie sądził, żeby losowy Lorveniusz wiedział coś na jego temat. Musiał spytać się tych, którzy zapewne wiedzieli, ale nie chcieli powiedzieć. Musiał spróbować.

Dręczyły go wątpliwości. Czy naprawdę chce wiedzieć, co było przedtem? Czy nie był zadowolony z tego życia? Mógł się modlić. Czuł pewnego rodzaju więź z boginią. Nigdy nie zostanie Lorveniuszem, ale mógł wśród nich żyć. Jednak ta pustka nie dawała mu spokoju. Musiało być coś przed. Zawsze było coś przed. Codziennie odczuwał uporczywy brak. Nie myślał o nim. On po prostu gdzieś się czaił.

Kiedy spotka się z ową ważną i chętną do rozmowy osobą, napisze na tabliczce pytania:
Co było przed? Czy to ja byłem tą bestią, która mnie nawiedza? Muszę wiedzieć. Proszę.
W drodze zdecydował. Faktycznie chciał się dowiedzieć. Był już kompletnie pewien. Nie mógł z tym żyć. Czy to, że teraz przebywał w tym zniedołężniałym, niepełnym ciele było pewnego rodzaju pokutą za to, co zrobił? Czy Lorveniusze świadomie go umieścili w tej powłoce i sprawili, że nie miał żadnych wspomnień dotyczących jego – Ropnia? Jeżeli tak, nawet teraz nie uzyska odpowiedzi. Ale musiał spróbować. To było dla niego ważne. Bardzo ważne. Trudno było żyć w niewiedzy. Bez tożsamości.

Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3784
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

03 maja 2015, 15:43

MG

Biała szata nie po raz pierwszy oślepiła jedyne oko Ropnia, który, zwracając się do swego opiekuna, musiał je zmrużyć. Przepasany złotą szarfą, stary kapłan z uwagą obserwował kalekę wypisującego pełne wątpliwości słowa na swojej tabliczce. Tonuryn, bo tak było duchownemu na imię, westchnął ciężko, przeczytawszy wątpliwości podopiecznego.

– Nie zdradzono mi tej tajemnicy – rzekł z namysłem, wlepiając badawczy wzrok w pozostałości twarzy rozmówcy. – Wiedz jednak, chłopcze, że czcigodna Lorven ma zadanie dla każdego z nas i wszystko wkrótce się wyjaśni. Z pewnością istnieje powód, dla którego tak cierpisz. Nie lękaj się. Twój ból zostanie wkrótce uśmierzony. Zwróć swą twarz w kierunku słońca i pomódl się ze mną – zachęcił, zabierając pokrakę przed ołtarz kapliczki. Tam zaintonował pieśń pochwalną ku czci Lorven Protektorki Dusz. Kapłan poprosił też o spokój ducha Ropnia oraz szybkie uleczenie jego ran. Następnie wcielił słowa w czyn i pomógł mu nasmarować prawą część jego ciała kojącą maścią. Kaleka miał wszelkie powody do odczuwania wdzięczności wobec Tonuryna. Starszy kapłan był ważną osobą, a mimo tego znajdował czas, aby nie tylko pomagać swojemu podopiecznemu w codziennym życiu, ale też zajmować się jego leczeniem. To dzięki jego staraniom Ropień miał nadzieję na zagojenie się tych ran, którym zawdzięczał swoje miano. Powszechną była opinia, jakoby nie bez znaczenia były też modły o poprawę stanu zdrowia garbusa wznoszone za wstawiennictwem Tonuryna. Trzymający pieczę nad całą kapliczką kapłan-opiekun nie był szczególnie zadowolony z tego powodu, uważając, że istnieją lepsze łaski, o które można poprosić Lorven, jednak lud stał po stronie Ropnia, widząc jego zaangażowanie w życie społeczności oraz mękę, przez którą zmuszony był przechodzić.

Po wykonaniu swych codziennych obowiązków Ropień zyskał chwilę dla siebie. Miał czas na przemyślenia i przeanalizowanie myśli, które pojawiły się ostatnimi czasy w jego głowie. Czuł, jakby powoli docierała do niego światłość samej bogini. Jego umysł rozjaśniał się z dnia na dzień, sprawiając, że zaczął kwestionować dotychczas poznane prawidła świata. Zdumiewało go, jak wielu rzeczy nie dostrzegał. Zajęty pustym egzystowaniem oraz pracą nie zastanawiał się nad sensem tego wszystkiego. Teraz jednak zaczął myśleć nieco bardziej abstrakcyjnie i szerzej. Ciekawiło go, co znajduje się za Dunrikiem, jak to jest latać i co kryje się pod sukniami nielicznych odwiedzających twierdzę kobiet. Odkrywał życie na nowo, budził się z marazmu i pragnął chłonąć wiedzę, której nie mogły mu dać nawet uczone księgi, jakie czasem wertował. Nie mógł podejrzewać, jak szybko jego życie się zmieni.

Nazajutrz wybudzono go tak samo wcześnie, jak zawsze, jednak zamiast oddelegować go do prac, jakie musiał wykonywać krótko po świcie, umyto go dokładnie i odziano w skromną, jasną tunikę, sięgającą mu do kolan. Wszystko działo się bardzo szybko. Wziął udział w zwyczajowej ceremonii około południa, podczas której obwieszczono, że został dyżurnym świątynnym. Z tego, co wiedział, pozycję tą zajmowali głownie małoletni chłopcy pomagający kapłanom w doglądaniu ich przybytków, jednak nie mógł ukrywać swej dumy. Jego stan i pozycja społeczna uniemożliwiały mu uczestniczenie w wewnętrznym życiu Świątyni Światła – teraz zaś został w niej w pełni zaakceptowany, zyskując formalny status pomocnika. Jego myśli galopowały. Czy oznaczało to, że miał szansę stać się słuchaczem, a następnie pełnoprawnym kapłanem? Szybko odrzucił te nadzieje: nie mógł przecież nawet przemawiać, ani tym bardziej śpiewać. Co z niego byłby za kapłan? Mimo wszystko był szczęśliwy ponad wszelką miarę. Musiał przyzwyczaić się do nowych obowiązków, ale wiedział, że podoła. W oczach Tonuryna widział tylko radość i dumę. Z takimi właśnie odczuciami spotkał się także podczas rozmowy, jaką odbyli po ceremonii.

– Wyjeżdżasz z Dunriku – oznajmił z uśmiechem kapłan. – Uprosiłem stolicę, aby przyjęli cię do dyżurowania w jednej z tamtejszych świątyń. Wymieniałem też korespondencję ze swoim imiennikiem z Wolenvain i obiecał mi, że znajdzie ci najbieglejszych medyków, jakich będzie w stanie. Twoje rany się zagoją, zobaczysz – zapewnił, całkowicie wierząc w swoje słowa.

Wyruszyli, co ciekawe, wieczorem. Grupa złożona kilku słuchaczy, kapłana świątynnego, trzech paladynów, Ropnia i dwóch pomniejszych kupców na swoich wozach poruszała się niezmiernie powoli. Dla kaleki nie robiło to jednak żadnej różnicy. Świat, jaki zobaczył za murami zamku, olśniewał, ale wydawał się też znajomy. Czuł się jak więzień wypuszczony z ciemnicy, nie zaś osoba, która widzi krajobraz Traktu Iquańskiego po raz pierwszy. Nie wiedział jednak, że do Wolenvain nie będzie dane mu dotrzeć.

//Ropniu – napisz sobie posta, gdzie w dowolny sposób odnosisz się do powyższego i daj sobie z/t.
Awatar użytkownika
Ropień
Posty: 193
Rejestracja: 20 paź 2013, 15:26
Lokalizacja postaci: Lwi Bród
GG: 6550057
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2770

03 maja 2015, 16:59

Ropień skłonił się lekko, nie ukrywając zawodu. Miał nadzieję dowiedzieć się czegoś o tym, kim był. Każdy kimś był. A on nie wiedział nic o sobie. Jego świat ograniczał się do murów Dunriku. Jednak nadzieja go nie opuszczała. Tonuryn zapewniał, że wszystko się ułoży. Może właśnie tak będzie? Może nawet taki żałosny kaleka jak Ropień znajdzie swoje miejsce na tym przepełnionym bólem świecie. Kapłan namawiał go do wiary w Lorven. Ale przecież on wierzył. Z całego serca. Chciał żyć zgodnie z przykazaniami bogini słońca, ale chciał też posiadać tożsamość. Chciał, żeby coś wypełniło pustkę, jaką ciągle czuł, a Lorven nie mogła tego zrobić.

Udał się za kapłanem, potykając przy tym kilka razy. Nie śmiał patrzyć w górę i osobiście zwracać się do Lorven. Wlepił wzrok w podłogę i z opuszczoną głową zmierzał ku ołtarzowi. Tam stanął i przysłuchał się pieśni modlitewnej i głębokiemu głosowi kapłana Tonuryna. Chciał dołączyć. Chciał śpiewać. Ale nie mógł. Wyrwano mu język. Ubolewał nad swoim ciałem.

Powoli coraz bardziej zaczęło go ciekawić, co jest poza światem, który poznał jako Ropień. Może tam, na zewnątrz ktoś wiedział, co się z nim stało i kim był przedtem? Kaleka mógł mieć tylko nadzieję, że ktoś taki naprawdę istniał. Ktoś, kto kiedyś pomógłby mu odnaleźć siebie.

Jakby na zawołanie, nazajutrz oznajmiono, że stał się częścią Świątyni Światła i został dyżurnym świątynnym. Zaraz potem Tonuryn dał mu znać, że wyjeżdża z Dunriku. Wszystko stało się tak szybko, że Ropień potrzebował dłuższej chwili, żeby to jakoś ułożyć. Jak to? Wyjeżdżał? Tak… po prostu? Odsyłano go do Wolenvain, czyli stolicy Autonomii? Tonuryn powiedział, że znajdą dla niego najbieglejszych medyków. Czy to oznaczało nadzieję na ozdrowienie? Ale… przecież nie mogą przywrócić mu oka ani języka. Mógł liczyć tylko na zasklepienie tych wciąż ropiejących ran.

Wyruszyli. Ropień zobaczył wieki świat. Zapamiętał historię jakiejś bestii. Ten świat tak wyglądał. Ale czy on go kiedykolwiek widział? Nie wiedział, chociaż czuł, że tak. Nie wydawał się czymś, co jego oko dostrzegło po raz pierwszy. Podążał leniwie za innymi, chłonąc na nowo otoczenie.

z/t

Wróć do „Autonomia Wolenvain”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 15 użytkowników online :: 3 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 12 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Aleksis Bentrum, Grynfa, Kerreos
Liczba postów: 52179
Liczba tematów: 2971
Liczba użytkowników: 1044
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Haarum Kebb
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.