Smolary

Najważniejszy obszar, na którym toczy się gra. Autonomia to zamieszkane głównie przez ludzi państwo podzielone na pięć prowincji ze stolicami w Wolenvain, Derinie, Morinhtarze, Minaloit i Aparilume. Czytaj więcej…

Moderator: MG

Awatar użytkownika
Sadrigal
Posty: 271
Rejestracja: 21 wrz. 2014, 20:22
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 23150683
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3060

Smolary

01 maja 2016, 00:28

Przy samym lesie, pokrywającym dolne partie Wichrowych Szczytów, piętnaście mil na północny wschód od Nalinu, znajdowała się mała, obskurna wioska - Smolary, osada, jak sama nazwa wskazuje smolarzy i drwali, utrzymujących się z handlu wycinanym tu drzewem i pozyskiwaną smołą, a także, w bardzo małych ilościach i ukradkiem, pokątnym handlu niskiej jakości miodem. Właściciel - Ragord Gonalor herbu Czarna Ręka, jeden z pomniejszych rycerzy, służących panu Virnhildowi Hilduunowi, bardzo rzadko tu się pokazywał - nieco częściej przysyłał poborcę, aby pobrać należne sobie dary natury. Nic dziwnego, jako że wioska była zapadłą, brzydką dziurą, jakich mało.

Jedyna droga, do niej prowadząca, wiodła na południe, w bardziej cywilizowane rejony, a i ona była koszmarnej jakości - nierówna, przez większość roku pokryta grubą warstwą błota i okazjonalnie nieprzejezdna. Wozy kupieckie, które z rzadka zapuszczały się aż tu, bardzo często miały problem z dotarciem. Wzdłuż tej wyjątkowo niskiej jakości nici, coraz bardziej niknącej ku końcowi daleko i szeroko rozrzuconych zabudowań, łączącej Smolary z bardziej cywilizowaną częścią świata, skupiły się brudne, małe, krzywe, w całości z bardzo topornie obrobionego drewna domki, tkwiąc jak krzywe zęby po obu jej stronach. Co poniektóre wyglądały odrobinę lepiej od pozostałych - prawdopodobnie były to sadyby tych, których domeną były smętne próby uprawiania wykarczowanej przez drwali ziemi.


Łącznie domków było jedenaście, a liczbę ludności możnaby szacować, łącznie z kobietami, dziećmi i nielicznymi starymi, na siedemdziesiąt osób - wioska była więc zaskakująco duża, jak na tak smętną, zabitą dechami dziurę bez perspektyw. Nie było tu karczmy ani niczego, co spełniałoby podobną rolę - mieszkańcy to lud mrukliwy, ponury i nieskory do rozmowy. Sołtysował wsi najbardziej doświadczony i utytułowany z drwali - czarnobrody Pograzd.

[/oldsize]
Obecnie w tej lokacji znajdują się:
Kewc.
Awatar użytkownika
Sadrigal
Posty: 271
Rejestracja: 21 wrz. 2014, 20:22
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 23150683
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3060

01 maja 2016, 00:50

MG:

Niecałe cztery dni zajęło Kewcowi dotarcie na miejsce, do wioski smolarzy, którą minął, udając się w gęsty, górski las. Stracił grupę orków z oczu już na początku, kiedy powrócił do swojego obozowiska, i nie odzyskał już kontaktu z nią aż do momentu, w którym wreszcie dotarł do wsi. Starał się podróżować szybko, jednak najwidoczniej prędkości, jakie rozwinął, nie mogły równać się z tymi, które były domeną wytrwałych, twardych górskich orków, maszerujących ku obranemu celowi. Widział jedynie ich ślady - dla niego, jako dla łowcy, były one poniekąd oczywiste, jednak był zaskoczony tym, jak dyskretnie orkowie poruszały się po lesie. Zdał sobie sprawę, że byli oni ludem łowczym, koczowniczym - prawdopodobnie utrzymującym się z polowania w tych lasach. Ślady, jakie zostawiali po sobie, i droga ich przejścia była jednak dla Kewca możliwa do odnalezienia i mógł spokojnie podążać za grupą. Martwiło go to, w końcu to, że dotrze na miejsce po orkach, mogło oznaczać najgorsze - wiedział jednak, że po opóźnieniu, jakie miał na starcie, nie mógł raczej liczyć na to, żeby grupę dogonić.

Trzy i pół dnia po rozpoczęciu pościgu, po morderczym marszu przez gęsty las, Kewc dotarł wreszcie na miejsce. Był ranek, słońce wzeszło około trzech godzin temu, i, wychodząc wreszcie na pierwszą niepokrytą drzewami powierzchnię, jaką widział od ponad dwóch dni, Kewc odetchnął z ulgą. Karczowisko, na które wyszedł, mówiło mu, że wioska była już bardzo blisko. Nie wiedział jednak, co stało się ani z grupą orków, ani z mieszkańcami wsi.

Chwilę potem zobaczył z daleka pierwsze budynki - i już z tej odległości rzuciły mu się w oczy oznaki czegoś nietypowego i niepokojącego. Pomiędzy drewnianymi barakami, dwoma, położonymi dość daleko od siebie, stała grupa mężczyzn - około dziesięciu osób, masywnych, postawnych figur, rozmawiających i gestykulujących. Niedaleko, w dalszej odległości od Kewca, mniejsze i w oczywisty sposób młodsze figury zajęte były jakimiś czynnościami - nie potrafił z tej odległości stwierdzić, jakie były to czynności. Kamień spadł mu z serca - wieś stała, nie przybył za późno! Podszedłszy bliżej, mógł dokładniej ocenić sytuację. Kiedy uwaga rozmawiających zwróciła się ku niemu, zauważywszy nadchodzącego nieznajomego, Kewc na sobie ich wrogą uwagę. Teraz widział, że prawie trzecia część tych ludzi była ranna - obwiązana szmatami na ramionach, nogach i barkach tam, gdzie otrzymali ciosy. Od kogo, Kewc się domyślał. Z tej odległości mógł też zobaczyć, cóż takiego nieśli młodsi mieszkańcy wsi, w dali.

Ciała.

- Czego? - przywitał łowcę warknięciem najbliższy mu mieszkaniec, potężny, zwalisty, umięśniony mężczyzna z wyjątkowo imponującą, czarną brodą. Podpierał się na wielkim, drwalskim toporze, i nie sprawiał wrażenia zadowolonego z widoku nieznajomego. Uwaga pozostałych także zawisła nad Kewcem, ciężka, nieprzyjazna i niemalże namacalna. Nie byli w dobrym humorze.

Awatar użytkownika
Kewc
Posty: 100
Rejestracja: 27 paź. 2014, 15:42
Lokalizacja postaci: Smolary
GG: 48465527
Karta Postaci: viewtopic.php?p=50548#50548

02 maja 2016, 00:45

Kewc był wykończony marszem, cztery dni marszu przez gęsty las. Cztery dni poruszania się za grupą orków która z oszałamiająca przędnością pokonywała góry. Poruszali się straszliwie szybko a mimo tego, co zaskoczyło łowce niezmiernie orkowie się nie zostawiali wielu śladów. Gdyby nie był łowca, naprawdę obeznanym w tropieniu było by mu o wiele trudniej. Nie możliwym dla niego było wyprzedzenie ich mógł tylko maszerować najszybciej jak mógł. W końcu był na miejscu, słońce było na nieboskłonie już od 3 godzin. Szedł teraz karczowiskiem, wioska musiał być niedaleko. Jeszcze tylko chwila.

W końcu zobaczył ją, była cala ale coś było wyraźnie nie tak. Między dwoma barakami stała grupa mężczyzn, rosłych i silnych. W oddali znajdowały się osoby o pośledniejszej figurze, wykonywały nie znane Kewcowi czynności. Dzieliła ich zbyt duża odległość by mógł stwierdzić co robią. Był wielce szczęśliwy że wieś ocalała. Ruszył bliżej wsi. Chciał ocenić lepiej sytuację.

Gdy był bliżej, ludzie w wiosce zauważyli go. Patrzyli się na niego wrogo, nic dziwnego, nie byli pewni czy jest przyjacielem, czy wrogiem. Nieznany nikomu uzbrojony typ wyszedł z lasu. Gdy podszedł bliżej zrozumiał ich niepokój. Jedna trzecia z tych ludzi była ranna, -Czyli rozegrała się tu bitwa.- pomyślał łowca. Wtedy dotarło do niego jaką pracą byli zajęci młodsi. Zobaczył że nieśli ciała. Wiele ciał. Kewc posmutniał. Zdał sobie sprawę z tego ze przybył za późno. Był przerażony ilością krwi jaka widział. Czół że jego podróż odbyła się na marne, ostatecznie nie zmienił nic. Ale mógł zmienić. Teraz mógł przynajmniej pomóc mieszkańcom. Choćby odrobinę, byle tylko nie stać z boku. Ci ludzie nie byli dla niego nikim specjalnym, lecz tylko tak jego wędrówka miała sens. Czół że powinien pomóc, tak po prostu. Nie pozwolić by inny człowiek cierpiał.
Był przerażony ciałami. Zadawał sobie pytania w myślach czy to jego wina. Może gdyby wyruszył od razu. Tylko czy miał szansę dorównać w marszu orkom. Czy był tak szybki jak oni. Poruszanie się przed nimi niosło też szansę wykrycia. Tak samo by było gdyby miał ich w zasięgu wzroku. Nie chciał o tym teraz myśleć. Teraz konieczne było działanie.

Przywitał go najbliższy mu mieszkaniec z wielką czarną brodą warkliwie pytając czego tu szuka.
Kewc powiedział tylko bezładnie - Chcę pomóc. Widziałem orków. Kiedy tu przybyli? Po prostu chce pomóc. Co mogę zrobić? - jego słowa nie miały składni. Po prostu wypowiedział swoje myśli wykończony marszem. Jego rozmówca bynajmniej nie był w najlepszym humorze. Wszyscy mieszkańcy skupili na nim wzrok, poczuł się jak osaczone zwierze. Jeśli ci postanowili by go tu zamordować było by po nim, mało tego mogli uznać że w jakiś sposób jest winny odbytej tu bitwie.
Awatar użytkownika
Sadrigal
Posty: 271
Rejestracja: 21 wrz. 2014, 20:22
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 23150683
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3060

05 lip. 2016, 15:31

MG:

Po długiej chwili, podczas której Kewc wił się pod niechętnymi spojrzeniami, czarnobrody wskazał brudnym, uwalonym błotem i zaschniętą krwią paluchem na ludzi noszących ciała w oddali. Na jego twarzy pojawił się przelotny grymas i wykonał ruch, jakby chciał sięgnąć drugą ręką do opatrunku na boku, jednak powstrzymał się. Wskazujący palec, na który na początku patrzył Kewc, nie drżał w ogóle, co z jakiejś przyczyny zarejestrował - być może szukał nieświadomie czegoś, co odciągnęłoby jego uwagę od tej bitwy, której zdarzenie się postrzegał podświadomie jako własną porażkę. Oprócz tego, patrząc na krew na palcu i na opatrunku czarnobrodego, Kewc zorientował się, że był głodny jak wilk - dawno nie brał nic do ust, i ślina zaczęła mu cieknąć do ust, a wargi niemalże odsłoniły kły. Opanował się po sekundzie i powiódł wzrokiem w stronę, wskazywaną przez palec - na ciała i trudzących się ich noszeniem innych mieszkańców wsi.

- Pomóż im. Pomówimy później - powiedział drwal głębokim, basowym głosem, kończąc tym samym krótką rozmowę. Po chwili Kewc znalazł się pośród noszących, na pokrytym błotem i krwią pobojowisku. Dołączył do nich - mimo głodu i zmęczenia miał jeszcze na tyle dużo sił, żeby pomagać sprawnie. Znoszone były obecnie ciała orków - porozrzucane jak szmaciane lalki po całym obszarze wsi, brudząc krwią kępki traw czy barwiąc błoto na szkarłat krwią z bardzo poważnych, zadanych toporami ran.

Zanim dołączył do pracy, a potem i podczas niej, Kewc był atakowany pytaniami - co tu robi, skąd się tu wziął, kim jest, dlaczego im pomaga. Kiedy już kilka razy mniej lub bardziej wyczerpująco odpowiedział na te pytania, przestano go męczyć.

Jedne zwłoki po drugich, Kewc wlókł ciała po ziemi obok kopanego na nie dołu kilkanaście minut ciężkiej drogi za wioską, i chcąc niechcąc napatrzył się na nie. Z ciemnozielonymi, skórzastymi twarzami powykrzywianymi w grymasy, z wydatnymi kłami, pokryci sprawionymi, wysłużonymi długim zużyciem, a teraz zakrwawionymi i ubłoconymi, zszytymi grubymi nićmi z jelit ubraniami ze skóry jeleni i łosi, martwi orkowie nie wydawali się dla Kewca straszni - bardziej straszne były rany, jakie na ich ciałach widział, odsłonięte wnętrzności, połamane kości i zgruchotane czaszki. Czymś innym był taki widok w przypadku oprawionego zwierzęcia, a czymś innym jednak istota humanoidalna, dwunożna, i Kewcowi trudno było powstrzymać drżenie rąk.

Zaskakująco dużo było pośród ciał zwłok kobiecych, a inną rzeczą, na jaką Kewc zwrócił uwagę, było to, że pośród zwłok męskich nie było właściwie mężczyzn w kwiecie wieku - byli to albo młodzi, na ile mógł wnioskować, albo mocno już podstarzali przedstawiciele rasy orków. Podobnie sprawa się miała w kwestii kobiet. W kilku przypadkach przy rozrąbanych zwłokach orków można było znaleźć także zwłoki psów czy wilków, czegoś pomiędzy - potężnych bestii o dość długim, szaro-czarnym futrze, potężnych kłach i jasnoniebieskich oczach. Porozrzucane wszędzie były bronie, jakimi posługiwali się napastnicy: kompozytowe łuki, strzały o żelaznych, wysłużonych grotach, włócznie i prymitywne topory, większość o żelaznych ostrzach, ale niektóre w dalszym ciągu miały kamienne. Przy włóczniach leżały nierzadko przyrządy, które, jak Kewc podejrzewał, miały zwiększyć zasięg i siłę rzutu - funkcjonujące jako przedłużenie ramienia miotacze.

Widział zakończone życia, i robiło to na nim wielkie wrażenie. Niemal każdy ork miał przy sobie czy na sobie coś, co musiało być dla niego ważne - naszyjniki z wilczych kłów, dobrze wykonane, zdobione wszywkami i frędzlami ubrania z miękkich skór sarn, fetysze z odciętych palców i kości, zarówno ludzkich, jak i orkowych, wyrafinowane tatuaże, nierzadko pokrywające dużą część ciała, ozdoby z piór drapieżnych ptaków, ubłocone, zaplątane we włosy, wysłużone bronie, kościane, rzeźbione zapięcia. Nie mógł pojąć, co skłoniło ich wszystkich do tego ataku, i, wbrew sobie, zaczął ich żałować. Jakiś dziki, wewnętrzny głos mówił mu jednak, że taki jest los słabych, że przetrwają wyłącznie silni, że nie powinien zawracać sobie uwagi ofiarami. Ten sam głos, ten sam popęd, który sprawił, że chciał obnażyć zęby podczas konfrontacji z czarnobrodym drwalem. Zaczął się łapać na innym patrzeniu na zwłoki w miarę pracy - jak na mięso, a był głodny. Poczuł obrzydzenie do samego siebie i odpędził te myśli szybko, wpychając je w najgłębsze zakamarki swojego umysłu.

Orkowie byli masywni i ciężcy, wleczenie ich ciał nie było proste, i praca, zakończona przysypaniem dołu ze zwłokami ziemią, zakończyła się dopiero po kilku godzinach. Wyczerpany Kewc został wówczas zaproszony przez jednego z młodych do domu, na posiłek - przed dalszymi pracami, przed pomocą w odbudowie jednego z domów, który spłonął w ataku, trzeba było się posilić. Jeden z mieszkańców wioski, który wcześniej pracował przy Kewcu, teraz, otrzymawszy zawiniątko z jedzeniem, ruszył w pieszą drogę - prawdopodobnie aby poinformować rycerza, siedzącego na wsi, o ataku. Wielu innych mieszkańców zajęło się przygotowaniami do pogrzebania swoich martwych - miało to nastąpić wieczorem, o zmierzchu, i we wsi zapanował nastrój jeszcze bardziej ponury od tego, jaki zwykle tu panował. W międzyczasie Kewc jadł szybko i dużo, zmęczony zarówno fizycznie, jak i psychicznie, zbyt dużą uwagę skupiając na jedzeniu, aby przejmować się spojrzeniami rzucanymi w jego kierunku. Gospodarz, który go zaprosił, otoczony gromadą dzieci i z żoną, który najwidoczniej nie poniósł dużych strat w ataku, patrzył na niego ze zmęczoną, mrukliwą sympatią - Kewc pracował dobrze, i pobierał właśnie za to nagrodę. Pewnie też i znalezienie miejsca na sen na klepisku nie byłoby tu problemem, myślał Kewc, dochodząc do wniosku, że drwale i smolarze, mimo bycia ludem włochatym i mrukliwym, byli także gościnni dla tych, na których się poznali.

- Powiedz - zagaił w końcu gospodar z - nie chciałbyś zostać we wsi jakiś czas? Pracy, szczególnie teraz, nie zabraknie, i chleba dla ciebie też by nie zabrakło. Przydałyby nam się sprawne ręce do roboty.

Awatar użytkownika
Kewc
Posty: 100
Rejestracja: 27 paź. 2014, 15:42
Lokalizacja postaci: Smolary
GG: 48465527
Karta Postaci: viewtopic.php?p=50548#50548

08 lip. 2016, 15:17

Po pytaniu Kewca nastała cisza, jego rozmówca o czarnej brodzie wskazał na ludzi noszących ciała. Łowca widział na jego twarzy grymas i lekki ruch ręką w stronę opatrunku, domyślał się że odniesione rany muszą go paskudnie boleć. Wzrok Kanethira skupił się na palcu którym pokazywał pobojowisko. Dostrzegł że paluch wcale nie drży, nie wiedział czemu się na tym skupił. Być może podświadomie nie chciał skupiać wzroku na pobojowisku. To że ta bitwa odbyła się tak a nie inaczej było tylko i wyłącznie jego winą. Gdyby był w stanie poruszać się szybciej. Gdyby tylko mu się udało mógłby oszczędzić tyle żyć.
Kewca przeraziło natomiast coś innego potwornego w jego zachowaniu, patrząc na krew na zorientował się że jest głodny niczym wilk. Nie jadł tak dawno że zaczął się ślinić, jego zęby lekko wyszczerzyły się. Było to niepokojące ewidentnie tak długi czas z dala od ludzi sprawił że coraz więcej z zwierzęcia było w łowcy. Opanował się szybko i przyjrzał wieśniakom którzy nosili ciała. Wszędzie były korpusy. Widok był iście makabryczny. Najgorsze było jednak to co pomyślał wcześniej. Naprawdę na widok krwi czół głód. Może mieszkańcy jego wioski mieli rację, czyżby naprawdę stawał się potworem.
Drwal zakończył rozmowę nakazując pomóc mieszkańcom których wskazywał. Nim minęła chwila mimo wyczerpania i zwierzęcego głodu starał się pomagać w miarę efektywnie. Pobojowisko było pełne błota i krwi.W tym momencie to ciała orków były zbierane z całej wsi. Wszędzie rozlana była ich krew, cała okolica przybrała upiorne czerwone barwy od wylanej posoki. Jak sugerowały rany, ciosy orkom zadano toporami. Uszkodzenia były paskudne.
Jeszcze zanim zaczął pomagać wieśniakom został dokładnie wypytany. Odpowiadał zgodnie z prawdą będąc zbyt przybitym by kłamać.
Co tu robi? ... Ruszył za orkami których zauważył w górach spodziewając się że tu dotrą. Chciał ostrzec niestety nie zdążył.
Skąd się to wziął? ... Maszerował kilka dni w ślad za spotkaną grupą orków bez snu.
Kim jest? ... Kanetir, myśliwy, wędrowiec, syn Narinai i Bilina
Dlaczego im pomaga? ... Bo tak trzeba, bo też są ludźmi. Bo takiej moralności nauczyła go matka by pomagać bliźnim.
Podczas pracy jeszcze wielokrotnie musiał powtarzać to samo czasem wspominając więcej jeszcze szczegółów. Tymczasem przez jego ręce przechodziły kolejne zwłoki. Trafiały do dołu za wioską, jedne po drugich. Plemię orków znikało w ziemistym dole. Nosząc patrzył na ich twarze o kolorze ciemnej zieleni. Na ich stroje, na to co mieli przy sobie. Na ich ekwipunek. I tak przez kilkanaście minut podczas drogi do dołu. Chwilę potem powrót, staranie się patrzeć na coś innego poza pobojowiskiem i znowu patrzenie na ciała.
Po tym wszystkim orkowie nie wydawali mu się straszni, byli dziwnie ludzcy, nieludzkie natomiast były ich rany. Wnętrzności wyzierały przez skórę w miejscach po paskudnych trafieniach, połamane kości wystające na zewnątrz czasem nawet odpadające od reszty ciała razem z kończyną. Pogruchotane czaszki przez które widać było czasem to co niegdyś było mózgiem.
Łowca nie raz patrzył na zwierzynę ale to nie było to samo. Miał teraz ochotę zapomnieć o tym wszystkim. Oprawiał zwierzęta ale to było co innego. Gdyby nie to że miał pusty żołądek pewnie zwymiotował by. Oni byli podobni do niego, wiedział też że byli rozumni. Choć gdy nad tym myślał zdał sobie sprawę że zwierzęta też czują. Też się boją. Nie chciał tego ale było mu teraz ich żal. Przeraził się tą myślą, bo gdyby to ludzie przegrali pewnie czułby się o wiele gorzej. Orkowie byli słabi i przegrali. Ale czy tak to miało być. Przez pewien moment zastanawiał się czy będzie w najbliższym czasie w stanie polować. Drżały mu ręce i to bardzo, nie był pewien czy to z głodu czy z wyczerpania czy z powodu tego co widział. Być może wszystko po trochu.
Wszędzie ogarniała go śmierć, każdy ork miał przy sobie coś ważnego dla niego. Coś z czym był związany, biżuteria, talizmany, stara broń, pamiątki, ozdoby, skaryfikacje i tatuaże. Zaskakująco dużo było tu kobiet, starców i młodzików. Mało było silnych orków w szczycie swoich możliwości. Łowca nie wiedział czemu zaatakowali. Sądził że mógł to być ostatni akt walki o przetrwanie. Że gdy stracili już wszystkich wojowników w walce z jakąś siłą nie mieli jak przetrwać zimy. Nadeszło przedwiośnie a zapasy kurczyły się. W końcu postanowili pewnie napaść na wioskę albo umrzeć próbując. Wybrali walkę o swoje życie, przegrali ją. Być może gdyby poczekali odpowiednio długo potoczyło by się to inaczej. Przez myśl przeszło łowcy przeszukać okoliczne lasy w poszukiwaniu niedobitków. Może któryś z nich zdezerterował. Zdał sobie jednak sprawę że nic to nie da, nawet jeśli jest sam to nie ma najmniejszych szans nawet gdyby spróbował atakować. Słabi przegrali, silni będą żyć dalej powtarzał mu głos w myślach jakby komentując jego litowanie się nad orkami. Złapał się na innym patrzeniu na zwłoki, teraz było to mięso. Duża liczba mięsa bardzo duża. Przestawały być to osoby a było mięso. A był bardzo bardzo głodny. Odrzucił jednak te myśli jak najdalej, czym by się stał gdyby posunął się do czegoś takiego. Zwierzęciem? Byłby czym czym nazwali go mieszkańcy jego rodzinnej wioski, potworem. Obok ciał orków były zwłoki ich zwierząt, psów, wilków, czegoś między jednym i drugim. Te zaś sprawiały że rozpalał się w nim głód. Z drugiej strony żałował nieco że wszystkie ich zwierzęta zostały uśmiercone. na samotnych polowaniach przydał by mu się towarzysz. Zauważył też przy ich ciałach dużo broni. Jego uwagę najbardziej przykuły kompozytowe łuki. Było to coś o wiele bardziej złożonego niż to co on posiadał, zastanowił się czy nie uda mu się zdobyć jednego z nich. Było też tam bardzo wiele strzał o grotach które nosiły ślady bardzo częstego używania. To co przeszkadzało łowcy w zabraniu tej broni byli inni ludzie jak i świadomość że to nie on ich pokonał i ich broń nie ma najmniejszego prawa do niego należeć. Ale gdyby za pracę ktoś by mu ją oferował. Może gdyby pomógł w wiosce dostałby jeden ze zdobycznych łuków i kilka strzał. Inną interesującą dla łowcy bronią było to co znajdowało się przy włóczniach. Miało to zapewne zwiększyć precyzję i zasięg miotania. Przypomniało mu się że kiedyś jego mistrz opowiadał o podobnej broni której używano bardzo dawno temu. Zastanowiło go czy nie było by głupim pomysłem zbudować coś podobnego. Jego moc powinna wystarczyć by stworzyć amunicję jak i samo urządzenie. Przez jego umysł przeszedł też pomysł czy nie udało by się mu stworzenie czegoś podobnego do kompozytowego łuku orków przy pomocy jego mocy.

Praca była ciężka i trwała kilka godzin, transport trucheł orków wymagał bardzo dużo siły. Ich ciała miały naprawdę potężną budowę. Dół przysypano. Łowca padał ze zmęczenia i usiadł obok dołu by dać odpocząć nogom. Jeden z młodych z którymi pracował zaprosił go do domu na posiłek. Jeden z domów spłonął trzeba było go odbudować, przed tym należało się posilić. Reszta zbierała się do grzebania swych bliskich. Kaszy natomiast korzystając z zaproszenia jadł bardo zachłannie. Był wygłodniały jak wilk, jadł i jadł. Mężczyzna który go zaprosił skupiał na nim wzrok ale to nie przeszkadzało łowcy ani odrobinę. Był zbyt zajęty jedzeniem i widział w tym spojrzeniu sympatię. Łowcę w tym czasie obchodziła głównie strawa. Jego żołądek po całym tym marszu wołał o pomstę. Teraz gdy się zapełniał Kanethir czuł się się błogo. Wiedział jednak że nie może przesadzić z jedzeniem. jego nieprzygotowany żołądek był teraz gotowy zwrócić wszystko jeśli dalej postępował by tak nierozważnie. Jadł łapczywie ale pilnował się w miarę sił by nie jeść zbyt szybko. Nie wiedział nawet czy gdy zwróci jedzenie dostanie kolejną porcję a zjadając to co zwrócił byłby skończony w oczach tutejszych ludzi. Łowca pomyślał że i znalezienie tu miejsca do spania nie powinno być problemem. Tutejsi ludzie mimo że byli nieprzyjaznym ludem to byli nad wyraz gościnni dla przyjaciół.
W pewnym momencie padła padła propozycja by został na miejscy w zamian za jedzenie. Kewc był doprawdy szczęśliwy. Po tym co przeżył jedyne czego chciał to ciepła miska. Praca nie ważne jaka była by dla niego znośna. No i poćwiczył by mięśnie. Tu w górach było też nadto miejsca do ćwiczenia strzelania. A w sprawie zapłaty to miał już pomysł. Gdyby w zamian tylko dostał zdobyczny sprzęt mógłby robić naprawdę wiele. No i jedzenie, jedzenie i sprzęt a mogli by go posłać nawet do gnojowników. Łowca natychmiast przystanął na propozycję i zapytał natychmiast co miałby robić. Wspomniał też że jako zapłatę starczy mu jedzenie i jakby byli na tyle łaskawi wyposażenie po orkach.
Ostatnio zmieniony 24 wrz. 2017, 01:51 przez Kewc, łącznie zmieniany 1 raz.
Awatar użytkownika
Sadrigal
Posty: 271
Rejestracja: 21 wrz. 2014, 20:22
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 23150683
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3060

Mind Your Walk

23 sie. 2016, 17:10

MG:

Nie było Kewcowi dane odpocząć i popracować zbyt długo. Już następnego dnia, kiedy tylko wzeszło słońce, do wsi zawitał bojowo wyglądający człowiek, owinięty w bury płaszcz, spod którego wystawało mieczysko i migała skórzana zbroica. Głowę zdobiła mu równie skórzana czapa, mokra od siąpiącego deszczu i błyszcząca jak łysina. Ów to człowiek wszedł do domostwa Pograzda, srogiego sołtysa, i wyszedł z niego po kilkunastu minutach, kroki swe kierując prosto do sioła, w którym tymczasowe schronienie znalazł Kewc. Zażądał rozmowy w cztery oczy z łowcą i, kiedy mieszkańcy chaty ewakuowali się w podskokach, usadowił się na tyle wygodnie, na ile mógł, na koślawym taborecie naprzeciwko Kanetira. W krótkich, zwięzłych słowach przedstawił się jako Kromodwoj z rodu Talbosta, wasal pana Ragorda z rodu Gonalora, jeden z ludzi odpowiedzialnych za bezpieczeństwo na tym terenie.

Kromodwoj wypytał Kanetira dokładnie o wszystko, co zaszło w ciągu ostatnich czterech dni, o to, co doprowadziło do ataku orków na wioskę, i kilkakrotnie podrapał się w głowę z niedowierzaniem wymalowanym na twarzy; widać było, że czegoś tu nie rozumiał, że coś w tym ataku się nie zgadzało z typowymi przykładami orczej agresji, jakich czarnowłosy, czarnooki, ostronosy, wąsaty, pobliźniony i pobrużdżony Kromodwoj z pewnością był już świadkiem. Kiedy wypytywanie zaspanego Kewca doszło do samych orków - symboli, jakie nosiły, tego, jak wyglądały po ataku i kiedy widział je kilka dni przed nim, tu niedowierzanie i zdziwienie osiągnęło apogeum, a młody łowca miał okazję uświadczyć zmieniające się jak w kalejdoskopie wyrazy twarzy nadgryzionego zębem czasu wojownika, wszystkie świadczące o zafrasowaniu i głębokim zastanowieniu. Kanetir mógł wręcz sobie wyobrazić myśli, jedna za drugą i za trzecią krążące po umyśle Kromodwoja, zderzające się nawzajem i prowadzące do wniosków, których pasowany pan najwyraźniej nie mógł zdzierżyć.

Wreszcie wyglądało na to, że mimo niezrozumienia, wojownik doszedł do jakiegoś konsensusu ze sobą. - Idziesz ze mną - powiedział w stronę Kewca, nie mówiąc mu niczego innego, i, zeżarłwszy łapczywie resztkę chleba, zostawioną przez któregoś mieszkańca chaty przy legowisku na podkurek, wyszedł z chaty. Kewcowi nie pozostało nic innego, jak tylko podążyć za nim, rozczarowany z powodu ponownego wyciągnięcia na słotę, deszcz, błoto i mróz, ale też i nieco podekscytowany - oto najwidoczniej miał być częścią czegoś, chociaż małomówny Kromodwoj nie miał najwidoczniej najmniejszego zamiaru poinformowania go, czegóż to.

Wyruszyli oczywistymi, trudnymi wręcz do przeoczenia śladami orków. Niemal trzydziestoosobowa grupa, idąc przez gęsty, dziki las u podnóży Wichrowych Szczytów, zawsze zostawi za sobą aż nadto śladów, wystarczających do podążania za nią. Droga była prosta, po poszerzonych grubymi podeszwami leśnych ścieżynkach, przy brzegach wezbranych strumieni, w których roiło się od ryb, przez szlak, wytyczony okazjonalną złamaną gałęzią, dobrze zachowanymi odciskami butów w błocie, drobnymi przedmiotami codziennego użytku, upuszczonymi najwidoczniej przez grupę i wdeptanymi w błoto. Kromodwoj zatrzymywał się od czasu do czasu, aby uważniej i dłużej przyjrzeć się pozostawionym przez orków śladom, i nic, co zauważył, nie kłóciło się najwyraźniej z tym, co powiedział mu Kewc. Kilkakrotnie zaczął kląć, patrząc w zadumie na jakiś wyszywany, kolorowy kawałek tkaniny czy szmatę, zagubione przez orków na ziemi, czy też drewnianą, misternie rzeżbioną figurkę. Mimo tego, że podążanie za tropem okazywało się łatwe, między innymi dzięki temu, że Kewc dobrze orientował się w terenie i w kierunku, z którego przybyli orkowie, wydawał się zaniepokojony.

Drugiego dnia podążania za tropem trafili na innego człowieka, pierwszego, jakiego od opuszczenia wsi widział Kewc. Napotkany i woj, który prowadził Kewca śladami orków, odziani byli w identyczne bure płaszcze, i było oczywiste, że się znali. Zamienili wszystkiego pięć słów. - Pośpiech? - rzucił napotkany, na co Kromodwoj strzyknął śliną przez zęby z ponurym wyrazem twarzy i kiwnął głową. - Podwajamy - kontynuował nieznajomy, na co towarzysz Kewca odpowiedział: - Będą tam. Inni.

Najwyraźniej wszystko zostało wyjaśnione, bo nieznajomy zszedł z orczego śladu i zniknął w lesie. Przez następne dwa dni najbardziej ekscytującą rzeczą, jaka spotkała Kewca i Kromodwoja, było odnalezienie miejsca, w którym Kewc zoczył orków po raz pierwszy, i zaczął opowiadać o tym wojownikowi, wskazując dokładnie miejsce, w którym przechodzili, i miejsce, w którym sam się przed nimi ukrył.

Kromodwoj był towarzyszem małomównym i skrytym, jednak Kewc dużo się nauczył od niego podczas tej podróży. Zwracał uwagę na wszystko, co mogło mieć jakiekolwiek znaczenie, widział każdy ślad, pochylał się nad każdym tropem, i mimo że nie zezwalał na polowania ani na rozpalanie ogniska, Kewc widział, że łowcą byłby wprawnym i las znał dobrze. Żywili się prowiantem, który Kromodwoj zabrał ze sobą, i już po kilku dniach Kewcowi zaczął się przykrzyć smak suszonego, solonego mięsa, ryb i czerstwego czarnego chleba, zapijanego winem tak rozwodnionym, że właściwie już wodą. Mimo milczącego nastawienia Kewc czuł jednak, że pan z rodu Talbosta czuje do niego niejaką sympatię, wyrażaną głównie poprzez szczodre dzielenie się jadłem.

Czwartego dnia znaleźli się na polanie, i wojownik niemalże od razu zwrócił uwagę Kewca na coś, co widać było ponad koronami drzew, ledwie już dostrzegalnym, ale jednak obecnym - grubą wstęgę dymu w dali. Wzmożyli tempo i zwiększyli ostrożność; Kewc myślał, że wiele wie o cichym sunięciu przez las, tak, aby pozostać niedostrzeżonym, ale Kromodwoj pokazał mu, że była to nieprawda. Mimo obciążenia w postaci skórzanej zbroicy i szerokiego płaszcza woj poruszał się jak duch, nie łamiąc ani gałązki, a miecz, który dodatkowo owinął w szmaty, tak jak i on sam nie wydawał prawie żadnego dźwięku. Kilkakrotnie, dopóki Kewc nie złapał i nie zaczął naśladować doświadczonego wojownika w każdym szczególe, Kromodwoj zwrócił mu uwagę w cichych, krótkich, żołnierskich i dobrze dobranych słowach, poprzez które Kewc dowiedział się kilku niepochlebnych rzeczy o swojej genealogii i profesji, którymi parali się jego przodkowie w linii żeńskiej. Co jakiś czas Kromodwoj polizywał palec i unosił go w górę, gdzie wiatr był silniejszy, aby zdeterminować, w którą stronę wiał. Szło teraz znacznie wolniej i dłużej, szli bowiem bez światła przez robiący się coraz ciemniejszy las, i wojownik zbaczał z drogi tak, aby zawsze iść pod wiatr, zachowując pełną ostrożność, nastrój, który udzielił się również Kewcowi. Nie potrwało długo, zanim usłyszeli pierwsze oznaki czyjejś obecności w lesie. Głosy w oddali, dźwięki życia, zapachy, jakie docierały do nich z wiatrem - wszystko to świadczyło o tym, że w pobliżu znajdował się obóz. Świadomość tego nie wystarczyła jednak Kromodwojowi - zdeterminowany był najwidoczniej podejść do obozu i rozejrzeć się, zdobywając jak najwięcej informacji o intruzach na ziemi jego pana.

Zapadała już noc, ale ognie, którymi rozświetlony był obóz, zwabiały dwójkę zwiadowców do siebie niczym ćmy do pochodni. Kromodwoj poruszał się niezwykle powoli, sprawdzając wiatr co chwilę i bardzo uważając na to, żeby podeszli do obozu pod wiatr; Kewc nie wiedział, dlaczego, dopóki nie podeszli na tyle blisko, żeby mógł zobaczyć wielkie, pokryte grubą, czarną sierścią psy, wyglądające niemalże jak wilki, na widok których ciarki przeszły mu po plecach. Psy były jednak tylko szczegółem w jednym, wielkim spektaklu, którym na tę chwilę był obóz. Kewc i Kromodwoj znaleźli miejsce obserwacyjne na jednym z drzew, otaczających polanę, na której rozłożone były namioty i prowizoryczne drewniane budynki orkowego obozu, i stamtąd obserwowali uważnie widok z rodzaju takich, których Kewc nigdy nie spodziewał się uświadczyć w swoim życiu.

Księżyc był w pełni, wyjątkowo jasny i niezasłonięty chmurami, i zwiadowcy prawdopodobnie nie potrzebowaliby pochodni, aby widzieć to, co się działo. Kewc nie wiedział, na czym skupić wzrok - frenetyczne szaleństwo, panujące w środku obozu, przekraczało wszystko, co widział do tej pory, i starał się wchłonąć cały widok naraz - impregnowane smołą, barwione kolorowo, zdobione wiosennymi kwiatami skórzane namioty, tworzące większość orkowego obozu, drewniane, mistrzowsko wykonane, misterne rzeźby przedstawiające najwyraźniej straszliwych, orczych bogów, naturalnej wielkości - ponad dwumetrowe, po jednym na północy, południu, wschodzie i zachodzie, zwrócone ku zewnętrzu, wielkie ognisko, z którego buchały w niebo kłęby dymu, usytuowane dookoła ogniska cztery olbrzymie, obite skórą, drewniane, bogato zdobione wyrafinowaną sztuką snycerską bębny, przy każdym z których stał stary, obwieszony fetyszami, olbrzymi ork, oprócz fetyszy i przepaski biodrowej niemalże nagi, o wymalowanym w całości ciele, przedstawiającym sceny, których Kewc nie rozpoznawał, w wyjątkowo żywych kolorach, o przekłutych uszach, nosie i wargach, całkowicie bezwłosy. Kewc domyślał się, że byli to szamani; rytm, w jakim bili w bębny, szybki, zawrotny, obłędny, wprawiał go w oszołomienie, i nawet w takiej odległości od wszystkiego tego, co się działo, docierał do niego odurzający zapach ognia, ogłuszający wręcz przez zioła, które szamani wrzucali doń co chwila. Zioła te musiały być bardzo intensywne w działaniu; Kewc wiedział już, a raczej tylko podejrzewał, dlaczego Kromodwoj zdecydował się w ogóle na podejście do obozu tej nocy. Przy tak intensywnym zapachu psy nie miały szans na ich wyczucie, szczególnie pod wiatr.

Dookoła ognia, w trzech, koncentrycznych kręgach, wirujących w przeciwne strony, tańczyła najwyraźniej cała populacja obozu, przeszło osiemdziesięciu orków obu płci. Raptowny, urywany rytm wyznaczał kroki, jednak dawało się w nim odnaleźć pewnego rodzaju szaloną harmonię, szczególnie po spojrzeniu na dziki taniec, w którym, zapamiętane, zanurzone było całe orcze plemię. Zawroty głowy ogarniały Kewca od samego patrzenia - szaleńcze wirowanie w połączeniu z potężnym, basowym rytmem bębnów, zaśpiewami, krzykami, trzaskaniem i furkotem ognia i odurzającymi ziołami doń wrzucanymi stanowiło bardzo intensywną mieszankę. Zmusił się jednak do popatrzenia na tancerzy na dłuższą chwilę chociażby po to, aby móc ich później opisać. Tancerze, zarówno męscy, jak i żeńscy, byli właściwie nadzy, tak, jak szamani, odziani wyłącznie w przepaski biodrowe mimo chłodu nocy. Nie byli, jak szamani, poobwieszani fetyszami, jednak wszyscy byli tak intensywnie zdobieni, że równie dobrze dla Kewca mogliby być ubrani. Orcze kobiety, równie silne i masywne jak mężczyźni, nierzadko wyglądające nawet na silniejsze, pokryte były od stóp do głów malunkami, przedstawiającymi sceny, znaki, symbole, bogów i Eeskar jeden wie, co jeszcze, a krańce kunsztownie wykonanych obrazów na ich ciałach zamazywały się w błyskawicznym, harmonicznym, wijącym się ruchu. Mężczyźni nie byli malowani; ich ciała w znacznej części pokryte były ceremonialnymi bliznami - na ile Kewc mógł stwierdzić, tyle było ich więcej, o ile ork był starszym wojownikiem, i z dodatkiem okazjonalnych tatuaży tam, gdzie grube blizny nie pokrywały ich masywnych, umięśnionych ciał, wyglądali straszliwie, ale też i, co Kewcowi nie mieściło się w głowie, trochę majestatycznie, dziko, ale charakterystyczną, piękną dzikością natury. Zarówno mężczyźni, jak i kobiety mieli włosy zaplatane w wiele małych warkoczy, w które z kolei wplecione były kamienie, kawałki drewna, paciorki, muszle i wstęgi. Przyjrzawszy się temu wirowi koloru, ruchu, życia, szaleństwa i ekstazy, Kewc nie mógł już oderwać odeń wzroku, oszołomiony, ogłuszony wręcz intensywnością tego widoku.

Po wieczności bycia zamkniętym w tym szaleństwie przyszedł otrzeźwiający cios w bok głowy, i Kewc, z poczuciem krzywdy, odwrócił się, żeby zobaczyć, jak przez mgłę wpatrzoną w niego twarz Kromodwoja. - Wracamy - powiedział wojownik, i jął się bezszelestnego schodzenia z drzewa, na którym znaleźli swój punkt obserwacyjny.

Awatar użytkownika
Kewc
Posty: 100
Rejestracja: 27 paź. 2014, 15:42
Lokalizacja postaci: Smolary
GG: 48465527
Karta Postaci: viewtopic.php?p=50548#50548

10 wrz. 2016, 09:28

Łowca zamierzał odpocząć jeszcze kilka dni w wiosce gdy już następnego dnia został zabrany na kolejną wyprawę, niejaki Kro­mo­dwoj z rodu Ta­l­bo­sta nakazał mu iść za sobą. Był wasalem pana tutejszych ziem, człowiek odpowiedzialny za tutejsze bezpieczeństwo. Gdy tylko się zjawił wypytał łowce o wszystko co wydarzyło się w ciągu ostatnich dni. Wyruszenie było niespodziewane i mimo że Kewc czół się nieco podekscytowany możliwością pomocy i udziału w czymś większym to jednak pragnął trochę odpocząć, po ostatnim marszu był wykończony.
Ruszyli śladami grupy orków, biorąc pod uwagę ich liczebność nie było to trudne. Drugiego dnia marszu spotkali jakiegoś znajomego Kromodwoja. Po ledwo kilku słowach ci rozstali się. Towarzysz łowcy bez małomówny ale Kewc wyczuwał z jego strony sympatię. Dzielił się z nim jedzeniem szczodrze. Nie pozwolił jednak na polowania, prawdopodobnie na tym terenie było to zakazane. Nie uśmiechało się to do końca łowcy jako że mógł zostać oskarżony o kłusownictwo. Sądził że w tych górach nikt nie będzie egzekwował takich praw może jednak się mylił. Było tez inne wytłumaczenie zakazu polowań. Po prostu Kromodwoj mógł nie chcieć tracić czasu.
Czwartego dnia na polanie towarzysz pokazał łowcy w oddali smugę dymu. Była ledwo widoczna ale gruba. Tempo ich marszu zwiększyło się i wzrosła też czujność. Kewc przekonał się że jego skradanie się nie było na najwyższym poziomie teraz pokazano mu że można to zrobić o wiele lepiej do tego Kromodwoj wykonał to w swojej zbrojnicy podczas gdy łowca był w szatach. Nauka była szybka a jego towarzysz nie obierał w słowach. Po niedługiej chwili oboje sunęli już cicho przez las.
Zapadał zmierzch a oni zbliżali się do obozu. Kewc mógł zobaczyć ich budownictwo ale nie to przyciągało teraz jego uwagę. To co widział to było istne szaleństwo. Nie miał pojęcia nawet co obserwować chłonął więc wszystko na raz starając się zapamiętać jak najwięcej. Nigdy wcześniej nie widział czegoś takiego. Zrozumiał tez czemu podeszli tak blisko, do ognia co chwila wrzucano zioła których zapach był tak mocny że nawet wyglądające jak wilki psy które widział już w wiosce na pobojowisku nie miały szans ich wyczuć w razie czego byli też ustawieni pod wiatr. Obraz był tak oszałamiający że chłopak stracił na chwilę poczucie rzeczywistości. Potrzebował uderzenia jego towarzysza by wyrwać się z wpływu tego co się przed nimi działo. Był po prostu ogłuszony intensywnością. Jego zmysły nie były przyzwyczajone do czegoś takiego.
Kromodwoj po ocuceniu Kewca z oszołomienia nakazał mu schodzić jak kazał tak postąpił łowca. Teraz dopiero doszło do niego jak niebezpiecznie by było gdyby tamci znaleźli ich trop. Musieli jak najszybciej opuścić ten teren zanim po tym szaleństwie orkowie znajdą w swojej okolicy ślady ich obecności. Wiedział nazbyt dobrze jak szybko zdolni są oni się poruszać.
Martwiła go jeszcze jedna rzecz gdzie teraz Kromodwoj go zaprowadzi. Szczerzę mówiąc łowca miał ochotę dowiedzieć się co właśnie widział. Nie był pewien ale coś mu mówiło że to dopiero początek. Chciał pomóc w ochronie ludzi co jednak spotka go jeśli wyda się że jest kłusownikiem. Nie chciał znaleźć się na szafocie. Cóż może jeśli pomoże uda mu się uzyskać odpuszczenie jego win. Zaintrygowany tym co się dzieje ruszył za zbrojnym starając się po drodze dowiedzieć się czego właśnie byli światkami i co to oznacza.
Awatar użytkownika
Sadrigal
Posty: 271
Rejestracja: 21 wrz. 2014, 20:22
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 23150683
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3060

I Will Follow Your Steps

16 wrz. 2016, 04:07

MG:

Ta noc była dla Kewca i Kromodwoja bezsenną. Widać było, że stary zbrojny chciał pokonać jak największy dystans od obozu orków, zanim nastał dzień - i Kewc zaczął to rozumieć, ba, wręcz samemu nadawać szybsze tempo, kiedy dotarło do niego, na co właściwie się ważyli. Orkowie, plemię górskie i leśne, biegłe w sztuce czytania śladów, polowaniu i tropieniu, trzymające psy - a oni podeszli bezpośrednio do ich obozu, i przez jakiś czas - Kewc dalej nie wiedział dokładnie, jaki - obserwowali. Teraz, już po czynie, wydało mu się to czynem godnym absolutnego szaleńca. Wyglądało jednak na to, że Kromodwoj wiedział coś, czego on nie wiedział.

Nie zatrzymywali się na długo; Kromodwoj raz zezwolił tylko na krótkie dwie godziny snu, po czym kontynuowali ucieczkę. Było bardzo prawdopodobnym, że ich ślady i zapach zostały dostrzeżone i że ich tropem szedł pościg; nie zwalniali więc tempa ani na moment, pokonując odległość z powrotem do Smolar niemal dwukrotnie szybciej niż drogę do orkowego obozu. Podczas szaleńczej, morderczo wyczerpującej drogi powrotnej Kewc ledwie mógł złapać tchu, żeby zapytać zbrojnego o cokolwiek, i ciekawość została wyparta przez wywołaną wycieńczeniem apatię.

Udało im się dotrzeć do Smolarów nieniepokojonymi, ku wielkiej i namacalnej uldze ich obu, i wyglądało na to, że orkowie porzucili pościg. Kewc runął na pierwsze klepisko, do którego go doprowadzono, zbyt wycieńczony na cokolwiek, i spał przez prawie pełny dzień. Kiedy się obudził, obok niego, opierając się plecami o ścianę, siedział Kromodwoj, zajadając bochen chleba ze smalcem. Poczęstował Kanetira i zaczął pytać. Chciał wiedzieć, czy orki, które widzieli, miały te same znaki i symbole, co te, co napadły na wieś, czy sprawiali wrażenie bycia z jednej grupy, jednego plemienia, czy bronie były podobne. Kiedy Kewc zgodnie z prawdą odpowiedział, że nie, że wyglądali jak zupełnie inna grupa, Kromodwoj pokiwał głową z cieniem uśmiechu na twarzy, tak, jakby się tego spodziewał. Na pytające spojrzenie Kewca odpowiedział w kilku słowach: ci, którzy napadli na Smolary, zostali wypędzeni z własnego terytorium przez orków, których obóz odwiedzili, i prawdopodobnie zdecydowana większość wypędzonego plemienia została wyrżnięta w trakcie. Ta resztka, która przetrwała konflikt, przepełniona wstydem - wszak przeżyli, kiedy kwiat ich plemienia został zniszczony - zgodnie z ich interpretacją orkowego kodeksu honorowego zdecydowała najwidoczniej umrzeć, walcząc przeciwko wrogowi ich całej rasy.

Na tym zakończyło się wyjaśnienie Kromodwoja, i zbrojny zniknął, niczego więcej nie mówiąc. Dopiero teraz przyszło Kanetirowi nieco zwolnić tempa w Smolarach - po ostatnich dniach stresu, napięcia i zagrożenia życia ciężka praca we wsi wydała mu się wręcz odpoczynkiem. Orcza historia, opowiedziana przy stawianych przed nim garncach miodu pitnego, rozniosła się po wsi i ogólnym konsensusem było, że rycerz Ragord, pan wsi, coś z nowym zagrożeniem zrobi - być może nawet sam Młody Lew, Virnhild Hilduun, przybędzie im na pomoc.

Póki co jednak życie wioski wróciło do normy. Praca tu nie była czymś bardzo łatwym, i Kewc często wracał pod dach zmęczony, zasypiający od razu po zwaleniu się na barłóg. Traktowano go jednak życzliwie, z biegiem czasu zaczynał coraz lepiej radzić sobie z wysiłkiem, jakiego od niego wymagano, i Kanetir zaczął częściej się uśmiechać w miarę tego, jak jego życie stawało się nieskomplikowane, prostsze niż kiedykolwiek. Najpierw z wycieńczenia, a potem z braku ochoty nie poświęcał wiele czasu na ćwiczenie swoich nadnaturalnych zdolności; miał inne rzeczy do roboty, złapał na przykład jedną z okolicznych młódek na posyłaniu mu powłóczystych spojrzeń, i rodził się w nim zamiar zrobienia czegoś z tym.

Dwukrotnie zdarzyło mu się wypuścić w las, niedaleko, w celu upolowania czegoś, na kilkudniowe wycieczki - i o ile tutaj, jak wiedział, nie mógł sobie pozwolić na upolowanie niczego większego, jako że lasy były pańskie, przynosił jednak z powrotem do wioski króliki, kuny, borsuki, lisy, kuropatwy, łyski, krzyżówki i gęsi. Czymś rzadkim były dla chłopów uczty na mięsie, nawet na śladowych jego ilościach, jakie zostały po podziale, byli więc wdzięczni Kewcowi za możliwość częstszego posmakowania specjału. Także i futra, lisie, borsucze i królicze, przyniosły Kewcowi kilka szylingów, które odłożył sobie na czarną godzinę. Przy okazji poznał całkiem nieźle teren, zaczynając coraz lepiej orientować się w lasach przy Wichrowych Szczytach i dodając najnowsze doświadczenia do wiedzy zdobytej przedtem, podczas swojego pobytu bardziej na północ. Życie stawało się dla niego coraz przyjemniejsze i niosło przed sobą mile perspektywy - codzienność Smolarów jeszcze nie zaczęła się młodzieńcowi nudzić, była wręcz odświeżająca, i coraz częściej zadawał sobie pytanie, czy by nie zostać tu na dłużej, szczególnie, że dziewka podobała mu się tym bardziej, im dłużej w noc o niej myślał i im więcej piwa i miodu wypił.

Mimo tego wszystkiego widmo orków i zagrożenia, jakie stanowili, wisiało mu nad głową i niepokoiło. Zaniedługo już zapewne pan Ragord poprowadzi wyprawę na ich obóz; musiał się więc cieszyć tymi spokojnymi chwilami, dopóki trwały.

Awatar użytkownika
Kewc
Posty: 100
Rejestracja: 27 paź. 2014, 15:42
Lokalizacja postaci: Smolary
GG: 48465527
Karta Postaci: viewtopic.php?p=50548#50548

20 wrz. 2016, 23:53

Kewc i Kromodwoj przedzierali się przez las oddalając najszybciej jak tylko się dało od orkowego obozu. Do Karnethira dotarło jak niebezpieczne było to co zrobili. Sam zaczął przyśpieszać kroku by jak najszybciej przebyć dystans do wioski. To co zrobili było absolutnym szaleństwem. Jeśli tamci ruszyli ich śladem mieli by bardzo poważne kłopoty. Im bardziej oddalą się tym mniejsza szansa że tamci kontynuują pościg. Poruszali się znacznie szybciej niż wcześniej, według rachuby łowcy dwa razy szybciej niż wtedy gdy szli w tamta stronę. Spali tylko raz gdy starszy wojak pozwolił na ledwo dwie godziny snu. Kewc chciał zapytać o to czego udało im się dowiedzieć ale był na to zbyt zdyszany. Nie czół już nic poza wycieńczeniem i strachem że ich dopadną. Dziękował bogom że ma swoje buty, inaczej już dawno nie byłby w stanie się pewnie poruszać.
Gdy w końcu dotarli do wioski Kewc padł na pierwsze klepisko gdzie go doprowadzono, wycieńczony marszem. Skoro udało im się dotrzeć wyglądało na to że orkowie zaniechali pościgu. Młodzieniec dawno nie czuł się tak wyczerpany. Nie minęła chwila gdy oczy zamknęły mu się z wycieńczenia.
Ocknął się i spostrzegł leżącego opartego o ścinę obok niego Kromodwoja i zajadającego się bochnem chleba ze smalcem. Łowca był głodny, ale nie ośmielił się poprosić o kawałek. Jak się okazało nie musiał. Wojak poczęstował go. Chwilkę potem wypytał czy symbole na grupie która napadła na wieś i tej którą obserwowali były te same. Łowca wyraźnie pamiętał ze tamta grupa była inna do tego wydawała się znacznie starsza.
Wyglądało na to że tamten się tego spodziewał. Według niego tamci zostali wyparci i ruszyli do walki z ludźmi chcąc zginąć na polu bitwy. Nowe plemię podczas przepędzania musiało wybić większość orków w sile wieku i temu na wioskę napadła grupa o takim stanie. Co by było gdyby to nowa grupa uderzyła na wieśniaków wolał nie myśleć. Starsi orkowie odeszli z honorem. Myśli Łowcy powędrowały do ich zbiorowej mogiły. Przypomniał sobie też o martwych wieśniakach. Zrobiło mu się żal że doszło do tej walki. W głębi ducha czuł że to wina orków i ich kodeksu honorowego. Nikt nie musiał ginąć. Mogli odejść i zamieszkać gdzie indziej.
Towarzysz łowcy zniknął po wyjaśnieniu kim byli orkowie. Gdy on odszedł łowca został w wiosce i żył razem z chłopami. W porównaniu do tego co przeżył ostatnio był to odpoczynek. Na pewno psychiczny. Fizycznie bywał wyczerpany dość często, zdarzało się wcale nierzadko że wracał z roboty i padał zmęczony natychmiast zasypiając.
Z tego co udało mu się usłyszeć i co powiadano w wiosce przy stołach ry­c­erz Ra­go­rd miał rozwiązać sprawę orkowych najazdów. Był on panem tej wioski i nie było to nic nadzwyczajnego w wypadku takiego zagrożenia. Miał pojawić się sam Mło­dy Lew, Vir­n­hild Hil­d­u­un. Łowca nie słyszał o nim i wsłuchiwał się w opowieści o nim starając się choć trochę dowiedzieć. Historię o orkach zdarzało mu się opowiadać dość często. Cieszyło go to o tyle że mógł też dowiedzieć się trochę o tym co się dzieje oraz pobyć trochę z ludźmi. Wcześniej na odludziu doskwierała mu samotność, teraz miał przynajmniej towarzystwo. No udało mu się nawet przyłapać jedną dziewkę na posyłaniu mu długich spojrzeń. Jego życie stawało się prostsze niż kiedykolwiek mimo zmęczenia. Jego ciało przyzwyczajało się do pracy i coraz lepiej znosił wysiłek. Sądził że jego mięśnie wzmacniają się, za swoją prace był nagradzany i nie cierpiał głodu. Udało mu się nawet wyrwać dwa razy w las, mimo strachu ze gdzieś tam mogą trafić się orkowie z nowego plemienia i zdobyć nieco mięsiwa. Za skóry dostał nieco pieniędzy które odłożył na czarną godzinę. Mięso przyniesione wieśniakom poprawiło nawet jego opinię. Nie mieli oni wielu okazji do spróbowania mięsa i mimo że dzielili je na naprawdę drobne porcie byli mu wdzięczni. Niestety nie było możliwości upolowania czegoś większego. W tutejszej okolicy było to zabronione. Jedyne co przynosił to mniejsze zwierzęta.
Życie na wsi biegło mu miło i miał największą w życiu ochotę zostać tu na dłużej. Nie bez znaczenia było to że zainteresował się dziewką która najwyraźniej była nim zainteresowana. Postanowił że spróbuje nawiązać z nią jakiś kontakt, może nawet uda mu się z nią porozmawiać. Nie miał doświadczenia w tego typu sprawach ale co szkodziło mu spróbować. W gruncie rzeczy podobało mu się tu i zastanawiał się czy nie było by dobrze się tutaj osiedlić. Mimo grożącego niebezpieczeństwa ze strony orków życie tutaj było bardzo przyjemne. Wręcz zapomniał o stresie i jak zdawał sobie sprawę. Zapomniał też o swojej mocy, nie trenował jej zajęty innymi sprawami czy nawet nie mając ochoty. Nie chciał skończyć jak w swojej poprzedniej wiosce. Nie chciał więcej zostać wygnanym. Szczególnie po tym jak wszystko powoli zaczynało się układać. W jego myślach pojawił się mały domek na skraju wioski w którym mógłby mieszkać z żoną i dziećmi. Ta myśl kusiła go niezmiernie.
Tymczasem na orków miała wyruszyć kolejna wyprawa, łowca bardzo chciał do niej dołączyć i wziąć udział w bitwie. Już jedną opuścił nie chciał by z kolejną było tak samo, nie chciał po raz kolejny zawieść. Jego obecność mogła uratować wielu ludzi. W końcu był łucznikiem, może nie najlepszym ale na pewno nie najgorszym. Nie był pewien jak postąpić. Na sam początek wysunęła się jednak młódka.
Awatar użytkownika
Sadrigal
Posty: 271
Rejestracja: 21 wrz. 2014, 20:22
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 23150683
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3060

Your Trails And Passes

11 paź. 2016, 22:09

MG:

Historie, opowiadane wieczorami przy miodzie i piwie, krążyły po wsi, i coraz to ciekawsze rzeczy na temat pana Virnhilda Hilduuna i okolicznego rycerstwa trafiały do Kanetira. Mimo że mieszkańcy wioski sami nie mieli okazji go uświadczyć, z wyjątkiem dwóch chłopów, wywodzących się z okolicznych wiosek, na jego temat wiedzieli, zdawałoby się, wiele, chociaż Kewcowi momentami nie chciało się dowierzać. Podobnież pan Virnhild miał ponad siedem stóp wzrostu, brwi jak potężne, gęste krzaki, zamaszysty wąs, bary szersze jeszcze od sołtysa i wejrzenie, przed którym każdy ork uciekał, gdzie pieprz rośnie, mieczyskiem machał jak witką brzozową, nie było jeszcze takiego, który go przepił, a oprócz tego wszystkiego prowadził małe oddziały w najgłębsze, najbardziej zapełnione orczą zarazą okolice, pokonując monstra mimo ich wielkiej przewagi liczebnej, dokonując heroicznych czynów i własną ręką kładąc trupem setki orków, a jego przewagi były tak imponujące, że sam Zeatel pobłogosławił go za odwagę. Nikt w całej Autonomii nie mógł się z nim równać, jeśli chodziło o bój z mieczem w ręku, a oprócz tego był szczodry i dbał o swój lud, pilnując, żeby żadna większa krzywda jego poddanym się nie stała. Jeden z chłopów przebąkiwał, że nie ożenił się jeszcze i że to dziwne, ale reszta szybko go uciszyła, pokazując lojalność dla lokalnego bohatera i najpotężniejszego możnowładcy na tych ziemiach. Kilku z mieszkańców wsi, których przodkowie wywodzili się z innych okolic, mówiło o tym, jak to panowie na tamtych terenach lekce sobie ważyli cokolwiek by się działo z chłopami, wymagając od nich jeno tego, aby podatki płacili, i z frustracją pytali się, na cóż oni w takim razie te podatki płacą? Ta frustracja jednak nie zdarzała się tutaj, gdzie nawet mimo niedawnego ataku ludzie byli zadowoleni z bycia pod panem Ragordem, który może i nie był tak wspaniały, jak Młody Lew, ale też o swoich dbał.

Młódka wykazała się inicjatywą; Kewc nie wiedział dokładnie, czyją była córką czy żoną, ale był akurat na tyle pijany, że była to ostatnia rzecz, którą by się przejmował. Któregoś wieczoru zwyczajnie wzięła go za rękę i stanowczo poprowadziła go w krzaki, kiedy odłączył się od pijącego towarzystwa, żeby pójść spać. Miał lekkie problemy z tym, żeby sobie poradzić pod wpływem alkoholu, i doświadczenia też wiele nie miał. Zdarzyło mu się już zbałamucić parę dziewek w swojej wsi rodzinnej, ale mistrzem sztuk miłosnych nie był, mimo że się nim czuł. Także i teraz był przekonany, że to jego urok i czar podbiły serce dziewki. W każdym razie noc była długa i interesująca, a Kewc był trochę zbyt pijany, żeby zauważyć własną nieporadność, więc bawił się świetnie. Kiedy wracał w świetle księżyca do swojego barłogu, potykając się co chwilę i podśpiewując, gotów był następnego ranka wyznać dziewce dozgonną miłość, mimo tego, że jeszcze nie znał jej imienia. Poranny kac był na tyle potężny, że osłabił nieco jego radosny nastrój i do przysięgania nie doszło, ale tak czy tak do jego życia doszedł miły i przyjemny smaczek. Tidana, bo tak nazywała się dziewczyna, była dla niego dobra, przynosiła mu jedzenie i mleko do pracy, a wieczorami gzili się, gdzie popadło, co sprawiało, że Kewc często popadał w rozmarzenie podczas ostatnich kilku tygodni. Raz zdarzyło mu się nawet wejść w pijańską bójkę, kiedy któryś z pijanych chłopów obraził jej cześć czy powiedział coś marginalnie niepochlebnego na jej temat, Kewc nie potrafił sobie nawet przypomnieć, o co poszło, i następnego dnia jego twarz była w większości sina i w większości opuchnięta. Spuchł także z dumy, bo ten, z którym się potłukł, wyglądał jeszcze gorzej. W każdym razie wieczory i czasem też poranki z Tidaną czyniły cuda, jeśli chodziło o uśmierzenie bólu.

Miesiąc zleciał Kewcowi jak z bicza strzelił, i zbliżał się czas wyruszenia - pan Ragord razem z okolicznym rycerstwem mieli zebrać się w Smolarach, po czym ruszyć na orczy obóz, by wygnać ich z tych ziem raz na zawsze. Co jakiś czas wieś odwiedzali zwiadowcy pokroju Kromodwoja, jednak nic z tego, nawet to, że pojawienie się pasowanych panów było zapowiedziane, nie przygotowało Kewca na widok. W Wolenvain zdarzało mu się od czasu do czasu widzieć szlachciców, jednak nigdy tylu na raz. Panowie rycerze, pasowani, herbowi i dumni, zwalili się tu kupą; ponad dwudziestu było ich tu konnych, zbrojnych, razem z giermkami i paziami, odpowiedzialnymi za ich sprzęt. Oprócz tego panowie również pasowani, ale tego uboższego sortu, bez zdobionych zbroic i bogatych rzędów, właśnie tacy, jak wcześniej poznany Kromodwoj, również pojawili się w Smolarach dużą grupą. Pan Ragord, suweren wsi, stojący na czele wyprawy, był mężem o potężnym, garbatym nosie, bystrych, orlich, czarnych oczach i sumiastym, imponującym wąsie. Głowę okrywała mu prosta, wysłużona żelazna łebka z czepcem kolczym, a reszta jego postaci okutana była szczelnie burym płaszczem, z wyjątkiem zawieszonej na pasie pochwy z mieczem. Do konia rycerza przytroczona była również tarcza - mniejsza od zwykle spotykanych, czerwona, modnie zwężająca się ku dołowi i z wymalowanym na niej herbem czarnej, rozpostartej dłoni. Feeria barw i kolorów wszystkich tych herbów zlewała się Kewcowi w jedną chaotyczną, oniryczną całość, wydającą się jak sen po szarej codzienności wiejskiego życia. Dziwnym nieco było, żeby tyle znamienitych postaci zebrało się tu tak szybko - okazało się, że na jednym z okolicznych zamków akurat szlachcice zbierali się powoli, by wyruszyć do stolicy, na turniej, gdzie był już pan Virnhild, jednak w obliczu pojawienia się orkowego zagrożenia odsunęli wyruszenie na ten krótki czas, żeby najpierw sobie z rzeczonym zagrożeniem poradzić.

Na dzień wieś zamieniła się w obóz, rycerze ugaszczani byli najlepszym, co mieszkańcy Smolar mieli do zaaferowania, a na Kewca czekała do podjęcia decyzja. Szybko dorwał go Kromodwoj, oczywiście będący w grupie rycerzy, i zaproponował Kewcowi dołączenie do wyprawy - inni chłopi hurmem rzucili się na opcję uczestniczenia w tej wyprawie, i ich grupa rosła, dołączyło do nich także wielu chłopów z innych wsi. Łącznie grupa, która miała wyruszać, liczyła sobie nieco ponad setkę dusz, wszystkie chętne chwały i glorii pogromców orków, żądne zemsty za ostatni atak i przy okazji żądne zapłaty, którą obiecywał im za uczestnictwo pan Ragord.

Wróć do „Autonomia Wolenvain”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 2 użytkowników online: 0 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 2 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika
Liczba postów: 51987
Liczba tematów: 2958
Liczba użytkowników: 1032
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Sea76
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.

Live czat z adminem

Czat z administratorem – klik!
W związku z tym, że Leviathan nie znajduje się jeszcze w swym finalnym kształcie, pytania do jego administratora są spodziewane, potrzebne i oczekiwane. Jeśli masz jakieś (albo chcesz po prostu pogadać o tym projekcie), kliknięcie na powyższy przycisk otworzy nową kartę z oknem rozmowy.