Insmet

Najważniejszy obszar, na którym toczy się gra. Autonomia to zamieszkane głównie przez ludzi państwo podzielone na pięć prowincji ze stolicami w Wolenvain, Derinie, Morinhtarze, Minaloit i Aparilume. Czytaj więcej…
Awatar użytkownika
Xariel
Posty: 911
Rejestracja: 23 mar 2013, 16:28
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 11721007
Karta Postaci: viewtopic.php?p=42135&highlight=#42135

Insmet

02 maja 2016, 20:49

//Podziękowania dla Infiego za pomoc w tworzeniu tekstu

Chociaż zamek ten nie był najstarszym w Autonomii Wolenvain, to nie działało to na jego niekorzyść. Zastosowane nowinki technologiczne sprawiły, że pomimo niewielkich rozmiarów cieszył się opinią bezpiecznej twierdzy. Zamieszkujący go potomkowie Jawrema byli pierwszymi mieszkańcami tej struktury, albowiem właśnie ten ród, zaledwie kilka pokoleń wcześniej, ukończył budowę tego miejsca. Świadczyły o tym zresztą wszechobecne symbole – dość nietypowe zresztą. Herb rodu Jawrema nosił nazwę "Katowskiej Dłoni", zaś ukazywał białą, zaciśniętą w pięść rękę, która trzymała koniec szubienicznego sznura. Skąd taki symbol?

Mówiło się, że przodkowie barona Morkwira – on to stanowił głowę rodu – wywodzili się z rodziny katowskiej, która była dawno temu na usługach rodziny królewskiej, jeszcze za czasów rządów potomka Wolena. Nie było to może najszlachetniejsze zajęcie, jednak nikt autorytetu Morkwira na tych ziemiach nie podważał, zwłaszcza że historie o jego przodku urosły już właściwie raczej do miana legend, czy mitów. Trzeba było zresztą przyznać, że Jawremowie, choć mówiło się iż sprawiedliwie i szlachetnie, to rządzili twardą ręką.


Insmet, albowiem taką nazwę nosił ów zamek, znajdował się na wychodzącym w jezioro Iqua cyplu. Zamek znajdował się na szczycie ciągle podmywanych przez wody jeziora klifów, przez co znajdował się na dużej wysokości. Gwarantowało mu to spore bezpieczeństwo, które dodatkowo potęgowała otaczająca go fosa. Bezpieczeństwo, które ostatnimi czasy znacznie zwiększało komfort psychiczny mieszkańców Insmetu.


Ziemie Jawrema graniczyły bowiem z terenami szlachty, której ziemie wchodziły już w obręb prwincji stołecznej. Jakkolwiek do 405 roku Ery Feniksa nikt nie pomyślałby nawet, że Morkwir i jego poddani obawiać się będą najazdu krajanów, tak obecna sytuacja była na tyle napięta, że nie podobna było poddawać tę opinię w wątpliwość. Pogląd, jakoby wzajemna nieufność umarła, sam sczezł zaraz po tragicznych wydarzeniach, jakich doświadczyła stolica Autonomii w ostatniej dekadzie. Prawdą było, że stulecia wzajemnej ostrożności w kontaktach gospodarczo–politycznych nie rokowały najlepszej przyszłości, jednak w ostatnich latach ostrożność ta wybuchła do rozmiarów, które staczały Autonomię na krawędź wojny domowej.


Szczęściem Insmet był potężną twierdzą koncentryczną, składającą sie z murów wewnętrznych i zewnętrznych.


Z tych pierwszych, wysokich na całe trzydzieści stóp, można było dostrzec ciągnące się po horyzont jezioro Iqua, zaś w wyjątkowo pogodne dni, na południowym zachodzie majaczyły wieże Dunriku. Ziemie Jawrema obejmowały znajdujący się w pobliżu Derinu cypel i były niewielkie jak na kogoś o statusie barona. Trudno jednak było poznać powód takiej kolei rzeczy, albowiem nikt o tym nie wspominał i wszyscy traktowali tę rzecz, jakby była najnormalniejsza w świecie. Jedynie urzędnicy Derinu na wspomnienie tego faktu uśmiechali się szyderczo.


Wewnętrzny zamek miał kształt sześciokąta, który był niemalże foremny. Starania budowniczych aby zachować symetrię były nietrudne do zauważenia, a ich wysiłki odniosły wymierny skutek. Na załamaniach muru, w regularnych odstępach znajdowały się wysokie baszty, które dodatkowo wyposażone były w drewniane dachy. Wszystkie były tej samej wysokości, górowały ponad murami dobre dziesięć stóp. Pomiędzy nimi, również starannie wybudowane w równych odstępach, obecne były niższe, tym razem już niekryte baszty.


Zaraz za bramą znajdował się dość obszerny dziedziniec, który otoczony był przyklejonymi do murów zabudowaniami. Mieściła się tam stajnia, niewielka kaplica poświęcona Lorven Protektorce Dusz, magazyny i tym podobne. Donżon wyposażony w skierowane na wszystkie strony okna górował ponad wszystkimi innymi budowlami zamku, niczym wbity w zwłoki miecz. Ta mieszkalna budowla stanowiła jednocześnie ostatni bastion obrony w wypadku zajęcia zamku przez nacierające siły.


Od donżonu, stanowącego jedną bryłę z przeciwległym do wrót murem, dodatkowo odcinał go jeszcze mający dziesięć stóp wysokości i trzy szerokości blankowany mur z z metalową kratą, który miał zapewne stanowić dodatkowe zabezpieczenie. Przeszkoda ta dawała obrońcom kilka cennych sekund na przegrupowanie szeregów i przewagę w walce z przedzierającymi się na drugą stronę napastnikami.


Zewnętrzne mury były niewiele niższe od wewnętrznych, stanowiąc właściwie ich dłuższą kopię. Również zbudowane na planie sześciokąta, były wyposażone w ten sam układ baszt. Istotną róznicę natomiast stanowiła szeroka na jakieś piętnaście stóp, a głęboka na dziesięć, otaczająca całe zewnętrzne mury fosa. Porozrzucane za zewnętrznymi murami znajdowały się stajnie, budynki mieszkalne i wszelkiego rodzaju budowle, które mogły być potrzebne żyjącym w nim ludziom. Oprócz tego znajdowała się tam też dość duża kaplica poświęcona Lorven, w której na stałe rezydowało kilku kapłanów. Zaraz za skierowanymi w stronę traktu wrotami był obszerny dziedziniec, na którym zasadzono kilka brzóz, oraz postawiono szubienicę. Czy miała być ona swego rodzaju pomnikiem dla założyciela rodu, czy też stała tam w celu czysto praktycznym? O tym przyjezdni musieli przekonać się sami.


Zamek był raczej mocno ściśnięty i nie sprawiał tym samym tak wielkiego wrażenie jak budowle pokroju Dunriku, które samą swoją monumentalnością wprawiały przyjezdnych w osłupienie. Insmet jednak dla obserwatora nie pozostawiał wątpliwości – nie był łatwy do zdobycia, a bronić mógł się długo. Co oczywiście czyniło go pożądanym zamkiem.


MG:

Sadrigal wraz z grupą zbrojnych przejechał przez bramy zewnętrznych murów po dłużącej się podróży. Słońce chowało się już za horyzontem, gdy znaleźli się w obrębie twierdzy. Pod koniec ich wędrówki Dawimir przycichł znacznie i stał się dużo mniej gadatliwy, powody takiego zachowania pozostawały dla szlachcica nieodgadnione. Czyżby jednak ostra odpowiedź Trzpienia uraziła w jakiś sposób zbrojnego? Wydawało się to możliwe, biorąc pod uwagę jak łatwo przyszło mu spoufalanie się ze szlachcicem.

Konni nie zatrzymując się ruszyli dalej, w stronę wewnętrznych murów. Dopiero za nimi pojawili się pachołkowie, którzy odebrali od nich konie, aby zaprowadzić je do stajni. Przy Sadrigalu błyskawicznie pojawił się młody chłopak, który – jak poinformował go Dawimir – miał pomóc mu w zabraniu wszystkiego, co szlachcic chce zanieść do przygotowanego dlań kufra, oraz wskazać jego lokalizację. Zaraz po tym jak zsiadł z konia do mężczyzny zbliżył się ktoś jeszcze – sam właściciel zamku. A przynajmniej tak mógł stwierdzić po zachowaniu obecnych wokół osób i jego wyglądzie. Morkwir okazał się dość krępym mężczyzną, o krótkiej, gęstej brodzie i ciemnych, przeplecionych miejscami siwizną włosach. Należał do osób, które szlachetnie się starzały, nabierając nadających powagi rysów i zachowując czujne spojrzenie. Otaczającą go aurę wzmagało wykonane z drogich materiałów, jednak nieszczególnie wymyślne odzienie. Raczej mało wylewnie powitał Sadrigala, a ten szybko mógł ocenić, że Morkwir prawdpodobnie właśnie taki był w kontaktach – raczej flegmatyczny, nie uzewnętrzniając przesadnie swoich emocji i odczuć.

– Cieszę się, że przyjeliście, panie, moje zaproszenie. Odświeżcie się i rozgośćcie, niebawem rozpoczniemy ucztę. Poinstruowałem służbę, żeby dostarczyła wam wszystko co będzie potrzebne – po krótkiej, zdawkowanej rozmowie Sadrigal udał się za służącym. Ród Jawrema zdawał się być nad wyraz religijny. Po drodze szlachcic mógł dostrzec wiele rycin ilustrujących historię zawarte w Księdze Światła. Wiele też miejsc przyozdobionych było symbolami słońca, Świątyni Światła, samej Protektorki. W tym co jakiś czas pojawiały się portrety członków rodu, czy typowe ozdoby w postaci zwierzęcych głów, skór, cennej broni, czy drogich naczyń. Ta dysproporcja pomiędzy flegmatycznym, spokojnym zachowaniem Morkwira, a ekscentrycznością jego miejsca zamieszkania było zaskakująca.

Sadrigal miał dość czasu, aby spokojnie przygotować się do uczty. Przydzielony mu służący zaprowadził mu do pomieszczeń, w których mogł się odświeżyć i przygotować do uczty.
Kiedy szlachcic został poproszony o zejście na ucztę słońce nie oświetlało już Autonomii. Służba zamku zadbała jednak, aby rozpalić kosze z węglami, które oświetlały wnętrze budowli.

Sadrigal został zaprowadzony do jadalni, gdzie czekali już pozostali goście Morkwira. Czuł na sobie wiele spojrzeń, niektóre niekoniecznie zdawały się przychylne, niewiele wiedział o obecnych, byli to pomniejsi szlachcice na usługach Jawrema, nikt kto nad wyraz liczył się w świecie. Gości było około trzydziestu osób. Usadzono go gdzieś w połowie stołu, pośród innych gości. W końcu pojawił się i sam pan Morkwir Jawrem. Zatrzymał się on przed swoim krzesłem, a gdy przycichły rozmowy powitał gości.

– Jest z nami dziś pan Sadrigal z rodu Vertrana herbu Czerwony Kruk, za moim zaproszeniem dotrzyma nam towarzystwa na polowaniu. Zapewne większość z was o nim słyszała – Morkwir ponad stołem wskazał dłonią w stronę Trzpienia, choć w gruncie rzeczy każdy zapewne doskonale wiedział, że to o niego chodzi. W końcu pozostali znali się wzajemnie.

– Rozpocznijmy ucztę. A także przyznam, że chętnie usłyszałbym historię o jego wyczynie z pierwszej ręki, może będzie chętny się nią z nami podzielić? – Morkwir usiadł przy stole i wbił wzrok w Sadrigala, słudzy zaś poczęli wnosić przygotowane na tę okazję potrawy, oraz rozlewać do naczyń wino.

Obecnie w tej lokacji znajdują się:
Awatar użytkownika
Sadrigal
Posty: 273
Rejestracja: 21 wrz 2014, 20:22
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 23150683
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3060

12 maja 2016, 15:36

Podróż powiedziała mu nieskończenie mniej o Jawremie i jego charakterze niż sama wizyta w jego zamku. Sadrigal głodnymi oczyma chłonął wszystko, co tylko znalazło się w zasięgu jego wzroku na zamku, póki co mówiąc mało, aby wiedzieć dużo. Dyscyplina obowiązywała ciężka i rygorystycznie przestrzegana. Przekazana mu jednak przez Jawrema informacja o tym, że przekazał służbie informację była nietypowa - jaki baron zniżałby się wszakże do rozmawiania ze służbą, która przecież wie, co ma robić? Winien mieć od tego ludzi, i to właśnie było jedną z nietypowych cech charakterystycznych, które rzuciły się w oczy Sadrigalowi. Najwidoczniej Jawrem miał w sobie skłonność do kontrolowania wszystkiego dookoła siebie, być może i obsesyjną. Przygotowując się do uczty, wykonując wszystkie te czynności, które robił już przedtem wielokrotnie, a które miały zapewnić mu odpowiedni wygląd i prezencję, rozważał wszystko to, co widział, wyciągał wnioski i planował swoje zachowanie na ten wieczór. Obsesyjna kontrola - Jawrem będzie więc bardzo wrażliwy na kwestię prawdy i kłamstwa, na przeinaczenia i ubarwienia. Dochodziło do tego coś rzucającego się w oczy od razu - wysoka religijność. Wplecenie w to, co będzie mówił, konserwatywnie i ostrożnie, motywów religijnych powinno zapewnić mu lepsze przyjęcie jej w oczach gospodarza. Wzmianka o modlitwach dziękczynnych i prośba o skorzystanie z jego własnej kapliczki także może okazać się dobrym pomysłem.

Schodząc na ucztę, Sadrigal był doskonale przygotowany do rozmowy z gospodarzem - na tyle, na ile tylko mógł, wyciągając wnioski z jego zachowania, jego domu i krótkiego, zdawkowego powitania. Zajął więc przeznaczone do niego miejsce, i gdy gospodarz poprosił go o wypowiedź, nie miał żadnych oporów przed jej udzieleniem.

Historię opowiadał już więcej niż kilka razy, w dalszym ciągu była żywa w jego pamięci, i mimo że nie zdarzyło mu się wcześniej opowiadać jej bez drobnych przekłamań i wyolbrzymień - coraz większych i częstszych w miarę napływu alkoholu, jak to zwykle bywało - przedstawianie jej w sposób zwięzły, rzeczowy, niczym raport podczas wojny było dla niego czymś odświeżającym. Nie mówił, oczywiście, o wszystkim - kwestie związane z Tonurynem, Drytrakiem i Nifreą pominął niemalże całkowicie, z wyjątkiem bestii nie mówił o żadnych rzeczach magicznych i zmarginalizował śmierć maga, który potwora przywołał. Wspomniał o magu tylko mimochodem i nie powiedział, jak zmarł - wątpił, żeby ktokolwiek do tego wracał, gdyby jednak ktoś to uczynił, Sadrigal stwierdziłby, że prawdopodobnie został zastrzelony z kuszy, i że nie widział jego śmierci. Mówił o własnym planie, zachowaniach, detalach militarystycznych i związanych z przewodzeniem tak, aby jasne było, że zna się na rzeczy, i że to jego kompetencja utrzymywała to wszystko w ryzach, nie utrzymywał tego jednak w tonie przechwałki w żaden sposób, pozostając przez cały czas rzeczowym i zwięzłym. Szybko opisał swoje rozprawienie się z bestią, kontrybucję Drytraka sprowadzając do "pomocy od jednego z ludzi Felnerika". W opisie odsieczy Felnerana zmieścił alegorię do jednej z historii z Księgi Światła, niedługiej, ale wprowadzonej z nabożnym szacunkiem. Kończąc opowieść, Sadrigal mówił o obowiązku, jaki każdy rycerz ma wobec ziem, w których przebywa, i dumę z możliwości jego wypełnienia, a także wyraził wdzięczność wobec Lorven za łaskawe spojrzenie na jego starania. Tak, jak zaplanował wcześniej, stwierdził, że poświęcał godzinę każdego dnia po walce na modły dziękczynne, a na koniec poprosił gospodarza o skorzystanie z jego kapliczki następnego poranka, aby tam oddać ponownie cześć bogini.

Tak skończywszy swoją wypowiedź, czekał na odpowiedź Jawrema i jego rycerzy. Kiedy ją usłyszał, ukłonił się nisko, usiadł i wreszcie oddał się jedzeniu, które słudzy wnieśli podczas jego opowieści. Zapoznał się z sąsiadami po obu swoich stronach i naprzeciwko siebie, uczestniczył w rozmowach nieco bardziej swobodnie, komplementując jedzenie i wino i starając się wydobywać z nich ich własne opowieści, z których mógłby dowiedzieć się więcej zarówno o Jawremie, jak i o rządzonych przez niego okolicach.

Awatar użytkownika
Xariel
Posty: 911
Rejestracja: 23 mar 2013, 16:28
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 11721007
Karta Postaci: viewtopic.php?p=42135&highlight=#42135

14 maja 2016, 14:41

MG:

Uczta przypominała nieme przedstawienie. Ludzie milczeli, zerkając co rusz na stojącego wśród nich Sadrigala. Większość nie zrezygnowała z jedzenia roznoszonego przez sługi, jednak wszystko działo się wolniej niż zwykle. Piwo było rozlewane ostrożnie, ruchy nieco ospałe, dokładne. Wszystko po to, aby nie zagłuszyć mówiącego i nie wzbudzić tym samym niezadowolenia tych, którzy chcieli usłyszeć wypowiadane przezeń słowa. Ta nietypowa uczta trwała dłuższą chwilę, gdy młody szlachcic opowiadał o zdarzeniach na trakcie. Niewątpliwie każdy z obecnych już słyszał jakieś wieści i jakiś opis wydarzeń, mniej lub bardziej podobny do tego, co dane mu było wysłuchać teraz. Naturalnie, opowieść szlachcica była dla obecnych najpewniejszym źródłem prawdy, oraz wersją zasługującą na najpoważniejsze potraktowanie z wszystkich jakie dotąd padły. I nieważne, czy Sadrigal mówił prawdę i tylko prawdę czy też kłamał niczym czytając z księgi.

Członek rodu Vertana ostrożnie wodził wzrokiem po sali, starając się nie zatrzymywać na nikim wzroku na zbyt długo, mogłoby to wszak być niegrzeczne. Te krótkie, szybkie spojrzenia pozwoliły mu stwierdzić, że najprawdopodobniej udało mu się przyciągnąć uwagę słuchaczy. Oczywiście, szczególnie zainteresowała obecnych sprawa bestii, oraz maga. Tak jak szlachcic się spodziewał nie uniknął pytania na temat jego śmierci. Niski rycerz, który je zadał zdawał się nie do końca usatysfakcjonowany odpowiedzią, zapewne chciał się dowiedzieć więcej, jednak nie drążył tematu. Obecność magów często wzbudzała niepokój i niezadowolenie. Ważne było, że tamten już umarł.

Nawet jeśli ktokolwiek z zebranych odebrał skupione na swojej osobie i przyrównujące odsiecz Felnerana do świętych wydarzeń Księgi Światła słowa za przechwałki, to nie dał tego po sobie poznać. Historia została przyjęta z akceptacją i zainteresowaniem. Wyrazy wdzięczności wobec bogini wywołały nawet na sali pewien pomruk aprobaty. W końcu Trzpień zmierzył się ze straszliwą bestią, jak wynikało z jego opowieści. Zapewne wielu z obecnych – choć nigdy by się do tego nie przyznało – wolałoby w swoim życiu podobnego starcia z jakimś nienaturalnym monstrum uniknąć. Wszak już zwyczajni nieludzie pokroju elfów – tak często podobni do obecnych na uczcie w stopniu dostatecznym, by niezaznajomiona osoba podporządkowała ich jednej rasie – budzili strach i niechęć.

– Cieszę się, że raczyliście się z nami podzielić tą historią. Obowiązek czy nie, derińska ziemia potraktowała was srogo – podziękował na swój sposób Jawrem, gdy Sadrigal usiadł. Wyglądał na ukontentowanego tym co usłyszał.

– Oczywiście, jeśli tylko będziecie chcieli kaplica stoi dla was otworem o każdej porze, nie krępujcie się.
Wreszcie, gdy opowieść dobiegła definitywnego końca, uczta rozgorzała na dobre. Cisza, która trwała wcześniej, odeszła w niepamięć, rozległy się uderzenia kufli, rozmowy, a jadło poszło w ruch. Trzeba było przyznać, że kucharze Jawrema wysilili się, starając się jak najlepiej umilić czas obecnych odpowiednim posiłkiem. Potrawy miały konkretny, przyjemny dla podniebienia smak, a rozlewane wino, mniej rozcieńczone niż zazwyczaj, miło szumiało w głowie.

Stoły ułożono w podkowę, a po wewnętrznej stronie nikt nie siedział, uwijali się tam jedynie słudzy. Sadrigal miał więc okazję do bliższego zapoznania się jedynie z osobami po swojej prawicy i lewicy.

Z prawej strony siedział starszy szlachcic o krótkiej brodzie i przerzedzonych już nieco włosach. Jego, dawniej zapewne czarne, włosy miały szarosrebrny kolor, wywołany przeplataniem się siwych włosów z tymi, które jeszcze zachowały swój dawny kolor. Miał poważną minę i ostre, podłużne rysy twarzy, o wyraźnie odcinających się kościach policzkowych. W połączeniu z jasną, dość bladą karnacją dawało to wręcz piorunujący efekt sztywnego urzędnika. No i wyglądało raczej niecodziennie. Przedstawił się jako z Vardelfi rodu Fierava, herbu Ośnieżonych Gór. Jego miano brzmiało obco, nasuwało wnioski że nie pochodzi z Autonomii. Również akcent nie był czysty. Zanim Sadrigal jednak zdołał wdać się w jakąś rozmowę zmuszony był zapoznać się także z osobą, która siedziała po drugiej stronie.

Po lewej był niemały jegomość o czerwonym nosie i obfitym brzuchu. Krótko ścięte, niemal do gołej skóry, włosy odsłaniały pomarszczony kark. Niewątpliwie obfite poliki i podbródek skryte były przez brunatną, gęstą brodę, która sięgała do piersi mężczyzny. Choć nie można było mu odmówić tuszy nie wyglądał też na kogoś, kto ma problem z dźwiganiem jej w ciągu dnia. Właściwie nie było to niczym szczególnym, szlachta lubiła jeść, a huczne uczty były świetnym sposobem na spożytkowanie czasu podczas pokoju. Przynajmniej zdaniem wielu. Mężczyzna był głośny, radosny i – a przynajmniej takie robił wrażenie – bezpośredni. Sam zagadał do Sadrigala, a właściwie huknął w jego stronę radośnie gratulując ubicia "tej paskudnej bestii" i zapewniając, iż sam zrobiłby to samo, oraz informując o swoim żalu, że nie było go w pobliżu gdy to wszystko się rozgrywało. Przy okazji wplótł w to wszystko zgrabnie swoje miano, przedstawiając się. Jak się okazało, był on imiennikiem derińskiego namiestnika – pana Jakurena. Rodowe nazwisko natomiast – Zukul – nic Sadrigalowi nie mówiło. Entuzjazm mówiącego został niespodziewanie ostudzony przez mężczyznę siedzącego miejsce dalej.

– Jakurenie, nie męcz gościa pana Jawrema swoimi przechwałkami.

– Ha! Przechwałkami! Pewien jestem, że ty byś na widok takiej bestii uciekał szybciej od swego konia! – obruszył się grubawy jegomość, odwracając się w drugą stronę. Sadrigal mógł dostrzec wielką, długą bliznę ciągnącą się skośnie przez kark szlachcica. Wyglądała dosłownie, jakby Jakuren znalazł się kiedyś pod katowskim mieczem, a mimo to nadal chodził po świecie.
– Ty za to bez konia byś daleko nie dobiegł – odciął się rozmówca z szerokim, odrobinę kpiącym uśmiechem. – Wybaczcie, panie, gadatliwość mojego przyjaciela, nie może stracić żadnej okazji by zademonstrować swoją... rzekomą odwagę. Nazywam się Melwez Gellen.

Melwez był wysokim mężczyzną, dużo szczuplejszym od Jakurena, jednak też dobrze zbudowanym. W przeciwieństwie do siedzącego obok szlachcica on był starannie ogolony, na głowie zaś miał gęstą, kruczoczarną czuprynę. Zdawała się być w lekkim nieładzie, jednak w jakiś sposób nie sprawiało to wrażenia niedbałości noszącego, po prostu podświadomie czuło się, że taki właśnie układ do niego pasuje. Pomimo wszystkich przytyków jakie posypały się w tak krótkim czasie obaj szlachcice nie zdawali się pałać do siebie jakąkolwiek niechęcią. Musieli rzeczywiście być dobrymi przyjaciółmi i panowało między nimi nieme przyzwolenie na podobne zachowanie. Nikt wokół nie zwrócił uwagi na ten wybuch Jakurena, co wyraźnie świadczyło, że szlachcic jest zapewne z takich krótkich, niegroźnych wybuchów znany. A co ważniejsze, że cała reszta takie zachowanie w pełni akceptowała. Sadrigal przez krótką chwilę mógł zanurzyć się w swoisty klimat ziem Jawrema. Każdy zamek razem z panem okolicznych ziem i podległą mu szlachtą miał swoją własną, niepowtarzalną atmosferę na którą składały się głównie charaktery tych ostatnich, oraz ich seniora. Luźny, buńczuczny klimat panujący wśród rycerzy stanowił ciekawy kontrast dla pierwszego wrażenia jakie miał Trzpień wędrując przez zamek. Wygądało na to, że Jawrem jest nieco bardziej skomplikowanym człowiekiem.

Jeśli o ród Gellena chodzi, to Sadrigal był w stanie nieco na jego temat odgrzebać z pamięci. Melwez z jakiegoś powodu znalazł się dalej od swoich ziem niż można się spodziewać. Nie był już młodzieńcem, wyglądał na człowieka raczej w sile wieku. Jego ród miał własne ziemie na południe od Verbny. Musiał nie być bliskim krewnym pana Melwira Gellena, lub też z jakiegoś konkretnego powodu podjąć służbę na dworze Morkwira. Imię, tak łudząco podobne do imienia barona, a wynikające z zapoczątkowanej przez ojca Melwira tradycji wskazywało raczej na to drugie rozwiązanie. Melwez musiał być bratem Melwira. Sadrigal nigdy o nim nie słyszał.

Dalej przy stole, bliżej siedzenia Jawrema odezwał się jakiś pomruk niezadowolenia. Gwar zintensyfikował się, kiedy kilka osób zaczęło mówić naraz miast słuchać się nawzajem.
– ... stolica! To zawsze tam... – ktoś nagle podniósł głos, jednak zamilkł szybko zgromiony wzrokiem pana Morkwira. Zamieszanie stopniowo ucichło. Jakuren prychnął.

Awatar użytkownika
Sadrigal
Posty: 273
Rejestracja: 21 wrz 2014, 20:22
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 23150683
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3060

26 lip 2016, 19:58

Jawrem, mimo pozornego zezwalania na swobody, jaka przejawiała się w zachowaniu jego rycerzy, miał jednak u nich mir, posłuch i szacunek - przynależny, oczywiście, komuś tak wysoko urodzonemu, jak baron, jednak Sadrigal czuł, że stoi za tym coś więcej. Nie spieszył się jednak z odkrywaniem, cóż to takiego - pośpiech wszak wskazany jest wyłącznie przy łapaniu pcheł.

Chwalipięta Jakuren Zukul wydawał się typem samochwały, którego można było spotkać wszędzie, na każdym zamku, na każdym turnieju, na każdym polowaniu, i którego historie miały zwykle więcej wspólnego z winem aniżeli z prawdą. Do momentu, w którym Sadrigal przypadkiem zobaczył bliznę - przeszłość pana Jakurena z pewnością miała w sobie coś mrocznego, o czym pewnie nie będzie mu łatwo mówić, skoro w sposób oczywisty miał tyle do powiedzenia na inne tematy. Z postury pan Jakuren, mimo wagi, wyglądał dość imponująco - siłą musiał dysponować niemałą, przeszłość więc też i pewnie miał bojową. Młody szlachcic cieszył się z towarzystwa - od teraz miał zamiar mówić mało, a słuchać dużo, i wydawało się, że z takim sąsiadem mówić doprawdy nie będzie musiał wiele, i znacznie więcej się dowie. Tym bardziej, że sąsiad sąsiada - Melwez Gellen, którego Sadrigal polubił od razu - wydawał się nie mieć żadnych przeciwwskazań i zahamowań przed sprowadzaniem przyjaciela na ziemię, kiedy konfabulacje staną się zbyt wydumane. I jego okoliczności zjawienia się tu musiały mieć wiele wspólnego z osobistą dumą i kodeksem, skoro zamiast łatwego życia na dworze brata wybrał trudniejszą służbę kawał drogi od domu. Blizna nie dawała Sadrigalowi spokoju, i dopiero po chwili skojarzył ją z herbem gospodarza, Katowską Dłonią. Z pewnością kryła się za tym historia, i Sadrigal zapałał chęcią jej poznania - ostrożność nie pozwoliła jednak mu zapytać o nią bezpośrednio, i chciał też, aby Jakuren opił się znacznie mocniej, zanim się nią podzieli. Kłamstwa pijanych łatwo poznać, i prawdę również.

- Z chęcią posłucham teraz dla odmiany o pańskich licznych przewagach, panie Jakurenie, i pańskich również, panie Melwezie. Z pewnością wiele musieliście przeżyć w służbie pana Jawrema!

Kiedy tylko znalazł wolną chwilę pomiędzy jedzeniem, piciem i dwójką po jednej jego stronie Sadrigal zmierzył uważnym spojrzeniem pana Vardelfiego - wyglądał na roskvara, herb Ośnieżonych Gór jeszcze wzmacniał to wrażenie, a roskvarowie nie byli zbyt lubiani po ich ostatniej eskapadzie na Wolenvain. Jak znalazł się tu, w Derin, w służbie barońskiej? Musiał mieć interesującą historię do opowiedzenia, i skoro jeszcze nie pozbył się akcentu, dość świeżą. Szlachcic nigdy nie słyszał o herbie Ośnieżonych Gór, i, chcąc niechcąc, zaczął snuć teorie odnośnie legitymacji szlachectwa swojego sąsiada, a od tego i do ponurego rozważania, dlaczegóż to został posadzony obok niego. Poznać tego nijak po sobie nie dał, będąc uprzejmym i jowialnym i sprawiając wrażenie zajętego obfitością jadła przed sobą, nie omieszkał jednak zapytać:

- Panie Vardelfi, cóż to słychać w górskich okolicach ostatnio? Przyznać muszę, że w życiu nie znalazłem się blisko ośnieżonych szczytów, a ciekawość kole.

Po wysłuchiwaniu długiego, wartkiego słowotoku Jakurena Sadrigal liczył na odświeżającą zwięzłość w wypowiedziach roskvara, chciał również ocenić go bliżej, zaspokoić nie tylko szczerą ciekawość odnośnie gór i życia w ich cieniu, ale także dowiedzieć się więcej o postaci tego wyróżniającego się, starszego szlachcica, jakież to szczególne cechy i zawirowania historii sprawiły, że został rzucony on z tak dalekich stron na miejsce po prawicy Sadrigala. Im więcej przyglądał się Vardelfiemu, tym większe zainteresowanie czuł w porównaniu ze szlachcicem z rodu Zukula - wszak takich jak Jakuren młody szlachcic znał całe życie, a szlachcic z ośnieżonymi górami w herbie był czymś zupełnie dlań nowym.

Kiedy uczta postępowała, a uczestnicy stawali się coraz bardziej pijani, Sadrigal nie omieszkał zapytać o bliznę na karku pana Jakurena. Sam pił mało i ostrożnie, ale dolewał chętnie alkoholu sąsiadom, szczególnie właśnie panu Jakurenowi.

- Za tą straszliwą blizną na pańskim karku musi również kryć się fascynująca historia, panie Jakurenie. Czy to ostrze najeźdźców z północy taką zostawiło? - spytał grzecznie, kiedy stopień pijaństwa pana Jakurena wydawał się wystarczająco posunięty, i bardziej uważał na reakcję pana Melweza niż pana Jakurena, uważając szlachcica z rodu Gellena za zdecydowanie bardziej rozważnego z tej pary.

Uważał również na dalsze wybuchy, podobne do tego, który uświadczył wcześniej - rozeznanie się w obecnie panujących nastrojach i napięciach politycznych będzie z pewnością bardzo przydatne, i poczynił dyskretne próby wywiedzenia się, co na tematy zdarzeń w Wolenvain, Lesie Wisielców i Lwim Brodzie sądzili jego sąsiedzi, zasłaniając się swoją skromną wiedzą na ten temat, wynikającą z jego stosunkowo niedawnego pojawienia się na terenach namiestnictwa derińskiego. Szukał innego niezadowolenia, wszakże potok narzekań wywołać niemalże równie łatwo, jak potok przechwałek, i, ponownie, najłatwiejszym celem do pociągnięcia za język pod tym względem wydawał się oczywiście pan Jakuren. Sadrigal spędził ucztę pracowicie i pozostał na niej długo w noc, głównie słuchając, z rzadka dzieląc się nieszkodliwymi uwagami. Co jakiś czas zerkał na swojego gospodarza i to, jak traktował poszczególne wypowiedzi i zachowanie ludzi na uczcie. Przygotował się mentalnie na krótki sen - z pierwszym brzaskiem musiał udać się do kaplicy, na godzinę spokojnego przetrawiania tego, czego się dowiedział podczas uczty.

Awatar użytkownika
Xariel
Posty: 911
Rejestracja: 23 mar 2013, 16:28
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 11721007
Karta Postaci: viewtopic.php?p=42135&highlight=#42135

14 sie 2016, 13:40

MG:

Sadrigal czujnie obserwował dwór Jawrema. Większość spośród obecnych szlachciców była zapewne świadoma tego, że nowoprzybyły mężczyzna będzie starał się poznać to miejsce od podszewki, a więc i uważna co do jego poczynań. Musiał stąpać na tyle ostrożnie, by nie uznano że jest przesadnie wścibski, a jednocześnie możliwie nagiąć powszechne przyzwolenie na zadawanie pytań jakie otrzymał.

Jakuren istotnie był dobrym wyborem by usłyszeć wiele historii, jednak - jak Sadrigal sam zauważył - jego słowa trzeba było cedzić ostrożnie, starając się oddzielić prawdę od przechwałek i przekoloryzowanych faktów. Melwez dla odmiany nie wyglądał na kogoś, kto będzie tak chętnie i obrazowo opowiadał o sobie, czy okolicy. Już gdy tylko Sadrigal zadał pierwsze pytanie w oczach mężczyzny mógł zobaczyć krótki błysk świadomości. Gellen wiedział do czego młody szlachcic się zabiera. Nie skomentował jednak w żaden sposób tego faktu. Pozwolił mówić Jakurenowi, który zaraz zabrał się do roztaczania kolejnej opowieści.

- Ano! Ja w służbie pana Jawrema, to już z piętnaście wiosen spędziłem. Jeszcze za czasów jak byłem wyrostkiem młodym, to żem ruszył w podróż, coby właśnie znaleźć służbę u jakiegoś szlachcica. Wiecie, panie. Ród mój nie był bogaty szczególnie, ojciec się na jednej wsi kisił, a czasy takie były, że kilka razy w życiu to nawet sam musiał do pługa sięgnąć. No. Do mnie wracając. To pan Jawrem mnie docenił wielce, bo w boju byłem sprawny i miałem zmysł do walki. A że tacy ludzie, wiadomo, są przecież potrzebni, no to mnie przyjął na swój dwór. Chociaż, wiecie, nie bez ekscesów się też obeszło. Bo pierwszy raz jak żem w te okolice zawitał, no to trafiłem do wioski jednego drobniejszego szlachcica, co to na służbie u pana Jawrema właśnie był. Wioski, która - nie chwaląc się oczywiście - obecnie do mnie należy i ja tam rządy sprawuję, wraz z moją żoną piękną, której tutaj nie ma jednak, albowiem wspólnie żeśmy ustalili, że niewiast zabierać nie będziemy tutaj. Bo niewiasta ani na polowaniu nie będzie potrzebna, a że w niedługim czasie jechać mamy do stolicy przecież, no to tym bardziej lepiej jak już zostaną one i się zajmą wszystkim czym trzeba. No więc została moja piękna tam, wraz z ludźmi moimi i się wsią opiekuje - bo to kobieta nie tylko piękna ale też mądra jest. Wielkie szczęście na mnie spadło, że ją w życiu spotkałem. A więc przyjechałem tutaj w te okolice i trafiłem do tej wsi, gdzie ten psi brat rządy sprawował. A że już wtedy nie stroniłem od piwa, ani od bitki no to kiedym się w tej wsi zatrzymał, to niefortunnie się dla mnie sprawy poukładały. Bo, widzicie, w stronach mojej rodziny się chłopów wielce szanowało. Niewielu ich było, bo to mała wieś była, dalej jest chyba zresztą. Dawnośmy się z moim bratem, który ją po ojcu wziął nie widzieli. No, w każdym razie, chłopi zawsze u nas ogromny szacunek mieli. No bo w końcu ich praca jednak jest ważna dla nas, jemy to co oni zbiorą. Jakby ich nie było, no to byśmy sami musieli sadzić i zbierać, choć ojciec mój - jak wspomniałem wcześniej - jak czasy były trudne to im w pracy pomagał. Nie bał się pługa chwycić, to porządny człowiek był. Raz jak jakiś rycerz z giermkiem przyjechał tam i chłopów zaczepiał, to ojciec mój się wściekł tak, że gadać szkoda. Wziął swoich ludzi i tak obu mordy sprali, że tamtych pewnie później matki poznać nie mogły. Kijami ich gnali ze wsi. I to nie, że ja w przenośni mówię. Wzięli kije i gnali skurwysynów ze wsi w siną dal. Oj, miał potem ojciec problemy z tego powodu. No bo to podobno nie wypada, żeby tak rycerz rycerza kijem... Ale pod dobrym szlachcicem był i o całej sprawie zapomniano ostatecznie. No, chłopi nie zapomnieli. Długo wdzięczni ojcu byli, że ich nękać nikomu nie daje. O tak, taki to dobry człowiek był mój ojciec, niech mu ziemia lekką będzie. No, to kiedym przybył do tej wsi i zobaczył jak tamten nędznik chłopów traktuje - a ciężkie życie mieli, wszystko im prawie zabierał, niewolników z nich zrobił, a jak się tylko skarżyli, to mieczem groził - no to żem się wściekł. I nagadałem na niego kilka ciepłych słów. I ranka następnego, jak żem się obudził zmęczony popijawą tą, którą sobie tam sam urządziłem. Choć chłopi tam też pili nie lada, trzeba przyznać. Jednego to żem ledwo, ledwo przepił. Niemal mi cwaniak dorównał! Uwierzycie? Mi! W każdym razie, przyszli ludzie tego gnoja rano, bo do nich wieści dotarły, żem ich pana skurwielem i dusigroszem nazwał. No... i kilka innych rzeczy też żem powiedział, ale to nie lza przytaczać na dworze tak wspaniałego człowieka jakim pan Jawrem jest. No bo pan Jawrem to naprawdę świetny człowiek. Sami się zresztą zaraz przekonacie, jak tylko usłyszycie dalej co się działo w tej wsi nieszczęsnej, jak żem już tego nędznika zwyzywał i przyszli ci ludzie jego. W każdym razie, przyszli oni i gadają do mnie. I grozić mi zaczęli, uwierzycie? Grozić mi zaczęli, że jak jeszcze coś na tamtego nędznika powiem, to się policzymy. I że wieś mam jak najszybciej opuścić. No to wiecie co ja im na to? Ha! Ja im na to, że oni wszyscy to kurwy są, a nie rycerze i nigdzie nie pójdę. I w ryj żem jednemu dał. No to reszta zaraz za miecze. A jak oni za miecze, to ja kolejnego w ryj! I jakoś tak to się potoczyło, że w końcu mi radę dali. Przez to że ich tak dużo było. Wiecie, jak się kupą rzucą to i Kahonim by rady nie dał. Cóż poradzić. No i zawlekli mnie przed tego ich pana. Bo sam nie przyjechał, pewno się trząsł o swoje zdrowie, tchórz obsrany. No ale zawlekli mnie przed niego i tam niby mi proces robią. Że to ja obrażam pana ziem. Żem rękę na innego rycerza podniósł. Co nieprawdą było oczywiście! Bo to oni za miecze chwytali, a ja żem tylko w ryj dawał - kto tu rękę podniósł? No, w każdym razie mnie sukinsyn na śmierć skazał. Rozumiecie? I że sam wyrok wykona i mnie zetnie. I zamknęli mnie tam na dwa dni. A w międzyczasie pan Jawrem, który wtedy już ziemiami rządził się zjawił. Bowiem pan Jawrem zapowiedział swoją wizytę wcześniej, że chce przyjechać po prostu i zobaczyć jak jego wasal sobie radzi. A że wieści o tym jak ludzi traktuje do niego dotarły, a to najmniejsza z przewin tego - niech świat o nim zapomni - człowieka była, no to rozliczyć się z nim postanowił. Bo on, wiecie, nie tylko swoich chłopów tak dręczył. Ale wszystkich, jak tylko okazję miał. A i pana Jawrema okradał! Uwierzycie? A pan Jawrem to nie jest byle kto. To dobry, wspaniały człowiek jest. Jak trzeba to zawsze pomoże. Ale co jak co, trzeba dodać, że się z takimi ludźmi nie pierdoli. W każdym razie. Przyjechał pan Jawrem i stwierdził, że wraz ze swoją świtą egzekucję chce zobaczyć. Na rękę mu ta egzekucja była, ale to za chwilę. Więc przyjechał z tą swoją świtą na egzekucję. Mnie wyprowadzili związanego, zdążyłem jeszcze temu cwaniakowi w ryj napluć zanim mnie pod jego miecz nadstawili. No im myślał, że to już koniec mój. No bo wiecie no, ściąć mnie mieli. Ale się okazuje, że z tego psu brata był szermierz równie kiepski, co to z niego człowiek był. No więc ciął tym mieczem raz. Mi oczy zaćmiło, obraz się rozmazał. Bolało tak, jakby przypalali żelazem. No ale dalej czuję, że leżę na ziemi. Bom upadł po tym. I drugiego cięcia nie było, bo wiecie co? Bo pan Jawrem stwierdził, że jak tylko ten nędznik cięcie wyprowadzi, to on się rozliczy z nim. I ja żem upadł na ziemię, a ludzie pana Jawrema do mieczy! Walki w sumie nie było, bo zaraz te tchórze na ziemię padli i o łaskę wołać poczęli, większość nawet do broni nie sięgnęła. Dwóch tylko posiekali. No i trzeciego jeszcze, to właśnie skurwiela tego, co to jego ziemie były. On się podobno też nie chciał bronić, tylko o litość skowyczał, ale mu pan Jawrem nie odpuścił. Nawet na ścięcie go nie zaprowadził, tylko usiekł jak stał. I dobrze tak, psiemu bratu. No to jak żem jeszcze coś tam stękał to ludzie pana Jawrema mu donieśli zaraz. Albo nawet sam zauważył. Nie wiem, bom ledwo przytomny był. Dobrze żem już wtedy gruby kark miał, bo jakby ze mnie takie chuchro było jak tam z mości Vardelfi, co to już swoje lata ma, no to bym pewnie nie dożył dnia dzisiejszego. No, w każdym razie jak pan Jawrem zobaczył, że jeszcze dycham, to mnie kazał opatrzyć i cyrulika ściągnąć. No i ten cyrulik, z pomocą medyka co to tutaj na zamku urzęduje - starusieńki już to człowiek jest, pewno go nie spotkacie, bo raczej rzadko wychodzi - mnie poskładali do kupy. No i pan Jawrem, jako że mu przypadłem do gustu w tym czasie, którym spędził na zamku zanim wydobrzałem, no to mnie przyjął na służbę i oddał w moje ręce tę wieś nieszczęsną. Tak to było. No i prawda, trochę rzeczy żem później w służbie pana Jawrema widział.

Melwez, który siedział obok przez cały ten czas wyglądał raczej na skupionego na jedzeniu. Zapewne znał tę historię świetnie. Z jakiegoś powodu nie uznał za słuszne, aby ją w jakikolwiek sposób komentować. Może po prostu była dlań zbyt nużąca, aby się wsłuchiwać, a może opowiadający wcale aż tak bardzo nie koloryzował? Trudno było powiedzieć. Sam pan Gellen nie wyglądał jakby miał ochotę cokolwiek dodawać. Jakuren począł go zagadywać czy on coś nie chce powiedzieć.

- Prawda, sporo czasu już spędziłeś w służbie pana Jawrema - odpowiedział jedynie, nie wdając sie w szczegóły na temat siebie samego.

Jak się ostatecznie okazało, Sadrigal nie musiał o historię kryjącą się za blizną na karku Jakurena dopytywać. Historia opowiedziała się sama za siebie. Ten chwilowi impas w dyskusji, który powstał gdy dwaj rozmówcy skupili się na sobie mógł wykorzystać by zagadać pana Vardelfiego, czego też nie omieszkał zrobić.

Starszy szlachcic skrzywił się nieco. Najwidoczniej uznał wypowiedziane do niego słowa za pewną kpinę, miały zresztą zbliżony wydźwięk. W końcu z Derinu daleko było do jakichkolwiek górskich okolic, a skoro mężczyzna był na dworze pana Jawrema, to najwidoczniej nie miał raczej z nimi takiej częstej styczności. A bardzo możliwe, że żył tutaj już długo.

- Dawno żadnych górskich okolic nie widziałem, panie. Jeśli dni będą dobre, to może zdołam jakieś dostrzec na drodze do Wolenvain, w którą niedługo wraz z panem Jawremem się udamy. Nie wiem, czy zamierzacie nam towarzyszyć, jeśli tak to może was czekać podobny widok - Vardelfi zdawał się cedzić słowa z dystansem. Nie znając go Sadrigal nie mógł powiedzieć czy wywołane to było charakterem mężczyzny, czy też jego słowami, które ten odebrał jako kpinę. Słowa roskvara były, jak się zdaje aż nadto zwięzłe, albowiem nie dowiedział się z nich nic. Dopiero gdy zaczął delikatnie dopytywać Vardelfi w końcu zdradził mu coś więcej na temat swojej przeszłości. Roskvar przybył do Autonomii trzydzieści wiosen wcześniej, jako mężczyzna w kwiecie wieku. W swych rodzinnych stronach był wojownikiem na dworze jednego z tamtejszych władyków, wygnano go jednak gdy odkryto u niego księgi traktujące o magii i oskarżono o paranie się nią. Nie powiedział dokładnie cóż to za księgi były, a Sadrigal sam nie był pewien czy na Północy aż tak negatywnie na magię spoglądano, czy też historia musiała mieć jeszcze jakieś drugie dno. Sporo czasu spędził wędrując po Autonomii i trudniąc się różnymi zajęciami, ucząc się tutejszej kultury i starając się poznać lepiej świat. Ostatecznie trafił na dwór pana Jawrema jako najemny żołdak, a do tytułu rycerskiego wyniesiono go za odwagę okazaną w bitwie podczas najazdu roskvarów na stolicę.

Rozmowy ciągnęły się jeszcze długo, Sadrigal wśród niektórych z nich wyłapał wiele innych pomniejszych faktów na temat pana Jawrema i jego ziem. Dyskusje na różne tematy toczyły się cały czas, czasami schodząc na rzeczy całkiem trywialne, na przykład szlacheckie córki. A czasami komentując ostatnie wydarzenia, niekoniecznie polityczne. Tak to szlachcic z rodu Vertana mógł usłyszeć komentarze na temat Lasu Cieni i tego, że dzieje się tam coś niedobrego i utyskiwania na Lokent, które zdaniem pana Jakurena prowokuje wciąż Autonomię i prędzej czy później doprowadzi do wojny, w której to on chętnie w pierwszej linii skoczy do gardeł marynarskim ścierwom. O Lesie Wisielców mówiło się sporo, jednak padały głównie ogólniki. O tym, że był tam demon, że rozegrała się straszliwa rzeź z jego winy, oraz działy rzeczy, których zwykły człowiek pojąć nie może Sadrigal już słyszał. Szczegóły na temat tych wydarzeń zdawały się być objęte jakąś zgodą milczenia, albo może nie do końca znane. Nie potrafił wywnioskować, czy ktokolwiek z obecnych widział to, co rozegrało się na miejscu na własne oczy. A nie śmiał tym razem dopytywać, przynajmniej jeszcze nie teraz. Mogłoby to być zbyt nachalne. Z kolejnych urywanych rozmów mógł wywnioskować, że większość szlachty na zamku jest raczej kontent ze zniknięcia członków Rady, oraz odnosi się raczej negatywnie do samego Wolenvain i jego mieszkańców, choć nie padły żadne konkretne imiona. Nawet tak daleko od stolicy lepiej było zważać na słowa.

Wszystko co usłyszał starał się notować w pamięci, choć niewątpliwie wiele szczegółów uciekło mu mimo poświęcanej uwagi. Nie był w stanie śledzić wszystkiego co działo się na uczcie, zwłaszcza że momentami wrzawa podnosiła się tak po prostu, gdy ucztujący nakręcali się nawzajem i chociażby zaczynali śpiewać. Jakuren chętnie się włączał we wszelkie śpiewy, im więcej wypił, tym chętniej. A pił niemało i Sadrigal nie musiał go do tego zachęcać. Po pewnym czasie na stoły wtoczono mocniejsze napoje i szlachta poczęła bawić się coraz śmielej. Pan Jawrem zniknął gdzieś w pewnym momencie, zapewne udając się na spoczynek. Nie sposób było powiedzieć kiedy to zrobił, acz logika nakazywała sądzić, że raczej dość późno. Wątpliwym było, że zostawił gości samych sobie o wczesnej porze. Również i pan Jakuren po jakimś czasie usnął przygnieciony ilością spożytego alkoholu. Siedział na krześle z pochyloną głową chrapiąc głośno i przy każdym wydechu uwalniając potężne opary spożytych trunków. Inni goście poczęli rozkładać się po kątach sali, czy też na podłodze. Niektórzy mieli skóry, czy materiały na których mogli spocząć dla własnej wygody, inni po prostu kładli się na ziemi jak byli, co najwyżej układając po głowę zwinięty kawałek ubioru. Ilość ucztujących uszczuplała się stopniowo. W gruncie rzeczy Jakuren był jednym z najwytrwalszych. Gdy on przestał mamrotać swoje mądrości i spoczął Sadrigal nie mógł już zbytnio z kim rozmawiać. Pan Vardelfi gdzieś późnym wieczorem również gdzieś zniknął. Gdziekolwiek się udał nie wrócił już później na salę. Sam Trzpień również czuł, że ilości spożytego alkoholu uderzyły mu nieco do głowy, choć starał się oszczędzać. Nie sposób było nie pić w ogóle, zostało by to uznane za ogromny nietakt. Gdy późnym wieczorem - a może nawet nocą, trudno było powiedzieć, rozejrzał się po sali wszyscy niemal już spali, lub byli w stanie, który raczej nie pozwalał na poważne dyskusje. Pod jedną ze ścian siedział pan Gellen, błyski białych gałek ocznych uświadczyły Sadrigala w przekonaniu, że nie śpi. Zdawał się coś robić. Zacienienie jakie panowało w pomieszczeniu, ze względu na to że jedynym źródłem światła pozostawały rozstawione weń kosze z powoli dogasającym węglem, nie pozwalało mu stwierdzić czym też dokładnie zajmował się szlachcic.

Czas, który zaplanował spędzić rankiem w kaplicy niewątpliwie był pomocny w dojściu do siebie. Następnego dnia czekało ich polowanie, na które to otrzymał od pana Jawrema zaproszenie. Jeśli chciał się na nim wykazać, musiał być w miarę dobrym stanie. Przygotowania do opuszczenia zamku miały według planu rozpocząć się około południa.

Awatar użytkownika
Sadrigal
Posty: 273
Rejestracja: 21 wrz 2014, 20:22
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 23150683
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3060

13 wrz 2016, 10:41

Doprowadzenie się do stanu używalności nie okazało się zadaniem nadzwyczajnie trudnym, choć wielką pomocą w nim była owa godzina w kaplicy. Wieści, jakie usłyszał, definitywnie były warte zastanowienia. O wydarzeniach w Lwim Brodzie wiedział, jak właściwie każdy, kto miał uszy otwarte - i niepokoiły go reperkusje związane z tak znacznym osłabieniem się prestiżu Zakonu Lorveniuszy, mimo że gorliwie wierzącym nie był. Religia była siłą, której obecność w życiu Autonomii to absolutna konieczność, na tym filarze oparte były wszystkie prawa i cały autorytet warstwy, z której i on również się wywodził. Gdyby religia okazała się filarem słabym, zawalić się mogło więcej, zdecydowanie więcej, niż Sadrigal by chciał.

Te myśli były jednak zupełnie nieistotne dla jego obecnej sytuacji, i Sadrigal pokręcił głową, odrzucając je. Takie zmiany nie działy się szybko, i Zakon i jego znaczenie nie zniknie z dnia na dzień. Nie było się o co martwić. Historia pana Jakurena też zbytnio głowy mu nie zaprzątała - okazała się być prozaiczna, mimo bycia interesującą, i znaczenia jednak dla niego i jego sprawy dużego nie miała, poza wiedzą, jaką dawała o panu Jawremie.

Historia Vardelfiego okazała się bardziej niepokojącą. Oto służbę i pasowanie na rycerza otrzymał człowiek, który miał potwierdzone powiązania z magią, do których sam się przyznawał bez większego pociągania za język. Wyglądało na to, że magia nie budziła na tych terenach takiego strachu, jaki powinna - Sadrigal, Lokentczyk, do magii odnosił się jeszcze nieufniej niż mieszkańcy Autonomii. Albo to, albo też i roskvar musiał odznaczyć się w boju naprawdę bardzo imponującymi przewagami. Także pan Gellen okazał się człowiekiem skrytym i niechętnym do rozmowy, co Sadrigala zaskoczyło - nie spodziewał się czegoś takiego po towarzyszu i przyjacielu kogoś tak gadatliwego, jak pan Jakuren. Najwidoczniej przeciwieństwa się przyciągają.

Widoczna i podniecająca była też wizja konfliktu pomiędzy Derinem a Wolenvain - na takim konflikcie Sadrigal definitywnie mógł się wybić, na wiele różnych sposobów. Skoro był tam, gdzie był, wyglądało na to, że stanąłby po stronie derińskiej - na całe szczęście dużo pewnikiem miałby czasu, aby zmienić stronę na wygrywającą w jej trakcie. Derin nie miał powodu oczekiwać jego lojalności, mimo że nie miał zamiaru w żaden sposób im o tym mówić, a deklaracja związana z jego obecnością tu, nie powiedziana wprost, była mylącą.

Tak roztrząsawszy wszystko, co działo się wczorajszego wieczoru, zakończył posługę w kaplicy, jął się ablucji i przygotowywania się do wyruszenia. O południu był gotowy.

Awatar użytkownika
Xariel
Posty: 911
Rejestracja: 23 mar 2013, 16:28
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 11721007
Karta Postaci: viewtopic.php?p=42135&highlight=#42135

04 paź 2016, 19:48

MG:

Trzpień o dziwo nie spotkał nikogo w kaplicy. Może pora dnia, a może nadchodzące polowanie - a zapewne jedno i drugie - spowodowały, że mógł ten czas poświęcić wyłącznie sobie. I Lorven, oczywiście. Nie był właściwie nawet pewien, czy ktokolwiek jego przechadzkę do tego miejsca zauważył. Jednakże wygłosił taką chęć dość głośno dnia wcześniejszego, także mało kto raczej nie wiedział o tych zamiarach. Sadrigal dołączył do zbierającej się na polowanie szlachty gdy wszyscy byli już gotowi. Najwyższa pora była wyruszać, a mężczyzna został wręcz popędzony. Rycerze chcieli już udać się na miejsce.

Pozbawiony ziem wychowanek lokenckiej szlachty musiał przyznać, że ludzi było niemało. Do rycerzy, których miał okazję zobaczyć na uczcie wcześniejszego dnia, teraz dołączyli różnej maści parobkowie, giermkowie, chłopcy na posyłki i przeróżna służba, która uwijała się wokół nich niczym pszczoły w ulu. Różnica jest taka, że w tym ulu było mnóstwo królowych, które wymagały by się nimi zająć. Musiał sam przed sobą przyznać, że prezentował się przy nich wszystkich dość biednie i samotnie. Jedynym towarzyszem przypominającym służbę był jego koń. Targał go dzielnie, niczym narodzony tylko po to, aby spełniać tę funkcję. I tylko po to był narodzony w gruncie rzeczy, jednak Sadrigal nie był ani stajennym, ani znakomitym jeźdźcem aby rozważać tego rodzaju rzeczy.

Natknął się przy okazji na poznanego już wcześniej pana Jakurena. Stał on przy swoim wierzchowcu żywo dyskutując z jakąś młodą niewiastą, której Sadrigal nie kojarzył. Musieli bez wątpienia znać się dobrze, gdyż ich rozmowa była swobodna i poufała, pozbawiona jakichkolwiek śladów typowej dla dworów maniery.

- ... a ty mi obiecałeś! - marudziła, przeciągając ostatnie słowo niczym proszące dziecko. Miała całkiem miły dla ucha, dźwięczny głos, który sprawiał że człowiek miękł i miał ochotę od razu przystać na jej prośby. W zależności od jej charakteru mogło czynić to z niej doskonałą manipulatorkę, albo po prostu niesamowicie pocieszną towarzyszkę. Sama w sobie dziewka zresztą też zdawała się być niczego sobie, choć Sadrigal nie miał okazji się jej dobrze przyjrzeć. Nie chciał bezczelnie gapić się gdy rozmawiała z jego niedawno poznanym ziomkiem.

- Wiem, wiem, wiem. Ale będą ku temu lepsze okazje, nie tym razem - Jakuren pozostał mimo wszystko niewzruszony, twardo stojąc przy swoim. O czymkolwiek była rozmowa, szlachcic wyraźnie pokazał że potrafi być uparty i stały w swoim poglądzie. Mimo iż zapewne była to sprawa błaha, gdyż o czym mógł dyskutować z tą młodą kobietą. Nie było to z pewnością nic ważnego.

- Ale obiecujesz? Następnym razem?

- Obiecuję - mruknął, po czym westchnął głośno. Jego towarzyszka natomiast pokiwała głową z satysfakcją i pozostawiła go samego, szybkim krokiem udając się do zamku.

- Co z niej będzie... - jęknął Jakuren wdrapując się na konia. Siedzący już na swym wierzchowcu nieopodal pan Gellen wypalił coś w odpowiedzi, czego Sadrigal nie dosłyszał. Jego przyjaciel zgromił go wzrokiem w odpowiedzi. Słowa Melweza zagłuszył szczek jednego z psów, które prowadzono właśnie przez dziedziniec. Pan Jawrem najwyraźniej posiadał co najmniej kilkanaście chartów. W dodatku całkiem imponujących chartów. Zwierzęta wyglądały na zdrowe, sprawne, w dodatku czuły co się święci: będzie im dane rzucić się dziś w pościg, o czym marzyły. Szykowała się niemała nagonka.

W końcu stajenny przyprowadził również i jego wierzchowca, a krótko po tym jak go dosiadł cała zgraja wyruszyła, opuszczając bezpieczny zamek. Mężczyźni zdawali się niecierpliwić, nie mogąc się już doczekać z dawna wyczekiwanego polowania. Narzucali dość szybkie tempo, pomimo tego że towarzyszyły im również wozy, na których znajdowały się przygotowana na polowanie broń, a także materiały do rozbicia tymczasowego obozu. Jeźdźcy zbliżali się, to znów oddalali od siebie. Część z nich wymieniała jedynie krótkie zdania, inni toczyli dłuższe, poważniejsze rozmowy. Atmosfera wśród nich zdawała się być raczej luźna i radosna. Gdzieś u początku całego orszaku znajdował się pan Jawrem, jadący w towarzystwie Vardelfiego. Jakuren i Gellen trzymali się razem, rozmawiając w typowy dla nich - pełen przytyków w stronę rozmówcy - sposób. Czas w podróży mijał Sadrigalowi szybko. Czasami bywał zagadywany przez innych szlachciców. Pytania najczęściej dotyczyły jego własnej osoby, jego pochodzenia, powiązań, praktycznie każda napotkana osoba była żywo zainteresowana tym, co przywiodło go do Derinu. Trudno się było im dziwić, burzliwe stosunki pomiędzy ich prowincją a stolicą sprawiły, że większość spośród szlachty zaczęło dużo żywiej interesować się tym co dzieje się w szerokim świecie, zapewne w obawie przed niespodziewanym zagrożeniem. Niekorzystne czasy zawsze niosły wśród ludzi jedność i uświadomienie.

Ciągle padające wokół z różnych ust słowa sprawiły, że Sadrigal nie skupiał się na samej podróży. Minęła mu błyskawicznie. Wielokrotnie zagadywany usłyszał to i owo o innych szlachcicach towarzyszących panu Jakurenowi w polowaniu, głównie jednak był zmuszony dzielić się wiadomościami o nim samym. Można by rzec, że miał wrażenie, iż więcej mu zabrano niż dano. Ale jeszcze miał dużo czasu na to, aby czerpać ze skarbnicy wiedzy jaką byli ci ludzie.

Nie jechali daleko, krótko po tym jak zamek zniknął za jakimś wzgórzem zatrzymali się na obrzeżach jednego z wielu porastających te tereny lasów.

Tutaj pan Jawrem nakazał rozłożyć obóz, w którym szlachta będzie mogła przygotować się do polowania. Parobkowie zaczęli szybko uwijać się wokół wozów, kilku również ruszyło w stronę lasu, aby tam zdobyć nieco gałęzi. Ludzie poczęli krążyć wokół Sadrigala niczym cienie, każdy wiedział co ma robić i zajął się swoimi sprawami, rozmowy w większości urwały się. Trzpień nie był w gruncie rzeczy pewien co z sobą zrobić. Nie miał w swoim życiu zbyt wiele doświadczenia jeśli chodzi o szlacheckie polowania. Pamiętał je jeszcze z czasów gdy był młodym chłopcem, a wtedy praktycznie wszystko robili za niego słudzy. Nie chcąc jednak stać bezczynnie ruszył za ludźmi, których już znał. Jakuren i Gellen właśnie szli w stronę jednego z wozów, na którym to były przygotowane włócznie do polowania na grubego zwierza, a także strzały i łuki. Melwez zgarnął sporą garść strzał i dwie sztuki służącej do miotania nimi broni, Jakuren zaś pochwycił kilka włóczni. Najwyraźniej umówili się wcześniej, że podzielą się swoimi obowiązkami - jeśli można to było tak nazwać. Pan Zukul, napuszony i dumny jak zwykle uśmiechnął się szeroko, gdy tylko odwrócił się i zobaczył Sadrigala.

- Nim wszystko będzie gotowe na polowanie, może chcecie się spróbować, panie? Zawołam zaraz opiekuna psów, coby nam spróbował wygonić kilka zajęcy. Pochwalcie się jak dobrze strzelacie. Bo ja, mówię wam, niewielu znam takich, co by mi mogło dorównać!

Awatar użytkownika
Sadrigal
Posty: 273
Rejestracja: 21 wrz 2014, 20:22
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 23150683
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3060

09 gru 2016, 14:58

Podróż sama w sobie nie okazała się być celem tym razem. Co prawda podczas przygotowań zobaczył dziewczynę - córkę pana Jakurena? - co zostało skrzętnie odnotowane, aczkolwiek poza typowym tumultem i zamieszaniem, towarzyszącym przygotowaniom, nie wydarzyło się nic szczególnie godnego uwagi. Po dotarciu na miejsce Sadrigal zwyczajnie oparł się o drzewo i, obserwując poczynania, nonszalancko czekał, aż poczuje, że coś powinien zrobić. Przerwał mu pan Zukul interesującą propozycją.

- Z przyjemnością, panie - odpowiedział szlachcicowi Sadrigal z lekkim ukłonem, przypominając sobie wpajane mu lata temu zdolności łucznicze, na ile tylko mógł. Oko miał dobre, i w strzelaniu też i wielkiej filozofii nie było - stanąć odpowiednio, napiąć, wymierzyć, wystrzelić - aczkolwiek przez długi czas nie miał okazji wykorzystywać swoich zdolności strzeleckich. Odmówić panu Zukulowi nie wypadało nijak.

Tuż przed tym, kiedy zające zostały wypuszczone, Sadrigal ustąpił panu Jakurenowi w oddaniu przywileju pierwszego strzału. Patrzył uważnie na postawę, ruchy, jakie pan Jakuren wykonywał, i sposób, w jaki gotował się do strzału, konfrontując je z pamięcią i własnymi przygotowaniami, tak, aby oddać akceptowalnie dobre strzały samemu. Kiedy przyszła jego kolej, zabrał się do dzieła najlepiej, jak potrafił, zabijając czas i zające przed rozpoczęciem się właściwego polowania.

Awatar użytkownika
Xariel
Posty: 911
Rejestracja: 23 mar 2013, 16:28
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 11721007
Karta Postaci: viewtopic.php?p=42135&highlight=#42135

22 cze 2017, 15:49

MG:

//Jestem świadomy, że nie ma w tym poście wiele, Sadrigalu, jednak wyszedłem z założenia, że obaj musimy trochę wczuć się ponownie w akcję. W następnym odpisie, na który tym razem nie będziesz musiał tyle czekać skoczę z akcją już znacznie bardziej do przodu.

- Taaak, nie ma sobie równych... - Melwez wymamrotał lekko kpiąco i uśmiechnął się do Sadrigala, gdy podawał mu łuk i pięć strzał. Jakuren w tym czasie przywołał jednego ze służących i wydał odpowiednie polecenia. Zanim pan Zukul wszystko przygotował jego przyjaciel zdążył jeszcze nożem oznaczyć piątkę strzał, którymi miał się posługiwać. Nacięcia były dość płytkie, jednak na tyle wyraźne, że można było liczyć na znalezienie ich w razie jakiejś wątpliwości.

Sadrigal nie miał okazji obserwować Jakurena. Szybko zreflektował, że nie będą strzelać na zmianę, a obaj razem. W końcu zającowi życie miłe, a więc trzeba było do zwierząt strzelać póki jeszcze nie uciekły. Oczywiście, niezależnie od tego, zwycięzcą pozostaje ten, kto okaże się lepszym strzelcem. Trzpień zważył w dłoni łuk, który otrzymał i lekko odciągnął cięciwę. Nie stawiała tak dużego oporu jak początkowo się spodziewał. Dotarło do niego, że ma ewidentnie do czynienia z bronią przeznaczoną wyłącznie do polowań. Posyłała pociski z siłą o wiele mniejszą niż ta przeznaczona do boju. W końcu zając nie nosi zbroi, ani nawet przeszywanicy.

Kiedy wszystko było gotowe udali się na miejsce, które wskazał im opiekun psów jako najodpowiedniejsze do tej zabawy. Obaj mężczyźni ustawili się obok siebie w niewielkiej odległości, a Jakuren dał sługom sygnał. Teraz pozostało im czekać i liczyć, że uda się nagonić choć kilka sztuk zwierząt. Czas dłużył się Sadrigalowi, a gadatliwy do tej pory pan Zukul jakoś zamilkł, zapewne kompletnie skupiony na zadaniu, które go czekało. Wpatrywał się intensywnie w kierunek, z którego nagonione miała zostać zwierzyna.

W końcu słyszalne stało się upragnione ujadanie, a zaraz po nim pokrzykiwania kilku służących. Obaj mężczyźni unieśli lekko swoje łuki i chwycili po strzale, czekając w napięciu na dalszy rozwój wydarzeń. Po kilkunastu kolejnych sekundach na otwartą przestrzeń przed nimi wypadł zając, a kawałek za nim dwa następne. Nie zastanawiając się wiele Sadrigal uniósł łuk i napiął cięciwę. Dużo czasu minęło od kiedy ostatni raz robił coś takiego, czuł że jego technika nie jest idealne i zapewne daleko jej do tego, co prezentowano mu kiedyś, za młodu, na lekcjach łucznictwa. Niemniej wiedział co robi i mógł liczyć na efekt. Zając był dość daleko i poruszał się bardzo szybko. Obaj szlachcice musieli jak najlepiej spożytkować sekundy, które mieli. Kątem oka Trzpień dostrzegł, że z jego prawej strony śmignęła strzała wypuszczona z łuku pana Jakurena. Nim dotarła do celu wypuścił już swoją, która pomknęła zaraz za nią. Obaj celowali w pierwszego szaraka, który pędził na czele niewielkiej grupki.

Przez krótką chwilę zagapił się w stronę, w którą popędziły strzały, nieprzyzwyczajony do tego rodzaju zabawy dał się ponieść pierwszemu odruchowi. Widział, że obaj chybili. W porę jednak zreflektował się, że ma jeszcze przed sobą cztery strzały, które należało wykorzystać. Niezależnie od tego jaki był wynik przed chwilą. Wyrwał z ziemi przed sobą kolejną strzałę. Czas jednak uciekał. Nim zdążył naciągnąć cięciwę pan Zukul posłał swój pocisk w stronę kolejnego ze zwierząt. Tym razem nie chybił, a zając w którego Sadrigal miał zamiar wycelować padł na ziemię przetaczając się jeszcze kilka metrów. Trzpień obrał więc za cel kolejne zwierzę. Chybił jednak ponownie, a jego strzała śmignęła tuż nad grzbietem pędzącego zwierzęcia. Kiedy wyrywał z ziemi trzecią strzałę usłyszał jak również Jakuren zwalnia cięciwę. Głośne przekleństwo sprawiło, że nie trzeba było nawet spoglądać w stronę zająca, by wiedzieć że biegł on dalej.

Całe wydarzenie trwało zaledwie chwilę, choć jego intensywność powodowała, że to kilkanaście sekund wydawało się kilkoma minutami. Obaj już opuszczali swoje łuki, gdy trafił im się zgoła niespodziewany widok. Ich oczom ukazał się młody kozioł sarny, który wypadł na przestrzeń przed nimi, zapewne też przerażony psami. Sadrigal błyskawicznie nałożył na łuk strzałę, którą nadal jeszcze trzymał w ręce i wycelował. Tym razem czuł się pewniej, oddał już wcześniej dwa strzały. Trzeciego nie miał zamiaru chybić. Strzała ze świstem popędziła w stronę zwierzęcia, trafiając je w bok i częściowo wychodząc z drugiej strony. Sarna skręciła gwałtownie i pokracznymi skokami zaczęła uciekać dalej. Jakuren również próbował ją ustrzelić, jednak gwałtowna zmiana kierunku wywołana trafieniem Sadrigala sprawiła, że chybił. Zaklął jeszcze głośniej niż wcześniej.

Przez chwilę jeszcze czekali, jednak nie pojawiło się więcej zwierząt. Sadrigal spojrzał na swojego przeciwnika. Pan Zukul był cały czerwony na twarzy, ewidentnie niezbyt dumny ze swojego popisu. Ratował go jedynie fakt, że również i Trzpień nie popisał się jakoś wybitnymi zdolnościami w kwestii łucznictwa. Ale ustrzelił sarnę, czego Jakuren nie mógł o sobie powiedzieć.

- Każę poszukać waszej zdobyczy, pewno padła gdzieś dalej - wydusił z siebie w końcu.

- Chyba, że chcecie jej sami poszukać? - zreflektował się nagle, zapewne stwierdzając, że Sadrigal może należeć do tych, którzy lubują się w każdym aspekcie polowania i wolą sami pójść za swoją zdobyczą. Jakuren skinął na kogoś, aby przyniósł trafionego przezeń zająca.

- Wiecie... No kiepski dzień mam dziś, jak pewno widzieliście. Na uczcie jak byliśmy, to żem się też był siłować z jednym ze sług pana Jawrema. Co to mówią o nim, że siłę ma jak niedźwiedź. No i nadgarstek mnie nieco pobolewa po tym boju... Bo wiecie, faktycznie był jak dąb! Ale co to tam dla mnie! Tylko ten nadgarstek... - Zukul napoczął kolejną historię. Widać było, że grubawy szlachcic naprawdę wierzy w swe niesamowite zdolności, a nie jedynie czczo się przechwala. I choć ta przesadna wiara w swoje siły niekoniecznie była cechą pozytywną, to nie można było mu zarzucić, że jest kłamcą (przynajmniej jeśli ów sługa Jawrema faktycznie istniał). On naprawdę tak uważał, nawet teraz, gdy szukał usprawiedliwienia.

Awatar użytkownika
Sadrigal
Posty: 273
Rejestracja: 21 wrz 2014, 20:22
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 23150683
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3060

22 cze 2017, 21:49

Wszystko poszło zdecydowanie lepiej, niż Sadrigal się spodziewał, czym sam był lekko zaskoczony. Wprawiło go to w dobry nastrój - swoich zdolności łuczniczych, w przeciwieństwie do pana Zukula, nie uważał ani trochę za niesamowite ani nawet duże. Pogodnie, z szerokim uśmiechem na twarzy, również skinął na kogoś, aby zajął się ustrzeloną przezeń sarną i jął się pocieszania pana Jakurena, dbając o to, by nie wydało się to protekcjonalne ani chwalipięckie - zdał sobie sprawę, że rodziła się w nim swego rodzaju sympatia do gaduły, nie chciał więc ani mu dopiec, ani sprawić, żeby poczuł się gorzej.

- Ależ widać było, że zdolności macie i to nieprzeciętne, tyle że warunki niesprzyjające. Pewien wręcz jestem, żeście lepsi w strzelaniu i ode mnie, lecz przypadek to kapryśna bestia i nie sposób stwierdzić, komu sprzyjała będzie - mówił, zanim jeszcze pan Zukul popadł w opowiadanie następnej historii, której Sadrigal słuchał z żywym, niekłamanym zainteresowaniem.

Prawdziwe czy też nie, słuchanie opowieści zawsze było czymś, w czym szlachcic się lubował. Robiąc to, dał się ponownie ponieść prądowi, który powinien prawdopodobnie na fali elokwencji pana Jakurena prowadzić go w stronę polowania na grubsze zwierzęta. Miał nadzieję na to, że i w tej dziedzinie znajdzie sposób na to, by w jakiś sposób wyjść przed szereg i pozytywnie wyróżnić się przed oczyma zgromadzonych - ręki swej był pewny, i zmierzyć się z dzikiem czy nawet większym zwierzęciem nie bał się ani trochę. Nie takim bestiom wszakże patrzył już prosto w oczy przed ubiciem ich, czego martwym dowodem była głowa zabitego przezeń potwora.

Wróć do „Autonomia Wolenvain”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości

Rejestracja · ZALOGUJ


Jest 12 użytkowników online :: 1 zarejestrowany, 0 ukrytych i 11 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Google [Bot]
Liczba postów: 52107
Liczba tematów: 2967
Liczba użytkowników: 1039
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Filip Chujzer
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.

Live czat z adminem

Czat z administratorem – klik!
W związku z tym, że Leviathan nie znajduje się jeszcze w swym finalnym kształcie, pytania do jego administratora są spodziewane, potrzebne i oczekiwane. Jeśli masz jakieś (albo chcesz po prostu pogadać o tym projekcie), kliknięcie na powyższy przycisk otworzy nową kartę z oknem rozmowy.