Pożarka

Najważniejszy obszar, na którym toczy się gra. Autonomia to zamieszkane głównie przez ludzi państwo podzielone na pięć prowincji ze stolicami w Wolenvain, Derinie, Morinhtarze, Minaloit i Aparilume. Czytaj więcej…

Moderator: MG

Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3750
Rejestracja: 01 wrz. 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

Pożarka

15 paź. 2016, 18:36

Jak wiele wiosek położonych w pobliżu zwanego Wichrowymi Szczytami pasma górskiego, Pożarka nie była szczególnie mocno rozwinięta. Ot, kilka sporych, chłopskich chat przy jednej, dużej drodze, każda z przyległym doń, sporym polem powstałym na wyżarzonym wieki temu lesie. Do tego kapliczka, spory dom sołtysa z chlewem, świeżo stawiany młyn wiatrowy i ze dwie stodoły. Wysunięta na milę w stronę gór wieża rycerska była o wiele bardziej istotna, stanowiąc strażnicę mającą na celu ostrzeganie przed niebezpieczeństwem. Kamienna, przysadzista budowla z dobudówką wydawała się niezwykle wiekowa, ale mimo tego potężna, ze swoimi otworami strzelniczymi pozwalającymi na rażenie łukiem, z mocnymi odrzwiami i dachem z ostrosłupa o czterech ścianach. Przybudówka raziła czerwienią nieukruszonej, nie pokrytej jeszcze zaprawą cegły.

Chociaż faktycznego zagrożenia nie widziano tutaj od lat, ludzie nadal bali się tego, co mogło zejść do nich z Wichrowych Szczytów. Plotkowano głównie o orkach, ale również innych niebezpiecznych stworach, takich jak gryfy, giganty i nawet smoki. Wobec tak wielkiego zagrożenia nawet najpotężniejsza wieża z najlepszymi wojownikami nie wydawała się odpowiednim zabezpieczeniem. Mimo tego zamieszkujący w niej rycerz, pan Beltramund Gonalor herbu Czarna Ręka, pewien był swego, mając na podorędziu pięciu dobrych ludzi. Ostatnimi czasy ich rola ograniczała się głównie do pomagania lokalnemu poborcy podatków i bałamucenia licznych córek sołtysa Pożarki, ale wszyscy znajdowali się tutaj w gotowości bojowej. Wiedząc, że w przypadku niebezpieczeństwa szybka reakcja będzie kluczowa, mieli na podorędziu trzy konie, których doglądał najmłodszy z nich, czternastoletni, niemogący liczyć na pasowanie czy zostanie giermkiem Travion, zwany pieszczotliwie Strzemionkiem.

Korzenie samej Pożarki, choć sięgające do czasów sprzed Ery Feniksa, nie były znane jej mieszkańcom. Owszem – tereny, na których leżała, znajdowały w świadomości tutejszego chłopstwa jako należące ongiś do barbarzyńców zjednoczonych na początku Autonomii przez Wolena Gryfiego Jeźdźca. Historii tej nie odnoszono jednak do teraźniejszości, częściej traktując jako legendę niż opis przeszłych wydarzeń. Nie było czemu się dziwić – ilość podań o różnym stopniu wiarygodności, którymi obrosły te wydarzenia, nie pozwalała na rozróżnienie prostemu ludowi, jaka jest prawda. Nie pomagał w tym lokalny kapłan, Angarfen, często opowiadający o przeszłości tak, by nadać jej wymiar sakralny, krzewiąc tym samym wiarę w Lorven Protektorkę Dusz. Sam miał we wiosce ogromny posłuch, idealnie trafiając w gusta, strachy i nadzieje wioskowych. To on nakłonił pana Beltramunda by od czasu do czasu wpadał do wsi, ucząc jej mężczyzn walki oraz strzelania z łuku.

Władcy tych ziem, panu Falagartowi z rodu Kawengara bardzo było to na rękę, a wynikiem wzajemnego ocieplenia relacji między mieszkańcami wsi a seniorem była zgoda na budowę młyna wiatrowego. Ta imponująca, nowoczesna budowla powstawała pod okiem dwóch mistrzów cechowych – cieśli i młynarza, oraz ich dwóch czeladników. Czeladnik młynarski miał zostać w Pożarce wraz z całą swoją rodziną, do której obowiązków należeć miało doglądanie wiatraka po wsze czasy. Wykonywana tutaj praca przygotowywała go do majstersztyku, co do którego zdania miał całkowitą pewność. Obserwując jego biegłość i starania nietrudno było w to uwierzyć. Często lubił opowiadać o czasach, gdy odbywał podróż w celu poznania różnych metod wykonywania jego fachu. Zwiedził ponoć całą Autonomię Wolenvain (w skład której wchodziło jeszcze Niezależne Księstwo Lokent), dowiadując się wiele o mechanizmach wodnych i wiatrowych. Chwalił się, że część z pomysłów wcielił w życie na skutek rozmów z Latarnikami i innymi postępowcami z południa. Nie było powodów, by oskarżać go o mówienie nieprawdy, więc Akanor, bo tak było na imię krzepkiemu czeladnikowi, szybko zyskał sobie w Pożarce wielu dobrych znajomych.

Na rozwoju wsi zyskiwał oczywiście jej sołtys, Tesor. Chociaż nie miał szlacheckich korzeni, posiadał pewne kojarzone zwykle z wyższym stanem społecznym ciągoty do wielkości. Często rozmawiał z najbardziej uczonym człowiekiem Pożarki, kapłanem Angarfenem, o różnych nieinteresujących większości chłopów sprawach. Swego najstarszego syna – a miał ich czterech – wysłał na posługę do władcy ziem, pana Falagarta, licząc zapewne na to, że podłapie nieco szlacheckiego życia, być może wykaże się w jakiś sposób i zostanie nawet pasowany. Choć jako sołtys zarabiał najwięcej ze wszystkich mieszkańców wioski, mając udziały w podatkach, jatce i – w przyszłości – młynie wiatrowym, nie był znany z rozrzutności. Nie łożył na byle co, głównie wspomagając swego syna w staraniach, zapewniając mu godny przyodziewek, pieniądze na zachcianki oraz uważnie szukając mu dobrej żony. Lubił rozpowiadać o swych licznych kontaktach z radnymi leżących nieopodal miast, tutejszymi szlachcicami oraz przedstawicielami Świątyni Światła. Niedaleko leżał zresztą klasztor mnisi, z którego sołtys załatwiał całe beczki piwa. Chociaż Pożarce brakowało karczmy, w dużym domostwie sołtysa każdy mógł czuć się dobrze, zjeść coś i się napić, zwykle odpłatnie. Co istotne, Tesor bardzo dobrze traktował kobiety. Wiele chłopskich córek pracowało u niego jako pomoc domowa, opiekunki do dzieci czy w polu i żadna nie narzekała na niegodziwe zachowanie, nieodpowiednie zarobki czy zimną strawę.

Społeczność Pożarki trzymała się razem, spajana przez mocną wiarę, ciężką pracę, klasztorne piwo i ukryty strach.

Obecnie w tej lokacji znajdują się:
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3750
Rejestracja: 01 wrz. 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

Pilgrims

15 paź. 2016, 18:43

MG

Z gór zjeżdżał powoli wóz zaprzężony w woła. Niewidoczny dokładnie zza zasłony deszczu, który siąpił już od wczorajszego wieczora, sunął niestrudzenie w stronę Pożarki. Powoziła nim niewysoka postać o rudej brodzie siedząca na zydlu w towarzystwie jasnookiej młódki. Obok wozu szła kolejna niewyrośnięta osoba, również z brodą, taszcząca dodatkowo tobół pełny zakrwawionych trofeów. Za powożącym siedziała patrząca tępo w kierunku Wichrowych Szczytów kobieta.

Nie udało im się spotkać Drytraka i Nifrei. Nie szukali zresztą usilnie, zajęci swoimi sprawami i chęcią oddalenia się od pechowych pieczar. Dobrze się stało, że serce Ylzzrila zmiękło i wrócił on po resztę swoim wozem. Grynfa nadal nie odzyskała wzroku, mimo że wyglądała na całkiem zdrową. Pozostali próbowali jej pomóc, ale nie wiedzieli jak. Nawet Varame odpuściła ostatecznie, po pewnym czasie całkiem odłączając się od drużyny. Zrobiła to w niewybredny sposób, znikając po prostu w lasku nieopodal miejsca, w którym grupa zatrzymała się na pierwszy postój. Mokry i nieprzyjemny, warto dodać.

Ich zapasy były na wykończeniu, więc kiedy po całodziennej wędrówce – wyszli z tunelu nad ranem – trafili na Pożarkę, mogli wreszcie odetchnąć z ulgą. Przechodzili przez tę wioskę idąc w stronę gór, ale nie zaprzątali sobie nią głowy, mimo oczywistego zainteresowania wieśniaków. Oczywiście później o nich plotkowano – nieczęsto bowiem awanturnicy zachodzili do wsi, choćby i przelotem. Wiele było teorii i wiele ustaleń, często nawet niemijających się szczególnie z prawdą, ale drużyna nie mogła o tym wiedzieć kompletnie nic.

W stronę gór szło dziewięć osób, wracały cztery. Jagekhr jako jedyny był wyraźnie ranny, ale poparzone boki głowy nie wydawały się go szczególnie frapować. Z lubością wystawiał swoją kanciastą głowę na kojący deszcz. Oparzenia nie wyglądały dobrze, mocno czerwone i lekko wypukłe, ale nie wyglądało na to, że spowodują powstanie stałych blizn. Krasnolud nie obawiał się również stłuczeń i siniaków, których się nabawił. Był zadowolony ze swojego łupu i cieszył się na samą myśl, że jego czyny będą wysławiane. W końcu to on zadał maszkarze najwięcej obrażeń, mimo że ostatecznie wykończyła ją spadająca z powały tunelu skała.

Obok powożącego Ylzzrila siedziała Wierzba, nadal z mieczem Zelera przy sobie. Ostrze leżało na jej kolanach, wilgotne, nieowinięte niczym. Co bardziej obyci z bronią członkowie grupy od razu powiedzieli dziewczynie, że o miecz trzeba dbać i najlepiej sprawić sobie do niego jakąś pochwę, w obecnej aurze koniecznie z taszką. Póki co jednak trzeba było mieć nań oko, wycierać i pilnować, żeby nie leżał na deszczu.

Ostatecznie przeżyte wydarzenia zżyły w jakiś sposób drużynę Zelera. Ci, którzy postanowili trzymać się razem, pomagali sobie jak mogli, chcąc przynajmniej dotrzeć wspólnie do najbliższej wsi. Trudno było powiedzieć, czy ich losy miały się po tym rozdzielić.

Jakimś cudem dostrzeżono ich z wieży rycerskiej przy Pożarce. Na drodze śmiałków stanęło pięciu ludzi, w tym trzech na koniach. Odziani byli raczej lekko, ale obecność mieczy przy pasach i włóczni oraz łuku w rękach pieszych jasno świadczyła o tym, że są gotowi na wszystko. Na głowach mieli kaptury, tylko ten na przedzie – najbogaciej ubrany i najdostojniejszy – nie krył swej siwej, potarganej wiatrem czupryny. Nie było powodów, by natychmiastowo oceniać gości jako zagrożenie, ale wojownicy trzymali odpowiedni dystans. Pozwalał on oczywiście na wymianę słów, nawet dość swobodną, zważywszy na pogodę.

– Wyście w góry poszli? – zapytał konny bez wstępów, przywołując na myśl drużynników wydarzenia sprzed paru dni, kiedy to przejeżdżali przez Pożarkę. – A więcej was było. Mężowie pomarli w górach, czyście ich zostawili? – zapytał, widząc, że ma przed sobą dwóch krasnoludów i dwie kobiety. – Nie lza tak po nocy do wsi wjeżdżać, zostańcie przy mej wieży do ranka.

Rakczadra
Posty: 15
Rejestracja: 06 lis. 2014, 19:10
Lokalizacja postaci: Pożarka
GG: 39820077
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3090

19 paź. 2016, 18:21

Mimo siąpiącego deszczu i zbliżającego się zmroku, z gór schodził jeszcze jeden wędrowiec. Mogłoby się wydawać, że warunki atmosferyczne zdecydowanie mu nie przeszkadzają, gdyż szedł szybko i sprawnie. Rakczadra być może nieczęsto opuszczał rodzinne góry, jednak od czasu do czasu zdarzało mu się zawitać do którejś z okolicznych wiosek, stąd też nie obawiał się zbytnio o siebie, gdy zbliżał się do najbliższych zabudowań. Co prawda nie mógł wiedzieć, czy mieszkańcy go poznają, a nawet jeżeli, to nie był też pewny jaki mają do niego stosunek. Chociaż z drugiej strony - nigdy nie wchodzili sobie w drogę, a czasem nawet nieco handlowali, więc trudno było podejrzewać ich od razu o jakąś wrogość. Zobaczywszy z daleka wieżę strażniczą uśmiechnął się do siebie i z radością wciągnął głośno powietrze. Jego droga i cel życia rozpoczynają się właśnie tutaj, a chociaż miał co do swojej przyszłości same niewiadome, to jednak z nadzieją i determinacją wyobrażał sobie swoje dalsze poczynania.
Jako, że przybył z nieco innej strony, dopiero niedawno zauważył wóz wraz z grupką ludzi, którzy wszyscy zatrzymali się i wydawali się pokojowo wymieniać ze sobą kilka zdań. Nieczęsto widywał ludzi zapuszczających się w Wichrowe Szczyty, a ci podróżnicy chyba właśnie wracali z wyprawy w te rejony. Chłopak miał nadzieję, że nie spotkało ich tam nic przykrego, góry są przecież piękne, ale również groźne. Im bardziej się zbliżał, tym bardziej ich obserwował. Pewien niepokój wzbudziła w nim broń wyciągnięta przez ludzi pochodzących ze wsi. Okazało się jednak, że są oni na tyle rozsądni, by nie używać jej pochopnie. Drugim ważnym szczegółem był wygląd jednej z osób przy wozie. Mężczyzna ów, oprócz tego, że wyglądał na osobę dorosłą, a jednak zdecydowanie niższą niż można by się spodziewać, to był również ranny, chociaż nie wydawał się specjalnie cierpieć z tego powodu. Rakczadra zdawał sobie sprawę, że jego twarz również wcale nie wygląda najlepiej, więc mógł jedynie współczuć mężczyźnie.
Zbliżył się do zgromadzenia, jednocześnie zachowując jednakowy dystans do obu grup, oparł się przez chwilę całym ciałem na swoim kiju i odezwał się pogodnym tonem:
- Witajcie państwo. Jeżeli można to ja również zostanę na noc pod wieżą. Jesteście głodni? Mam bochenek chleba...
Awatar użytkownika
Jagekhr
Posty: 36
Rejestracja: 23 lip. 2015, 21:07
Lokalizacja postaci: Pożarka
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3530#53751

19 paź. 2016, 20:42

Zmierzchało, a Jagekhrowi kończyła się wódka.

Smętnie potrząsnął bukłakiem, w którym zachlupotała jeszcze ostatnia odrobina życiodajnego płynu. Mogło go wystarczyć jeszcze co najwyżej na trzy łyki, co sprawiało, że już wkrótce będzie musiał zmierzyć się ze światem całkowicie na trzeźwo. Co prawda po pozbyciu się tej irytującej części drużyny podróż przebiegała znacznie ciszej i przyjemniej, a łupy, jakie niósł, wypełniały go zadowoleniem, pozwalającym na jakie takie zignorowanie tego, że cała wyprawa okazała się kolosalnym fiaskiem. Przyszłość jednakże malowała się w bardziej świetlistych barwach - była wiosna, nadchodziło już lato, a w wiosce, do której właśnie dochodzili, na pewno ktoś będzie pędził jakąś kartoflankę. W obliczu całkowitego braku alkoholu nawet beznadziejnej jakości chłopski bimber wyglądał jak najlepszy krasnoludzki spiryt. Jego tatko kiedyś powiadał, że głód to najlepsza przyprawa, i Jagekhr wielokrotnie już przekonał się, że z pragnieniem było identycznie.

Chłopka, która, zdaniem Jagekhra, cudem tylko i szczęściem niezwykłym uszła z wyprawy z życiem, siedziała z tyłu wozu z miną wyrażającą nic zupełne, patrząc niewidzącym wzrokiem w stronę, z której jechali. Krasnolud zastanawiał się przelotnie, cóż to może przetaczać się przez łeb tej wioskowej idiotki - nikim innym być nie mogła, skoro bez przygotowania ani jakichkolwiek zdolności ruszyła na dość, bądź co bądź, niebezpieczną wyprawę. Przynajmniej gotować jakoś potrafiła. Za to teraz była całkowicie bezużyteczna, absorbując jeszcze co chwilę tę drugą ludzką latawicę swoją totalną nieporadnością. Musiała jej pomagać z jedzeniem, z piciem, z siadaniem, ze wstawaniem, ze sraniem i pewnie dupę też jej podcierała, taka mać. Czasem nawet i Jagekhr ją podpierał, kiedy wyglądała, jakby miała się przewrócić. Mimo tych wszystkich zabiegów chłopka wyglądała absolutnie apatycznie, jakby wisiało jej to wszystko i równie dobrze mogłaby spaść z wozu i umrzeć w rowie. Ludzka wdzięczność.

Słońce właśnie zaszło, a przed nimi malowała się wieś, którą mijali już w drodze do jaskini. Przywitanie nie było jednak takie, jakiego Jagekhr by chciał, nie zaproszono ich do środka, do ognia i ciepła, żeby przy dobrym napitku i gorącej polewce porozmawiać o ostatnich wydarzeniach, o których to krasnolud mógł mieć nawet i całkiem sporo do powiedzenia. Nie, ta parszywa rasa gburów zajechała im drogę, grożąc wyciągniętą bronią i broniąc wjazdu. Splunął na bok, zanim jeszcze siwy staruch, wyglądający na ich prowodyra odezwał się. Po wysłuchaniu tego, co miał do powiedzenia - głupich pytań i jeszcze głupszych obaw - odezwał się w odpowiedzi.

- Część pomarła, część poszła swoją drogą. - Krótka odpowiedź mówiła wszystko, co siwy chciał wiedzieć. Nie tracąc czasu, idąc pomiędzy konnymi w stronę wieży, nie czekając nawet, aż się rozstąpią, zaczął przygotowywać się do rozbicia obozu. Tknięty nową myślą, która poprawiła mu humor, odwrócił się do konnych i zbrojnych i powiedział:

- Jeśliście nie ponad jedzenie z nami, zapraszam do naszego ognia - skosztujemy mięsa prawdziwie rzadkiego. - Jagekhr był głodny jak wilk, droga do Pożarki pochłonęła resztki suchego prowiantu, które jeszcze miał przy sobie, więc tym, co pozostawało, był rarytas, od którego ślinka leciała mu od godzin już kilkunastu. Nie mógł się doczekać skosztowania mięsa bazyliszka. Słyszał o jadowitych wężach na południe od Khan'Sal, wiedział, że ich mięso jest pyszne, wiedział więc, że mięso bazyliszka powinno też być bardzo dobre. W końcu niczym innym gówno nie jest, jak przerośniętym wężem z łapami. Jad był przy głowie, w kłach, reszta była jadalna, więc Jagekhr mięso do zeżarcia wykroił z szerokiego torsu stworzenia. I pokaże tym ludzkim kundlom, co to takiego gościnność, skoro wydają się nie wiedzieć. Przy jego ogniu każdy podróżnik zawsze mógł znaleźć schronienie, przynajmniej na noc, i odmówienie komuś takiego miejsca zakrawało dla krasnoluda na niemożliwość.

Z gór zszedł jeszcze ktoś - mnich, czy ki chuj? Jagekhr zielonego pojęcia nie miał, kim był przybłęda, i nie miało to dla niego znaczenia żadnego - miejsce dla niego przy rozpalonym w cieniu wieży, osłoniętym wozem przed wiatrem ognisku się znajdzie, a część tej mokrej nocy przynajmniej spędzi się w cieple i konwersacji.

Awatar użytkownika
Ylzziril
Posty: 56
Rejestracja: 25 sty. 2015, 15:00
Lokalizacja postaci: Pożarka
GG: 11721007
Karta Postaci: viewtopic.php?p=52092#52092

03 lis. 2016, 15:46

Yl poganiał jedynie co jakiś czas zwierzę. Nie odzywał się zbyt wiele, bo i nie było o czym gadać. Cała ta wyprawa śmierdziała gównem i gówniana była. Odór bazyliszkowego truchła tylko irytował krasnoluda jeszcze bardziej, wprost nie mógł doczekać aż się go pozbędzie ze swojego wozu wraz ze wszystkimi innymi nieproszonymi gośćmi. Oglądał się tylko regularnie dokładnie przyglądając wszystkiemu i upewniając że nic nie zostało skradzione z jego cennego dobytku. Gdyby tylko ktoś próbował coś podpieprzyć, czy nawet dotknąć bez pozwolenia, krasnoludzka pięść błyskawicznie szukałaby jego twarzy.

Gdy zatrzymano ich przed wsią wymamrotał jedynie kilka słów na temat ludzkiej gościnności z bronią w ręku. Ostatecznie nie musiał odpowiadać, wyręczył go w tym Jagekhr. Od momentu opuszczenia jaskini Yl był w perfidnym humorze i ciężko było tego nie zauważyć. Z ulgą przyjął myśl o tym, że będą mogli w końcu rozłożyć obóz i odpocząć. Miał zamiar się najeść i uwalić wygodnie we wnętrzu swego wozu. Jedynym problemem było to, że musiał stale pilnować swojego dobytku. Ale na to też coś poradzi.

Awatar użytkownika
Wierzba
Posty: 62
Rejestracja: 06 lut. 2015, 23:14
Lokalizacja postaci: Pożarka
GG: 4918905
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3528#53858

07 lis. 2016, 20:37

Siedząc na wozie z dłońmi opartymi na gołym ostrzu miecza, Wierzba wpatrywała się pustym i zmęczonym wzrokiem przed siebie. Dziewczyna już dawno przestała przejmować się bronią, trzymając ją przy sobie z niewiadomych dla niej przyczyn. Czuła, że pod rękami ma tylko nieprzyjemne wspomnienia o śmierci najgorszego przywódcy, jaki kiedykolwiek istniał w historii awanturniczych wypraw. Miecz pamiętał również o nieprzytomnym Trefnisiu, którego wszyscy, jak jeden mąż, zostawili wśród ciemności skał. Przynajmniej w tym jednym momencie w grupie można było poczuć ducha prawdziwej drużyny. Drużyny bab, furiatów i błaznów.

W drodze powrotnej nie odzywała się zbyt dużo, zajęta własnymi myślami. Czasem tylko wymieniła parę zdań z rudym krasnoludem, czy pomogła chłopce, która twierdziła, że jest ślepa, chociaż oczy miała całe. W grupie zachował się jeszcze jeden karzeł, jednak z nim kobieta nie potrafiła znaleźć wspólnego języka. Co prawda darzyła go szacunkiem, jednak jego nieobliczalność skutecznie ją odstraszała. Furiat kroczył teraz dumnie koło wozu, z pewnością myśląc o swojej zdobyczy - cholernej bestii, przez którą prawie wszyscy nie zginęli. Czasami, kiedy smród mięsa aż nazbyt atakował jej wyczulone zmysły, umysł nachodziły przemyślane obelgi, które przed ujrzeniem światła dziennego powstrzymywał topór wbijający się w czaszkę. Jej czaszkę.

Straż wsi zwanej Pożarką wyrwała ją z zamyślenia. Wyprostowała się pociągając nosem i powoli poruszyła dłońmi odkładając miecz na bok, aby nikt nie podejrzewał jej o nagły atak. Już i tak paradowała z wyciągniętą bronią. Gorzej być nie mogło.

- W górach został jeden z nas. - Zaczęła niepewnie, odzywając się po Jagu chrypiącym głosem - Nie wiecie może, czy znajdzie się ktoś, kto pomógłby mi go przenieść do wsi? Leży tam nieprzytomny. Nie wiem nawet, czy jeszcze dycha.- Ostatnie zdanie Wierzba mruknęła pod nosem tak, że najprawdopodobniej słyszał ją tylko siedzący obok brodacz.

Najwidoczniej niezbyt przemyślała swoją prośbę, ponieważ zaraz jej pożałowała. Nie widziało się Wierzbie wracać znowu w góry, w taką pogodę z kolejnym nieznajomym przy boku. Szybko stwierdziła, że jedna taka wyprawa na rok jej starczy

- Albo zapomnijcie. Błazen będzie musiał sobie radzić sam. Jak wszyscy.

Mówiąc to zeskoczyła z wozu pozostawiając miecz na miejscu i spojrzała się na nowo przybyłego jegomościa o dziwnym guście do ubiorów. W tym całym swoim zmęczeniu zauważyła go dopiero teraz, jednak nie wydawał się jej być zagrożeniem, toteż przestąpiła tylko z nogi na nogę lekko zdezorientowana.

W tym samym momencie usłyszała słowa pieniacza i zrobiło jej się niedobrze. Przez chwilę miała nadzieję, że Jag żartuje, jednak szybko wyszło na jaw, że krasnolud naprawdę będzie sobie robił bazyliszkową ucztę. Spojrzała się na Rakczadrę, a z jej oczu biło nieme wołanie o pomoc.

- Chleb brzmi wspaniale.

Na co jej to wszystko było? Chciała przeżyć przygodę, a natrafiła tylko na kolejną porażkę, w dodatku z mięsem bestii jako ukoronowaniem wyprawy. Kobieta westchnęła ciężko, ruszając powoli przed siebie.

Awatar użytkownika
Grynfa
Posty: 102
Rejestracja: 21 wrz. 2014, 14:03
Lokalizacja postaci: Pożarka
Karta Postaci: viewtopic.php?p=50750#50750

12 lis. 2016, 18:10

Przyzwyczajenie się do funkcjonowania bez działającego narządu wzroku nie było łatwe. Obycie się bez pomocy Wierzby, Varame, a nawet Jaga w codziennych czynnościach nie było możliwe, przynajmniej nie w tej chwili - mrok przed oczami skutecznie uniemożliwiał chłopce powrót do samodzielności. Wieśniaczka próbowała w jak największym stopniu ułatwić pracę swym opiekunom, jednak czasem jej działania nie pomagały, często odnosząc odwrotny skutek. Nie zdziwiło Grynfy nagłe opuszczenie drużyny przez Varame. Cel wyprawy nie był możliwy do osiągnięcia, nie w tej chwili, a opieka nad ślepą wieśniaczką na pewno nie była czymś, na co kobieta się pisała, podejmując trud dołączenia do drużyny.

Chłopka z trwogą i niepewnością patrzyła w przyszłość. Jej użyteczność była znikoma, wszystkie prace, których podejmowała się przed wyruszeniem na feralną wyprawę wymagały sprawnego chociaż jednego oka, podczas gdy Grynfa nie widziała na żadne. Było to tym bardziej dziwne, że ani ona, ani współtowarzysze nie mogli znaleźć żadnego powodu, dla którego perfekcyjnie sprawny narząd nagle przestał działać - na pewno nie spowodowały tego żadne fizyczne uszkodzenia, co tego chłopka miała graniczące z pewnością przekonanie.

Czyżby Grynfa nie widziała tylko dlatego, że sobie to wmówiła? A może wpływ na to miały jeszcze inne czynniki, takie, których jej prosty rozum nie pojmował lub nie chciał pojąć? Magia? Gniew bogów? Wizja walki z bazyliszkiem przetoczyła się przed oczami chłopki. Grynfa chłonęła każdy szczegół, wyłapując wiele takich, na które nie zwróciła wcześniej należytej uwagi. Zapamiętanie wydarzeń z taką szczegółowością nie wydawało się czymś możliwym, jednak mózg chłopki widocznie przeczuł, że są to ostatnie chwile, w których otoczenie jest czymś więcej, niż tylko niewiadomą skrytą za zasłoną czerni.

Dziwne zatrzymanie się jaszczura w połowie szarży, które początkowo wzięła za boską interwencję, coraz mniej na coś takiego wyglądało. Mimo nadziei, jaką Grynfa pokładała w Lorven, chłopka wątpiła, żeby bogini przejmowała się aż tak losem grupki losowych podróżników, by tak często interweniować w ich losy. Tłumaczenie, że dziwne wydarzenia, jakie prześladowały grupę były wynikiem bożej łaski, czy czegoś w tym rodzaju, było dziurawe i pełne sprzeczności, więc dziewczyna musiała je odrzucić.

Pozostawało zwalenie wszystkiego na magię, na siłę, przed którą ostrzegał chłopkę każdy kapłan Świątyni. Wszystko wskazywało na to, że jeden z członków drużyny był magiem - prawdopodobnie znienawidzony przez chłopkę błazen. W końcu pokonał dwóch przeciwników za pomocą jednego stalaktytu, dodatkowo udało mu się cofnąć czas. Cofnąć czas? Mimo, że było to nieprawdopodobne, chłopka nie potrafiła znaleźć innego wytłumaczenia dla zaistniałej sytuacji. W końcu jak inaczej można było wyjaśnić wypalenie połowy twarzy przez kwas z paszczy jaszczura, żeby po chwili wszystkie obrażenia znikły, a dawno spadły stalaktyt uderzył znowu...

Przemyślenia zmęczyły nienawykłą do nich chłopkę, sprawiając, że ta znowu zapadła w sen. Obudziły ją głosy, z których nie wszystkie należały do jej współtowarzyszy. Po chwili przysłuchiwania się rozmowie chłopka doszła do wniosku, że w końcu dotarli do wioski, z której przed paru dniami wyruszyli. Grynfa ucieszyła się, słysząc propozycję Jaga dotyczącą upieczenia truchła gada. Co miała do stracenia? Mięso mogło okazać się smaczne, a jeśli nawet zawierało jakąś truciznę, to się tym nie przejmowała. Perspektywa życia żebraczki nie brzmiała zbyt zachęcająco, więc należało chwytać się każdej możliwej rozrywki, póki był na to jeszcze czas. Chłopka poprosiła więc Wierzbę o pomoc w zejściu z wozu i podpierając się kijem, czekała na rozpalenie ogniska, by potem przy nim usiąść, oczekując na posiłek, który równie dobrze mógł być jej ostatnim.

Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3750
Rejestracja: 01 wrz. 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

Above 179

15 lis. 2016, 20:56

MG

Konni spojrzeli po sobie, gdy między ich wierzchowce wdarł się rudobrody krasnolud. Grymas gniewu przebiegł przez lico jednego z nich, ale siwy dostojnik skarcił go wzrokiem. Był najwyraźniej o wiele bardziej rozeznany w świecie i nie tak pochopny, zatem przyjął zachowanie Jagekhra z całkowitym spokojem. Krasnolud rozmyślał o wódce, dochodząc ostatecznie do wniosku, że nie znajdzie jej szybko. Choć niewiele wiedział o szerokim świecie, szybko przypomniało mu się, że samogon pędzą (obok jego pobratymców) wyłącznie mnisi klasztorni. Chłopi nie mogli o tym nawet pomarzyć. Zresztą, destylaty nie były zbyt popularne, nawet, jeśli komuś zależało na odczuciu mocnego wpływu alkoholu.

W międzyczasie do gromady dołączył Rakczadra, witając się grzecznie i oferując pieczywo. Jego nadejście zostało dostrzeżone dużo wcześniej. Przez pewien czas pieszy łucznik sprawiał nawet wrażenie, że gotów jest do postrzelenia nowoprzybyłego. Był bardzo czujny i uważnie lustrował otoczenie, nie zważając szczególnie na wymianę zdań, którą prowadził jego konny zwierzchnik. Dopiero, gdy sylwetka Rakczadry zarysowała się wyraźnie na tle deszczowej zasłony, woj rozluźnił się. Nie całkowicie. Wydawało się, że traktuje swoje zadanie nad wyraz poważnie, zupełnie jak ktoś, kto widział, do czego mogą doprowadzić drobne błędy. Niezbyt dobrze było widać jego ukrytą pod kapturem twarz, ale w świetle pochodni błyskały co jakiś czas jego ciemne, żywe oczy. Z łukiem obchodził się z wyjątkową swobodą. Gdy Rakczadra się zbliżył, mężczyzna skinął mu głową, mignął także jego życzliwy uśmiech.

– Wybaczcie mi i moim ludziom – zaczął tłumaczyć mężczyzna jadący w środku, podczas gdy wóz Ylzzrila potoczył się w kierunku Pożarki. Pieszy puścili go przodem, sami pozostając w pewnej odległości od grupy. Wyraźnie honor nie pozwalał mu zostawić tej sprawy w spokoju, chociaż nikt nie oczekiwał od niego żadnych wyjaśnień. – Moja wieża rycerska nie stanęła tu przez przypadek. Jesteśmy pierwszą linią obrony, gdyby coś zeszło z gór. Czasem jakiś głupi ork się tu zapuści, czasem coś gorszego. Nawet na zjazd do stolicy nie pojechaliśmy. Moje miano to Beltramund Gonalor – przedstawił się bez konwenansów, wiedząc, że nie ma do czynienia z osobnikami równymi mu stanem. Mógłby zignorować ich całkowicie i pozwolić mówić swoim ludziom, ale, podobnie jak inni istotni możni spod gór, nie wyglądał na skłonnego do przesadnego manieryzmu. Jeśli to, o czym mówił pan Gonalor, było prawdą, można było się spodziewać, że jest on człekiem twardym, ale sprawiedliwym. Wymagała tego funkcja, którą piastował. Fircykowaty pańczyk w wieży rycerskiej pod Wichrowymi Szczytami byłby całkowicie nie na miejscu.

– Moje kondolencje – dodał krótko Beltramund na słowa Jagekhra i Wierzby. – Do wioski jest kawałek drogi, lepiej zapytać rano. Ale jeśli tam padł, to lepiej po niego nie wracać – odezwał się prosto do tej drugiej, podjeżdżając tak, by prowadzić konia tuż obok wozu. Jego człowiek, ten, który wcześniej poirytował się postawą Jagekhra, jechał po drugiej stronie. Trzeci został na przedzie, prowadząc grupę. W głosie władcy wieży pobrzmiewała pewność. Prawdopodobnie wiedział, dokąd udali się śmiałkowie i skąd wracali. Być może słyszał opowieści o innych grupach awanturników, którzy czegoś tam szukali. Nie rozwinął jednak swej myśli.

– Z jadłem nie będzie problemu, mamy też suche drwa – zadeklarował nagle w odpowiedzi na reakcję Wierzby, której nie w smak były krasnoludzkie specjały. Nastawienie Beltramunda wyraźnie łagodniało, tym bardziej, im bliżej swego bezpiecznego domu się znajdował. – Pod wieżą powinno być też nieco suszej – mówił tak, by zaznaczyć, że prawdopodobnie ani on, ani żaden z jego ludzi nie dołączy do proponowanej uczty na mięsie bazyliszka. Swe słowa kierował również do Rakczadry, który został przyjęty umiarkowanie pozytywnie. Prawdopodobnie wojownicy już go skądś kojarzyli i nie uważali go za zagrożenie. Chłopak wydawał się zresztą łagodny, ciekawy świata i dobrze ułożony, mógł wzbudzać zaufanie.

– Co masz na wozie? – zapytał wreszcie Beltramund z pewnego rodzaju ponagleniem. Nie udało mu się go stłumić, co jasno świadczyło że nosił się z zadaniem tego pytania od samego początku. Spojrzał z wyczekiwaniem na Ylzzrila.

W tym czasie do Grynfy zbliżył się człek z włócznią.

– Ciebie coś boli, a? – zapytał, a widząc, jak dziewczyna bezwiednie wodzi niewidzącym wzrokiem, próbując go zlokalizować, w mig zrozumiał, że jest niewidoma. – …Bo ty ślepa jesteś! A nie byłaś. Strzemionko jestem – przedstawił się głos, słyszalny był także ruch świadczący o tym, że jego posiadacz zbliżył się do Grynfy. Towarzyszący Strzemionku łucznik nie odzywał się i nie robił problemów, choć jego towarzysz wyraźnie się rozkojarzył i nie mógł pomóc w ważnej misji zabezpieczania tyłów. – To do wiedźmy… – gadał dalej chłopak, przerwał mu jednak odgłos kopyt i słowa konnego. Nieco wyniosłe.

– Prawda to? – odezwał się jeździec, ten sam, któremu wcześniej nie w smak była obcesowość Jagekhra i który uprzednio jechał u boku wozu. Teraz prowadził swojego konia na jego tyłach. Strzemionko zamilkł i nawet niewidoma Grynfa zrozumiała, że to przez szacunek i być może nawet strach żywiony wobec tego, który się odezwał. W głosie konnego była wyczuwalny brak szacunku. Ten szlachcic, w przeciwieństwie do swego pana, nie zniżał się do poziomu awanturników. Grynfa znała głosy tego rodzaju, głosy przyzwyczajone do wydawania poleceń i podlizywania się potężniejszym, głosy wzbudzające natychmiastową niechęć.

Rakczadra
Posty: 15
Rejestracja: 06 lis. 2014, 19:10
Lokalizacja postaci: Pożarka
GG: 39820077
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3090

26 lis. 2016, 18:20

Chłopak uśmiechnął się pod nosem, gdy zdał sobie sprawę, że napotkane grupy osób są względnie przyjazne, a już z pewnością od samego początku nie zamierzają go skreślić. Zbliżając się do wozu wyraźnie obserwował łucznika, który to bardzo skrupulatnie utrzymywał baczenie na każdy krok młodego mieszkańca gór. Całe szczęście nikt nie postąpił pochopnie. Ogólnie, przyjęcie przez tutejszą straż można było uznać za względnie przyjazne, chociaż oczywiście obarczone odpowiednią dozą ostrożności i zapobiegliwości. Rakczadra wiedział już o tych ludziach i niczego innego się nie spodziewał. Cenił ich ciężką pracę i nie zamierzał w niczym burzyć ich porządku życia.
Tymczasem pozostali podróżnicy budzili mieszane uczucia, chociaż najlepsze w tym wszystkim było to, że byli tacy różnorodni, nietutejsi i ciekawi. Niscy mężczyźni okazywali pewną pogardę dla otoczenia, szczególnie zaś ten milczący z nich zajęty był przede wszystkim pilnowaniem tego co transportował, tak bardzo przywiązany był do swej własności.
- Rzadkie mięso? - zapytał z ciekawości, usłyszawszy zaproszenie na wieczerzę. - To z jakiejś dzikiej, górskiej zwierzyny? - drążył dalej temat, gdy zdał sobie sprawę, że jedna z kobiet zdawała się wyrażać żywe zainteresowanie właśnie bochenkiem będącym w posiadaniu Rakczadry. W odpowiedzi uśmiechnął się do niej życzliwie i żwawo pokiwał głową. Dodał jeszcze:
- Oczywiście nie sądzę aby kawałek chleba jaki mam, był w stanie dorównać mięsnej uczcie, jaką tu zapowiedziano, ale nadal nikomu nie odmówię podzielenia się posiłkiem. - powiedział uczciwie, po czym ruszył wraz z wędrowcami w stronę wieży.
- Zwą mnie Rakczadra, dziękuję za gościnność. - powiedział tak, by go względnie wszyscy usłyszeli.
Po drodze zbliżył się i przemówił do Wierzby, jednocześnie potwierdzając słowa tutejszego szlachcica:
- Również nie widzę przyszłości dla waszego kompana, który został w górach. Jeżeli padł tam nieprzytomny i sam nie odzyskał świadomości na tyle, by sobie poradzić, to nie sądzę by jakiś ratunek mógł mu już pomóc. Jeżeli zaś doszedł do siebie, to marne są szanse odnalezienia go w tym samym miejscu, gdzie go ostatni raz widzieliście, zapewne przecież szukałby jakiegoś schronienia. Szukanie człowieka w górach, nie mając pojęcia dokąd mógł pójść to trudne zadanie... - powiedział dość smutno, chociaż starał się aby nie brzmiało to przybijająco. Rozumiał doskonale, że dziewczyna podjęła już decyzję iż nie zamierza wracać po kompana, jednak w razie czego, gdyby zmieniła zdanie, zapewne należałoby jej pomóc.
- Ale nie martw się, wszystko się może zdarzyć i być może nic mu nie je... je... je... jest. - wzruszył ramionami i uśmiechnął się do niej. Poczuł, że im dłużej na nią patrzy i z nią rozmawia, to pocą mu się ręce i nawet zaczynał już się jąkać. Potrząsnął głową i postanowił zająć się czymś innym, więc w międzyczasie zbliżył się do szlachcica, który ich przywitał i o ile nie byłby on przesadnie zajęty czym innym, to korzystając z jego spokojnego nastawienia, zamierzał wypytać:
- Panie, czy nie potrzebujecie jakiejś pomocy? Jestem silny kawał chłopa i znam tutejsze tereny, a to niebezpieczeństwo z gór, które was napastuje... Słowem, czy trzeba wam pomocy? Albo znacie może kogoś potrzebującego z wieśniaków czy okolicy?
Wśród podróżników była taka czwarta osoba, także dziewczyna, która jednak nie przemówiła jak dotąd, a nawet niewiele się poruszała. Nie przykuła ona specjalnie uwagi Rakczadry, chociaż było niemal pewne, że coś z nią jest nie tak. Widział dobrze jak zainteresowali się nią strażnicy i rozpoczęli rozmowę z Grynfą, jednak nie zamierzał jak na razie się w to wplątywać.
Awatar użytkownika
Jagekhr
Posty: 36
Rejestracja: 23 lip. 2015, 21:07
Lokalizacja postaci: Pożarka
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3530#53751

27 lis. 2016, 09:01

Jagekhr nie zauważył nawet, że któryś z ludzi obrzucał go nienawistnymi spojrzeniami, zbyt przyzwyczajony był do tego. Szanowny pan Beltrajakkolwiek zdecydował się wreszcie przestać krążyć dookoła tematu jak jakaś wstydliwa panienka i nareszcie znalazł w sobie tyle odwagi, żeby zadać oczywiste pytanie. Szczerze mówiąc, Jagekhr zielonego pojęcia nie miał, czy Yl przewoził jakąś kontrabandę na boku, i niewiele go to obchodziło, nie jego sprawa. Nie czekając na usłyszenie odpowiedzi, jął rozpalać ognisko, słuchając jednym uchem rozmów i wymiany pytań. Oto była i w okolicy jakaś wiedźma, której jakimś cudem jeszcze nie wygnali albo nie zlinczowali. Musiała być dobra w swoim fachu, pomyślał Jagekhr, i może nawet i mogłaby pomóc dziewczynie. Ponownie, nie była to jego sprawa, ale pewnie nawet zgodziłby się jej tam towarzyszyć, gdyby poprosiła. A jeśli komuś by się to nie podobało, gówno go to obchodziło.

- To mięso, chłopcze, - powiedział do ciekawskiego Rakczadry - to bazyliszek. Jeszcze czegoś takiego nie jadłeś pewnie, bo skurwiałe bestie są trudne do ubicia, wiem, bo ubijałem tę. Możesz nie trafić na inne przez resztę swojego życia, więc siadaj i żryj.

Mięso, obracane miarowo wprawnymi ruchami, szybko nabierało kolorów i pozbywało się lekkiego smrodku, który nawet Jagekhr zauważył wcześniej. Mimo upływu czasu, które sprawiło, że mięso lekko zzieleniało, krasnolud jadł już wielokrotnie gorsze rzeczy, nie miał więc wątpliwości odnośnie tego, że jego żelazny żołądek poradzi sobie i z tym. Usłyszał, jak to chłopak zaoferował swoją pomoc górskim miecznikom i pokręcił głową. Znalazł się miłosierny bohater, nadzieja potrzebujących. Ludzie gór to ludzie twardzi, jak na ludzi, którzy albo nauczyli się sobie radzić sami, albo nie żyli. Ale może ktoś się zlituje i da Rakczadrze piwnicę do wyczyszczenia ze szczurów, kto wie. W każdym razie nie komentował poczynań chłopaka poza krótkim parsknięciem, które mogło odnosić się do czegokolwiek.

Z błogością zanurzył nareszcie zęby w pierwszym kęsie gotowego bazyliszka.

Wróć do „Autonomia Wolenvain”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 12 użytkowników online: 2 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 10 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Kerreos, Vereomil
Liczba postów: 52090
Liczba tematów: 2965
Liczba użytkowników: 1036
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: DrzewoBizantyjskie
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.

Live czat z adminem

Czat z administratorem – klik!
W związku z tym, że Leviathan nie znajduje się jeszcze w swym finalnym kształcie, pytania do jego administratora są spodziewane, potrzebne i oczekiwane. Jeśli masz jakieś (albo chcesz po prostu pogadać o tym projekcie), kliknięcie na powyższy przycisk otworzy nową kartę z oknem rozmowy.