Pożarka

Najważniejszy obszar, na którym toczy się gra. Autonomia to zamieszkane głównie przez ludzi państwo podzielone na pięć prowincji ze stolicami w Wolenvain, Derinie, Morinhtarze, Minaloit i Aparilume. Czytaj więcej…
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3761
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

Pożarka

15 paź 2016, 18:36

Jak wiele wiosek położonych w pobliżu zwanego Wichrowymi Szczytami pasma górskiego, Pożarka nie była szczególnie mocno rozwinięta. Ot, kilka sporych, chłopskich chat przy jednej, dużej drodze, każda z przyległym doń, sporym polem powstałym na wyżarzonym wieki temu lesie. Do tego kapliczka, spory dom sołtysa z chlewem, świeżo stawiany młyn wiatrowy i ze dwie stodoły. Wysunięta na milę w stronę gór wieża rycerska była o wiele bardziej istotna, stanowiąc strażnicę mającą na celu ostrzeganie przed niebezpieczeństwem. Kamienna, przysadzista budowla z dobudówką wydawała się niezwykle wiekowa, ale mimo tego potężna, ze swoimi otworami strzelniczymi pozwalającymi na rażenie łukiem, z mocnymi odrzwiami i dachem z ostrosłupa o czterech ścianach. Przybudówka raziła czerwienią nieukruszonej, nie pokrytej jeszcze zaprawą cegły.

Chociaż faktycznego zagrożenia nie widziano tutaj od lat, ludzie nadal bali się tego, co mogło zejść do nich z Wichrowych Szczytów. Plotkowano głównie o orkach, ale również innych niebezpiecznych stworach, takich jak gryfy, giganty i nawet smoki. Wobec tak wielkiego zagrożenia nawet najpotężniejsza wieża z najlepszymi wojownikami nie wydawała się odpowiednim zabezpieczeniem. Mimo tego zamieszkujący w niej rycerz, pan Beltramund Gonalor herbu Czarna Ręka, pewien był swego, mając na podorędziu pięciu dobrych ludzi. Ostatnimi czasy ich rola ograniczała się głównie do pomagania lokalnemu poborcy podatków i bałamucenia licznych córek sołtysa Pożarki, ale wszyscy znajdowali się tutaj w gotowości bojowej. Wiedząc, że w przypadku niebezpieczeństwa szybka reakcja będzie kluczowa, mieli na podorędziu trzy konie, których doglądał najmłodszy z nich, czternastoletni, niemogący liczyć na pasowanie czy zostanie giermkiem Travion, zwany pieszczotliwie Strzemionkiem.

Korzenie samej Pożarki, choć sięgające do czasów sprzed Ery Feniksa, nie były znane jej mieszkańcom. Owszem – tereny, na których leżała, znajdowały w świadomości tutejszego chłopstwa jako należące ongiś do barbarzyńców zjednoczonych na początku Autonomii przez Wolena Gryfiego Jeźdźca. Historii tej nie odnoszono jednak do teraźniejszości, częściej traktując jako legendę niż opis przeszłych wydarzeń. Nie było czemu się dziwić – ilość podań o różnym stopniu wiarygodności, którymi obrosły te wydarzenia, nie pozwalała na rozróżnienie prostemu ludowi, jaka jest prawda. Nie pomagał w tym lokalny kapłan, Angarfen, często opowiadający o przeszłości tak, by nadać jej wymiar sakralny, krzewiąc tym samym wiarę w Lorven Protektorkę Dusz. Sam miał we wiosce ogromny posłuch, idealnie trafiając w gusta, strachy i nadzieje wioskowych. To on nakłonił pana Beltramunda by od czasu do czasu wpadał do wsi, ucząc jej mężczyzn walki oraz strzelania z łuku.

Władcy tych ziem, panu Falagartowi z rodu Kawengara bardzo było to na rękę, a wynikiem wzajemnego ocieplenia relacji między mieszkańcami wsi a seniorem była zgoda na budowę młyna wiatrowego. Ta imponująca, nowoczesna budowla powstawała pod okiem dwóch mistrzów cechowych – cieśli i młynarza, oraz ich dwóch czeladników. Czeladnik młynarski miał zostać w Pożarce wraz z całą swoją rodziną, do której obowiązków należeć miało doglądanie wiatraka po wsze czasy. Wykonywana tutaj praca przygotowywała go do majstersztyku, co do którego zdania miał całkowitą pewność. Obserwując jego biegłość i starania nietrudno było w to uwierzyć. Często lubił opowiadać o czasach, gdy odbywał podróż w celu poznania różnych metod wykonywania jego fachu. Zwiedził ponoć całą Autonomię Wolenvain (w skład której wchodziło jeszcze Niezależne Księstwo Lokent), dowiadując się wiele o mechanizmach wodnych i wiatrowych. Chwalił się, że część z pomysłów wcielił w życie na skutek rozmów z Latarnikami i innymi postępowcami z południa. Nie było powodów, by oskarżać go o mówienie nieprawdy, więc Akanor, bo tak było na imię krzepkiemu czeladnikowi, szybko zyskał sobie w Pożarce wielu dobrych znajomych.

Na rozwoju wsi zyskiwał oczywiście jej sołtys, Tesor. Chociaż nie miał szlacheckich korzeni, posiadał pewne kojarzone zwykle z wyższym stanem społecznym ciągoty do wielkości. Często rozmawiał z najbardziej uczonym człowiekiem Pożarki, kapłanem Angarfenem, o różnych nieinteresujących większości chłopów sprawach. Swego najstarszego syna – a miał ich czterech – wysłał na posługę do władcy ziem, pana Falagarta, licząc zapewne na to, że podłapie nieco szlacheckiego życia, być może wykaże się w jakiś sposób i zostanie nawet pasowany. Choć jako sołtys zarabiał najwięcej ze wszystkich mieszkańców wioski, mając udziały w podatkach, jatce i – w przyszłości – młynie wiatrowym, nie był znany z rozrzutności. Nie łożył na byle co, głównie wspomagając swego syna w staraniach, zapewniając mu godny przyodziewek, pieniądze na zachcianki oraz uważnie szukając mu dobrej żony. Lubił rozpowiadać o swych licznych kontaktach z radnymi leżących nieopodal miast, tutejszymi szlachcicami oraz przedstawicielami Świątyni Światła. Niedaleko leżał zresztą klasztor mnisi, z którego sołtys załatwiał całe beczki piwa. Chociaż Pożarce brakowało karczmy, w dużym domostwie sołtysa każdy mógł czuć się dobrze, zjeść coś i się napić, zwykle odpłatnie. Co istotne, Tesor bardzo dobrze traktował kobiety. Wiele chłopskich córek pracowało u niego jako pomoc domowa, opiekunki do dzieci czy w polu i żadna nie narzekała na niegodziwe zachowanie, nieodpowiednie zarobki czy zimną strawę.

Społeczność Pożarki trzymała się razem, spajana przez mocną wiarę, ciężką pracę, klasztorne piwo i ukryty strach.

Obecnie w tej lokacji znajdują się:
Aiar przebrany za pomocnika świątynnego;
Artlan przebrany za giermka;
młody, nerwowy szlachcic;
paladyn z mocno poparzoną twarzą;
sołtys wsi Tesor.
Awatar użytkownika
Ylzziril
Posty: 57
Rejestracja: 25 sty 2015, 15:00
Lokalizacja postaci: Pożarka
GG: 11721007
Karta Postaci: viewtopic.php?p=52092#52092

29 lis 2016, 16:34

Yl spojrzał nieufnie w oczy Beltramunda. O ile samo pytanie było powiedzmy... akceptowalne, to jego nagłość i zniecierpliwienie już wzbudziły najgorsze podejrzenia u krasnoluda. Miał kiepskie zdanie o ludziach - po ostatniej wyprawie jeszcze gorsze - i z miejsca począł się obawiać, czy też cała ta zgraja nie chce go przypadkiem bezczelnie ojebać. Odnotował, aby zatrzymać wóz w pewnej odległości od pozostałych, gdy już dotrą na miejsce. Tak aby był względnie łatwy do obserwowania, bezpieczny i każdy kto chciałby się do niego zbliżyć musiał zrobić z takim właśnie, łatwo dostrzegalnym zamiarem. A nie "przypadkiem".

- Sporo rzeczy. Z daleka jadę, bardzo daleka. Nietutejszy jestem. Większość z tego moja własna, ale kilka sztuk też na sprzedaż może pójść. Jak chcecie co kupić, to te drugie mogę wam pokazać. Wszystko spod krasnoludzkiej ręki, a nie byle badziewie. Robić z drewnem też umiem, jakbyście co potrzebowali. Tylko zapłacić musicie kruszcem, a nie symbolem. Ja waszych monet nie znam, ni ich w moich stronach nie znają. Warte tyle, ile w nich dobrego metalu.

W Ylu obudził się zmysł handlarza. Jak do tej pory, pomimo jego pobytu na rynku w Derinie nie udało mu się niczego sprzedać. A to miejsce mogło okazać się niezłą okazją. Ci ludzie wyglądali na takich, którzy cenili dobrą broń, po którą można było sięgnąć w razie niebezpieczeństwa.

Musiał się mieć na baczności, skoro już o tym wspomniał. Szczególnie niebezpieczna mogła okazać się noc. Tak, nocą nikogo na wóz nie wpuści, w żadnym wypadku. Jeśli będą chcieli spać, to na gołej ziemi. Ostrożności nigdy za wiele. Za dużo ludków było w tej okolicy, a każdy mógł mieć potencjalnie lepkie łapy. Nawet i z tych co z gór z nimi przyjechał. Prawda, niektórzy poczciwie wyglądali - jak ten przybłęda, co to się chlebem podzielił z Wierzbą.
Brodacz wychylił się z wozu i zwrócił w stronę mężczyzny.

- Jadła nam myślę nie zbraknie. Nawet jak w tym podgniłym bazyliszku nie gustujesz, to się mogę podzielić tym, co mi jeszcze z podróży zostało. Niewiele tego, ale głód zaspokoi - Yl sam nie był pewien, czy ma ochotę wpieprzać mięso tego jaskiniowego węża. Jagekhr zdawał się uważać je za jakiś przysmak, jednak on sam nie podzielał zdania wychowanego wśród ludzi pobratymca. Zdziwaczał przez te lata wśród ludków wszystkie. Pewno ludzie takie bazyliszki ze smakiem żarli, nie zamierzał więc im zabraniać. Zamierzał kęs mięsa spróbować, tak z czystej ciekawości, jednak najeść się wolał raczej tym co pozostało z jego zapasów.

Łapał chwilę, starając się skupić na tym co się działo i pozostawić zły humor i rozmyślania o tym w jak gówniane miejsce trafił. Przypomniał sobie nawet, że ma coś co mogłoby mu w tym pomóc. Wygrzebał ze swojej sakwy fajkę i napchał do niej porcję ziela. Zabrał się za odpalanie jej wodze w międzyczasie oplatając wokół nadgarstka. Wreszcie coś pozytywnego.

Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3761
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

Nothing for You

09 mar 2017, 15:19

//Dziękuję wszystkim tym, którzy odpisali, za cierpliwość. Bardzo nie lubię odpisywać bez kompletu. Mam nadzieję, że już nie będę musiał. Szczególnie, że w życie weszły już znane Wam reguły dotyczące sesji zbiorowych. Macie 72 godziny na odpisanie. Ja też.
MG

Niezaszczycony odpowiedzią Grynfy wyniosły konny prychnął z pogardą, unosząc się jeszcze bardziej, ale nie demonstrując tego inaczej niż dumną postawą. Spiął konia i wypuścił się na czoło pochodu, nie oddzielając się zanadto od grupy i mając baczenie na Jagekhra, który nadal pruł przed siebie. Obaj słyszeli jeszcze odpowiedź Ylzzrila do pana Beltramunda. Nadal mocno interesowała go sprawa przewożonych towarów.

– Dobrze. Może sobie coś wybiorę. Pokażesz mi wszystko pod wieżą – zadecydował władca strażnicy nie bez ociągania. Sytuacja była niecodzienna. Kupcy pojawiający się z rzadka w Pożarce byli ogólnie znani; wiadomym było, co przywożą, ile zażądają i skąd są. Ten zaś krasnolud mówił Wolną Mową z silnym, obcym akcentem. Mogło to budzić pewien niepokój. Ylz był wprawdzie spokojny i rzeczowy, ale też szorstki i powściągliwy. Zupełnie taki, jak można by się było spodziewać po przedstawicielu jego rasy. Mimo tego jego pojawienie we wsi z pewnością wzbudzi pewną sensację. Trudno było orzec, czy uda mu się coś sprzedać. Zależało to od tego, jak długo chciał zabawić w Pożarce. Chłopi musieli się najpierw oswoić z jego przybyciem.

…Jako i Rakczadra z kobietami. Na szczęście ta, dla której tak pięknie rozwijał swe wypowiedzi, chyba nie była zainteresowana rozmową. Nie było czemu się dziwić. W końcu grupka wydawała się raczej zmęczona. Jej członkowie skorzy już chyba tylko do legnięcia we względnie bezpiecznym miejscu. Tak nieprzyjemną noc jak tą wypadało wyłącznie przespać, mimo że deszcz zdawał się ustawać. Bywało tak już wcześniej – ulewa to natężała się, to słabła, nie chcąc jednak odpuścić. W takich chwilach każdy przemoczony wędrowiec wiedział, dlaczego w dawnych czasach uznawano tutaj Devoulera za najwyższego boga.

Zaraz po tym, jak Rakczadra zrezygnował z prób zabawiania Wierzby i tonem znawcy postawił krzyżyk na zagubionych w górach towarzyszach, udało mu się zyskać uwagę tutejszego szefa. Grupa chyba nie przejawiała chęci ratowania kogokolwiek. Cieszyli się pewnie, że znaleźli kres drogi i mogą wreszcie odpocząć. Życie poszukiwacza przygód, szczególnie wybierającego się w góry bez przygotowania, nie było łatwe. Niektórych należało po prostu spisać na straty.

– Wiosna idzie, to i robota będzie. Każdemu się ręka w polu przyda – odpowiedział lekko pan Beltramund. – Dobry parobek jest na wagę złota. No, może nie dosłownie – dodał, zaśmiewając się lekko z biedy chłopów. – Ale wiesz jak to jest – spoufalił się, jasno pokazując, że kojarzy Rakczadrę z przeszłości. – Dach nad głową będziesz miał, jedzenie też. Może trochę grosza wpadnie. Pogadaj z Tesorem – polecił, mówiąc o sołtysie. Oczywiście wszystkim prócz jego rozmówcy to miano było obce. – Ja tam nikogo nie potrzebuję, mam swoich ludzi – zakończył, zyskując pomruk aprobaty wśród swych podwładnych. Wyglądało na to, że mają tu kogoś od wszystkiego. Nawet chłopca na posyłki, który tak interesował się Grynfą.

Gdy wóz dojechał pod wieżę, Strzemionko pierwszy się zakrzątał, pomagając niewidomej z niego zejść. Znalazł dla niej względnie suche miejsce pod ścianą wieży, po czym zaopiekował się wierzchowcami ludzi ważniejszych od siebie. Szło mu to wszystko bardzo sprawnie, ale trochę się zawahał. Chyba nie chciał pozostawiać koni w towarzystwie nieznajomych przez całą noc. Każdy z nich był warty więcej niż jego życie. Szczególnie tu, na granicy kraju, u progu Wichrowych Szczytów, gdzie jeden konny goniec mógł postawić w stan gotowości całą linię obrony. Widzący jego wahanie pan Beltramund gestem przywołał go do siebie. Wydał kilka krótkich poleceń, z których Strzemionko wydawał się zadowolony. Przywiązał konie pod przybudówką wieży i wszedł do środka za pozostałymi czterema mężczyznami.

W tym czasie Jagekhr trudził się z rozpaleniem ogniska. Nie miał drew, a to, co znalazł, dawno przemokło. Mimo tego z uporem krasnoluda nie poddawał się, czując już na języku przepyszne mięso bazyliszka. Nikt poza nim nie podzielał tego entuzjazmu. Energia drużyny skończyła się gdzieś w okolicy wyjścia z felernej jaskini i ani myślała wrócić.

Sytuację uratował Strzemionko, wyłaniając się z wieży z suchym drewnem. Szybko znalazł dla siebie miejsce, zajmując się rozpalaniem ogniska, gdy Jagekhr byle jak obrabiał zwierzynę. Widać było, że brakuje mu w tym wprawy, ale on nic sobie z tego nie robił. Łaskawy Devouler uciszył ulewę na tyle, że już po chwili obok wieży pojawiły się dodające otuchy płomienie. Oto dotarli.

Nabite na patyki kawały mięsa zaskwierczały nad ogniem, a niemogący się doczekać wyżerki łysy krasnolud szybko zdjął z niego pierwszy z nich. Odrywając zębami kęs za kęsem poplamił mięsnym sokiem swą brodę. Mięso nie było niedopieczone, przynajmniej z zewnątrz, gdzie zdążyło się już miejscami lekko zwęglić. Wewnątrz było natomiast aż nadto soczyste i krwiste. Jagekhrowi chyba to nie przeszkadzało. To, jak zabrał się do rzeczy, wyglądało dość obrzydliwie, chociaż wątpliwej jakości danie wydawało się mu smakować. Mimo tego nawet entuzjastycznie nastawionemu Rakczadrze mógł odejść apetyt na bazyliszka. Strzemionko ze swej strony wyglądał na odrobinę przestraszonego. Zrobił dobrą minę do złej gry i korzystając z wcześniejszego zaproszenia, również wziął sobie kawałek mięsa. Przeżuwał z mozołem, co jakiś czas krzywiąc się obrzydzeniem. Nic jednak nie powiedział.

Po chwili z wieży wyszedł pan Beltramund w towarzystwie swoich ludzi. Brakowało tylko łucznika. Podeszli do wozu Ylzzrila, przerywając cokolwiek, co rudy krasnolud umyślił sobie właśnie robić.

– Pokaż mi swoje towary – polecił szlachcic, podczas gdy jego ludzie rozstawili się wokół wehikułu.

Awatar użytkownika
Ylzziril
Posty: 57
Rejestracja: 25 sty 2015, 15:00
Lokalizacja postaci: Pożarka
GG: 11721007
Karta Postaci: viewtopic.php?p=52092#52092

10 mar 2017, 15:08

Yl pokiwał głową. Tak wyraźne zainteresowanie jego towarem wydało mu się dziwne. Zwłaszcza, że - jak to większość krasnoludów z jego rodzimych stron - ludzi miał raczej za kurwy i złodziei. Nie skomentował tego jednak, po prostu jadąc dalej na wskazane miejsce. Gdzieś musiał odpocząć po tej daremnej wyprawie, a może zachowanie otaczających go ludzi było w ich mniemaniu jak najbardziej normalne.

Siąpiący wciąż deszcz odbierał krasnoludowi chęci na cokolwiek. Kto to widział, żeby woda lała się z nieba tyle czasu. Siedział bez słowa, z miną raczej naburmuszoną i po prostu odliczał czas do momentu gdy będzie mógł odpocząć. Jego wizyta w Autonomii okazywała się coraz bardziej nudna i pełna zawodów. Liczył na ciekawe, pełne życia miejsce. Tymczasem ani wielkie miasto, do którego trafił po zejściu z gór, ani kolejne odwiedzone przezeń miejsca nie stanowiły żadnej konkurencji dla ciepłego, domowego klimatu w jego stronach. Było po prostu gównianie, co tu dużo gadać.

Yl zatrzymał swój wóz w lekkim oddaleniu od reszty gromady, ciesząc się na myśl, że w końcu pozbędzie się tych wszystkich wścibskich ludków. Zadowolony pokiwał głową gdy zabrano z jego barków zgoła niepotrzebne brzemię w postaci ślepej chłopki, po czym wbił wzrok w widok Jagekhra próbującego rozpalić ognisko. Ylzziril nie był w humorze, żeby mu w jakikolwiek sposób pomagać. Po prostu obserwował te staranie beznamiętnie zastanawiając się kiedy tamten odpuści sobie próby rozpalania mokrego drewna. Sytuację uratował jednak jeden z tutejszych mieszkańców.

Rudy krasnolud wahał się przez chwilę, czy faktycznie spróbować tego rzekomego przysmaku w postaci bazyliszkowego mięsa. Z jednej strony było to dla niego coś nowego, więc i miał chęć zobaczyć jakie jest w smaku. Z drugiej ogólna niechęć która już rozlazła się po jego ciele sprawiała, że ruszanie się z wozu nie było szczytem jego marzeń, a dziwne mięso przedstawiało się raczej obrzydliwie. Ostatecznie postanowił zadowolić się resztkami swoich zapasów, po które też sięgnął.

Nie zdążył jeszcze skończyć posiłku, gdy z wieży znów wynurzyli się ludzie, w tej samej co wcześniej gromadzie zresztą. Tym razem jednak wszyscy skierowali się w stronę jego wozu. Nie wyglądało to na coś, co Ylzzirilowi kojarzyło się z chęcią handlu, raczej próbą grabieży.

- Jużci, dajcie mi chwilkę... - odparł na polecenie gospodarza, wiodąc przy tym wzrokiem po otaczających jego wóz ludziach. Nie dało się nie dostrzec skrytej w jego oczach nieufności. Dziwnie się zachowywali.

Otworzył jedną ze skrzyń i niepośpiesznie wyciągnął z niej coś, co z zewnątrz trudno było dostrzec. Była to jedynie drewniana tabliczka, pusta zupełnie. Coś co z zewnątrz możnaby uznać za jakąś metodę kupieckiego zapisu sprzedanych przedmiotów, czy może po prostu inne krasnoludzkie dziwactwo. Na jej środku krasnolud wyskrobał zręcznie, acz pieczołowicie jakąś runę. Ktoś znający jego rodowity język mógłby z łatwością odczytać napisaną w ten sposób frazę "nokaut". Yl położył tabliczkę z tyłu wozu, w środku znajdującego się tam przejścia. Choć bez wątpienia zrobił to nie bez powodu, to powód ten był znany zapewne jedynie jemu samemu.

Po wykonaniu tej czynności wrócił do skrzyni, zerkając na zapewne lekko zniecierpliwionego szlachcica. Jakby dla własnej wygody wyciągnął znajdujący się za psem toporek i położył z przodu, dbając o to by mógł po niego wygodnie sięgnąć w razie takiej potrzeby.

- Co was interesuje? Broń? Narzędzia? Wyroby jakie? - zapytał, aby kupić sobie jeszcze nieco czasu. Z podłogi wozu podniósł szklaną butelkę i ukazał mężczyznom.

- Mam krasnoludzki alkohol chociażby, pewnoście nie pili nigdy nic takiego. My to pijemy o tak, ale wy pewno będziecie z czymś zmieszać musieli - podpuścił lekko ludzi, wyciągając w ich stronę dłoń z butelką i zachęcając gestem gdyby któryś z ludzi szlachcica chciał spróbować. Jeśli nikt nie wziął od niego butelki, to położył ją z brzegu, na zewnętrznej skrzyni, na której zwykle siedział powożąc.

- Chyba że broni szukacie. Jakiś hełm też mam, ale tego wam nie ma co pokazywać, bo on jest na krasnoludzką głowę robiony, więc pewnie nie będzie pasował. Chyba że bardzo chcecie[/b] - Yl krzątał się dalej po wozie, otwierając tym razem drugie wieko skrzyni po jego boku. Zdawał sobie sprawę, że ludzie pewnie będą kręcić się i próbować podejrzewać co jest w środku, cały czas więc czuwał, na wypadek gdyby któryś z nich próbował coś podwędzić. Klapa z tyłu wozu na szczęście była uniesiona, co utrudniało wszelkie takie próby. Utrudniało, ale nie uniemożliwiało, nie sięgała przecież samej góry.

Wyciągnął ze skrzyni długi nieco poniżej dwóch stóp sztylet o wąskim, przechodzącym w szpic ostrzu. Jeden z tych, które służą do uderzania w słabe punkty uzbrojenia. Podszedł znów do brzegu wozu i położył go na przedniej skrzyni.

- Wiele rzeczy nie mam, ale z tego co już mam to znajdą się jakieś mniejsze i... - Yl zdjął ze ściany wozu jeden z wyważonych do rzucania krasnoludzkich toporków, oraz obity stalą pawęż z ciemnego drewna - albo i większe ustrojstwa. - zakończył, pokazując zdjęte ze ściany przedmioty, tych jednak już nie odkładając, a nadal dzierżąc w dłoniach, jakby chciał zademonstrować patrzącym jak świetnie leżą w rękach i jak dobrze się można z nimi prezentować przed walką.

Rakczadra
Posty: 17
Rejestracja: 06 lis 2014, 19:10
Lokalizacja postaci: Pożarka
GG: 39820077
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3090

11 mar 2017, 18:59

Dziewczyna rzeczywiście nie była przesadnie rozmowna. Z pewnością było jej po prostu smutno z powodu opuszczonego towarzysza. Chłopak nie miał pojęcia co ich tam spotkało, nie wiedział z czym mieli do czynienia i z jakich powodów w ogóle zapuszczali się w góry, niemniej bez problemu dało się odczuć, że cała ich grupa nie wygląda na zadowoloną. Z pewną ulgą odstąpił od Wierzby, czując się w jej towarzystwie zwyczajnie skrępowany. Oczywiście, gdyby tylko wyraziła chęć, by jej pomóc, Rakczadra zapewne by to przemyślał, ale teraz po prostu się oddalił.
Względnie szybko udało mu się nawiązać kontakt z Beltramundem. Nie było powodów do podejrzeń, by pytanie chłopaka mogło spotkać się z niechęcią - z pewnością wieśniacy nie wyglądali na takich, którzy odrzuciliby jego pomoc, albo co najmniej potraktowali jakoś nieprzychylnie.
- Dziękuję, postaram się odnaleźć sołtysa Tesora i z nim pomówić. - odpowiedział z wdzięcznością. Drobne prace mogły przynieść ulgę wieśniakom, więc nie należało ich lekceważyć. Zdecydowanie chłopak był gotów się ich podjąć. - Oczywiście, twoi ludzie, panie, wyglądają na bardzo karnych i oddanych. - zakończył rozmowę kurtuazyjnym komplementem i oddalił się od rozmówcy.
Dotarłszy wreszcie pod wieżę zamierzali rozbić tam obóz i odpocząć. Sam Rakczadra nie był może specjalnie zmęczony, niemniej nastawała noc i należało się gdzieś zatrzymać. Jagekhr zapowiedział mu już ucztę z mięsa bazyliszka, czymkolwiek była ta bestia, więc góral tylko pokiwał głową z uznaniem dla zasług dziwnego niewysokiego człowieczka. Nie miał pojęcia o krasnoludach, ale anatomią nie różnili się wiele od ludzi, co najwyżej byli nieco niżsi i inaczej zbudowani. Dlatego nawet mu specjalnie przez myśl nie przeszło, że są jakimś innym gatunkiem bądź rasą.
- Hm... bazyliszek... - wymamrotał do siebie, gdy spostrzegł jak właściciel mięsa zaczyna się z nim rozprawiać. Nie wyglądało to rzeczywiście zbyt ładnie, a Jagekhr po prostu nie martwił się tym, by przyrządzone przez niego jedzenie było odpowiednio podane. Z jednej strony sprawiło to, że chłopakowi trochę odszedł apetyt, z drugiej jednak powodowała nim ciekawość i dlatego spróbował spałaszować podany kawałek mięsa. W gruncie rzeczy w jego dotychczasowym życiu nie miał zbyt wielu okazji by nauczyć się kulturalnego zachowania przy stole, więc aż tak mu to wszystko nie przeszkadzało, a niektóre z części kawałka mięsa bazyliszka były nawet całkiem dobrze przyrządzone, ani nie węgliste, ani nie surowe. Zrezygnował jednak z jakiegokolwiek chwalenia posiłku, zachowując dyplomatyczne milczenie.
Wkrótce zaś drugi z krasnoludów rozpoczął swoje rytuały i pokazywanie ludziom towarów, jakie przewoził. Rakczadra zupełnie nie znał się na broni i tylko nieco z boku przyglądał się tym wszystkim cackom, według niego nie bardzo potrzebnym do codziennego szczęścia. Dzierżył śmiało w dłoniach swój kij i to zamierzało mu wystarczyć, chociaż nadal całkiem ciekawie obserwował nieznane mu towary. W pewnym momencie, gdy dostrzegł toporek do rzucania nieoczekiwania i wbrew własnej woli parsknął śmiechem.
- Jaka śmieszna siekierka. - powiedział z rozbrajającym niewinnym uśmiechem, z którego dało się wyczytać, że zaiste nie ma pojęcia do czego ów sprzęt na prawdę służy.
Awatar użytkownika
Jagekhr
Posty: 36
Rejestracja: 23 lip 2015, 21:07
Lokalizacja postaci: Pożarka
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3530#53751

11 mar 2017, 22:36

Nareszcie, Jagekhr znalazł okazję do pożarcia dobrej, porządnej i właściwej porcji mięsiwa. Całe to towarzystwo nie wiedziało, co i jak się jeść powinno, żrąc jakieś chlebki, grochy, buraki czy inne gówna. Na stole prawdziwego mężczyzny było miejsce tylko na mięso i alkohol, o tak. I mimo że stołu widać nie było, samo mięso okazało się w zupełności wystarczające. Rzadko spotykane mięsiwo bazyliszka smakowało Jagekhrowi o wiele lepiej dzięki świadomości, że to jego topór właśnie położył bestię; nie miało to większego znaczenia, krasnolud był tak głodny, że mógłby pożreć niemal cokolwiek bez względu na smak.

Wyglądało na to, że słabe żołądeczki ludzi nie wyrabiały w zetknięciu z prawdziwym jedzeniem. Jagekhr nie był zaskoczony. I im mniej wyżrą, tym więcej zostanie dla niego, więc i smucić go to nie smuciło. Uwaga chłopca odnośnie siekierki rozbawiła go na tyle mocno, że parsknął ponownie.

- Z trzech sążni może rozwalić łeb na dwoje taka śmieszna siekierka - powiedział między kęsami, szczerząc się złowieszczo.

W końcu, najedzony do oporu, oparł się w półleżącej pozycji o swój tobół, obserwując negocjacje z wyrazem twarzy, który mógł być zinterpretowany jako "błogi". Ogień grzał przyjemnie, brzuch był pełny - Jag nie czuł się tak dobrze od miesięcy. Leżał więc w błogości, oddając się relaksowi, od czasu do czasu wtrącając jakąś uwagę na temat towarów Ylzzirila i toczących się negocjacji.

Awatar użytkownika
Grynfa
Posty: 102
Rejestracja: 21 wrz 2014, 14:03
Lokalizacja postaci: Pożarka
Karta Postaci: viewtopic.php?p=50750#50750

12 mar 2017, 14:07

Apatia w jaką Grynfa popadła po wypadkach w jaskini była na tyle mocna, ze wyjście z niej musiało chwilę potrwać. Dlatego też skołowana chłopka nie była w stanie szybko ogarnąć dziejącej się wokół grupy sytuacji, zostawiając współtowarzyszom kwestię rozmowy z mieszkańcami wioski i przedstawicielami jej władz administracyjnych. Nie dosłyszała również pytania jednego ze zbrojnych, a z tonu wypowiedzi wywnioskowała, że lepiej nie prosić o powtórzenie, zamiast tego odpowiadając milczeniem.

Grynfa już wcześniej chciała spróbować jaszczurzego mięsa, dlatego też, prosząc Wierzbę o pomoc, spróbowała zejść z wozu i zbliżyć się do miejsca, w którym słychać było trzask ogniska. Gdyby łuczniczka nie odpowiedziała, zrobiłaby to na własna rękę, podpierając się kijem.


- Mogę dostać kawałek? - powiedziała w stronę, z której słychać było basowy głos krasnoluda. Bolała ją niezdolność do wykonywania podstawowych czynności i zdanie na łaskę innych nawet w takich sprawach jak odebranie racji żywnościowej, ale nie miała wyboru. To znaczy miała - mogła zostać na wozie i nadal udawać nieprzytomną. Czy mięso było tego warte? Raczej tak, w końcu nie był to powszechnie widziany wśród chłopstwa rodzaj pożywienia. Poza tym trzeba było zapełnić czymś pustkę w żołądku.

Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3761
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

Livin' in Exile

15 mar 2017, 12:19

//Wybaczcie, że większość posta dotyczy Ylzzirila, ale wszedł on w najbardziej rozbudowaną interakcję z NPC-ami. Mimo wszystko posta nie oczekuję tylko od Jagekhra, który mógł sobie w międzyczasie po prostu zasnąć. Reszta ma standardowe 72 godziny, a od Wierzby spodziewam się posta bezwzględnie.
MG

Prezentacja dokonywana przez Ylzzirila była barwna, a choć nie zachwalał przesadnie swoich towarów, one same mówiły za siebie. Elementy ekwipunku, które przyodziewał – oczywiście dla pokazania ich użyteczności – pyszniły się dobrą jakością wykonania. Spodziewaną zresztą po krasnoludzkich rzemieślnikach. Niektóre wydawały się dość egzotyczne, dostosowane do niskiej i umięśnionej sylwetki, ale żadnego nie można było nazwać niepraktycznym złomem.

Gdy Ylzziril krzątał się po pace wozu, biorąc do ręki prezentowane uzbrojenie, Beltramund i jego milczący dotąd towarzysz spojrzeli po sobie. Ich twarze rozjaśnił porozumiewawczy uśmiech. Nie było w nim jednak niczego niepokojącego. Najwyraźniej rozumieli ostrożność Ylzzirila i ją doceniali. Wyglądali wszak na ludzi pragmatycznych. Pochodzili z gór i, jak mówił dowódca strażnicy, stanowili pierwszą linię obrony granic. Musieli mieć poukładane w głowach.

Trzeci jegomość nie pasował nieco do tej wizji. Był wcześniej dość wyniosły, afiszując się ze swoim stanem szlacheckim. Niestety, najbliższy dwór oddalony był o parę ładnych mil i człek ten wypadał raczej śmiesznie. Już na początku ustawił się na tyłach wozu. Gdy dostrzegał, że jest obserwowany, ostentacyjnie okazywał brak zainteresowania. Niezbyt dobrze mu to szło. Nawet jego oczy błyszczały mu na widok krasnoludzkich skarbów. Poza tym, po coś tu przyszedł. Był ciekawski jak wszyscy. Na zadupiu, jakim niewątpliwie była Pożarka, kupcy z takimi towarami po prostu się nie zdarzali. Po dobre uzbrojenie trzeba było jechać do najbliższego miasta lub zamku z prawdziwego zdarzenia. Takiego z mistrzami cechowymi.

– Spokojnie, mistrzu krasnoludzie, nie chcemy cię okraść – rzekł po chwili pan Beltramund, widząc środki zapobiegawcze, które powziął Ylzziril. Najwyraźniej wynikały one z bariery kulturalnej. Jak sam brodacz wspominał, pochodził z daleka. Wskazywał na to jego zupełnie obcy w tych stronach akcent, jak również dobór słów. Jasnym było, że zna tylko podstawy Wolnej Mowy. Dogadywał się sprawnie, ale brakowało w tym swobody i polotu. Zapewne dlatego branie broni do ręki uszło mu płazem. Nawet miotanej. W innej sytuacji mógł narazić się na posądzenie o próbę zamachu na życie pana Beltramunda. Co jak co, ale podnoszenie ręki na szlachcica nie uchodziło w tych stronach płazem. A krasnoludom nie przysługiwał sąd inny poza boskim.

– Prędzej twoi kumple – dodał zjadliwie ten wyniosły, czepiając się dłońmi o tylną klapę wozu i zaglądając niby od niechcenia do środka. Narażał się grupie od samego momentu. I chociaż łatwo było go ignorować, chyba tylko Lorven wiedziała, co jeszcze strzeli mu do głowy. Na razie koncentrował się na zjadliwych uwagach. Nawet niepochwalająca takiego zachowania postawa jego przełożonego go nie powstrzymywała.

Bubek sprawiał, że niepewna sytuacja przy wozie stawała się niepotrzebnie napięta. Obie strony nadal nie były do końca pewne swoich zamiarów, a dzieliła je ponadto różnica kulturowa. Wzniecanie dodatkowej nerwowości nie było wskazane. Nie wyglądało też na to, że mieszkańcy wieży przywykli do widoku krasnoludów i samo to było pewnym problemem. Prawdopodobnie nigdy nie widzieli brodacza niepochodzącego z tego rejonu Autonomii Wolenvain. A i ich było mało. Trudno było nie być zaściankowym, gdy mieszkało się pod Wichrowymi Szczytami.

Nawet sam pan Beltramund miał pewne wątpliwości. Z pewnością rozważał, jaką podjąć decyzję – nie tylko zakupową. Kwestię kulturową mógł wprawdzie pominąć – wydawał się całkiem światły – ale prawna musiała mu ciążyć. Yl był z daleka, więc nie było powodów przypuszczać, że nie uiścił po drodze wszelkich wymaganych opłat. Towary wwożone do Autonomii z zachodu były obwarowane cłem, a innej drogi handlu nie było. Przynajmniej w świadomości ogólnej. Mimo wszystko nieopylenie wszystkiego w takim Wolenvain, gdzie z pewnością znaleźliby się amatorzy krasnoludzkich wyrobów, było podejrzane.

– Mogę…? – zapytał milczący dotąd podwładny pana wieży, mając na myśli wdrapanie się na kozioł, by lepiej widzieć i być może samodzielnie pogrzebać w towarach. Spodziewając się pozytywnej odpowiedzi już wsparł się na dłoniach, gotowy do włażenia na wóz. Sam miał krzaczastą brodę, spod której przebijał się dobrotliwy uśmiech. Miał łagodną twarz człowieka, który muchy by nie skrzywdził. Oczywiście jego uzbrojenie tego nie potwierdzało. No i nie mógł znaleźć się na tak niebezpiecznych terenach przypadkiem. Stanowił obsadę wieży tak jak wszyscy pozostali, musiał więc wiedzieć, jak używa się miecza, który wisiał przy jego boku. Mimo wszystko spojrzenie jego bladoniebieskich oczu spod krzaczastych, szpakowatych brwi było niezwykle dobrotliwe. Wzbudzał natychmiastowe zaufanie, nawet w krasnoludzie.

– Coś pewnie kupimy. Co jest w innych skrzyniach? – zdecydował się wreszcie zapytać Beltramund. – I skąd jedziesz, mistrzu krasnoludzie? To twoje wyroby? – dociekał dalej, zadając kilka kontrolnych pytań i podchodząc do wozu. Bez strachu wyciągnął rękę po toporek, chcąc, by Ylzziril mu go podał.

W tym czasie drugi krasnolud, Jagekhr, zdążył się już dobrze najeść. Warunki, choć trudne, nie przeszkadzały mu. Był zaprawiony. Jeśli dodać do tego jego przynależność rasową, można było ocenić, że na zimnej, rozmiękłej ziemi, przy wątłych płomieniach i z siąpiącym nadal deszczykiem jest mu wcale wygodnie. Jego towarzyszom – niekoniecznie.

Posłyszawszy, jak Grynfa się odzywa, Strzemionko ruszył jej na pomoc. Wcześniej z zaciekawieniem przyglądał się sytuacji przy wozie, nie ruszając się jednak ze swojego miejsca przy ognisku. Niewidoma wzbudziła jednak jego wyraźne współczucie. Zaraz po rozpaleniu ognia doprowadził ją nieco bliżej ciepła. Gdy poprosiła o kawałek mięsa, już miał jej go podać, ale zrezygnował w pół ruchu.

– Przecież jej tego nie dam – powiedział szybko do siebie, po czym zwrócił w kierunku Rakczadry. – Ty masz jakiś chleb? – zapytał, przeciągając wzrokiem także po innych osobach. Być może ktokolwiek miał coś do jedzenia. Podawanie osłabionej Grynfie wątpliwego nie tylko w smaku mięsa bazyliszka nie wydawało się mądre.

– Nie będziesz tu spała, zabiorę cię do wieży – zapewnił dziewczynę, rozglądając się za czymś, czym mógłby ją przykryć. Oczywiście niczego takiego nie znalazł, więc jego teatr szybko się zakończył. Niepewnie, ale z determinacją otulił ją więc swym ramieniem. Pachniał sianem, końmi i stresem.

Rakczadra
Posty: 17
Rejestracja: 06 lis 2014, 19:10
Lokalizacja postaci: Pożarka
GG: 39820077
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3090

16 mar 2017, 19:42

- Hoho, to nieźle! - zareagował na wypowiedź Jagekhra na temat toporka i pokiwał z uznaniem głową, jakby słuchał kogoś, kto na prawdę zna się na rzeczy. Zresztą trudno było nie odnieść takiego wrażenia po słowach krasnoluda, skoro do tego podwał on tak konkretne dane. Rakczadrze, mimo całego podziwu, nadal jednak arsenał Ylzzirila niespecjalnie przypadał do gustu. Było w nim wiele ostrego żelastwa, za którym chłopak nie przepadał.
- Ale pewnie do rąbania drewna albo ścinania drzew to nieprzydatny... - wzruszył ramionami jakby nie widział ostatecznie dla siebie w przedstawionym towarze nic ciekawego. Popatrzył jeszcze przez jakiś czas jak ludzie interesują się towarami i wozem krasnoluda, samemu nie zbliżając się przesadnie, a jedynie obserwując z odległości, wsparty na kiju. Naiwny chłopak nie rozumiał, ani nawet nie poczuł, że między oglądającymi ludźmi, a kupcem pojawiło się pewne napięcie. Nie miał zielonego pojęcia o podatkach. Nie przeszkadzały mu różnice kulturowe, nawet gdyby je dostrzegł. Po prostu jeden przedstawiał swoje towary, a inni je oglądali i zapewne jeżeli im się spodobają, to dobiją targu - nic nie wskazywało, by mogło wydarzyć się coś poza tym.
Młodzik zaczynał się już nawet trochę nudzić i powoli myśleć o szukaniu miejsca do swojego ulubionego spania, gdy posłyszał pytanie zadane w jego kierunku. Jeden z tutejszych ludzi zaczął zajmować się niewidzącą dziewczyną. Rakczadra natychmiast zbliżył się do nich i wyciągnął okrągły bochenek chleba o średnicy jednej stopy. Urwał spory kawałek i włożył go w ręce Grynfy.
- Smacznego. To dobry chleb, chociaż to mięso też nie jest złe, a w sumie dzięki niemu zyskałabyś więcej sił niż po samym chlebie... - te ostatnie słowa wypowiedział, jakby zastanawiał się, ale już po chwili podjął decyzję. Mięso to nie było może przyrządzone w sposób bardzo apetyczny, ale przecież dziewczyna tego nie widziała, więc nie mogło jej to brzydzić. Poza tym, było upieczone i względnie smaczne, a on sam jak na razie nie czuł się po nim źle. Rakczadra pozwolił sobie sięgnąć po najlepiej wyglądający według niego kawałek względnie tłustego mięsa i również podał je dziewczynie.
- Proszę. Żeby być silnym, trzeba jeść! - dodał z uśmiechem i przysiadł nieopodal. W myślach nakazał sobie wewnętrzna naganę - przecież tak późno zauważył w swoim otoczeniu potrzebującą. Całe szczęście był tu kto inny, kto otoczył ją opieką - ten chłopak zasługiwał na jego poważanie.
Awatar użytkownika
Wierzba
Posty: 62
Rejestracja: 06 lut 2015, 23:14
Lokalizacja postaci: Pożarka
GG: 4918905
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3528#53858

17 mar 2017, 01:34

Wierzba przyglądała się z oddalenia całemu zamieszaniu przy wozie krasnoluda. Przez chwilę zastanawiała się nad podejściem do zgrai, jednak konsekwencje z tym związane łatwo odwiodły ją od dość śmiałego pomysłu. Dobrze jej było tak, jak jest. Brak uwagi był wygodny, szczególnie jeśli się było kobietą paradującą z łukiem i dwoma mieczami wśród grupki awanturników. Powoli zwróciła się ku mniejszej grupce.

Usadowiła się blisko ognia, grzejąc zmarznięte ręce w jego cieple. Minęło trochę czasu. Wierzba ze spokojem obserwowała cieknący po brodzie Jaga tłuszcz. Czekała. Czekała, aż stanie się cokolwiek potwierdzającego jej myśl o trującym mięsie. Wciąż nie potrafiła zrozumieć, jak mógł z takim smakiem pałaszować tę okropną bestię.
Z zamyślenia wyrwały ją zagwozdki chłopaka na posyłki. Skierowała wzrok w jego stronę. Opiekuńcze ramię owinięte wokół Grynfy sprawiało dobre wrażenie. Wierzba rozluźniła się nieco.

Pozostawało mieć nadzieję, że ten wieczór skończy się spokojnie. Bez żadnych bezsensownych bójek, bez potworów schodzących z gór i bez wściekłych krasnoludów warczących na nieufną klientelę.

Awatar użytkownika
Ylzziril
Posty: 57
Rejestracja: 25 sty 2015, 15:00
Lokalizacja postaci: Pożarka
GG: 11721007
Karta Postaci: viewtopic.php?p=52092#52092

18 mar 2017, 10:23

Krasnolud rozejrzał się po mieszkańcach tutejszej wierzy.

- No dobrze, dobrze... - wymamrotał, rozluźniając się nieco. Odłożył trzymaną tarczę na bok. Obejrzał się jedynie na plującego z tyłu nieprzychylnymi komentarzami człowieka, który kładł łapska na jego wozie.

- Radziłbym uważać. To wszystko jest krasnoludzkiego wyrobu, jak się nie wie co można dotykać, a co nie, to można się poważnie uszkodzić. Coś się zapali, coś wybuchnie... - wypalił w jego stronę złośliwie. Czuć jednak w jego głosie było nutę powagi. Nie żartował.

Krasnolud powtórnie zwrócił swoją uwagę w stronę pozostałych osób oglądających towary. Dziwnie się czuł gdy go tak otaczali, wolałby aby stanęli razem, w jednym miejscu. Sami zresztą zapewne byli doskonale świadomi, że powodują takim dziwnym rozstawieniem niepotrzebne napięcie. Ba, już ktoś planował się wspinać na wóz. Yl zamilkł na sekundę czy dwie przyglądając się mężczyźnie, który zadał pytanie. Ostatecznie krasnolud uznał, że wygląda w porządku.

- Dobrze, chodźcie. Tylko ostrożnie. Jak mówiłem, niektóre rzeczy tu są delikatne.[/p]

Ylzziril obrócił sprawnie toporek w dłoni podając go rączką w stronę Beltramunda.

- Z Minaloit, tak to miejsce zwiecie. Razem z druhami moimi przybyliśmy przez góry, ze Złotego Wąwozu - ostatnie słowa powiedział jakby w zamyśleniu, wspominając jego rodzinnego strony. Dużo piękniejsze od tej marnej Autonomii, co do tego nie było wątpliwości.

- Chciałem zobaczyć wasz kraj, więc wyruszyłem w podróż. Wyroby mojej rodziny, albo kupione kiedyś. Jakem mówił, ja się obróbką drewna trudnię, a nie kowalstwem. Wóz jest spod mojej ręki. Nie przyjechałem handlować jako tako, raczej zwiedzić. Ale część z tych rzeczy nie jest mi potrzebna, ani przywiązany do niej szczególnie nie jestem - ciągnął dalej, odpowiadając na pytanie szlachcica i co jakiś czas jedynie zerkając na tył wozu.

- A w innych skrzyniach... - krasnolud wzruszył ramionami - trochę moich rzeczy, kolczuga jakaś, skórznia. Mogę wam pokazać, ale to wszystko robione na krasnoluda, także wygodne dla was nie będzie. - Yl uchylił znów jedną ze skrzyń i wyciągnął z niej fachowej roboty krasnoludzką kolczugę wykonaną ze stalowych kółek. Te znajdujące się na klatce piersiowej, brzuchu i obojczykach były tak drobne, że od długiego przyglądania się można było dostać oczopląsu. Faktycznie jednak rozmiarem i gabarytami przystosowana była na Yla, nie na człowieka.

- W drugiej skrzyni to w sumie ubrania moje są. No i jakieś tam kilka pierdół do strugania w drewnie. A pod kozłem okrycie i zgrzebło dla niego - Yl wskazał gestem swoje wierne zwierzę pociągowe - Nic ciekawego. Nie mam wiele na sprzedaż ogółem, bo, jak mówię, nie handlować przyjechałem.

Wróć do „Autonomia Wolenvain”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 22 użytkowników online :: 1 zarejestrowany, 0 ukrytych i 21 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Google [Bot]
Liczba postów: 52122
Liczba tematów: 2968
Liczba użytkowników: 1038
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Filip Chujzer
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.

Live czat z adminem

Czat z administratorem – klik!
W związku z tym, że Leviathan nie znajduje się jeszcze w swym finalnym kształcie, pytania do jego administratora są spodziewane, potrzebne i oczekiwane. Jeśli masz jakieś (albo chcesz po prostu pogadać o tym projekcie), kliknięcie na powyższy przycisk otworzy nową kartę z oknem rozmowy.