Pożarka

Najważniejszy obszar, na którym toczy się gra. Autonomia to zamieszkane głównie przez ludzi państwo podzielone na pięć prowincji ze stolicami w Wolenvain, Derinie, Morinhtarze, Minaloit i Aparilume. Czytaj więcej…
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3762
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

Pożarka

15 paź 2016, 18:36

Jak wiele wiosek położonych w pobliżu zwanego Wichrowymi Szczytami pasma górskiego, Pożarka nie była szczególnie mocno rozwinięta. Ot, kilka sporych, chłopskich chat przy jednej, dużej drodze, każda z przyległym doń, sporym polem powstałym na wyżarzonym wieki temu lesie. Do tego kapliczka, spory dom sołtysa z chlewem, świeżo stawiany młyn wiatrowy i ze dwie stodoły. Wysunięta na milę w stronę gór wieża rycerska była o wiele bardziej istotna, stanowiąc strażnicę mającą na celu ostrzeganie przed niebezpieczeństwem. Kamienna, przysadzista budowla z dobudówką wydawała się niezwykle wiekowa, ale mimo tego potężna, ze swoimi otworami strzelniczymi pozwalającymi na rażenie łukiem, z mocnymi odrzwiami i dachem z ostrosłupa o czterech ścianach. Przybudówka raziła czerwienią nieukruszonej, nie pokrytej jeszcze zaprawą cegły.

Chociaż faktycznego zagrożenia nie widziano tutaj od lat, ludzie nadal bali się tego, co mogło zejść do nich z Wichrowych Szczytów. Plotkowano głównie o orkach, ale również innych niebezpiecznych stworach, takich jak gryfy, giganty i nawet smoki. Wobec tak wielkiego zagrożenia nawet najpotężniejsza wieża z najlepszymi wojownikami nie wydawała się odpowiednim zabezpieczeniem. Mimo tego zamieszkujący w niej rycerz, pan Beltramund Gonalor herbu Czarna Ręka, pewien był swego, mając na podorędziu pięciu dobrych ludzi. Ostatnimi czasy ich rola ograniczała się głównie do pomagania lokalnemu poborcy podatków i bałamucenia licznych córek sołtysa Pożarki, ale wszyscy znajdowali się tutaj w gotowości bojowej. Wiedząc, że w przypadku niebezpieczeństwa szybka reakcja będzie kluczowa, mieli na podorędziu trzy konie, których doglądał najmłodszy z nich, czternastoletni, niemogący liczyć na pasowanie czy zostanie giermkiem Travion, zwany pieszczotliwie Strzemionkiem.

Korzenie samej Pożarki, choć sięgające do czasów sprzed Ery Feniksa, nie były znane jej mieszkańcom. Owszem – tereny, na których leżała, znajdowały w świadomości tutejszego chłopstwa jako należące ongiś do barbarzyńców zjednoczonych na początku Autonomii przez Wolena Gryfiego Jeźdźca. Historii tej nie odnoszono jednak do teraźniejszości, częściej traktując jako legendę niż opis przeszłych wydarzeń. Nie było czemu się dziwić – ilość podań o różnym stopniu wiarygodności, którymi obrosły te wydarzenia, nie pozwalała na rozróżnienie prostemu ludowi, jaka jest prawda. Nie pomagał w tym lokalny kapłan, Angarfen, często opowiadający o przeszłości tak, by nadać jej wymiar sakralny, krzewiąc tym samym wiarę w Lorven Protektorkę Dusz. Sam miał we wiosce ogromny posłuch, idealnie trafiając w gusta, strachy i nadzieje wioskowych. To on nakłonił pana Beltramunda by od czasu do czasu wpadał do wsi, ucząc jej mężczyzn walki oraz strzelania z łuku.

Władcy tych ziem, panu Falagartowi z rodu Kawengara bardzo było to na rękę, a wynikiem wzajemnego ocieplenia relacji między mieszkańcami wsi a seniorem była zgoda na budowę młyna wiatrowego. Ta imponująca, nowoczesna budowla powstawała pod okiem dwóch mistrzów cechowych – cieśli i młynarza, oraz ich dwóch czeladników. Czeladnik młynarski miał zostać w Pożarce wraz z całą swoją rodziną, do której obowiązków należeć miało doglądanie wiatraka po wsze czasy. Wykonywana tutaj praca przygotowywała go do majstersztyku, co do którego zdania miał całkowitą pewność. Obserwując jego biegłość i starania nietrudno było w to uwierzyć. Często lubił opowiadać o czasach, gdy odbywał podróż w celu poznania różnych metod wykonywania jego fachu. Zwiedził ponoć całą Autonomię Wolenvain (w skład której wchodziło jeszcze Niezależne Księstwo Lokent), dowiadując się wiele o mechanizmach wodnych i wiatrowych. Chwalił się, że część z pomysłów wcielił w życie na skutek rozmów z Latarnikami i innymi postępowcami z południa. Nie było powodów, by oskarżać go o mówienie nieprawdy, więc Akanor, bo tak było na imię krzepkiemu czeladnikowi, szybko zyskał sobie w Pożarce wielu dobrych znajomych.

Na rozwoju wsi zyskiwał oczywiście jej sołtys, Tesor. Chociaż nie miał szlacheckich korzeni, posiadał pewne kojarzone zwykle z wyższym stanem społecznym ciągoty do wielkości. Często rozmawiał z najbardziej uczonym człowiekiem Pożarki, kapłanem Angarfenem, o różnych nieinteresujących większości chłopów sprawach. Swego najstarszego syna – a miał ich czterech – wysłał na posługę do władcy ziem, pana Falagarta, licząc zapewne na to, że podłapie nieco szlacheckiego życia, być może wykaże się w jakiś sposób i zostanie nawet pasowany. Choć jako sołtys zarabiał najwięcej ze wszystkich mieszkańców wioski, mając udziały w podatkach, jatce i – w przyszłości – młynie wiatrowym, nie był znany z rozrzutności. Nie łożył na byle co, głównie wspomagając swego syna w staraniach, zapewniając mu godny przyodziewek, pieniądze na zachcianki oraz uważnie szukając mu dobrej żony. Lubił rozpowiadać o swych licznych kontaktach z radnymi leżących nieopodal miast, tutejszymi szlachcicami oraz przedstawicielami Świątyni Światła. Niedaleko leżał zresztą klasztor mnisi, z którego sołtys załatwiał całe beczki piwa. Chociaż Pożarce brakowało karczmy, w dużym domostwie sołtysa każdy mógł czuć się dobrze, zjeść coś i się napić, zwykle odpłatnie. Co istotne, Tesor bardzo dobrze traktował kobiety. Wiele chłopskich córek pracowało u niego jako pomoc domowa, opiekunki do dzieci czy w polu i żadna nie narzekała na niegodziwe zachowanie, nieodpowiednie zarobki czy zimną strawę.

Społeczność Pożarki trzymała się razem, spajana przez mocną wiarę, ciężką pracę, klasztorne piwo i ukryty strach.

Obecnie w tej lokacji znajdują się:
Aiar przebrany za pomocnika świątynnego;
Artlan przebrany za giermka;
młody, nerwowy szlachcic;
paladyn z mocno poparzoną twarzą;
sołtys wsi Tesor.
Awatar użytkownika
Grynfa
Posty: 102
Rejestracja: 21 wrz 2014, 14:03
Lokalizacja postaci: Pożarka
Karta Postaci: viewtopic.php?p=50750#50750

18 mar 2017, 15:07

Strzemionko - Grynfa zapamiętała jego imię, dokładał wszelkich starań, żeby chłopka doszła do siebie po incydentach w jaskini. Dziewczyna nie była przyzwyczajona do takiego traktowania, ludzie raczej wyrzucali ją z karczm niż pomagali, gdy tego potrzebowała. Z nieukrytym zadowoleniem przyjęła więc chociażby chwilową zmianę w trudnej sytuacji, w której postawił ją bazyliszek, a także własne lekkomyślne postępowanie - w końcu mogła pozostać w Wolenvain i zbijać fortunę na wyrobie łyżek.

Chłopka podziękowała Rakczadrze za podanie jej posiłku. Mięso bazyliszka, chociaż żylaste i o raczej nieprzyjemnym smaku, zagryzane porządnym kawałkiem chleba stanowiło mimo wszystko miła odmianę od wędzonych ryb i kawałków sera, które w sumie i tak skończyły się parę dni wcześniej. Po pierwszym sytym posiłku od dawna Grynfa zdecydowała się ulec propozycji chłopaka i pozwoliła mu prowadzić się do wieży. Może w końcu dane było jej zasnąć na czymś innym niż płaszcz rozłożony na ziemi.

- Grynfa jestem - w końcu wypadało się chociaż przedstawić osobie, która w ostatnich minutach wyrządziła jej tyle dobrego. Miała nadzieje, ze był do odruch dobrego serca, może litości, ale nie wyrachowania. Mimo wszystko nie miała innego wyboru, jak wtulona w ramię Strzemionka iść w stronę budynku, którego nawet nie była w stanie zobaczyć.

Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3762
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

Ace of Spades

21 mar 2017, 23:29

//Przepraszam za opóźnienie. Tylko Was testowałem. Macie za to syty post. Jagekhr i Grynfa nie muszą odpisywać, ale jeśli chcą, to droga wolna.
MG

Facet wpuszczony na wóz gwizdnął tylko na widok kolczugi prezentowanej przez Ylzzirila. Była rzeczywiście przedniej roboty. W skrzyni, z której została wyciągnięta, leżało jeszcze trochę krasnoludzkiego szpeju.

– Przygotowany jak na wojnę. – Brodata gęba rozjaśniła się w ciepłym uśmiechu, gdy zakapior, do którego była doklejona, zajrzał ponad ramieniem Ylza do środka skrzyni. Jego uwaga była bardziej trafna, niż można było początkowo zakładać. Najwyraźniej niewesołe myśli same cisnęły mu się na usta. Nawet, gdy próbował rzucić coś na przełamanie lodów. Nastanie wojny wieszczono bowiem od dawna. Słyszeli o tym nawet grzejący się przy ognisku pogromcy bazyliszka. Teoretycznie żołnierze ze strażnic podobnych do tej za plecami brodacza nie mieli się czego obawiać. W praktyce pan Beltramund musiał liczyć się z tym, że może zostać wezwany przez swojego seniora. Wieża nie mogła zostać całkiem opuszczona, ale jej załogę można było znacząco uszczuplić. Wszak nieczęsto z gór schodziło prawdziwe niebezpieczeństwo. Utrzymywanie tak wysuniętego przyczółku w trakcie wojny mogło być po prostu nieopłacalne. Każdy zdolny do walki mężczyzna, szczególnie zaprawiony ochroną granicy, był wtedy na wagę złota.

Ten stojący przed Ylzem rozglądał się po jego wozie powoli i z uwagą. Zastanawiał się pewnie, co kupić. Wreszcie wyjawił, co interesuje go najbardziej.

– Ten alkohol, o którym wspomniałeś… – spoufalił się machinalnie, zaraz sam sobie przerywając. – Natik jestem. – Wyciągnął sękatą łapę w kierunku Ylzzirila. – Z rodu Lareda Złotego – dodał nieco ciszej, ze swoistym zakłopotaniem. Z pewnością był realistą, w przeciwieństwie do jego kolegi z tyłu wozu. Wiedział, że jego szlacheckie miano nic wędrowcom nie powie. Obyczaj kazał je jednak podać. To ono, obok uzbrojenia i stroju świadczyło o przynależności do stanu rycerskiego.

– Co masz, piwo? – dopytał Natik z ulgą, rad najwyraźniej, że ma za sobą formalności. – Słyszałem też, że gorzałkę pędzicie… – mruknął z nadzieją w głosie, przenosząc dłoń w okolice pękatego mieszka wiszącego przy jego pasie. Wyniosły szlachciur na tyłach wozu prychnął pogardliwie, po czym ruszył z wolna w kierunku wieży. Najwyraźniej nie chciał już brać udziału w tej – z jego perspektywy – farsie. Zniknął w drzwiach bez pożegnania.

W tym czasie pan Beltramund skończył kontemplację toporka do rzucania oraz słów Ylzirilla.

– Nic nie wiem o żadnym Złotym Wąwozie – przyznał się wreszcie. Nie był to przejaw jakiejś szczególnej niewiedzy. Krasnoludy pochodzące z tego miejsca pojawiły się w Minaloit niejako znikąd, wykupując setki opuszczonych oraz zajętych domów. Zasilając w ten sposób kasę podupadającego miasteczka szybko przejęły nad nim faktyczną kontrolę. Nie było wielu, którzy mogliby się im przeciwstawić. Ludzie, którzy nadal z jakichś powodów siedzieli w Minaloit, upatrzyli sobie w sprzedaży swoich domów jedynej w swoim rodzaju okazji do polepszenia żywota. Ruszyli tłumnie ku nizinom z sakwami brzęczącymi krasnoludzkim srebrem. Samych imigrantów ze Złotego Wąwozu nie interesował stan budynków, choć lubili się targować i nigdy nie przepłacali. Wszystko wyremontowali sami, a potem zaczęli kopać, schodząc pod ziemię w poszukiwaniu swego dawnego dziedzictwa.

Historia Minaloit nie dotarła jeszcze do wszystkich uszu, a ci, którzy ją znali, niezbyt w nią dowierzali. Brakowało zdecydowanej reakcji Związku Miast Wschodnich, w którego skład wchodziło przejęte miasteczko. Wznosiła się za to coraz głośniejsza wrzawa od strony Derinu. Nadal jednak nie było jej słychać tutaj, pod Wichrowymi Szczytami. Miejscem leżącym, bądź co bądź, na zaścianku świata.

Zaraz za wyniosłym jegomościem w drzwiach wieży zniknął także Strzemionko prowadzący Grynfę. Ta ostatnia była już dobrze ogrzana i najedzona, zebrało się jej więc na sen. Nie chcąc zostawiać ślepej na zewnątrz, w niekorzystnych warunkach, zaprowadził ją do wąskiej, nieoświetlonej klitki znajdującej się na parterze strażnicy. Oczywiście Grynfa nie mogła stwierdzić, gdzie się znajduje, ale czując pod stopami miękki siennik wiedziała, że trafiła do miejsca, w którym Strzemionko sam sypiał. Musiało ją troszkę zmrozić, bo chłopak natychmiast po tym zareagował uspokajająco.

– Nic ci się nie stanie – rzekł tak, że jego towarzyszka od razu pojęła. Nie zamierzał z nią tutaj spać. Ułożył ją tylko na posłaniu i nawet przykrył. Otulona zbitą wełną zaszytą w płóciennych worach Grynfa mogła poczuć się jak księżniczka. Dawno już nie spała w tak dobrych warunkach. W pomieszczeniu pachniało Strzemionkiem, tylko mocniej. Do jej dłoni trafił szorstki, pustawy już bukłak. Zzuto jej buty. Sukni najwyraźniej jej opiekun nie miał odwagi zadrzeć, choć na pewno wiedział, że nie lza spać w tym, w czym się chodzi. No cóż, z tym Grynfa musiała sobie poradzić sama.

– Wino. Kwaśne, ale dobrze się po nim śpi. Tylko po cichu, bo się pogniewają – mówił Strzemionko półszeptem, opuszczając powoli kwaterę. Stanął jeszcze chwilę u progu, zapewne podziwiając swoje dzieło i trzęsąc się z nerwów wywołanych wszystkimi dzisiejszymi wydarzeniami. Z jego ruchów przebijała prawda: jeszcze nigdy nie był tak blisko z kobietą. Z samą Grynfą obchodził się jak z jajkiem i nie było to wywołane wyłącznie jej ślepotą. Zrobił dla niej wszystko, co był w stanie, najdelikatniej jak się dało. Choć jak każdy chłopak w jego wieku roił sobie pewnie mnóstwo myśli o tym, co zrobi, gdy tylko poprowadzi kobietę do swego barłogu, teraz nie zrobił prawie nic. Prócz lekkiego spąsowienia. Ostrożnie zamknął drzwi i wrócił pod ognisko.

W tym czasie Jagekhr zdążył już chyba usnąć. Jego twarde rysy nie łagodniały nawet, gdy opuściło je wszelkie napięcie. Leżał niby błogo, ale jednak z groźną miną, jakby zaraz miał wstać i komuś przywalić. Strzemionko szybko oderwał odeń wzrok. Wolał nie kusić losu.

W międzyczasie jego miejsce zajęła Wierzba, nieobecna dotąd myślami. Milczała nadal, ale przynajmniej siadła przy ognisku, grzejąc się przyjemnie w jego blasku. Strzemionko spojrzał na nią, ale coś w jej wyglądzie go chyba zniechęciło. Być może wolał bardziej pasywne, zdane na jego łaskę kobiety, takie jak Grynfa. Wierzba wyglądała natomiast na taką, która świetnie radzi sobie sama. Ostre rysy, noszony ekwipunek, przenikliwe spojrzenie… Mogła wzbudzić niepokój chłopaka przyzwyczajonego do całkowitej dominacji mężczyzn w jego życiu. Nie zamierzał się więc do niej odzywać. Zamiast tego rzucił niejako w przestrzeń:

– Skarbów się zachciało, a? Nie takie rzeczy w górach leżą, nie takie… – zagaił tajemniczo, jak gdyby liczył na zachętę. Kroiło się na wieczorną opowieść, choć trudno było powiedzieć, czy Wierzba lub Rakczadra mają na nią ochotę. Ta pierwsza w ogóle nie ruszyła jedzenia, zapewne zbyt zmęczona na takie rzeczy. Była wprawdzie głodna, ale nie wygłodniała. Miała nieco większe zmartwienia. Pilnowanie Grynfy leżało dotąd na jej wątłych barkach i nie należało do najłatwiejszych zajęć. Na szczęście ktoś ją wreszcie w tym wyręczył. Można było wreszcie odpocząć i pomyśleć, co dalej.

Póki co zanosiło się na to, że grupa o świcie uda się do Pożarki. Znalezienie tam pracy nie powinno być trudne. Na polu każdy się przydał, a dla kogoś o zdolnościach Wierzby – poświadczonych zresztą uzbrojeniem, które nosiła – mogły czekać nawet inne wyzwania. Nieraz zresztą się takich podejmowała, a okolice Wichrowych Szczytów obfitowały w rozliczne patologie. Przynajmniej w jej – popartej sporym doświadczeniem – opinii.

Przeszłość tego miejsca wyraźnie odbijała się w tym, co działo się tutaj teraz. Barbarzyńcy ongiś zajmujący te górskie tereny mieli silne zwyczaje, tradycję i religię. Antyczna, oparta na sile cywilizacja, choć bezszwowo połączona z zachodnią i poddana ewolucji, nadal roztaczała swą emanację. Choć niewielu ludzi to dostrzegało, Wierzba widziała. Przelewana od wieków jucha zaschła już na dobre i tutejsza ziemia zaczynała się jej domagać. Co jakiś czas z gór całkiem bez powodu schodził jakiś potwór, grupa zapomnianych orków, opętani żądzą krwi bandyci czy inne tałatajstwo. A i tutejsi chłopi potrafili sobie czasem nagle skoczyć do gardeł. Spośród terenów, które będą potrzebowały pomocy wagabundów podczas nadchodzącej wojny, podgórze Wichrowych Szczytów było chyba najważniejszym. Wierzba nie wątpiła w to, że gdy istotni gracze ruszą ku bitwom do wnętrza kraju, pozostawieni na ich miejscu zastępcy natychmiast rzucą się sobie do gardeł.

Takie i inne niewesołe myśli przebiegały przez umysł milczącej niewiasty, która odgonić je mogła tylko oddając się w objęcia snu. Lub przez podjęcie wyzwania Strzemionka, który swą wypowiedzią rozbudzał nieco wyobraźnię. Oczywiście dobrze byłoby też coś zjeść, a słuchanie dobrej opowieści pozwoliłoby łatwiej przełknąć nawet niezbyt smaczną strawę, którą dysponowała Wierzba. Strawę, która, warto wspomnieć, znajdowała się już na ukończeniu.

Awatar użytkownika
Ylzziril
Posty: 57
Rejestracja: 25 sty 2015, 15:00
Lokalizacja postaci: Pożarka
GG: 11721007
Karta Postaci: viewtopic.php?p=52092#52092

24 mar 2017, 15:07

Yl wzruszył jedynie ramionami na pierwszy komentarz. Wszelkie niesnaski szlachty w Autonomii były mu zupełnie obce, równie obcy był mu zresztą cały kraj. Nic dziwnego więc, że przyjechał doń dobrze przygotowany.

- Yl. Z Wędrujących Wichrów - krasnolud odpowiedział gardłowo chwytając prawicę Natika. Przedstawił się w podobny sposób co rozmówca, chcąc zachować zaprezentowaną przez nich etykietę, choć nie wiedział jaka jest rola rodów w ludzkiej społeczności i czy wygląda to choćby podobnie do kast, na które podzieleni byli on i jego pobratymcy. Brzmiało podobnie, to już coś. Po tych formalnościach pokiwał głową potakując.

- Ano, coś piwa mam. Żeby było czym gardło w podróży umoczyć - przytaknął - - gorzałkę też, to żem mówił wcześniej - krasnolud gestem wskazał na stojącą na widoku butelkę, w której znajdowało się nic innego, a właśnie krasnoludzka gorzałka. Co prawda wcześniej szlachcice nie wyglądali na chętnych spróbowania jej, ale teraz skoro atmosfera się nieco rozrzedziła, a mrukliwy dupek wrócił do wieży, mogą zmienić zdanie.
Yl stuknął dłonią w stojącą w wozie dziesięciolitrową beczułkę.

- Gorzałki nie brak! Ba, nawet więcej mogę zrobić, jeśli byście sprzętu i składników dostarczyli.

Yl wspiął się na przód wozu i rozsiadł wygodnie patrząc na Beltramunda. Z jednej strony nie zdziwiło go, że człowiek ten nie słyszał o jego rodzimych stronach, tak jak i wielu tam niewiele słyszało o Autonomii. Ale nic nie wiedzieć o Złotym Wąwozie! Toż to grzech!

- Ha! Złoty Wąwóz! - napoczął krasnolud, weselejąc nieco na myśl o rodzinnych stronach.

- Dom nasz! Dom krasnoludów. Tam się rodzimy, żyjemy i umieramy. Trudnimy pracą i nauką pośród gór. Z dawien dawna tam mieszkamy. Onegdaj wielu naszych pobratymców żyło i tutaj, tak się wśród nas mawia. Jednak słuch o nich zaginął. Tam gdzie to wasze śmieszne Minaloit stoi, również i krasnoludzka siedziba była. Ale szukając pod ziemią skarbów uwolnili zło, przed którym nawet i najtwardszy krasnolud musiał uciekać... - Yl zamilkł, stwierdzając najwidoczniej że dostatecznie dużo już powiedział. Odwrócił się i wlazł z powrotem do wozu.

- Gorzałki mogę sprzedać ile chcecie, nawet i wszystko co mam. Nie jest tego może wielkie zapasy, ale zawsze coś. Piwa coś sobie muszę zostawić, bo nie idzie wędrować przecież bez choćby jednego bukłaka.

Rakczadra
Posty: 17
Rejestracja: 06 lis 2014, 19:10
Lokalizacja postaci: Pożarka
GG: 39820077
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3090

25 mar 2017, 12:20

Sytuacja podróżników przy rozbitym obozie stawała się coraz bardziej senna. Rakczadra zupełnie nie interesował się handlem, więc niespecjalnie pociągało go oglądanie towarów Ylzzrila. O Grynfę również nie potrzebował już się martwić, od kiedy ów chłopak, zwany Strzemionkiem zabrał ją do wieży, gdzie z pewnością byłoby jej wygodniej niż pod gołym niebem.
Aktualnie, najedzony i we względnie nie najgorszym humorze, odpoczywał przy ognisku, chociaż przecież nie był specjalnie strudzony. Ledwie przecież zszedł z gór, a jego wędrówka nie mogła być przesadnie długa. W każdym razie - był o krok od prawdziwej osady ludzkiej, w której być może znajdzie się jakaś praca dla niego. Sam nie bardzo wiedział czego może oczekiwać od tutejszych, ale nie stanowiło to problemu - przynajmniej trudno byłoby powiedzieć, że w razie czego czeka go jakieś specjalne rozczarowanie. Ognisko przygrzewało, do tego płonące szczapy sympatycznie trzaskały, a Rakczadra powoli odpływał w sen. A trzeba rzec, że śpiochem był niebywałym, stąd, nawet pewnie nie poczuł, że gdzieś, w fałdy jego ubrania mogła zaplątać się polna mysz lub inna żaba pragnąca się ogrzać. Żaden problem.
Nie zareagował zupełnie, gdy Strzemionko napomknął o górach i o tym, co kryją. Chociaż nie trzeba było o tym Rakczadrze opowiadać, a nawet być może sam mógłby opowiedzieć więcej, nie zamierzał mu przerywać. Wyciągnąwszy przed siebie nogi, oparł się plecami o pieniek, przyłożył brodę do mostka, a ręce splótł na brzuchu. Pół-drzemiąc coraz bardziej oddawał się w objęcia snu, chociaż resztkami zmysłów starał się jeszcze wytrwać na jawie. Wreszcie chrapnął przeciągle.
Awatar użytkownika
Jagekhr
Posty: 36
Rejestracja: 23 lip 2015, 21:07
Lokalizacja postaci: Pożarka
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3530#53751

25 mar 2017, 12:46

Słysząc coś o skarbach, Jagekhr otrząsnął się z ogarniającej go już senności. Skierował swój wyjątkowo pogodny wzrok na Strzemionko, skupiając na nim swoją uwagę. Mieszkańców takich małych wiosek często warto było sluchać - nierzadko dużo wiedzieli o tym, co wartościowego i co niebezpiecznego można było znaleźć w okolicy. A po ostatniej... wyprawie... Jagekhr czuł mimo wszystko pewien niedosyt.

- Mów więc, chłopcze, co wiesz... albo raczej co ci powiedzieli. - zachęcił młodziaka do gadania. Widać raczej było, że chłopak opowie im swoją historię, czy tego chcą, czy nie, ale lekko go popchnąć nie zaszkodzi, uznał Jagekhr. Jeść trzeba, bazyliszek się kończył, a on bardziej miał ochotę coś zarąbać niż uczciwą pracą zarobić na podpłomyk. Tym bardziej, że towarzystwo przerzedzone okazywało się znacznie znośniejsze. Jedyne dwie kobiety, które zostały, nie otwierały prawie ust, co Jagekhr popierał, błazen i drugi błazen zostali w górach - znacznie przyjemniej, to znaczy ciszej i bez irytacji, spędzało się z nimi teraz czas.

Awatar użytkownika
Wierzba
Posty: 62
Rejestracja: 06 lut 2015, 23:14
Lokalizacja postaci: Pożarka
GG: 4918905
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3528#53858

26 mar 2017, 03:42

Rozsadziła się wygodniej, wpatrując w skwierczące nad ogniem resztki mięsa. Z każdą kolejną minutą coraz ciężej było jej się powstrzymać przed spróbowaniem obrzydlistwa. Z pewnością smakowało jak zwykły królik, prawda? Wierzba przełknęła ślinę, zerkając ukradkiem na śpiącego krasnoluda.

- A co mi tam. - Mruknęła pod nosem i za kilka chwil wbiła zęby w pierwszy ciepły posiłek, który miała w buzi od dłuższego czasu. Smakowało zwyczajnie, co lekko ją zaskoczyło. Spodziewała się raczej goryczy. Najwyżej rano będzie musiała wstać trochę wcześniej.

Jadła dość szybko i w ciszy. Przez dłuższy czas wpatrywała się w ogień, skupiając się tak naprawdę na rozmowie przy wozie, kiedy Strzemionko postanowił się odezwać. Chłopak zainteresował ją bardziej niż Yl i grupka mężczyzn. Właściwie, dopiero co zdała sobie sprawę z jego istnienia. Ot, zwykły chłopiec na posyłki.

Oblizała palce rzucając resztkę mięsa pod nogi i już miała pociągnąć chłopca za język, kiedy to nie kto inny, a sam Jag postanowił obudzić i wyręczyć ją w zadaniu.

Na jej twarzy pojawił się lekki grymas, który dość brzydko wykrzywił usta w prawą stronę. Mięso potwora, ot cały skarb, jaki udało się im zdobyć i Jag był jedną z osób, które Wierzba za to obwiniała. Znając już trochę porywczy charakterek mężczyzny nie chciała, aby ten przestraszył jej jedyną rozrywkę tej zimnej nocy. Spodziewała się bowiem, że onieśmielony, bądź przestraszony brodaczem chłopiec mógłby czmychnąć w podskokach z powrotem do wieży. Postanowiła więc nie zostawiać rozmowy tylko im dwóm.

- Zawsze ceniłam ciekawe historie. Jeśli masz jakąś dobrą, nadeszła chwila, aby zabłysnąć. - Uśmiechnęła się delikatnie, rzucając mu spojrzenie pełne ciekawości. - No, jakież to bestie mieszkają w górach i cóż to za historie pełzną przy nich?

Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3762
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

These Are Old Hands

04 kwie 2017, 21:16

//Trochę się wybiłem z rytmu, ale już powinno być lepiej. Sezon drugi regularnych odpisów czas zacząć. Część dialogów między Ylzirillem a NPC-ami skróciłem w narracji, bo i tak post mi wyszedł za długi.
MG

Strzemionko aż się cały zmieszał i zawiercił w miejscu na tę całą okazaną mu uwagę. Presja ciążąca na opowiadającym była tym większa, że wśród osób żywo zainteresowanych opowieścią znajdowali się kobieta i krasnolud.

Ta pierwsza nie była pierwszą lepszą młódką, która wlepiałaby sarnie oczy w chłopaczka tylko dlatego, że mieszka w wieży na granicy Wichrowych Szczytów. Mimo że nie był tu nikim ważnym, piastował funkcję niedostępną dla byle kogo i niebezpieczną. To mogło skłonić niejedną chłopkę do życzliwszego potraktowania Strzemionka. Wierzba wyglądała jednak na obytą, nie tylko z tego rodzaju historiami, ale i z badaniem ich źródeł. Chłopak musiałby się mocno natrudzić, by jej zaimponować.

Natomiast krasnolud prawdopodobnie wiedział o wszystkim znacznie więcej. I to dosłownie o wszystkim. Długowieczność i dobra pamięć cechująca przedstawicieli jego ludu – przynajmniej według obiegowej opinii – sprawiała, że Strzemionko mógł poczuć się nieswojo. Zupełnie tak, jakby był dzieciakiem opowiadającym swemu dziadkowi historię ważną tylko dla niego. Jagekhr nie był specjalnie stary, ale z pewnością jego wiek kilkukrotnie przewyższał ten Strzemionka. Sprawy nie ułatwiał fakt, że krasnoludy nie były często widywane w tych stronach. Prawdopodobnie chłopiec na posyłki pana Beltramunda nigdy żadnego nie widział. A dzisiaj trafiło mu się aż dwóch.

Wieczór tego dnia musiał na nim wywrzeć ogromne wrażenie. Nie dość, że obcował z awanturnikami, o których wcześniej zapewne tylko słyszał, to jeszcze kobieta spała w jego łóżku. Wprawdzie niewidoma, ale zawsze kobieta. Denerwował i ekscytował się tym wszystkim wyraźnie. Głośno przełknął ślinę.

– A pełzają, jak trzeba! – spróbował się zapalić, ale chyba pomysłów mu brakło, bo uczepił się tego, co powiedziała Wierzba. – A jak latają…! – dodał, wstając z wolna i próbując opanować drżenie głosu.

– No to idę ja z Jętkiem ostatnio przez wieś, nie? – zaczął dość kulawo, choć widać było, że już wcześniej zdarzyło mu się opowiadać tę historię. Zerknął tylko ukradkiem na pana Beltramunda, jakby ten miał coś przeciwko opowieściom przy ognisku. Być może miał coś przeciwko tej konkretnej.

– Pan Gonalor pojechał podatki od chłopków wyciągnąć, to my z nim, coby przypilnować. Spokojnie jest, dużo nie trzeba, jego miłościwie panująca barońskość chłopków nie męczy. To i podatki płacą. Trochę się tylko czasem pienią, że nie ma z czego, bo pogoda nie taka, ale to jest co roku to samo gadanie. Panowie przy mieczach, zbroice na klatach, wszystko na błysk. Konie dwa dni czesałem. No, ale do rzeczy – Jętek dobry chłopak, tylko gapa. Przyleciał do mnie i mówi tak: zgubiłem, zgubiłem! No to ja do niego: coś zgubił? On, że wnyki miał zastawić, a zostawił, bo po grzyby polazł. I zapomniał gdzie. Ojcu jeszcze nie powiedział, bo by bura była. No to z płaczem do mnie. Matka jego moją znała, kolegujemy się. To poszedłem z nim do tego lasu, nie? – gadał Travion, nie przejmując się za bardzo, czy zebrał uwagę obecnych. Sposób, w jaki się wypowiadał, był dość niechlujny, choć słychać było pewne pozytywne naleciałości. Przebywanie wśród szlachty odbiło się na Strzemionku i czasem udawało mu się zmontować nieco bardziej skomplikowane zdanie czy użyć większego słowa. Popadł w siebie, nie zwracając uwagi na otoczenie i rozkoszując się tym, że opowiada. Niekoniecznie zależało mu na udziale publiczności. Może to i lepiej – zestresowany w ogóle nie wiedział, co powiedzieć. A teraz zdawał się już nie przejmować. W rzadkich momentach, gdy jego spojrzenie krzyżowało się ze spojrzeniem Wierzby czy Jaga, zacinał się lekko i przenosił wzrok na płomienie.

– Wnyków szukamy, coraz głębiej w las. Jętek tam z ojcem miał swoje miejsce upatrzone, daleko ode wsi, żeby go tam sąsiad nie zdybał. Zazdrosny nade wszystko jest o te zające. Kutenogą go nazywamy, bo tak śmiesznie chodzi. No, ale nic, idziemy, a tu wnyków jak nie ma, tak nie było. Głupio Jętkowi mówić, że trzeba wracać. A trzeba było, bo tak czułem, że pan Gonalor już się będzie chciał zbierać. Wracać samemu na pieszo do wieży mi się nie uśmiechało. Już miałem Jętka zostawić samemu sobie, ale coś w krzakach zaszemrało. Jętek blady, potem mi mówił, że się dzika bał. Ale to nie był dzik. – Tu Strzemionko urwał, robiąc efektowną pauzę. Zrobiło mu się chyba sucho w gardle, ale przełknął tylko i oblizał usta.

– To był Kuternoga jak żywy z wnykami Jętka w łapach. Jętek w krzyk, kulawiec w krzyk, ja tam stoję i nie wiem co robić, a tamci jak się nie wzięli do szamotaniny! Coś tam próbuję, rozdzielam ich, jednemu i drugiemu po pysku daję, ale za nic nie się nie da. Nawet wnykami oberwałem, w łeb i o tu. – Strzemionko rozchylił dekolt koszuli i pokazał wydatny siniak przy lewym obojczyku. – Aż mnie zamroczyło. Krzyki się niosą, ja już też wnerwiony, nie wiadomo jak by się to potoczyło gdyby nie ten ryk.

– A ryk był to jak nie z Lewiatana. Jakby sama ziemia pękała! Tylko po sobie spojrzeliśmy i w nogi, Kuternoga dużo w tyle, wiadomo. Dobiegliśmy do wioski, czekamy na niego, bo to porządny chłop był, mimo że chuj. Rodzinę miał i dzieciaki od takiego małego do prawie dorosłego. Ale nie wrócił. Ja dobrze wyczułem i już musiałem wracać z panem Gonalorem, a od tego czasu we wsi nie byłem. Ale cosik mi się zdaje, że Kuternogę położył trupem Smok ze Szczytów.

Tak jak rozpoczął, tak zakończył: kulawo. Widząc jednak, że miano Smoka ze Szczytów nikomu nic tutaj nie mówi, podjął dalej:

– Nieraz już ludzie ginęli, nieraz stada przetrzebione były, ryki różne się słyszało, złoto ginęło, a nade wszystko dziewice! Pożarka to swoje imię ma chyba od tego, że smoki ją lubią co jakiś czas palić. I powiadam wam, ten moment to zaraz przyjdzie!

Strzemionko tak się podgrzał, że ściągnął na siebie niechcianą uwagę ludzi przy wozie. Natik, który rozpoczynał właśnie targowanie się o beczkę piwa z Ylzzirilem, powoli przeniósł wzrok na chłopaka.

– Travion, chyba nie opowiadasz znowu tych głupot o smoku, coście je z Jętkiem wymyślili? – zaśmiał się mężczyzna. Jego przełożony nie podzielał tego humoru. Odłożył toporek do rzucania, który nadal znajdował się w jego dłoni, mimo że od pewnego momentu bardziej interesowały go inne towary krasnoluda. Na opowieść o Złotym Wąwozie zareagował odpowiednio, ale niezbyt entuzjastycznie; był widać zbyt zmęczony. Mimo tego oczy mu się na to wszystko zaświeciły i zapowiedział, że chętnie wróci do tej rozmowy. Zaraz po tym oddał pole Natikowi, który wyraźnie chciał dzisiaj wydać swe pieniądze.

Beltramund nie zestrofował Strzemionka publicznie, ale też włączył się do rozmowy. Podszedł bliżej ognia.

– Wybaczcie chłopakowi, wyobraźnię ma bujną, a łeb młody. Tego ich Kuternogę znaleźliśmy, niestety zbyt późno. Dzik i tyle. – wzruszył ramionami pan wieży. – Was było więcej… Gdzie ta niewidoma? – zapytał przytomnie, udowadniając, że zachowuje czujność. Urwał tym samym ewentualne protesty Strzemionka, który zmieszał się jeszcze bardziej.

– W moim barłogu… Bo ja i tak tam nie będę spał, a ona ślepa, to… - mruczał pod nosem gwoli wyjaśnienia.

– Dobrze zrobiłeś – rzekł tylko rycerz ku uciesze chłopaka. Najwyraźniej nie dopatrywał się (zresztą słusznie) zagrożenia w osobie Grynfy. Po tym pożegnał grzecznie i udał, ziewając ukradkiem, w kierunku wieży. Strzemionko rozluźnił się znacznie, ale chyba odechciało mu się gadać.

– To ile za to piwo? – dopytywał brodaty jegomość handlujący z Ylzem. Wcześniej dał do zrozumienia, że chciałby kupić tyle, ile się da. Jakby szykował jakąś hulankę.

Awatar użytkownika
Jagekhr
Posty: 36
Rejestracja: 23 lip 2015, 21:07
Lokalizacja postaci: Pożarka
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3530#53751

05 kwie 2017, 00:05

Jagekhr słuchał, półleżąc, czując przyjemną i rzadko spotykaną pełną sytość, grzejąc się w cieple pobliskiego ognia. Niestety, jak się okazywało, opowieść chłopaka na wiele się nie zda - ot, coś dorwało jednego chłopa i zostawiło ślady jak po dziku. A jeśli czegoś Jag mógł być pewny, to właśnie tego, że żadne smoczyska czy inne straszliwości nie zostawiało takich śladów na ofiarach, jak dziki. Przynajmniej skoro ludzie w pobliżu znikali, to może i faktycznie coś tu w pobliżu siedziało, coś, za co ubicie by zapłacili szczodrze. Ten Beltramund nie wyglądał na kogoś, kto by nie docenił dobrze wykonanej roboty. Jagekhr zastanowił się przelotnie, co to za bestia mogłaby zostawić ślady takie, żeby rycerz mógł je pomylić ze śladami dziczymi.

- Że akurat dziewic się nie możecie doliczyć to zdziwiony nie jestem! Wracajo potem pewno, tyle, że z brzuchem, a? Ale jak mówisz, że tu ludzie gino, to mów, ilu, kto, gdzie i kiedy, może prawdziwie coś tu siedzi i wami się tuczy. - Spróbować dowiedzieć się więcej nie zaszkodzi, chłopak wyraźnie chciał sobie pogadać. Niech no wyrzuci z siebie to wszystko, co mu ciąży, a o czym pewnie nikt inny nawet już nie chce słuchać.

Rakczadra
Posty: 17
Rejestracja: 06 lis 2014, 19:10
Lokalizacja postaci: Pożarka
GG: 39820077
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3090

05 kwie 2017, 23:21

Rakczadra co prawda nie zasnął jeszcze pełnym snem, ale mimo z opowieści chłopaka dotarło do niego może jedynie co drugie słowo, co zdecydowanie utrudniało pełne zrozumienie treści. Zrozumiał coś zapewne o jakimś Jętku, z którego to naśmiewano się, gdyż szukał wnyków tylko po to, aby wsadzić w nie jakąś nogę, zapewne swoją, a potem nazywać ją "kuternogą". W międzyczasie ktoś tam wrzeszczał, ryczał, krzyczał i wreszcie zaginął, by ostatecznie zostać nazwanym ćwokiem ze szczytów. Trudno powiedzieć cóż zrozumiałby i jaka byłaby reakcja chłopaka, gdyby zwyczajnie nie zmorzył go sen. Jest wielce prawdopodobne iż zainteresowałby się niedola wieśniaków nękanych przez nieznanego potwora, niemniej słabości pozostawałby słabościami i wystarczyło wygodnie złożyć się nawet na względnie niewygodnej ziemi, by ostatecznie zmrużyć oczęta i zasnąć. Rakczadra okręcił się szczelniej swoim wierzchnim odzieniem i nie stresując się przesadnie o ograbienie (gdyż też ograbić go nie było z czego), zasnął, być może śniąc o jutrzejszej wizycie w Pożarce, o ile ta nie zostanie pożarta w międzyczasie.
Awatar użytkownika
Ylzziril
Posty: 57
Rejestracja: 25 sty 2015, 15:00
Lokalizacja postaci: Pożarka
GG: 11721007
Karta Postaci: viewtopic.php?p=52092#52092

07 kwie 2017, 20:07

- Za piwo, mówicie? Ano, niech ja pomyślę jak na te wasze monety spojrzę - Yl napoczął. Wygrzebał z mieszka jeden szyling i jeden or, które wywiózł swego czasu z Minaloit i przyjrzał się obu monetom, coby dobrze ocenić ich wartość wśród jego pobratymców. Krótki pobyt w górskim miasteczku pośród ludzi nie dał mu zbyt szczegółowej orientacji w ich cenach, jednak starał się dobrze ocenić ile mógłby za swoje piwo zażądać tak, aby nie był na tym stratny. Oczywiście, zacznie od ceny trochę wyższej bo rozmawiający z nim Natik na pewno będzie chciał ją zbić w dół.

Gdy tylko ocenił to w swojej głowie rozpoczął targowanie się z prawdopodobnym kupcem. Był świadom, że może źle trafić z ceną, więc bacznie obserwował reakcję Natika. Ale nie chciał przesadnie odpuszczać.

Wróć do „Autonomia Wolenvain”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 10 użytkowników online :: 2 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 8 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Google [Bot], Infi
Liczba postów: 52125
Liczba tematów: 2968
Liczba użytkowników: 1039
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Mejb
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.

Live czat z adminem

Czat z administratorem – klik!
W związku z tym, że Leviathan nie znajduje się jeszcze w swym finalnym kształcie, pytania do jego administratora są spodziewane, potrzebne i oczekiwane. Jeśli masz jakieś (albo chcesz po prostu pogadać o tym projekcie), kliknięcie na powyższy przycisk otworzy nową kartę z oknem rozmowy.