Pożarka

Najważniejszy obszar, na którym toczy się gra. Autonomia to zamieszkane głównie przez ludzi państwo podzielone na pięć prowincji ze stolicami w Wolenvain, Derinie, Morinhtarze, Minaloit i Aparilume. Czytaj więcej…
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3773
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

Pożarka

15 paź 2016, 18:36

Jak wiele wiosek położonych w pobliżu zwanego Wichrowymi Szczytami pasma górskiego, Pożarka nie była szczególnie mocno rozwinięta. Ot, kilka sporych, chłopskich chat przy jednej, dużej drodze, każda z przyległym doń, sporym polem powstałym na wyżarzonym wieki temu lesie. Do tego kapliczka, spory dom sołtysa z chlewem, świeżo stawiany młyn wiatrowy i ze dwie stodoły. Wysunięta na milę w stronę gór wieża rycerska była o wiele bardziej istotna, stanowiąc strażnicę mającą na celu ostrzeganie przed niebezpieczeństwem. Kamienna, przysadzista budowla z dobudówką wydawała się niezwykle wiekowa, ale mimo tego potężna, ze swoimi otworami strzelniczymi pozwalającymi na rażenie łukiem, z mocnymi odrzwiami i dachem z ostrosłupa o czterech ścianach. Przybudówka raziła czerwienią nieukruszonej, nie pokrytej jeszcze zaprawą cegły.

Chociaż faktycznego zagrożenia nie widziano tutaj od lat, ludzie nadal bali się tego, co mogło zejść do nich z Wichrowych Szczytów. Plotkowano głównie o orkach, ale również innych niebezpiecznych stworach, takich jak gryfy, giganty i nawet smoki. Wobec tak wielkiego zagrożenia nawet najpotężniejsza wieża z najlepszymi wojownikami nie wydawała się odpowiednim zabezpieczeniem. Mimo tego zamieszkujący w niej rycerz, pan Beltramund Gonalor herbu Czarna Ręka, pewien był swego, mając na podorędziu pięciu dobrych ludzi. Ostatnimi czasy ich rola ograniczała się głównie do pomagania lokalnemu poborcy podatków i bałamucenia licznych córek sołtysa Pożarki, ale wszyscy znajdowali się tutaj w gotowości bojowej. Wiedząc, że w przypadku niebezpieczeństwa szybka reakcja będzie kluczowa, mieli na podorędziu trzy konie, których doglądał najmłodszy z nich, czternastoletni, niemogący liczyć na pasowanie czy zostanie giermkiem Travion, zwany pieszczotliwie Strzemionkiem.

Korzenie samej Pożarki, choć sięgające do czasów sprzed Ery Feniksa, nie były znane jej mieszkańcom. Owszem – tereny, na których leżała, znajdowały w świadomości tutejszego chłopstwa jako należące ongiś do barbarzyńców zjednoczonych na początku Autonomii przez Wolena Gryfiego Jeźdźca. Historii tej nie odnoszono jednak do teraźniejszości, częściej traktując jako legendę niż opis przeszłych wydarzeń. Nie było czemu się dziwić – ilość podań o różnym stopniu wiarygodności, którymi obrosły te wydarzenia, nie pozwalała na rozróżnienie prostemu ludowi, jaka jest prawda. Nie pomagał w tym lokalny kapłan, Angarfen, często opowiadający o przeszłości tak, by nadać jej wymiar sakralny, krzewiąc tym samym wiarę w Lorven Protektorkę Dusz. Sam miał we wiosce ogromny posłuch, idealnie trafiając w gusta, strachy i nadzieje wioskowych. To on nakłonił pana Beltramunda by od czasu do czasu wpadał do wsi, ucząc jej mężczyzn walki oraz strzelania z łuku.

Władcy tych ziem, panu Falagartowi z rodu Kawengara bardzo było to na rękę, a wynikiem wzajemnego ocieplenia relacji między mieszkańcami wsi a seniorem była zgoda na budowę młyna wiatrowego. Ta imponująca, nowoczesna budowla powstawała pod okiem dwóch mistrzów cechowych – cieśli i młynarza, oraz ich dwóch czeladników. Czeladnik młynarski miał zostać w Pożarce wraz z całą swoją rodziną, do której obowiązków należeć miało doglądanie wiatraka po wsze czasy. Wykonywana tutaj praca przygotowywała go do majstersztyku, co do którego zdania miał całkowitą pewność. Obserwując jego biegłość i starania nietrudno było w to uwierzyć. Często lubił opowiadać o czasach, gdy odbywał podróż w celu poznania różnych metod wykonywania jego fachu. Zwiedził ponoć całą Autonomię Wolenvain (w skład której wchodziło jeszcze Niezależne Księstwo Lokent), dowiadując się wiele o mechanizmach wodnych i wiatrowych. Chwalił się, że część z pomysłów wcielił w życie na skutek rozmów z Latarnikami i innymi postępowcami z południa. Nie było powodów, by oskarżać go o mówienie nieprawdy, więc Akanor, bo tak było na imię krzepkiemu czeladnikowi, szybko zyskał sobie w Pożarce wielu dobrych znajomych.

Na rozwoju wsi zyskiwał oczywiście jej sołtys, Tesor. Chociaż nie miał szlacheckich korzeni, posiadał pewne kojarzone zwykle z wyższym stanem społecznym ciągoty do wielkości. Często rozmawiał z najbardziej uczonym człowiekiem Pożarki, kapłanem Angarfenem, o różnych nieinteresujących większości chłopów sprawach. Swego najstarszego syna – a miał ich czterech – wysłał na posługę do władcy ziem, pana Falagarta, licząc zapewne na to, że podłapie nieco szlacheckiego życia, być może wykaże się w jakiś sposób i zostanie nawet pasowany. Choć jako sołtys zarabiał najwięcej ze wszystkich mieszkańców wioski, mając udziały w podatkach, jatce i – w przyszłości – młynie wiatrowym, nie był znany z rozrzutności. Nie łożył na byle co, głównie wspomagając swego syna w staraniach, zapewniając mu godny przyodziewek, pieniądze na zachcianki oraz uważnie szukając mu dobrej żony. Lubił rozpowiadać o swych licznych kontaktach z radnymi leżących nieopodal miast, tutejszymi szlachcicami oraz przedstawicielami Świątyni Światła. Niedaleko leżał zresztą klasztor mnisi, z którego sołtys załatwiał całe beczki piwa. Chociaż Pożarce brakowało karczmy, w dużym domostwie sołtysa każdy mógł czuć się dobrze, zjeść coś i się napić, zwykle odpłatnie. Co istotne, Tesor bardzo dobrze traktował kobiety. Wiele chłopskich córek pracowało u niego jako pomoc domowa, opiekunki do dzieci czy w polu i żadna nie narzekała na niegodziwe zachowanie, nieodpowiednie zarobki czy zimną strawę.

Społeczność Pożarki trzymała się razem, spajana przez mocną wiarę, ciężką pracę, klasztorne piwo i ukryty strach.

Obecnie w tej lokacji znajdują się:
Aiar przebrany za pomocnika świątynnego;
Artlan przebrany za giermka;
czeladnik młynarski Akanor;
młody, nerwowy szlachcic;
paladyn z mocno poparzoną twarzą;
sołtys wsi Tesor.
Awatar użytkownika
Ylzziril
Posty: 57
Rejestracja: 25 sty 2015, 15:00
Lokalizacja postaci: Pożarka
GG: 11721007
Karta Postaci: viewtopic.php?p=52092#52092

Re: Pożarka

30 lip 2017, 20:54

Krasnolud tak naprawdę nie wiedział gdzie chce iść i co zrobić. Wieża pełna bogatszych i lepiej usytuowanych ludzi wydawała mu się lepszym miejscem. Może dałby radę coś jeszcze sprzedać, dogadać się, cokolwiek. Z drugiej strony, chciał iść dalej. W końcu wyruszył przede wszystkim by poznać tę dziwną krainę.

Pełne lasów i łąk widoki, które przez Ylzzirilem roztoczył poranek wzbudziły w nim pewien respekt. Dziwnie się czuł w tym miejscu, gdzie świat zdawał się taki... nieograniczony? Nawykły przecież do tego, że otaczało go góry, lub też ciemne ściany wykutych w nich tuneli. To miejsce zdawało się tak przepastne, pełne wszystkiego. Z jednej strony cieszyło go to, że dane mu ujrzeć jest coś odmiennego od miejsc, w których spędzał tyle czasu. Z drugiej nadal jeszcze nie do końca się przyzwyczaił pomimo swych ostatnich podróży. Wzbudzało to jego niepokój. Zwłaszcza, że w przypadku jego nieprzystosowanego do takich miejsc wzroku wszystkie co znajdowało się gdzieś daleko w oddali zaczynało przypominać jedynie kolorowe, rozmazane plamy.

Biorąc przykład z pozostałych Yl popędził zwierzę i ruszył do wsi. Cóż mu było z zostawania pod wieżą. Chciał zobaczyć kolejną z tych nędznych ludzkich osad pełnych drewnianych domów. Często niewiele się one różniły pomiędzy sobą, ale kto wie. Może ta wzbudzi jego ciekawość? Nie znał nadal zbyt dobrze tutejszych obyczajów. Wyraźny, obcy akcent i nieobycie sprawiały, że trudno się dogadywał z miejscowymi i pomimo tego, że wędrował przez Autonomię już jakiś czas, to nadal był dla tej kultury zupełnie obcy. Nie był pewien gdzie udać się we wsi i jak ustawić. Na szczęście mógł obserwować swoich towarzyszy i wyciągnąć wnioski. Widząc jak Jakeghr wędruje do domu, który najpewniej należał do kogoś ważnego w tym zbiorze śmiesznych domków zrobił to samo. Jedynie ostrożniej. Chciał najpierw zawitać, przywitać się, wybadać nieco sołtysa co tam we wsi i widzieć jak zareaguje na jego obecność. A jeśli będzie człowiekiem otwartym, to zaoferować coś na sprzedaż, lub też podarować jakieś wieści, czy może nawet jeden z obecnych w wozie toporków, czy też podobny krasnoludzki produkt (z rodzaju tych mniej cennych, oczywiście) za jadło i możliwość spokojnego spędzenia nocy w swym wozie obok budynku.

Przez całą drogę Yl milczał. Wiedział, że zapewne i tak się z innymi niedogada. Zauważył, że pozostali nie zjedli nic z rana. On, przyzwyczajony do tego, że rankiem wstaje i rusza pracować jakoś nie wyobrażał sobie takiego dnia. Zresztą, pewnie jadł więcej niż Wierzba i Rakczadra razem wzięci. Nawet dziewczyna nie tknęła jedzenia, choć spodziewał się, że kiedy poprzedni posiłek ją opuści - a zdawało się to nieuniknione - to pokusi się choć na kilka gryzów jadła. W końcu z czegoś jej organizm czerpać musiał, a skoro poprzednie źródło znalazło się w lesie... Cóż. Ale nie miało to w gruncie rzeczy dlań większego znaczenia.

Rudy krasnolud, choć pałał lekkim sentymentem do Wierzby, to poza tym zupełnie w sumie się pozostałymi nie interesował. Niech robią co chcą i zdychają jak chcą. On przyjechał tu po kosztowności, widoki i wiedzę. A na to pierwsze raczej nie mógł liczyć.

Awatar użytkownika
Grynfa
Posty: 102
Rejestracja: 21 wrz 2014, 14:03
Lokalizacja postaci: Pożarka
Karta Postaci: viewtopic.php?p=50750#50750

Re: Pożarka

30 lip 2017, 22:37

Podróż do wioski upłynęła Grynfie tak samo, jak ta z jaskini pośród gór. Chłopka nic nie widziała, więc tylko znajome zapachy zwierząt gospodarskich i pozostawianych przezeń nieczystości upewniały ją, że grupa rzeczywiście wracała do cywilizacji. Jedynym udogodnieniem była jazda wozem, na co nie mogłaby liczyć, gdyby nie jej niepełnosprawność. Oddałaby jednak tą wątpliwą przyjemność za możliwość ponownego oglądania otaczającego ją świata.

Gdy dotarli do ścieżki, chłopka z podziękowaniem przyjęła pomoc Wierzby. Wiedziała, że niedługo drużyna się rozpadnie, więc cieszyła się z tych ostatnich przejawów życzliwości. Niedługo będzie musiała radzić sobie sama, bo raczej wątpiła, że wiedźma pomoże jej odzyskać wzrok. W sytuacji, w jakiej się znalazła, należało się jednak chwytać wszelkich możliwych środków, tak więc Grynfa, podpierając się kijem, stanęła przed drzwiami domniemanej chatki, zwracając się w stronę, z której słyszała pukanie Wierzby.

Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3773
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

MG‐post: Calm Before the Storm

01 sie 2017, 19:27

MG

Najpierw szedł Jagekhr, prując do wioski niczym wół. Zaraz za nim znajdował się zresztą prawdziwy pociągowy zwierz, ciągnąc majdan drugiego krasnoluda, Ylzzirila. Za wozem szedł, jakby w zamyśleniu, Rakczadra. Cały ten korowód był bardzo dobrze widoczny nawet dla chłopów pracujących na dalekich polach – głównie przez wysokie umiejscowienie oraz bardzo wyróżniającą się na tle przyrody rudość woźnicy.

Ci, którzy z jakiegoś powodu znajdowali się przy głównej drodze Pożarki, schodzili śmiałkom z drogi. Nie uszło ich uwadze, że powróciło tylko dwóch, i to jeszcze spoza ludzkiej rasy. Rakczadra był im znany, więc niewiele sobie zrobili z jego obecności – dobrze, że się pojawił, bo mógł mieć coś ciekawego do powiedzenia, a być może pomógłby w jakichś pracach, ale to nie on był dzisiaj główną atrakcją.

Wagabundzi wzbudzali o wiele większe zainteresowanie – tym większe, że byli krasnoludami. Nikt nie śmiał zagadać. Jagekhr nie zachęcał do tego, bez wahania dążąc do celu, jaki sobie obrał. Jego dobór nie dziwił. Największy, należący do sołtysa dom leżał w samym centrum wioski, górując nad resztą swoimi dwoma kondygnacjami oraz przyrastającym doń, jedynym w wiosce chlewem. Wiosna daleko niosła swojski zapach świń i mokrej paszy, a u chaty przywiązano także sześć koni, z których przynajmniej dwa były przedniego rzędu. Dziwiła tak duża ich liczba; oznaczało to, że sołtysa odwiedzało właśnie wielu gości, w tym kilku majętnych.

Nieopodal wyrastała pokaźna konstrukcja nieukończonego jeszcze młyna wiatrowego, przy której toczyły się prace ciesielskie. Wieś niezbyt się zmieniła od czasu ostatniej wizyty śmiałków. Chaty chłopskie nadal wydawały się rozrzucone chaotycznie i byle wzdłuż drogi – niektóre w pewnym oddaleniu, inne przy samym gościńcu. Rozciągające się za nimi pola ciągnęły się daleko, a rosły na nim nieznane krasnoludom rośliny. Prócz zbóż nie potrafili wyszczególnić innych, a chociaż pyszniły się one w słońcu swoją dojrzałą zielonością, nie za bardzo mogło ich to obchodzić.

Naprzeciw domu sołtysa z ziemi wyrastała przysadzista kapliczka z malutkim odrostem dzwonnicy. Tutejszy kapłan nie pokazał się, a z pewnością powrót śmiałków z Wichrowych Szczytów ciekawił go tak samo jak innych. Ciekawości tej kompletnie nie wstydziły się tylko dzieci, podchodząc znacznie bliżej od dorosłych, którzy nie przejmowali się ich zachowaniem, o ile pociechy nie były ich własne. A i wtedy trudno było je upilnować – jedna z matek odpuściła całkiem, przysiadając po prostu na progu kapliczki i odpoczywając. Była w zaawansowanej ciąży, a matkowała przynajmniej czterem śmigającym po wsi latoroślom.

Znajdującą się pomiędzy tymi dwoma niezwykle istotnymi budynkami – domem sołtysa i kaplicą – wybrukowano, tworząc swoisty dziedziniec, na którym stopy mogły wreszcie odpocząć. Wozem Ylza przestało tak trząść, ale nie pocieszył się zbyt długo – czas było złazić z zydla i zapukać do domu przywódcy tutejszej ludności. Oczywiście pierwszy zrobił to Jagekhr. Ostrożny Ylz musiał poświęcić chwilę na przemyślenie swojej decyzji. Pozostawienie tutaj wozu bez opieki mogło wydawać się głupie, ale z drugiej strony miał zostać gościem sołtysa – obrabować takiego nie lza. Nie ufał jednak ani ludziom Autonomii ani tym bardziej tutejszym chłopom, których w ogóle nie znał. Teoretycznie nie miał się czego bać, ale jego natura wstrzymała go przed szybkim pójściem w ślady swojego brodatego ziomka.

Ten natomiast wypadł z domu tak szybko, jak doń wpadł. Nie chodziło o to, że został wyrzucony lub wyproszony. Wszak wysoko wysklepiona, duża sala pełna była ludzi. Wiele było tu urodziwych dziewek pozostających na służbie sołtysa, widoczne było także kilka jego córek. Parobkowie, słudzy i inni mężczyźni tłoczyli się wokół paru możnych, a także dostojnika świątynnego. Ten od razu zwrócił uwagę Jagekhra. Jego rysów nie mógł pomylić z nikim innym – był to znany mu awanturnik, którego wołano Ćwiercią. Nie pochodził z tych stron i dziwiła jego obecność w Pożarce. Bardziej jednak dziwił jego strój.

Ćwierć był bowiem ubrany jak Definitor, a na widok Jaga jego oczy rozszerzyły się ze zdumienia. Czuprynę schował pod fikuśną, błękitną czapeją, w błękit i biel zakuł się zresztą cały; Jagekhr nie wiedział, co oznaczają te wszystkie kolory, ale nie mógł pomylić tej stylówki z żadną inną. Definitorzy byli postrachem wszystkich heretyckich kapłanów i co parę lat wpadali kontrolnie do każdego opactwa, świątyni czy innego zakątka należącego do Świątyni Światła. Nie dało się zostać jednym z nich ot tak, bez związania się z najważniejszym kościołem Autonomii już za dzieciaka. Zanim Jag zdążył cokolwiek powiedzieć, przypadło do niego dwóch mężów, wcześniej siedzących spokojnie po bokach Ćwierci. Ich także znał, byli zresztą nierozłączni. Artlan i Aiar, bo tak ich wołano, rozpłynęli się w wylewnych powitaniach, tak do nich niepodobnych.

– Mój przyjacielu Jagu, jak dobrze cię widzieć! – zawołał jeden z nich jowialnie (choć głos mu się załamał), popychając dość silnie krasnoluda, tak, że ten musiał zrobić krok w tył. Kolejny wykonał zachęcony siłą mięśni drugiego mężczyzny. Był nieco skonfundowany, poza tym popchnięcia nie były agresywne – raczej naglące i podszyte prawdziwym strachem. Wkrótce nawet nienawykły do takich zagrywek umysł brodacza pozwolił mu skonstatować, że oto jest świadkiem maskarady w wykonaniu jego kolegów po fachu. Nie mógł jednak uwierzyć w ich głupotę – za podszywanie się pod Definitora groziła kara surowsza niż śmierć.

Siłą rzeczy Jagekhr wyszedł z dwoma swymi dawnymi kumplami na dziedziniec, z którego pociągnęli go dalej, w stronę chlewu, z dala od wścibskich uszu. Ze swojego zydla widział to wszystko Ylzziril, uznając, że oto jego towarzysz spotkał dawnych przyjaciół, którzy ni z tego, ni z owego wzięli go na stronę. Widocznie był im coś winien – trudno. Rudobrody musiał sam przełamać pierwsze lody i udać się do domu sołtysa, o ile przemyślał już sprawę pozostawienia swojego dobytku na zewnątrz.

Wprowadzony do przybytku dla świń krasnolud z pewnością zachodził w głowę, co też się tutaj właściwie wydarzyło. Jego znajomkowie nie wykręcali się.

– Dobra, słuchaj, bo mało mamy czasu. Fajnie, że wpadłeś, ale ani słowa o Ćwierci, jasne? Robimy za jego obstawę. Gruba sprawa, ogromne siano, tylko sołtys wie. Może się nawet przydasz – powiedział Artlan, zakapior, któremu Lorven poskąpiła szyi. Był dokładnie o te kilka kciuków niższy od swego kompana, Aiara. Obaj mieli zmierzwione, brązowe włosy, twarze moczymord i bezzębne uśmiechy, ale różnili się gestami. Artlan, mimo bardziej trollowej postury, był o wiele gładszy w ruchach, co często dziwiło wszystkich, którzy mieli z nim do czynienia.

Cieszyło, że nadal żyją – mimo że przybyło im kilka blizn – i trzymają się razem, szczególnie, jeśli był wśród nich Ćwierć. Cała trójka stanowiła małą kompanię wywrotowców, najemników, którzy nie bali się żadnej roboty. Jagekhrowi przyszło z nimi ongiś współpracować i na brak atrakcji nie mógł narzekać. Ich plany były zazwyczaj przynajmniej odrobinę szalone, ale jakimś cudem zawsze udawało się im przeżyć. Jeśli byli w takim miejscu, to sprawa rzeczywiście była warta zachodu.


W innym miejscu, niedręczone obecnością tutejszych wieśniaków, znalazły się Grynfa i Wierzba. Ta druga, mimo że o wiele wygodniej przebywałoby się jej u sołtysa, wybrała inną drogę – zabrała niewidomą do wiedźmy, na co pozostali odetchnęli chyba z ulgą; nikt nie kwapił się do tej roboty. Wcześniej i tak Wierzba chcąc nie chcąc zajmowała się kaleką, bo poza nią w grupie znajdowały się jeszcze tylko dwa krasnoludy – nieobyte ani z pomocą niepełnosprawnym, ani z kobietami. Teraz jednak nastąpił ostatni etap tej charytatywnej podróży. Łuczniczka chciała dokończyć dzieła, dzięki czemu mogłaby z czystym sercem oddalić się ku chacie sołtysa, gdzie mogła liczyć na odrobinę godnego wypoczynku.

Droga przez las dłużyła się ze względu na konieczność prowadzenia Grynfy. Ścieżynka też nie należała do najwygodniejszych, udekorowana przez naturę (a może i tutejszą wiedźmę) licznymi kamulcami i wystającymi korzeniami. Prowadziła do wybudowanej na polanie chaty. Przypominała ona chłopską, była tylko dużo mniejsza. Niezbędnych – a co dopiero drobnych – napraw renowacyjnych od dawna nikt tutaj nie wykonał; te krytyczne były wykonane byle jak. Nie była to wprawdzie rudera, ale domkowi wiedźmy niewiele brakowało do uzyskania tego statusu.

Sama mądra przebywała akurat przed chatą, doglądając swoich roślin. Na widok nadchodzących kobiet wyprostowała się i skrzywiła. Najwyraźniej nie miała ochoty na przyjmowanie gości. Dostrzegła jednak, że Grynfa idzie niepewnie, jakby coś jej dolegało. Odrobinę się na to rozchmurzyła. Nie było szansy przygotować się do tej rozmowy. Z tego, co Wierzba wiedziała o tych wyklętych przedstawicielach kobiecego rodu, były one dość nieprzewidywalne. Ta jednak wyglądała dość zwyczajnie.

Gdyby nie mieszkała w tak oddalonej od wioski chacie, mogłaby uchodzić za zwykłą chłopkę. Jej włosy skryte były pod prostym kapturkiem, a zgrzebna, robocza sukienka upaprana była tu i ówdzie ziemią oraz fragmentami roślin. Na nogach miała mocne onuce, a jedynym, co mogło ją odrobinę odróżniać od innych wioskowych kobiet, były jej jasne oczy koloru wypłowiałego błękitu.

– No, co jest? – zagadała zrzędliwie, bez żadnych wstępów. Szybko przystąpiła do Grynfy, od razu konstatując, że to jej należy pomóc. Spojrzała jej głęboko w oczy, ale widząc, że wzrok chłopki się nie koncentruje, od razu domyśliła się reszty. Potrząsnęła trochę Grynfą i uderzyła ją lekko w policzek, zostawiając na nim kilka drobnych grudek ziemi. Dziewczyna nie wydawała się jakaś tępa, bo reagowała poprawnie. Łatwo było poznać, że jest niewidoma, mimo że jej oczy na pierwszy rzut oka wyglądały normalnie. – Nie widzi…? Dziwaczne. – Puściła ją.

– …Ale trudno. Co się stało? – zwróciła się wreszcie do Wierzby, choć równie dobrze mogła zapytać samą niewidomą; wszak zdolności mowy nikt jej nie odebrał. Łuczniczka została za to zmierzona, nie bez dezaprobaty, od stóp do głów. Szczególnie wiele uwagi otrzymało dźwigane przez nią uzbrojenie. Wiedźma lekko pokręciła głową, jak gdyby wiedziała wszystko o tym typie kobiet, uważając ich postępowanie za skrajną głupotę i nieodpowiedzialność. Sama była jednak tutejszą wiedźmą, co też nie było obyczajne, więc nie zająknęła się na ten temat. Przez pewien czas miała minę zdradzającą, że rozważa, czy przystąpiła do odpowiedniej młódki, bowiem według jej miary Wierzba mogła być równie chora na głowę, jak niewidoma mimo sprawnych oczu Grynfa.

Awatar użytkownika
Jagekhr
Posty: 37
Rejestracja: 23 lip 2015, 21:07
Lokalizacja postaci: Pożarka
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3530#53751

Dirt Preachers

01 sie 2017, 21:12

Jagekhr nie planował uciekać stąd przed hordą wieśniaków goniących go ze smołą, pierzem i pochodniami, ale prawdopodobieństwo tego, że to właśnie nastąpi, właśnie wzrosło dramatycznie. Od kiedy zrozumiał, co tu się dzieje, musiał się powstrzymywać, żeby nie parsknąć śmiechem. Powstrzymywał się dlatego, że, na ile znał tę dwójkę, nie przyjęliby tego dobrze, i jego przyszły udział w zysku z przedsięwzięcia mógłby spaść. I dlatego, że większość ich planów, choć szalona i porywcza i zakrawająca na głupotę, o dziwo jakimś cudem kończyła się sukcesem - a nie słyszał pewnie nawet o połowie. Tych trzech definitywnie miało jakieś chody u bogów, inaczej lata temu skończyliby połamani kołem. Spojrzał po nich i wyszczerzył zęby - coś tak zuchwałego nie mogło nie spotkać się z jego aprobatą, i, na Zeatela, jeśli nawet ich nakryją, to ich imiona będą żyć w pamięci ludzi z północy Autonomii przez następnych parę pokoleń przynajmniej. Decyzja o włączeniu się w to nie była nawet decyzją. Klepnął bliższego z dwójki w bok, jako że wyżej nie mógł sięgnąć.

- Artlan. Aiar. Wyglądacie jeszcze gorzej, niż was zapamiętałem. Mówcie, za ile, co i jak.

Nie uszło uwagi Jagekhra to, że sołtys podobno był włączony w plan - bez czego pewnie udać się nie miało prawa, bo o ile pamiętał, sołtys tej wsi głupi nie był. I przeszło mu przez myśl, że jeśli wieśniacy zauważyliby, że coś jest nie tak, poszliby z tym do sołtysa właśnie, który to mógłby im wybić to z głów. To mogło zadziałać. Tym bardziej, że jaki miał wybór - jeśli oszustwo wyszłoby na jaw, znajomość z tą dwójką spokojnie wystarczyłaby do tego, żeby mieszkańcy do spółki z kapłanem spróbowali posłać go na stryczek.

Po szybkim omówieniu sprawy naturalnym wydawał się, oczywiście, powrót do sadyby sołtysa i traktowanie fałszywego Definitora tak, jak Jagekhr traktowałby prawdziwego Definitora, którego nie znał. Czyli pozdrowienie go i późniejsze siedzenie cicho, dopóki nie miał czegoś istotnego do powiedzenia. Może zapytanie kogoś półżartem, czy klecha dobrze traktuje jego znajomków. Oryginalny zamiar bycia samemu tym, który opowiada, spalił na panewce, przynajmniej na razie, i krasnolud planował raczej siedzieć cicho, dopóki nie zostanie o coś zapytany. I, oczywiście, ani słowa o całej historii nie planował mówić ani Ylzzirilowi, ani reszcie kompanii - na tę chwilę bardziej ufał najemniczej trójce niż tej zgrai. Przynajmniej wiedział, czego po trójce Ćwierci może się spodziewać. Na twarzy krasnoluda pojawił się wyraz przebiegłości, wyraźny chyba dla każdego, kto patrzył.

Dylematu religijnego nie miał - jego bogiem był Zeatel, Lorven mogła się wypchać. Nie miał zamiaru Jej tego mówić wprost, ale mniej więcej do tego się to sprowadzało, A coś mu mówiło, że Zeatel jeśli nie pochwaliłby takiej eskapady, to chociaż uśmiechnąłby się z przekąsem, patrząc na to wszystko z góry. Wszak odwagi do czegoś takiego trzeba było niewątpliwie, a na wojnie fortele to chleb powszedni. Jagekhr, oczywiście, miał się za mistrza forteli i przebiegłości. Co zakrawało na komedię momentami, jako że talenta krasnoluda ograniczały się do skutecznego, sprawnego rąbania oraz turzej siły i wytrzymałości, z czym w parze szedł również spryt zakrawający na turzy. Wystarczał ten spryt jednak na to, żeby póki co siedzieć cicho i nie przeszkadzać.

Awatar użytkownika
Wierzba
Posty: 63
Rejestracja: 06 lut 2015, 23:14
Lokalizacja postaci: Pożarka
GG: 4918905
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3528#53858

Re: Pożarka

04 sie 2017, 17:02

Widząc pochyloną nad roślinami postać Wierzba wyprostowała się lekko, unosząc podbródek i pociągnęła Grynfę mocniej do przodu, przyspieszając przy tym kroku. Chciała mieć tę sprawę już za sobą i chociaż gdzieś tam biła się niepewnie z myślą, że ślepota chłopki raczej wyleczona przez tę niezbyt zachęcająco wyglądającą starowinkę nie zostanie, to być może zdołałaby podrzucić kobiecie Grynfę, jako dziewkę do pomocy. Przecież staruszce z pewnością ktoś by się przydał, a nawet niewidomego można nauczyć paru powtarzających się czynności.

Uśmiechnęła się pod nosem i już zamierzała wydukać jakieś przywitanie, kiedy to kobieta znalazła się przy Grynfie dokładnie ją oglądając, co z jej perspektywy wyglądało całkiem zabawnie. Łuczniczka odsunęła się o parę kroków krzyżując ręce na piersi. Taki pośpiech ze strony staruszki nawet jej pasował. Miała chwilę na dokładniejsze rozeznanie się w okolicy. Trochę jej się zrobiło żal leśnej wiedźmy. Z pewnością bardzo pomagała wieśniakom, a jednak chata w której mieszkała nie wyglądała tak, jakby ich wdzięczność spływała na kobietę z każdą wyleczoną krostą, czy pokonanym kaszlem.

– Hm? – Zamrugała wyrwana z zamyślenia. – A, no tak. Nie widzi. – Przez chwilę patrzyła się na Grynfę z głupkowatą miną czekając aż ta pociągnie swój wątek, nawet po pytaniu staruszki wyraźnie skierowanym do niej. Ta jednak postanowiła chyba rzucać sobie rzepami w swoim umyśle, ponieważ stała tak nie odzywając się zupełnie.

Wierzba odchrząknęła zirytowana. Zauważając zezujący na jej uzbrojenie wzrok pełen nagany odetchnęła głęboko na wpół przyzwyczajona do takiego, a nawet gorszego traktowania, na wpół jeszcze bardziej wzburzona, gdyż rzeczy, które zaraz staruszka z jej ust usłyszy z pewnością mają szansę umieścić Wierzbę na stronie szukających guza wariatek jeszcze mocniej.

– Jakiś czas temu ruszyliśmy wyprawą w góry, być może o nas słyszałaś. – Zaczęła dość spokojnie i ignorując dalsze spojrzenia skupiła wzrok na jednym, bardzo ładnym drzewie. – Szukaliśmy….. Sama nie wiem czego, nic o tych jaskiniach tak naprawdę nie wiedzieliśmy. To właśnie ta głupia decyzja nas tutaj sprowadza. – Odchrząknęła zaglądając w jasne oczy rozmówczyni. – Jak się szybko okazało nie byliśmy sami. Wśród tych skalnych tuneli mieszkała prawdziwa bestia. Cholerny bazyliszek! A nawet nie przeszliśmy połowy drogi. Kto wie co tam siedzi głębiej. No i ten głupi gad splunął jej prosto w twarz jakimś żrącym kwasem, a później…..– Wierzba przerwała swoją historyjkę, mrużąc oczy i zagłębiając się w tym niespokojnym wspomnieniu. No właśnie, co się tak dokładnie stało później? Chyba nigdy jej umysł się nad tym nie zastanawiał. Pamiętała tylko, że jej ciałem zawładnęło zimno, ciepły głos Varame i plecy Trefnisia, który zasłonił je przed gadem, rzucając w niego kamieniem. Pamiętała jeszcze szał Jaga i odrąbaną nogę potwora i….– Myślę, że ktoś rzucił w tej jaskini zaklęcie. Pamiętam, że walczyliśmy z jaszczurem, nagle nastąpiła ciemność i obudziłam się otoczona nieprzytomnymi towarzyszami, bestię zabił kamień, a jej – Wskazała na Grynfę – z twarzy zniknęły oparzenia, jakby ich tam nigdy nie było, a przecież je widziałam. Od tamtej pory jest ślepa, dlatego się tu znalazłyśmy. Szukamy sposobu na przywrócenie jej wzroku.

Skończyła swoją opowieść zdziwiona emocjami, jakie u niej wywołała.

Awatar użytkownika
Ylzziril
Posty: 57
Rejestracja: 25 sty 2015, 15:00
Lokalizacja postaci: Pożarka
GG: 11721007
Karta Postaci: viewtopic.php?p=52092#52092

Re: Pożarka

04 sie 2017, 21:22

Całe zamieszanie nie obeszło Yla. Co prawda Jagekhr wyglądał jak ktoś, kto spotkał dawnych kompanów, jednak tak szybka ich wspólna ewakuacja z domu sołtysa zdawała się dziwna. Czyżby takie były tutaj zwyczaje, że kiedy chce się porozmawiać, to wychodzi się z domu?
Yl postanowił poczekać, aż Jagekhr skończy tę dziwną dyskusję ze swymi przyjaciółmi i zobaczyć czy wrócą do domu sołtysa. Jeśli tak się stanie i nie wylecą z niego równie prędko, to i krasnolud zapuka do drzwi, wejdzie, przedstawi się jako Ylzziril z Wędrujących Wichrów i poprosi o przyzwolenie aby postawić swój wóz przy domostwie i spędzić w nim noc. Nie zapomni oczywiście napomknąć też o tym, że może być w stanie coś sprzedać, lub też na szybko sporządzić jako cieśla.
Pamiętał, aby nie spędzić w domu sołtysa zbyt dużo czasu. Obawiał się o swój wóz. Zanim w ogóle pozbierał się aby wejść do domostwa postanowił przed uczynieniem tego dokonać jeszcze jednej czynności - przyłożył swą dłoń do widniejącej na klapie wozu czynności i spędził tak chwilę dokonując czegoś, co tylko jemu było znane, a co najwidoczniej miało przynajmniej częściowo zabezpieczyć wóz.
Awatar użytkownika
Grynfa
Posty: 102
Rejestracja: 21 wrz 2014, 14:03
Lokalizacja postaci: Pożarka
Karta Postaci: viewtopic.php?p=50750#50750

Re: Pożarka

11 lut 2018, 00:06

Grynfa spodziewała się, że wytłumaczenie wiedźmie sytuacji, w jaką się wplątała będzie trudne. Mimo to, konkretne, bezpośrednie pytanie staruszki zbiło ją lekko z tropu. Nie miała zbyt wiele czasu na przemyślenie odpowiedzi, ale jednocześnie nie chciała wyjść na wariatkę. Na szczęście Wierzba pospieszyła jej z pomocą, pozwalając na chociaż trochę bardziej składne i logiczne wyjaśnienie. Chłopka poczekała, aż jej tymczasowa opiekunka skończy wypowiedź, po czym sama wtrąciła swoje trzy ory.

- Bestię zabił kamień, który już wcześniej raz spadł na jednego z naszych współtowarzyszy. Gad mnie opluł, parząc kwasem - jednak oparzenia też znikły. Tak jakby coś cofnęło całą naszą wyprawę w czasie i pozwoliło skale spaść z sufitu jeszcze raz. Brzmi to nieprawdopodobnie, ale innego wytłumaczenia nie umiem znaleźć - miała nadzieję, że wiedźma okaże się kimś więcej, niż zwykłą wiejską znachorką i będzie w stanie w jakiś sposób jej pomóc.

Rakczadra
Posty: 17
Rejestracja: 06 lis 2014, 19:10
Lokalizacja postaci: Pożarka
GG: 39820077
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3090

Re: Pożarka

12 lut 2018, 15:02

Pożarka była mu względnie znajomą wioską. Wielu tutejszych zwyczajnie kojarzył, chociaż nigdy specjalnie nie nawiązywali znajomości. Z pewnością jednak nigdy nie zrobił im nic złego, wręcz przeciwnie, gotów był zawsze okazać życzliwość każdej napotkanej istocie. Wchodząc pomiędzy zabudowania wraz z dwoma krasnoludami czuł się niemal jak niewidzialny. Zazwyczaj jego pojawienie się tutaj wywoływało choć trochę zaciekawienia, trudno go było zresztą przeoczyć, ubiorem i wyglądem znacznie odbiegał od pozostałych mieszkańców. Tym razem jednak, Rakczadra zdecydowanie pozostał niezauważony, a całą uwagę skupili na sobie dwaj przedstawiciele krasnoludzkiej rasy.
„Hmm... może i wyglądają nieco inaczej, ale ogólnie wiele się nie różnią, ani ode mnie, ani od Pożarczan. No, ale zawsze to chociaż jakakolwiek odmiana.”
Chłopak wcale nie kwapił się do odwiedzania sołtysa, ale zmierzał razem z towarzyszami podróży w tym kierunku. Widząc rozbawione i odważne dzieciaki uśmiechał się do nich przyjaźnie, powinny wiedzieć, że nic im nie grozi z ręki Rakczadry. Ten dziecięcy zapał i entuzjazm udzieliły się młodemu góralowi na tyle, że pozwolił sobie dorwać szybkim, acz delikatnym ruchem jednego kilkuletniego urwisa, wyłaskotać go dokładnie, a następnie posadzić sobie na barana. Przez moment stał tak z dzieckiem przed domem sołtysa obojętnie patrząc na scenę z Jagekhrem i jakimiś pstrokato odzianymi ludźmi. Nic z tego nie rozumiał i równie mało go to interesowało, o ile nikomu nie działa się krzywda. Podrapał się w łysą głowę, zerknął na równie bezrobotnego Ylzzirila, po czym wzruszył ramionami.
- Jak tam, mama i tatko zdrowi? - zapytał dziecinę, którą przetrzymywał na swoich barkach.
Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3773
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

MG‐post: Storyline

16 cze 2018, 22:32

MG

Tego dnia dom sołtysa przemienił się w prawdziwą tawernę. Chociaż Pożarka nie była często odwiedzana przez przyjezdnych, tym razem gości nie brakowało. Właśnie też nadchodzili kolejni. Prowadzony przez swoich kolegów po fachu krasnolud Jagekhr szybko zorientował się, że trafił na istną ucztę. Z tego, co wiedział o ludzkiej wierze i kulturze, potrawy spożywane dziś w domu sołtysa były naprawdę wyjątkowe, wręcz odświętne. Na ten trop doprowadziło go przede wszystkim pieczyste. Do połowy rozmontowany już wieprzek pysznił się na topornie wyciosanym, ale mocarnym stole. Brodacz nie miał pojęcia, jaki może być dzisiaj dzień, ale wiedział jedno – świniobicie w takiej dziurze jak Pożarka to zawsze wielkie wydarzenie.

Goście też wydawali się nieprzeciętni. U szczytu stołu siedział Ćwierć, na którego widok trudno było się Jagekhrowi nie zaśmiać. W ogólnej wesołości panującej w sali nikomu by to zresztą nie podpadło. Tym razem „Definitor” utrzymywał kamienną twarz, tylko od czasu do czasu skubiąc mu podsuwane przez uwijających się wokół niego mnichów. Było ich trzech, wszyscy ubrani w podobne, zgrzebne habity. Usługiwali także innemu dostojnikowi siedzącemu po prawicy Ćwierci – mężczyźnie o zdeformowanej niczym stopiona świeca twarzy. Skórę jego głowy pokrywały zmurszałe pozostałości po oparzelinie, upstrzone gdzieniegdzie obrzydliwymi kępkami brudnosrebrnych włosów. Czoło i lewa część twarzy mężczyzny nie przypominały ludzkich. Kratery na jego skórze plotły się niczym pajęcza sieć. Tylko prawą część szczęki miał całkowicie zdrową. Niewątpliwie musiał to być ów wtajemniczony w całą sprawę paladyn, o którym wspominał Jagekrhowi Artlan. Sam zresztą dostąpił szybko do swojego „pana”, nie odstając manierami od innych możnych, z którymi Jag miał do czynienia w przeszłości.

Dopiero teraz Jagekhr zauważył, jak strój Artlana dobrze zgrywa się z ubraniem jego pana. Obaj pasowali do siebie, świadcząc ubraniem o swojej wysokiej pozycji w społeczeństwie Autonomii Wolenvain. Funkcja giermka paladyna budziła podziw i nawet gruboskórny krasnolud dostrzegł, z jaką powagą traktowany jest jego przebrany znajomy. Nawet brak szyi mu tutaj służył – wyglądał jak zaprawiony w bojach boski wojownik. Zaraz obok niego siedział zmieszany młodzian ubrany w szaty pierwszorzędnej roboty. Był wyraźnie onieśmielony tak znamienitym towarzystwem, ale starał się trzymać fason. Aiar, rzekomy pomocnik świątynny, zdecydował się zabrać głos. Oparł dłonie na ramionach Jagekhra.

– Lorven zesłała nam dzisiaj swego powiernika – rzekł ku ogólnemu zainteresowaniu. – Oto Jagekhr – dodał. Wydawało się, że będzie kontynuował to dziwaczne przedstawienie, ale zamiast tego zaprowadził krasnoluda do stołu i usadził w poczesnym miejscu – mniej więcej na środku, skąd Jag miał widok na wszystkich biesiadujących. Sam Aiar usiadł po lewej stronie Ćwierci, który lekko skinął krasnoludowi głową. Gest ten nie uszedł uwadze zebranych i najwyraźniej wystarczył, aby zaakceptować Jagekhra w tak doborowym gronie. Zdecydowanie żaden Definitor nie musiał tłumaczyć swoich zamiarów ani powodu, dla którego zaszczycił brodacza uwagą. Goście sołtysa resztę dopowiedzieli sobie sami – najwyraźniej krasnolud był tutaj oczekiwany.

Najtrudniejsza część planu była już za nim. Z tego, co naprędce opowiedzieli Jagowi Artlan i Aiar, w grę wchodziło sto suwerenów w złocie do podziału. Paladyn nie chciał wziąć nic; po tym, jak stopiła mu się twarz w Lwim Brodzie, udał się na dobrowolną tułaczkę i jako błędny rycerz postanowił wytępić wszelkie objawy herezji, nawet domniemanej. Nie trzeba było mu dwa razy powtarzać – uwierzył w historię sołtysa Pożarki, jakoby jego córka została porwana do pobliskiego opactwa. Służył zresztą pomocą w ogarnięciu maskarady tak, by wypadła wiarygodnie. Mimo że był już stary, karkołomnych pomysłów mu nie brakowało – najwyraźniej kumulował je przez całe lata spędzone w Dunriku.

Farsa miała oczywiście służyć przeniknięciu do klasztoru i przeszukania go pod kątem domniemanego porwania. Niezręcznie było tłumaczyć sołtysowi wioski, że jego córka prawdopodobnie puściła się z jakimś najemnikiem i zwiała z tego zadupia, a poza tym zaaferowany ojciec miał sporo zapłacić nawet, gdyby cała misja się nie powiodła. Nie dziwiło zatem, czemu Ćwierć, Artlan i Aiar na to przystali – zresztą, nie uważali mnichów za zagrożenie. Tutaj Jagekhr mógł się z nimi zgodzić – widział tych zakapiorów w akcji i wiedział, że jeśli zajdzie taka potrzeba, to wyrżną wszystkich braciszków i podpalą ich siedzibę, byle tylko uniknąć odpowiedzialności. No, oczywiście byłaby to dla nich ostateczność, ale ci najemnicy zdolni byli niemal do wszystkiego – choćby podszywania się pod wysokich dostojników świątynnych, ryzykując tortury i straszną śmierć.

– Tesor. Sołtys – odezwał się ktoś zza lewego ucha Jagekhra. Mężczyzna ten był niemal łysy, a jego wydłużona, pełna zmarszczek i spalona słońcem twarz ozdobiona była wielkimi uszami. Wodniste oczy idealnie komponowały się z jasnymi szatami, które dzisiaj przywdział – przypominały one nieco szlacheckie, jednak były dość proste i wydłużone, co upodabniało go odrobinę do mnichów usługujących Ćwierci. Bila od niego nerwowość i choć czuć było, że nieczęsto obcuje z krasnoludami, starał się trzymać fason.

W tym właśnie momencie do domu sołtysa wpadł wreszcie Ylzziril. Nie spotkał się z tak dobrym przyjęciem jak Jagekhr, ale goście karczmy byli już tak rozochoceni dzisiejszymi dziwami, że nie przybycie kolejnego krasnoluda nie zdziwiło ich wielce. Poza tym widzieli go wcześniej, gdy wraz ze swoją drużyną ciągnął w kierunku Wichrowych Szczytów. Po tym, jak brodacz przedstawił się grzecznie i zaoferował towary, paru wieśniaków wyszło za nim z karczmy. Był to czas, by pokazać, jakie dobra znajdują się na pace wozu. Informacja o biegłości ciesielskiej krasnoluda została przyjęta uprzejmie, ale przeszła póki co bez większego echa. Zdecydowanie Ylz zyskał sobie jednak zainteresowanie właściwych osób – ważne było teraz, by je dobrze wykorzystał.

W tym czasie Rakczadra niespiesznie przemierzał wieś, bawiąc się z zaaferowanymi przybyciem krasnoludów dziećmi. Te nie stroniły od niego. Chłopak, którego niósł na barkach, bardzo cieszył się z możliwości popatrzenia na świat z takiej wysokości.

– Mamko i tatka tak, ale wuja to w lesie psy rozszarpały – odpowiedział dzieciak w tonie przechwałki, nie rozumiejąc chyba do końca, co właśnie opisuje. Dla niego była to po prostu atrakcja, więc łatwo było wywnioskować, że nie uczestniczył w tym wydarzeniu, a już na pewno nie widział ciała. Mogła to być zwyczajna plotka albo wymysł, ale Rakczadra i tak się zmartwił. Coś mogło być rzeczywiście nie tak.


Tymczasem wiedźma cierpliwie wysłuchała wyjaśnień obu awanturniczek, które zjawiły się u progu jej chatki. Starała się nie okazywać zdziwienia, ale jej oczy zdradzały wszystko – początkowo znudzona i rozdrażniona przeszła przez zaciekawienie aż do działania. Zaciągnęła Grynfę do domu, pozostawiając drzwi otwarte i niejako z braku lepszych opcji zapraszając Wierzbę do środka. Jedyne pomieszczenie domu było zaskakująco uporządkowane. Nie było tutaj miejsca na chaos czy walające się po kątach graty. Wszystko zdawało się mieć swoje miejsce. Szczególnie ciekawy wydawał się zwłaszcza pokraczny stolik zawalony zapisanymi pergaminami. Nie wyglądało na to, że wiedźma sama pisze, bo nigdzie nie leżało pióro, ale najwyraźniej umiała czytać. I jeden rzut oka na stolik wystarczył, by pojąć, że nie były to byle jakie lektury. Zielarstwo i anatomia, głównie w postaci wydartych stron, zdobytych prawdopodobnie nielegalnym sposobem. Gdzieś tam leżała nawet jedna książka. Można było być pod wrażeniem.

Kobieta usadziła Grynfę na swoim posłaniu – dość porządnie wykonanym, jednoosobowym łóżkiem przykrytym kołdrą wypełnioną prawdziwym pierzem, w co trudno było uwierzyć. Tak czy inaczej było to bardzo wygodne posłanie, co niewidoma zdecydowanie mogła docenić. Nie miała zmysłu wzroku, ale pozostałe pozostały nietknięte – nie skupiając się na tym, co widzi, w naturalny sposób poświęcała więcej uwagi innym doznaniom. Czuła zapach czosnku i różnych ziół, których nie znała, słyszała bulgoczący kociołek i trzask paleniska – było tu bowiem także palenisko, z którego dym uchodził bezpośrednio przez otwór w powale. Chatka nie była szczególnie nowoczesna, ale funkcjonowała poprawnie – dym nie gryzł mocno w oczy. Zasługę miało w tym także okno bez szyb, jedyne w budynku. Zewnętrzne okiennice, którymi je opatrzono, były szeroko rozwarte.

Nie pytając o zgodę i nie tłumacząc wiele wiedźma podsunęła Grynfie sporządzoną naprędce papkę ze świeżych liści jakiejś rośliny. Nie pachniały w ogóle, ale smakowały dziwnie słodko, więc nie było problemu z ich przełknięciem. W międzyczasie niewidoma została dokładnie osłuchana – znachorka zajrzała jej głęboko do oczu, dmuchnęła w każde z nich, spojrzała do gardła, do uszu i nosa, uszczypnęła i opukała tu i tam.

– Teraz czekamy – powiedziała bardziej do siebie, nadal jakby zdziwiona zaistniałą sytuacją. Widać było jednak, że traktuje ją jako wyzwanie. Coś, z czym wcześniej nie miała do czynienia. Po dwóch kwadransach zioła zaczęły działać. Grynfa poczuła nerwowość, niepokojący przypływ energii, zaczęła się także trochę pocić. Czuła się tak, jakby dopadło ją jakieś choróbsko. Wtedy wiedźma podeszła do niej i chwyciła boki jej głowy, nie pozwalając się podnieść. Długo patrzyła w jej oczy, przykrywała je na dłuższy czas i odsłaniała nagle. Po chwili kazała Grynfie się położyć i pokryła jej powieki papką z zasuszonych owoców, które wcześniej dokładnie przeżuła. Przykryła specyfik jakimiś sporymi liśćmi i zostawiła niewidomą w tej pozycji na jakiś czas. Ta czuła, że jej mięśnie reagują mimo jej woli, co jakiś czas drgając w niekontrolowany sposób. Drgała to ręka, to noga, to twarz – zdecydowanie ją nosiło. Komfortu nie polepszał zimny pot, który oblewał ją falami. Nie potrzeba było wiele, by spanikowała.

Cała procedura trwała na tyle długo, że Wierzba słusznie mogła poczuć się ignorowana. Wiedziała jednak, że jeśli odejdzie teraz, cały jej wysiłek związany z niańczeniem i pomaganiem Grynfie obróci się w niwecz. Nie warto było się angażować, ale pomieszczenie wiedźmy łuczniczka obejrzała sobie dokładnie. Nie miała wiele wspólnego z zielarstwem, ale czuła tutaj przede wszystkim autentyczność – tutejsza wiedźma nie była szarlatanką, która nigdy nikomu nie pomogła i zasłaniała się wolą bogów, cyklem księżycowym czy dziwacznymi rytuałami. Każdy z ruchów znachorki wydawał się przemyślany i znaczący. Znająca się odrobinę na ludowych wierzeniach Wierzba mogła być nieco zawiedziona. Przedstawienie było raczej nudne. Nie miałaby wiedźmie za złe, gdyby ta choćby zaśpiewała jakąś starą pieśń, której słów nawet nie rozumie.

Nic takiego jednak się nie wydarzyło. Okład został zdjęty z oczu Grynfy zanim ta zaczęła krzyczeć z frustracji. Nadal nie odzyskała wzroku. Wiedźma westchnęła ciężko, pozwalając niewidomej wstać. Ta wiedziona instynktem próbowała przejść się po pomieszczeniu, jednak uderzyła łydką o stolik z pergaminami i prawie się przewróciła, co nieco ją otrzeźwiło. Wiedźma jakby tego nie zauważyła.

– Dobra, nie będę udawać, bo jesteś pewnie starsza ode mnie – rzekła bez ogródek, acz z wyraźnym zrezygnowaniem. – Musimy w drugą stronę. Pobudzenie nic nie dało, to ją uśpimy. Tyle że nie mam odpowiednich ziół – dodała z przekąsem, jakby to była wina Wierzby. Mimo wszystko wiedźma nie należała do osób przesadnie wylewnych czy miłych; gdyby należała, nie wybrałaby pustelniczego trybu życia. – I długo nie będę miała, chyba że mi przyniesiesz. Sama nie pójdę – podkreśliła, jakby zależało od tego jej życie. Sytuacja wyjaśniła się dość szybko.

– Ostatnio zielsko zwąchały wilki. I żrą je na potęgę, niektóre ledwo łażą. We łbach się im od tego poprzewracało i nie mogę tam chodzić. Ty powinnaś sobie poradzić. Łatwo znajdziesz. Żółty kwiat i kolce. Akurat kwitnie, to macie szczęście. Jak wyjdziesz z mojej chaty, to w lewo, na polanie w prawo, a potem to już długo prosto aż do zwalonej sosny z grzybami. Dalej lekko w lewo i za jagodami znajdziesz. No, do dzieła! – popędziła Wierzbę, nie mając chęci na rozmowy.

Awatar użytkownika
Ylzziril
Posty: 57
Rejestracja: 25 sty 2015, 15:00
Lokalizacja postaci: Pożarka
GG: 11721007
Karta Postaci: viewtopic.php?p=52092#52092

Re: Pożarka

18 cze 2018, 18:08

Krasnolud spojrzał za siebie. Trochę niezadowolony z faktu, że jedynie wytoczyło się za nim kilku wieśniaków. Starał się jednak nie dać tego po sobie zobaczyć. Nie był pewien co tak naprawdę powinien im zaoferować, nie wyglądali na kogoś, kto mógłby docenić krasnoludzki kunszt, albo w ogóle potrzebować wiele z tego co miał wśród swoich towarów. Właściwie dużo większą nadzieję upatrywał w fakcie swojego zawodu. Spodziewał się, że w takiej dziurze cieśla zawsze się przyda.

Wtrabanił się na swój wóz i odwrócił do grupy, która szła za nim.

- Zgaduję, że broni ani kruszcu nie szukacie? - zapytał dla pewności. Nie sądził, że proponowanie takiej gromadce ludzi włóczni chociażby spotka się z jakąkolwiek akceptacją. Na tyle zdążył się w ludziach rozeznać. Spojrzał na swoje rzeczy, do tej pory uszczuplone właściwie jedynie o bukłak piwa i zapasy jedzenia. Coś przyszło mu na myśl, więc uśmiechnął się szeroko.

- Ja myślę, że skoro tak świętujecie, to może chcecie bardziej tę okazję oblać, hę? - zaczął spoglądając po ich twarzach.

- Mam ja Ci coś na tę okazję! Tylko ostrożnie, bo to nie byle co. W końcu od krasnoludów! - zaczął swoje zwyczajne przechwałki, stawiając na oczach wieśniaków niewielką, przywiezioną z rodzimych stron beczułkę.

- Krasnoludzka gorzałka! Najprawdziwsza, wprost od mych braci ze Złotego Wąwozu. Jak stoję, tak pewien jestem żeście w życiu takiej nie pili. Warto rozcieńczyć, bo mam gardła na wylot przepali - zaczął zachwalać towar, stwierdzając, że okazja jest wręcz idealna. W budynku z tego co zdążył zauważyć działo się jakieś ucztowanie, a więc i pewnie wszyscy tam piją. A co pić jak nie krasnoludzką gorzałkę?[/b]

Jak i wcześniej miał zamiar ostro się targować, zwłaszcza że gorzałka to już nie byle jakie piwo, a biorąc pod uwagę ilość potencjalnych pijących chłopi mogli się nań zrzucić. Ostatnia rozmowa pod wieżą dała mu minimalnie lepsze pojęcie o cenach, co miał zamiar wykorzystać. Co prawda pieniądz Autonomii nie interesował go przesadnie, ale zawarte w nim kruszce już tak. Zresztą, może nawet zostanie tu jakiś dłuższy czas.

Wróć do „Autonomia Wolenvain”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 6 użytkowników online :: 0 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 6 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika
Liczba postów: 52146
Liczba tematów: 2970
Liczba użytkowników: 1042
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: xXVukoXx
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.