Zagadki fortów

Miejsce, w którym każdy może wcielić się w rolę Mistrza Gry i poprowadzić wcześniej przygotowaną sesję umieszczoną w dowolnych realiach.

Moderator: MG

Awatar użytkownika
Urlos
Posty: 289
Rejestracja: 21 sie. 2012, 20:51
Lokalizacja postaci:
GG: 8392405
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2165

Zagadki fortów

24 paź. 2012, 19:12

ObrazekObrazekiasto śmierdziało miastem – nic nowego, jedni to kochali gdy inni nienawidzili. Nawet śnieg, który przykrył wszystko swoją białą peleryną nie był w stanie zahamować zapachów. Pod nogami przechodniów na ulicy, uciskana biel wydawała swoje skrzekliwe krzyki sprzeciwu wobec swojej sytuacji. Co jakiś czas ktoś się poślizgiwał na zmarzniętym kamieniu, kończąc z tyłkiem w białym puchu, zazwyczaj temu wydarzeniu towarzyszyły śmiechy dzieci gdzieś poukrywanych. Siedlisko miało swój urok, chociaż było stolicą krainy, miastem portowym i przepełnionym to niejednemu trubadurowi wyciskała łzy z oczu poruszając ich poetycką naturę.

Dokładnie za szesnaście dni miał się zacząć miesiąc mandragory. Miesiąc, który jako jedyny w roku sam tworzy własny okres – chaosu, na wsiach znany pod nazwą okresu strachu. Straż miejska zmieszana z najemnikami, z dodatkiem chłopów z okolic i innymi mężami zdolnymi unieść broń – służyła miastu. Warty na murach zmieniały się, a w koszarach odbywał się intensywny trening.
Oto był czas herosów, bohaterów, dowódców, władców, ale również tchórzy, złodziei, bandytów i dezerterów. Czas, w którym wszyscy stali razem nie mając innego wyjścia, niż ufać sobie nawzajem gdy nadejdzie pora.
Za szesnaście dni…

Obrazek
Obrazek sali panowała cisza. Odziany w czarny płaszcz mężczyzna stał pod ścianą spoglądając gdzieś za okno, spiczasty kapelusz na głowie niczym kartka na czole mówił – lubię magię. Na krześle niedaleko siedział człowiek z gładką i pięknie ogoloną twarzą, odziany skórzany strój o barwach ciemnozielonych i ciemnobrązowych. Niby się opierał i grzecznie czekał, chociaż jego wzrok co chwile wędrował na elfkę naprzeciwko. Ona, z długim brązowym lokiem opadającym na dekolt trzymała w ręku ziarenka, które chętnie zjadał ptak siedząc na jej barku – chyba jastrząb. Uśmiechała się do swego zwierzęcia, jednak milczała myślami zamknięta w swoim świecie.

Drzwi wyjściowe otworzyły się, wpuszczając do pomieszczenia kilkanaście płatków śniegu. Wszedł człowiek odziany w podszywany kożuch, dokoła siebie miał kilka tobołków. Twarz jego chociaż względnie atrakcyjna była roześmiana nadająca mu specyficznego uroku. Otrzepał się i chciał coś powiedzieć jednak drzwi naprzeciw niego otworzyły się, zza nich wyszedł mężczyzna w eleganckim stroju średniej wzrostu o wieku starczym.

– Władca Siedliska zaprasza do siebie. – powiedział kłaniając się i schodząc na bok w uprzejmym geście.

Wszyscy nagle wstali zarzucając na plecy cokolwiek ze sobą mieli, nowoprzybyły dołączył do grupy.
W nowym pokoju o kamiennych ścianach, z mnóstwem gobelinów i regałów z książkami najbardziej rzucało się w oczy duże biurko umieszczone na środku. Za nim był duży na całą ścianę, ewidentnie okratowany z zewnątrz witraż, który rozjaśniał całą salę przez swoje kolorowe szkła. Pomiędzy nim a biurkiem stał tęgi człowiek wysokiego wzrostu, na plecach zwisała peleryna zrobiona z jakiegoś bardzo futrzanego zwierza, a gdy się odwrócił okazało się, że ubrany był w wysłużoną zbroję, a w ręku trzymał duży miecz schowany w pochwie. Widać, że gdzieś się wybierał.

Witajcie moi najemnicy. – po sali rozległ się grzmiący głos, który jeśli byłby głośniejszy, z pewnością poruszyłby mury. – Jestem Drogdat, władca Siedliska. Nie mam za dużo czasu, więc nie dam wam ciepłego powitania i od razu przejdę do rzeczy. Fort Zachodni, macie się tam udać by dowiedzieć się dla mnie co się u licha na miejscu dzieje. Tydzień temu miał miejsce pożar – niby nic dziwnego w czasie takich chłodów. Ktoś po prostu mógł nieostrożnie rozpalić ognisko. Jednak budynek, który spłonął to koszary, zginęło przy tym kilku strażników, u których rozpoznano cięcia zanim ich zwłoki wrzucono do ognia. Miała miejsce również próba zabicia kowala najętego przez straż do produkcji zbroi i oręża, na szczęście nieudana. To ewidentnie nie jest przypadek, a ja chce się dowiedzieć kto za tym stoi. Musicie też ruszyć do fortu południowego i macie się upewnić, czy tam wszystko jest w porządku. Kiedy się dowiecie kto stoi za tymi zbrodniami macie się upewnić, że winowajca trafi przed obliczę straży, a jeśli będzie stawiać opór – musi zostać zgładzony. Oto list, który upoważnia czwórkę do śledztwa. Konie czekają na was w stajni przed bramą miasta. Jeśli macie coś do roboty, to pośpieszcie się i nie traćcie czasu. Droga jest łatwa, musicie tylko podążać traktem do fortu północnego, z niego na zachód i będziecie na miejscu. Żadnego wsparcia finansowego ode mnie nie otrzymacie, ale nagroda za wypełnienie zadania już na was czeka. Aha, na tym liście maja się pojawić podpisy i pieczęcie dowódców straży miejskich obu fortów, na dowód, że odwiedziliście te miejsca. To wszystko. Żegnam. – zarzucił miecz na bark po czym szybkim krokiem minął drużynę. Zanim opuścił budynek można było usłyszeć "Odprowadź gości do wyjścia." rzucone najpewniej do służby.

Zaraz po tym wszedł ten sam osobnik, który grupę zaprosił, lecz tym razem odprowadził ich na zewnątrz. Wszystkich czworo przywitało mocne, niczym z bicza uderzenie mroźnego wiatru po twarzach.

Awatar użytkownika
Sarl
Posty: 628
Rejestracja: 26 kwie. 2012, 12:27
GG: 23912838
Karta Postaci: viewtopic.php?p=27349#27349

27 cze. 2014, 14:31

Podkład

Nie było zaskoczeniem to, co się wydarzyło. Bóstwa nie interesowało to, co działo się na ziemi. Jakaś jego część przewidziała, że jedyny odzew, jaki otrzyma, będzie brzmiał "radź sobie sam". Lepsze to niż milczenie. Przynajmniej nie miał już wątpliwości – sam musi odkryć, jak wykorzystywać swój dar. Zawsze zastanawiał się: jak służyć, skoro bóstwo nigdy tego nie sprecyzowało. Najwidoczniej nie było w ogóle potrzeby służenia. Albo pierwszym krokiem w tym kierunku było wyzwolenie owego daru. W każdym wypadku sukces w tej materii byłby sporym postępem, i na tym należało się skupić. Zabijanie z myślą o Czerwonym nasuwało się samo przez się, z racji obecności umarłych w jego krainie, oraz, jak się wydawało, ograniczonym wpływem istoty na "świat zewnętrzny". To była tylko wizja – albo nie chciał, albo nie mógł wpłynąć na rzeczywistość.

Przynależność do kogokolwiek, czy czegokolwiek, niespecjalnie mu się podobała, miało to jednak swoje zalety. Pomimo jego dość nieprzyjemnego charakteru, Czerwony istniał, co nie było pewne w przypadku pozostałych bóstw ludzkiego panteonu. Znacznie skuteczniej było poświęcić się czemuś, co jest i ma własne cele, niż czemuś, w co można było wątpić. Kapłani i paladyni także należeli do własnych bóstw, a nie było pewne, czy nie wpadają w pułapkę własnej wiary, ślepej i bezkrytycznej. Uzdrawiająca moc kapłana czy negatywna paladyna wypływać mogły tylko z własnych, fizycznie istniejących predyspozycji ciała i umysłu, bez wpływu pierwiastka boskiego. Z innej strony – widok ludzkiej wiary obracającej się w proch był dobrym widokiem; służba czemuś niepojętemu, lecz istniejącemu była przeciwieństwem wiary i nie nosiła charakterystycznych jej wad.

Dar, który otrzymał on, pochodził od nadistoty i prawdopodobnie wymykał się znanej klasyfikacji kolorów energii magicznej. Należało zacisnąć zęby na pogardliwy stosunek istoty i udowodnić jej własną wartość, a póki co nie było ku temu innej metody, niż samodzielne wyzwolenie ukrytej mocy i chociaż częściowe jej zrozumienie. Sama wizja nie zaszokowała go, choć niezaprzeczalnie zrobiła wrażenie. Coś, co mogłoby odwrócić życie otaczających go teraz ludzi do góry nogami, zaburzając ich postrzeganie życia, dla Nosiciela stało się już częścią egzystencji. Skoro istniał on, o którym wiedzieli nieliczni, co jeszcze istniało? Co jeszcze kryło się poza postrzeganiem żyjących? To również czekało na odkrycie. Nie bał się śmierci; bał się tego, co mogło nastąpić po niej. Stanięcie przed Czerwonym jako widmo byłoby porażką. Do tego nie można było dopuścić. Cokolwiek się stanie, nie może zatrzymać się, poddać i umrzeć.

Zastanawiałem się, czy chociaż ty w jakiś sposób mi pomożesz, ale i tu się myliłem. Moja matka była kurwą, tak? Specjalnie mnie to nie dziwi. Mam chociaż nadzieję, że miałeś dobry gust – wypowiedziały ze zrezygnowaniem jego myśli. Nadzieja matką głupców. Więcej niż kilkaset razy zastanawiał się, kim była jego matka, więcej niż kilkadziesiąt pragnął zapytać wprost, niewiele więcej niż kilka zbierał się na odwagę, lecz za każdym razem coś go powstrzymywało, a potem o tym zapominał. Uderzającą go niespodziewanie informację o niechlubnym zawodzie jego rodzicielki przyjął z rezygnacją, a także dziwnym uczuciem zawodu. Pochodziła z bardzo daleka… kolejna tajemnica, kolejne niedopowiedzenie. Dlaczego ten świat nie był prosty i jasny; wciąż pojawiały się jakieś gierki, tajemnice, symbole i sprzeczności. Można było w tym wszystkim się pogubić. Dziesiątki nitek wełny, każda biegnąca w innym kierunku, do innego kłębka. Za którą chwycić, za którą podążyć? Co czeka na końcu każdej z nich – śmierć, życie, oświecenie, potęga, czy szaleństwo i niemoc?

Nie odpowiedział nic na pytania ludzi, gdy otworzył oczy i powstał. Dalej czuł ból, gdy flaki wywracały mu się na drugą stronę, ale należało to przeżyć. Był gorszy ból. Ropiejąca rana, łamana kość… nastawiana szczęka. Rozejrzał się tylko. Zamrugał oczami. Nic nie wiedzieli. Mógł to wykorzystać.

– Nadchodzą. Musimy ruszać, i to szybko – powiedział tylko. Dosiadł konia, gotowy ruszyć; liczył, że jego enigmatyczna wiadomość odniesie swój skutek. Pamiętał przy tym o wyzbieraniu powbijanych dookoła strzał.

Awatar użytkownika
Urlos
Posty: 289
Rejestracja: 21 sie. 2012, 20:51
Lokalizacja postaci:
GG: 8392405
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2165

27 cze. 2014, 21:15

ObrazekObrazekłos Mistrza rozbrzmiał ponownie w głowie Artemusa:

Ty bezczelny gnoju! Jakbyś był moim synem, nigdy byś nie wyrósł na taką pizdę! – rzucił hardo prowadzony przez swą dumę. Zapadła cisza. – Po pierwsze, nie jest ujmą, że matka to dziwka, bo moja też nią była. Po drugie, ja nie jestem twoim ojcem, ale proponuję ci zainteresować się tym. Bo on jeszcze żyje. Po trzecie, nigdy nie korzystałem z usług jakie prowadziła Ipora. Poznałem ją właśnie dzięki swojej matce. Zaprzyjaźniliśmy się od młodych lat, chociaż jej życie nie oszczędzało wyjątkowo. Pochodziła z odległych wysp aż na samym wschodnim krańcu kontynentu. To ciepła i harda kobieta, a wspomnę nawet, że darzy się ją w Siedlisku sporym szacunkiem.

Urodziłeś się w Smoczem, pierwszego dnia miesiąca goździka… – kontynuował po krótkiej przerwie na ciężkie westchnięcie – Ipora cieszyła się bardzo z dziecka, a władca Grzbietu – bo jak wiesz Smocze podlega Grzbietowi – wspierał ją w twoim wychowaniu. – zamilkł na chwilę, zaczynając nowy wątek – Miałeś chyba pięć czy sześć lat i ja wybierałem się akurat na mniejszy turniej miast w Sefrot. Ipora pozwoliła mi cię ze sobą zabrać, abyś od najmłodszych lat widział, jak się walczy. W tym czasie jednak, twoją matkę zmuszono do przeniesienia do Siedliska, bo burdel w Smoczem został zamknięty. Z pieniędzy jakie udało mi się wygrać na mniejszym turnieju, opłaciłem leczenie swoich ran i połamanych kości oraz starczyło aby wysłać konnika do Siedliska, do Ipory. Zapytałem co mam zrobić. Twoja matka z większości pieniędzy, jakie miała, odpisała mi, żebym się zajął tobą najlepiej jak umiem, bo wiedziała, że przy mnie czeka cię lepsze życie, niżby miała dzielić swoje życie i wychowywać dziecko. Miała rację, pewnie zdechłbyś od któregoś wilczego kła. Ja dałem jej słowo, że będę się tobą zajmował i na Aela! Niech skonam, jeśli właśnie tego nie robiłem!

Nigdy tego ci nie mówiłe, bo… ty sam nie pytałeś, a i ja… uznawałem, że musisz skończyć swój trening, że to cię wybije i nie wrócisz do formy. Sam nie zobaczyłem, że ukończyłeś go już dawno temu… – mówił ze smutkiem – Pisała do mnie, gdy uzbierała monety i pytała o ciebie. Nie kłamałem, mówiąc, że masz się w porządku. Raz nająłem szkicownika, by podczas twego treningu cię na pergaminie przedstawił, a potem wysłałem go jej w zwoju. No, teraz już wiesz. Wspomniałem o tym, bo… jeśli chcesz odebrać nagrodę i tak musisz wrócić do Siedliska, więc powiem teraz, lub nigdy. – odetchnął z ulgą w głosie – A co do wilkołaków, czego się, kurwa, spodziewałeś?! Że przeskoczę światy, wpierdolę się w środek was i zniszczę ich podmuchem śmierci?! No, już widzę reakcję Czerwonego… Już ją widzę…

W czasie, gdy Artemus dochodził do siebie Domowir przedstawił propozycję nowego planu. Słuchali go wszyscy z uwagą. Wtedy jednak od dawny kompan charakternika rzucił ostrzeżenie. Wszyscy natychmiast uzbroili się i poczęli rozglądać. Rozeszły się szepty "gdzie, gdzie?!".

Nie mamy wyjścia! – rzucił szybko paladyn, wyjmując kolce tarczy z ziemi. – Do szyku, pod brzeg i bądźcie gotowi! Gdy będziemy tam, czekajcie chwilę charakternicy i potem, gdy uznacie to za słuszne, zdejmijcie zachodnią część bariery. Ja uczynię podobnie, dzięki czemu magię może wykryjecie w wodzie, o ile będzie takowa i zyskamy chodzisz kilka przeklętych chwil. Do boju!

Drużyna zastosowała się do rozkazów paladyna według planu charakternika. Podróżowali na południe. Woda okazała się jednak bezpieczna, dzięki czemu wszyscy mogli oszczędzić moc. Ten odcinek miał się skończyć w połowie drogi do oberży. Wszyscy jednak wiedzieli, że druga połowa będzie podróżą już wyłącznie między górami, co zmieni plan. A słońce już niedługo będzie chylić się do snu. Część drogi odbędzie się nocą, to pewne. Teraz, chociaż w ciągłym napięciu, zyskali chwilę oddechu. Na razie…

Awatar użytkownika
Aleksis Bentrum
Posty: 1187
Rejestracja: 29 paź. 2011, 16:01
Lokalizacja postaci: Dwór Pomiędzy Spektrami
GG: 50433717
Karta Postaci: viewtopic.php?t=961

28 cze. 2014, 14:16

Domowir przedstawił plan, teraz czekał z napięciem na decyzję paladyna. Niespodziewanie, Artemus wysłał myśl o zbliżającym się niebezpieczeństwie. Charakternik od razu począł rozglądać się po okolicy. Czyżby to była sprawka wrogów, że olbrzym spadł ze swego konia? Niemniej nie wolno było zlekceważyć telepatycznego ostrzeżenia, albowiem mogło to kosztować życie. Charakternik z poruszeniem się obejrzał po swych kompanach.

Zadecydowano, drużyna miała ruszyć ku brzegu jeziora i wykonać plan przedstawiony przez Domowira. Więc ruszyli. Wraz z poleceniem rycerza, Borok i Domowir poczekali chwilę dla pewności. Gdy nic ich nie zaatakowało od strony wody, usunęli zachodnią część bariery, w ten sposób przeistaczając kopułę w bardzo rozległą tarczę energetyczną. Bracia z Wieży współpracowali ze sobą. Dzielili się własną energią, która miała swój punkt oparcia w glifie. Kontrola nad barierą wydawała się prostym zdaniem, lecz chwila nieuwagi mogła rozproszyć energetyczną strukturę. Jednakże, coby nie powiedzieć, to była pierwsza wzajemna praca z kamratem z Wieży. Dowodzenie nad grupką żółtodziobów nie było tym samym jak kooperacja dwóch jednostek znających się na rzeczy. Czyżby potomek Wenerada wreszcie poczuł… braterstwo?

Szli, wiedząc o dystansie, który mieli pokonać. Wiedzieli o tym, że byli zmuszeni do powrócenia na górzysty szlak, aby dostać się do karczmy. Zapewne zakonni skurwiele również o tym wiedzieli. Drużyna podróżowała w milczeniu, wyczuwając w pobliżu widmo śmierci. Cisza była dobrą kompanką, lecz obecnie mogła jedynie grać na nerwach ludzi. Chociaż Domowir znosił podróż dzielnie, bowiem bardzo często pakował się w nie lada kłopoty, to inny drużynnicy mogli kumulować w sobie zdenerwowanie. Szczególnie giermek, zapewne była to jego pierwsza przygoda. Prawdziwa przygoda.

Prawdziwa przygoda kończyła się niemal zawsze ranami, a niektóre z nich goiły przez lata. Blizny dawały o sobie znać, a wtedy człowiek zadawał sobie istotne pytanie: czy było, kurwa, warto? Czasem, jeśli ktoś bardzo często rzucał na zakład swój żywot, ryzyko stawało się sposobem na życie. Chlebem, który karmił. Wodą, która poiła. Domowir nie potrafiłby już rzucić w cholerą awanturniczy tryb życia i rozpocząć stabilny i bezpieczny tryb życia. Martwić się jeno miesiącami mandragory i zarabiać pieniądze jak każdy przeciętny obywatel. Czy to było dziwne? Zapewne tak. Tacy ludzie byli już jedną nogą w grobie – awanturnicy.

Uśmiechnął się pod nosem i spojrzał przed siebie. Więc takim był człowiekiem. Nie był młody, nie mógł już porzucić swej obranej ścieżki. Zrozumienie, wpierdol i śmierć – piękna droga życia. Nagle spoważniał. Wykorzystał chwilkę na refleksję, chyba się uzależnił już od tego typu myślenia. Nadchodziła noc, ponownie skoncentrował się misji. Przerwa minęła, a praca czekała.

Dzień powoli oddawał panowanie nocy. Cień i mrok – ta dwójka od zawsze była domeną zabójców. Najtrudniejsza część zacznie się właśnie wtedy, gdy promienie słońca przestaną padać na góry. Gdy księżyc delikatnie rozświetlać będzie górski krajobraz, wtedy zakonnicy rozpoczną poważne polowanie. Domowir postanowił raz jeszcze przypomnieć sobie opis zamachowców wygłoszony ustami Ruty. Należało zrozumieć wroga, a zrozumienie zaczynało się u podstaw. Czym byli? Nie. Idąc przyczarowską logiką, należało pierw pomyśleć: jak działają, jak radzą sobie w ciemności, jak oddychają, jak myślą. Owe pytania tworzyły zbiór, który zwał się: Czym są?

Biały strop, białe ściany i biała podłoga tworzyły wnętrze karczmy. Za oknami panowała absolutna ciemność, a błękitne widma przypominające sylwetki ludzi krążyły wokół siebie, żyjąc własnym, nieprawdziwym życiem. Bieliste materiały budynku oświetlały czerń przestrzeni tego świata. Słabe, nużące światło było pochłaniane przez gęsty mrok, niemniej pełniło swą funkcję – ciemność była rozdzielana od jasności.

Błękitna istota ruszała ustami Z każdym ruchem warg uwalniała słowa, które przeistaczały się w błękitne napisy. Znaki lewitowały w powietrzu i mozolnie krążyły wokół swego stwórcy.

Powiedział mi, że zaatakowała go istota, która nie wydawała się być człowiekiem… – Lewitująca treść zadrżała. W całym pomieszczeniu odbijał się dźwięk nieśmiałej mowy dziewczyny. Barwa zdania przemieniała się na purpurową, poszczególne symbole oddalały się od siebie. O oczach pozbawionych źrenic… – zabrzmiały kolejne napisy. Purpurowe symbole scaliły się z tekstem, zarażając go swoją barwą. Po chwili ciąg liter przekształcił się w oczy, które spoglądały w jednym kierunku.W Domowira. Białka bez żadnego wyrazu, które zawiesiły się na osobie szaradnika. Oczy nie mówiące nic, będące nienaturalne i zamknięte. Nic nie było można o nich powiedzieć, a raczej o ich nosicielu. Spojrzenie… jakby zamrożone.

– Jak do tego podejść? – szepnął sam do siebie. Zerknął na góry. Każde stworzenie miało źrenice. To one odpowiedzialne były za patrzenie, jak funkcjonować bez nich? Nie oddychają, więc jak się zaśmiali bez powietrza? Przyczar mówił, że już nie byli ludźmi. Co sprawiało, że widzieli bez źrenic i śmiali się bez potrzeby uzupełniania tlenem płuc? Jeśli to magia to, co wtedy? Skoro obserwowali świat na nowy sposób, być może za bezpośrednim pośrednictwem energii magicznej, na co mogli sobie pozwolić, a na co nie?

– Nie mają źrenic – odezwał się głośno, aby każdy drużynnik mógł go usłyszeć. – W takim razie, jak patrzą? – zapytał retorycznie. – Przyczar mówił, że nie są już ludźmi. Niemniej, odwracając to zdanie, wiemy, że ludźmi byli. Człowiek nie może w naturalny sposób widzieć w ciemności, bez odpowiednich wspomagaczy. A jeśli nasi wrogowie nieustannie funkcjonują na tych wspomagaczach?

– Jeśli nadejdzie noc, będą musieli nas widzieć, jeśli chcą nas zabić. Jeśli będą musieli wykorzystywać magię, aby na nas patrzeć, wtedy wystarczy zasłonić im pole widzenia antymagią. Jeśli to prawda, pozbawimy ich pola widzenia i będą musieli nas lokalizować wyłącznie na wyczucie magii pochodzącej z naszej osłony energetycznej albo podejść. Jeśli podejdą, wykrycie ich będzie dla nas łatwiejsze, a wtedy będziemy mieli większą pewność, skąd nadejdą kolejne ataki. Co o tym sądzicie?

Awatar użytkownika
Sarl
Posty: 628
Rejestracja: 26 kwie. 2012, 12:27
GG: 23912838
Karta Postaci: viewtopic.php?p=27349#27349

29 cze. 2014, 23:46

Wysłuchał cierpliwie tego, co głos miał mu do powiedzenia.

Skoro mój ojciec jeszcze żyje, i nie jesteś nim ty, kto nim jest? Zacząłeś już gadkę, to ją dokończ – powiedział. Ten fakt nie poruszył go zbytnio. Nic nie było w stanie zmienić tego, że mistrz zawsze pozostanie dla niego prawdziwym ojcem: to on go wychował i nauczył wszystkiego. Prawdziwy ojciec mógł nie zdawać sobie sprawy z tego, że spłodził bękarta z kurwą, z którą spał, więc nie miało to większego znaczenia. Ciekawość jednak pozostawała. – I dlaczego niby rządca Grzbietu miałby jakkolwiek się mną interesować? No i zająłeś się, tego nikt ci nie ujmie. Ja pierdolę, nie chcę myśleć, kim bym był dorastając w burdelu. I nie nazywaj mnie pizdą, bo to nie ja dałem się zabić jak ostatni kretyn. Nawet nie dałeś mi czasu, by cię znaleźć.

Pogodzenie się z zaistniałym faktem – rozmawiał wszakże z kimś, czyje ciało własnoręcznie spalił, a było to ciało nie byle kogo – również przyszło mu gładko. Łatwo otrząsnął się z naturalnego szoku; dalsze obwinianie się było bezsensowne i niczego by nie zmieniło. Nigdy nie był kimś, kto użala się czy to nad sobą, czy kimkolwiek.

– Słusznie uznałeś, sam się tym interesowałem, lecz tylko czasami. Bałem się zapytać, bo sądziłem, że dostanę za to w mordę. Może kiedyś by mnie to zaskoczyło, ale wciąż pozostaje ciekawość. Z pewnością ją odwiedzę, a przy okazji zbiorę pieniądze. Zawsze są statki, prawda? Droga wodna jest i tak bezpieczniejsza od konnej. I nieważne, czego się spodziewałem. W strachu człowiek chwyta się każdej możliwości.

Przyznanie się do strachu nie było dlań żadnym wstydem. Jeśli się nie boisz, to znaczy, że jesteś trupem. Zastanawiał się, czy oberża, do której zmierzali, jest bezpieczna. Również nie byłoby zaskoczeniem, gdyby przywitał ich tam wróg. Pomimo podłego stanu nie łudził się, że będzie mu dane odpocząć choć godzinę. Zresztą, przez tę godzinę mogłoby się jeszcze pogorszyć.

Awatar użytkownika
Urlos
Posty: 289
Rejestracja: 21 sie. 2012, 20:51
Lokalizacja postaci:
GG: 8392405
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2165

03 lip. 2014, 09:45

Obrazekaleko było do stwierdzenia, że podróż mijała spokojnie, nawet jeśli nic się nie działa. A może właśnie dlatego, że nic się nie działo. Drużyna żwawym tempem, jakie nadał paladyn, kontynuowała podróż ku południu. Przywódca póki co wstrzymał się od pieśni i przysłuchiwał się temu, co mówią drużynnicy.

Nie, Domowirze – odpowiedział Borok – Mylisz się. Nawet jeśli będą używać magii, by nas zobaczyć, to w twoim toku antymagia nas nie ochroni. Wszak nie magia nas odsłoni, ale ich ślepia nas dosięgną. Nieważne czy wspomagane magią czy nie.

Kocie oczy – przemówił paladyn – Jedno z podstawowych zaklęć magii ciała, jakich się uczyliśmy w zakonie. Borok ma przeto słuszność, że antymagia nie ochroni nas, bo wciąż to ich oczy będą nas widzieć.

Charakterniku… – przemówił do tej pory milczący najemnik – Tak sobie myślę. Może nie jestem zbyt rozgarnięty w sztuczkach, magiach i innych gównach – na te słowa Borok zatrzymał konia i odwracając głowę na mówcę, rzucił istnie pogardliwe spojrzenie. Po chwili wrócił do jazdy. – Mówiłeś o tych mirażach, tak jakbyś wiedział jak mogą działać. Może spróbujmy ich przechytrzyć, zmyłka. Zamiast liczyć na Aela, zróbmy tak… – wziął głęboki oddech, a na jego twarzy było widać nie lada skupienie – Zatrzymajmy się tu i zejdźmy z koni. Szanowny dowódca zdejmie z siebie te ciężary. Zniwelujmy bariery i zróbmy obóz. – paladyn zatrzymał się i odwrócił. Tak samo i Borok, nawet i jego druh. Wszyscy spojrzeli na niego jak na ostatniego debila. – Jeszcze nie skończyłem. Czekajcie.

Mówicie, że macie jakąś moc i ona się zużywa przez bariery, tak? Dlatego nie możecie czarować. Bo szkoda mocy. Domowir mówił o mirażu i potrzebie… podstawy. Więc tak. Zróbmy obozowisko, sprawmy, bo konie biegały wokół nas. Wytworzy się hałas, a oni będą się zastanawiać, co do kurwy. Jeden charakternik stworzy z nas ten miraż, drugi sprawi, byśmy jakoś byli niewidzialni. Wskoczymy na biegające konie, wcześniej obładowane i cwałem na południe. Hałas wciąż będzie, ale zanim oni zorientują się, że ten zanika i my jesteśmy dalej, zyskamy przewagę czasu i dotrzemy bezpiecznie do oberży, czekając na karawanę. Mamy na celu przeżyć, prawda? Co za różnica, czy będziemy jak forteca oblegana, czy po prostu spierdolimy. – zapadła cisza.

Ryzykowne… – mruknął paladyn.

Powiedzieć bardzo to za mało – dokończył Borok.

Ale jeśli się uda? Jak najłatwiej pokonać wroga i przy tym go upokorzyć?

Jego własną bronią… – dokończył paladyn w zastanowieniu.


Czy ty myślisz, że nie powiedziałem ci kto to, bo lubię się bawić w zgadywanki?! – gwałtownie odpowiedział głos Mistrz Artemusowi – Nawet nie wiesz czym ryzykuję i jak naginam zasady, mówiąc ci to co teraz już powiedziałem. Władca Grzbietu nie interesował się tobą bardziej niż jakimkolwiek innym dzieckiem. Dzieci to podstawa naszego istnienia, dlatego wszystkie miasta pilnują tego, by dzieci rosły silne i zdrowe. Ipora otrzymywała datki na ciebie i to wszystko. No i tak… – zaczął ironizować – Zostałem porwany przez jakiegoś jebniętego obłąkańca z krainy mroku i zamordowany bez szansy wyciągnięcia miecza. Masz rację, to moja wina, przepraszam… – parsknął, jakby z żalem, że nie może już dobyć miecza w świecie żywych.

Jak chcecie, to możecie zaryzykować i z fortu Południowego popłynąć do Smoczem. Stamtąd łodzią do Siedliska, to powinno być i najszybsze i najbezpieczniejsze rozwiązanie. Pytanie czy znajdziecie łódź oraz czy ktoś z was się zna na żegludze, bo Smoczem pewnie będzie opustoszałe.

Awatar użytkownika
Aleksis Bentrum
Posty: 1187
Rejestracja: 29 paź. 2011, 16:01
Lokalizacja postaci: Dwór Pomiędzy Spektrami
GG: 50433717
Karta Postaci: viewtopic.php?t=961

03 lip. 2014, 13:18

Drużynnicy musieli szybko się przemieszczać. Dowódca, najciężej opancerzony ze wszystkich, nie oszczędzał sił. Czas był najważniejszy i nikt nie mógł pozwolić na jego marnowanie. Członek zubożałego rodu rozejrzał się po twarzach towarzyszy. Wojownik nie odzywał się, w milczeniu obserwując i słuchając słów kamratów. Mnich również patrzył, niemniej jego oczy wydawały się ujawniać chytrą naturę. Potrafił się wysłowić, z czarnym humorem podchodził do niebezpiecznej przygody, ducha miał silnego. Lico dzierżyciela cepa według Domowira mówiło: Dawajcie wszystko to, co macie! I tak będzie to za mało by mnie zajebać!. Mina Boroka zdawała się szaradnikowi poważna i skupiona. Być może myślał on równie intensywnie, jak jego kolega z Wieży, który cieszył się bujną reputacją. Niemniej – to mogłaby być pierwsza i ostatnia igraszka Domowira. Przynajmniej poznał on smak kobiety. Giermek walczył ze strachem i starał się być użyteczny. Zdobywał doświadczenie niczym młode, delikatne drzewo będące miotane przez potężne wichry. Trudno było zbadać facjatę paladyna, gdyż ten przez większość czasu eksponował swe plecy. Artemus wydawał się… nieobecny. Być może była to wyłącznie imaginacja charakternika, ale jego przyjaciel najmniej włączał się do planowania. Zdawał się przejmować czymś innym, nie okazywał zaangażowania… Artemus tyle pierdolił o dyscypliny, a czy to była zdyscyplinowana postawa? Nawet nie śmiał poinformować wszystkich czy ma się lepiej po swym upadku.

– Artemusie, dobrze się czujesz? – zadał pytanie zapobiegawczo. Być może duma mnicha nie pozwalała na przyznanie się do ewentualnych problemów.

Człowiek pochodzący z dalekiej północy, a później wychowany na charakternika zanegował pomysł Domowira. Błąd wynikał z błędnego postrzegania umagicznienia gałek ocznych. Błękitnooki pokornie wysłuchał słów towarzysza. Dobrze się działo. Będąc poprawianym w przyszłości Domowir popełni mniej błędów. Paladyn również opowiedział o podstawowym zaklęciu koloru Ciała. Te słowa lepiej oświeciły poprawkę, którą rzucił Borok.

– Mój błąd, rzeczywiście źle o tym pomyślałem. – Rzekł i rozejrzał się po okolicy, nadal zdając sobie sprawę o wielkim zagrożeniu. Nigdy nie wiadomo, kiedy i sami przeciwnicy zmienią taktykę.

Niespodziewanie odezwał się wojownik, któremu przez większość drogi towarzyszyła cisza. Na zdanie ukazujące niewiedzę woja na temat magii, potomek Wenerada zareagował przeciwnie do Boroka. Uśmiechnął się wcale niewrogo, przypominając sobie pieszczotliwe, budujące męską przyjaźń żarciki Artemusa. To były dobre czasy, gdy po każdej rzeźni padała litania przekleństw na ziomka. Mimo negatywnej reakcji charakternika ziemi, posiadacz dwuręczniaka prawił dalej. Gdy się rozkręcał, Domowir niemal spadł z konia. Dawno nie słyszał już równie ciekawego i kurewsko ryzykownego planu. Pozwolił sobie na podniesienie lewej brwi, w ten sposób kulturalnie demonstrując zdziwienie.

Racja, celem orszaku było przeżycie. Pomysł najemnika stawiał na spryt, a koncepcja paladyna propagowała postawę maksymalizującą obronę. Druga byłaby ścieżką przez cierpienie, ale pewną w swym założeniu – jeśli wezmą wszystko na klatę, przetrwają. Dywersja brata mnicha rzucała obszerny cień niepewności, który mógłby pochłonąć światło nadziei. Ale, zakonnicy mogą nie spodziewać się czego podobnego. Niemniej…

Oczy koloru nieskażonego niczym morza zerknęły na słońce kładące się do spoczynku. Sztuczka wymagała światła gwiazdy, a ona rzucała coraz słabsze promienie. Poza tym, Domowir nigdy nie kreował czegoś podobnego, nie znał formuły. Czyniąc to pierwszy raz mógł użyć więcej Mocy niż powinien. Na pewno zużyje więcej zasobów, nawet nie próbował siebie oszukiwać.

– Mógłbym spróbować, ale wiedza to, co innego od jej wykonywania w życiu – powiedział poważnie. – Mamy mało czasu, bo światła słonecznego jest coraz mniej. Jeśli chcemy podjąć się tego planu musimy już działać. Nie wiem, czy uda mi się wykonać miraż za wykorzystaniem słabszego, księżycowego światła.

Awatar użytkownika
Sarl
Posty: 628
Rejestracja: 26 kwie. 2012, 12:27
GG: 23912838
Karta Postaci: viewtopic.php?p=27349#27349

06 lip. 2014, 11:31

– Czym ryzykujesz? Jak naginasz zasady? Skoro Czerwony dał mi ciebie – a dał mi ciebie po to, żebyś mi jakoś pomógł, choćby tym, co wiesz – to o co tutaj chodzi? Nie przywędrowałeś do mnie z zaświatów sam z siebie i nie wpychasz mi przecież zakazanej wiedzy. Wiem, jak zginąłeś, robiłem sobie z ciebie tylko jaja. Etap płakania za tobą mam już za sobą, ale wiem, że zginąłeś najgorszym rodzajem śmierci. Jak zwykle pewnie gówno wiem, ale pozostaje mi liczyć, że te duchy w zaświatach będą służyć do czegoś poza nalewaniem mu piwa. Może dasz jeszcze radę kogoś zajebać.

Pomysł, który usłyszał, nie wydawał się specjalnie genialny. Najemnik mógł nie zdawać sobie sprawy z tego, że mogą być obserwowani już w tej chwili. Wtedy plan spaliłby na panewce; wątpił, by ta banda okazała się tak głupia. Poza tym, konie biegające po tak głębokim śniegu nie robią wiele hałasu.

– Nie – odpowiedział Domowirowi.. Nawet nie musiał kłamać. – Im prędzej się zatrzymamy, tym lepiej, ale nie zamierzam robić tego tutaj.

W istocie, miał już dosyć tej podróży. Pomysł ze statkiem był dobry, pytanie tylko, czy wiatr będzie im sprzyjał choćby na tyle, by nie wpadli na skały. Już trudno powiedzieć, co byłoby bardziej ryzykowne. Może chociaż wtedy będzie mu dane odpocząć; często bywało jednak tak, że im dłuższy odpoczynek, tym mniejsza ochota na kontynuowanie podróży.

– Lepiej pokombinuj coś z dymem – przekazał mu. Wiedział, że włada głównie powietrzem. – Dym z ogniska sygnałowego jako odwrócenie uwagi albo zasłona.

Awatar użytkownika
Mścigor
Posty: 51
Rejestracja: 18 sie. 2013, 00:31
GG: 381201
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2744

18 sie. 2014, 15:08

Iwan

odburknął tylko i powrócił do posiłku. Ciepły obiad rozgrzał go od środka, a wino przyjemnie zwilżyło suche wargi. Smętnie zerknął na Rutę, która stanowiła dla woja swoiste wyzwanie. Niecne myśli przyszły mu do głowy, lecz oparł się. Wiedział, że szybciej skończy sparaliżowany do końca życia, niż dotknie zgrabnego tyłka kapłanki. Westchnął leniwie, tej nocy się nie zabawi…

- Bla, bla, bla,

ty to czasem potrafisz zepsuć romantyczny moment swoimi dywagacjami. Cydria to, cydria tamto, cydria uratowała Ci życie… ratowanie mojej rzyci, to w zasadzie jej zawód - uśmiechnął się lekko, acz nadal był nadąsany – a zresztą, skoro nie masz ochoty pozbyć się ubrania to ja to zrobię…

Nabrał

przy posiłku już nieco energii i gdy tylko zdołał wstać zaczął się rozbierać z resztek odzienia nie zważając na kobietę. Chciał się przespać, a wiedział że to najłatwiejszy sposób na to by cnotka niewydymka uciekła piszcząc z pokoju.

Gdy

rano obudziły go standardowe hałasy z głównej izby, wstał z łóżka. Nadal był obolały ale jako, że nie miał pieniędzy na dziwki czy trunek, a nawet na grę w kości postanowił być użyteczny. Jako, że nie był specjalnie miły, ruszył mając ze sobą dzbanek wody. Niezbyt kulturalnie wparował do pokoju, nigdy nie miał styczności z manierami.

– Halo?

… emmm, Ruto, wybieram się pomóc w przygotowaniach do obrony mieściny. Wybierzesz się ze mną?

Mówił

cicho, nie wiedział zbytnio jak się zwracać do Ruty kiedy byli sami. Liczył, że to ona pokieruje rozmową. O dziwo wolał się czasem zmierzyć z wilkołakiem, niż rozmawiać z kapłanką.
Artemus i Domowir
Posty: 1
Rejestracja: 30 sie. 2014, 23:33

01 wrz. 2014, 21:05

Obrazek

Nie wiem, na jaką cholerę ściągnąłeś mnie do tej karczmy, Domowirze. Mam lepsze rzeczy do roboty.

Pogadać, Artemusie. Przeżyliśmy niezły syf podczas tej przygody, nie sądzisz?

Gadać po próżnicy można zawsze. Powiedz mi, na której nie przeżyliśmy. Wydaje mi się, że tutaj syf czeka za każdym rogiem. Przecież w mieście, w biały dzień, ten skurwysyn ukradł mi pieniądze i uciekł bezkarnie.

Dajże spokój, Artemusie. Dorwiesz Iwana, to tylko kwestia czasu. Niemniej, to była niezła przeprawa. Niemal umarłem. Gdyby nie wy, pewnie gadałbym teraz z naszym bogiem, Aelem. Kiepska sprawa.

Nie gdyby nie my, tylko gdyby wilkołak miał czas na żarcie. I mam zamiar dorwać tego złamasa, wytropię go i zarżnę jak psa, tylko będzie problem z dorwaniem pieniędzy.

Nienawiść przez ciebie przemawia. Nie powinieneś w taki sposób myśleć. Po co od razu zabijać? Nawet on może się przydać w Okresie Chaosu. Poza tym, znając życie, Iwan pewnie przepił wszystkie pieniądze.

To głupie, ale liczę, że nie zdąży.

Zostaje tylko zemsta, ale ona stwarza pewne pytanie: czy warto? Chyba dla samej satysfakcji, Artemusie. Ale wracając. Jestem wam wdzięczny za pomoc. Kurwa, trudno o tym mówić, ale taka parszywa morda jak ty coś dla mnie znaczy. Więc, dzięki za pomoc.

Może się przydać, gdyby wilkołaki stwarzały zagrożenie dla zapasów siedliskówki, niestety, picie ich nie interesuje. I nie bądź taki wylewny, bo jeszcze pomyślę o powodach, dla których tak nagle kazali ci szukać żony.

Cóż, życie. Albo żona, albo Nicestwo. Szkoda, że nie można wybrać trzeciej możliwości. Sama wyprawa… zapamiętam ją, Artemusie. Mieliśmy do czynienia z poważną organizacją, która osłabiła Fort Zachodni i, być może, Południowy. Powoli zaczynam myśleć, że to było jedynie odwrócenie uwagi od czegoś większego. Bo pomyśl – dlaczego nas nie dojebali po tym wilkołaku? Nie zatrzymali karawany z orężem, przepuścili nas.

Ktokolwiek był, po prostu bawił się. Po prostu wykorzystuje Tire Nel jako piaskownicę wypełnioną śniegiem i robi weń bałwany w kształcie naszych podobizn. Drogdat pewnie zdał sobie sprawę z tego, dlatego tak się wkurwił. Cokolwiek to jest, śmieje się nam w twarz.

Do kurwy, i Borok zniknął. To był bardzo dobry człowiek.

Zastanawiam się, czy jeszcze żyje.

Nie nazwałbym tego zabawą, lecz masz rację – śmieli się nam w twarz. Od samego początku mieli nad nami ogromną przewagę. Mało wiemy. Sam mogę jedynie stwierdzić, że istnieją. Reszta to hipotezy wymagające badań. Artemusie, ten zakon, bo Przyczar tak ich określił, jest potężnym narzędziem w rękach prawdziwych panów Krain Południowych, jakkolwiek śmiesznie to brzmi. Pamiętasz, kiedyś poznaliśmy w Sefrot pewnego człowieka, który miał ogromne wpływy. Przez niego kupcy sprzedawali nam towary po ogromnych cenach. Był grubą rybą, ale zawsze znajdzie się grubsza.

Aż można by powiedzieć, że to smoki spiskują przeciwko nam. Jakkolwiek kretyńsko to brzmi. Pamiętam tego dupka. Zastanawiam się, co by się stało, gdybym się zgodził dla niego pracować. Od samego początku węszyłem podstęp, to wszystko pewnie skończyłoby się pułapką.

A jakże, Artemusie. Jeśli byłaby to pułapka, byłbyś odpowiednim człowiekiem w odpowiednim miejscu. He-he-he…

Odpowiednim trupem na odpowiednim cmentarzu. Nie przepadam za czymś, z czym ciężko prowadzić otwartą walkę, co atakuje od tyłu i stosuje podobne, łotrowskie taktyki. Intrygi nie są dla mnie.

Też nie lubię intryg, chociaż jestem pierdolonym charakternikiem. Nie mam pojęcia co smoki teraz robią, ale jedno jest pewne: istnieją. Nigdy nie zapomnę tej pary przerośniętych gadów w Moczarach Alkamaru. Było to niesamowicie potężne, ale jakoś to przeżyłem.

W to, że istnieją, nie ma żadnych wątpliwości. Niestety, mam na tyle pod sufitem by wiedzieć, że teraz nikt w to nie uwierzy, póki nie będzie za późno. Stado baranów. I jakie mam mieć podejście? Nadstawiać dalej za nich karku? Za takie zwierzęta jak twoja rodzinka?

Być może moja rodzina ma bliżej do zwierząt niż ktokolwiek inny, lecz wiedz, że mało kto napierdala tak dobrze jak oni. Ród Wenerada kroczy prostą, brutalną, ale i jasną ścieżką. Tacy ludzie zawsze będą potrzebni w czasie kryzysu.

To ich ratuje.

Co do innych, wydaje mi się, że nie próbujesz nawet zrozumieć ludzkiej natury. Kto normalny chciałby żyć ze świadomością, iże coś poważnego grozi poza miesiącem mandragory? Nieliczni wiedzą, a gdy nadejdzie odpowiedni czas, dowiedzą się i normalni ludzie. Poświęcenie życia dla innych to szlachetne i trudne do zrozumienia uczucie. Mam nadzieję, że kiedyś je zrozumiesz, Artemusie.

Tak, kiedyś to zrozumiem. Wtedy zdam egzamin końcowy z głupoty. Próbuję pojąć ludzką naturę, ale sam postrzegam ją inaczej. To, co przechodziłem, zahartowało mnie jak nic. Obaj widzieliśmy rzeczy, których nie powinno się widzieć. Nie mam ochoty umierać właśnie dzięki temu, bo wiem, że im dalej, tym gorzej, a jeśli nie będę na to przygotowany, mogę równie dobrze umrzeć tu i teraz. Wszyscy leżymy w rynsztoku, ale ja patrzę w górę, na gwiazdy.

Ja patrzę przed siebie i tam, gdzie trzeba spojrzeć w razie potrzeby. Ten, kto patrzy ciągle w górę, zapomina o istnieniu dołu. To prawda, nasze przygody zahartowały nas jak jasny skurwysyn. Jesteśmy nielicznymi, którzy zobaczyli coś, co wychodzi poza zasięg ludzkiego zrozumienia. Wolałbym się trzymać materii, którą byłbym w stanie zrozumieć, Artemusie.

Też powinienem trzymać się ziemi, lecz co poradzę na to, że staram się to zrozumieć sam z siebie, bo przychodzi mi to naturalnie? Czym byłoby życie bez chwili na refleksję, nawet jeśli nie wszystko mieści się w głowie? Już słyszałem o tym, że za bardzo się z tym gorączkuję. Ale jałowość tego gruntu i tych umysłów jest czasami przytłaczająca.

To twoja sprawa, jak do tego podchodzisz. Uszanuję ją, bylebyś zaznał szczęścia. Ale zobacz. Na początku ostatniej przygody byli ludzie, których nie znaliśmy. Zniknęli, prócz Iwana. Ten Gabriel również udał się w swoim kierunku, zostawiając nas z tym bałaganem. Nie dziwię się. Mało kto jest zdolny zdzierżyć to, co wydarzyło się w dworku właściciela ziemskiego. Do końca naszych dni będzie nas to ścigać, przynajmniej mnie. Jednakże te wspomnienia nie mogą zakłócić naszego rozumu i tego, kim jesteśmy. Musimy iść dalej.

W porównaniu do reszty moich wspomnień ten dworek jakoś nie robi teraz na mnie wrażenia. Wtedy pewnie też, właśnie dlatego chciałem rozpieprzyć tego ducha jakby był zwykłym bandytą. Jakby był tą obrzyganą sierotą, która potrafi tylko chlać i rżnąć się jak zwierzę.

Jeśli Iwan zapijając mordę, chędożąc dzierlatki, żyjąc czasem jak najgorsze ścierwo doznaje szczęścia, to też jego sprawa. Mam nadzieję, że dorwie go człowiek równie pogodzony z własnym losem. Mógłby być nawet ostatnim pojebem, ale pogodzonym z tym, jaki jest i jak żyje. Czternaście pierdolonych sztuk złota. Nie mogę.

Zaraz dostaniesz w mordę.

Od ciebie? Uważaj, połamiesz drugą rączkę. Ledwie wyleczyłeś tamtą.

Nie jesteś wilkołakiem.

A ty nie jesteś groźny.

Marna prowokacja, patrząc na to, jak skończyliśmy.

Wypiję za to.

Wypij, ja podziękuję.

Ja chcesz. Aaach, nie ma jak siedliskówka.

Wróć do „Sesje pozafabularne”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 13 użytkowników online: 1 zarejestrowany, 0 ukrytych i 12 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Vereomil
Liczba postów: 52090
Liczba tematów: 2965
Liczba użytkowników: 1036
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: DrzewoBizantyjskie
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.

Live czat z adminem

Czat z administratorem – klik!
W związku z tym, że Leviathan nie znajduje się jeszcze w swym finalnym kształcie, pytania do jego administratora są spodziewane, potrzebne i oczekiwane. Jeśli masz jakieś (albo chcesz po prostu pogadać o tym projekcie), kliknięcie na powyższy przycisk otworzy nową kartę z oknem rozmowy.