Zagadki fortów

Miejsce, w którym każdy może wcielić się w rolę Mistrza Gry i poprowadzić wcześniej przygotowaną sesję umieszczoną w dowolnych realiach.
Awatar użytkownika
Urlos
Posty: 289
Rejestracja: 21 sie 2012, 20:51
Lokalizacja postaci:
GG: 8392405
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2165

Zagadki fortów

24 paź 2012, 19:12

ObrazekObrazekiasto śmierdziało miastem – nic nowego, jedni to kochali gdy inni nienawidzili. Nawet śnieg, który przykrył wszystko swoją białą peleryną nie był w stanie zahamować zapachów. Pod nogami przechodniów na ulicy, uciskana biel wydawała swoje skrzekliwe krzyki sprzeciwu wobec swojej sytuacji. Co jakiś czas ktoś się poślizgiwał na zmarzniętym kamieniu, kończąc z tyłkiem w białym puchu, zazwyczaj temu wydarzeniu towarzyszyły śmiechy dzieci gdzieś poukrywanych. Siedlisko miało swój urok, chociaż było stolicą krainy, miastem portowym i przepełnionym to niejednemu trubadurowi wyciskała łzy z oczu poruszając ich poetycką naturę.

Dokładnie za szesnaście dni miał się zacząć miesiąc mandragory. Miesiąc, który jako jedyny w roku sam tworzy własny okres – chaosu, na wsiach znany pod nazwą okresu strachu. Straż miejska zmieszana z najemnikami, z dodatkiem chłopów z okolic i innymi mężami zdolnymi unieść broń – służyła miastu. Warty na murach zmieniały się, a w koszarach odbywał się intensywny trening.
Oto był czas herosów, bohaterów, dowódców, władców, ale również tchórzy, złodziei, bandytów i dezerterów. Czas, w którym wszyscy stali razem nie mając innego wyjścia, niż ufać sobie nawzajem gdy nadejdzie pora.
Za szesnaście dni…

Obrazek
Obrazek sali panowała cisza. Odziany w czarny płaszcz mężczyzna stał pod ścianą spoglądając gdzieś za okno, spiczasty kapelusz na głowie niczym kartka na czole mówił – lubię magię. Na krześle niedaleko siedział człowiek z gładką i pięknie ogoloną twarzą, odziany skórzany strój o barwach ciemnozielonych i ciemnobrązowych. Niby się opierał i grzecznie czekał, chociaż jego wzrok co chwile wędrował na elfkę naprzeciwko. Ona, z długim brązowym lokiem opadającym na dekolt trzymała w ręku ziarenka, które chętnie zjadał ptak siedząc na jej barku – chyba jastrząb. Uśmiechała się do swego zwierzęcia, jednak milczała myślami zamknięta w swoim świecie.

Drzwi wyjściowe otworzyły się, wpuszczając do pomieszczenia kilkanaście płatków śniegu. Wszedł człowiek odziany w podszywany kożuch, dokoła siebie miał kilka tobołków. Twarz jego chociaż względnie atrakcyjna była roześmiana nadająca mu specyficznego uroku. Otrzepał się i chciał coś powiedzieć jednak drzwi naprzeciw niego otworzyły się, zza nich wyszedł mężczyzna w eleganckim stroju średniej wzrostu o wieku starczym.

– Władca Siedliska zaprasza do siebie. – powiedział kłaniając się i schodząc na bok w uprzejmym geście.

Wszyscy nagle wstali zarzucając na plecy cokolwiek ze sobą mieli, nowoprzybyły dołączył do grupy.
W nowym pokoju o kamiennych ścianach, z mnóstwem gobelinów i regałów z książkami najbardziej rzucało się w oczy duże biurko umieszczone na środku. Za nim był duży na całą ścianę, ewidentnie okratowany z zewnątrz witraż, który rozjaśniał całą salę przez swoje kolorowe szkła. Pomiędzy nim a biurkiem stał tęgi człowiek wysokiego wzrostu, na plecach zwisała peleryna zrobiona z jakiegoś bardzo futrzanego zwierza, a gdy się odwrócił okazało się, że ubrany był w wysłużoną zbroję, a w ręku trzymał duży miecz schowany w pochwie. Widać, że gdzieś się wybierał.

Witajcie moi najemnicy. – po sali rozległ się grzmiący głos, który jeśli byłby głośniejszy, z pewnością poruszyłby mury. – Jestem Drogdat, władca Siedliska. Nie mam za dużo czasu, więc nie dam wam ciepłego powitania i od razu przejdę do rzeczy. Fort Zachodni, macie się tam udać by dowiedzieć się dla mnie co się u licha na miejscu dzieje. Tydzień temu miał miejsce pożar – niby nic dziwnego w czasie takich chłodów. Ktoś po prostu mógł nieostrożnie rozpalić ognisko. Jednak budynek, który spłonął to koszary, zginęło przy tym kilku strażników, u których rozpoznano cięcia zanim ich zwłoki wrzucono do ognia. Miała miejsce również próba zabicia kowala najętego przez straż do produkcji zbroi i oręża, na szczęście nieudana. To ewidentnie nie jest przypadek, a ja chce się dowiedzieć kto za tym stoi. Musicie też ruszyć do fortu południowego i macie się upewnić, czy tam wszystko jest w porządku. Kiedy się dowiecie kto stoi za tymi zbrodniami macie się upewnić, że winowajca trafi przed obliczę straży, a jeśli będzie stawiać opór – musi zostać zgładzony. Oto list, który upoważnia czwórkę do śledztwa. Konie czekają na was w stajni przed bramą miasta. Jeśli macie coś do roboty, to pośpieszcie się i nie traćcie czasu. Droga jest łatwa, musicie tylko podążać traktem do fortu północnego, z niego na zachód i będziecie na miejscu. Żadnego wsparcia finansowego ode mnie nie otrzymacie, ale nagroda za wypełnienie zadania już na was czeka. Aha, na tym liście maja się pojawić podpisy i pieczęcie dowódców straży miejskich obu fortów, na dowód, że odwiedziliście te miejsca. To wszystko. Żegnam. – zarzucił miecz na bark po czym szybkim krokiem minął drużynę. Zanim opuścił budynek można było usłyszeć "Odprowadź gości do wyjścia." rzucone najpewniej do służby.

Zaraz po tym wszedł ten sam osobnik, który grupę zaprosił, lecz tym razem odprowadził ich na zewnątrz. Wszystkich czworo przywitało mocne, niczym z bicza uderzenie mroźnego wiatru po twarzach.

Awatar użytkownika
Sarl
Posty: 628
Rejestracja: 26 kwie 2012, 12:27
GG: 23912838
Karta Postaci: viewtopic.php?p=27349#27349

06 maja 2014, 18:30

Nie wiedział, co myśleć o najemnikach. Obaj zdawali się coś ukrywać – byli z pewnością dobrymi znajomymi i musieli wiele przejść. Sprawiali wrażenie doświadczonych i otrzaskanych w fachu. Dziwnym było to, że sami nie starali się jakoś zareagować, choć łuki straży celowały także w nich, choć to właśnie czyny jednego z nich pośrednio spowodowały taki a nie inny tok wydarzeń. Nie ujmując mu umiejętności, nie wydawał się olśniewać intelektem, więc przynajmniej jego towarzysz powinien spróbować jakoś wytłumaczyć swojego kolegę. Wyszło jednak na dobre; skutki ich prawdopodobnej reakcji mogły być przeciwne do pożądanych.

Uważał to, co przyszło mu robić za zwyczajne zadanie, może o podwyższonym stopniu trudności z racji miesiąca mandragory. Nie było to nic niewykonalnego; teraz nie miał już zamiaru wychodzić przed szereg, jak wcześniej postąpił popchnięty niewiadomym impulsem. Po drodze, oprócz wilkołaków, mogli natknąć się na owych nieludzkich napastników – być może owe zmory, podobne do tej poprzedniej. Za rzecz znacznie gorszą uważał, może słusznie, to, co trzeba było przeżywać co roku.

Na co się tak gapisz? – przekazał umysłowo drugiemu mnichowi, który widocznie miał coś na myśli, lecz nie chciał powiedzieć wprost. Niektórzy potrafili wyczuć na sobie cudzy wzrok i nie podobało im się to odczucie – dla niego było ono całkowicie obojętne. Przywykł do ludzkich spojrzeń i nauczył się je ignorować… chyba że wiązały się z zagrożeniem lub okoliczności były wyjątkowo niesprzyjające.

Obrazek

Jazdę konną od zawsze miał we krwi; nauka była dla niego przyjemnością i nie musiał w żadnym stopniu się do niej przykładać. Rzadko jednakże miał ku temu sposobność, choć przepadał za przemierzaniem krain wierzchem – koń był drogi, a sakiewka najemnika nigdy nie była przepełniona. Zawsze trafiały się jakieś pilniejsze wydatki. Odebrał lejce i dosiadł zwierzęcia z wprawą i zręcznością.

Nie przywiązywał uwagi do paplaniny, którą słyszał. Niewiele interesowała go gadka o charakterniku, z której i tak nie dało się wyciągnąć niczego, czego sam nie mógłby się domyśleć. Bardziej interesująca była już teoria o "rozgrzewaniu mocy magicznych", jednakże o własnych zdolnościach wiedział na tyle mało, by nie móc w zbyt dużym stopniu przełożyć nie tak rozległych informacji na własny grunt. Zdawał sobie sprawę, że do wykorzystania w pełni mocy, która została mu darowana, będzie potrzebował skupienia i poświęcenia czasu, nie był jednakże na to odpowiedni moment. Należało załatwić to, co było do załatwienia.

Skinął w milczeniu głową i jako pierwszy przekroczył bramę spokojnym stępem. Najwyższy czas rozprostować skrzydła i wyruszyć w drogę

.
Awatar użytkownika
Urlos
Posty: 289
Rejestracja: 21 sie 2012, 20:51
Lokalizacja postaci:
GG: 8392405
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2165

09 maja 2014, 09:48

Obrazekaladyn zmierzył wszystkich obecnych spokojnym, ale i surowym wzrokiem. Przez jego oczy przemawiało zmęczenie życiem i tajemnicze przygnębienie. Był to człowiek przeszło czterdziestoletni, więc jak na obecne realia – już starzejący się. Spojrzał na niebo i na chwilę zamknął oczy, jakby wsłuchując się w wiatr. Zawrócił konia w stronę bramy.

A więc jazda… – rzucił cicho gdy stuknął piętami konia. Gdy odwracał się giermek, na chwilę widok paladyna zasłonił proporzec – trzy zielone liście sosny na okrągłej tarczy złotej, a wszystko na szarym tle. Po chwili jednak godło rodu Sosny zniknęło, a drużynnikom ukazała się samotna postać w wymęczonej zbroi, podążająca ze schyloną głową do leniwie wiszącego nad horyzontem słońca. Niebawem dołączył do swego nauczyciela giermek.

Zastanawiacie się pewnie czemu wyjechaliśmy bramą wschodnią. – przemówił, gdy dojechali do skrzyżowania gościńca głównego z drogą okrążającą miasto – Chcę sprawdzić, czy wróg będzie śledzić nas, czy od razu ruszy na spotkanie z karawaną. Jeśli już nie czekają w karczmie Pod górami, to powinniśmy ich spotkać po drodze. Jeśli będą śledzić nas – wszystko stanie się jasne. Ruszajmy dalej.

Podążała drużyna boczną drogą, która dopiero potem będzie łączyła się z gościńcem południowym. Gardomir prowadził w milczeniu tuż przy nim jego giermek. Najemnicy gaworzyli sobie i śmiali cicho, widać to dobrzy kompani byli.

Gapię się, boś nowicjuszek! – przekazał mnich rozbawionym, ironicznym głosem Artemusowi, chociaż nawet nie spojrzał w jego kierunku – Niech mnie Greczdar pouczy, ale mogę się założyć, że jesteś z Trójwyspu. Mam nadzieję, że cię jeszcze tam nie zindoktrynowali…

Podczas jazdy Borok milczący ewidentnie chciał pogadać. Tak, to był raczej towarzyski osobnik. Na jego twarzy jednak malowało się skupienie, jakby nie miał bladego pojęcia o co zapytać i jak zagadać. Wiercił się na siodle, jakby mu mrówki w dupę właziły, to raz drapał się po głowie, to raz przecierał twarz. Chrząknął raz jeden i drugi. W końcu zbliżył się do Domowira.

A więc, Domowirze… – przerwał na chwilę, jakby skończył mu się plan działania – Byłeś kiedyś na Rorte?

Obrazek
Awatar użytkownika
Aleksis Bentrum
Posty: 1190
Rejestracja: 29 paź 2011, 16:01
Lokalizacja postaci: Dwór Pomiędzy Spektrami
GG: 50433717
Karta Postaci: viewtopic.php?t=961

09 maja 2014, 12:47

Surowe wejrzenie paladyna zostało odebrane przez Domowira pogodnym wzrokiem. Charakternik zdawał się kimś, kto mógłby wytrzymać niemalże każde spojrzenie zmuszające do uległego spuszczenie oczów. Próbował podchodzić do każdego z pogodą ducha, jakby każdy zasługiwał na jego czas, dlatego przedstawicielowi z rodu Sosny mogłoby się wydawać to, że zbudził zainteresowanie w swym zakapturzonym kamracie.

Naciągnął kaptur swej strażniczej szaty na głowę, poprawił swój futrzany płaszcz i ruszył za przywódcą, mając u swego boku Boroka. Szaradnika ciekawiło, dlaczego rycerz wybrał wschodnią bramę – czy to nie byłoby nakładaniem drogi? Niedługo później uświęcony bojownik wytłumaczył wszystkim swój plan, a on wydawał Domowirowi dobry. Rzeczywiście, jeśli byliby śledzeni, to upewnienie się o istnieniu ogona mogłoby wiele ułatwić, szczególnie wymyślenie odpowiedniej taktyki. Kto wie, może powstrzymają najemników zakonu przed spotkaniem się z karawaną? Błękitnooki wiedział, że myśl ta była ułudną. Ich wrogowie byli zbyt doświadczeni i zbyt dobrze przygotowani, aby zostać zwyczajnie zlokalizowani. Niemniej wypadałoby pozostać czujnym.

Nie zignorował towarzystwa najemników. Rozmawiali ze sobą, co chwile jeden z nich reagował cichym śmiechem z powodu słów drugiego. Byli rozluźnieni, to dobrze o nich świadczyło. Wielu pomyślałoby, że takowa postawa zatrważała o brak profesjonalizmu, jednak niewielu podchodziło do sprawy inaczej, nie znając życia poza bezpiecznymi murami. Ci, którzy pozwalali sobie na chwilę luzu tam, gdzie śmieć czaiła się na każdym kroku, byli doświadczonymi i przygotowanymi wojakami. Większość młodych i niewprawionych w życie awanturnicze zesrałaby się w momencie, gdy postawiłaby nogę za fort kilka dni przed miesiącem mandragory.

Wysłannik Wieży Siedliska z początku nie zwracał uwagi na podejrzane zachowanie ziomka. Być może cierpiał on na schorzenie tych, którzy zbyt długo siedzieli przed księgami, zapominając, że nogi służą także do chodzenia, a nie wiecznego utrzymywania pośladów na siedzisku. Drapał się po swym łysym łbie i w końcu uczynił to, co chciał: porozmawiać. Pytanie Boroka wywołało na ryju Domowira lekki uśmieszek.

– Nie, ale chciałbym tam się wybrać, Boroku – odpowiedział w swoim nieprzeciętnym, może trochę szalonym stylu. Niewielu podzielałoby pomysły Domowira, bo większość kończyła się… tragicznie. – Ale nie teraz, może za kilka lat.

Zerknął na Boroka.

– Właśnie, mam do ciebie pytanie. Gnębi mnie kwestia twojego pochodzenia, bo jeszcze nigdy nie widziałem innego człowieka o ciemniejszej karnacji skóry. Opowiedz coś o tym, skąd pochodzisz?

Awatar użytkownika
Mścigor
Posty: 51
Rejestracja: 18 sie 2013, 00:31
GG: 381201
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2744

09 maja 2014, 23:52

Iwan

podczas swojej wędrówki po swym umyśle widział wiele rzeczy, wyjątkowo strasznych i plugawych. Na jego twarzy rysowały się grymasy niezadowolenia, miewał lepsze wizje gdy tracił przytomność, a tracił ją dość często. Wszystkie razy jednak łączyło jedno, pobudki były nieprzyjemne dla niego i otoczenia. Stracił orientacje w terenie, chciał krzyczeć lecz nie mógł, a po chwili to znowu nic nie widział. Szukał wzrokiem jakiś znajomych twarzy lecz wszystko było jeszcze rozmazane. Próbował odnaleźć się w rzeczywistym świecie, lecz jakaś niewidzialna siła walczyła o jego duszę. Na szczęście dzięki zaklęciom przyjaciółki powrócił, a i wejście miał całkiem niezłe. Obrzygawszy kapłana nieco się strwożył, po czym niczym dziecko które nabroiło uśmiechnął się głupio z lekką doża wstydu. Cóż, nic innego mu nie pozostało. Odszukał swoimi oczami kapłankę i jeszcze szerzej się uśmiechnął.

– Jeszcze

żadna kobieta nie składała mnie tyle razy za darmo haha – niezbyt się przejmując splunął na posadzkę – gdzie nasze mordy, jak mi powiesz że wyruszyły beze mnie to oni zaczną potrzebować grabarza, a nie cyrulika!

Nagle

się zmartwił, a co jeśli będą chcieli mu uciąć co nieco z nagrody? Poza tym, a może przede wszystkim ominąć go miało obijanie szczęk zbirom co go zasmuciło ogromnie. Bo co on tu bez pieniędzy będzie robić tyle czasu? No może z Rutą sobie znajdą jakieś… fizyczne rozrywki, o ile nie odda się ona modłom, posłudze, czy przywracaniu dziewictwa szalonym szlachciankom. Tymczasowo jednak padł na podłogę i wytarł z mordy resztki wymiocin. Zamknął oczy, skupiając się na swoim oddechu. Był wyjątkowo ciężki, a klatka piersiowa bolała niemiłosiernie. Był bliski zaśnięcia więc wysłał spojrzenie Rucie.

– Czy

służka Bogów uczyni mi przysługę i pomoże wrócić do karczmy? - zapytał, o dziwo, poważnym tonem. Kapłana zignorował, co by zmieniły przeprosiny, poza tym oni chyba są od wybaczania – pomyślał.Gdy padał z nóg i był poobijany wydawał się nawet uroczy, no może poza rzygowinami których resztki nadal na nim spoczywały. Nie miał Iwan szczęścia do romantycznych chwil.
Awatar użytkownika
Sarl
Posty: 628
Rejestracja: 26 kwie 2012, 12:27
GG: 23912838
Karta Postaci: viewtopic.php?p=27349#27349

12 maja 2014, 20:25

Zjawisko, które wywołałem, wzbudziło pewne poruszenie – a właściwie jego antytezę: wszyscy zastygli w milczeniu, dotknięci drżeniem, którego nie spodziewałem się nawet ja sam. Co ono znaczyło? Może było tylko złudzeniem… ale założyłbym się, że tamci też je poczuli. Zastanawia mnie, z czym to było związane. Wątpliwe, by coś, o czym mi opowiadali, nastąpiło tak szybko. Może jest to zależne od woli i przekonania. Albo klucz tkwił w tym, że nie zrobiłem tego świadomie. Nie czas, by się nad tym zastanawiać – zajmę się tym później.

A więc jazda.

Fortel z wyjazdem przez wschodnią bramę wydawał się bystry, lecz bardzo łatwo było go przejrzeć. Należało założyć, że zabójcy posiadają duże wpływy i są zawodowcami – na tyle, by z łatwością namierzyć formującą się grupę. Nie ulegało wątpliwości, że szpiedzy pozostawali w mieście; oddział, w którym był paladyn i dwóch charakterników łatwo było dostrzec i skojarzyć, jaki może być ich zamiar. Cała sytuacja z rządcą jedynie ułatwiła im pracę: zbiegowisko było widoczne jak plama krwi na śniegu. Uznał, że byli obserwowani od samego początku, toteż nieprzyjaciel dostosuje swoje poczynania do ich własnych, pozostając niewykrytym. Nie widział sensu przekazywania swoich spostrzeżeń paladynowi – gdzież jego mość chciałaby słuchać najemnego psa. Mnichowi nie chciało się dobijać się do tej zakutej pały.

– A tyś z pewnością doświadczony jak sam skurwysyn – odpowiedział, zachowując neutralny wydźwięk przekazu, zupełnie nieporuszony. – Aż tak dobrze się jeszcze nie znamy. Mówiłem, że z Myrwen. Wyjechałem z krainy na dłuższy czas i wkrótce mam zamiar wrócić. I nie wiem, o jakiej indoktrynacji gadasz. Indoktrynacji to twój ziomek doświadczył na własnej skórze, o mało jej nie tracąc. Jak i reszta.

Awatar użytkownika
Urlos
Posty: 289
Rejestracja: 21 sie 2012, 20:51
Lokalizacja postaci:
GG: 8392405
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2165

13 maja 2014, 11:30

Obrazekharakternik spojrzał na swe dłonie, gdy Domowir wspomniał o innym odcieniu skóry. Uśmiechnął się pod nosem i spojrzał na szaradnika.

Nieczęsto zwracam na to uwagę. Ale rzeczywiście pewnie niewielu jest takich. Niestety, Domowirze, nie jestem w stanie zaspokoić Twojej ciekawości. Widzisz… Wiem, że pochodzę z dalekiej północy, podobno ponad sześćset pięćdziesiąt wielokroków od fortu Północnego. Tam za młodu zostałem wzięty do szkoły charakterniczej i tyle pamiętam. Szkoła była jak każda inna, a gdy ją skończyłem, znałem tylko Krainy Południowe, więc i tutaj zostałem. Nawet, przyznam ci się, że nie wspominam domu. Mój dom to Wieża – powiedział, a Domowir wiedział, że nie ma w tych słowach nawet szczypty zwątpienia i przekłamania. Borok był bratem charakternikiem w pełni. – Aczkolwiek… Skoro już o tym wspomniałeś, dobrze by było znać swoje korzenie. Prawda…? – zadumał się chwilę.

Znowuż, jak tu poznać korzenie, jak nawet mapy nie mam sięgającej poza Mroźne Piaski. A w ogóle przeżyć taką podróż… Z bandytami trza by było się dogadać. Oni wiedzą więcej niż nam się wydaję – powiedział z przytaknięciem – A Ty, Domowirze, gdzie najdalej byłeś?

Mnich nie przestawał gadać i śmiać się z ziomkiem, zupełnie jakby tylko tym się zajmował. A jednak wysyłał Artemusowi myśli swe.

Swoje doświadczenie chowam do swojej sakwy. Cudze oczy znać go nie muszą – zakomunikował tonem adekwatnym do Artemusowskiego – Miałem jednak na myśli Słowa Magii – nie masz o nich bladego pojęcia. Tak jak większość mnichów z Sowy. I też to miałem na myśli. W Myrwen to ty się może urodziłeś i wychowałeś, ale mnichem stałeś się na Trójwyspie, w klasztorze Sowy. Ta powaga, ta sztywnota, te milczenie… Ten brak równowagi. O tej indoktrynacji mówiłem. Ale nie ma co się dziwić. – przeciągnął się leniwie nigdy nie spoglądając na Artemusa, lecz gdzieś w dal horyzontu południa – Trójwysep to inny świat, rządzi się własnymi prawami przetrwania… A co do sytuacji w forcie, jakoś nie widziałem, byś ty wyróżniał się spośród nas i był w innej, lepszej sytuacji? Zwykłe nieporozumienie i dobrze, że skończyło się tak, jak się skończyło.

Droga w końcu skrzyżowała się z gościńcem. Paladyn zszedł z konia wzbijając biały puch w powietrze. Zaczął przyglądać się drodze dokładnie. Westchnął strapiony.

Są pewni siebie. Sześciu chłopa lekko odzianych, idą po karawanę. Przyjdzie nam ich spotkać, prędzej czy później. Gdy sobie tego zażyczą… – mimo zbroi ze sprawnością wdrapał się na siodło. Ruszył dalej na południe szepcząc pod nosem cwaniacko "jeszcze zobaczymy…".

Awatar użytkownika
Aleksis Bentrum
Posty: 1190
Rejestracja: 29 paź 2011, 16:01
Lokalizacja postaci: Dwór Pomiędzy Spektrami
GG: 50433717
Karta Postaci: viewtopic.php?t=961

13 maja 2014, 14:13

Ponad sześćset wielokroków od fortu Północnego! Oczy Domowira niemal wypadły z czaszki, gdy pomyślał o tak niebezpiecznej podróży przez Mroźne Piaski. Jeśli Borok stamtąd został wzięty do szkoły, kto musiał być jego przewodnikiem? Widać było, że czarnoskóry mężczyzna poświęcił się Wieży, odganiając myśli o swoim dawnym domu. Domowir zreflektował się. Przypomniał sobie wolę swego ojca, Jarmirada. Potomek Wenerada miał przysłużyć się rodowi, wykorzystując wpływy piastowanego przez siebie stanowiska do odbudowy rodowej chwały. Przez życie… Domowir zapomniał o tym. Zupełnie wyleciała mu z głowy rodzina, jakby zapomniał z czyjej spuścizny się wywodził. Czy właśnie tak wyglądało poświęcenie i zaangażowanie? Zaiste, trzeba pamiętać o korzeniach, bowiem w szaradniku płynęła krew starych bojowników. Chociaż, jak przejawiała się wola Wenerada w nim samym? Odbudowa rodu, zrekonstruowanie dawnego dworu i zapisanie nowych kart ksiąg chwalebnymi uczynkami. Wymagania… którymi Domowir mało się przejmował. Był szlachcicem, lecz równie dobrze mógłby być bękartem – nie czuł przywiązania. Czy to jego wina? Cóż, trzeba byłoby pomyśleć w innym czasie.

– Tak, coś w tym jest. Pamiętać o korzeniach.

Kamrat z Wieży zapytał się Domowira o najdalszy punkt, który odwiedził on w swych podróżach. Kiedyś charakternik ten mógłby opowiedzieć wielu swoją historią, ale z czasem nauczył się, że każde słowo trzeba ważyć, albowiem słowa mogą prowadzić do pytań, a te do niechcianych odpowiedzi. Niektórzy wiedzieli o Domowirze wiele, ale czy Borok zasługiwał na zaufanie? A nawet jeśli, czy przyjazna relacja zbudowana na wzajemnym zaufaniu mogła utrzymać się na długo? Chociaż… i tym razem błękitnooki uznał, że strach przed własnymi czynami nie jest drogą, którą należy podążać. Mimo mrocznej, zostawiającej brzemię przeszłości, szaradnik był dumny ze swych przygód. Przekuły go na nowo, wydobywając na zewnątrz oblicze człowieka, który nie bał się śmierci. Człowieka, który wszedłby w ogień, jeśli trzeba byłoby oddać się sprawie Wieży i swych przyjaciół.

Raz jeszcze przypomniał sobie słowa Estymira. Nie wolno podążać drogą egoizmu, lecz drogą pozwalającą na osiągnięcie harmonii w sobie. Aby osiągnąć harmonię, należało szukać jej również u innych. Może… gdzieś po drodze ludzie zostawiali, szczególnie charakternicy, kawałek swojego serca poświęconego dla innych? Chodziło o zwyczajną uwagę, dobrowolne wysłuchanie czyichś słów. Poznanie kogoś. Domowir przeczuwał, że nie mógł wyłącznie poznawać innych ludzi, podążać drogą odkrywcy ludzkich dusz, jeśli sam nie zacznie stosować swej filozofii na sobie.

Dlatego szaradnik dopiero teraz zrozumiał pretensje Wszechdzieja o jego styl życia. Nie zostawił po sobie niczego poza zasługami w intencjach swej braci. Jeśli zginie to umrze ze świadomością, iże był samotnikiem. Nie tak żyje człowiek południa. Jego osobiste wątpliwości do założenia rodziny wynikały wyłącznie z obaw przed elfami. Niemniej, jak można patrzeć wyłącznie na siebie, gdy świat człowieka również prosi o uwagę. Domowir zrozumiał, że wtedy postąpił wbrew swej ideologii. Wierzył w słowa Estymira, nawet jeśli mogłyby być nieprawdziwe. Coś w nich było, coś co poruszało serce i inspirowało.

– Najdalej byłem w górach Sofan, na północy. Poznałem krasnoludzką cywilizację i częściowo ich życie. To w sumie ciekawa historia. Pewnie o niej słyszałeś, ale przedstawię ci ją z mojego punktu widzenia…

Dwa, może trzy lata temu odwiedziłem Arenę w Myrwen. Odbyły się wtedy walki o tytuł mistrza Krain Południowych. Wszystko przebiegało płynnie… bojownicy w pocie czoła pojedynkowali się ze sobą. Ich krew mieszała się z potem, każdy mógł wtedy zobaczyć ile włożyli oni wysiłku, aby stać tutaj – na Arenie.

Nagle ceremonię przerwał czaromiot odziany w czerń. Jego twarz zakrywał kaptur, rzucając mroczy cień na jego lico. Porwał on za pomocą swej magii jednego z wojowników i znikł w zawirowaniach energii magicznej.

To było moje pierwsze zadanie. Za pomocą Wieży w Tuluw, udałem się wraz z towarzyszami do krasnoludzkich gór. Tam mieliśmy odkryć ślad tego czaromiata. Pamiętam to, jakbym przeżywał tamte dni jak ten dzisiejszy. Wśród surowych szczytów panowały potężne wiatry. Wichura porywała setki płatków śniegu i maluczkich kryształów lodu, które drażniły skórę na moim ryju. Mimo ciepłych futer, mróz atakował nas niczym niewidzialny zabójca. Góry Sofan to kraina, w której życie hartuje się niczym stal. Tak, tam poznałem znaczenie własnego życia.

Po odnalezieniu czaromiota, pokonaliśmy go. Wróciliśmy do Myrwen, chociaż już nie tacy sami. Zaiste, podróże zmieniają człowieka. Nadal pamiętam smak tamtych wiatrów, były inne od naszych. Wtedy czułem, że byłem bliżej nieba niż kiedykolwiek. Nocą tysiące gwiazd rozświetlało czerń nieboskłonu, jakby owe gwiazdy były wzrokiem bogów. Istot wyższych nieustannie obserwujących nasze poczynania. Trochę opisuję to jak poeta, ale trudno opisać prostym językiem tamten świat. Świat pogrążony w półśnie, gdzie dźwięk podziemi roznosił się lekkim szeptem po krasnoludzkich miastach ukrytych w ogromnych, wykutych setką rąk jaskiniach.

– Być może zabrzmi to niesłychanie sucho, ale tęskniłem za Myrwen. Teraz rozumiem, jak ważne ma znaczenie ziemia, w której przyszło nam żyć. Chcemy odkrywać nowe lądy, lecz dopiero oddaliwszy się od domu dowiadujemy się, że zabraliśmy prawie wszystko na podróż oprócz całego serca, bowiem zawsze nasza cząstka pozostanie tam, gdzie dorastaliśmy. Tam, gdzie opłakiwaliśmy zmarłych i cieszyliśmy z narodzin dzieci. Gdzie zalewaliśmy gardło litrami siedliskówki i chędożyliśmy nasze dziewoje. Tak, to tutaj chciałbym zdechnąć, nawet jeśli miałaby mnie upierdolić łapa wilkołaka. Nigdzie indziej, hehe.

Awatar użytkownika
Sarl
Posty: 628
Rejestracja: 26 kwie 2012, 12:27
GG: 23912838
Karta Postaci: viewtopic.php?p=27349#27349

13 maja 2014, 23:07

Mnich nie mógł widzieć jego twarzy – Nosiciel jechał za nim. Kąciki jego ust powędrowały nieco w górę, choć nie był zachwycony wiedzą i intelektem tamtego; nie dał się jednak sprowokować i postanowił trochę się z nim podrażnić.

– Nie sięgaj więc do mojej sakwy, kierując się mylnym wrażeniem – odrzekł. Ton jego przekazu nie uległ zmianie. – Nie znasz mnie i nie wiesz, gdzie byłem i co robiłem. Twój śmiech i zachowanie bardziej niż mnicha z zamczyska przypominają mi kapłankę Cydrii, która cieszy się radością życia. Nie widzi tego, jak świat wygląda i jakimi prawami się rządzi. Dla nich miesiąc mandragory jest jedynie czasem, gdy dzieją się bardzo złe rzeczy i trzeba pomóc ludziom – dla nich to tylko skaza na pięknie świata. Pijak, który chleje co wieczór na umór też może rżeć jak koń, bo alkohol zaburza postrzeganie rzeczywistości. Ktoś o poszerzonej percepcji i rozbudzonym umyśle, jak mnich, powinien widzieć świat takim, jaki istnieje. Przeżyłem zbyt wiele i widziałem zbyt wiele, by ktoś taki jak ty mówił mi o indoktrynacji. Powielasz błędy tych, którzy nie są świadomi, gadasz o głupstwach… Niczym się od nich nie różnisz. Co ty możesz wiedzieć o Słowach…?

Nie drgnąłeś nawet, gotów byłeś zdechnąć najeżony strzałami z powodu nieporozumienia, jak ty mówisz… czy też zwyczajnej, charakterystycznej dla ludzi głupoty, jak jest naprawdę. Ja nie zamierzam ginąć ani poddawać się, ani zdawać się na łaskę jakiegoś kretyna. Może ciebie to nie rusza, ale mnie tak.

Pauza.

– Zabiłbym go, wiesz? Mimo wszystko – dokończył, mając na myśli rządcę. – Gdyby nie okoliczności. Widziałeś ten obłąkańczy pysk?

Niejednokrotnie zastanawiał się nad swoim tokiem myślenia. Pogarda – gdyż tutaj nienawiść była zbyt mocnym słowem – do ludzi przychodziła mu wyjątkowo łatwo, choć nie była powszechnym zjawiskiem. Nienawiść dawała mu siłę i popychała do działania; ogień w jego żyłach mobilizował go, rozkazywał wstać, gdy inni padliby i wołaliby pardonu, dawał siłę do walki, której nie miałby żywiąc wewnętrzną ascezę. To jednak nawet dla niego była skrajność – pogarda zaś przychodziła sama. Widział niejednokrotnie przykłady głupoty, nawet we własnych działaniach. Przed oczami stawał bandyta-pijak, Domowir podczas ich wielu wypraw, on sam, zapijający się i tęskniący za ślepotą. Żołnierz ze Strażnicy, poświęcający swoje życie bezsensownej i nic nieznaczącej służbie. Demoniczny mag, snujący niepojęte plany. Bandyci na szlakach, chcący tylko nachapać się i powrócić co roku do bezpiecznej przystani. Fanatyzm kapłanów i kapłanek. Obłuda charakterników, zaprzeczanie własnym ideałom bycia światłem ludzkości w mrokach dziejów, jak zdrowy z pozoru organizm toczony od wewnątrz przez zarazę zazdrości, nieszczerości i zawiści. Tire Nel i Myrwen, tak podobne, lecz tak różne, wystarczyło choćby spojrzeć na mapę.

To wszystko nie miało nic wspólnego z równowagą. Jak więc miał zachować równowagę wewnątrz własnej jaźni, skoro świat, w którym żył, mógł w każdej chwili się zawalić? Zdegenerowani i niezdyscyplinowani ludzie w końcu stracą samych siebie. I co wtedy? Jak mógł zachować spokój, jak mógł nie czuć nienawiści, gdy widział na najwyższym stanowisku obsmarowanego krwią obłąkańca, który bez najmniejszych konsekwencji mógł wydać wyrok śmierci? Jak mógł nie nienawidzić bezmyślnego tłumu i służalców, którzy gotowi byli zlinczować, a dopiero potem osądzić?

Wiedział, że dostrzegł coś, czego niektórzy nigdy nie zdążyli zobaczyć. Może czuli to, co on, może myśleli podobnie, lecz zachowywali to dla siebie, przedkładając ogół nad własne "ja"? Najgorsze było to, że sam nie był pozbawiony wad, które krytykował. Jakże łatwiej przecież byłoby być jak wszyscy, stać za resztą w zwartym szeregu i dalej widzieć to w ten sposób? Jak w tym powiedzeniu, że lepiej się śpi, gdy wie się mniej…

Kto żyje jak pies, zdycha jak pies. To powiedzenie również znał. Nie zamierzał schodzić z drogi, którą obrał. Rzecz trudna i żmudna jest rzeczą wartą świeczki.

Awatar użytkownika
Urlos
Posty: 289
Rejestracja: 21 sie 2012, 20:51
Lokalizacja postaci:
GG: 8392405
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2165

22 maja 2014, 02:10

Obrazekharakternicy, tak jak i reszta drużyny jechali stosunkowo blisko siebie, jednak nie można było nazwać tego zwarciem. Pogoda dopisywała, śnieg tylko delikatnie prószył, a wiatr uspokoił się. Końskie kopyta zanurzały się w śniegu południa.

Borok przytaknął z uśmiechem na słowa Domowira. Schował głowę w ramiona nieco ocieplając się. Zamilkł w zamyśleniu. Przed walką należało się przygotować przede wszystkim mentalnie, gdyż jedyne co było pewne tegoż dnia to właśnie fakt, że zbliżająca się walka nie będzie jak żadna inna. Ciemnoskóry charakternik spuścił wzrok i zacisnął materiał dookoła szyi i połowy twarzy. Przygotowanie mimo wszystko najwyraźniej nie szło najlepiej.

Mnich ni stad ni zowąd parsknął śmiechem w niebogłosy. Aż jego kompan dziwacznie się na niego popatrzył. Łysogłowy pomachał ręką w geście "nieważne", po czym nieco się opanował, chociaż wciąż podskakiwał na siodle z uśmiechem.

Ktoś o poszerzonej percepcji i rozbudzonym umyśle jak mnich! Ale ty musisz mieć nasrane we łbie – porządnie. Cydrianki i Siedliskówka chociaż w parze nie idą, to dobrymi rzeczami są. Jeśli się wybierasz, to naprawdę liczę na to, że trafisz do zamczyska Wilka, w Myrwen. Radzę ci poczytać nasze zbiory z biblioteki przy okazji. – na wzmiankę o sytuacji mnich nie zareagował – Zabiłbyś? – parsknął prześmiewczo, po czym odwrócił się pierwszy raz i pogardliwym wzrokiem zmierzył Artemusa – Nie wiem czy to głupota już przez cię przemawia czy zwykła pycha. Mówisz bez krzty zwątpienia i zawahania, to dobrze. Dziwne, ale jakoś ni razu cię nie widziałem na wielkim turnieju walecznych… – zamilkł z podniesionym kącikiem ust. Po chwili kiwnął brodą na paladyna – Za to jego tak…

Mnich przeciągnął się lekko i poprawił się w siodle. Jego kompan zdaje się zaczął dumać i podziwiać przyrodę, więc i się przymknął.

Te turnieje pokazują, że sztuka walki to nie tylko mięśnie i sprawne machanie bronią – nieważne, jak dużą. Na rządców nie biorą byle kogo, kolego. Odpowiedz sobie na jedno pytanie: skoro chcieli osłabić fort, to po cholerę cackać się w koszary i kowala, zamiast od razu zabić rządcę? Chyba nie jesteś aż tak naiwny by sądzić, że bali się straży… – Wyprostował się w siodle i zbliżył do paladyna.

Przedstawiciel rodu Sosny zatrzymał wierzchowca. Przed nimi kształtował się wyraźny wjazd w ścieżkę skalisto-brzeżną Gór Przecinających. Odwrócił się do członków drużyny. Popatrzył ponownie na każdego z osobna, swymi zielonymi oczami penetrował morale ludzi. Były dobre. Milczał przez chwilę, co mogło wyglądać dziwacznie. Artemus w tym czasie poczuł krew w ustach, zdziwiony sprawdził palcami i faktycznie – była. Żołądek odezwał się cicho i skurczył nienaturalnie, co sprawiało, że mężczyzna czuł się źle.

Czterech przed nami… Ślady dwójki zniknęły. – w końcu przemówił Gardomir – Jakieś sugestie z waszej strony nim dojdzie do walki?

Awatar użytkownika
Sarl
Posty: 628
Rejestracja: 26 kwie 2012, 12:27
GG: 23912838
Karta Postaci: viewtopic.php?p=27349#27349

22 maja 2014, 09:09

Nie dał się sprowokować słowom drugiego mnicha. Słuchając jego słów dotarło do niego, że tak naprawdę nic nie powiedział – nie przedstawił nic konkretnego; rżał tylko jak koń i próbował nieśmiało cwaniaczyć.

– Może i mam nasrane w głowie, ale nie jestem ślepy. I nie daję wprost znać o własnej głupocie, jak ty. Skoro tego, o czym mówię, nie nauczyłeś się w zakonie, to czego? Tylko machania tym żelastwem? W sumie wydaje mi się, że właśnie do tego głównie się nadajesz. I tak, bardzo możliwe że tam zajrzę i sprawdzę, o co chodzi. Ale gwarantuję ci – moje nasranie w głowie pewnie da się wyleczyć, ale twoją ślepotę już ciężko.

Nie odrywał wzroku od oczu tamtego – ani na chwilę nie zmienił ani wyrazu, ani tonu, dając popis opanowania i spokoju.

– Skoro nie widziałeś, to patrzyłeś niewystarczająco dokładnie, zresztą wcale mnie to już nie dziwi, bo percepcja, jak sam powiedziałeś, nie jest twoją najmocniejszą stroną. Zdaję sobie doskonale z tego sprawę i nigdy nie twierdziłem, że walka to wyłącznie mięśnie i znajomość fachu. Trzeba jeszcze umieć myśleć i analizować, łączyć fakty i spostrzeżenia w całość i dostosowywać się do sytuacji; ale coś wydaje mi się, że to nie to miałeś na myśli. Mogę się mylić, ale nie wydajesz się grzeszyć rozumem i zbytnio się nim nie popisujesz. Może wdałeś się w swojego kompana – sądząc po wyrazie jego twarzy, pewnie wciąż rozpamiętuje swoje zwycięstwo nad tamtym nieszczęsnym biedakiem. Osobiście nic do ciebie nie mam, ale po kimś, kto pobierał nauki choć zbliżone do moich spodziewałem się zupełnie czegoś innego.

– Zadawałem sobie to pytanie, teraz ty pomyśl, jaki byłby sens zabijania kogoś, kto poniekąd działa na twoją korzyść. Zresztą nieważne, niedługo będziemy mogli sami ich zapytać, osobiście.

Poczuł się dziwnie i dotknął swoich ust; zdumiony dostrzegł krew na rękawicy. Przełknął ślinę, mlasnąwszy lekko; zastanawiało go źródło krwi, chciał określić jej ilość i, o ile się dało, pochodzenie.. Potem oblizał usta, lecz wątpił, by były to wyłącznie popękane wargi. Jeśli to coś z żołądkiem, miał szczerą nadzieję, że nie dostanie sraczki w środku walki. Złe samopoczucie, które go ogarnęło, również uznał za ostatnie objawy pijaństwa, połączone z dziwnymi przeczuciami co do całej tej wyprawy. Powróciło wrażenie, które odczuł przy samym wyjeździe i teraz postanowił wygłosić je wprost. Ciężko było wyciągnąć inny wniosek.

– To pułapka. Obserwują nas od samego początku. Zaatakują albo teraz, albo później, gdy zbliżymy się do tamtych.

Rozejrzał się uważnie, lecz niezbyt gwałtownie, poszukując czegoś, co przykuje jego uwagę, lecz nie spodziewał się rezultatów – jeśli ktoś za nimi podąża i obserwuje, zapewne zadbał o to, by był niewidoczny. Artemus przygotował się do sięgnięcia po łuk, lecz nie dobył go zbyt wcześnie, zanim stanie się to konieczne – źle było zdradzać się przedwcześnie.

Wróć do „Sesje pozafabularne”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 18 użytkowników online :: 0 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 18 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika
Liczba postów: 52244
Liczba tematów: 2978
Liczba użytkowników: 1050
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Landis
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.