Zagadki fortów

Miejsce, w którym każdy może wcielić się w rolę Mistrza Gry i poprowadzić wcześniej przygotowaną sesję umieszczoną w dowolnych realiach.
Awatar użytkownika
Urlos
Posty: 289
Rejestracja: 21 sie 2012, 20:51
Lokalizacja postaci:
GG: 8392405
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2165

Zagadki fortów

24 paź 2012, 19:12

ObrazekObrazekiasto śmierdziało miastem – nic nowego, jedni to kochali gdy inni nienawidzili. Nawet śnieg, który przykrył wszystko swoją białą peleryną nie był w stanie zahamować zapachów. Pod nogami przechodniów na ulicy, uciskana biel wydawała swoje skrzekliwe krzyki sprzeciwu wobec swojej sytuacji. Co jakiś czas ktoś się poślizgiwał na zmarzniętym kamieniu, kończąc z tyłkiem w białym puchu, zazwyczaj temu wydarzeniu towarzyszyły śmiechy dzieci gdzieś poukrywanych. Siedlisko miało swój urok, chociaż było stolicą krainy, miastem portowym i przepełnionym to niejednemu trubadurowi wyciskała łzy z oczu poruszając ich poetycką naturę.

Dokładnie za szesnaście dni miał się zacząć miesiąc mandragory. Miesiąc, który jako jedyny w roku sam tworzy własny okres – chaosu, na wsiach znany pod nazwą okresu strachu. Straż miejska zmieszana z najemnikami, z dodatkiem chłopów z okolic i innymi mężami zdolnymi unieść broń – służyła miastu. Warty na murach zmieniały się, a w koszarach odbywał się intensywny trening.
Oto był czas herosów, bohaterów, dowódców, władców, ale również tchórzy, złodziei, bandytów i dezerterów. Czas, w którym wszyscy stali razem nie mając innego wyjścia, niż ufać sobie nawzajem gdy nadejdzie pora.
Za szesnaście dni…

Obrazek
Obrazek sali panowała cisza. Odziany w czarny płaszcz mężczyzna stał pod ścianą spoglądając gdzieś za okno, spiczasty kapelusz na głowie niczym kartka na czole mówił – lubię magię. Na krześle niedaleko siedział człowiek z gładką i pięknie ogoloną twarzą, odziany skórzany strój o barwach ciemnozielonych i ciemnobrązowych. Niby się opierał i grzecznie czekał, chociaż jego wzrok co chwile wędrował na elfkę naprzeciwko. Ona, z długim brązowym lokiem opadającym na dekolt trzymała w ręku ziarenka, które chętnie zjadał ptak siedząc na jej barku – chyba jastrząb. Uśmiechała się do swego zwierzęcia, jednak milczała myślami zamknięta w swoim świecie.

Drzwi wyjściowe otworzyły się, wpuszczając do pomieszczenia kilkanaście płatków śniegu. Wszedł człowiek odziany w podszywany kożuch, dokoła siebie miał kilka tobołków. Twarz jego chociaż względnie atrakcyjna była roześmiana nadająca mu specyficznego uroku. Otrzepał się i chciał coś powiedzieć jednak drzwi naprzeciw niego otworzyły się, zza nich wyszedł mężczyzna w eleganckim stroju średniej wzrostu o wieku starczym.

– Władca Siedliska zaprasza do siebie. – powiedział kłaniając się i schodząc na bok w uprzejmym geście.

Wszyscy nagle wstali zarzucając na plecy cokolwiek ze sobą mieli, nowoprzybyły dołączył do grupy.
W nowym pokoju o kamiennych ścianach, z mnóstwem gobelinów i regałów z książkami najbardziej rzucało się w oczy duże biurko umieszczone na środku. Za nim był duży na całą ścianę, ewidentnie okratowany z zewnątrz witraż, który rozjaśniał całą salę przez swoje kolorowe szkła. Pomiędzy nim a biurkiem stał tęgi człowiek wysokiego wzrostu, na plecach zwisała peleryna zrobiona z jakiegoś bardzo futrzanego zwierza, a gdy się odwrócił okazało się, że ubrany był w wysłużoną zbroję, a w ręku trzymał duży miecz schowany w pochwie. Widać, że gdzieś się wybierał.

Witajcie moi najemnicy. – po sali rozległ się grzmiący głos, który jeśli byłby głośniejszy, z pewnością poruszyłby mury. – Jestem Drogdat, władca Siedliska. Nie mam za dużo czasu, więc nie dam wam ciepłego powitania i od razu przejdę do rzeczy. Fort Zachodni, macie się tam udać by dowiedzieć się dla mnie co się u licha na miejscu dzieje. Tydzień temu miał miejsce pożar – niby nic dziwnego w czasie takich chłodów. Ktoś po prostu mógł nieostrożnie rozpalić ognisko. Jednak budynek, który spłonął to koszary, zginęło przy tym kilku strażników, u których rozpoznano cięcia zanim ich zwłoki wrzucono do ognia. Miała miejsce również próba zabicia kowala najętego przez straż do produkcji zbroi i oręża, na szczęście nieudana. To ewidentnie nie jest przypadek, a ja chce się dowiedzieć kto za tym stoi. Musicie też ruszyć do fortu południowego i macie się upewnić, czy tam wszystko jest w porządku. Kiedy się dowiecie kto stoi za tymi zbrodniami macie się upewnić, że winowajca trafi przed obliczę straży, a jeśli będzie stawiać opór – musi zostać zgładzony. Oto list, który upoważnia czwórkę do śledztwa. Konie czekają na was w stajni przed bramą miasta. Jeśli macie coś do roboty, to pośpieszcie się i nie traćcie czasu. Droga jest łatwa, musicie tylko podążać traktem do fortu północnego, z niego na zachód i będziecie na miejscu. Żadnego wsparcia finansowego ode mnie nie otrzymacie, ale nagroda za wypełnienie zadania już na was czeka. Aha, na tym liście maja się pojawić podpisy i pieczęcie dowódców straży miejskich obu fortów, na dowód, że odwiedziliście te miejsca. To wszystko. Żegnam. – zarzucił miecz na bark po czym szybkim krokiem minął drużynę. Zanim opuścił budynek można było usłyszeć "Odprowadź gości do wyjścia." rzucone najpewniej do służby.

Zaraz po tym wszedł ten sam osobnik, który grupę zaprosił, lecz tym razem odprowadził ich na zewnątrz. Wszystkich czworo przywitało mocne, niczym z bicza uderzenie mroźnego wiatru po twarzach.

Awatar użytkownika
Aleksis Bentrum
Posty: 1188
Rejestracja: 29 paź 2011, 16:01
Lokalizacja postaci: Dwór Pomiędzy Spektrami
GG: 50433717
Karta Postaci: viewtopic.php?t=961

22 maja 2014, 13:18

Ślady dwójki zniknęły. Słysząc tę niepokojącą wieść, Domowir zmrużył oczy i nieznacznie opuścił głowę. Kaptur rzucał cień na lico charakternika, widoczna była jego szczęka i prawe, przymrużone oko. Jeszcze nie zareagował na słowa paladyna, dając sobie krótką chwilę na przyswojenie obecnej sytuacji. Potomek Wenerada powoli poruszał głową w lewo i prawo, rozglądał się po okolicy.

Znał się na tropieniu na tyle, aby stwierdzić jedno: trop od tak nie znika. Postanowił wykorzystać metodę spekulacji, aby spróbować przewidzieć ruchy przeciwnika i jego zamiary dotyczące ogona, który ich ścigał. Jeśli wrogowie postanowili rozdzielić swoje siły, rycerz natychmiast zauważyłby to i poinformował drużynę. Tak nie stało się. Brakowało dwóch par odciśniętych na śniegu buciorów, a to mogło oznaczać dwa fakty. Pierwszy: dwójka nieprzyjaciół zaczęła chodzić po śladach kolegów, aby zaniepokoić ścigających. Niemniej, czy to miało sens? Wtedy ich marsz spowolniłby się, bowiem musieliby zważać na każdy krok. Poza tym, było ich zbyt wielu, coby wykorzystywać takie zabezpieczenia. To raczej ruch kogoś, kto był słabszy i próbował mylić przeciwnika na każdym kroku. Drugi: dwójka zamachowców ukrywała się w pobliżu, a koledzy zamaskowali ich ślady. Te posunięcie wydawało się dobre. Na tyle dobre, że Domowir postanowił coś sprawdzić.

Wzmocnił glif ochronny, który lada moment mógł wygasnąć. Na mowę przywódcy jeno skinął głowę, dając do zrozumienia wszystkim, że chciałby coś zrobić. Mimochodem spojrzał na mnicha i najemnika. Mnich niedawno zaśmiał się podejrzenie, co było dosyć dziwne, trza przyznać. Miał nadzieję, że każdy będzie współpracował, aby zmaksymalizować szansę powodzenia misji.

– Sprawdzę coś, zapobiegawczo. Bądźcie czujni. – powiedział cicho.

Zszedł z siodła. Biały puch wgniótł się pod ciężarem stalowych butów szaradnika. Ten, stojąc już na własnych nogach, oddalił się od swego konia na dwa kroki w kierunku Gór Przecinających. Kucnął i począł wykonywać znaki swymi dłońmi. Zaiste, kontrolowanie wyzwalał moc, coby wykorzystać ją do zamiaru sprawdzenia okolicy. Domowir miał przeczucie, że wrogowie mogli się ukryć pod śniegiem, czekając na dogodną chwilę na zaatakowania – dlatego działał szybko. To było logiczne – przeciwnicy mogli usunąć ślady swoich kompanów i pomóc im zamaskować się w śniegu. W pobliżu drużyny nie było dobrych kryjówek, a ślady znikły przed wejściem do górskiego odcinka. To właśnie tutaj przeciwnicy coś wykombinowali.

Domowir rozszerzał swoją moc w śniegu. Rozprzestrzeniał swoją moc po okręgu, gdzie to on stanowił centrum, a średnica figury zwiększała się do trzydziestu kroków. Następnie musiał określić charakter swojego zaklęcia i jego cel. Wykorzystując śnieg jako narzędzie swej magicznej formuły, wlewając w niego swą wolę, postanowił nim poruszyć. Wszyscy drużynnicy mogli zauważyć nieznaczne ruchy białego puchu. Charakternik postanowił przycisnąć pokłady śniegu do gleby, przez co znajdujące się pod nim obiekty poddane były napierającemu na nich obciążeniu. Kamienie i inne ciała martwe za nic miałyby ciężar, który zgniatałby je. Niemniej, jeśli byłby to organizm żywy, raczej nie zignorowałby siły, która boleśnie przyciskałaby go do zamrożonej gleby. Efekt zaklęcia nie działał w miejscu bytowania członków drużyny.

Awatar użytkownika
Urlos
Posty: 289
Rejestracja: 21 sie 2012, 20:51
Lokalizacja postaci:
GG: 8392405
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2165

23 maja 2014, 13:28

Obrazekszędzie panowała cisza. Mnich na przekaz Artemusa tylko westchnął, ale nic mu więcej nie zakomunikował. Artemus, gdy przełknął ślinę, poczuł jak mu w gardle staje w ogniu. Pieczenie było znaczne, ale największe przy aktywności przełyku. Był w stanie wyczuć również opuchnięcie gardła, co mogło mieć wpływ na sprawność oddechową podczas walki. Krew zdecydowanie pochodziła z okolic gardła, lub głębiej. Żołądek zawirował, a Artemus coraz poważniej zaczął traktować perspektywę rozwolnienia.

Paladyn przytaknął gestem kiwnięcia na słowa Nosiciela. W tym czasie Domowir zszedł z wierzchowca, by zapuścić sondę w śniegu. Ta niestety niewiele odkryła, a może odwrotnie: odkryła wiele – śniegu, ale nic poza tym.

Są tylko dwa rodzaje zwierząt, które zasadzek się obawiać nie muszą. – przemówił mnich z klasztoru Wilka – Takie, do których nikt nie podejdzie, jak jeż…

… Albo takie, którego pancerza nic nie ruszy. – dokończył myśl kompana do tej pory zamyślony wojownik.

Paladyn zszedł z konia swego i odwrócił się w kierunku przesmyku. Milczał. Borok zbliżył się z prawicy do przedstawiciela Sosny ze słowami:

Z pancerzem problemu nie będzie. – po czym podciągnął rękaw szaty, zacisnął dłoń odsłoniętej ręki. Tej nagle skóra jakby się rozerwała, gdy spod niej wystrzelił kolczasty głaz okalający ramię jak nowa skóra. Gardomir popatrzył i stuknął w to sztychem miecza kilkakrotnie. Wśród drużynników rozszedł się cichy dźwięk kontaktu miecza z kamieniem. Paladyn pokiwał głową z miną uznania.

Nie ma potrzeby. – powiedział do Boroka i położył dłoń na jego przedramieniu. W jednej chwili skała rozkruszyła się, a pod nią, ukazała się ponownie naga ręka ciemnoskórego charakternika. Gardomir odwrócił się do reszty drużyny.

Charakternicy, mnisi i ty, wojowniku. Słuchajcie. Zbierzecie się w zwartą grupę, wokół której chrakternicy utworzą barierę z energii. Będzie ona miała na celu protekcję fizyczną. Ja stanę poza nią, tworząc barierę o protekcji magicznej. Niestety nie mogę być z wami, gdyż moja bariera wykluczyłaby waszą. Naszym jedynym celem jest przejście przez przesmyk i dotarcie do karczmy Pod górami. – oddalił się do giermka swego i przemówił coś doń. Ten postawił nogi na ziemi, z tobołków wyjął białą, futrzaną i podszywaną narzutę i począł nakładać ją na zbroję paladyna, wiążąc rzemienie. Dopiero wtedy można było rozpoznać skórę wilkołaka. Ten przedmiot był wart wiele więcej niż cała reszta ekwipunku rycerza.

Jak wiadomo, trofea wilkołacze podczas miesiąca mandragory szybko niszczeją, są bezużyteczne i bezwartościowe. By zdobyć trwałe, trzeba było znaleźć wilkołaka poza miesiącem mandragory – co było trudne, bo czasem można było Tire Nel i Myrwen przeszukać bezowocnie – potem zabić takiego wilkołaka – czego skali trudności nie trzeba prezentować – znaleźć łowczego, który będzie wiedział jak wypatroszyć wilkołaka, aż na końcu znaleźć sztukmistrza, który oprawi to na użytek. Ceny sięgały kilku do – skrajnie – kilkunastu setek złotych monet w przypadku najwyższych jakości. Niemniej, prawdopodobnie nie istnieją w Krainach Południowych lepsze pancerze niż z wilkołaczych skór.

Giermek odpiął również z boku konia pawęż, który przyjął paladyn w lewicę. Zbliżył się ponownie do grupy.

NIKT nie opuszcza barier, chyba że przyjdzie do walki wręcz. W żadnym innym wypadku. Bądźcie czujni i skoncentrowani , ale przede wszystkim opanowani. Będzie czekać wiele pułapek. Coś mi mówi, że zapamiętamy ten dzień do końca naszego życia… – zbliżył się jeszcze do Domowira i Boroka.

Podróż będzie trwała długo, także oszczędzajcie energię, charakternicy. Proponuję glif i współdzielenie mocy waszej na jego działanie. Pamiętajcie, że bariera nie może być stabilna. Musi być aktywna, a jej siła zależeć ma od mocy, jaką w nią w danym momencie wkładacie. Nie wykluczam nawet spadających głazów, więc i to będziecie musieli wytrzymać.

Ruszamy – rzekł po czym stanął przed wszystkimi w kierunku przesmyku. Paladyn Gardomir z rodu Sosny. Dobył miecza w prawicę, poruszył barkami, by sprawdzić mobilność. Skóra wilkołaka nie była bardzo ciężka, więc nie robiło to więcej balastu niż choćby pawęż chroniący cały lewy bok. A był to człowiek, którego życie polegało już tylko na schodzeniu ze szczytu góry, niż wspinaniu się na nią. Tę myśl myrweński wojownik skwitował tylko, bardziej skierowanymi do siebie, słowami ja pierdole…. Słysząc to Gardomir odwrócił się lekko w stronę drużynnika i popatrzył srogim, może nieco ojcowskim, wzrokiem. Sztychem miecza wskazał na niego. Wojownik zjeżył się.

Nie klnij tak. – odwrócił się, a giermek założył schylonemu Gardomirowi hełm, którego dwa boczne skrzydła zdobione były czarnymi piórami.

Borok w tym czasie wyjął szmatę podłużną i nałożył na nią glif bariery jeden koniec obwiązał wokół swojej dłoni, a drugi podał Domowirowi. Wokół grupy zaczęła kształtować się bariera, obraz za nią lekko się rozmazywał. Giermek razem z końmi wszedł pod kopułę. Gdy wszyscy byli schronieni, paladyn podniósł… ton? Zaczął nucić. Stał w miejscu i gardłowo burczał, wszyscy mogli usłyszeć pieśń.


Mój czas nadejdzie i Sąd zbliża się,
lecz obaw nie mam i czekam na kieł.
Prawość jest w mnie, jam ją jest.
Na skrzydłach Twych Aelu wzbiję się
Ich mocny cień spuści brudną krew.

My nie ponad i nie poniżej,
Idziem wprost do śmierci bliżej.
Lecz nim ja i ty odejdziem
Po set razy machnięć mieczem.

Awatar użytkownika
Aleksis Bentrum
Posty: 1188
Rejestracja: 29 paź 2011, 16:01
Lokalizacja postaci: Dwór Pomiędzy Spektrami
GG: 50433717
Karta Postaci: viewtopic.php?t=961

23 maja 2014, 15:24

Odetchnął z ulgą. Żaden szaleniec nie postanowił ukryć się w śniegu. Niemniej, Domowir nieco nie docenił przeciwników, takie sposoby ukrywania były banalne. Jednakże wypadało rozwiać wszelkie wątpliwości, bo powiadają: prostota jest najpiękniejsza. Spojrzał w kierunku górskiego przesmyku wzrokiem pewnym. Zaiste, tam czyhało mnóstwo kłód…

Zerknął w niebo, aby sprawdzić położenie najbliższych chmur. Sprawdzał dzisiejszą szybkość wiatru i nasłonecznienie. Pogoda dzisiaj była spokojna, dlatego raczej nie mógł liczyć na wykorzystanie żwawych podmuchów wiatru. Niemniej i dobrą pogodę można użyć, szczególnie bezchmurne niebo z niczym niezasłoniętym słońcem. Szaradnik wiedział, że charakternik zawsze musiał obserwować okolicę, aby posłużyć się wszystkim tym, co było dostępne. Wypalenie się z mocy byłoby najgorszym, co mogłoby go spotkać. Musiał kierować się rozsądkiem.

Borok zareagował na słowa najemnika i zaprezentował wszystkim swoje umiejętności magiczne. Przekształcił skórę swojej kończyny na kamienną, przystosowując organizm do nowego stanu. Ciekawe z jakich kolorów skorzystał Borok? Zapewne użył koloru ciała, aby dostosować tkanki do nowych, nagłych właściwości. Kamienna skóra musiała zostać zaakceptowana przez resztę cielesności człowieka z północy. Oczywiście, ciało zmieszano z kolorem starożytnym – między nimi powstała harmonia. Czarnoskóry charakternik potrafił wykonać skomplikowaną formułę w mgnieniu oka, a za to należał mu się szacunek. Ale Domowir pamiętał… ile trza było zapłacić za pełną przemianę.

Paladyn uznał, że wykorzystanie atutów swego wsparcia magicznego było obecnie niepotrzebne. Rycerz przedstawił szkielet planu, w którym uwzględnił formację oraz działanie członków drużyny – na razie ważną funkcję wykonywali charakternicy. Ułożenie drużynników w swym założeniu było nastawione na obronę. To było oczywiste, że wśród górskiej ściany skrywali się cholernicy albo ich pułapki. Dwóch z nich postanowiło upolować liczną zwierzynę.

Skóra z wilkołaka… robiła wrażenie. Błękitnooki wiedział, że oskórowanie najgroźniejszej bestii Krain Południowych było jednym z największych wyzwań łowieckich. Często nie wierzył opowieściom ludzi, którzy mawiali o niesamowitej trwałości pancerzy ze skór wilczych potworów. Jak można upolować to bydlę poza mandragorą? Teraz wiedział i widział na własnych oczach kunszt ludzi mogących powalić i wypatroszyć bestię. Paladyn szedł przodem, musiał przetrzymać na sobie każde obrażenia.

– Najbardziej martwią mnie pułapki ukryte na ziemi, pod śniegiem. W założeniu nasza bariera jest kopułą, dlatego dół jest nieosłonięty. Penetrując energią skalne formacje, narazimy się na niepotrzebne zmęczenie i tym samym szybszą dezaktywację naszej osłony. – przemówił opanowanym głosem do wszystkim, gdy paladyn skończył prawić detale. Rzeczywiście, ten mężczyzna miał pojęcie o magii i wiedział, jak posłużyć się charakternikami. To dobrze świadczyło o nim, tym samym zapewniając Domowira, że jego pomysł był niezły. Powierzenie dowodzenia komuś takiemu, jak on przyniosło wiele korzyści. Teraz charakternik z rodu Wenerada chciał zaznaczyć problem, który go nieco gnębił. – Jeśli pułapki ziemne będą natury magicznej, to nie ma problemu. Niemniej, jeśli nasi przeciwnicy posiadają środki niemagiczne lub posiadają wynalazki niziołków… Cóż. Może być bardzo nieprzyjemnie. Boroku, może masz jakiś pomysł?

Złapał za koniec materiału i przywiązał go sobie do lewej dłoni w pobliżu nadgarstka. Zwrócił wzrok na Artemusa, rzucając mu porozumiewawcze spojrzenie. Domowir pamiętał dni, które każde mogłyby być ostatnimi. W sumie… każdy dzień szaradnika Siedliska mógł być ostatnim. Pocieszające, jednakże niezwykle motywujące. Zaczął współpracę magiczną z Borokiem. Współdzielił moc z towarzyszem. Wiedział, że zgranie było najważniejsze, dlatego musiał wyczuć Boroka i odpowiednio kontrolować przypływy swej mocy.

Paladyn począł śpiewać pieśń… Domowir jeno się uśmiechnął szczerze. Tak… zaczynało się.

Awatar użytkownika
Alia
Posty: 183
Rejestracja: 01 kwie 2013, 18:20
GG: 35119844
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2616

25 maja 2014, 09:21

P

atrzyła za odjeżdżającymi mężczyznami, zmartwiona. Zastanawiało ją, czy jeszcze kiedykolwiek zobaczy ich w takim składzie, w jakim ich pożegnała. Zbliżała się niebezpieczna pora, czego była boleśnie świadoma. Nienawidziła miesiąca Mandragory, nienawidziła tego, że niewinni ludzie muszą walczyć, by przeżyć bezsensowne starcia z wilkołakami, atakującymi od wieki wieków. O ile lepiej byłoby, gdyby wszyscy w żyli w zgodzie, bez kłótni, bez sporów?

N

ie chciała źle swoim towarzyszom, wszystko co robiła, nawet jeśli nie szło po jej myśli, tak jak kłótnia przed chwilą, było tylko i wyłącznie dla ich dobra. Mimo niedługiego czasu, przywiązała się do Domowira, Artemusa, nawet do Iwana, który, nawet jeśli peszył ją nieco swoim niewłaściwym zachowaniem, był dobrym człowiekiem, potrzebującym troski, uwagi. Myślała czasem, czy to, że akurat ona została wysłana do wioski, było przypadkiem. Widziała przecież w śnie zarówno charakternika, jak i jego towarzysza wielkoluda. Mimo że nie pamiętała wszystkiego dokładnie, to przecież mógł znaczyć coś fakt, że później napotkała ich, gdy byli w kłopocie? Może jej rolą było czuwać nad nimi, póki będzie taka potrzeba? Zwłaszcza nad biednym Iwanem, który ciągle pakował się w tarapaty.

N

a myśl o rannym ocknęła się z zadumy. Tamci już odeszli, ledwo miała ich w polu widzenia. Odwróciła się, wracając do środka, by zająć się mężczyzną. Jeśli ten długo się nie wybudzi, będzie musiała zabrać go do zakonu, gdzie zdziałają więcej, niż ona jedna. Gdy jednak weszła do pokoju, okazało się, że nie ma takiego problemu – Iwan obudził się akurat chwilę po tym, gdy weszła, traktując wymiocinami szatę kapłana. Uśmiechnęła się mimowolnie na widok jego zawstydzonego uśmiechu, ale też z ulgi, że skoro się przebudził, to znaczy, że nie jest tak źle. Poważniejąc na twarzy – bo mimo iż chusta zasłaniała jej lico, rozbawienie widoczne w oczach mogło zostać źle odebrane przez dopiero co ubrudzonego kapłana, podeszła bliżej. Mimo że Iwan odzyskał przytomność, nadal miał problemy z oddychaniem, na pewno też bolało go dość mocno. Przykucnęła przy nim, omijając wymiociny, położyła rękę na ramieniu i zaczęła mówić uspokajająco – rzuciła jedynie wcześniej krótkie przeprosiny w stronę kapłana, skupiając się bardziej na rannym. Ubrudzona szata to przecież nie tragedia.

Nie jesteś zdolny do podróży, Iwanie. Zostaniesz w forcie, tutaj, gdzie jest bezpiecznie. Poskładałam cię, jednak nadal jesteś bardzo osłabiony, straciłeś nieco krwi, a twoje płuca nie są w dobrym stanie. Musisz dużo odpoczywać.

M

ówiąc, zaczęła przesyłać nieco mocy do ciała rannego, chcąc uśmierzyć jego ból chociaż trochę. Zimny okład zdawał się na wiele, a jeśli mieli wrócić do karczmy, Iwan musiał odzyskać siły. Próbowała wyciszyć ból – tak, jakby ktoś próbował opanować rwącą rzekę, zmusić ją, żeby nie występowała z koryta, a płynęła spokojniej, powoli.

Jeśli jest taka możliwość, wolałabym nie ruszać od razu, przynajmniej nie sama z tobą. Nie mamy daleko do oberży, jednak jesteś bardzo osłabiony. Odpocznij jeszcze, spróbuj usnąć na chociaż chwilę. Regeneruj siły jak się da, proszę. Czy możemy tu jeszcze chwilę zostać, proszę? On jest bardzo słaby – zwróciła się do strażnika, który wcześniej pożyczył jej sztylet.

P

omogła Iwanowi podnieść się z ziemi, sadzając go z powrotem na łóżku. Jeśli nie dostaną pozwolenia, będzie musiała zabrać go do klasztoru – nie wiedziała, czy i tak tego nie zrobić, jeśli sytuacja się pogorszy. Póki co jednak może nie będzie takiej potrzeby.

M

yślami na chwilę wróciła do wyprawy. Mimo wszystko cieszyła się, że Iwan nie poszedł. Nie cieszyła się z jego krzywdy, jednak bardzo łatwo plątał się w kłopoty. Tam każdy dba przede wszystkim o siebie, a ona nie wiedziała, jak może skończyć się, gdyby ktoś ich napadł. Miała szczerą nadzieję, że dadzą sobie radę. Niech Cydria nad nimi czuwa.
Awatar użytkownika
Sarl
Posty: 628
Rejestracja: 26 kwie 2012, 12:27
GG: 23912838
Karta Postaci: viewtopic.php?p=27349#27349

26 maja 2014, 14:59

Po prostu nie mogło zdarzyć się to później, tylko akurat w tym momencie…

Westchnął ciężko, chwytając się za gardło. Było wyraźnie opuchnięte w okolicach przełyku, który zdawał się płonąć, jakby coś zadrapało go od środka. Brzuch skręcał się, jakby usiłował strawić coś nieświeżego. To wszystko nagle, w przeciągu kilkunastu minut. Skonsternowany, próbował skojarzyć, co mogłoby być przyczyną tej sytuacji, lecz nie szło mu to najlepiej. Wątpił, by ból brzucha wywołany był alkoholem lub niestrawnością – jego organizm z pewnością oczyścił się z alkoholu. Ale co z gardłem? Nie otrzymał ciosu w szyję od czasów Trójwyspu, a raczej wątpliwe, by w jego gardle znalazło się coś, co mogłoby wywołać obrażenia wewnętrzne. W zamyśleniu potarł brodę; przypomniał sobie ból, gdy żuchwa najpierw została zgnieciona, a potem nieumiejętnie poskładana. Tego nie sposób było zapomnieć. Być może faktycznie odłamki kości poraniły gardło, lecz krew pojawiłaby się od razu… Albo nie wszystkie rany zostały oczyszczone i zregenerowane, przez co wdało się zakażenie. Cholerna cydrianka.

Zdecydowanie nie podobała mu się perspektywa walki czy też ucieczki z obsranymi portkami. Złorzeczył na sytuację w myślach, bezgłośnie, rezygnując z uzewnętrzniania swoich emocji. O dziwo, ten nawyk również łatwo odszedł w niepamięć. Chwycił ponownie za gardło i zaczął delikatnie je masować, chcąc nie robiąc szkód zlokalizować ranę czy też ośrodek bólu. Gorzej z brzuchem – nie miał pomysłu, co jest na rzeczy ani jak na to zaradzić.

Jakkolwiek nie przepadał już za alkoholem, nie wydawało się, by w obecnych warunkach znalazł jakieś inne lekarstwo. Pochylił się w stronę Domowira i przekazawszy mu swoją prośbę sięgnął ręką po bukłak. Zamierzał w zasadzie zmoczyć tylko usta – wypił zeń ilość, która nie wypełniłaby kieliszka nawet w połowie. Więcej nie potrzebował.

Nie był zachwycony perspektywą przejazdu po całkowicie odsłoniętym terenie, będąc zagrożonym zasadzką z nieznanego kierunku przez zupełnie niewiadome siły. Rozpraszany przez ból i niezidentyfikowaną chorobę nie na wiele mógł się przydać. Nagle, co dziwne, zapragnął odpoczynku – zechciał znaleźć się przy ogniu, w ciepłym pokoju; miast walki o życie nie tylko z wrogami, ale i z tymi, którzy powinni być po jego stronie – perspektywę przespanej nocy i czasu na oddech, przemyślenie niektórych spraw. Nie miał się co łudzić, długi czas pewnie jeszcze minie, zanim trafi się ku temu okazja. Zbliżający się miesiąc mandragory dawał o sobie znać. Kolejny rok, i znów to samo.

Nie wiedząc, jaką rolę ma wykonywać w planie, ustawił się wewnątrz utworzonej przez charakterników energetycznej kopuły, dobył łuku i zamierzał rozglądać się uważnie, by każdy ruch w zasięgu został przywitany celnym ostrzałem.

Awatar użytkownika
Mścigor
Posty: 51
Rejestracja: 18 sie 2013, 00:31
GG: 381201
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2744

28 maja 2014, 01:06

Zaklął

głośno nie zważając na obecność kapłana, te miernoty polazły bez niego. Zaczął poważnie się obawiać o ich stan psychiczny, przeto to podlotki były co musiały myśleć jak drzwi otworzyć. Tutaj trzeba było kogoś kto wykopie drzwi i z dyńki zdejmie demonie bękarty ha!!1 Martwił się także o swoje prawa do nagrody, mimo że znał swych druhów nieco to zakorzenione w nim tradycje dały o sobie znać. Wiadomo, że w jego towarzystwie każdy sobie rzyć podciera. Dopiero po chwili zorientował się, że źle mu tu nie jest. Głównie za sprawą magicznej ręki niewiasty. Weź tu się chłopie nie zaurocz, jak Ci matula za bachora opowiadała by setki bajek o panienkach co samym dotykiem łagodziły całe cierpienie świata. Uśmiechnął się błogo. Wcześniej nawet nie wiedział, że coś go bolało… tak z przyzwyczajenia.

Z tobą

księżniczko, raczej nie usnę – zaczął cicho się śmiać, większe wysiłki nie wchodziły w grę – Poza tym chyba ty jesteś osławiona, ja tu mogę cztery dziwki wychędożyć jak mi który z obecnych dobrodusznie postawi dziewczynki haha! – zakaszlnął po ataku śmiechu boleśnie, oj rzeczywiście coś mu płuca rwało. Gdy dorwał się do łóżka z ledwością powstrzymywał zmęczenia, przeto był mężczyzną, nie wypadało. Ignorując towarzystwo patrzył się na kapłankę poważniejąc, smętne myśli zasłoniły mu umysł.

- Myś… myśli

sz, że skopią tym skurwielom ich chędożone dupska? - rzekł bez ogródek, jego kultura sięgała powoli absurdalnie niskiego poziomu - No wiesz, bez nas… może powinniśmy jednak ruszyć, chociaż ty bo ja tu muszę co najmniej garniec wina wypić hehe! Coś się święci, czuję to w kościach. Poza tym nie chce tu utknąć na wypadek szaleńczego ataku psich sukinsynów! Heh, może po prostu dramatyzuje ale niech mnie rzyć świerzbi jeśli naszych drużynników nie spotka na trakcie nic paskudnego…

Ucichł

bezpowrotnie oddając się błogiemu wypoczynkowi. Może to chorobowe omamy spowodowały u niego troskę i objawiły nagłą moc widzenia przyszłości, nikt tego nie wiedział. Organizm wymusił na nim spoczynek, sny jednak niczym zmory mroczne nadeszły szybko i okrutnie. Ruta mogła jedynie widzieć skurcze mięśni, gdy śniący Iwan radził sobie z koszmarami…
Awatar użytkownika
Urlos
Posty: 289
Rejestracja: 21 sie 2012, 20:51
Lokalizacja postaci:
GG: 8392405
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2165

28 maja 2014, 14:43

Obrazek niedługo potem, jak paladyn począł głosić pieśń, bariera otoczyła ich z zewnątrz. Gołe oko tego nie mogło dostrzeć, ale Domowir poczuł, jakby stracił któryś zmysł. Pewne czucie metafizyczne zakończyło się na kilku krokach od niego. Magia została mu wykluczona na tę odległość. Wtedy sobie uświadomił, że nagle, gdyby stracił magię – kim by był? Znał kalectwo, brak wzroku przez kilka dni był przerażający. Jednak brak magii nawet nie był porównywalny do tego. Dreszcze przeszyły jego plecy. Bez magii – poradziłby sobie, jednak byłoby to radzenie sobie takie, jak wygląda u ludzi, którym wilkołaki nogi poodrywały.

Artemusowi żołądek zaburczał i skręcił się. Z dolnej strony wydobył się w końcu niesłyszalny gaz, a był on przede wszystkim w odczuciu żrący niczym najgorszy jad. Ale również – śmierdzący gorzej od gnijącego ciała, co poczuli drużynnicy. Najemnicy popatrzyli po sobie, chrząknęli i schowali głowy głębiej w ramiona, zasłaniając nosy materiałami. Trudno jednoznacznie stwierdzić co dolegało wojownikowi, jednak najpewniej związane to było z niedawno zdewastowaną żuchwą. Cydria, Opiekunka Zdrowia, jedyna wiedziała czy to może sam cienisty stwór jakiegoś gówna nie przekazał Artemusowi.

Wszystko ma swój słaby punkt… Nie stać nas na to, aby się go pozbyć. – odpowiedział Domowirowi paladyn, po czym wrócił do pieśni, której nie miał zamiaru ani na chwilę przerwać.

Wszyscy trzymali się równo pod kopułą w szyku. Wstąpili do przesmyku i wiedzieli, że tak nie będzie odwrotu, jak i nie będzie litości dla nich. Cień gór okrył całe ich oblicza. Razem z uderzeniami wiatru przesmyku odczuli zimno tak duże, jakiego nawet ludzie południa nie znoszą. A tak to się utrzyma do końca dnia, przez przynajmniej osiem godzin. Jeśli podróż minie spokojnie…

… Ale wszyscy wiedzieli, że tak nie będzie.


Po prawej jezioro niegdyś centralne zwane, po lewej Góry Przecinające. Nagle w skupieniu, które tylko wiatr zakłócał, do uszu drużynników doszło wycie wilka. Giermek stanął bez ruchu w sekundzie, jakby go w kamieniu zamknęli. Ale szybko pchnęli go najemnicy za nim jadący, nie zważający ani na niego, ani na nowy dźwięk. Wróciło do niego życie, znów wędrował ze wszystkimi.

Gdy wycie ustało, nagle pojawił się błysk, a potem trzykrotny dźwięk uderzenia o metal. Sztylety odbiły się od pawęża Gardomira. Nigdzie nie było widać tego, który je wyrzucił. Tarczownik zdawał się nawet tego nie zauważyć. Za zasłoniętym hełmem jego nic nie było widać, ale sprawiał wrażenie, jakby miał oczy zamknięte. Nie zająknął się nawet w pieśni. Nie zająknął się i potem, gdy następne trzy sztylety zostały wyrzucone, a dwa z nich odbiły się od jego hełmu, pozostawiając rysy i pewne wgniecenia.

Pojawiło się i drugie wycie – bliżej…

Awatar użytkownika
Aleksis Bentrum
Posty: 1188
Rejestracja: 29 paź 2011, 16:01
Lokalizacja postaci: Dwór Pomiędzy Spektrami
GG: 50433717
Karta Postaci: viewtopic.php?t=961

28 maja 2014, 22:16

Utrata magii. Zabrać kowalowi młot, wojownikowi miecz, myśliwemu łuk, poecie pióro, kapłanowi wiarę – ich wola manifestowała się w narzędziu. Magia była instrumentem Domowira i dopiero grając na nim mógł ukazać prawdziwego siebie. Jego oblicze ujawniało się we włożonym wysiłku, który kreował to kim był. Przeczytał wiele ksiąg, a większość była poświęcona jednemu – magii. Duża część osobowości potomka Wenerada wykiełkowana z atramentowej gleby – tysiące górskich łańcuchów słów, tajemnicze morskie głębiny skomplikowanych teorii, lasy niejasnych hipotez, pałace skonstruowane pisemnym zrozumieniem! Utrata.

Domowir wiedział, że było coś ważniejszego w jego życiu od magii. Człowiek to wspaniała istota. Najtrafniejsze wnioski wyciąga z własnych doświadczeń. Każdy może spojrzeć w ścieżkę kogoś innego, lecz zawsze będzie kroczyć własną, nawet jeśli ta droga byłaby marnym cieniem na tle większej. Ludzkość to plątanina niezliczonej ilości traktów, które łączą się w kolosalny krąg. Ludzkie życie to cykl. Nieważne jaki postęp osiągnęli ludzie, zawsze będą kroczyć ścieżką podobną do ich przodków, albowiem jak potężny jest kamień nowej ceremonii na tle gór stworzonych z całej kultury?

To było najgorsze. Utrata drogi. Nawet jeśli człapałby niczym robak najohydniejszy, pozbawiony wiary w podróż po tej drodze, siły i pewności siebie, urodził się po to, aby po niej kroczyć. Narodził się po to, aby na niej istnieć i na niej umrzeć. Dusza człowieka to wędrówka po drodze. Domowir już raz otworzył duszę i musiał przetrwać rytuał odpędzenia ducha furii…

Zapewne bez magii byłby istnym kaleką, ale bez duszy byłby nikim i niczym.

Nawet problemy żołądkowe Artemusa nie wyrwały Domowira z refleksji. Zainspirował go paladyn, również postanowił się pomodlić. Nie znał żadnych modlitw na pamięć. Postanowił szczerze i pokornie przemówić do Aela. Cichym głosem począł tkać słowa wielbiące skrzydlatego boga.

Moje życie to droga, czasem ciągnie się przez mroczne tunele, czasem przez słabo oświetlone puszcze, czasem przez nasłonecznione równiny.
Idę przez wejrzenie w stronach grubych ksiąg, idę przez smak krwi i dotyk trawy.
W krzyku i milczeniu. W mądrości i głupocie. Podążam niczym strumyk, z ludźmi niczym rzeka, ale ty jesteś morzem.
Teraz już nie ma zwątpienia. Droga jest klarowna. Nawet jeśli wolno podążam, kroczę całym sobą. Tobie poświęcam siebie.

Zawył wilk jak na znak zakończenia modlitwy charakternika. Mrożący oddech Krain Południowych przenikał futra. Lodowate wyziewy świata poczęły skruszać hardość cielesną mężczyzn, ale jaki był ich duch? Duch Domowira chciał być silny. Wiele razy pokonywał ścieżkę bólu samotnie, lecz tym razem nie był sam. Miał przy sobie Artemusa, dobrego kompana i przyjaciela. Miał towarzyszy, z którymi wypełniał misję.

Miał i w sercu kogoś najważniejszego. Miał swego boga, któremu bezwarunkowo zaufał.

I wtedy zaczęło się. Miotane ostrza odbyły się od pancerza paladyna, wydobywając przy tym metaliczny dźwięk. Domowir skupił uwagę na aktywnym utrzymywaniu bariery, kontrolując jej natężenie w razie różnych form impetu. Współpracował z Borokiem, razem mogli osiągnąć znacznie więcej niżeli samotnie.

Zawył drugi wilk, a wtedy Domowir wymienił porozumiewawcze spojrzenie ze wszystkimi wewnątrz bariery. Czyżby na ich drodze miał stanąć… wilkołak?

Awatar użytkownika
Alia
Posty: 183
Rejestracja: 01 kwie 2013, 18:20
GG: 35119844
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2616

29 maja 2014, 18:49

Obs

erwowała z troską Iwana, który na jej słowa głośno zaklął, a przez jego twarz przebiegały różne emocje. Czyżby uraz dotyczył nie tylko płuc i żeber, ale też głowy? Była skłonna uznać to po następnych słowach, w których nazwał ją "księżniczką". Zdecydowała się jednak na razie nie mówić tego, pamiętając, że może różnie zareagować na jej troskę, a nawet odebrać to jako kpinę – a wszelka jego złość była w tym stanie niewskazana.

Tak, Iwanie, jestem pewna, że jesteś silny i czujesz się dobrze, musisz jednak odpocząć, tak dla pewności. Nie wątpię w twoją wytrzymałość, naprawdę – z dobrotliwym spojrzeniem i łagodnym uśmiechem, którego ranny nie mógł zobaczyć, a co najwyżej dostrzec go w jej spojrzeniu, zwróciła się do mężczyzny. Mówiła powoli, jak do osoby, która nie do końca zdawała sobie sprawę z tego, co się dzieje, tak na wszelki wypadek. Słuchała następnych słów, ignorując nieprzyzwoite słowa, jakie padały z jego ust.

Z pewnością świetnie sobie poradzą i pokonają wrogów, nie martw się o nich. Nigdzie nie ruszamy, zwłaszcza pojedynczo. Nie możesz nigdzie iść, ja również – żadne z nas nie poradzi sobie, goniąc samotnie za karawaną. Zostaniemy w forcie i dojdziesz tu do siebie, rozumiesz? Dadzą sobie radę. Na pewno wszystko przebiegnie dobrze. Będę się modliła o to, podobnie jak o twoje zdrowie. Może chcesz do mnie dołączyć? – początkowo nieco mocniej wypowiedziała słowa. Dalej delikatnie, jednak stanowczo. Nie miała zamiaru pozwolić Iwanowi się narażać, dość już wycierpiał.

U

śmiechnęła się, gdy usnął, słuchając jej tym samym, że potrzebuje odpoczynku, nie był to jednak sen łagodny, przez twarz towarzysza przemykały różnorakie grymasy, a on sam nieco się wiercił. Położyła dłoń na ramieniu mężczyzny, chcąc go nieco uspokoić. Jeśli będzie bardzo źle, będzie musiała go obudzić – a przecież nie chciała tego robić.

S

pojrzała na kapłana, który dalej im towarzyszył, unosząc brwi w geście zapytania – ze względu na śpiącego nie chciała się odzywać. Czy ten ma zamiar z nimi tutaj tak stać?
Awatar użytkownika
Sarl
Posty: 628
Rejestracja: 26 kwie 2012, 12:27
GG: 23912838
Karta Postaci: viewtopic.php?p=27349#27349

30 maja 2014, 16:50

Po raz pierwszy od jakiegoś czasu zadał sobie pytanie, co on tutaj do cholery robi. Przez ten czas, który spędził na bezcelowej jeździe po Tire Nel i próbach rozwiązania problemów, które w ogóle go nie interesowały, mógłby uczynić wiele rzeczy, z których odniósłby wymierną korzyść. Odkąd opuścił zamczysko, nie osiągnął zupełnie nic – oprócz rozpieprzonej szczęki, zalania do nieprzytomności i jakiegoś choróbska. Do tego, żeby dostać za to pieniądze – zakładając, że sprawę uda się doprowadzić do końca – musiałby zapierdalać z powrotem do Siedliska, i to tuż przed miesiącem mandragory, co zakrawało na samobójstwo.

Wiatr wiejący z gór przypominał mu Trójwysep. Czas spędzony w trudnych warunkach uodpornił go na takie temperatury, hartując jeszcze mocniej niż wcześniej. Gruba skóra chroniła przed wiatrem, lecz nie przed wspomnieniami – intensywnym treningu, nie tylko fizycznym, ale i umysłowym. Wykorzystywał okazję, jaka mu się trafiła – dostęp do wiedzy, o jaką trudno w zewnętrznym świecie. Przeszła mu myśl o powrocie w tamte strony. Choć były niebezpieczne, przygotowywały do tego, co tutaj zdarzało się raz do roku, tam natomiast było normą. Mógł spędzić tam dużo więcej czasu i przygotować się dużo solidniej. Wyczerpanie i zwyczajne osłabienie, jakie teraz czuł, było tego potwierdzeniem. Niepotrzebnie wpakował się w bagno, miast pozostać w miejscu, które mogło dać mu wiele. A teraz było już za późno.

Skowyt, który rozległ się znikąd sprawił, że zadrżał, choć tylko w duchu. Nie miał ochoty na ścieranie się z wilkołakiem, nie będąc u szczytu formy, a w tym momencie był od tego daleki. Choć nie musiał być to wilkołak – wiedział o tym, że bandyci często posiadają udomowione wilki, one zaś nie powinny sprawić wiele problemu. Wiedząc, że zagrożenie jest już blisko, założył strzałę na łuk. Od wymierzenia i strzału dzielił go już tylko jeden, szybki ruch.

Wróć do „Sesje pozafabularne”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 6 użytkowników online :: 0 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 6 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika
Liczba postów: 52146
Liczba tematów: 2970
Liczba użytkowników: 1042
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: xXVukoXx
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.