Być jak bohater

Miejsce, w którym każdy może wcielić się w rolę Mistrza Gry i poprowadzić wcześniej przygotowaną sesję umieszczoną w dowolnych realiach.
Awatar użytkownika
Dahhard
Posty: 634
Rejestracja: 11 lis 2011, 12:15
Lokalizacja postaci: Kanały
GG: 25113951
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1010

Być jak bohater

28 cze 2013, 11:27

Wieści.

Dla Vergardu nastały trudne czasy, niektórzy zaryzykowaliby stwierdzenie, że są to najcięższe chwile jakie nadeszły podczas panowania Falryka III Torgena. Istotnie. Każda wojna, którą rozpoczynało wielkie królestwo Vergardu, zwane też krajem lwa, była z góry wygrana, a straty, które ponosiło państwo były naprawdę niewielkie. Wojna, która zaczęła się wraz z poślubieniem przez Falryka Ilizy zebrała ogromne żniwo. Zginęło tysiące wieśniaków, mieszczan oraz rycerzy. Wojska ubywało, a problemów jak na złość było coraz więcej i nic nie wskazywało na to, że sytuacja odwróci się ku lepszemu. Zwycięstwo Torgena III, wielkiego stratega, stanęło pod znakiem zapytania. W szeregach żołnierzy szerzył się niepokój, ludzie w miastach zaczynali plotkować o rychłej zmianie władcy, jednak sam pan Vergardu nie zwracał na to uwagi i konsekwentnie robił swoje, dążył do zwycięstwa. Musiał działać szybko, ponieważ wojska Beldvika zbliżały się z każdą minutą, a bezpośrednie starcie było tylko kwestią czasu. Syn króla, Angus II dostał polecenie udać się w północną część kraju, blisko morza, w kierunku półwyspu Nejski, by tam uformować oddziały złożone z zawodowego, dobrze wyszkolonego wojska, pojmanej na owych terenach hołoty, ochotnikach, którzy często do wojska trafiają sami w poszukiwaniu sławy, czy też chęci ukrycia się przed wymiarem sprawiedliwości, czy wolnych plemionach, które za godziwą zapłatę chętnie udzielą swego oręża władzy.

Półwysep Nejski

Od samego rana straszny hałas, olbrzymi ruch i pełno wojska. Taki obrazek mogli ujrzeć mieszkańcy półwyspu, na którym zazwyczaj panował spokój. Już dzień wcześniej wydawało się, jakby w karczmach zrobiło się nagle tłoczno, a i ludzie, jakby nowi, inni. Tego też dnia ludzie zaczęli chować swoje zapasy głęboko w piwnicy, córki zamykać w pokojach tylko po to, aby uchronić je przed wojskiem, a właściwie hołotą zdolną do wszystkiego.
Wojsko przemaszerowało błyskawicznie, wszyscy równym tempem, obok siebie, jeden obok drugiego, jeden za drugim. Dopiero za regularną armią cała zgraja, zbieranina. Na przedzie żebracy skuszeni perspektywą otrzymania darmowego jedzenia i alkoholu, a za nimi reszta szumowin i prostaków. Wszystkich prowadził Angus II Torgen, jechał z wypiętą klatką w pięknej lśniącej, srebrnej zbroi na śnieżnobiałym koniu, którego ogon majtał się na prawo i lewo odganiając nieprzyjazne owady, które od natłoku ludzi, brudu i smrodu nagromadziły się na półwyspie w sporych ilościach, jakby również szykowały się do wojny.
Po kilku godzinach Ardgard opustoszał, a wszyscy wojskowi przenieśli się w miejsce docelowe, na ogromne polany, które znajdowały się kilka metrów za miastem. Tam również przeprowadzane są zapisy i każdy kto chciałby dostać się do armii musi udać się właśnie do obozu.
Ten był nadal w stanie surowym, kilka namiotów, ogniska, pełno koni, błota i ciężko pracujących żołnierzy. Tylko do jednego namiotu ustawiła się kolejka, jakby rozdawali w nim złoto za półdarmo.
W samym środku zielonego dość pokaźnych rozmiarów namiotu znajdowało się duże biurko i kilka krzeseł, wszystkie bogato zdobione, chyba dębowe. Na największym krześle siedział mężczyzna, stary, posiwiały, ubrany w czarny, długi płaszcz o bardzo szerokich rękawach. W ręku dzierżył pióro, którym nieustannie coś bazgrał na zwojach papieru. Dookoła stały liczne straże, które pilnowały, aby spokój tego miejsca nie został zachwiany ani na chwilę, lecz często jakiś pijany zawadiaka zmuszał ich do użycia siły. - Ruszać się! , - Do cholery ile można czekać?! – Te i wiele innych wulgarnych słów zdało się słyszeć z tłumu, który był już bardzo znudzony długim oczekiwaniem, a nic nie wskazywało na to, że coś się zmieni.
Na półwysep przybyli nawet bardowie, którzy ochoczo układali pieśni o wojakach idących na wojnę, często też na śmierć, po chwałę i sławę, po wieczne życie dla swego imienia.
"Patrz, to oni,
Dzielni i zdolni,
Idą na wojnę,
Zabiorą dziewką cnotę."
Taką krótką piosnkę wymyślił jeden z wędrownych grajków widząc szeregi zbrojnych, którzy przygotowują swój oręż do boju.
- Myślisz, że mamy szansę wygrać? – zapytał mężczyzna swego brata stojącego na samym końcu kolejki. – Jebać wygraną, spalmy kilka wiosek, zabawmy się z dziewkami i wróćmy cichaczem do domu. – Odparł mu dość głośno, a swą wypowiedzią tylko rozbawił stojących w pobliżu ochotników. Teraz wszystko miało się zacząć. To była ostatnia szansa do odwrotu, ale czy miał on sens?

Opisujecie jak się tu dostaliście i takie tam, aż do momentu wejścia do namiotu, gdzie trwają zapisy. Możecie się zapoznać, porozmawiać.
Awatar użytkownika
Dahhard
Posty: 634
Rejestracja: 11 lis 2011, 12:15
Lokalizacja postaci: Kanały
GG: 25113951
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1010

03 lis 2013, 20:15

Pojedynek w trudnym terenie zawsze wymaga od walczącego maksymalnego skupienia,

perfekcyjnego opanowania swojego oręża, jak i umiejętne wykorzystanie pola walki, które często stwarza nam niezliczoną liczbę możliwości, o których sami nie mamy pojęcia.

Zaskoczeni wojownicy z oddziałów króla Torgena nie byli w stanie przygotować się do natarcia,

nie byli też dostatecznie dobrze przygotowani do walki, a przynajmniej sprawiali takie wrażenie. Na domiar złego wielu było bardzo nierozgarniętych i nie miało pojęcia jak wykorzystać las, który sprawiał ogromne możliwości. Pewnie niejeden z nich wiedział jedynie jak wychędożyć dziewkę tak, aby nie zmajstrować jej żadnej niespodzianki. Wszystkie te czynniki mogły złożyć się na ich porażkę. Wszystko wskazywało na to, że tak właśnie będzie.
Przebierańcy, mimo że z każdej strony przypominali dzikusów byli znacznie lepiej wyszkoleni, posiadali lepsze zaplecze ruchów, ciosów, sprytnych ataków powodujących panikę, wywołujących potworne uczucie strachu w dotąd mężnych i dzielnych jak dotąd wojakach.

Uważaj! – ryknął Idmar, niestety, było już zdecydowanie za późno na jakąkolwiek reakcję. Cięcie było bardzo głębokie przeszyło całe plecy od szyi, aż po samą dupę. Wyglądający na doświadczonego wojownika, stary brodacz, którego imię znało niewielu padł jak dług, by zatopić się w mchu i gałęziach, które leżały wszędzie dokoła. Waleczny rycerz nie miał czasu na opłakiwanie kompana, gdyż sam był oblegany przez przeciwników, nie dwóch, a czterech co skutecznie utrudniało mu jakąkolwiek możliwość odwrotu. Wiedział, że to właśnie tutaj przyjdzie mu zginąć. Nie mógł być zadowolony, że straci życie w lesie, że nikt o nim nie usłyszy, że nie powstanie o nim żadna ballada, że żaden mąż nie będzie o nim pamiętał, że żaden mąż nie zapłacze nad jego grobem, że rozpadnie się tutaj, aby po czasie zniknąć całkowicie. Zaatakował. Wyciągnął miecz wysoko w górę i ciął mocno. Lisiemu zabójcy momentalnie ostrze wypadło z rąk, a ciało rozleciało się na dwie równe części. Idmar zdążył jeszcze cofnąć ostrze, zablokować cios drugiego przeciwnika i kontratakować, niestety nie była to skuteczna kontra. Dwie włócznie przeszyły go na wylot, zawiesił się na chwilę, by po kilku sekundach zerwać się na ostatni wariacki atak, lecz nic to nie dało i padł po kilku krokach.

Nie tylko on miał problemy. Miał je również były obiekt jego westchnień – Adearin.


Nic dziwnego. Widząc jak jego kompani padają od ciosów zadanych mieczami, włóczniami i innym orężem, morale momentalnie maleją, a chęci do walki o własne życie nie są już takie same jak na początku. Adearin był inny. Nie poddał się, walczył. Cios tarczą, który wymierzył o dziwo był bardzo skuteczny, trafił przeciwnika prosto w skroń co spowodowało natychmiastową śmierć. Mało brakowało, a ostrze które już szło w jego kierunku przebiło go na wylot, lecz szybki powrót tarczą idealnie sparował atak. Mężczyzna był jak w transie. Powalił ciosem jeszcze jednego przeciwnika, który przewracając się chwycił go za rękę, mocno pociągnął i wytrącił tarczę, którą potem silnym kopniakiem oddalił na tyle, by Adearin miał problemy z dojściem do niej. Cała trójka, która zabiła Idmara już pędziła w jego stronę z wyraźnie niezadowolonymi minami, jakby zaraz chcieli mu odrąbać to i owo.

Aran miał sporo szczęścia, a może stały za tym jego umiejętności?

W każdym razie bardzo dobrze omijał ciosy zadawane przez napastników. Skutecznie parował je tarczą, jednak czasu na jakąkolwiek kontrę nie było zbyt wiele. Musiał czekać na dogodną chwilę, a ta nadeszła nadspodziewanie szybko. Nieznajomy mężczyzna ubrany w brązowe łachy, bo tak należy nazwać to co miał na sobie, chwycił pierwszą lepiej wyglądającą gałąź, która mogła stać się dobrą imitacją broni i z impetem ruszył na przeciwników wojownika w opałach. Wyglądało to naprawdę komicznie, a do pełni tego wspaniale wyglądającego obrazka brakowało jedynie bojowego okrzyku w wykonaniu szarżującego Piotrka. Łupnął jednego lisołaka w głowę, a przynajmniej tak mu się wydawało…
Pudło. Uderzenie trafiło, oczywiście, lecz nie w czachę przeciwnika, a w stojące obok niego drzewo.
Oj rozzłościł tym przeciwników Arana, oj rozzłościł. Niewątpliwie wpadł w kłopoty. Jak śliwka w kompot powiedziałby kto. Pomoc Ezebiel była tutaj niezbędna. Kobieta, mimo że była bardzo poobijana miała łuk, a co ważniejsze wiedziała jak się do niego zabrać by użyć go tak jak trzeba. Wydawałoby się, że wszystko zrobiła tak jak trzeba, wycelował, naprężyła łuk i wypuściła strzałę. Niestety ból, który dał o sobie znać w momencie wystrzału skutecznie zmienił tor lotu strzały, tak że ta trafiła nie dzikusa, a Arana, prosto w lewe ramię. Nie przeszyła go na wylot, a jedynie wbiła dość głęboko. To spowodowało, że mężczyzna osunął się lekko na nogach. Jego szczęście, że przeciwnicy przerzucili się na bohaterskiego barda i słabo strzelającą łuczniczkę.
Awatar użytkownika
Ropień
Posty: 194
Rejestracja: 20 paź 2013, 15:26
Lokalizacja postaci: Lwi Bród
GG: 6550057
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2770

03 lis 2013, 20:36

Nornik był lekko zawiedziony.
Po pierwsze, jego ciosy kijem. Kiedy zaatakował wrogów, był pewien, że trafi. Wnet, gdy uderzał, zamknął oczy. Nie można powiedzieć, że był doświadczonym wojownikiem. W pierwszej chwili poczuł satysfakcję i wydał z siebie prześmiewczy, triumfalny okrzyk. Potem otworzył oczy, i zobaczył, że trafił drzewo. Za to udało mu się osiągnąć coś innego. Przeciwnicy zignorowali tego odważnego wojownika, i zaczęli biec za nim.
Po drugie, kiedy zaczął uciekać w stronę dziewki, ta napięła łuk. O dziwo okazało się, że nie umiała z niego strzelać. Gdyby nie to, że był zajęty uciekaniem przez przeciwnikami i krzyczeniem "Odpierdolcie się skurwiele!", stanąłby i złapał się za głowę. Niefortunnie, nie miał takiej możliwości. Zanurkował w krzaki i zaczął robić kółko, aby przybliżyć się do swojego postrzelonego przyjaciela. Przez chwilę zobaczył pole, gdzie akurat padał jakiś przyjazny wojownik, przebity włóczniami. Spojrzał się na przeciwników i wykrzyczał kilka dość… niepochlebnych słów.
-Skurwiele! Kurwa, zostawcie mnie!
Chociaż pozornie zajęty był ucieczką, szukał rymu do "dzieweczka". Nie dawało mu to spokoju. No cóż, może któryś z odważnych wojów będzie wiedział. Wątpił, że kobitka o dosyć… marnych zdolnościach łuczniczych mu pomoże. Jak tak dalej będzie leżeć, to ją zarżną! A łukiem na pewno się nie obroni. Zarechotał w myślach. Trochę sytuacja go bawiła. On biega w kółko, wyzywając przeciwników od skurwieli. Jego postrzelony przyjaciel stał w miejscu, a dziewka – na bogów! – miała w rękach łuk!

Chciał do niej krzyknąć, że to może być zly pomysł, jednak z jego gardła nie wydobył się żaden głos. Jakby nie patrzeć, czuł się lekko przerażony tym, że goniły go jakieś dzikusy z mieczami. Liczył na pomoc wojownika, bo na damulkę nie miał co liczyć. Chyba chciała pomóc, miał nadzieję, że go nie ustrzeli, na bogów! Poprawił spodnie, które mu spadały od bieganiny, przy okazji obmacał jakże cenny instrument. Jeszcze się nie zniszczył, chociaż trochę go żałował. Chyba będzie służył za tarczę od strzał dziewki.

Awatar użytkownika
Darrian
Posty: 733
Rejestracja: 06 sty 2012, 20:04
Lokalizacja postaci: Oko i Powieka
GG: 10643412
Karta Postaci: viewtopic.php?p=21226#21226

05 lis 2013, 17:59

Z reguły, kiedy mężczyzna kieruje wzrok na kobietę, następuje wewnętrzna walka pomiędzy trzema konkretnymi organami, z których każdy mówi co innego. W przypadku Arana jednak, kłótnia ta została natychmiast uciszona i przejęta przez nadnercza i wydzielającą się z nich adrenalinę, krzyczącą "ta kurwa za to zapłaci!". Mózg jednak dał radę na szczęście się wtrącić i dorzucić swoje "po zabiciu tych pajaców w lisich futrach". Nie fajnie byłoby stracić sojusznika, kiedy jeszcze był potrzebny a dwójka nieznajomych wydawała się jeszcze bardziej wkurwić jego przeciwników niż jego. No, może powinien pomyśleć "mięsa armatniego" zamiast "sojusznika". Debil z gałęzią i kobieta niepotrafiąca użyć swojej broni na miano sojuszników nie zasługiwali.
Wojak nie miał czasu zastanawiać się, dlaczego nie wykorzystał sytuacji, którą dał mu typ z gałęzią, było to absolutnie absurdalne, ale nie istotne w tej chwili. Strzała w ramieniu nie była wielkim zagrożeniem, lecz grot mógł mu uszkodzić mięśnie, kiedy wróci do machania mieczem i blokowania tarczą. Aran zacisnął zęby i wyszarpnął strzałę z ramienia, mógł sobie pozwolić stracić trochę krwi, zwłaszcza, jeśli ocali to jego mięśnie od poważniejszych uszczerbków. Musiał zebrać się następnie do kupy i wstać, dwójka obcych nie poradzi sobie z jego przeciwnikami, on sam zaczynał mieć trudności.
Daren nie był co prawda najlepszy jeśli chodziło o skradanie, wiedział jednak ze w tej sytuacji nie ma co zwracać na siebie uwagi, niech tamci zbiorą wpierdol. Miał jedynie cichą nadzieję, że nie zdążą zabić kobiety, sam chciał jej odpłacić pięknym za nadobne. Jego plan polegał na podążeniu za typami w lisich skórach, trzymając dystans pozwalający na ewentualne manewry w razie gdyby któremuś się przypomniało, że dalej tam był. Jednemu dałby radę, trzymał na sobie w końcu dwójkę nie pozwalając się trafić. Kiedy obaj przeciwnicy zajmą się walką, Aran miał zamiar wybrać jednego z nich, i wykonać plan jednego z nieznajomych, tyle, że z mieczem zamiast gałęzi. Następnie najzwyczajniej w świecie ruszy na drugiego z przeciwników, mając zamiar wymierzyć mu na dzieńdobry cios tarczą z rozbiegu a następnie dokończyć dzieła szybkim pchnięciem miecza.
Awatar użytkownika
Desabia
Posty: 128
Rejestracja: 16 paź 2011, 13:37
GG: 8551012
Karta Postaci: viewtopic.php?p=14514&highlight=#14514

05 lis 2013, 21:23

W chwili wypuszczania strzały drgnęło jej ramię. Już wiedziała, że popełniła błąd. Nie domyślała się jeszcze tylko, jak był poważny. Obserwowała więc tor lotu strzały, stojąc zupełnie nieruchomo. Strzała ugodziła w ramię wojownika, którego zamierzała uratować… Jej oczy rozszerzyły się z przerażenia, a z ust mimowolnie wydarł się okrzyk frustracji i zgrozy. Poskutkowało to jednak, chociaż w minimalnym stopniu– uwaga dziwnych ludzi, przebranych w lisie skóry skupiła się na niej. Nie do końca było to jej celem, bo nie miała przy sobie żadnej broni oprócz łuku… Nie umiałaby się nią jednak posługiwać, więc nawet gdyby natrafiła na jakiś porzucony oręż i tak nie przydałby się jej do niczego.
Zauważyła, że najwyraźniej specjalnemu człowiekowi z lutnią nie atak na lisopodobnych wcale nie poszedł lepiej, za to napastnicy wydawali się co raz bardziej zdenerwowani. Zaczął w dodatku biec w jej stronę wiec szybko usunęła mu się z drogi, a w jej głowie myśli pojawiały się z prędkością błyskawicy. Uciekać czy nie uciekać? Strzelać? A może znowu nie trafi i jeszcze zrani kogoś niewinnego? Może lepiej wdrapać się na drzewo i udawać wielką, ufarbowaną na brązowo wiewiórkę? Bard tymczasem wpadł w krzaki porastające akurat ten jedyny kawałek lasu w ich okolicy. Trzeba mieć naprawdę szczęście, by taka sztuka mogła się udać. Słyszała jego wrzaski, jednak nie do końca mogła rozróżnić słowa. Nie było jej to chyba akurat teraz potrzebne.
Cała ta jej gonitwa myśli trwała tak naprawdę krótką chwilę, a sama mogłaby powiedzieć że rozmyślała o tym całe lata. Decyzja została podjęta, nie będzie uciekać. Co jej to da jeżeli i tak by ją znaleźli? Drzewo można podpalić, a ona uwędziłaby się w dymie w parę minut. Uspokoiła myśli by żaden niespodziewany pomysł jej nie rozproszył. Oczyściła swój umysł zupełnie jakby nie była w środku walki, ale na zwykłym polowaniu. Wytarła dłonie o spodnie, wyjęła strzałę z kołczanu. Tym razem trafi. Na pewno trafi, zapewniała się. Nie było nawet mowy o chybieniu. Trafi idealnie w tego strasznego człowieka. Czuła lekki ból w prawym barku, jednak nie przeszkadzało jej to. Liczyła się teraz tylko ona i człowiek który za chwilę zostanie zraniony grotem strzały. Lisy zwrócone były teraz idealnie w jej stronę. Jej wzrok zanotował jeszcze że trafiony przez nią przypadkiem wojownik ruszył się spod drzewa i znowu zamierzał zaatakować. Miała nadzieję, że rude kity, a nie ją.
Wybrała tego który stał dalej od rycerza. Podniosła łuk na odpowiednią wysokość, nałożyła strzałę na cięciwę. Przyciągnęła cięciwę do prawego policzka celując. Wycelowała w niezasłoniętą niczym szyję lisa, wzięła głęboki wdech i wypuściła strzałę. Odetchnęła. Wszystkie jej czynności odbyły się płynnie, zupełnie profesjonalnie, bez żadnego zawahania. Nie było w nich nic z jej codziennego roztrzepania i rozkojarzenia. Był cel, który musiał być osiągnięty. I modliła się do Boga, żeby został osiągnięty.
Awatar użytkownika
Nessir
Posty: 265
Rejestracja: 31 sty 2013, 17:03
Lokalizacja postaci: Kanały
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2494

07 lis 2013, 21:37

Adearin pozwolił sobie na triumfalny okrzyk gdy udało mu się powalić pierwszego z napastników. Czuł nagły przypływ sił i energii gdy zobaczył na własne oczy śmierć zadaną przez tarczę. Oblizał wargi z podniecenia i napiął wszystkie mięśnie. Nie wiedział czemu sytuacje zagrożenia życia działają na niego w ten sposób, ale rozkoszował się dreszczami które przechodziły jego ciało.
Mocniej zaparł się na nogach odbierając siłę uderzenia tarczą, jednak to nie uchroniło go od utraty cennego elementu wyposażenia. W śladem za własną tarczą, szybko spróbował ogarnąć wzrokiem teren na którym się znajduje, tak aby móc w razie czego wykorzystać któryś z elementów okolicznej flory. Niestety nie mógł długo planować strategii, gdyż biegło na nich troje osiłków którzy najwyraźniej mieli mało przyjazne zamiary.
Przeciwników było za dużo aby pozwolić na swobodny rozwój wypadków. Mocniej chwycił rękojeść miecza i napiął mięśnie. Przeniósł ciężar na lewą nogę i zmniejszył dystans doskakując do napastników. Gdy już był na mniej więcej wyciągnięcie miecza, błyskawicznie wywinął się w lewo obracając na lewej nodze wyprowadzając przy tym cios w tego który znajdował się najbardziej po jego lewej stronie. Gdyby cios dotarł do celu, momentalnie rozłożył by ciężar ciała na prawą nogę i odskoczył nieco do tyłu aby znów znaleźć się na bezpiecznej odległości. Zataczał by końcówką miecza niewielkie okręgi, aby zmylić przeciwnika idąc przy tym lekkim półkolem. Celował znów na szyję bo wiedział, że przeciwnicy w lisich strojach, zapewne nie dysponowali wybitnie mocnym pancerzem i taki cios byłby dla nich zabójczy.
Jednak gdyby jakimś cudem jego cios nie napotkał przeszkody jakim była szyja przeciwnika, Adearin za wszelką cenę starał by utrzymać równowagę po nieudanym cięciu i uniósł miecz nad głowę, aby zasłonić się przed atakiem z ich strony. Wysunął by również prawą nogę do tyłu, aby utrzymać się na nogach przy mocnym uderzeniu w jego ostrze. Zaklął by paskudnie i znów starał się w jakiś sposób oddalić od przeciwników.
Awatar użytkownika
Dahhard
Posty: 634
Rejestracja: 11 lis 2011, 12:15
Lokalizacja postaci: Kanały
GG: 25113951
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1010

10 lis 2013, 00:40

Pole bitwy z chwili na chwilę zwiększało swoje rozmiary, a wojowników, jakby na nim ubywało.

Zarówno dzikusy w lisich skórach jak i zaatakowani przez nich wojownicy z armii króla Torgena ginęli niczym muchy, jednak nadal przynajmniej optyczną przewagę mieli atakujący, którzy cały czas nie dawali za wygraną. Rozglądając się dookoła starej, zrujnowanej chatki można było dostrzec, że wokół niej walczy zaledwie 3 wojowników, a w śród nich dzielnie stawiający opór trzem oponentom Adearin. Z trudem, bo z trudem pokonywał kolejnych przeciwników, lecz jak to mówią nie efektowność, a efektywność liczy się najbardziej. Chłopak mógł być z siebie zadowolony, aczkolwiek popadanie w huraoptymizm nie było odpowiednie w tym momencie, gdyż wrogowie nie ustępowali ani na moment. Młody mężczyzna mógł odczuwać lekki niepokój, aby nie umniejszać jego odwadze nikt nie ośmieliłby się wspomnieć o strachu, który zwykł towarzyszyć każdemu w takich momentach.
Dzielny wojak staną jak równy z równym do z góry przegranego pojedynku z trzema wyglądającymi równie dobrze uzbrojonymi panami. Jeden z nich był już nieźle strudzony dzisiejszymi leśnymi harcami. Łatwo było to zauważyć, gdyż jego ruchy nie były już tak płynne jak na początku natarcia.
Adearin miał dzisiaj najwidoczniej dobry dzień, fortuna zaczynała mu sprzyjać. Jego posunięcie było strzałem w dziesiątkę, idealnie wymierzył i ciął. Lis momentalnie runął na glebę, a chłopak odskoczył na zdawałoby się bezpieczną odległość. Jeden z napierających dopadł do niego i spróbował wbić mu ostrze prosto w tors. Trafił! Nie… Jakże bliski był sięgnięcia ciała młodego Adearina, niestety minimalnie chybił. Wbił swoje ostrze pomiędzy szparę znajdującą się pod pachą mężczyzny. To była idealna okazja do zadania ostatecznego ciosu. Wojownik idealnie ją wykorzystał i przebił szyję zwariowanemu lisowi. Trzeci z atakujących zawahał się, wycofał, przez chwilę zaniechał atakowania. Ścisnął mocno rękojeść miecza obiema rękami i zaczął powoli zbliżać się do chłopaka zataczając koło wokół niego, powoli niczym wytrawny zabójca.

Głębiej w lesie pojedynek trwał w najlepsze. Mimo że pseudo drużyna Arana miała liczebną przewagę to ich przeciwnicy, jakby nic sobie z niej nie robili.

Mieli najzwyczajniej w świecie w nosie z kim i gdzie przyszło im walczyć, chcieli jednego – krwi. Daren jak na ironię właśnie tej krwi im dostarczyć mógł najprędzej, a co najdziwniejsze, lisi wojownicy nie musieli przykładać do tego ręki. Wyręczyła ich śliczna niewiasta, która niewiadomo dlaczego używa narzędzi, których obsłużyć dobrze nie potrafi. Wyrwanie strzały z ramienia kosztowało Arana wiele wysiłku, jednak adrenalina, która teraz przeszywała całe jego ciało nie dopuszczała do mózgu uczucia potwornego bólu. Mężczyzna mógł walczyć, przynajmniej na razie. Teraz miał przewagę, gdyż jego dotychczasowi oponenci zajęci byli walką, a właściwie śmiesznie wyglądającą pogonią za uciekającym, próbującym kryć się po krzakach Piotrusiem. Bard co się zowie nawet w obliczu zagrożenia życia nie tracił poczucia humoru. Ezebiel musiała się zrekompensować, musiała, ale i chciała, nie bez chwili zwątpienia. Po raz kolejny postanowiła chwycić za broń, swój bardzo dobrze wykonany łuk. Kolejne użycie wymagało od niej nie lada wysiłku, gdyż świadomość co spowodował jej poprzedni atak bardzo na niej ciążyło. Musiała się odważyć jeśli chciała uratować swoich "przyjaciół". Wypuściła strzałę, niby idealnie, aczkolwiek niepewność targała nią, aż do końca lotu strzały. Ta jak się okazało trafiła idealnie, prosto w szyję lisa, którego miecz już opadał by ściąć głowę bezradnego artysty. Bez wątpienia uratowała mu życie.
Ranny Aran miał teraz mnóstwo czasu by zadać ostateczny cios, nie zwlekał, zadał go błyskawicznie, a drugi z przeciwników runął na ziemię niczym rażony piorunem.
Teraz stali we trójkę – on, ranny wojownik, Piotr, wesoły bard oraz ona, łuczniczka, której strzały są nieprzewidywalne jak sztorm na morzu pośród martwych ciał, które otaczały ich dokoła. Stali nad dwoma ciałami tych, którzy omal ich nie zabili. Gdyby przyjrzeć im się z bliska ewidentnie wyglądali na dzikusów, żadnych oznak cywilizacji, a mimo to byli dobrze wyszkoleni. Cóż, najwidoczniej nie tylko w szkołach rycerskich dobrze uczą posługiwania się bronią białą.

Nie minęło nawet 5 minut, ba może nie były to nawet 3 minuty, a do uszu wszystkich bohaterów, którzy przeżyli owe natarcie dotarły głośne dźwięki.

Oczywiście nie byli w stanie dostrzec nic co mogłoby je wydawać, gdyż były stosunkowo daleko, aczkolwiek można było przypuszczać, że nic dobrego ze sobą nie niosą. Czyżby kolejna armia dzikich?
Jedno było pewne – Adearin potrzebuje wsparcia, a ucieczka z tego miejsca jest jedynym słusznym rozwiązaniem.

>Straszny gównopost, zabijcie.
Awatar użytkownika
Nessir
Posty: 265
Rejestracja: 31 sty 2013, 17:03
Lokalizacja postaci: Kanały
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2494

10 lis 2013, 01:46

Adearin był zdziwiony, że poszło mu tak łatwo. Szczerze nie oczekiwał, że skomplikowany atak uda mu się za pierwszym razem. Czuł swój pęd, gdy wykonywał manewr i błogą przyjemność gdy ostrze zatrzymało się na szyi przeciwnika. Rozkoszował się tym jak ogarnia go jeszcze większa dzikość, a ciało przeszywa coraz to większa ilość dreszczy. W jego oczach zapłonął dziki blask, setki malutkich ogników pojawiły się w jego źrenicach i tańczyły w najlepsze. Miał przyśpieszony oddech, głównie przez to, że był już nieco zmęczony, jednak szybko go wyregulował tak aby nie tracić cennych sił i być gotowym do następnego błyskawicznego ataku.
Pozwolił sobie spojrzeć na ciało pierwszego przeciwnika opadającego na glebę. Uśmiechnął się kącikiem ust, jednak nie wiedział, że zaraz przyjdzie mu zapłacić za to gapiostwo. Ledwo odwrócił wzrok od pola bitwy, a już mógł przypłacić to życiem.
Pierwsze co zobaczył, to ostrze lecące w jego kierunku, a dopiero potem sylwetkę wojaka który owym ostrzem operował. Oczekiwał nieopisanego bólu, jednak zamiast tego nie czuł nic. Wszystko wskazywało na to, że głupiec chybił. Jakież wielkie miał dziś szczęście. Bez zastanowienia, jakby mechanicznie nakierował własny miecz na jego szyje i rozkoszował się widokiem tryskającej krwi.
Specjalnie trzymał przeciwnika blisko siebie, tak aby krew spływała po jego ciele i obryzgała mu twarz. Nawet nie zastanawiał się jak może to wyglądać. Gdy ciało wroga przestało wić się w pośmiertnych drgawkach, odrzucił je z niemałym impetem na ziemię, za nic mając szacunek do zwłok. Ubroczony krwią postąpił krok do tyłu i ponownie zbadał sytuację. Został tylko jeden, jeden ostatni robal do zdeptania. Był nikim dla Adearina, który wpadł w bitewny szał.
– Zostałeś sam. – powiedział chrapliwym głosem. – Wszystkich twoich utłukłem jak nieposłuszne psy.
Zaraz po tym zdaniu zrobił krok w tył i ugiął lekko nogi. Również zaczął poruszać się po okręgu jaki zataczał jego przeciwnik. Jedyną różnicą było to, że zataczał końcówką miecza małe kółka, tak aby zdezorientować przeciwnika, tak aby ten odwrócił uwagę od jego stóp i skupił się na mieczu. Wiedział wtedy, że będzie miał większe pole manewru. Dodatkowym atutem było to, że był cały we krwi jego pobratymców, a to przecież musiało dać jakiś efekt.
– Z Tobą, zrobię do dokładnie to samo. – warknął wbijając w niego swoje rozpalone oczy.
Zataczając dokładnie pół okręgu, doskoczył do niego, wcześniej przenosząc ciężar ciała na lewą nogę, a ostrze trzymając w prawej dłoni. Natarł i wykonał prostą fintę na głowę, wymuszając od niego odruch obronny i w ostatniej chwili wstrzymał ostrze, próbując wykonać szybkie pchnięcie na szyję lisa. Był niemal pewien, że zaskoczony przeciwnik nie będzie wiedział co zrobić. W końcu to on miał element zaskoczenia, będąc atakującym, a przy tym czuł, że fortuna mu dzisiaj sprzyja.
Awatar użytkownika
Ropień
Posty: 194
Rejestracja: 20 paź 2013, 15:26
Lokalizacja postaci: Lwi Bród
GG: 6550057
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2770

10 lis 2013, 22:35

Owa dziewka dość mocno zadziwiła Piotra. Kiedy jego jakże cenne życie było zagrożone, ona postanowiła zabrać łuk i coś zdziałać. Jego pierwszym wrażeniem było westchnięcie. No nic, jak nie zginie z miecza, to od łuku. Już dawno stracił nadzieję, że on jest po ich stronie. Następnie spotkało go owe zaskoczenie. Trafiła jego przeciwnika! Nie podchodził do niej, bo bał się, że po prostu nie trafiła w niego. To by było conajmniej krępujące, podejść, podziękować, dostać strzałą. Zobaczył, że w pobliżu nie ma żadnych przeciwników. Spodziewał się tego, że dzielny wojownik rzuci się na dziewkę za to, że go postrzeliła.

Uszu Nornika dobiegły odgłosy walki. Dochodziły z bardziej odległej części lasu. Postanowił zbliżyć się do wojownika, i zaproponować, aby pomóc tamtym, zanim wychędoży tę dziewkę. Były sprawy ważne i ważniejsze. Najpierw ojczyzna, potem kobietki! Nagle przyszedł mu do głowy rym i odezwał się donośnie.
Wódeczka! Tak!
Następnie zanucił i zaśpiewał:
Szła dzieweczka do laseczka
Przydałaby się wódeczka!

Przez chwilę stał w miejscu i jakby przetrawiał te słowa. Nie wiedział co, ale coś w nich mu nie pasowało. No nic, zostawi to na później. Teraz musiał pomóc ludziom w potrzebie. Jeżeli te skurwysyny zaraz się nie odwalą, dostanie szału! Na razie jego lutnia nie uległa żadnym uszkodzeniom, ale to mogło się zdarzyć. Co on, biedny, zrobiłby bez lutni? Rozejrzał się i dostrzegł swojego wiernego psa. Pogłaskał go i czekał na odpowiedź od reszty drużyny. Tak, to zdecydowanie dobre słowo. Uśmiechnął się promiennie do dziewki, ale zatrzymał bezpieczną odległość.

Przez chwilę ogarniał wzrokiem pole bitwy. Jego twarz jakby stała się bledsza. Tak samo uśmiech. Rzadko bywał na prawdziwej wojnie. Jego żołądek raczej nie znosił takich atrakcji, jak krew i flaki porozrzucane po drzewach. Poczuł, jak mu się cofa. Pochylił się i zwymiotował pod drzewo. To chyba lekko zakłóciło obraz zawsze szczęśliwego barda, jednak wielkim wysiłkiem zachował uśmiech i odezwał się do towarzyszy.
Wiedziałem, że trzeba było nie jeść mięsa w tamtej karczmie, co nie, Ben?
Pies zaszczekał dwa razy, jak go uczono. Piotr zawsze był dumny ze swojego zwierzęcia. Często pomagał mu w występach, czyli także niemu miał z czego żyć.

Postanowił więcej nie patrzeć na trupy, aby to nie wywołało kolejnych rewolucji w jego brzuchu. Po ostatnim rzyganiu poczuł się lepiej, ale jednak nie do końca. Postanowił, że nie będzie czekać na odpowiedź i ruszył w kierunku drugiego pola walki. Tam większość żyła. No… I nie unosił się tam zapach wymiocin, jak w tym miejscu, co było po trochu jego winą.

Awatar użytkownika
Dahhard
Posty: 634
Rejestracja: 11 lis 2011, 12:15
Lokalizacja postaci: Kanały
GG: 25113951
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1010

11 lis 2013, 00:26

Tylko dla Adearina, bo bardzo chciał. Odpisujcie to i wy dostaniecie już wszyscy razem

Pokonanie w nierównej walce dwóch wymagających przeciwników, bo za takich należy uznać dzikich, nieprzewidywalnych wojowników było nie lada osiągnięciem.

Do pełni szczęści Adearinowi zostało pokonanie jednego lisa, który nadal pozostawał na polu bitwy.
Morale dzikusa znacznie osłabły, widok martwych towarzyszy nie napawał optymizmem. Czuł, że tym razem to oni przegrali, ze nie ważne co się teraz stanie to on, napastnik, który zawsze w stu procentach wykorzystywał element zaskoczenia, teraz zawiódł, siebie i swoich pobratymców.
Myśli, a w nich wizja rychłej śmierci skutecznie utrudniała mu wykonanie pierwszego kroku. Krążył dookoła chłopaka tak długo dopóki dopóty ten nie zaczął robić tego samego. Najprawdopodobniej został tylko on, jeden, sam, samotny pośród wielkiego lasu, gdzie pełno mych braci… – Wiedział, że jeśli chce w tej walce dokonać jeszcze czegokolwiek musi się sprężyć, zebrać w sobie na ostatni atak, wściekły i nieobliczalny. - Ten jeden jedyny raz, dziękuję… – powiedział do Adearina, by po krótkiej chwili kontynuować. - Po raz pierwszy w życiu czuję, że jest ono zagrożone. To niesamowite uczucie. – Zaśmiał się prosto w twarz młodego wojownika, po czym splunął na ziemię tuż pod jego nogi. W jego oczach strachu nie było już niemal za grosz, patrzył teraz na swojego przeciwnika z prawdziwą dzikością w oczach, szał, furia, stan w jaki powoli wchodził zaczynał być już coraz bardziej widoczny. Nie było to, jednak w stanie zagłuszyć głośnego dyszenia, sapania. Zmęczenie było potworne, nawet dla człowieka, który wychował się głęboko w lesie, dla którego walka o przetrwanie była chlebem powszednim. Wojownik wiedział, że to będzie jego ostatni atak, akt desperacji. Nie miał planu, żaden plan nie był tutaj potrzebny, wiedział co musi zrobić zabić albo sam zostanie zabity. Wszystko było teraz możliwe, wszystko miało okazać się w przeciągu kilku sekund. Adrenalina, która niemal całkowicie wypełniała ich żyły, jakby krew nagle wyparowała, a ona zajęła jej miejsce. Oboje wyczekiwali odpowiedniego momentu, aby wykonać jeden, jedyny skok mający zakończyć wszystko co zaczęło się kilkanaście minut wcześniej.
Oboje wykończeni, ranni i zapewne głodni musieli stawić czoła nie sobie nawzajem, musieli stawić czoło samym sobie, postawić się swej duszy, swojemu rozumowi, a w końcu postawić się śmierci.
Tylko ten, który żyć pragnie bardziej dostąpi tego zaszczytu. Przeżyje kilka, a może kilkanaście lat o ile wcześniej nie umrze od poniesionych w pojedynku ran…
Wszystko nie trwało nawet minuty, a wydawałoby się, jakby ich walka trwała wieczność.
Kilka sekund, jedna, dwie, skok. Nie było na co czekać, ruszyli oboje. Pierwszy zerwał się Adearin co dawało mu minimalną przewagę, gdyby tylko jego cios dotarł pierwszy… Rozwścieczony, niesiony żądzą przetrwania wojownik w lisim futrze wybijając się z prawej nogi zachwiał się lekko, ugiął, lecz nie spowodowało to poważniejszej utraty równowagi. Wziął szeroki zamach, chciał użyć całej swojej siły. Widział, że Adearin próbuje zaatakować prostą fintą, widział, że nie zdążył zablokować tego ciosu mieczem, puścił jedną ręką swój spory, dwuręczny miecz, by zasłonić się nią byleby tylko przedłużyć swoje szanse na zwycięstwo. Trzymanie sporego miecza jedną ręką, a do tego atakowanie nim przy wykonaniu tak rozległego zamachu na pewno nie przyniesie pierwotnie zamierzonego efektu, aczkolwiek nie było już czasu na zmianę. Impet z jakim dopadli do siebie nie pozwolił torgeńskiemu wojownikowi na szybką zmianę ruchu, jego ostrze utkwiło w dłoni rozpaczliwie broniącego się leśnego wojownika.
Mimo to nie pozostało tam na długo, przedramię oddzieliło się od całej reszty i spadło na ziemię, trysnęła krew, a miecz Adearina zatopił się w czaszce dzikusa, posoka zaczęła błyskawicznie wypływać z jego głowy. Spływała po ostrzu, prosto na ręce chłopaka. Rycerz Vergardu mógł się rozluźnić, jednak taka dawka adrenaliny na pewno zbyt szybko mu na to nie pozwoli. Fortuna rzeczywiście dziś była po jego stronie, nie pozwoliła mu opuścić tego świata, mimo wszystko nie pozostawiła go bez niczego. Dwuręczny miecz, którego nie wyhamowała śmierć dzikusa zatopił się w ramieniu Adearina tworząc szeroką ranę od barku, aż po sam łokieć. Spod ubrania wydobywała się czerwona substancja, która kapiąc na ziemię przez małą chwilę zdążyła zrobić już niemałą kałużę. Mężczyzna nie poczuł tego, zanim to się stanie minie jeszcze chwila. Teraz mógł się napawać zwycięstwem, śmiać się śmierci w twarz, bo wykiwał ją skutecznie. Mimo to mógł być pewien jednego. Ona wróci. Szybciej niż się tego spodziewa.
Awatar użytkownika
Nessir
Posty: 265
Rejestracja: 31 sty 2013, 17:03
Lokalizacja postaci: Kanały
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2494

11 lis 2013, 14:24

Adearin odetchnął z wyraźną ulgą. Chwilę trzymał ostrze wbite w czaszkę przeciwnika i dziwił się temu zjawisku. Właściwie to celował na szyje, a miecz znalazł się o wiele dalej niż zamierzał. Zamknął oczy i używając niemałej siły wyciągnął broń, sapiąc ze zmęczenia. Chwilę to trwało zanim wyczyścił ostrze i schował ją z powrotem do pochwy. Czuł jak nogi zaczynają się pod nim lekko uginać, a to nie był wcale dobry znak.
Omiótł wzrokiem pobojowisko na którym stał i przejechał rękawicą po twarzy, jakby niedowierzając. Wszyscy martwi. Cała jego kompania została wybita i został on sam. Nie miał pojęcia co zrobić w takiej sytuacji dlatego odszukał swoją tarczę, która wcześniej gdzieś się zapodziała. Po drodze, dobijał wszystkich przeciwników, którzy być może jeszcze nie pomarli. Nie ukrywał, że sprawiało mu to dużą przyjemność, a on sam czuł, że w tej sytuacji to wręcz pierwszorzędna rzecz do wykonania. W końcu natknął się na ciało martwego kapitana.
– Kawał skurwiela z Ciebie był. Nawet w boju się nie przydałeś. – powiedział nad jego ciałem i splunął gdzieś obok.
Chwilę stał w miejscu, jakby nie wiedząc co zrobić po czym uklęknął i zaczął przeszukiwać martwego dowódcy. Oczywiście chodziło mu o jakieś rozkazy, czy jakiekolwiek inne informacje wyjaśniające co miał w planach ich niewydarzony przełożony. Zarówno jeśli znalazł by coś interesującego, czy też nie następnym przystankiem w jego drodze była by chatka starego pustelnika.
Adearin usiadł i westchnął głośno, patrząc jeszcze raz na pobojowisko. Był naiwny. Liczył na jakieś okrzyki radości, spadające z nieba kwiaty czy inne wyrazy uznania i podziwu za właśnie stoczoną walkę. Zamiast tego słuchał głuchej ciszy, która rozprzestrzeniała się wokół niego. Jak się okazało, długo jej słuchać nie mógł bo coś zwróciło jego uwagę. Właściwie nie coś, a jego własne, lewe ramie.
– Co do jasnej kurwy. – powiedział, dotykając rany.
Wstał na równe nogi, na tyle szybko ile pozwalało mu zdrowie i wszedł do chaty w poszukiwaniu jakiś czystych szmat i bukłaka z wodą. Gdyby szczęśliwie znalazł poszukiwane przedmioty, znów usiadł by przy wejściu do chaty i zaczął ściągać z siebie elementy pancerza, które jak widać nie powstrzymały dwuręcznego ostrza przeciwnika.
Rana mimo, że całkiem pokaźna, na szczęście nie była zbyt głęboka. Znów miał dużo szczęścia. Był pewien, że gdyby rana była głębsza, to już by leżał nieprzytomny na polance. Teraz miał wątpliwą przyjemność, obserwowania jak krew z wolna wycieka i opada na deski. Nie mógł ocenić czy intensywnie krwawi, bo przecież wcześniej celowo umazał się krwią przeciwników.
Mając pod ręką wodę, polał by ranę, w celu prowizorycznego obmycia i założył sobie polowy opatrunek, przykładając świeży materiał, obwiązując go delikatnie w trzech miejscach. Gdyby jednak niczego nie znalazł, musiał by wykonać taki opatrunek z obecnie posiadanych przedmiotów. Skroił by własny płaszcz i próbował opatrzyć ranę.
Dziwił się, jak miecz mógł mu tak poharatać rękę mimo kolczugi i skórzni. Pokręcił głową i wyszukał bukłak z gorzałą którą posiadał. Upił łyk i krzywiąc usta jeszcze raz spojrzał na ramię.
– Przy odrobinie szczęścia, obejdzie się bez szycia. – warknął sam do siebie i znów wstał na równe nogi.
Musiał jak najprędzej coś ze sobą zrobić. Jako, że był dość głodny i zmęczony, skierował się do wcześniej odkrytej dziury z żarciem. Zapamiętał, że zanim rozpętało się to całe piekło, było w niej mnóstwo jedzenia. Gdy był blisko usłyszał czyjeś kroki. Zamarł w milczeniu i chwilę nasłuchiwał. Wyciągnął miecz z pochwy i skierował się w stronę zasłyszanego dźwięku. Gdy ujrzał fikuśnie ubranego mężczyznę w długich włosach, przetarł oczy ze zdziwienia. Jednak szybko sie opamiętał i ruszył w jego kierunku z mieczem trzymanym w prawej dłoni.
– A kim ty kurwa jesteś. - Zapytał zimnym głosem. – Pajacu. – dodał wyraźnie zniesmaczony, gdy zauważył, że jegomość posiada lutnie.
Gdyby spotkany mężczyzna niedostatecznie spieszył się z odpowiedzią, chlasnął by go mieczem przez lewe ramie, mając na uwadze kundla który się przy nim pałętał. Miał po prostu dosyć nieznajomych jak na dzisiejszy dzień.

Wróć do „Sesje pozafabularne”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 20 użytkowników online :: 2 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 18 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Google [Bot], Rakczadra
Liczba postów: 52248
Liczba tematów: 2978
Liczba użytkowników: 1050
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Landis
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.