Ciemna noc grudniowa

Miejsce, w którym każdy może wcielić się w rolę Mistrza Gry i poprowadzić wcześniej przygotowaną sesję umieszczoną w dowolnych realiach.
Awatar użytkownika
Azur
Posty: 317
Rejestracja: 13 gru 2012, 21:38
GG: 21882886
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2374

Ciemna noc grudniowa

17 lis 2013, 22:35

Muzyka
Obrazek
Ciemna grudniowa noc. Płatki śniegu powoli opadające ku ziemi. Piękny zimowy widok, skąpanego we mgle miasta. Kilka małych bryczek, wracających z Londynu, po zaopatrzeniu się w niezbędne produkty. Kościół, pobrzękujący raz po raz dzwonem, wzywający na wieczorną mszę. Dzieci biegnące do domów, zimne jak bałwany. Jakiś samotny dżentelmen, palący fajkę na ganku swego małego domku. Niesamowity spokój, którym szczyciła się owa wioska na obrzeżu. Już za miesiąc, nie dłużej, okaże się, czy świat został ponownie uratowany. Od pokoleń zwyciężali zamykający. Czasem ledwo, czasem przypadkiem, zdarzało się także, iż zdobywali niesamowitą przewagę. Czy tak będzie tym razem? Czas pokaże. Pozostaje jedynie mieć nadzieję, ten dziwny pierwiastek człowieczeństwa, który siedzi nawet w najbardziej przeżartych złem bestiach. Rozdartych pomiędzy uczucia, jakie czuje w stosunku do ludzkości… a Starszych Bogów. Istoty tak potężne, iż mogłyby zniszczyć świat. Istoty, które nie widzą przebaczenia, litości, współczucia. Rasa panów, którzy przybędą rządzić światem. Niepodzielnie i bardzo krwawo.

Co do zamykających… Dziwni ludzie. Walczą za każdym razem, przeżywają – w większości. Acz nigdy nie zdarzyło się tak, by któryś opuścił grę z własnej woli. Zawsze była to śmierć, bądź jakiś niefortunny wypadek. Ale kto tam wie, może to po prostu Starsi Bogowie nasyłali na nich swoich poddanych? Macki z oddali kierowały bezsilnymi, małymi ludźmi? Kto by pomyślał, a jednak. Cóż, nie zdradzając jednak wiele…

Brama póki co pozostaje zagadką. Wszyscy wiedzą, że znajdzie się gdzieś w centrum zamieszkania graczy, acz nikt nie posiada dokładnych informacji gdzie. Pozostają spekulacje, wierzenia, przepowiednie. Ostatniego dnia i tak wszystko jest jasne. Bywało i tak, że nikt nie odnalazł bramy, więc wszyscy rozchodzili się do domów w spokoju. Tym razem wszystko będzie inaczej. Podświadomie każdy z graczy spodziewał się czegoś większego, wspanialszego. Kierowały nimi różne przesłania. To przelatujący kruk, to oczy patrzące z oddali, to znów dziwny sen. Wszystko wskazywało na krwawe rozstrzygnięcie. Ponadto, gracze chyba dopisali liczebnością. Im bliżej rozgrywki, tym więcej było dziwnych zdarzeń w okolicy. Komuś zniknął pies, innym razem podpalono chatkę na uboczu. Bardzo dziwne.

Okiem prostego mieszczanina:

13 Grudnia

W okolicy pojawił się bardzo znany detektyw, Sherlock Holmes. Nie ma wątpliwości, iż jako następstwo dziwnych wypadków. Jako, iż mężczyzna był dżentelmenem, starał się nie wydawać na zbytni widok. Prowadził dochodzenie w spokoju i harmonii. Bez jakichkolwiek podejrzeń właściwego celu przybycia. Bo kto by się spodziewał, iż arystokrata jego pokroju, będzie się bawił w jakieś dziwne, tajemnicze i groźne, rytuały. Chyba tylko szaleniec. Wielki Detektyw nie był przecież tego typu człowiekiem. Był spokojny, ułożony, miał także w zwyczaju pić herbatę o godzinie piątej. Przykładny Anglik. Nie to co Ci… Ci, którzy zjawili się niedawno… ulicznicy…

Była ich dwójka. Przyjechali nie wiadomo skąd, nikt nie wie po co. Jeden mniejszy, taki kurdupel z deka, a druga trochę większa, ładna nawet i pewnie już któryś z chłopów by się za nią wziął, gdyby nie obawa, że złapie jakieś skurwysyństwo. Ciekawe czy ona się w ogóle goliła. Brudna pinda, tfu! Tylko się to tałatajstwo po mieście plącze, tylko lata jak pogrzane, pewnie i kradnie i rabuje. Tylko problemy przyniosą. Dużo problemów. To nie na mój umysł! Nie to co Tom, młody tom…

Tom Sawyer. Chłopaczyna jest zawsze ogolony, miły i do tego ma takie pocieszne zwierzątko. Porządny obywatel, nic dodać, nic ująć. Poznałem także niedawno pana Warrena. Jego nazwisko to chyba Brown, acz nie mam pamięci do tego typu spraw. Wydaje się porządnym gościem, przyjechał dość niedawno. Mimo tego, iż jest obcy, nie obawiam się przy nim o swoje zdrowie. Ma rewolwer. Niewielu je ma. Natomiast pan James Howlett… to ostry gość. Wydaje mi się, iż będą z nim problemy. Ma oczy wilka, takie jak jego pies. Żona mówi, iż gderam bez sensu, acz ja wiem swoje. Będą z nim problemy…

Na PW otrzymaliście wytyczne co do miejsca waszego zamieszkania. Wolę, abyście sami je opisali, nie odbierając wam tej przyjemności. Dodam jedynie, iż panuje zima, zaś jesteśmy w Anglii. Ponadto, na PW otrzymaliście dokładnie określony przedmiot, jaki wam przynależy, oraz opis jego działania. Możecie już z niego korzystać, a nie chcąc go ujawniać, wysyłać mi o tym noty na PW. Na razie nie wiecie, gdzie znajdują się inni gracze. Dobrym rozwiązaniem byłaby przechadzka. Macie także dowolność w poszukiwaniu innych magicznych artefaktów, jeśli to was kręci. Grę czas zacząć, życzę miłej zabawy.

Btw, wasze zwierzęta rozumieją co do nich mówicie, więc możecie im nakazać coś robić.
Awatar użytkownika
Ropień
Posty: 193
Rejestracja: 20 paź 2013, 15:26
Lokalizacja postaci: Lwi Bród
GG: 6550057
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2770

18 lis 2013, 14:33

Holmes właśnie wyszedł z hotelu. Odetchnął świeżym powietrzem. Przed chwilą oddał w recepcji klucze, dziękując kobiecie, która tam siedziała. Teraz, postukując lekko laską o podłoże, odwrócił się. Pokaźnych wielkości budynek był pomalowany na żółto. Nad drzwiami z jakiegoś drewna – prawdopodobnie dębu – widniał obskurny napis "Hotel". Sherlock zatrzymał się właśnie tutaj, aby nie rzucać się w oczy. Wiedział, że niektórzy mogą w nim poznać Holmesa – detektywa. Nie spodobałoby mu to się, był tu incognito. Hotel, chociaż z zewnątrz obskurny, w środku był bardzo przytulny. Sherlock spał dobrze, a zdawało się, że nie działo się tak często. Oczy miał podkrążone, a w jego ruchach było widać zmęczenie.

Poprawił melonik, zapalił fajkę i ruszył przed siebie. Cel? Nie, nie miał takowego. Nie wiedział, co ze sobą zrobić. Bezdomny, bezrobotny. Jednak jego odwieczny przyjaciel był przy nim. Uśmiechnął się ironicznie.
-Chodź, Watsonie. Chyba się przejdziemy.
Pies ruszył za nim, nie wydając najmniejszego dźwięku. Tak był wyszkolony, i dobrze. To zwierze nie miało być zabawką, a bronią. Popatrzył przed siebie. Stara, dobra Anglia. Ciemno, zimno, a do tego śnieg pada. Myśląc o broni, odruchowo poprawił pas. Jego laska wydawała głośny odgłos, kiedy stukała o kamienie.

Myśli Holmesa odbiegły ku celu wizyty. Zamykający i otwierający. Może i dla ludzi były to zabobony, ale nie dla niego. Wiedział, że jest w tym prawda, miał ku temu powody. Był pewien, że wybrał właściwą stronę, bo czemu nie? Pewnej nocy dokładnie przeanalizował wszystkie za i przeciw. Wyraźnie skłaniał się ku jednej stronie. Czy jako bramę oczekiwał czegoś wielkiego, pokaźnego? Otóż nie. Był przyzwyczajony do rozwiązywania zagadek, mozolnego poszukiwania wskazówek. Może to doświadczenie, może przeczucie, ale nie sądził, że brama to będzie świecące na kilka mili coś.

Po ulicach rozniósł się dźwięk dzwonów kościelnych. To może być pierwszy punkt przechadzki. Rzucił do Watsona krótkie "za mną" i skręcił w dróżkę, która, jak się zdawało, prowadziła do kościoła. Nie miał zamiaru tam wchodzić. Nigdy nie był specialnie religijny, może to przez ten jego detektywistyczny umysł. Był świadkiem wielu niezwykłych zdarzeń, ale każde po jakimś czasie i głebokiej analizie dało się wytłumaczyć. Sherlock z natury był także bardzo niewierny. Jeżeli na coś nie ma dowodów – nie istnieje.

Awatar użytkownika
Xariel
Posty: 915
Rejestracja: 23 mar 2013, 16:28
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 11721007
Karta Postaci: viewtopic.php?p=42135&highlight=#42135

18 lis 2013, 14:46

Wstać, ubrać się, ogarnąć, zebrać rzeczy. Rutynowe zachowanie. Przystanął w korytarzu, zerknął za okno, zamknął drzwi na klucz. Gdy upewnił się, że drewno nie ustępuje pod jego naporem i nikt nie wprosi się do środka James schował klucz do kieszeni, przywołał psa i wyszedł na zewnątrz. Pierwszą rzeczą jaką zrobił po opuszczeniu budynku było rozejrzenie się, dokładne. Przyjrzał się okolicy, domom, ludziom. Chciał wypatrzyć jakiś sklep, ewentualnie jakiegoś niecodziennego osobnika.

Gdy już stwierdził, że dość się naoglądał szarych, smętnych ulic raźnym krokiem ruszył naprzód. Logan dreptał tuż koło jego nogi, łypiąc od czasu do czasu na ludzi. Zwierzak zapewne budził lekki niepokój, cóż, nic dziwnego. Ale mógł z całą pewnością zapewnić każdego, że powodów do niepokoju nie ma. Umiał zająć się swoim psem i bynajmniej zwierzę nie było niezrównoważone. Było niemalże dżentelmenem. Uśmiechnął się pod nosem na tę myśl, zerknął na wilka paradującego tuż obok z wywieszonym jęzorem.

Jak na razie nie miał konkretnego celu, po prostu spacerował. Ruszył ku jedynej charakterystycznej budowli jaka przychodziła mu na myśl, kościołowi. Mieścina była niewielka, stąd też podejrzewał, że szybko się w niej rozezna. Po drodze rozglądał się po okolicznych domach i notował w pamięci co zobaczył. A nuż kiedyś będzie potrzebował odwiedzić jakiś sklep, czy restauracje. Warto zawczasu zapamiętać gdzie są. Może trzeba było zabrać smycz, Logan nie oddali się bez pozwolenia, ale ludzie byliby spokojniejsi.

Awatar użytkownika
Darrian
Posty: 733
Rejestracja: 06 sty 2012, 20:04
Lokalizacja postaci: Oko i Powieka
GG: 10643412
Karta Postaci: viewtopic.php?p=21226#21226

18 lis 2013, 17:19

Jeśli jest jedna rzecz, której można się spodziewać po Londynie to jest to tragiczna pogoda, ten dzień niestety nie był wyjątkiem. Zima zimą, ale bez przesady.
- Nie mogło się to dziać latem, nie Nox? Musi piździć i sypać. - Powiedział Warren do swojego kurka, siedzącego na parapecie otwartego okna, które temperaturze nie służyło, lecz mężczyzna miał swoje sposoby na zagrzanie się. Kruk odpowiedział jak tylko mógł, niezbyt pociesznym "Kraaa", podczas gdy jego właściciel popijał whiskey, usprawiedliwiając się przed samym sobą chęcią ogrzania się. Lubił się napić, w obecnej sytuacji jednak obiecał sobie się ograniczać. W końcu nadchodzi poważne starcie.
- Przydaj się. – Ponownie zaczął do swojego skrzydlatego towarzysza, odkładając pustą szklankę na stół i wstając. – Rozejrzyj się, poszukaj innych takich jak my. Wiesz, rozglądaj się za magicznymi przedmiotami i podobnymi sobie zwierzętami. – Wydał Noxowi polecenie, rzucając mu smakołyk w postaci kawałka wędzonego mięsa na zachętę. Kruk złapał kąsek bez najmniejszego problemu i zerwał się do lotu, opuszczając pomieszczenie przez okno, podczas gdy Warren zakładał płaszcz i buty.
Brown wyszedł z wynajętego domu po wcześniejszym zamknięciu okna, zamknął drzwi i ruszył w pierwszą lepszą pobliską uliczkę, upewniając się, że zabrał wszystkie elementy swojego zwyczajowego wyposażenia i że rewolwer jest ukryty pod płaszczem. Podczas gdy jego kruk robił swoje, musiał sie czymś zająć. Z braku lepszego pomysłu, odpowiedział na dźwięk kościelnych dzwonów, udając się w stronę źródła ich dźwięku.
Awatar użytkownika
Desabia
Posty: 128
Rejestracja: 16 paź 2011, 13:37
GG: 8551012
Karta Postaci: viewtopic.php?p=14514&highlight=#14514

18 lis 2013, 18:08

Nie lubiła poranków w Londynie. Szczególnie w zimnym, zamglonym Londynie, w którym ciągle pada mżawka albo śnieg. W tym dniu akurat została przywitana przez mokre płatki, które wiatr przywiewał na jej zadarty nos. Poprzedniego dnia zasnęła gdzieś w zaułku, przykrywszy się starą gazetą. Kichnęła głośno, kiedy śnieg wpadł jej do nosa. Otarła twarz rękawem, ziewnęła, pokazując migdałki i przeciągnęła się, aż strzeliło jej we wszystkich stawach, po czym wstała, raźno podskakując i próbując otrzepać się z zalegającego na niej śniegu.
Nie widziała nigdzie swojego Psa. Pewnie pobiegł gdzieś w poszukiwaniu jedzenia. Za chwilę okazało się, że jej przypuszczenia były słuszne– zza rogu budynku, niosąc w zębach dorodnego szczura, wybiegł jej corgi. Nie przeszkadzała mu w śniadaniu, a zostawiła go w zaułku i sama ruszyła na poszukiwaniu swojego. Było jeszcze wcześnie, jednak gdy zmierzała w stronę najbliższego targu, robiło się co raz tłoczniej. Wreszcie wyparzyła w tłumie kogoś sprzedającego coś, co nadawało się do zjedzenia. Podeszła do kramu udając, że ogląda towar. Gdy sprzedawczyni zajęła się innym kupującym, niepostrzeżenie wsunęła bułki do kieszeni swojego przepastnego płaszcza i niespiesznie się oddaliła.
Przystanęła w mniej więcej pustej okolicy, by w spokoju zająć się jedzeniem. Zastanawiała się w tym czasie, w jaki sposób zdobyć dzisiaj pieniądze. Nie chciała dzisiaj uprawiać najstarszego zawodu świata, jakoś nie miała na to humoru. Mogła zatrudnić się gdzieś do pracy, jednak nie do końca podobało jej się pomiatanie nią przez cały dzień, by na wieczór mogła dostać jakieś marne monety.
Gdy wreszcie dołączył do niej jej pies, dała mu resztkę bułki, podrapała pieszczotliwie za uchem i ruszyła powolnym krokiem na obchód po najbardziej zatłoczonych ulicach. Może uda jej się zdobyć coś wartościowego? W okolicach kościoła zawsze można było się natknąć na kogoś bogatszego, który być może sypnie groszem na widok ładnej, ale wynędzniałej twarzyczki.
Awatar użytkownika
Dahhard
Posty: 632
Rejestracja: 11 lis 2011, 12:15
Lokalizacja postaci: Kanały
GG: 25113951
Karta Postaci: viewtopic.php?t=1010

18 lis 2013, 18:48

Zapowiadała się kolejna długa, potwornie zimna noc i nic nie wskazywało na to, że może być inaczej. Za oknem śnieg i mróz.

Płatki śniegu delikatnie jak piórka opadały to na ziemię, to na dach, czy parapet tworząc przyjemny w dotyku, mięciutki, aczkolwiek zimny, śnieżnobiały puch. Tom pamiętał jak będąc dzieckiem uwielbiał bawić się śniegiem, tarzać się, lepić bałwana, czy rzucać śnieżkami z przyjaciółmi. Każdej zimy coraz bardziej mu tego brakowało.

Teraz, jednak Sawyer siedział wygodnie w swoim zielono siwym, przyozdobionym we wzorki przedstawiające czerwone kwiaty róży fotelu i oddawał się jednej ze swoich ulubionych czynności.


Za takową należało uznać czyszczenie, polerowanie i ogólne pieszczenie swej dziadkowej strzelby, z którą co noc siadał przed kominkiem, rozpalał w nim niewielki ogień by przesiadywać przed nim do późnych godzin nocnych wpatrując się to w ogień, to na swą broń. Tego dnia było tak samo. Usiadł wygodnie w fotelu, nogi ułożył na niewielkiej pufie, która stała nieopodal, a robił to tylko po to, aby jego najlepszy przyjaciel, małpka imieniem Jerry miała się gdzie wygodnie rozłożyć. Mimo niewielkich rozmiarów małpka była najwierniejszym towarzyszem chłopaka już od dobrych kilku lat. Kto by to spamiętał ile czasu już upłynęło odkąd są najlepszymi przyjaciółmi.

- Jerry zapomnieliśmy o herbacie. – Tom uśmiechnął się szeroko po czym błyskawicznie zdjął nogi z podpórki, omal nie zwalając malca na ziemię.

Jerry spojrzał na niego z lekkim uśmieszkiem i zarechotał. Po kilku minutach mogli już w spokoju na swoich miejscach i powoli oddać się codziennym czynnością. Herbata zaparzona stoi na stole, obok niej talerz z pysznymi ciasteczkami, które oboje uwielbiali, a które co jakiś czas piekła im miła sąsiadka. Mężczyzna już miał brać się za pieszczenie swojej zabawki, gdy nagle coś go tknęło. Dziwne uczucie. Powalające zimno przeszyło całe jego ciało. Tom wstał, wziął dwa drewka i dołożył do kominka, który mimo to palił się już dość silnym płomieniem. - Niespokojnie dzisiaj… – powiedział w stronę małpki po czym podszedł do okna. - Słyszysz? – Małpka błyskawicznie wskoczyła na parapet obficie machając swym ogonem, którym co rusz szturchała swojego pana. Już po chwili tak jak on wpatrywała się przez okno szukając czegokolwiek, czegoś co wydawało owy dźwięk. - To dzwony kościoła. – Położył rękę na głowie Jerrego i poczochrał jego futerko. Malec bardzo tego nie lubił i błyskawicznie odsunął się na bok, by po chwili spojrzeć gniewnie na swojego towarzysza. - Oj wiem, wiem. – Tom uśmiechnąwszy się szeroko po czym wskazał palcem kierunek, z którego dochodzą owe dźwięki.
Spojrzenie kapucynki mówiło wszystko. Trzeba było zacząć się ubierać. Nie było mowy o pieszczeniu Marliyn, strzelby, którą dostał od swego dziadka. - Na dworze jest bardzo zimno… – mówił na próżno, gdyż małpka już stała przy drzwiach gotowa sama sobie otworzyć drzwi i wybiec na zimną noc jeśli chłopak się nie pospieszy. - Poczekaj, muszę wziąć płaszcz.. – szybki ruchem obrócił się na pięcie i zniknął w drzwiach ciemnego pokoju. Nałożył kamizelkę wiszącą na krześle, włożył do niej notes, który akurat leżał na dębowym biurku. Nie mógł znaleźć ołówka. Spryciarz schował się przed nim, spadł pod biurko. Tomowi dłuższą chwilę zajęło odnalezienie go i włożenie na swoje miejsce w eleganckiej kamizeleczce. Znalezienie szafy nie było już żadnym problemem, gdyż była bardzo duża, wykonana z dębu. Otwierała się nadzwyczajnie cicho co było dość dziwne. Czarny jak noc, długi płaszcz wisiał sobie na jednym z nielicznych wieszaków, by już po chwili znaleźć się na ciele mężczyzny. Był na tyle obszerny, że z łatwością zmieściła by się pod nim strzelba, którą w zimowy wieczory dobrze było zabierać ze sobą. Nigdy nie wiadomo co może się wydarzyć. Teraz, jednak czuł, że Marliyn nie będzie mu do niczego potrzebna. W końcu idzie do kościoła. Odłożył ją na zaszczytne miejsce tuż nad kominkiem, gdzie wisiała, gdy Tom jej nie używał, podciągną kołnierz płaszcza najwyżej jak się dało i wyszedł.

Idąc prócz dźwięku dzwonów słyszał jak śnieg przyjemnie skrzypi mu pod nogami, było naprawdę potwornie zimno.

Jerry biegał to przed mężczyzną, to za nim, raz wskakiwał mu na ramię, a raz z niego spadał powodując, że czarny płaszcz szybko robił się biały. Sawyer bacznie przyglądał się okolicy, mimo iż tak to nie wyglądało jego małpka robiła dokładnie to samo. Po kilkuminutowej przechadzce znaleźli się pod kościołem. Młody dżentelmen podszedł bliżej, otworzył lekko drzwi i wsunął się do środka. Nie chciał, aby jego przyjaciel marzł na dworze toteż wpuścił do środka. - Trzymaj się z boku, nie chcę, aby ktoś Cię zobaczył. – Normalnemu człowiekowi mogłoby wydać się to dziwne, gdyż małpka kiwnęła głową, jakby na znak, że doskonale rozumie i wie co ma robić. Święta, święta, święta.
Awatar użytkownika
Vereomil
Posty: 372
Rejestracja: 13 gru 2012, 20:04
Lokalizacja postaci: Targ
Discord: Vere#6712
GG: 46500292
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2524

18 lis 2013, 22:05

Zima nigdy nie była przyjemną porą roku dla bezdomnych sierot. Oliver nie był inny. Mróz i śnieg, który w większości przypadków był zmieszany z błotem, sprawiały, że chłopiec nienawidził ostatnich i pierwszych miesięcy roku. Szedł jedną z ulic. Marzły mu stopy. Chłód rezonował na całe ciało powodując drżenie i gęsią skórkę. Ręce miał skrzyżowane, był zgarbiony. Spoglądał na wszystkich z byka. Był też głodny. Tyle problemów spadło na tak małą, nieporadną istotkę. No, przynajmniej małą, bo z zaradnością to już zupełnie inna para kaloszy. Przydały mu się kalosze. Albo trzewiki. Mogłyby być nawet drewniaki, byle nie drętwiały mu tak nogi.

- Nie lubię zimy. – burknął – Ty też nie, co, Sigi?

Zza kołnierzyka zapiętej kurtki wychyliła się biała fretka. Zadzierając łepek do góry noskiem łaskotała go po szyi, lecz chłopak niczego nie czuł. Było zdecydowanie za zimno, by mógł czuć cokolwiek prócz odrętwienia. Szczękały mu zęby. Jego wzrok wodził po obuwiu przechodniów. Szukał chłopięcych, raczej małych. Najlepiej jakby pasowały. Przecież nie będzie chodził w za dużych. To niewygodne i mało pomocne. Mogłyby być już za małe, ale też nie za bardzo. Jakoś musiał wcisnąć tam stopy.

- Co tam gra. O-otwieranie, zamykanie. Po co to komu. But-tów potrzebuję, a nie jakichś bram. Bram nie ubiorę na stopy, a buty tak, o. – nadal burczał cicho. Trudno stwierdzić czy zwracał się do fretki, czy mówił do siebie.

Nagle dostrzegł chłopca. Najprawdopodobniej rówieśnika. Szedł… sam. Cóż za niespodzianka i zrządzenie losu. Tego potrzebował. Właśnie tego. Nie spojrzał jakie miał buty. Po co? Ważne, że miał. Chciał je mieć i tyle. Co to za filozofia jak wybieranie butów czy coś podobnego? Nie liczy się co było, liczy się, że było, o! Koniec dyskusji. Koniec i kropka. Plan był prosty i zamierzał go właśnie wcielić w życie, bo jak się nie działa to się nie ma. A trzeba działać, by mieć, a by działać trzeba też coś miał. Na szczęście miał nogi, ręce i Sigiego. To mu w zupełności wystarczało. Miał jeszcze ubrania, ale one nie grały roli. No i tabakę, i scyzoryk. No, scyzoryk coś tam znaczył, ale teraz nie o to chodziło.

Plan był prosty. Podbiec. Podłożyć nogę. Ukraść buty. Sigi mógł jeszcze go podrapać po karku czy coś. Taka przysługa. Nic szczególnego, ale jakby go swędziało to by pomogło, nie? Czemu by go nie wprowadzić w życie? A potem jeszcze znaleźć jedzenie. Nie wydawało mu się, by było to trudne. Z pomocą Sigiego wszystko było łatwiejsze. Kradzież w szczególności. Dodatkowo był dobrym przyjacielem i miał ciepłe futerko! Czego więcej potrzeba do szczęścia? Rozmowy? W sumie też by się coś znalazło, więc wszystko w porządku. I o, problem rozwiązany.

Albo jeszcze lepiej! Sigi wejdzie przez nogawkę, zrobi rozgardiasz, a Oliver szybko podbiegnie, przewróci i hyc! ukradnie obuwie. Plan doskonalszy. Potem wystarczyło uciec, by w bezpiecznym miejscu je założyć, a następnie zająć się drugą potrzebą – jedzeniem. Jedzenie także było bardzo ważne. Najlepsze byłoby pieczywo czy coś, co byłoby ciepłe o tej porze, ale też nie gorące, bo nie chciał się poparzyć. Cóż, może był wybredny, ale było trzeba o siebie dbać.

Zamierzał zrobić to równie podobnie co z butami. Sigi robi rozgardiasz, Ollie niepostrzeżenie zabiera, by niepostrzeżeniej uciec i już mniej niepostrzeżenie zjeść gdzieś w kąciku. Schowany w jakimś zaułku pałaszować zdobycz. Taki był kolejny plan. Ten plan też był idealny, bo jaki miałby być? Plan był dobry, bo był wyborny, bo był znakomity. I nikt Oliverowi nie wmówi, że białe jest białe, a czarne jest czarne. Przynajmniej tak się mówi.

Szybko wprowadził oba plany w życie. Już po chwili miał na stopach skórzane trzewiki, które pasowały na jego stopy prawie jak ulał, a w następnym momencie zwiewał już z dwiema bułkami. Nie obyło się bez manewrowania między podwórzami i przeciskania się przez dziury w płotach, ale w końcu mógł skonsumować bułeczki w spokoju. Chciał poczęstować kawałkiem Sigismunda, lecz ten nie był skory do spożycia tego typu jedzenia. Jedynie pokręcił noskiem. Jednakże wpierw zniknąwszy na chwilę za róg wyłonił się zza niego z myszką w pyszczku, którą po chwili spałaszował. Najedzony i ze skompletowanym ubiorem Oliver pogłaskał zwierzątko po futrze, które już po posiłku znów wskoczyło pod kurtkę odnajdując swoją kwaterę w postaci dużej, wewnętrznej kieszeni.

"No, i teraz mogę zająć się zabawą." – pomyślał. Wstał, otrzepał kurtkę ze śniegu. W sumie nie wiedział po co to robił, bo tak czy inaczej była brudna. W końcu ruszył na przygodę. Zamierzał pokręcić się wokół kościoła. Porozglądać to tu, to tam. Posłuchać przechodniów. Kto wie? może znajdzie się ktoś, kto coś wie na temat tych drzwi czy jak to się tam nazywało. Chociaż poszlaki. A przecież przy dziecku nie będą się krępować. Kto by się przejmował małym Oliverem i jego białą fretką Sigismundem?

Awatar użytkownika
Azur
Posty: 317
Rejestracja: 13 gru 2012, 21:38
GG: 21882886
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2374

19 lis 2013, 00:55

Muzyka

13 grudnia, ciemna noc.

H

olmes nie był osobą towarzyską. Działał tu na własną rękę, chciał chyba pozostać niezauważony. Spał cały dzień, o dziwo całkiem dobrze. Może to ta podróż, a może niezwykła urokliwość tego sielankowego miejsca sprawiły, iż odpoczynek był mu tak miły. Dawno nie brał urlopu. Był tutaj samotny, acz szczęśliwy. Na swój własny sposób. Gdy wychodził z hotelu, oddając przy okazji klucz, sam chyba nie wiedział czego się spodziewać. Obce miasto, obcy ludzie, ta sama gra. Brał już w niej udział. To było dawno, dawno temu. Pamiętał to bardzo dobrze. Rozgrywka była ciężka, acz bardzo wyrównana. Oby tym razem było lepiej. Jeszcze nie znał współzawodników, acz coś mu mówiło, iż szybko się to zmieni. Pogonił delikatnie psa, kundelka, którego zwykł zwać Watson. Bardzo rozpoznawalny, bo z białą plamką na prawym uchu. Wyróżniała się ona dość mocno, wśród czarnej sierści jaką był on obleczony. Co ciekawe, pies nawet się nie sprzeciwiał. Był bardzo ufny. Może i za bardzo. To Sherlock był tutaj mózgiem całej operacji. Watson był raczej od węszenia. I rzeczywiście, coś zwietrzył. Wśród bicia dzwonów dało się usłyszeć jego głośny szczek. Zmierzali w stronę świątyni boga. Boga, który może się okazać jedynie zabobonem, gdy na świat przyjdą Starsi Bogowie…

James Howlett. Przypominający swego psa, dokładnie ogolony, dżentelmen. Drzwi zamknęły się gładko, trudno by je było wyważyć pod jego nieobecność. Wychodząc z budynku poczuł narastający chłód. Im dalej w noc, tym większa szansa na przeziębienie czy też szczękanie zębami. W jego przypadku mogło się to także skończyć pewnego rodzaju zmianami skórnymi oraz dużymi problemami. Acz, nie wyglądał jakby się tym przejmował. Ponadto, jego zainteresowanie miastem było nader pożądliwe. Chłonął informacje w zawrotnym tempie osoby, która nie zamierzała dać się zaskoczyć byle gratką. Słynny Sherlock Holmes mógłby się od niego uczyć! Okolic w jakiej się znalazł wydawała się dość spokojna. Kilka domów, raczej brak sklepów. Prawdopodobnie owa ulica nie stanowiła głównej części miasta. East Gold Street, musiał to dobrze zapamiętać. Idąc dalej, napotykał coraz więcej ludzi, spieszących ku swym interesom oraz żebrzące dzieci, całe umorusane i niezwykle chude. Logan nie wyglądał na szczęśliwego z powodu przechadzki. Jego długie łapy grzęzły w śniegu, zaś nos wyraźnie czuł coś złego. Coś, co kompletnie mu nie pasowało. Przechodząc w stronę kościoła, James mógł się dokładnie przyjrzeć Main Street. Wyglądało na to, iż to właśnie tam znajduje się większość sklepów oraz codzienny targ. Wskazywałyby na to ledwo złożone stragany, czekające na swych kupców, aż zwleką się rano z łóżek i zaczną je użytkować. Kościół okazał się być dość sporym. Drewniane deski, mające pewnie już przynajmniej ze sto lat, wyglądały na niezwykle podniszczone. Mimo tego, nie wyglądało na to, iż ktoś się tym zraził. W kościele było tak tłoczno, iż miast zamknąć porządnie drzwi, coby wiatr nie wpadał, stały one otworem. Tłum wiernych śpiewał jakąś rzewną pieśń, usypiającą niemalże. Logan podkulił uszy. Wyraźnie czuł aurę bijącą od tego miejsca. Gdzieś tam, w środku bądź na zewnątrz, musiało być coś ważnego. Oczywiście, jego pan nie mógł tego czuć. Czyżby?

Warren. Warren Brown. Gadający do kruka i pijący naprawdę sporo whiskey. Chwilę później kruka już nie było, zaś on sam ubierał się do wyjścia. Beżowy prochowiec, naprawdę wspaniały, leżał na nim jak ulał. Do tego buty, ah te buty. Zadbane, naprawdę ładne. Może to dzięki nim zdołał sobie zaskarbić przyjaźń sąsiada, który odwiedził go dziś rano. Chciał się przywitać, był dość niepewny. Twierdził, iż w okolicy pojawiło się ostatnio sporo dziwadeł. Bał się, iż pan Brown będzie kolejnym z nich. Okazało się jednak, iż martwić się nie musi. Uspokojony opowiedział trochę o mieście. Miła przysługa. Ulice były o tej porze trudne do przejścia. Pełno grud śniegu i innego syfu, niewiadomego pochodzenia. Buty się ubrudzą, spodnie prawdopodobnie też. Do kościoła było niedaleko. Co skłoniło jegomościa do pójścia tam? Chyba jedynie chęć przejścia się po zimnej, grudniowej nocy. Gwiazdy dziś nie dopisały, zasłoniły je dość kaprawe, w myśli mężczyzny, chmury. Nie były one mu w niczym potrzebne, zaś jedynie utrudniały ciężką przeprawę. Kościół był dość mocno oświetlony. Ładny, acz nie nowy. Dużo wiernych i coraz więcej niepewności. Coś go tam pchało, czuł to, acz nie okazywał.

Wielki, czarny kruk siedział na jednym z krzyży kościoła. Dokładnie obserwował ludzi pod nim, szczególną uwagę skupiając na dwóch jegomościach. W jednym z nich dopatrzył się kogoś znanego, w drugim czegoś bardzo niedobrego. Zauważył jednakże swego pana, do którego podleciał jak najszybciej. Zakrakał żałośnie, przypominając rozdzierany materiał. Począł wskazywać dziobem, w którą stronę ma iść jego pan. Nox miał oko. Nox się nie pierdolił. Był najbłyskotliwszym krukiem, jakiego wydała matka ziemia.

Wśród tłumu stał także młody chłopak. Na oko miał około dwudziestu pięciu lat, po prawdzie trochę więcej. Na ramieniu miał małpkę. Jej zaletą było to, iż mogła się wszędzie wślizgnąć. Tłum przed kościołem był zbyt duży, by wejść do środka, toteż stali na zewnątrz. Jerry był wyraźnie niespokojny. Jak gdyby wiedział coś, o czym jego pan nawet nie śnił. Oglądał się za siebie i niemal co chwilę tykał Toma w plecy. Skakał jak najęty i coś tam do siebie gadał. Zupełnie nie dawał słuchać mszy. Oczywiście, Gra się już zaczęła, więc miał prawo do takich zachowań. Acz przecież był nauczony, iż nie można przerywać w takich momentach. Nie uspokoił się także, gdy gdzieś w pobliżu zawarczały psy. Nastroszył futerko i sam począł syczeć. Nie usłyszą go wszakże, acz to ludzka sprawa psioczyć. Jerry był mądry jak człowiek. Wolno mu było mówić co chciał. Pozostaje jednak sprawa jego zachowania, której należałoby się przyjrzeć uważniej.

Oba psy poczęły warczeć. Kto normalny prowadza psy do kościoła? Wyczuły się wzajemnie i powiadomiły o tym swych panów. Jeden ocierał się o nogę, drugi szarpał nogawkę. Odnaleźli się. Gracze.


Muzyka

14 grudnia, poranek.

N

iedziela okazała się dniem miłym i ciepłym. Mimo wszechobecnego śniegu, dało się dostrzec niezwykły, jak na tę porę roku, ruch. Obwoźni handlarze, sprzedawczykowie czy też zwyczajni ludzie wylegali na ulicę, by pozbyć się swych towarów. Atmosfera była miła i lekka, wprost idealna dla złodziejaszków. Kto by się w końcu spodziewał, iż dwójka młodocianych rabusiów będzie się przechadzała uliczkami?

Gemma Doyle. Ładna, młoda dziewczynka. Prawdopodobnie jeszcze nigdy nie miała do czynienia z mężczyzną. Chyba, że za takiego uznamy jej psa. Całkiem ciekawy z niego zwierzaczek. Wyglądał tym zacniej, przedzierając się przez kolejne muldy na drodze, szczęśliwy na widok swej pani. Tak, to naprawdę miły i zacny jegomość. Kto by pomyślał, że szlajać się będzie z takim obdartusem jak Gemma. Jednakże, wyraźnie na coś wskazywał. Wyglądało na to, iż zwietrzył jakiś trop. Wcinając szybko bułkę, starał się pokazać swej pani drogę. Jak gdyby jedynym słusznym miejscem w jakie należy iść, był kościół. Ona sama także czuła, iż jest to pewnego rodzaju zaproszenie. Gra się już zaczęła, na pewno w mieście było ich więcej, toteż będzie się musiała z nimi spotkać prędzej czy później. Tym lepiej dla niej. Jeśli był ktoś, komu mogło zależeć na towarzystwie, to na pewno była to ona. Samotna dziewczyna na zimnej ulicy… to trudny i smutny obraz. Nie przejmowała się tym jednakże, przecież właśnie szła szukać grosza. Raźno i jak facet, w za dużych spodniach, oklapłych na płaskim tyłku. Wyglądała dość zabawnie, wraz z towarzyszącym jej kompanem. Tak pewna siebie, tak niewinna i słodka. Jak dojrzałe jabłko, które jakimś cudem utrzymywało się na gałęzi smaganej wiatrem. Gdy dotarła pod kościół msza właśnie trwała. Pusty, wydeptany plac zajmowała jedynie jedna, dość mała osóbka. Chłopiec. Umorusany, brudny chłopiec. Prawdopodobnie także żebrak. Ale jaki żebrak, król żebraków chciałoby się żec…

Oliver Twine. Mały, brudny blondynek. Od samego rana na nogach, razem ze swą fretką. Nie odznaczała się ona niczym specjalnym na tle śniegu, była całkowicie bielutka. Niczym mały okruch bryły białego puchu, toczyła się ona po śniegu. Pozostawał jeden problem. Biedny maluch nie miał obuwia. Postanowił więc je zwędzić, sprytnie wykorzystując swego futrzanego przyjaciela. Potem jeszcze zdobyć jedzenie i byłby już szczęśliwy. Wyglądało na to, iż plany się powiodły, gdy stał w nowych trzewikach i zajadał ciepły bochen czarnego chleba. Był dość twardy i przyjemnie chrupał między zębami. Mógłby się nim zajadać cały dzień, gdyby się on tak szybko nie skończył. Sigi zaś zjadł myszkę. Prawdopodobnie była bardzo smaczna, gdyż strzygł wąsikami aż miło. Gdy miał już wejść do wewnętrznej kieszeni, zaczął wąchać powietrze. Zwierzęta są bardziej wyczulone na pewne rzeczy, o czym Olivier prawdopodobnie wiedział, przebywając w towarzystwie fretki tak długo. Wracając jednakże do Sigiego, wyraźnie wskazywał w stronę kościoła. Tam też ruszyli, oczekując dnia pełnego zabawy.

Tak, przed nią, wśród śnieżnego pyłu i na tle drewnianego kościoła, stał on. Król. Poznała go od razu, choć dopiero po chwili zrozumiała z kim ma do czynienia. W Lodynie wiele o nim mówiono. Podobno był naprawdę szybki. Na swój sposób był dość ładny. Nie tak, aby podobać się praktycznie dorosłej już pannicy, acz urok posiadał. Gdyby był kilka lat starszy mógłby prawdopodobnie pretendować do miana najlepszego ciasteczka do schrupania. Acz, w takim przypadku, był jedynie gówniarzem z ulicy. Corgi począł się dziwnie zachowywać. Tak jakby przeszkadzała mu obecność młodego. Była ona także dość dziwna. Tak znana osobistość w takiej dziurze? Wietrzyła, tak samo jak pies, coś niezwykle tajemniczego. Miał w sobie to coś, coś co sprawiało, iż człowiek staje się kimś. Ona także miała coś takiego. Może to właśnie to sprawiło, iż znajdywała się teraz tutaj, a nie w Londynie? Bo została w jakiś sposób wybrana, do czegoś większego? Może.

Msza już się zaczęła. Przyszedł trochę za późno by działo się coś ciekawego. Prócz nienaturalnego zachowania Sigiego, który cały czas patrzył na kościół, nie było tutaj niczego do roboty. Gdy miał już wracać, by poszukać szczęścia w innej części mieściny, przed jego oczyma ukazała się dziewczyna. Ładna, dość zgrabna, acz strasznie umorusana. Baba. Można ją było ograbić, można też się było pobawić. Do niego należał wybór. Czuło się od niej coś dziwnego, ale to się czuje od ponad połowy żebraków. I jeszcze ten Sigi…
Awatar użytkownika
Ropień
Posty: 193
Rejestracja: 20 paź 2013, 15:26
Lokalizacja postaci: Lwi Bród
GG: 6550057
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2770

19 lis 2013, 08:21

Kiedy Holmes szedł uliczką, mogłoby to wyglądać na zwyklą przechadzkę. Ale czy taką było? Przechodzień zobaczyłby mężczyznę w płaszczu, który jest po prostu pochylony i wpatruje się we własne stopy. Jak było z punktu widzenia Sherlocka? Jego oczy były ukryte pod melonikiem, mógł bezpiecznie oglądać wszystko dookoła, toteż tak robił. Ślepia Holmesa strzelały na boki, wręcz łaknąc informacji. Miały za zadanie zobaczyć wszystkie miejsca, które mogą się przydać, a mózg musiał je zapamiętać. To raczej nie było dla niego trudne. Przez wiele lat detektywistycznej pracy, pamięć Sherlocka stała się wręcz legendarna. Nie miał zamiaru machać głową jak idiota, żeby się zdradzić. Pewnie niejeden gracz tak zrobił. Dla Sherlocka to było jawne zdradzanie swoich zamiarów. On sam nie miał zamiaru nikomu mówić, że bierze udział w grze. Bo po co? Tylko dodawał sobie konkurencji, co mądrą rzeczą nie było, bynajmniej.

Jak czuł się Holmes, może ktoś spytać. Jego twarz pozostawała nieprzenikniona, a oczy ukryte. Nikt z przechodniów nie wyczytałby z niego żadnych emocji. Ale tak nie było, o nie. Pod jego czaszką aż się kotłowało. Myślał o tym wszystkim, w szczególności o stronie, którą wybrał. Czy na pewno była słuszna? Co, wszyscy z graczy okażą się jego wrogami? Sherlock zawsze będzie miał dwóch odwiecznych przyjaciół do pomocy. Watsona i podstęp. Mógł udawać, że przyjechał tu w zupełnie innej sprawie. Bo co sławny detektyw ma do tych wszystkich zabobonów? Otóż nic a nic. Nie sądził, że ktoś będzie podejrzewał go o udział w grze. Prawdopodobnie był tu jedynym domyślnym i tym, który specializuje się w sztuce detektywistycznej.

Holmes od razu zobaczył, kiedy jego pies zaczął się inaczej zachowywać. Coś wywęszył. Sherlock rzucił krótkie "prowadź". Pies był szkolony, aby rozumiał takie komendy. Detektyw odruchowo poprawił pas, do którego był przypięty nóż. Nadal palił fajkę, z jego ust czasem unosił się dym, który przybierał różne postaci. Były tam kółka, całe chmury, które dziwnie się zachowywały i inne. Ciągle szedł za swoim psem, który najwyraźniej się nie spieszył. Dobrze. Pośpiech to zły doradca. Sherlock nie miałby czasu na dokładne przeanalizowanie terenu. Musi znaleźć najodpowiedniejsze miejsca do walk, jak i spekulacje to umiejscowienia bramy.

Koło siebie usłyszał głosy wiernych, prychnął cicho. Pies doprowadził go już do wrót kościelnych, ale chciał iść dalej. Holmes nakazał mu się zatrzymać. Tutaj poczekają. Wszyscy uczestnicy gry mieli swoje zwierzęta, po tym ich pozna. A oni poznają jego. Syknął nerwowo. Kompletnie zapomniał o tym aspekcie. Przez chwilę myślał gorączkowo. Przecież psy to doskonali tropiciele, może powiedzieć, że go przygarnął, aby tamten pomógł mu w dochodzeniu, które tutaj prowadzi. Automatycznie pojawiła się wymówka dla niego. Musi dodać więcej szczegółów. Może morderstwo lokalnej hrabiny? Tak, to brzmi wiarygodnie. Szlachta często wzywała sławnych ludzi, takich jak on – nie chwaląc się. Chyba mieli za dużo pieniędzy.

Po chwili uświadomił sobie pewną rzecz. Przewaga, której szukał, leżała tutaj. Wyjął przysmak dla zwierząt, myśląc, zgniótł go w ręce. Następnie rzucił go psu. Wiedział, że taki raczej mu niezabardzo zasmakuje, ale Sherlock zwykle gniótł coś w ręce, kiedy myślał.

Nagle pośród ludzi coś Sherlockowi mignęło. Jego pies zaczął zachowywać się inaczej niż zwykle. Przestał słuchać jego komend, zaczął ocierać mu się o nogę. To musiało znaczyć, że gracz jest blisko. Zbyt blisko. Obawiając się ataku od tyłu, Holmes cofnął się pod ścianę tak, aby widział wszystko dookoła. Już wiedział, co mu mignęło. To było zwierzę, które teraz wyłoniło się z tłumu. Wilczur. Wyglądał bardziej jak wilk, ale miał kilka psich cech. Czy ktoś byłby na tyle szalony, aby mieszać wilka z psem? Cóż za eksperymenty! Chwilę za zwierzęciem, wyłonił się pan. Gracz, zdecydowanie – pomyślał Sherlock.

Awatar użytkownika
Xariel
Posty: 915
Rejestracja: 23 mar 2013, 16:28
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 11721007
Karta Postaci: viewtopic.php?p=42135&highlight=#42135

19 lis 2013, 16:54

James spokojnym krokiem dotarł na rynek. Logan zachowywał się niespokojnie i choć jego właściciel sprawiał wrażenie, że zupełnie się tym nie przejmuje nie omieszkał tego zauważyć. Tutaj coś było. Skupienie wilka na kościele nie umknęło uwadze Howletta, o nie. Kto jak kto, ale on potrafił się dogadać ze swoim psem. A jego pies potrafił dogadać się z nim. Każdy pies był bystry, Logan był kurewsko bystry.

Stałby tak przez chwilę, gdyby nie to, co jego kompan postanowił uczynić później. Wyczuł z nagła innego psa, nie pierwszy raz zresztą… i zaczął na niego warczeć? James spojrzał na wilka marszcząc brwi, szturchnął zwierzę lekko w bok, by skarcić go za jego zachowanie. Było głupie, a przed chwilą przecież stwierdził, że Logan nie jest głupi.

- Spokojnie, stary. Oszalałeś? – mruknął. Wiedział, że zapewne zachowanie psa nie jest bezcelowe, ale nadal pozostawało bezsensowne. Położył dłoń na jego plecach mrucząc cicho, by pokazał co znalazł. Tak też ruszył we wskazaną przez zwierzę stronę. Warczeć się zachciało.

Zobaczył nieznajomego, którego twarz jednak zdawała się znajoma, zadziwiające. Czyżby ktoś znany? Nie ważne. Przystanął w odległości niecałych pięciu metrów od tamtego człowieka. Wyglądał na przestraszonego. No tak, pewnie przez Logana.

- Spokojnie, nie ugryzie. Przepraszam za jego zachowanie, jest dziś strasznie niespokojny. Zwykle pozwalam mu prowadzić na spacerach, ale nie myślałem, że przyjdzie na rynek i zacznie warczeć na inne psy. – powiedział spokojnie. Szturchnął Logana znów w bok, dając mu do zrozumienia, że powinien się zachowywać jak na inteligentne stworzenie przystało, a powarkiwać nie gniewnie. Zerknął kątem oka na psa nieznajomego. Kundelek, ot. Dobrze, że jego psu nie wpadło do głowy coś głupszego niż warczenie, nie byłoby czego zbierać.

Wciągnął głęboko powietrze, po czym wypuścił je z cichym westchnięciem.
- Zimna dziś noc. – stwierdził ni stąd ni zowąd, chowając zmarznięte ręce do kieszeni płaszcza.
- Wydaje mi się, że skądś pana kojarzę. – dodał.

Wróć do „Sesje pozafabularne”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 8 użytkowników online :: 0 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 8 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika
Liczba postów: 52147
Liczba tematów: 2970
Liczba użytkowników: 1042
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: xXVukoXx
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.