Ciemna noc grudniowa

Miejsce, w którym każdy może wcielić się w rolę Mistrza Gry i poprowadzić wcześniej przygotowaną sesję umieszczoną w dowolnych realiach.
Awatar użytkownika
Azur
Posty: 317
Rejestracja: 13 gru 2012, 21:38
GG: 21882886
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2374

Ciemna noc grudniowa

17 lis 2013, 22:35

Muzyka
Obrazek
Ciemna grudniowa noc. Płatki śniegu powoli opadające ku ziemi. Piękny zimowy widok, skąpanego we mgle miasta. Kilka małych bryczek, wracających z Londynu, po zaopatrzeniu się w niezbędne produkty. Kościół, pobrzękujący raz po raz dzwonem, wzywający na wieczorną mszę. Dzieci biegnące do domów, zimne jak bałwany. Jakiś samotny dżentelmen, palący fajkę na ganku swego małego domku. Niesamowity spokój, którym szczyciła się owa wioska na obrzeżu. Już za miesiąc, nie dłużej, okaże się, czy świat został ponownie uratowany. Od pokoleń zwyciężali zamykający. Czasem ledwo, czasem przypadkiem, zdarzało się także, iż zdobywali niesamowitą przewagę. Czy tak będzie tym razem? Czas pokaże. Pozostaje jedynie mieć nadzieję, ten dziwny pierwiastek człowieczeństwa, który siedzi nawet w najbardziej przeżartych złem bestiach. Rozdartych pomiędzy uczucia, jakie czuje w stosunku do ludzkości… a Starszych Bogów. Istoty tak potężne, iż mogłyby zniszczyć świat. Istoty, które nie widzą przebaczenia, litości, współczucia. Rasa panów, którzy przybędą rządzić światem. Niepodzielnie i bardzo krwawo.

Co do zamykających… Dziwni ludzie. Walczą za każdym razem, przeżywają – w większości. Acz nigdy nie zdarzyło się tak, by któryś opuścił grę z własnej woli. Zawsze była to śmierć, bądź jakiś niefortunny wypadek. Ale kto tam wie, może to po prostu Starsi Bogowie nasyłali na nich swoich poddanych? Macki z oddali kierowały bezsilnymi, małymi ludźmi? Kto by pomyślał, a jednak. Cóż, nie zdradzając jednak wiele…

Brama póki co pozostaje zagadką. Wszyscy wiedzą, że znajdzie się gdzieś w centrum zamieszkania graczy, acz nikt nie posiada dokładnych informacji gdzie. Pozostają spekulacje, wierzenia, przepowiednie. Ostatniego dnia i tak wszystko jest jasne. Bywało i tak, że nikt nie odnalazł bramy, więc wszyscy rozchodzili się do domów w spokoju. Tym razem wszystko będzie inaczej. Podświadomie każdy z graczy spodziewał się czegoś większego, wspanialszego. Kierowały nimi różne przesłania. To przelatujący kruk, to oczy patrzące z oddali, to znów dziwny sen. Wszystko wskazywało na krwawe rozstrzygnięcie. Ponadto, gracze chyba dopisali liczebnością. Im bliżej rozgrywki, tym więcej było dziwnych zdarzeń w okolicy. Komuś zniknął pies, innym razem podpalono chatkę na uboczu. Bardzo dziwne.

Okiem prostego mieszczanina:

13 Grudnia

W okolicy pojawił się bardzo znany detektyw, Sherlock Holmes. Nie ma wątpliwości, iż jako następstwo dziwnych wypadków. Jako, iż mężczyzna był dżentelmenem, starał się nie wydawać na zbytni widok. Prowadził dochodzenie w spokoju i harmonii. Bez jakichkolwiek podejrzeń właściwego celu przybycia. Bo kto by się spodziewał, iż arystokrata jego pokroju, będzie się bawił w jakieś dziwne, tajemnicze i groźne, rytuały. Chyba tylko szaleniec. Wielki Detektyw nie był przecież tego typu człowiekiem. Był spokojny, ułożony, miał także w zwyczaju pić herbatę o godzinie piątej. Przykładny Anglik. Nie to co Ci… Ci, którzy zjawili się niedawno… ulicznicy…

Była ich dwójka. Przyjechali nie wiadomo skąd, nikt nie wie po co. Jeden mniejszy, taki kurdupel z deka, a druga trochę większa, ładna nawet i pewnie już któryś z chłopów by się za nią wziął, gdyby nie obawa, że złapie jakieś skurwysyństwo. Ciekawe czy ona się w ogóle goliła. Brudna pinda, tfu! Tylko się to tałatajstwo po mieście plącze, tylko lata jak pogrzane, pewnie i kradnie i rabuje. Tylko problemy przyniosą. Dużo problemów. To nie na mój umysł! Nie to co Tom, młody tom…

Tom Sawyer. Chłopaczyna jest zawsze ogolony, miły i do tego ma takie pocieszne zwierzątko. Porządny obywatel, nic dodać, nic ująć. Poznałem także niedawno pana Warrena. Jego nazwisko to chyba Brown, acz nie mam pamięci do tego typu spraw. Wydaje się porządnym gościem, przyjechał dość niedawno. Mimo tego, iż jest obcy, nie obawiam się przy nim o swoje zdrowie. Ma rewolwer. Niewielu je ma. Natomiast pan James Howlett… to ostry gość. Wydaje mi się, iż będą z nim problemy. Ma oczy wilka, takie jak jego pies. Żona mówi, iż gderam bez sensu, acz ja wiem swoje. Będą z nim problemy…

Na PW otrzymaliście wytyczne co do miejsca waszego zamieszkania. Wolę, abyście sami je opisali, nie odbierając wam tej przyjemności. Dodam jedynie, iż panuje zima, zaś jesteśmy w Anglii. Ponadto, na PW otrzymaliście dokładnie określony przedmiot, jaki wam przynależy, oraz opis jego działania. Możecie już z niego korzystać, a nie chcąc go ujawniać, wysyłać mi o tym noty na PW. Na razie nie wiecie, gdzie znajdują się inni gracze. Dobrym rozwiązaniem byłaby przechadzka. Macie także dowolność w poszukiwaniu innych magicznych artefaktów, jeśli to was kręci. Grę czas zacząć, życzę miłej zabawy.

Btw, wasze zwierzęta rozumieją co do nich mówicie, więc możecie im nakazać coś robić.
Awatar użytkownika
Desabia
Posty: 128
Rejestracja: 16 paź 2011, 13:37
GG: 8551012
Karta Postaci: viewtopic.php?p=14514&highlight=#14514

17 sty 2014, 17:45

N

ie podobała jej się sytuacja, kiedy większość rzeczy szła nie po jej myśli, zupełnie tak jak teraz. Mieli chronić czarownicę, ale przed czym… A może przed kim? Na razie był tu tylko ten pomylony hrabia, który zapewne był Graczem, ale nic innego z Grą wspólnego nie miał. Nie wiedział przecież o niej prawie nic. Przecież Oliver wiedział o tym więcej, a był on od niego dużo młodszy.

S

poglądała na Drakulę, mrużąc oczy. Udawał, że jest zabawny, ale średnio mu to wychodziło. Jakby chciał odwrócić uwagę od tego, że czuje się od nich lepszy. Głównie przez to, że ma pieniądze, które może wydawać na prawo i lewo. Ona czuła się przywiązana do swoich nieco za dużych butów i cerowanego płaszcza. Nie potrzebowała od życia więcej niż przeżycia kolejnego dnia i zaśnięcia z pełnym żołądkiem, który nie skręca się z głodu. Takie życie jest najlepsze. Proste, bez błahych problemów ludzi z pieniędzmi.

Wykarmić całą wieś? To chyba lepsze od wszystkiego, co zrobiłeś w swoim życiu…– odcięła się wampirowi. Powoli wpadała w co raz gorszy nastrój, który sprawiał, że irytowali ją wszyscy dookoła. Chciała by poszli sobie gdzieś daleko od niej, zostawiając ją samą z Psem, który w tej chwili spał na kamiennej posadzce kościoła, schowany pod ławką.

U

słyszała kroki kolejnej osoby wchodzącej do świątyni. Ciarki przemaszerowały po jej plecach, chyba nie z powodu zimna. Obrzuciła jegomościa niegościnnym spojrzeniem. Nie spodobał jej się w ogóle z tą krzaczastą fryzurą, brodą i w ogóle. Gdyby nie sytuacja, najchętniej trzymałaby się od niego możliwie jak najdalej.

Jeżeli cokolwiek się stanie, broń Wim. Może nie za wszelką cenę, ale postaraj się. –Wyszeptała na ucho do Olivera, kiedy ten się do niej przytulił.

W

stała powoli z ławki i podeszła do hrabiego. Wyglądała przy nim jak karzełek, on przy niej jak wielki strach na wróble. Zmarszczyła swój zadarty nos i spojrzała z ogromnym niesmakiem na obydwu dżentelmenów, chociaż na takie miano zupełnie nie zasługiwali.

Panowie, może zamiast skakać sobie do gardeł, usiądziecie w spokoju, najlepiej w dwóch różnych kątach i…– głos jej się załamał. Na co mieli czekać? Aż czarownica skończy miksturę? A może będą tutaj czekać do usranej śmierci, kiedy zdechną z niecierpliwości oczekiwana na coś, co nigdy się nie stanie? Może to nowoprzybyły jest osobą przed którą mają chronić czarownicę?
Awatar użytkownika
Mork
Posty: 90
Rejestracja: 31 sty 2013, 17:57
Lokalizacja postaci: Kanały
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2493

17 sty 2014, 19:33

[/oldsize]

"Powołał go Pan
Na słup.
Na słupie miał dom
I grób.

A ludzie chłopaka na szafot przywiedli,
Unieśli mu głowę w muskularnej pętli.
Powołał go Pan
na stryk.

Powołał go Pan,
By trwał.
By śpiewał mu pieśń
i piał.

A ludzie dziewczynę wśród przekleństw gwałcili
I włosy jej ścięli, i ręce spalili.
Powołał ją Pan
na gnój.

Powołał go Pan
Na słup.
Na słupie miał dom
i grób

A ludzie mych wierszy słuchając powstają
I wilki wychodzą żerującą zgrają…
Powołał mnie Pan
Na bunt."

Pip. – oznajmił Sigi. Był przerażony, wyczuwał coś. Olivier chciałby końca, chciałby aby zmory odeszły. Nie potrzebował tego, nie chciał. Był jedynie małym, zagubionym chłopcem. Chłopcem bez perspektyw i poczucia czasu, acz z niebywałą zdolnością do odnajdywania właściwej drogi. Chłopcem, który powinien być już martwy… Tylko dzięki Gemmie nadal żył. Była dla niego ostroją, przyjacielem, może nawet czymś więcej. Kto by pomyślał, że w tak małej duszyczce mogą gromadzić się tak głębokie emocje. Gdyby Twine wierzył w Boga, prawdopodobnie teraz by się do niego modlił. Nie wierzył jednakże, toteż modlić się mógł jedynie do Gemmy. Do swej miłej przyjaciółki, w pocerowanych rajtkach i o rudych kłakach.

W

łaściwym twierdzeniem byłoby, iż Gemma nie wiedziała co robi pakując się między młot a kowadło. Nigdy przecież nie wiadomo co strzeli do głowy wampirowi i dwóm wilkołakom. Jednakże, powinna spodziewać się, iż jest zbyt mała i niedoświadczona by chociażby ogarnąć skrajną część gry, która trwała wokół. Ledwo widzialne gesty, ruchy dłońmi, skupiony wzrok – to wszystko miało sens i układało się w logiczną całość. Wytrawny obserwator mógłby w przeciągu sekund odgadnąć kolejne posunięcia mężczyzn, ona jednakże była jedynie małą dziewczyną, która wpakowała się nie tam gdzie powinna. Przygnębiający obraz młodej dziewczyny, która chciałaby zatrzymać pistolet, wkładając w jego lufę kwiat.

W

tym samym czasie hrabia złożył swe wampirze usta i zagwizdał. Dźwięk, niesamowicie skomponowany i dokładnie wyrażony, nie doszedł jednakże do uszu Gemmy i Olivera. Trzeba jednak przyznać, iż zarówno James jak i Wim posłyszeli urywki skrzeku. Nieludzkiego, prawdopodobnie zakrawającego o dźwięki, jakich nawet pies nie zdoła usłyszeć. Lecz urwał, tak samo niespodziewanie jak zaczął. Chwila rozmowy, Howlett był już przygotowany. Wiedział, że coś musi nadejść. Wiedział zbyt dokładnie. Przygotowany na każdą ewentualność, spokojny niczym mnich ze wschodu. Zachowanie raczej niespotykane wśród wilkołaków, szczególnie w towarzystwie wampirów.
Obrazek

T

o, co stało się kilka sekund później, zaskoczyło wszystkich zebranych. Nawet Drakula, pan ciemności i wszelakiej rozpusty nie mógł przewidzieć, iż drzwi dzwonnicy zostaną wyważone. Odskakując na zawiasach przepuściły przez powstałą dziurę duży, czarny punkt otoczony kilkunastoma mniejszymi. Chwila, dosłownie mrugnięcie oka i z większego punktu wystrzeliła ręka, łapiąc się skraju muru. Mniejsze punkty runęły, niczym czarne ostrze, w stronę Jamesa Howletta. Ten jednak był już przygotowany. Na kilka chwil przed stycznością z pierwszym z nich rozrzucił przed sobą pył, jaki dotąd ukrywał w małym woreczku schowanym wśród licznych kieszeni płaszcza. Efekt przerósł nawet najśmielsze oczekiwania. Nietoperze poczęły zmieniać się w powietrzu, próbując w jakikolwiek sposób wyrwać się z więzów czaru – było już za późno. Nim pierwszy z nich dosięgnął kudłatej ręki, nim jego pyszczek i małe ząbki zagłębiły się w ciele wroga… był już żabą. Małą, brzydką i lekko kosmatą żabą. Żabą, która runęła w dół. Jej współbracia także. Plan wampira przerodził się w farsę. Miast zmasowanego ataku nietoperzy, wściekłych niczym stado bizonów… miał deszcz zielonego gówna. Deszcz pierdolonych, małych żabek. Niezdolnych do ataku, niezdolnych do obrony. Część z nich roztrzaskała się na posadzce, część uszkodziła. Parszywy, mrożący krew w żyłach rechot rozległ się wśród ścian kościoła. Lecz nie był to rechot Drakuli. Był to rechot jego wspaniałego planu, który postanowił zmienić się w niewypał.

K

siądz zwisał, jedną ręką wczepiony w kamienie. Naturalnym w takich sytuacjach byłoby złapanie się drugą ręką, co też uczynił niezwłocznie. Podciągnięcie się z takim brzuchem graniczyłoby z cudem, toteż nawet nie próbował. Przerażenie jego sięgało zenitu, wpakował się w tak wielką sprawę. Wampiry, wilkołaki, pewnie nawet elfy… a teraz jeszcze te cholerne nietoperze. Schodził sobie spokojnie z dzwonnicy, gdy pchnęły go na drewniane drzwi, oddzielające schody od kościoła. Rozpęd, jaki uzyskał zataczając się na schodach, pozwolił mu wybić je ramieniem a następnie wypaść za próg. Gdyby nie wrodzone zamiłowanie do uprawiania sportu za młodu, teraz byłby prawdopodobnie jedynie czerwoną plamą na tle mozaiki, którą sam postanowił wbudować w podłogę.

A więc to tutaj podział się mój żabi pył. – Wim nie wyglądała na zadowoloną. Raczej zirytowaną, pełną goryczy i… jakby mniej zwierzęcą. Rękawem otarła kropelkę eliksiru, spływającą powolnie po gładkiej brodzie. Jej aksamitna skóra lśniła pięknie, jej gładkie dłonie zdawały się bielone. Jedynie oczy zdradzały, iż nie była człowiekiem. Stała wyprostowana. Nic więcej się nie liczyło, tylko James.
Przyszedłeś tu po coś… nie po mnie, chciałabym rzec. – w głosie dało się wyczuć smutek, którego nie zdradziła postawa. Najwyraźniej nadal odchorowywała psychicznie ich nieudaną znajomość, wyrzucając ją z głowy na rzecz ważniejszych spraw.
Nie chcę zabijać w pełnię. Ale Ty, Ty jesteś inny… gwałtowny, pełen emocji. Podejrzewam, że rozerwiesz tutaj każdego, byleby dostać się do mikstury. Dam Ci ją… – głos załamał się, jak gdyby niepewny czy powinien dalej działać – o ile oddasz mi wszystkie swoje artefakty. Nie chcę Cię mieć na karku za te kilka dni. Byłbyś tylko przeszkodą. – odwróciła wzrok, najwyraźniej nie mogąc znieść widoku Jamesa. Na policzku pojawiła się łza.
Awatar użytkownika
Xariel
Posty: 915
Rejestracja: 23 mar 2013, 16:28
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 11721007
Karta Postaci: viewtopic.php?p=42135&highlight=#42135

17 sty 2014, 21:33

Był gotowy, musiał być. Tego uczył się przez te wszystkie lata. Liczył na to, że Drakula nie uderzy, jednak nie mógł porzucić takiej ewentualności. Gdy wampir zagwizdał James wiedział, że coś się święci. Coś wołał, czymkolwiek miało być zapewne miało na celu nikogo innego, a właśnie jego.
Gromada nietoperzy, która wpadła do środka wywołała niemal bezmyślną reakcję. Zresztą, reakcję na równie bezmyślny atak. Wilkołak mógł jedynie wyrzucić woreczek po pyle i dłonią osłonić się od deszczu żabiego gówna. Chociaż trzeba przyznać, że gówno to było niczym w porównaniu do innego, które przed chwilą gwizdało.

- Mało w tobie kultury. – skwitował ten nagły atak. Nie kontratakował, nadal liczył, że wampir da sobie spokój. Czas grał na jego korzyść, gdy nadejdzie dzień Howlett będzie mógł stać jak stoi, zaś Drakula już będzie miał z tym pewne problemy. U góry, z dzwonnicy czuł zapach strachu. Ktoś tam był, ktoś się bał. Nachodziła chęć by sprawdzić co też wywołało u tego człowieka taki strach, jednak nie mógł teraz opuścić kościoła. Nie mógł odwrócić się plecami do hrabi, nie było takiej opcji. Kto wie co też ten chowa jeszcze w zanadrzu. Nóż? Więcej nietoperzy? Artefakt?

Jego rozmyślania przerwał znany głos. James zamilkł na chwilę, spuścił głowę wbijając na kilka sekund wzrok w podłogę. W końcu po sali poniósł się kolejny rechot. Tym razem rechot ten był parszywym śmiechem, czy też zmieszanym ze śmiechem warkotem. Howlett wypluł na ziemię papieros i rozdeptał go, bardziej z przyzwyczajenia niż z potrzeby.

- Kolejna "umowa"? Przyszedłem do ciebie po pomoc, nic więcej. Wiele by cię ona nie kosztowała, przecież stoisz teraz nad tą miksturą. – z jego głosu uderzały pretensje, zmieszane z wyraźnie odczuwalnym gniewem. Powstrzymał się aby nie splunąć. – Kwiat, hę? Mogłaś mieć sobie ten sierp, mogłaś mieć sobie resztę tego pieprzonego gówna, nie obchodzi mnie to. Naszła mnie nawet myśl, żeby bawić się w to wszystko, żeby zamknąć tę bramę. Ale nie, po raz kolejny przekonałem się, że nie warto się przywiązywać do czegokolwiek, co przypomina człowieka. – szerokim ruchem ręki wykonał gest, którym objął zebranych. Wampira, Wim, a w końcu nawet tę dwójkę dzieci - Wszyscy jesteście tacy sami. Bierz swoją miksturę, skoro ci na niej tak zależy, niech nadejdzie pełnia. Jeśli cię to pocieszy i wskaże jak bardzo "inny" jestem, cóż, nikogo jak dotąd nie zabiłem… w pełnię.

Howlett urwał, po czym przeniósł spojrzenie swoich wilczych oczu na Olivera.
- Dzieciaki… – odezwał się ponownie, chcąc zwrócić na siebie uwagę dwójki obecnych tu ludzi. Uniósł rękę wskazując na wiszącego wyżej księdza. - Jak chcecie zrobić coś konstruktywnego to idźcie mu pomóc. A przynajmniej odsuńcie się od tego ścierwa. I znajdźcie mi drewniany kołek.

Awatar użytkownika
Altaris
Posty: 138
Rejestracja: 07 paź 2012, 13:30
GG: 2047632
Karta Postaci: viewtopic.php?p=35667#35667

18 sty 2014, 09:31

Nie wystarczyłoby powiedzieć, że Lucieno był tylko trochę zaskoczony tym, co działo się wewnątrz kościoła. Ze swojego jakże sprytnego i przemyślanego miejsca obserwacyjnego miał poniekąd niezły ubaw. Wszystko poszło zabawniej, niż mogło się wcześniej wydawać. Uśmiechnął się do siebie pod nosem – nie tego oczekiwał, ale, dobre i to, skoro wszyscy skupieni są na księżej szacie. Jego rewolwer spoczywał w bezpiecznym miejscu, więc jedynie oczekiwał na rozwój wydarzeń, bo cóż innego mógł poza tym zrobić? Czekał i czekał, aż w końcu się zacznie.

Zamieszanie w środku było jak mieszanka wybuchowa – kolejny raz będzie musiał stanąć do walki o losy tego świata, a tym razem los przysłał mu krwiożercze i dzikie, wilkołacze bestie oraz jeszcze bardziej krwiożercze wampiry, a Ci wszyscy z chęcią wbiliby pewnie kły w jego ciało, gdyby tylko pojawił się wśród nich. Ksiądz, wilkołaki, wampiry, dzieci. I on. Wspaniale pasujący, a jakże przez wszystkich znienawidzony. Istniała jednak szansa, że gdy się do nich zbliży, może go nie zabiją pierwszym uderzeniem? Chociaż, próżno to sobie wyobrażać, przecież on nie był taki jak oni. Oni gdzieś należeli, przynależeli do ras, gatunków i grup społecznych. A on? On był sam. On, jego dwa rewolwery i przyjaciel, który ujawniał się późno w nocy, tańcem Śmierci rozgrzeszać dusze tych, którzy sami się nie rozgrzeszą, by rankiem przechadzać się po zgliszczach.

Dlaczego jego nikt nie rozgrzeszy? Dlaczego nikt go w końcu nie zabije? Taka ulga, taka ucieczka. Łowca mógłby stać się ofiarą… Lucieno poruszył się niespokojnie. Już niedługo.

Awatar użytkownika
Nessir
Posty: 263
Rejestracja: 31 sty 2013, 17:03
Lokalizacja postaci: Kanały
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2494

25 sty 2014, 17:13

– I cały misterny plan w… – powiedział lekko poirytowany hrabia.
Zrobił znudzoną minę i chwile wpatrywał się w wilkołaka. Szczerze, nie myślał, że ten plan wypali od razu i da mu prowadzenie w przyszłej walce. Niemniej jednak, psisko było cwanym skurczybykiem. Wiedział, że przeciwnik ma kilka asów w rękawie, ale żaby? Kto, kurwa, się spodziewał żab.

Usiadł w jednej z ławek, rękami podpierając brodę. Nadal wpatrywał się w psa, czekając na jakiś ruch z jego strony. Że też musiał tutaj przyleźć i wszystko tak spierdolić. Opuszkami palców przetarł oczy i wstał z zamiarem rozlania tajemniczej mikstury na podłogę gdy ktoś postanowił go zaskoczyć.

Niebywałe. Kątem oka złowił ruch, jednak to nie wystarczyło aby wiedzieć co się może stać. Coś czarnego i grubego zwisało sobie swobodnie jak gdyby nigdy nic. Dopiero gdy podszedł bliżej zobaczył, że tym czymś jest człowiek. Widocznie był u siebie w domu, bo ubiór wskazywał na to, że jest księdzem. Pięściami podparł się pod boki widocznie zastanawiając się co zrobić z tym fantem. Kilka razy pokręcił głową, mając niemałą zagwozdkę. Usiadł w końcu z powrotem do ławki i spojrzał na dzieciaki. Miał nadzieję, że będą na tyle mądre żeby nie słuchać Burka.

– Burku, nie masz tam aby jakiś tyłków do obwąchania, czy coś? – powiedział do wilkołaka. – Bo widzisz, tak jakby, mamy tutaj nieproszonych gości, a skoro nie umiesz przypilnować posesji to jesteś mało przydatny. – dokończył, wskazując laseczką na księdza.

Awatar użytkownika
Desabia
Posty: 128
Rejestracja: 16 paź 2011, 13:37
GG: 8551012
Karta Postaci: viewtopic.php?p=14514&highlight=#14514

26 sty 2014, 18:10

N

ie przewidziała takiego rozwoju spraw. Dlaczego nie zauważyła wcześniej oznak nadchodzącej walki? Chyba starała się być skupioną na zbyt wielu rzeczach na raz i czasami coś umykało jej uwagi. Istotne szczegóły, jak się okazuje. Takie te najważniejsze, od których może zależeć jej życie. A przynajmniej istotna zdolność poruszana się i posiadania wszystkich kończyn w nieuszkodzonym stanie.

N

ajpierw usłyszała huk, jaki towarzyszy drzwiom wyrywanym z zawiasów. Później do wnętrza kościoła, przez drzwi do dzwonnicy, wlała się ciemna, skłębiona masa. Przedstawieniu jednak nie było jeszcze koniec. W wyniku tajemnego proszku wilkołaka, nietoperze zamieniły się w… żaby. Zielone, oślizgłe i rechoczące płazy, które zaściełały całą podłogę. Z obrzydzeniem strząsnęła zielone stworzenie ze swojego buta. Żaba wylądowała z obrzydliwym plaskiem na podłodze. Oddalała się jak mogła najdalej od zielonego i rechoczącego podłoża.

U

słyszawszy jakiś stłumiony jęk i charchot spojrzała w górę. Z wyrwanych drzwi, prowadzących do dzwonnicy wisiał ksiądz. Tego akurat nie lubiła. Zawsze wyganiał ją z kościoła i nigdy nie dawał nawet kromki chleba, kiedy przyszła głodna i zziębnięta na plebanię. Przecież nie tak powinni zachowywać się katoliccy duchowni. Powinni być uosobieniem dobroci i nie kazać wielkiej i grubej gospodyni przeganiać miotłą lub łopatą od śniegu, małych i wychudzonych żebraczek.

R

ozmowa którą prowadziła czarownica z Howlettem nie interesowała ją zbytnio. Chyba to były jakieś ich prywatne sprawy, na temat których nie miała zielonego, jak żaby, pojęcia. Wyławiała tylko pojedyncze słowa, ale jak się okazało niezwykle dla niej ważne. Sierp? Czy ona usłyszała słowo sierp? Zastrzygła uszami. Czy to nie o odnalezienie sierpa prosił ich kilka dni temu druid? Obiecywał jej za to sztylet, jednak ten teraz bezpiecznie spoczywał za paskiem. Czy dalej była zobowiązana w poszukiwanie przedmiotu, jeżeli miała już nagrodę?

J

ej rozmyślania przerwał wilkołak. Słowa jednak nie ruszyły jej ni ciut ciut. Wzruszyła tylko bezwiednie ramionami.

Ja tam go nie wysyłałam. Nie moja sprawa, że zaraz rozpłaszczy się na podłodze. To akurat będzie wasza śmierć, panowie. Ja się popisywać nie chciałam.– Uśmiechnęła się uroczo do dorosłych. Niby tacy mądrzy, a później sprzątanie po wszystkim zwalają na nich, na najmłodszych. Niech teraz sami z tym skończą. Ona usiadła w ławce, czekając już na sama nie wiedziała co. Może na śmierć?
Awatar użytkownika
Vereomil
Posty: 372
Rejestracja: 13 gru 2012, 20:04
Lokalizacja postaci: Targ
Discord: Vere#6712
GG: 46500292
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2524

28 sty 2014, 18:07

Sigi zapiszczał krótko. O co mogło się rozchodzić? Oliver był pewny, że miał zaraz się przekonać. Jeszcze tylko chwila, może dwie. Czy będzie mógł się przeciwstawić nadchodzącym wydarzeniom? Czy będzie na tyle silny, by móc nadal uczestniczyć w tej grze? Zdawał sobie sprawa, że z każdym kolejnym momentem coraz bardziej go to przerastało. Co to mały trzynastolatek bez jakiejkolwiek mocy czy siły, a długowieczne monstra, które mogłyby go rozerwać na kawałki w jednej chwili? Prawie jak słoń w składzie porcelany – jeden nierozważny ruch, a wszystko się rozpadnie w pył… A może nie był słoniem? Może był myszką, która mogła się przemykać niezauważona, choć krucha na tyle, by w momencie zauważenia zostać eksterminowaną w sekundę? Może nie była to zachęcająca wizja, acz pozostawiająca o wiele większe pole do działania niż pierwsza. W ten sposób chłopiec uświadomił sobie rzecz, o której powinien wiedzieć już od dawna. Och, jaki był on głupi. Siedział bezczynnie wtulając się w rękaw Gemmy, kiedy mógł zrobić tak wiele! Tylko co? No właśnie – tylko co?! Coś mógł, ale czym to było – na to jeszcze nie wpadł. Głupi Oliver. Powinien sobie to dopiero uświadomić, kiedy miał jakiś plan, ale nie uświadamiając sobie tego, nie miał prawa myśleć o jakimkolwiek planie! Och, jakie to wszystko skomplikowane! Chłopiec aż miał chęć puknąć się w ten zakuty łeb, ale wiedział, że to byłoby i wyglądałoby zgoła idiotycznie, więc postanowił tego nie robić. I to była pierwsza mądra rzecz, którą zrobił! Nie robić głupich rzeczy to była dobry pierwszy krok do robienia rzeczy niegłupich, do których zdecydowanie i z uporem dążył, bo tak powinno się robić i Oliver o tym wiedział. Wiedział o tym bardzo dobrze i chciał zrobić z tej wiedzy jak najlepszy użytek. Ot co.

Nagle wydało mu się, że jednak Gemma nie była świadoma tego, co chłopiec ledwo co sobie uświadomił. Wstała oswobadzając się z uścisku blondynka i ruszyła wprost w stronę tych… tych strasznych ludzi. Nie wiedział kim oni byli i co umieli, a to tym bardziej wprawiało go w nieopisaną niepewność. A czego nie jest się pewnym – z tym powinno obchodzić się delikatnie. Dziewczyna chyba o tym nie pomyślała. Poleciwszy obronę Wim ruszyła. Ruszyła, podeszła i zaczęła mówić. A co ona mówiła! Siąść w spokoju? Czy ona obchodziła się z nimi jak z dziećmi?! Przecież nie mówiła w ten sposób nawet do Olivera, a do mężczyzn starszych od niej o niewiadomoile odnosiła się jakby była o wiele bardziej doświadczona. Czyżby na pewno? Chłopiec z wyrazem niedowierzania na twarzy nie mógł pojąć toku rozumowania Gemmy, a co za tym idzie i wszystkich kobiet. Przez chwilę przyszło mu do głowy, że może kiedy będzie starszy to je zrozumie, ale szybko porzucił tę myśl, bo wydawała mu się zbyt absurdalna. Zrozumieć kobiety? Chyba kpił. Zamierzał jednak zrobić to, co poleciła. Już po chwili ruszył w stronę wiedźmy.

Usłyszał, kiedy drzwi od dzwonnicy zostały wyważone. Poruszając się coraz dalej, mimowolnie spojrzał w górę. Zauważył wiszący, czarny kształt, wokół której krążyło kilkanaście mniejszych punkcików tego samego koloru. Dopiero po chwili, kiedy znikło spowodowane zdarzeniem zaskoczenie, zorientował się, że to ksiądz otoczony przez stado nietoperków! Jakże ciekawy widok spotkał Olivera. Podobał mu się… Ksiądz o wiele mniej, acz nietoperki wyglądały nadzwyczaj sympatycznie. Dopiero po chwili okazało się, że nietoperki nie były miłymi zwierzątkami radośnie szybującymi wokół grubawego księżulka. W tej chwili już przestały mu się tak podobać. Nie lubił niebezpiecznych rzeczy. Wolał rzeczy radosne i spokojne. Nietoperze runęły jak długie w stronę Jamesa, który już miał środek zaradczy na problem atakujących zwierzątek. Oliver przestał iść i odwrócił się w stronę, w której miała rozpocząć się walka… Przynajmniej miała, bo nagle usłyszał żabi rechot. Zaiskrzyły dziecięce oczy. Pamiętał jeszcze jak je łapał nad rzeką, by pokazywać dziewczynom, które uciekały z krzykiem. W pewien sposób czuł przemożną chęć, by złapać jedną z nich i przystawić do twarzy Gemmie lub Wim, lecz na chęci zaprzestał. Pewnie dlatego, że okazało się, że płazy były albo roztrzaskane, albo połamane. Stracił zainteresowanie i ruszył szybkim krokiem w stronę Wim.

Spojrzał jeszcze raz w górę. Ksiądz z brzuchem jak beka nadal wisiał. Jedną ręką uczepioną w kamienie, moment później także i drugą. Czy Oliver zamierzał go ratować? Bynajmniej. Nie lubił księży. Byli głupi i odziani w sukienki. Normalny facet nie ubiera sukienek. Ubiera spodnie i koszulę, by pracować w fabryce i wyżywić rodzinę… A może to dlatego, że nie miał rodziny? Starzy kawalerowie pewnie zamieniają spodnie w czarne sukienki na znak żałoby za straconym życiem i prawictwa, by przeżywać swe cierpienie i pokazać je innym niczym asceta. Trzynastolatek szybko stwierdził, że powinien sobie znaleźć dziewczynę… Nie chciał się ubierać w czarne sukienki na starość. To byłoby głupie. Głupie i zawstydzające. Fuuuj. “Nigdy, przenigdy" – przyrzekł sobie Oliver. Nie zamierzał zatrzymywać wzroku na mężczyźnie. Zdecydowanie przyspieszył kroku, by już po chwili znaleźć się przy Wim.

Stanął obok niej, kiedy wiedźma zaczęła mówić. Odwrócił wzrok w stronę wejścia, by wiedzieć, kto jest odbiorcą. Wydawało się, że był nim James. "Żabi pył", “zabijać w pełnię", "rozerwiesz", "artefakty"…? O co w tym wszystkim chodziło?! – chciał wykrzyczeć Oliver, lecz słowa ugrzęzły mu w gardle nie pozwalając się wydobyć. Chłopiec czuł się skołowany. Niewiadome zdawały się wydobywać z murów, ław, ołtarza i wszystkich, którzy się znajdowali się w kościele, włącznie z nim samym. Nie wiedział co myśleć o tym wszystkim.

- Wim, kim on jest?…- zapytał. – Wszystko dobrze? Mogę coś dla ciebie zrobić? – pytał. Pytał z dziecinną naiwnością. Nie wiedział co zrobić… Więc może stara wiedźma, która na wcale tak starą nie wyglądała, będzie wiedziała?


Zacisnął mocniej palce na scyzoryku, którym i tak mógł mało zdziałać. Cóż krótkie ostrze wobec nieznanych, przerażających mocy i sił, o których nawet nie miał pojęcia?

Awatar użytkownika
Stori Moradrin
Posty: 32
Rejestracja: 03 sty 2013, 21:29
GG: 21882886
Karta Postaci: viewtopic.php?p=42345#42345

28 sty 2014, 22:54

Obrazek
Ja, ja… ja… ja nie chciałam. James, proszę. Daj mi szansę, zostawmy to, napijmy się razem i chodźmy stąd. Zostawmy te śmiecie i żyjmy razem. – zdawała się nie dostrzegać dziwnego zajścia z księdzem i poruszenia, jakie aktualnie miało miejsce w kościele. Być może powodem tego była jej wielka miłość do Howletta, być może zwyczajnie miała w tym jakiś cel – jak zawsze zresztą. Faktem było jednakże, iż do jej oczu napłynęły łzy, trzęsła się i słodko przygryzała wargę. Co cieplejszy w uczuciach człeczyna prawdopodobnie chciałby ją teraz przytulić, James pozostawał jednak twardy. Był wilkołakiem, nie normalnym człowiekiem. Zwykłość, brzydził się jej, wygłaszając to wszem i wobec. Brzydził się nawet wszelakich innych naleciałości rasowych, jak np. wampiry. Ale, przecież nigdy w historii nie było takiego wilkołaka co by się lubował w towarzystwie wampira… i vice versa. Dla Drakuli musiało być to dość uciążliwe spotkanie z samego założenia jego istnienia, a co dopiero ciągnięcia w nieskończoność.
Proszę, James, proszę. – upadła na kolana– Na prawdę, ja tego nie chcę. Zdałam sobie sprawę jak źle zrobiłam… a ten sierp, to miało być zabezpieczenie. Że nie odejdziesz… - widok klęczącej kobiety zawsze działa na postronnych, tym razem jednak miał działać na szczególną osobę. Miał podziałać na Jamesa, który zamieszany w sprawę był. Błagalne spojrzenie, przypominające ranione zwierzę i żałosny zapach, jaki wokół siebie roztaczała, tak mocno irytujący nozdrza. Powinien był skończyć ich znajomość nim ją zaczął. A teraz, teraz zaplątany w sieć intryg, zbieżnych interesów oraz głupawego wampira, który szczerzył się jak pacjent szpitala psychiatrycznego Arkham.
Drakula zdawał się dostrzegać zagrożenie, jakie dla całego planu mógłby stanowić martwy ksiądz na posadzce kościoła. Po pierwsze: trzeba by go uprzątnąć. Po drugie: trzeba by dopilnować aby nikt nie zaczął węszyć. Po trzecie: trzeba by chronić kościół przed ciekawskimi. Trzy cholernie trudne punkty, które mógłby uniemożliwić jakże problematyczny pojedynek na końcu miesiąca. A problemów, jak każdy dobry wampir, nie lubił. Nie lubił też sytuacji jaka nastała, co dał odczuć zebranym. Zabawnie.
Wim nie ruszyła się z miejsca.
Z zasępienia wyrwał ją głos Olivera. Dopiero teraz zaczęła dostrzegać świat wokół. Zobaczyła jego buzię, potem zobaczyła księdza. Otworzyła szerzej oczy, jak gdyby nie dowierzając. A potem… potem ksiądz zleciał i rąbnął o posadzkę. Usłyszeli łamany kark, być może kości, chyba nieźle się pogruchotał. Nikt nie chciał mu pomóc, teraz leży martwy. Na środku kościoła, w wigilię. Martwy, czarny ptak, któremu pan Bóg zabrał piórka.
Och – wydobyło się cicho, niczym cyknięcie nieskończonego zegara losu, któremu właśnie urwał się kolejny trybik.
Awatar użytkownika
Vereomil
Posty: 372
Rejestracja: 13 gru 2012, 20:04
Lokalizacja postaci: Targ
Discord: Vere#6712
GG: 46500292
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2524

30 sty 2014, 17:06

Oliver nie wiedział co się działo. Nie rozumiał. Co łączyło Wim z tym obleśnym, strasznym mężczyzną? Chłopiec nie miał pojęcia, ale wyglądało na to, że było to coś poważnego, bo kobieta była jakby w transie. Dopiero, kiedy blondynek zaczął mówić, wiedźma się ocknęła i rozeznała się w sytuacji. Zrobiła to trochę za późno, bo prawie w tej samej chwili ksiądz ciężko opadł na podłogę i połamał sobie co nieco. Oczy Olivera szeroko się otworzyły. Będąc w szoku wpatrywał się w ciało, które, ni mniej, ni więcej, nie było w najlepszym stanie. Zorientował się, że mógł mu pomóc. Co z tego, że ksiądz był prawiczkiem, starym kawalerem i nosił sukienki? Był człowiekiem takim samym jak Gemma czy on sam czy… ktokolwiek inny, kto mógł być człowiekiem, bo coś Oliverowi mówiło, że ludzie stanowią w tym towarzystwie mniejszość. No, przynajmniej sprawni ruchowo ludzie.

Pomimo tego, że czuł obrzydzenie, nie mógł oderwać wzroku. Chłonął spojrzeniem każdy skrawek jego ciała. Nie wzdrygał się, nie dostawał mdłości. Jedynie patrzył na zwłoki i karmił tym widokiem swoją kruchą, dziecięcą duszę. Mimowolnie złapał dłonią rękaw Wim. Nie odrywał wzroku. Jego gałki oczne nie poruszyły się choćby o milimetr, a on trwał i patrzył, i stał, i trwał, i wszystko przestało istnieć. Była Wim, Oliver i truchło księdza. Księdza, który już nie był księdzem, bo jaką funkcję może pełnić trup oprócz funkcji trupa? Właśnie. Funkcją trupa jest spokojne leżenie i nieporuszanie się. Trup spełniał wszelkie wymogi i przepisy, które zostały nałożone, by być pewnym podczas identyfikacji trupa. Identyfikacja ta przeszła pomyślnie i już można było nazywać trupa trupem, który trupem był już wcześniej, bo nie żył i basta.

Przestał być – jak zwykł mawiać Oliver – i nie był. Chłopiec od zawsze panicznie bał się przestania być. Ale teraz… Teraz nie odczuwał przed tym strachu, kiedy tuż przed sobą miał akt zaprzestania istnienia. Wręcz przeciwnie. W pewien sposób czuł spokój, fascynację. To go przeraziło jeszcze bardziej. Dlaczego interesowało go coś takiego? Nie miał pojęcia. Gdzie była jego niewinność i naiwność? Gdzie ta dziecięca troska o wszystkich ludzi? Dlaczego to wszystko zniknęło?! Oliver nie miał pojęcia, ale chciał do tego wrócić. Nie chciał być dorosły. Dorośli są głupi. Są bardzo głupi, a on nie chciał się do niech zaliczać. Tym bardziej w wieku trzynastu lat, kiedy powinien się bawić z rówieśnikami, a nie widzieć martwych księży, wilkołaki, wampiry i Gemmę w niebezpieczeństwie, bo przebywanie w pobliżu takich kreatur trzeba było nazwać niebezpieczeństwem. Głupie to wszystko było.

Otrząsnął się. Sierp! Czy Oliver usłyszał “sierp"? Tak! Usłyszał “sierp"! Przytulił Wim. Tak po prostu. W dziecięcym geście, choć z zupełnie niedziecięcą intencją. Chciał ją przeszukać z nadzieją, że znajdzie narzędzie. Miał nadzieję, że miała je przy sobie. Robił to delikatnie. Jakby to były naturalne ruchy, niemające żadnego konkretnego celu. Starał się wszystko zorganizować w sposób niepozorny i niedostrzegalny. Był dzieciakiem? Kto by się nim przejmował? To działało na jego korzyść. Zdawał sobie sprawę i chciał to wykorzystać. Byleby go nie zauważyli… A tak między nami, co do diaska robił ten sierp?!

Awatar użytkownika
Xariel
Posty: 915
Rejestracja: 23 mar 2013, 16:28
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 11721007
Karta Postaci: viewtopic.php?p=42135&highlight=#42135

30 sty 2014, 21:25

- Tak, cały plan w… – potwierdził równie poirytowany wilkołak. Miał nadzieję, że do wschodu jest blisko i jego nowy znajomy będzie musiał najzwyczajniej w świecie wyjść. Ba, najlepiej gdyby musiał wypierdalać w podskokach i nigdy więcej się nie pokazał. Bóg i wiszący u sufitu ksiądz, jako jego przedstawiciel, mu świadkiem, że chciał to załatwić pokojowo. Ale nie, trzeba ściągać nietoperze. Bóg mu świadkiem… Jeśli tylko istnieje.

Ksiądz jednak miał inne plany, do których należało istne wejście smoka wprost w posadzkę kościoła. Nie trzeba chyba dodawać, że nie skończyło się ono dobrze. Żaden świadek, trup jak się patrzy. Dziewczyna nie miała zamiaru mu pomóc, wolała wygłosić swe dziecięce mądrości. James westchnął ciężko.
- Mówiłem, mówiłem… Ale cóż, skoro uważasz to za "moją śmierć", twoja wola. To nie tak, że mogłaś mu pomóc. – wymruczał w stronę dziewczyny. Dopiero potem zareagował na słowa Wim, która teraz zajęła się rozpłaszczonym księdzem. Coś nie mogli się zgrać.

- Words are easy, like the wind; Faithful friends are hard to find. – powtórzył przypisywane Szekspirowi słowa. - A podobno to cichy pies jest tym, który pierwszy gryzie. Co jeszcze chcesz mi zabrać, że zaczęło ci nagle zależeć? – Nie wierzył, nie ufał. Raz zraniony nie zapominał, nie mógł. Może nawet nie potrafił. W gruncie rzeczy nie był zdziwiony, przyzwyczaił się. Czuł pogardę, ale nie dla ludzi. Nie dla wampirów. To nie miało znaczenia, znaczenie miało to, co chowali pod tym. A jak na razie zarówno Wim, jak i wspaniały pan Drakula, czy nawet każdy człowiek, z którym Howlett miał okazję nawiązać jakiś kontakt dłuższy niż przelotna rozmowa byli tacy sami. Tak ukształtował ich najwidoczniej ten świat, tego od nich wymagał. Aby kraść, aby oszukiwać, okłamywać, siać egoizm nawet wtedy, kiedy nie jest to do niczego potrzebne. Czy on sam był lepszy? Nie, zapewne nie. Zapewne też był taki sam. Kiedyś starał się być inny, chciał. Jednak on też przecież był z tego świata.

James przeniósł na krótką chwilę wzrok na wiedźmę, potem jednak znów spojrzał na Drakulę. Trzeba przyznać, że wampir ograniczał jego pole ruchów. W każdej chwili mógł znów zaatakować, a cholera wie co jeszcze miał w zanadrzu. Dziewczyna była zbyt naiwna, aby dostrzec to, co się działo. O dziwo, młodszy chłopak wydawał się rozumieć, że w kościele zebrały się chmury i mogła rozpętać burza. Burza dużo gorsza od deszczu żab, bo walka wampira z wilkołakiem raczej skończyłaby się dużo gorzej. Albo podobnie, jeśli zaliczamy truchło księdza do skutków tegoż deszczu.
- Na pewno nie masz ochoty już wychodzić? Zbliża się świt. Wiesz, słońce, te sprawy. Albo nie wiesz, nie ważne.

Wróć do „Sesje pozafabularne”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 7 użytkowników online :: 0 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 7 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika
Liczba postów: 52147
Liczba tematów: 2970
Liczba użytkowników: 1042
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: xXVukoXx
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.