Ciemna noc grudniowa

Miejsce, w którym każdy może wcielić się w rolę Mistrza Gry i poprowadzić wcześniej przygotowaną sesję umieszczoną w dowolnych realiach.
Awatar użytkownika
Azur
Posty: 317
Rejestracja: 13 gru 2012, 21:38
GG: 21882886
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2374

Ciemna noc grudniowa

17 lis 2013, 22:35

Muzyka
Obrazek
Ciemna grudniowa noc. Płatki śniegu powoli opadające ku ziemi. Piękny zimowy widok, skąpanego we mgle miasta. Kilka małych bryczek, wracających z Londynu, po zaopatrzeniu się w niezbędne produkty. Kościół, pobrzękujący raz po raz dzwonem, wzywający na wieczorną mszę. Dzieci biegnące do domów, zimne jak bałwany. Jakiś samotny dżentelmen, palący fajkę na ganku swego małego domku. Niesamowity spokój, którym szczyciła się owa wioska na obrzeżu. Już za miesiąc, nie dłużej, okaże się, czy świat został ponownie uratowany. Od pokoleń zwyciężali zamykający. Czasem ledwo, czasem przypadkiem, zdarzało się także, iż zdobywali niesamowitą przewagę. Czy tak będzie tym razem? Czas pokaże. Pozostaje jedynie mieć nadzieję, ten dziwny pierwiastek człowieczeństwa, który siedzi nawet w najbardziej przeżartych złem bestiach. Rozdartych pomiędzy uczucia, jakie czuje w stosunku do ludzkości… a Starszych Bogów. Istoty tak potężne, iż mogłyby zniszczyć świat. Istoty, które nie widzą przebaczenia, litości, współczucia. Rasa panów, którzy przybędą rządzić światem. Niepodzielnie i bardzo krwawo.

Co do zamykających… Dziwni ludzie. Walczą za każdym razem, przeżywają – w większości. Acz nigdy nie zdarzyło się tak, by któryś opuścił grę z własnej woli. Zawsze była to śmierć, bądź jakiś niefortunny wypadek. Ale kto tam wie, może to po prostu Starsi Bogowie nasyłali na nich swoich poddanych? Macki z oddali kierowały bezsilnymi, małymi ludźmi? Kto by pomyślał, a jednak. Cóż, nie zdradzając jednak wiele…

Brama póki co pozostaje zagadką. Wszyscy wiedzą, że znajdzie się gdzieś w centrum zamieszkania graczy, acz nikt nie posiada dokładnych informacji gdzie. Pozostają spekulacje, wierzenia, przepowiednie. Ostatniego dnia i tak wszystko jest jasne. Bywało i tak, że nikt nie odnalazł bramy, więc wszyscy rozchodzili się do domów w spokoju. Tym razem wszystko będzie inaczej. Podświadomie każdy z graczy spodziewał się czegoś większego, wspanialszego. Kierowały nimi różne przesłania. To przelatujący kruk, to oczy patrzące z oddali, to znów dziwny sen. Wszystko wskazywało na krwawe rozstrzygnięcie. Ponadto, gracze chyba dopisali liczebnością. Im bliżej rozgrywki, tym więcej było dziwnych zdarzeń w okolicy. Komuś zniknął pies, innym razem podpalono chatkę na uboczu. Bardzo dziwne.

Okiem prostego mieszczanina:

13 Grudnia

W okolicy pojawił się bardzo znany detektyw, Sherlock Holmes. Nie ma wątpliwości, iż jako następstwo dziwnych wypadków. Jako, iż mężczyzna był dżentelmenem, starał się nie wydawać na zbytni widok. Prowadził dochodzenie w spokoju i harmonii. Bez jakichkolwiek podejrzeń właściwego celu przybycia. Bo kto by się spodziewał, iż arystokrata jego pokroju, będzie się bawił w jakieś dziwne, tajemnicze i groźne, rytuały. Chyba tylko szaleniec. Wielki Detektyw nie był przecież tego typu człowiekiem. Był spokojny, ułożony, miał także w zwyczaju pić herbatę o godzinie piątej. Przykładny Anglik. Nie to co Ci… Ci, którzy zjawili się niedawno… ulicznicy…

Była ich dwójka. Przyjechali nie wiadomo skąd, nikt nie wie po co. Jeden mniejszy, taki kurdupel z deka, a druga trochę większa, ładna nawet i pewnie już któryś z chłopów by się za nią wziął, gdyby nie obawa, że złapie jakieś skurwysyństwo. Ciekawe czy ona się w ogóle goliła. Brudna pinda, tfu! Tylko się to tałatajstwo po mieście plącze, tylko lata jak pogrzane, pewnie i kradnie i rabuje. Tylko problemy przyniosą. Dużo problemów. To nie na mój umysł! Nie to co Tom, młody tom…

Tom Sawyer. Chłopaczyna jest zawsze ogolony, miły i do tego ma takie pocieszne zwierzątko. Porządny obywatel, nic dodać, nic ująć. Poznałem także niedawno pana Warrena. Jego nazwisko to chyba Brown, acz nie mam pamięci do tego typu spraw. Wydaje się porządnym gościem, przyjechał dość niedawno. Mimo tego, iż jest obcy, nie obawiam się przy nim o swoje zdrowie. Ma rewolwer. Niewielu je ma. Natomiast pan James Howlett… to ostry gość. Wydaje mi się, iż będą z nim problemy. Ma oczy wilka, takie jak jego pies. Żona mówi, iż gderam bez sensu, acz ja wiem swoje. Będą z nim problemy…

Na PW otrzymaliście wytyczne co do miejsca waszego zamieszkania. Wolę, abyście sami je opisali, nie odbierając wam tej przyjemności. Dodam jedynie, iż panuje zima, zaś jesteśmy w Anglii. Ponadto, na PW otrzymaliście dokładnie określony przedmiot, jaki wam przynależy, oraz opis jego działania. Możecie już z niego korzystać, a nie chcąc go ujawniać, wysyłać mi o tym noty na PW. Na razie nie wiecie, gdzie znajdują się inni gracze. Dobrym rozwiązaniem byłaby przechadzka. Macie także dowolność w poszukiwaniu innych magicznych artefaktów, jeśli to was kręci. Grę czas zacząć, życzę miłej zabawy.

Btw, wasze zwierzęta rozumieją co do nich mówicie, więc możecie im nakazać coś robić.
Awatar użytkownika
Desabia
Posty: 128
Rejestracja: 16 paź 2011, 13:37
GG: 8551012
Karta Postaci: viewtopic.php?p=14514&highlight=#14514

31 sty 2014, 16:27

S

poglądała na wiszącego u sufitu księdza z jakąś zwierzęcą ciekawością. Spadnie, czy ktoś go uratuje? A może strach wyzwoli u niego siłę i uda mu się podciągnąć? Na sprawdzenie jej przypuszczeń nie trzeba było długo czekać. Przez chwilę przemknęło jej przez myśl, że martwy ksiądz w wigilię to paskudny pomysł. Było to jednak o tę jedną, bardzo ważną chwilę za późno.

R

ęce starego klechy nie wytrzymały i teraz Gemma obserwowała jego krótkie, ale imponujące starcie z grawitacją. Przegrał oczywiście, uderzając z wielką siłą o posadzkę. Usłyszała nieprzyjemny gruchot roztrzaskanych kości. Nikomu nie życzyła rozstania się z życiem w taki sposób. W dodatku trudno później pozbierać kogoś z podłogi, a sama posadzka jaka brudna… Przerwała ten absurdalny tok myślenia, wstając i wyjmując swój Kielich. Teraz tylko ona mogła uratować sytuację, podczas gdy reszta kretynów kłóciła się, wyznawała sobie dozgonną, ale nieodwzajemnioną miłość i takie tam. Miłość, phi. Przeżylibyście tyle ile ona na ulicy to może wreszcie dowiedzielibyście się, że to bardzo niebezpieczne, okazywać tak wylewnie swoje uczucia. Ktoś może to później wykorzystać w najgorszy z możliwych sposobów i można nawet pożegnać się z życiem. Swoim, albo drugiej osoby.

W

przepastnych zakamarkach płaszcza znalazła Przedmiot, a także swój ulubiony nóż. Kucając przy roztrzaskanym truchle księdza, zagarnęła je trochę bardziej do kupy, żeby przynajmniej ręce i nogi były w tę samą stronę co u względnie normalnych ludzi. Zacięła się w dłoń, pozwalając by krew kapała swobodnie do Kielicha. Krew w towarzystwie wampira to kolejny tragiczny pomysł, ale nie mogła nic na to poradzić. Dzisiaj zdecydowanie nie był jej dzień na dobre pomysły, a wręcz przeciwnie– wpadała na same możliwie najgorsze.

W

yszeptała tajemnicze słowa, zakręciła Kielichem raz w jedną, raz w drugą stronę. Podniosła głowę byłego księdza i wlała mu do ust zawartość czary. Przechyliła ją nieco do tyłu by cały płyn mógł spłynąć swobodnie, w dół gardła. Miała ogromną nadzieję, że jej się uda. Na jej oko ksiądz żył jeszcze, klatka piersiowa zdawała się jeszcze poruszać. Nie zwracała uwagi na to co dzieje się dookoła niej, miała tylko nadzieję, że jej działania przywrócą kapłana do życia.
Awatar użytkownika
Altaris
Posty: 138
Rejestracja: 07 paź 2012, 13:30
GG: 2047632
Karta Postaci: viewtopic.php?p=35667#35667

02 lut 2014, 21:10

Okropnie się zawiódł na ludziach i istotach zebranych w kościele. Pozwolili, by ksiądz, strażnik tej świątyni i obrońca tych, którzy nie obronią się sami zginął, nie pomagając mu, a do tego zabijając go pośrednio za sprawą nietoperzy. Ręce osłabły, a ciało spadło, szybując krótkim lotem w stronę kamiennej posadzki, rozbijając się jak jajko ze skorupki. Gdy tak leciał, zamknął na chwilę oczy, mając tą złudną nadzieję, że w końcu uda mu się umrzeć, że zginie pierwszy raz od wielu lat, a potem nie wstanie. Jego ciało spadało powoli, jakby zwalniając, a umysł kalkulował wszystko, co do tej pory odnotował. W głowie brzmiało mu jedynie krwawe, pełne nienawiści zawołanie – Zabij. Zabij. Zabij.

Tak. Powinien zabić. Wampir wtargnął do Domu Bożego, a po tym targnął się na życie boskiego sługi, skazując go na śmierć i właściwie zabijając go. Każdy normalny ksiądz już dawno by zginął. Lucieno nie do końca był normalnym księdzem. Gdy wylądował na posadzce jako rozbita sylwetka nie był już zwykłym księdzem – był młotem na wrogów swoich idei i żądnym zemsty wysłannikiem Sfory. Jego brudny, mokry zapach rozszedł się delikatnie po otoczeniu, chociaż nie był niemiły – namiastka mokrej sierści, którą do tej pory ukrywał. W jego umyśle zapanował gniew. Zemsta.

Lucieno otworzył powoli oczy po kilku sekundach po tym, gdy ktoś mu pomógł w uratowaniu swojego życia. Jego ciało zregenerowało się prędko pod napływem cudzego wkładu. Otworzył oczy szeroko, wpatrując się w twarzyczkę nad sobą – twarz nastoletniej dziewczyny, nawet ładną, zadziorną i piegowatą. Uśmiechnął się delikatnie, pokazując lekko zaostrzone, białe zęby, mrużąc lekko powieki – Dziękuję Ci. Zapamiętam to, że jako jedyna zdecydowałaś mi się pomóc

Pozornie martwe truchło księdza podniosło się i stanął wyprostowany, omijając dziewczynkę, spoglądając spode łba w stronę zebranych, mierząc wszystkich po kolei wzrokiem. Uśmiechnął się szeroko, mówiąc do wampira – Niespodzianka, zasrańcy – na jego twarz wystąpiła chłodna powaga i kalkulacja. Był w kościele, w którym znalazł się wampir – do tego wampir, który go zaatakował. Było to jeszcze większym pretekstem, by bronić świątyni przed sługą zła i plugawym nikczemnikiem. Nadszedł czas połamanych czaszek i strzaskanych kości. Lecz tym razem to nie jego kości będą łamane. Zebrał się w sobie i zamruczał cicho i gardłowo. Jedynie dziewczyna zdecydowała się mu pomóc – ona stała się dla niego nietykalna, do czasu, gdy okaże się, po której stronie będzie stać. Jeżeli dojdzie do walki, będzie ona straszliwa. Lucieno zawsze przeżywał każdą walkę o Bramę, czy tym razem też tak będzie? Nie wiedział.

Gniew zawarczał w nim cichym pomrukiem, rozchodząc się po żyłach i mięśniach, spinając ścięgna. Dłonie poruszyły się nerwowo – To był błąd, atakować mnie, wampirze. Nie ważne, czy umyślnie. Zaatakowałeś księdza w jego świątyni, a do tego nie pomogłeś mu przeżyć… Ojojoj, słabo widzę Twoją pozycję. Blado, można by rzec. – zaśmiał się cicho i z wyczekiwaniem lekko ugiął nogi, gotowy do ucieczki bądź ataku, z wyczekiwaniem wpatrując się w wampira.

Nie za późno Kopciuszku? Wracaj do swojego księcia – ksiądz uśmiechnął się blado i upiornie.

Awatar użytkownika
Nessir
Posty: 265
Rejestracja: 31 sty 2013, 17:03
Lokalizacja postaci: Kanały
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2494

05 lut 2014, 16:01

Hrabia cierpliwie czekał na rozwój wydarzeń. Z prawdziwym zaciekawieniem obserwował starania czarownicy. Najwidoczniej tych dwoje mieli za sobą burzliwą przeszłość, z którą kobieta nie umiała sobie poradzić. Niemal ze łzami w oczach słuchał jej pięknych słów, co jakiś czas wzdychając z żalu. Starał się pokazać wszystkim jak bardzo przejmuje się losem tych dwojga zakochanych w sobie kundli. Hrabia wiele słyszał o pracach nad nową technologią, która pozwalała oglądać żywe obrazy w wielkich szklanych pudłach. Podobno miało się to nazywać telewizją. Nie rozumiał idei wpatrywania się w wielkie pudełko w którym co jakiś czas migały obrazki, ale z chęcią oglądał by sceny takie jak ta. Gdyby miał możliwość tworzenia podobnych obrazów w owej telewizji, jego pierwszym dziełem była by piękna i wzruszająca historia o dwóch psiakach, które zakochały sie w sobie na śmierć. Potrzebny mu był jakiś chwytliwy tytuł tej historii. Coś z miłością i psami, to pewne. Może Zakochany Kundel? Drakula był pod wrażeniem swojego umysłu. Wymyślić tak wspaniały tytuł opowieści w tak krótkim czasie. Stary wampir już miał w głowie pewne szkice dotyczące scenariusza gdy coś odwróciło jego uwagę.

Pierwszym co usłyszał, był dość głośny dźwięk spadającego ciała. Niestety, ale przegapił sam lot księdza, dlatego jedyne czym mógł się zadowolić to widok martwego ciała. Oblizując wargi przyglądał się śmiesznie powyginanym kończynom. Główka klechy lekko odchyliła się na bok w dość nienaturalny sposób. Nie wiedząc czemu, zaśmiał się krótko. Takie widoki zawsze sprawiały mu dużo radości.

Jednak z ciałem trzeba było coś zrobić. Sam jeszcze nie wiedział co i miał nadzieje, że dzieciaki wpadną na jakieś ciekawy pomysł. W końcu mieli młode, świeże umysły które działały na pełnych obrotach. Naprawdę ucieszył się gdy Gemma wzięła na siebie ciężar obowiązku i podeszła do martwego klechy. Liczył, że młoda pomagierka wyniesie ciało czy zrobi cokolwiek innego. Niestety, zamiast tego postanowiła wskrzesić trupa. Nawet nie chciał myśleć o tym jak bardzo głupi był to pomysł. Z zaciekawieniem jednak oglądał poczynania młodej dziewczynki. Gdy rozcięła sobie rękę, mimowolnie jego źrenice się powiększyły, a oddech przyśpieszył. O tak, zapach świeżej i młodej krwi działał na niego jak zapalnik. Poczuł jak kły naciskają na dziąsła, a przez jego ciało przechodzi ogromna ilość dreszczy.

Jednak nie był głupi. Miał doświadczenie i potrafił opanować swój instynkt drapieżnika. Postąpił kilka kroków do tyłu, gdyż sam nie wiedział kiedy znalazł się przy dziewczynie. Zamknął oczy i wytłumił swoje zmysły. Pożywienie nie było teraz najważniejszą kwestią. Tym co zainteresowała starego wampira był fakt, że do tej pory martwy ksiądz ożył. Jak długo żył, takiego cyrku jeszcze nie widział. Szczerze żałował, że dopiero teraz postanowił wziąć udział w Grze. Jeśli takie rzeczy miały miejsce co roku, to naprawdę było czego żałować.

Niestety, ożywiony ksiądz wydawał się nie mieć pokojowych zamiarów co do Drakuli. Widocznie zezłoszczony tym, że ktoś zepsuł jego kryjówkę chciał dokonać zemsty. Sytuacja w której znalazł się wampir nie była najlepsza. Dwoje wilkołaków i wkurzony, ożywiony ksiądz to marna kompania dla jednego wampira. Oczy zwęziły się na widok zbliżającego się klechy, a sam wampir zaczął nerwowo postępować do tyłu aby wydłużyć dystans. Sam nie wiedział co wstąpiło w księdza, ale Drakula wolał uniknąć walki z ożywieńcem.

Pech chciał, że z nerwów nogi starego wampira nieco odmówiły posłuszeństwa. Stary hrabia wylądował na tyłku, obijając się o śliską posadzkę kościoła. Sytuacja naprawdę nie była najlepsza. W dalszym ciągu starał się odsunąć jak najdalej od wkurzonego księdza, nerwowo przebierając kończynami.

W końcu zdał sobie sprawę, że przecież grają po tej samej stronie. Ksiądz widocznie nie lubił gdy ktoś panoszył się po kościele i próbuje zniszczyć świat. Drżącą od nerwów ręką sięgnął po swoją laseczkę. Wiedział, że to jedyna opcja na wyjście z tej sytuacji.

– Myśmy się chyba nie zrozumieli… – powiedział lekko się jąkając. – Gramy po tej samej stronie, Wasza wielebność. – dodał starając się opanować głos.
- To Różdżka zamykająca. Jest Twoja, jeśli chcesz. Wspólnie z dzieciakami chcieliśmy obronić Twój kościółek przed tymi zwierzętami!

Nie wiedział czy taki argument poskutkuje, ale trzeba było szybko coś zrobić, a sytuacja stawała się coraz bardziej napięta. Miał tylko nadzieję, że siła logicznych argumentów przemówi do rozjuszonego księdza i ten przyjmie dar. Hrabia nie wiedział czy oddanie w jego ręce najpotężniejszego artefaktu to na pewno dobry pomysł, ale co innego mu pozostało.

Awatar użytkownika
Azur
Posty: 317
Rejestracja: 13 gru 2012, 21:38
GG: 21882886
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2374

06 lut 2014, 22:09

P

rzerażony Oliver wpił się w rękaw Wim. Nie wyglądał najlepiej, cały pobladły i zmarznięty. Jedynym pozytywnym aspektem tej sceny było, iż równali się mniej więcej wzrostem. Mało pocieszające, ale zawsze. Następnie przytulił czarownicę. Było to tak nienaturalne, tak dziecięce, tak wymuszone… a jednak szczere. Ona już nie widziała. Wszystkie te emocje, cała ta sytuacja… przerosłą ją. Nie mogła ruszyć ręką, nogą, mrugnąć. Patrzyła na księdza, martwego księdza. A przecież chciała tylko odejść. Dopiero później dosłyszała słowa Howletta. Odwróciła się więc powoli, nadal nie mogąc wydać najmniejszego dźwięku. Powoli, bardzo powoli pochyliła się do przodu, z pozoru jak gdyby miała zwrócić ostatni posiłek. To, co stało się chwilę później, zaskoczyło nawet rozłożonego na podłodze księdza.

T

warz Wim zmarszczyła się. Sekunda, dwie, trzy. Dosłownie. Nim Oliver zdążył jakkolwiek zareagować, Wim wbiła mu łokieć w przyrodzenie. Zgiętego chłopaka złapała za kark, osłaniając się nim. Następnie wyciągnęła zza pasa rewolwer, który wycelowała w wilkołaka. Był ewidentnie zardzewiały, nie wiadomo czy prawidłowo naładowany. Następnym ruchem odrzuciła dziecaka na bok. Wylądował na ławie, przyrżnął dość mocno. Przestała zgrywać miłą dziewczynę, była kompletnie rozbita. Łzy płynęły z oczu, całe ciało drżało. Ewidentnie przestawała kontrolować swoje wilkołactwo*, widać było zmienione oczy, wydłużenie niektórych włosów, nosa… i ta zwiększona siła, która pozwoliła niemal rzucić Oliverem.
Jeśli nie ze mną, to w ogóle! – wykrzyczała. Zaprawdę był to widok tak niezwykły, jak to, co działo się za nią.
Obrazek
Aura polimorfa

G

emma zrozumiała, że tylko w jej rękach jest uratować księdza. Niezwłocznie przystąpiła do jego truchła, wyciągając dziwny kielich. Odprawienie modlitwy i inne dziwne rzeczy, które zwykła robić w takich sytuacjach, poszły jej bardzo szybko. Wiele razy używała już jego mocy, toteż miała wszelakie gesty wyrobione niczym doświadczona akuszerka, przyjmująca nowo narodzone dziecko. Coś zawrzało, coś zaszumiało, zabulgotało, przelało się, wylało, wpłynęło do ust księdza. Niemal natychmiast otworzył oczy. Wstał. Przeszedł obok dziewczyny, mierząc wzrokiem wampira. Twarz jego zmieniła się, jak gdyby rysy zostały wygładzone. Następnie zmieniła się budowa, ciało chudło w zastraszającym tępie. Chwilę później zaczęło być jeszcze dziwniej. Nogi księdza wyłamały się na drugą stronę i wydłużyły. Zebrani usłyszeli cichy trzask, będący zapowiedzią kolejnych przemian. Szata, jaką się odziewał, została rozerwana przez dwoje białych jak śnieg skrzydeł, wypływających z pleców. Następnie przemianom uległy ręce. Paznokcie wydłużyły się i przybrały formę pazurów, zaś dłonie zaczęły porastać coraz gęstsze włosy. Najdziwniejsze było to, iż znajdywały się tylko po wewnętrznej stronie. Gęste, mocne… wyglądały niczym kolce. Ostatnią zmianą był pancerz, jaki wyrósł z klatki piersiowej. Wyglądał niczym skorupa pancernika i zakrył większość chudego ciała. Ręce i nogi zostały jednakże odsłonięte, nie mówiąc już o głowie. Ostatnie słowa jakie wypowiedział jegomość brzmiały już zupełnie inaczej. Nieludzko, chciałoby się powiedzieć. Dwu i pół metrowy niezidentyfikowany osobnik stał teraz przez wampirem, zaś jego głos niósł się po całym kościele. Gdy się uśmiechnął, było to tak niewinne, tak boskie.

W

im zauważyła ruch za swymi plecami. Nie zdjęła Jamesa z muszki, acz przesunęła swe ciało tak, by móc oglądać lepiej całą sytuację. Patrzyła na monstrum, nie zdawała się jednak zaskoczona. Ba, powoli się opanowywała, drżenie ustawało.
To jebany polimorf. – poinformowała krótko, odrzucając pistolet na bok. Jej ciało zadrżało, jak gdyby miała dostać padaczki. Nic takiego nie nadeszło. Miast tego skórę zaczęła pokrywać sierść, rosnąca bardzo, bardzo szybko. Twarz się wydłużała, całe ciało morfowało. Za kilka chwil miała tu stanąć w pełni sprawna, wściekła wilkołaczyca.

Czas goni, panowie i panie.

*Bo w wilkołaka przemienić się można nawet po wypiciu mikstury, acz kontroluje się to umysłem.
Awatar użytkownika
Desabia
Posty: 128
Rejestracja: 16 paź 2011, 13:37
GG: 8551012
Karta Postaci: viewtopic.php?p=14514&highlight=#14514

08 lut 2014, 13:52

O

nienienie. Nawet nie ma mowy o takich rzeczach. Ta wiedźmia dziwka nie ma prawa nawet myśleć o zrobieniu krzywdy Oliverowi, a co dopiero rzucaniu nim przez pół kościoła! Oni chcieli ją chronić, wykonywali jej wszystkie polecenia, a ta kurwa tak się im odwdzięcza. W dodatku działo się z nią teraz coś dziwnego… Czyżby zamierzała zmienić się w wilkołaka? Zdecydowanie nie był to najlepszy z jej pomysłów.

J

ej starania na przywrócenie księdzu zdrowia i zdolności ruchowych powiodły się nawet aż za dobrze. Skinęła skromnie na jego podziękowanie, wstała z podłogi i otrzepała płaszcz z szarego kurzu. Chyba była jedyną osobą w kościele, która nie chciała kogoś zabić. Albo uszkodzić. Przynajmniej ona na obecną chwilę była dla reszty prawie nieszkodliwa. Cała reszta miała bardzo mordercze zamiary wobec siebie. Nawet ksiądz był wyraźnie zezłoszczony na wampira. Byli samolubni i nie chcieli nawet na chwilę przyjąć do wiadomości, że być może druga osoba wcale nie chce ich zabić.

O

bserwowała księdza czy na pewno udało jej się poskładać go do końca, ale to, co stało się tym razem przeszło jej najśmielsze oczekiwania. Po chwili strasznych i nierzeczywistych rzeczy, które się z nim działy widziała przed sobą ogromne i przerażające stworzenie. Nie wiedziała czy to wynik działania jej kielicha, wściekłości prawie zabitego księdza, a może obydwie te rzeczy miały na siebie wpływ? W tej chwili cieszyła się, że nie na nią skierował swą uwagę. Nie zazdrościła staremu hrabiemu jego położenia. Najwidoczniej skończyły mu się argumenty na przekonanie stwora by zostawił go w spokoju, więc wyciągnął swój Przedmiot… Czy jednak mogli mu ufać, że różdżka naprawdę zamykała bramę? Wszystko, co dzisiaj zostało powiedziane mogło być kłamstwem lub prawdą. Nie wiedziała, komu można ufać, a kogo od razu odrzucić, jako złego. Czy różdżka zamykała? To można sprawdzić tylko w jeden sposób, tyle, że nie był on ani trochę bezpieczny.

W

racając do czarownicy… Jej przemiana chyba była, co raz bardziej poważniejsza. Gemma była jednak na nią tak wściekła, tak bardzo rozzłoszczona jej zachowaniem, że nie zwracała na to uwagi. Złość jednak nie przyćmiewała jej umysłu, była to bardzo zimna nienawiść, od której zamarza nawet piekło. Na szczęście dla rudzielca uwaga Wim skupiła się na byłym księdzu. Kolejny plus dla duchownego, który prawie zmazał jego długą listę minusów, którą miał u Gemmy.

D

obyła zza paska swojego nowego, pięknego runicznego sztyletu. Była nim zachwycona tak bardzo jak dziecko, które dostaje wymarzony prezent na gwiazdkę. Właśnie, czy dzisiaj nie była wigilia? Smutno umierać w wigilię…

Z

bliżyła się w kilku długich susach do czarownicy, która ciągle była w trakcie przemiany. Sztylet gładko przeciął skórę i kości, kiedy wbiła jej nóż w plecy. Bardzo nie po przyjacielsku, bardzo źle. Ulica rządki się swoimi zasadami, tam nie ma czasu na otwarte pojedynki.

Nikt nie ma prawa krzywdzić moich przyjaciół i żadna krzydwa im wyrządzona nie zostanie zapomniana, każda będzie pomszczona.– Odskoczyła od Wim, wyrywając sztylet z jej pleców, uważając by nie zachlapać się jej krwią, tak na wszelki wypadek. Była skupiona i napięta niczym struna, czekając na atak z którejkolwiek strony. Lustrowała bacznie wszystkich obecnych, ale jej uwagę najbardziej skupiał na sobie James. Słyszała ich rozmowę, usłyszała o wszystkim, co zaszło między nimi. Co zrobi mężczyzna? Rzuci się na nią chcąc pomścić czarownicę? Ich rozmowa chyba jednak na to nie wskazywała…
Awatar użytkownika
Altaris
Posty: 138
Rejestracja: 07 paź 2012, 13:30
GG: 2047632
Karta Postaci: viewtopic.php?p=35667#35667

08 lut 2014, 16:06

Niszczyciel światów poczuł, jak jego ciało kiełkuje z zaskakującą prędkością. Moc, jaką dało mu to miejsce i pomoc dziewczynki obdarzyły go zadziwiającą siłą. Każdy jego nerw formował się i wibrował na swój sposób, przygotowując go do przemiany, jakich w swoim życiu miał niewiele – nawet nie czuł się ani trochę zmęczony faktem polimorfowania. Energia rozpierała go błękitną cieczą płynącą w krwiobiegu. Anielska twarz uśmiechnęła się łagodnie i słodko niczym przerysowana bajecznością maska. Twarzyczka niczym ze snu spoglądała na wampira, gdy z czubka głowy Lucieno rozlała się burza złotych, połyskujących loków. Uśmiechał się nadal szeroko, gdy buzując jego energia życiowa poszerzała się niezmiernie. Czuł, jak jego Aura bezpowrotnie rozrasta się, wynosząc go ponad wszystkich innych polimorfów. Nie był zwykłym polimorfem, jak raczyła zauważyć ta przeklęta wiedźma, która z pewnością go przejrzała – on był Tym w Koronie z Jelenich Rogów. Oni tego nigdy nie zrozumieją. Nawet dla niego to było ciężkie do zrozumienia – nie wiedzieli, jak błahe są życia ich i samego Lucieno. Jak dziecinna i malutka wydaje się ta Wielka Gra o uratowanie świata i zabezpieczenie Bramy. On pożre kolejne światy, jak to robił dawniej, dla ostatecznego spokoju polimorficznie uzdolnionych ludzi i ich bliskich. Zniszczy przedwiecznych, zniszczy Bramę, zniszczy każdego, kto mu stanie na drodze.

Skrzydła rozpostarły całą swoją długość, gdy spoglądał na wampira, trzymającego w jego kierunku różdżkę. W miną pełną politowania i współczucia spojrzał na niego dużymi, szczerymi oczami, z ciepłym uśmiechem na twarzy mówiąc głosem, który poruszył w powałach całe pomieszczenie – nienaturalnie głośnym i tubalnym, przypisywanym raczej olbrzymom – Na nic mi Twoja różdżka, wampirze… Na nic mi Twoje życie. Obietnicę złożyłem dziewczynce, reszta zginie przy mym boku, lub przeciwko mnie – wyszczerzył kły, gdy z jego brzucha przebiły się wybrzuszając pancerne płyty pancerza. Nogi ugięły się bardziej, gdy Niszczyciel obniżył środek ciężkości, spojrzenie mając skupione na różdżce w ręku wampira, lecz patrząc zupełnie gdzie indziej, jakby wgłąb siebie z pozycji obserwatora. Obrócił powoli głowę, jednym krokiem przechodząc bliżej ściany, by nie być tak blisko wampira i mieć wszystkich ogarniętych swoim spojrzeniem – Jestem Niszczycielem. Odwiecznym Strażnikiem gatunku ludzkiego – przemówił do zebranych. Gdy zobaczył, jak wiedźma odrzuca chłopca i spogląda na niego, on już wiedział, że ona też wie. Ona też była Niszczycielem – jednostką która zniszczyła już niejedną Bramę.

Teraz poczuł się zawstydzony swoimi ludzkimi uczuciami. Nie powinien się kierować błahymi zachciankami i sumieniem, ale jednak to teraz nim zawładnęło. Spojrzał na Przedmiot, nie wierząc, że to różdżka. Sądził raczej, że to jakaś rzecz, która jest pułapką, która zabije go, gdy tylko dotknie różdżki. Obdarzył wampira obojętnym spojrzeniem i widząc, jak wiedźma trzęsie się, zamieniając w wilkołaka zobaczył, jak obrywa sztychem w plecy, po czym broń zostaje z niej wyciągnięta. Uśmiechnął się drapieżnie, ugiął bardziej nogi i wystrzelił poziomo w stronę wiedźmy, rozkładając skrzydła na boki, by nabrać prędkości i wytyczyć tor lotu. Lecąc na wysokości głowy wilkołaka niczym żywy pocisk wleciał wprost na nią, zdecydowanym i szybkim sztychem rąk wbijając pazury w okolice szyi wiedźmy, którą poderwał do góry, a następnie wbił ją wprost w ścianę na sporej wysokości. Jeżeli wiedźma przemieni się podczas lotu, Lucieno kopnie ją, by zsunęła się z pazurów. Sam kopniak powinien ją zabić, ale kto wie. Chciał jedynie spełnić swój dług wdzięczności wobec dziewczynki. Jeżeli jednak po wbiciu w ścianę jako wilkołak nadal będzie się ruszać, Lucieno wyjmie spod płaszcza rewolwer, który wyceluje w mostek kobiety i strzeli trzykrotnie, jednokrotnie strzelając także w głowę.

Awatar użytkownika
Vereomil
Posty: 378
Rejestracja: 13 gru 2012, 20:04
Lokalizacja postaci: Karczma Pod Bezgłową Damą
Discord: Vere#6712
GG: 46500292
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2524

13 lut 2014, 09:16

Jego plan spalił na panewce. Emocje Wim zapanowały nad jej ciałem. Nie kierowała się zdrowym rozsądkiem. Jej łokieć wbił się w krocze Olivera, co chłopiec poczuł szczególnie dotkliwie. Zgiął się wpół, jęknął z bólu. Nie miał jednak szansy trwać w tej pozycji zbyt długo, bo już po chwili wiedźma złapała go za kark i wystawiła przed siebie, by następnie chwycić w drugą dłoń zardzewiały rewolwer, którego lufa została wycelowana w wstrętnego typa. O ile drugie pochwalał, to pierwsze niespecjalnie się spodobało blondynkowi. Tym bardziej, że nie wiedział co odczuwać – ból czy przerażenie – oba odczucia przeplatały się i na przemian stawały się to się silniejsze, to słabsze. W jego głowie zapanował ogromny mętlik. Nie wiedział co robić. Zresztą nie miał zbyt dużego pola do manewru. Wisiał zwinięty w bólu, który zafundowała mu ta, którą miał ochraniać.

Jednakże nie miał szansy wisieć zbyt długo, bo już po chwili kobieta postanowiła pozbyć się zbędnego balastu i odrzuciła go w stronę ław. W jedną z nich uderzył głową i biodrem. Przed jego oczyma pojawiły się mroczki. Czuł, że jego ciało jest bezwładne. Przez dobrą chwilę nie rozumiał, co mówili inni, nie widział, co robili i nie mógł się poruszać. Siedział w dziwacznej pozie próbując się otrząsnąć. W końcu odzyskał władzę nad ciałem. Podniósł się i sprawdził siniaki, których się nabawił. Sprawiały ból, lecz nie taki, by przeszkadzał mu przy poruszaniu się. Spoliczkował się, próbując się otrząsnąć. W końcu się udało. I miał plan. Plan, dzięki któremu mógłby w końcu pokazać, że nie był jedynie balastem dla Gemmy. Zależało mu na tym. Na jego twarz zawitał lekki, tajemniczy uśmiech, lecz nikt na niego nie zwrócił uwagi, a jeśli nawet, to nie miał możliwości zbyt długo mu się przyglądać. Oliver biegiem ruszył w stronę zakrystii. Nawet nie patrzył na walczące ze sobą dziwolągi. Nie chciał na to patrzeć, nie chciał tego oglądać, nie chciał nawet o tym wiedzieć… Ostatnie było niemożliwe, lecz dwa poprzednie – zdecydowanie tak. Znajdując się w pomieszczeniu, dostrzegł drzwi prowadzące na tyły kościoła. Otworzył je i szybkim krokiem ruszył w stronę drzewa druida.

- Druidzie! Druidzie! – zakrzyknął, tworząc ze swych dłoni tubę.

Dostrzegł go. Staruszek siedział na jednej z gałęzi i uważnie przyglądał się walce, która się toczyła we wnętrzu kościoła. Słysząc głos trzynastolatka zwrócił głowę w jego stronę, a po chwili znalazł się tuż przed nim.

- Pomóż. Pomóż mi zabić w dzwon! – znów krzyknął Oliver i puścił się biegiem w stronę schodów kierujących na dzwonnicę.

Biegł, biegł i biegł. Przebierał krótkimi nóżkami. Tuż za nim całkiem żwawo truchtał starzec. Blondynek chciał zrobić to jak najszybciej. Czuł presję czasu. Chciał, by stało się to jak najszybciej. Teraz! Zaraz! Już! Nadal jednak biegł.

W końcu dotarł i czym prędzej pociągnął za sznur.

- Pomóż! – powtórzył się.

I jeszcze raz, i jeszcze. Oliver wraz z druidem ciągnęli za sznur, a po okolicy rozbrzmiewał dźwięk dzwonu.

Awatar użytkownika
Xariel
Posty: 927
Rejestracja: 23 mar 2013, 16:28
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 11721007
Karta Postaci: viewtopic.php?p=42135&highlight=#42135

14 lut 2014, 00:30

No to się podziało. Można powiedzieć, gruba impreza. Wybuchy, strzały, krzyki. Latające noże, polimorfy, ależ kurwa się działo, łuhuhu. Rzecz w tym, że Jamesa jakoś to wszystko omijało. Polimorf straszył wampiry i rzucał się na wilkołaczki, napalony koleś, dzieciaki były dzieciakami. Cała sprawa przybrała obrót, którym ani Logan, ani też jego właściciel nie byli zainteresowani. Przynajmniej w tej chwili.

Polimorf rzucił się na Wim, która, swoją drogą, zachowała się zgoła bezsensownie. Howlett niezbyt mógł jej pomóc. Sam zresztą nie wiedział, czy w ogóle chciał. Kiedy Drakula odstawiał swoje komedie, Wim rzucała dziećmi, ksiądz latał po kościele wyposażony w skrzydła, które zdecydowanie nie były Bożym darem, on postanowił uskutecznić nieco bezpieczniejszą taktykę. Bezpieczniejszą zarówno dla niego, jak i życia postronnych. Skromnym, raczej skrytym gestem ręki dał znać Loganowi, żeby trzymał się blisko niego.

James miał zamiar znaleźć konfesjonał, wnękę, kaplicę, cokolwiek, gdzie mógłby w spokoju przystanąć, czy też usiąść i obserwować całą sytuację. Co najważniejsze – samemu pozostając możliwie jak najmniej widocznym. Poczeka co się stanie z Wim, poczeka jaki będzie wynik starcia Drakuli z księdzem, poczeka aż wszystko nabierze spokojnego, codziennego tempa. Jeśli ktoś uważał wilkołaki za bezmyślne, łaknące krwi bestie, cóż. W tym wypadku się najwidoczniej pomylił. Ciężko było zobaczyć plusy kościelnej rozpierduchy inne, niż rozlew krwi sam w sobie. Pytanie, czy był on plusem. Do otwarcia się bramy był jeszcze czas, będą jeszcze okazje na wszystko. Niech wyżynają się sami, on poogląda.

Awatar użytkownika
Nessir
Posty: 265
Rejestracja: 31 sty 2013, 17:03
Lokalizacja postaci: Kanały
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2494

23 lut 2014, 15:34

Hrabia zamarł w miejscu. Chwilę patrzył na to co stoi przed nim ze zdziwioną miną. Jak długo żył, takiego dziwadła nie widział nigdy. Co więcej, nawet nie był w stanie określić z czym dokładniej mają do czynienia. W jednej chwili widział jak rosną mu złote włosy, a za chwilę z brzucha wyrasta pancerz. Kim on, kurwa, był. Niestety, stary wampir nie miał sposobności aby się dłużej przyglądać gdyż Stwór postanowił zaatakować czarownice. Był albo bardzo głupi, albo zbyt pewny siebie. Jedno nie wykluczało drugiego. Nie chciał różdżki więc Gra go nie interesowała. Jego strata. Drakula wstał i otrzepał się z brudu który przylepił się do jego ubrań podczas upadku. Trzeba było przyznać, że trwało to dłuższą chwilę zanim wampir znów skupił swoją uwagę na osobach znajdujących się w kościele.

Podczas tej chwili, czarownica została pozbawiona życia. Dość ciekawe. Jedyne co zauważył to truchło kobiety spadające na dół i dziwnego potwora tuż nad nią. Robiło sie cholernie niebezpiecznie. Tego wybryku natury nie przewidział w swoim planie. Trzeba było zacząć myśleć nad nowym. Wampir powoli żałował, że w ogóle dał się wciągnąć w ten cyrk.

Niestety, zmuszony został do podjęcia podobnego działania co wilkołak. Podszedł nieco bliżej ołtarza, tak aby w razie czego móc ubezpieczać Gemmę. Wlazł między ławki i tam przyjął bezpieczną pozycję, nadal trzymając laskę w dłoni. Obserwował głównie dziwoląga. Nie wiedział czego się po nim spodziewać. Wydawał się typem z którym nie warto zadzierać.

Awatar użytkownika
Mork
Posty: 90
Rejestracja: 31 sty 2013, 17:57
Lokalizacja postaci: Kanały
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2493

24 lut 2014, 20:52

N

óż wysunął się cicho zza pasa. Dłoń szła pewnie, była zdecydowana. Ciemne oczy błysnęły, niczym spadająca gwiazda rozświetlająca mroki nocy. Dłonie zaczęły się pocić, rączka stała się śliska i nieprzyjemna. Mimo to, nóż trzymał się zadziwiająco dobrze. Jak gdyby wyczuwał swoją powinność i łaknął mordu. Niekoniecznie dobrego. Niekoniecznie w jakiejkolwiek sprawie. To zadziwiające, jak dziwnym tworem jest artefakt. Z jednej strony ma służyć swemu panu, wspomagając go, broniąc, walcząc po jego stronie. Nie posiada umysłu czy myśli. Jednakże, łaknie. Jak stal łaknie krwi, jak ziemia wody. Nie mógłby istnieć bez komponentu, który go uzupełnia. W tym przypadku jest to śmierć. Nawet ta najstraszliwsza, nawet w wigilię. Co z tego, że prowadzony do czynu przez tę małą dziewczynkę. Co z tego, że zabijający potężne, magiczne zwierze. To i tak śmierć. I to właśnie ona się tutaj liczyła.

K

rok, drugi, głuche uderzenia butów o posadzkę. Nóż błyszczący w półmroku, dziewczyna bez przeszłości i przyszłości. Pozbawiona czegokolwiek, co budziłoby w niej ludzkie emocje, pokroju empatii czy przebaczenia. A może po prostu nigdy ich nie znała? Lewa ręka spoczęła na barku czarownicy, budząc tym krótki wstrząs, gdyż Wim nie spodziewała się ataku z tej strony. Nim jednak zdążyła zareagować, nóż tkwił już w plecach. Wszedł szybko i bardzo, bardzo głęboko. Nie miała pewności, jednakże zdawało jej się, iż przeciął on wszystko po drodze jak masło. Kości, wnętrzności, wszystko. Zdawał się wyżerać życie, łaknąc coraz więcej. Kilka słów, jakie padły z jej ust. Nóż wyjęty z ciała, które zdawało się już umierać. Mogło także być martwe, kto wie. Krew i tak pozostała na rękach oraz koszuli. Przecież to oczywiste, że musiała się nią zachlapać. Nóż nie pozwoliłby na nic innego, nóż to przecież broń mordercy. Broń zadająca ból, cierpienie, rany, w końcu i śmierć. Odskoczyła.

S

krzydła poczęły łopotać. Potwór zerwał się z miejsca i poszybował w stronę wiedźmy. Zaledwie kilka metrów dzieliło ich od siebie. Lucieno nie pomyślał, iż próba lotu na tak krótkiej odległości może skończyć się tragicznie, zaś skrzydła które posiadł będą nadal ociężałe i niedołężne. Przecież nigdy tak naprawdę nie uczył się latać. Wyglądało to więc bardziej jak tygrysi skok, nieco jednak przypominający ropuchę. Rzeczywiście, udało mu się wbić pazury w jej szyję. Wpadł na nią z całym impetem, przewracając martwe już ciało. Nóż zabił ją na miejscu, zmiennokształtny tylko poharatał ciało. I… upadł z nią kawałek dalej, przewracając ławy i tłukąc skrzydłami po próżnicy. Kilka desek połamanych, ciało Wim pogruchotane, zmiennokształtny… w formie takiej, jak zawsze. Może trochę powykręcany, podłamany i krwawiący. Ale cóż to dla niego, półboga który zgodził się zstąpić na ziemię.
Obrazek

O

liver wpadł na tyły kościoła. Szybko odnalazł drzewo i począł wołać druida. Tak, to miało sens. Dziecko szukające pomocy u osoby starszej. Jak w rodzinie, tylko trochę inaczej. Druid był trochę wolniejszy od malca. Wspinał się ociężale, ciągle kaszląc i postękując. Rozumiał jednakże, jak ważna sytuacja nastała. Oto wszyscy gracze byli w jednym miejscu… tuż przed pełnią. To nie powinno się zdarzyć. Powinno nastąpić za kilka dni, a jednak stali teraz w środku. Wiedział, przyglądał im się przez okno. Nie wpadł jednakże na tak prosty i oczywisty plan. Zabijmy w dzwon, sprowadźmy ludzi. Wszystko rozwieje się, będzie dobrze. Oliver rzucił się na sznur, chwilę później uczynił to i druid. Lekko ociężale, acz udało im się doprowadzić do rozruchu. Potem było coraz prościej. Dzwon począł wydobywać z siebie głuchy łomot, serce chybotało się na prawo i lewo.

J

ames gdzieś zniknął. Ulotnił się równie szybko, jak płatek śniegu spadający w ognisko. Schował się w konfesjonale i nie zamierzał wyjść. Miejsce nadawało się idealnie do obserwacji, zaś nie wyglądało na to, iż ktokolwiek zauważył jego ucieczkę. Mógł się przyczaić. Logan wyglądał na zmartwionego, lekko przestraszonego śmiercią wilkołaczki. W gruncie rzeczy była ich siostrą, tą samą rasą.

P

odobny plan miał Drakula. Prześlizgnął się w bezpieczniejsze miejsce, gdzie mógł obserwować całą sytuację. Wyczuwał wiele ludzi, którzy właśnie zbliżali się do kościoła. Naprawdę wiele kroków. Pewnie wilkołak też ich wyczuwał. Byli w kropce, mogli uciekać albo próbować tłumaczyć. Z martwego ciała. Z dziwnego kotła na środku kościoła. Ze wszystkich tych dziwolągów w środku.

Wróć do „Sesje pozafabularne”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 17 użytkowników online :: 2 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 15 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Google [Bot], Rakczadra
Liczba postów: 52248
Liczba tematów: 2978
Liczba użytkowników: 1050
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Landis
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.