Ciemna noc grudniowa

Miejsce, w którym każdy może wcielić się w rolę Mistrza Gry i poprowadzić wcześniej przygotowaną sesję umieszczoną w dowolnych realiach.
Awatar użytkownika
Azur
Posty: 317
Rejestracja: 13 gru 2012, 21:38
GG: 21882886
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2374

Ciemna noc grudniowa

17 lis 2013, 22:35

Muzyka
Obrazek
Ciemna grudniowa noc. Płatki śniegu powoli opadające ku ziemi. Piękny zimowy widok, skąpanego we mgle miasta. Kilka małych bryczek, wracających z Londynu, po zaopatrzeniu się w niezbędne produkty. Kościół, pobrzękujący raz po raz dzwonem, wzywający na wieczorną mszę. Dzieci biegnące do domów, zimne jak bałwany. Jakiś samotny dżentelmen, palący fajkę na ganku swego małego domku. Niesamowity spokój, którym szczyciła się owa wioska na obrzeżu. Już za miesiąc, nie dłużej, okaże się, czy świat został ponownie uratowany. Od pokoleń zwyciężali zamykający. Czasem ledwo, czasem przypadkiem, zdarzało się także, iż zdobywali niesamowitą przewagę. Czy tak będzie tym razem? Czas pokaże. Pozostaje jedynie mieć nadzieję, ten dziwny pierwiastek człowieczeństwa, który siedzi nawet w najbardziej przeżartych złem bestiach. Rozdartych pomiędzy uczucia, jakie czuje w stosunku do ludzkości… a Starszych Bogów. Istoty tak potężne, iż mogłyby zniszczyć świat. Istoty, które nie widzą przebaczenia, litości, współczucia. Rasa panów, którzy przybędą rządzić światem. Niepodzielnie i bardzo krwawo.

Co do zamykających… Dziwni ludzie. Walczą za każdym razem, przeżywają – w większości. Acz nigdy nie zdarzyło się tak, by któryś opuścił grę z własnej woli. Zawsze była to śmierć, bądź jakiś niefortunny wypadek. Ale kto tam wie, może to po prostu Starsi Bogowie nasyłali na nich swoich poddanych? Macki z oddali kierowały bezsilnymi, małymi ludźmi? Kto by pomyślał, a jednak. Cóż, nie zdradzając jednak wiele…

Brama póki co pozostaje zagadką. Wszyscy wiedzą, że znajdzie się gdzieś w centrum zamieszkania graczy, acz nikt nie posiada dokładnych informacji gdzie. Pozostają spekulacje, wierzenia, przepowiednie. Ostatniego dnia i tak wszystko jest jasne. Bywało i tak, że nikt nie odnalazł bramy, więc wszyscy rozchodzili się do domów w spokoju. Tym razem wszystko będzie inaczej. Podświadomie każdy z graczy spodziewał się czegoś większego, wspanialszego. Kierowały nimi różne przesłania. To przelatujący kruk, to oczy patrzące z oddali, to znów dziwny sen. Wszystko wskazywało na krwawe rozstrzygnięcie. Ponadto, gracze chyba dopisali liczebnością. Im bliżej rozgrywki, tym więcej było dziwnych zdarzeń w okolicy. Komuś zniknął pies, innym razem podpalono chatkę na uboczu. Bardzo dziwne.

Okiem prostego mieszczanina:

13 Grudnia

W okolicy pojawił się bardzo znany detektyw, Sherlock Holmes. Nie ma wątpliwości, iż jako następstwo dziwnych wypadków. Jako, iż mężczyzna był dżentelmenem, starał się nie wydawać na zbytni widok. Prowadził dochodzenie w spokoju i harmonii. Bez jakichkolwiek podejrzeń właściwego celu przybycia. Bo kto by się spodziewał, iż arystokrata jego pokroju, będzie się bawił w jakieś dziwne, tajemnicze i groźne, rytuały. Chyba tylko szaleniec. Wielki Detektyw nie był przecież tego typu człowiekiem. Był spokojny, ułożony, miał także w zwyczaju pić herbatę o godzinie piątej. Przykładny Anglik. Nie to co Ci… Ci, którzy zjawili się niedawno… ulicznicy…

Była ich dwójka. Przyjechali nie wiadomo skąd, nikt nie wie po co. Jeden mniejszy, taki kurdupel z deka, a druga trochę większa, ładna nawet i pewnie już któryś z chłopów by się za nią wziął, gdyby nie obawa, że złapie jakieś skurwysyństwo. Ciekawe czy ona się w ogóle goliła. Brudna pinda, tfu! Tylko się to tałatajstwo po mieście plącze, tylko lata jak pogrzane, pewnie i kradnie i rabuje. Tylko problemy przyniosą. Dużo problemów. To nie na mój umysł! Nie to co Tom, młody tom…

Tom Sawyer. Chłopaczyna jest zawsze ogolony, miły i do tego ma takie pocieszne zwierzątko. Porządny obywatel, nic dodać, nic ująć. Poznałem także niedawno pana Warrena. Jego nazwisko to chyba Brown, acz nie mam pamięci do tego typu spraw. Wydaje się porządnym gościem, przyjechał dość niedawno. Mimo tego, iż jest obcy, nie obawiam się przy nim o swoje zdrowie. Ma rewolwer. Niewielu je ma. Natomiast pan James Howlett… to ostry gość. Wydaje mi się, iż będą z nim problemy. Ma oczy wilka, takie jak jego pies. Żona mówi, iż gderam bez sensu, acz ja wiem swoje. Będą z nim problemy…

Na PW otrzymaliście wytyczne co do miejsca waszego zamieszkania. Wolę, abyście sami je opisali, nie odbierając wam tej przyjemności. Dodam jedynie, iż panuje zima, zaś jesteśmy w Anglii. Ponadto, na PW otrzymaliście dokładnie określony przedmiot, jaki wam przynależy, oraz opis jego działania. Możecie już z niego korzystać, a nie chcąc go ujawniać, wysyłać mi o tym noty na PW. Na razie nie wiecie, gdzie znajdują się inni gracze. Dobrym rozwiązaniem byłaby przechadzka. Macie także dowolność w poszukiwaniu innych magicznych artefaktów, jeśli to was kręci. Grę czas zacząć, życzę miłej zabawy.

Btw, wasze zwierzęta rozumieją co do nich mówicie, więc możecie im nakazać coś robić.
Awatar użytkownika
Desabia
Posty: 128
Rejestracja: 16 paź 2011, 13:37
GG: 8551012
Karta Postaci: viewtopic.php?p=14514&highlight=#14514

03 mar 2014, 21:06

N

óż gładko przeciął ciało, jakby wcale nie miał przed sobą żywego wilkołaka. Wyszarpnęła broń, a krew ochlapała jej ubranie. Odskoczyła z wyrazem niesmaku na twarzy. Nie chciała się zachlapać, plamy z krwi rzucają się w oczy postronnym obserwatorom. Wytarła ostrze o rąbek płaszcza, bo i tak był brudny. Nieco więcej krwi nie zrobi już jej różnicy.

C

iało wiedźmy już martwe zaczęło opadać na podłogę, jednak rzucił się na nie ten dziwny stwór, w którego zamienił się ksiądz. Czyżby był po jej stronie? Na razie czuła ulgę, że nareszcie udało jej się pozbyć nieobliczalnej wiedźmy. Czuła też pewien rodzaj niepokoju spowodowany dziwną istotą. Nie pasowała jej do żadnych, z którymi do tej pory się spotkała. W dodatku ten niby skok, niby lot przyprawił ją o dreszcze. Może i pomógł jej zabić wiedźmę, ale ona go ożywiła. Dług został spłacony, a Gemma nie widziała więcej żadnego powodu by mu pomagać, ani w ogóle przebywać dłużej w kościele. Postanowiła zabrać Olivera i ulotnić się stąd jak najdalej. Najgorsze było to, że młody zniknął. Wcześniej leżał na tych ławkach, a teraz wziął i gdzieś wyparował. Znowu nic nie szło po jej myśli.

J

ej ulotnienie się z miejsca "wypadku" przybrało bardziej fizyczną formę, kiedy zaczęła wycofywać się w stronę zakrystii. O dziwo, ta była otwarta. Usłyszała jakiś tupot dobiegający ze schodów prowadzących na dzwonnicę, jednak nie zauważyła tam nikogo– było już za ciemno. Przymknęła za sobą drzwi, przez wąską szparę obserwując co się dzieje w kościele. Poznikali wszyscy, oprócz ciała Wim i Zmiennokształtnego.

P

odskoczyła wręcz, ze strachu kiedy usłyszała kościelne dzwony. Swoim ulicznym zmysłem wyczuła zbliżające się kłopoty. Wymknęła się tylnimi drzwiami, przywołując do siebie Psa. Zawsze raźniej jest wędrować razem. Zniknęła w wąskich uliczkach za kościołem, obchodząc go naokoło, uważając by nie wpaść na kogoś pędzącego w tamtą stronę.
Awatar użytkownika
Altaris
Posty: 138
Rejestracja: 07 paź 2012, 13:30
GG: 2047632
Karta Postaci: viewtopic.php?p=35667#35667

11 mar 2014, 07:10

Gdy uderzył w ciało czarownicy był wściekły, opętany i spojony gniewem do wszystkich tutaj, którzy wydawali mu się tak podejrzani, że bał się o to, że zaraz któryś z nich spróbuje go zabić. Spodziewał się tego po niemal każdym – po Drakuli, który od samego początku zaatakował go nietoperzami, nieomalże zabijając, po wilkołaku, który najwyraźniej połączony był jakoś z tą głupią czarownicą, która teraz była jedynie truchłem. Nie spodziewał się zdrady jedynie po dziewczynce i chłopcu, których chciał ochronić i którym chciał pomagać, dopóki Brama nie zostanie zamknięta. Chciał być ich protektorem i nie pozwolić innym, by ich skrzywdzili. Tymczasem oni również zdradzili – chłopiec zabił w dzwon, ściągając do kościoła ludzi. Nie da rady zamienić się w kogoś, kto mógłby tym ludziom wszystko wytłumaczyć.

Puszczając truchło wiedźmy zamachnął się ramieniem i uderzył łapą z pazurów w jej ciało, by zostawić zwierzęce ślady. Swój wzrok skierował ku wieży, a jego dziecięcą twarz wykrzywił okropny i straszliwy wyraz nienawiści. Twarzyczka tak słodka stała się domeną śmierci, która miała nadejść. Uginając mocno kolana wybił się do góry, przy wybijaniu machając też skrzydłami, by dodać sobie impetu. Spróbował podlecieć do okna, przez które wcześniej wypadł. Nie powinien mieć trudności z przeciskaniem się. Ruszył hałasując ku górze, by tam, wyskakując przy dzwonnicy, porwać zręcznym ruchem chłopca w obie dłonie i trzymając go nogami ku ziemi, poleciał z nim z dala od wieży kościelnej, wzbijając się trochę wyżej, by ciekawskie oczy nie dostrzegły nic poza dziwnym kształtem na niebie. Zdawał sobie sprawę, że wielu pewnie spojrzy na wieżę – ale tak najprościej było uciec, skoro ludzie byli już pod kościołem.

Olivera zabiera niedaleko za miasto, gdzie postanawia go ogłuszyć i odciętym od ubrania paskiem materiału zawiązuje mu oczy oraz krępuje dłonie. O ile w ogóle udało mu się go porwać.
Awatar użytkownika
Vereomil
Posty: 375
Rejestracja: 13 gru 2012, 20:04
Lokalizacja postaci: Karczma Pod Bezgłową Damą
Discord: Vere#6712
GG: 46500292
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2524

13 mar 2014, 22:11

Bicie dzwonu rozbrzmiało. Rozniosło się okolicy niczym goniec, który niósł ze sobą wiadomość dla całego miasta. Budził mężczyzn i kobiety, starych i młodych. Dzieci coraz głośniej szlochały. Z każdym kolejnym uderzeniem można było ujrzeć jeszcze więcej światła, jeszcze więcej ruchu. Już po chwili na ulicy zaroiło się od lamp, świec i kaganków, które konsekwentnie kierowały się ku kościołowi. Działo się tak ze wszystkich stron. Jedne poruszały się szybko, inne wolniej. Niektóre przystawały na chwilę. Najpewniej ludzie chcieli ujrzeć, kto wołał. Czy im się udawało? Czy nie dziwił ich obraz dziecka i starca, którzy konsekwentnie, miarowo, bez ustanku ciągnęli za sznur? Kto wie. Oliver nie zastanawiał się nad tym zbyt długo. Pomimo, że widok gęsto skupionych ze sobą świateł, które poruszały się w jednym, określonym kierunku, niebywale go fascynował, musiał odwrócić od nich wzrok. Nie było czasu na podziwianie. Teraz był czas na działanie, a konkretnie na uciekanie. Ludzie nie powinni zobaczyć go w tym miejscu o tej porze i w takich okolicznościach.

Przestał ciągnąć za sznur. Szybkim krokiem ruszył w stronę schodów, lecz już w kolejnej chwili zawahał się. Zacisnął wargi, ścisnął brwi. Ewidentnie się nad czymś zastanawiał. Odwrócił lekko głowę, spojrzał kątem oka na druida. Zwrócił ją w jego stronę. W końcu zapytał:

– Potrafiłbyś sprawić, byśmy znaleźli się gdzieś indziej? Musimy się stąd… ulatniać.

Chwilę czekał na odpowiedź starca. Miał nadzieję, że będzie potrafił coś takiego. Zresztą po ostatnich wydarzeniach wydawało mu się, że już nic go nie zdziwi. Sytuacja zaistniała w kościelnej sali już doszczętnie opróżniła zasoby szoku i zaskoczenia, które były w posiadaniu Olivera. Czy jednak był pewien, że druid posiada jakiekolwiek możliwości tego typu? Nie. Nie mógł być. Dlatego więc w przypadku odpowiedzi odmownej czy jej braku, szybko zbiegł na dół i spróbował przemknąć się w taki sposób, by nie został zauważony.

Nie było to też coś pewnego. Wszak każdy mógł zauważyć małego chłopca, który schodzi ze schodów prowadzących do dzwonnicy i próbuje wyjść z kościoła. Można stwierdzić, że mógłby być zgoła charakterystyczny.

– Schowaj się za pazuchę.

– zawołał do Sigiego, który właśnie wyglądał mu zza kołnierza.

W momencie, gdyby jednak został zauważony, stanąłby jak wryty i… zaczął płakać. Wręcz głośno szlochać. Dłońmi ściśniętymi w pięść przecierałby oczy, a łzy spływałyby mu po czerwonych policzkach. Przez długi czas by się nie odzywał. A nuż ktoś się by zlitował nad biedną sierotą.

Awatar użytkownika
Azur
Posty: 317
Rejestracja: 13 gru 2012, 21:38
GG: 21882886
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2374

24 mar 2014, 22:49

[/oldsize]
"Koszmar, giętki słup cuchnącego smrodu, mieniący się czernią, wąsko poruszający się naprzód. Bezkształtna masa bąbli protoplazmy wydzielająca z siebie lekki poblask, obdarzona mnóstwem efemerycznych oczu w formie bąbelków zielonkawego światła pojawiających się i znikających, rozsianych na całej płaszczyźnie czołowej […]"

C

iało Gemmy poruszało się szybko i mocno. To już nie była skradająca się sierota, poszukująca kolejnej łatwej ofiary, którą można by okraść z dobytku czy chociażby jedzenia. Zdawało się, że przeszła metamorfozę. Biała róża została splamiona karmazynem, który począł rozlewać się i wypełniać każdą wolną przestrzeń, szaleńczo szukając niedobitków niewinności.

Z

akrystia, miejsce teoretycznie bezpieczne, ponieważ będące poza zasięgiem wzroku zebranych. Powolne kroki, odgłos biegnący cicho gdzieś na granicy poczytalności. Stukanie drążące korę mózgową, wszystko takie przejrzyste, czyste, obraz wzmocniony. Oczy skupione, słuch jakby wygłuszony, zapach… zapach kurzu.

D

rzwi ustąpiły gładko. Zero skrzypienia, cudownie naoliwione, mogła wymknąć się po cichu. Przymknięte, dające jedynie pojedynczą łunę światła, przebijającą się przez nią i spowijającą jej cień, dziwnie wydłużony na podłodze. Reszta pokoju była spowita ciemnością, wydającą się nienaturalną, zwiastującą coś złego. Coś, co tylko czekało aby się wydostać i pochwycić ofiarę. Dziewczynę, która już nie była sobą. Dziewczynę, która stała się czymś zupełnie innym niż pierwotnie.

P

ies wąchał niespokojnie powietrze. Wyglądało na to, iż był niemniej przerażony niżeli jego pani. Ba, był tak niepojęcie przerażony, iż nie śmiał nawet skamleć. Jedynym jego celem było przywarcie do nogi swej pani, zachowywanie się jak najciszej oraz przeżycie. Zwierzęta, w przeciwieństwie do ludzi, miały szósty zmysł – wyczuwały gdy jest źle. A teraz nie tylko było źle. Było najgorzej jak to tylko możliwe. Nawet tak mały móżdżek jak psi pojmował, iż przelewanie krwi na terenie punktu otwarcia jest beznadziejnym pomysłem. Jeszcze gorszym pomysłem jest robienie tego na kilka dni przed bardzo problematycznym pojedynkiem. Bardzo źle, naprawdę źle, pani jest taka głupia.

S

kok. Głośny, mocny, perfidnie wolny. Skok na kilka metrów wzwyż. Palce zaczepiające się o mur, próbujące zahaczyć się o krawędź okna. I powolne opadanie w dół, wynikające z niesamowitego ciążenia lewej nogi. Rąbnięcie o ziemię całą masą swego ciała, roztrzaskanie w drzazgi kilku ławek. Uderzenie wzmocnione ciągnącym nogę czymś, czymś co złapało nad wyraz mocno, czymś, co w niepojęty sposób zdołało wydobyć się z ciała czarownicy i chwycić.

D

rakula całą sprawę widział z innej perspektywy. Gdy tylko zadziwiający stwór, zdolny morfować i niszczyć wszystko wokół spróbował wystrzelić swym cielskiem w powietrze, z ciała czarownicy począł wylewać się szlam. Nie zwykły, nie taki jak w rynsztokach. Czarny, nieraz odbijający w ciemną zieleń. Miał w sobie aurę zła, miał w sobie coś, co fascynowało. I wystrzelił w górę, łapiąc swą ofiarę niemal w ostatniej chwili. Ciągnąc, wgniatając ją w ziemię. Bezlitośnie, bez uczuć, bez pomyślunku. Wyglądało na to, że istota nie zawahała się nawet sekundy by zdobyć swą ofiarę. Bezlitosna, krwiożerca, bezrozumna.

L

ogan się wzdrygnął. Sierść zjeżyła, kły ukazały pośród futra. Biały obłoczek wyleciał z wzdętych nozdrzy.
Wyczuwam Shoggotha. – padły krótkie, stanowcze słowa. Wilk nie mówił za dużo. Nie potrzebował, nie chciał też zdradzić ich pozycji. Jednakże, samo wspomnienie o bestii pokroju Shoggotha wywoływała przerażenie. Pojawienie się sługi przedwiecznych, tutaj, wśród ław kościoła i krzyży… coś musiało pójść naprawdę nie tak. "Cuchnące lśnienie", tak ich nazywali Ci, którzy mieli na tyle szczęścia, by przeżyć spotkanie. Cuchnący szlam, pożerający wszystko na swojej drodze, wywodzący się z nieskończonych wód oceanów R'lyeh. Będący zapowiedzą, zwiastunem, jeźdźcem apokalipsy… i śmiercią, we własnej osobie.

O

liver widział, jak od strony obozu poczynają płonąć pochodnie. Widział, jak z pobliskich domów wychodzili zaspani ludzie, chcący sprawdzić dlaczego ktoś bije w dzwony. Ze wszystkich stron nowe światła, szum wiatru, zimno. I ten enigmatyczny człowiek, druid, patrzący się w pustą przestrzeń.
A więc wszystko się zaczęło. - siwa broda powiewała wśród śnieżynek. Oczy zamgliły się, najwyraźniej myślał.
Złamali zasady. – cichy pisk, mały pyszczek, zjeżone futerko. Oczka, w których ogień powoli przygasał. Stawały się coraz ciemniejsze, prawdopodobnie oznaczało to smutek. Głos fretki był cichy i niespokojny.
Bo widzisz, mój drogi przyjacielu… tylko jedna noc w roku uchodzi bezkarnie, tylko przez jedną można tu walczyć i niczego nie zirytować. Takie były, są i będą zasady. Oni je złamali. Czas stąd uciekać. - Druid pochylił się nad skrajem muru. Następnie wypuścił z rękawa pnącze, które oplątało się wokół kilku statycznych punktów i zwiesiło na ścianie, umożliwiając zejście na drzewo poniżej.
Chodźmy. – polecenie, nie prośba. Nie było czasu na prośby, nie było czasu na nic. Trzeba było uciekać, to coś czuło się pod skórą.
Awatar użytkownika
Vereomil
Posty: 375
Rejestracja: 13 gru 2012, 20:04
Lokalizacja postaci: Karczma Pod Bezgłową Damą
Discord: Vere#6712
GG: 46500292
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2524

05 kwie 2014, 12:42

Już miał zbiegać. Już rwał się do biegu. Każda komórka jego ciała wołała z krzykiem, by ruszył ten głupi tyłek i uciekał stąd jak najdalej. Usłyszał wysoki głosik Sigismunda, który przedstawił Oliverowi to, co dla druida było czystą oczywistością. “Złamali zasady" – zadźwięczało w głowie chłopca. Ktoś przestał być – to pewne. Czyżby to było tą zasadą? Kto miałby ją znać? On jej nie znał, lecz szybko poukładał sobie wszystko w głowie. Wiedział co i jak, a najbardziej wiedział, że najważniejszym jest zmykać stąd w trymiga. Jego przypuszczenia potwierdził druid, który przygotowywał drogę ucieczki. Czyżby z jego rękawa wychyliło się pnącze? Nie – to niemożliwe… Przecież.

Chłopiec próbował nie wierzyć w to, co widział, lecz jednocześnie ostatnie wydarzenia sprawiły, że mało co go już dziwiło. Po chwili więc po prostu przyjął to do wiadomości. Powoli sobie uświadamiał, że wszystko tutaj jest dziwaczne, niewiarygodne i bez sensu. Trzeba było to przyjąć do wiadomości… i tyle. Taką strategię postanowił przyjąć Oliver i jej się trzymać. Szybko podbiegł do pnącza i energicznie, acz roztropnie rozpoczął schodzić na drzewo. Nie chciał spaść, lecz jednocześnie nagliła go sytuacja na tyle, że nie bardzo się zastanawiał nad tym, co robi. Wszystko działo się jakby w marazmie, w śnie. Mechanicznie, stale, bez ustanku. Byle jak najdalej. W końcu zszedł na drzewo i spojrzał w górę, czekał na druida. Chciał go zapytać: “Co dalej? Co trzeba zrobić, by wszystko wróciło do normy? Starcze, pomóż!" Miał nadzieję, że starszy mężczyzna będzie znał odpowiedź na te pytania. Inaczej wyglądało, że są zgubieni, a to się Oliverowi zgoła nie podobało.

Awatar użytkownika
Azur
Posty: 317
Rejestracja: 13 gru 2012, 21:38
GG: 21882886
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2374

21 kwie 2014, 20:13

[/oldsize]

ObrazekLucieno pożerany przez bezkształtną maź, znikający powoli w jej odmętach. Gemma wyciągana powoli, ku własnemu przerażeniu, z zakrystii. Corgi próbujący ugryźć mackę, nie mogący się nawet do niej zbliżyć. Drakula próbujący wyciągnąć rękę z czarnego szlamu, rzucający się na wszystkie strony, przeklinający wszystkie świętości. Ludzie wpadający do kościoła, zatrzymujący się w pół kroku, oglądając przerażające zjawisko. Chwilę później pierwszego z nich dosięgła zdradziecka wydzielina. Zaczęli uciekać w popłochu, rzucając się ku wyjściu, próbując zamknąć drzwi. Zaradni cyganie przybiegli z ogniem, toteż teraz starali się podpalić kościół. Istny szał, przerażenie i szaleństwo. Rodzice ciągnący dzieci ku domom, chcący uchronić je przed czymś, co zostało w środku. Kilku ludzi, którzy przynieśli krzyż z najbliższego domu, modlących się o odejście szatana. Znalazł się nawet jeden domorosły egzorcysta, plwający na zło, który począł odprawiać rytuał, mający rzekomo wypędzić istotę.

James był uwięziony. Logan patrzył na niego, sam nie wiedząc, co powinien uczynić. Byli zamknięci w małej klitce, niedaleko monstrum pożerającego właśnie całą resztę graczy. Brakowało tylko tego małego, Olivera. Coś było wyraźnie nie tak, to nie powinno się dziać. Nigdy wcześniej się nie działo. Każda kolejna gra kończyła się trzydziestego pierwszego, nigdy wcześniej. To wtedy zdawały się różne dziwne anomalie, to wtedy wszystko się rozstrzygało i ginęli gracze. A teraz? Teraz ten dziwny Shoggoth pożerał wszystkich, za nic mając zasady czy Grę. Chwilę później do wyczulonych nosów doszedł jeszcze zapach spalenizny. Ktoś podłożył ogień pod kościół. Niedługo może być tu naprawdę gorąco.

Stopy Olivera dotknęły gałęzi. Drzewo zdawało się mu tak bliskie, tak realne, jak gdyby wszystko co nastąpiło przed chwilą miało nie istnieć. Ono było normalne. Jednakże, już po chwili dane mu było zauważyć ludzi bieżących ku kościołowi, dużą grupę przed nim, oraz powoli rozniecany ogień w okolicach drzwi. Chwilę później obok niego stanął druid. Musieli się ulotnić, wiedzieli to obydwaj, a jednak kilka sekund patrzyli się na siebie niewidzącymi oczyma, próbując zrozumieć co się właśnie stało. Gdy wreszcie odzyskali zdolność myślenia, poczęli schodzić w dół. Będąc już na śniegu poczęli biec, kierując się jak najdalej od zagrożonego terenu. Zasady się zmieniły, będzie naprawdę źle. Zatrzymali się dopiero na obrzeżach miasta. Upewniwszy się, iż nikt ich nie śledzi, druid spojrzał głęboko w oczy młodzieńca.
To się dzieje raz na jakiś czas. Gracze zaczynają wcześniej niż powinni i jest… jest źle. Szczególnie, jeśli ktoś zginie. "Oni" znajdą sobie kogoś nowego i uzupełnią miejsca. Szczęśliwie, przepadła także część przedmiotów. Będzie spokojniej. Taką mam nadzieję. – ręce mu drżały, szczękał zębami z zimna. Był autentycznie przerażony. Mimo swoich lat, mimo gigantycznego nakładu wiedzy i doświadczenia – wyglądał na załamanego. Stało się jasne, że Gra przybrała zupełnie nowy, nieznany obrót. Że to dopiero początek. Tylko tydzień, niewiele, a jednak mógł okazać się najbardziej krwawym okresem od lat. Tyle śmierci, tyle bólu… i ta cholerna świadomość, że nowe zasady są nieznane. Będą błądzić po omacku, szukając nowych graczy, próbując wzmocnić się na tyle, by przezwyciężyć tą drugą stronę. To będzie naprawdę długi tydzień.

Awatar użytkownika
Desabia
Posty: 128
Rejestracja: 16 paź 2011, 13:37
GG: 8551012
Karta Postaci: viewtopic.php?p=14514&highlight=#14514

24 kwie 2014, 23:04

W

ybiegając na zakrystię myślała, że jest już bezpieczna. Oparła się o ścianę i odetchnęła z ulgą. Może zareagowała zbyt gwałtownie, rzucając się z nożem na czarownicę, ale cóż teraz mogła na to poradzić? Nic. Truchło wilkołaczycy zostało rozsmarowane na posadzce, przez tego szalonego księdza. Pozostało tylko odskrobać resztki z podłogi i zapakować do zamkniętej trumny, której, broń Boże!, nie należy otwierać na pogrzebie… Z drugiej strony zabiła niewinną osobę, którą przyrzekła ochraniać. Jej sumienie zaczynało robić jej poważne wyrzuty z tego powodu.

Z

ignorowała na chwilę Psa, który wyraźnie niezadowolony jej krótkim odpoczynkiem przerażony przywarł do jej nogi. Nie wiedziała, co się z nią dzieje, ale nagle wszystko stało się takie… wyraźne. Ściana pod opuszkami jej palców miała mnóstwo nierówności, a pozorna ciemność skrywała mnóstwo tajemnic, których kontury mogła dostrzec. Wyciągnęła do płuc duży haust powietrza. Wyczuwała zapach kurzu i krwi, którą była ubrudzona. Nie podobało się jej to do końca. To było niewłaściwe.

M

imo tego, że miała chwilę na odetchnięcie, tak naprawdę nie uspokoiła się ani na moment. Coś, co kryło się w mrokach pomieszczenia przerażało ją. Irracjonalny lęk opanował jej całe ciało, unieruchamiając. Mogła tylko wytężać wzrok, wypatrując zagrożenia z otaczających ją ciemności. Kropla zimnego potu spłynęła po jej kręgosłupie, wywołując dreszcze. To wyrwało ją z otępienia. Wytarła zakrwawiony sztylet o rąbek płaszcza i trzymając broń w pogotowiu ruszyła w stronę wyjścia. Nacisnęła klamkę i pchnęła drzwi na zewnątrz, gdy nagle coś chwyciło ją za nogę i pociągnęło z powrotem w stronę kościoła. Serce zaczęło jej bić jak oszalałe, ona sama zaczęła wrzeszczeć jak opętana, wyrywać się, kopać czarną maź, która wciągała ją do środka.

P

oczuła także zapach dymu. To wywołało jeszcze większe uczucie paniki, jeżeli w ogóle jej serce wytrzymałoby coś takiego. Ręce ze zdwojoną siłą zaczęły dźgać sztyletem w mać, nogi kopać i wyrywać się z czarnych mace. Gdyby tylko na sekundę udało jej się wyrwać z tych śmiercionośnych objęć wybiegłaby z zakrystii i pobiegła w miasto, zabierając ze sobą Psa. Uciekłaby jak najdalej od kościoła, od całej Gry. Gdyby tylko udało jej się przeżyć…
Awatar użytkownika
Xariel
Posty: 917
Rejestracja: 23 mar 2013, 16:28
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 11721007
Karta Postaci: viewtopic.php?p=42135&highlight=#42135

24 kwie 2014, 23:33

Kto. Podłożył. Ogień. Jak można w ogóle na to wpaść. Jak można to zrobić. Kto normalny podpala kościół. Debil, no, debil. A podobno to James był skurwysynem w tym układzie. Kościołów się nie podpala, nie, po prostu za wszelką cenę należy unikać podpalania kościołów, przywoływania w nich bestii, wywoływania burd, mordowania i innych uczynków maści niecnej jeśli James Howlett jest w środku. Taka dyrektywa panuje w tym mieście i koniec, kropka. Niech on tylko się dowie kto jest takim napalonym piromanem… powyrywa nogi z dupy. Dosłownie. Bo kto jest rasowym zabijaką w okolicy już wiedział.
- Wypierdalaj. – rzucił bez ogródek do Logana, po czym wyskoczył z konfesjonału. Nie miał czasu się bawić, nie miał czasu na kulturę osobistą. W gruncie rzeczy nie miał czasu na nic, kiedy truchła w kościele były pochłaniane przez nowego przyjaciela, a reszta miała spłonąć. Z drugiej strony, ich nowy znajomy powinien szukać dziewczyny, przecież to ona złamała zasady. Raczej nie ma co na to liczyć, hę? Winnych trzeba karać samemu, a konsekwencje ich czynów będą wpierdalać tych, którzy przychodzą do domu bożego.

Howlett musiał zrobić to, czego miał nadzieję uniknąć. Do tej pory niewidoczne futro ujawniło się na całym ciele mężczyzny, a on sam dokończył napoczętej swojego czasu przemiany w wilkołaka. Musiał być teraz jak najszybszy i najsilniejszy, to co chciał zrobić wymagało od niego maksymalnej skuteczności. Zakładając oczywiście, że miało jakiekolwiek szanse powodzenia. Kątem oka upewnił się, że Logan ma którędy uciec. Jeśli nie, to za chwilę na szybko umożliwi mu ucieczkę poprzez mało kulturalne wjechanie w drzwi od zakrystii i ewentualne przeniesienie psa na własnych barkach, jeśli tylko będzie to potrzebne.

Tymczasem James miał też inne plany, które obejmowały wnętrze kościoła. Jego wzrok mimowolnie powędrował w miejsce, w którym jeszcze niedawno stała Wim. Głupia dziewczyno. Skoczył do przodu, próbując porwać jak najwięcej rzeczy, które mogą mu się później przydać, jednocześnie uniknąć wszelkiej maści obrażeń, które teraz mogły nadejść z przeróżnych stron. Gdy uda mu się, lub też nie uda, zebrać te rzeczy, mogło to przecież być niemożliwe, wypadnie na zewnątrz przez zakrystię i wraz z psem ucieknie w jakieś ustronne miejsce, gdzie będzie mógł odetchnąć i powoli powrócić do ludzkiej postaci. Może zdoła chociaż liznąć miksturę przyrządzoną wcześniej przez czarodziejkę? To ułatwiłoby sprawę. Może uda mu się chociaż wyjść z kościoła wraz z Loganem bez szwanku, to też bardzo ułatwiłoby sprawę.

Wróć do „Sesje pozafabularne”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 14 użytkowników online :: 2 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 12 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Google [Bot], Infi
Liczba postów: 52163
Liczba tematów: 2971
Liczba użytkowników: 1044
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Haarum Kebb
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.