Początek końca

Miejsce, w którym każdy może wcielić się w rolę Mistrza Gry i poprowadzić wcześniej przygotowaną sesję umieszczoną w dowolnych realiach.

Moderator: MG

Awatar użytkownika
Anante
Posty: 187
Rejestracja: 30 gru. 2013, 10:08
Lokalizacja postaci: Kamienica Patriotów
GG: 47821741
Karta Postaci: viewtopic.php?p=46352#46352

Początek końca

15 lip. 2014, 18:31

Obrazek

Od wielu godzin drużynie towarzyszył jedynie stukot końskich kopyt, i przytłumione oddechy, wydobywające się wraz z obłoczkami pary ze spierzchniętych ust. Gdy prawie każdy zapomniał o karczmie i jej upiornym lokatorze, niebo za rozświetliła łuna, odbita w kłębach gęstego dymu. Można się było tego spodziewać. Staruszek pewnie pomyślał o wszystkim, w tym o tym, by pomioty nie mogły zbyt długo ucztować na jego stygnących zwłokach.

Pierwsze płatki śniegu opadały na drzewa przy drodze, a każdemu pozostało jedynie obcować ze swoimi myślami. Jeszcze tydzień temu, z różnych, znanych jedynie sobie przyczyn wsiedliście na statek, nie wiedząc nawet w co się pakujecie. Za wami zostawało słoneczne Orlais, ze swoimi uliczkami, cienkim winem i łatwymi panienkami, czekającymi w prawie każdym mieście na tych, których sakiewki wydawały słodki brzęk. Zmierzaliście do Fereldenu, gdzie nawet żarcie było podłe, jeśli wierzyć marynarzom, a oni raczej znali się na rzeczy. Rejs, zaskakująco spokojny jak na tą porę roku wywrócił wam wszystkim flaki na lewą stronę. Ponad dwa tygodnie siarczystych burz, gdy łupina statku smagana była lodowatym wichrem i falami wyższymi od niego samego. Nawet elf, który stał za sterem wyglądał na dziwnie zielonego. Mimo to jakoś udało się wam wytoczyć, gdy krypa przestała kołysać się, skrywszy się w ostatnim wolnym porcie Fereldenu. Wolnym, tylko z tej racji, że pomioty nie posiadały szkutników. Nie zagościliście tam jednak długo. Szara Strażniczka, niewiele bardziej rozmowna w tamtych dniach niż przeciętny hurlock przegoniła was przez najgorsze speluny, w poszukiwaniu kogoś dostatecznie szalonego, by popłynąć na ziemie objęte władaniem Plagi. Potem jeszcze tylko krótki rejs, w przeciekającej szalupie, wraz z zapasem mięsiwa niewiadomego pochodzenia i staruszkiem o zaskakująco ostrym uzębieniu, a mogliście poczuć pod stopami stały grunt.

Obrazek

Z zamyślenia wyrwało was basowe ujadanie. Pokryty czarnymi tatuażami mabari zrównał swój krok ze srokaczem, na którym jechała zakapturzona elfka, choć i co do tego mogliście mieć wątpliwości. Szara strażniczka, poza szpiczastymi uszami, wystającymi z otworów w kapturze, nie dzieliła ze swymi potencjalnymi pobratymcami zbyt wielu cech. Wystarczyło zerknąć Lirshel, by poznać różnice między elfką, a Szarą Strażniczką, która was prowadziła. Wojowniczce brakło wręcz filigranowo elfiej budowy. Nie była też w żadnym względzie stereotypem fereldeńskiej matrony, mając nie więcej niż dwadzieścia parę wiosen. Urody mogłaby pozazdrościć jej niejedna orlezjańska szlachcianka, ale raczej ponury nastój, który i wam zaczął się udzielać psuł nieco ten wizerunek. Zresztą ktoś najpierw musiałby odebrać jej włócznie przewieszoną przez plecy i mieć dosyć bigla, by zajrzeć pod zbroje.

Tymczasem nieliczne przydrożne drzewka zaczęły zagęszczać się, a na horyzoncie zamajaczyła puszcza. Parę niezdrowo wyglądających kruków, zerwało się z pobliskiego drzewa, odsłaniając niezbyt przyjemny widok. Najwidoczniej tutejsza ludność, w ogarniającym kraj szaleństwie wolała wybrać najprostszą drogę. W końcu sznurów i lin, nigdy nie brakło. Powoli przestawało to kogokolwiek dziwić. Jazda tu, była niczym podróż przez ogarnięty chora maligną umysł; jakby każdy krok odkrywał coraz nowe, bardziej spaczone wizje szaleństwa, które niosła ze sobą Plaga. Dzieci nabite na pale, w ofierze dla hordy, pozostałości krwawych rytuałów, których celów można się było jedynie domyślać, czy zwęglone resztki uchodźców, albo wzdęte już ciała, które pozostawiała za sobą fala bestii i poprzedzającej je anarchii. Przy tym, zwykłe wisielce zdawać się mogły czymś rażąco ludzkim i normalnym. Otwierająca pochód dziewczyna nawet nie odwróciła głowy, jakby celowo pomijając te kolejne świadectwo nędzy i rozpaczy. Nie było zresztą czasu na postój. Choć mróz zaczynał dawać się wszystkim we znaki, wyraźnie nie dotykał pokrywającego trakty błocka. Lepka, brązowawa substancja, zdawała się żyć własnym, podłym życiem spowalniając każdy krok.

Łatwo było stracić tutaj poczucie czasu. Wszystko zdawać by sie mogło, że wszystko wstrzymało dech w oczekiwaniu. Wtem dobiegł was przyjemny dla ucha, lekko chropowaty ale ewidentnie kobiecy głos.

W prawo. W zagajniku na wschód stąd powinniśmy móc przenocować.

Nie było sensu dyskutować. Bez tych krótkich rad i wskazówek, dawno pogubilibyście się w tym kraju. Stwórca jeden wiedział, czemu ktokolwiek chciał tu wcześniej żyć.
Nim dotarliście do "zagajnika na wschód od wisielców", słońce zdążyło skryć się za drzewami. Tego miejsca z pewnością nie obejmowała żadna mapa, a jednak jakoś do niego trafiliście. Gęste chaszcze, które dały się we znaki każdemu, kogo natura pobłogosławiła wzrostem wyższym od krasnoluda, zakrywały to miejsce, praktycznie odgradzając je od zewnętrznego świata. Zagajnik… dziewczyna musiała mieć poczucie humoru, nazywając tak tą plątaninę gałęzi i pajęczyn. Chyba tylko dobra wola Stwórcy, nie rzuciła nikomu pod nogi paru przerośniętych pająków, tak popularnych w tych okolicach. W końcu jednak wydostaliście sie z nich na niewielką polankę. Jej środek zajmowała stara, drewniana chata o podniszczonym dachu i zatrzaśniętych okiennicach. Opuszczona od paru lat, jak i samo to miejsce nie wyglądałaby zbyt zachęcająco, gdyby nie alternatywa spędzenia kolejnej nocy pod gołym niebem, w towarzystwie niepokojących dźwięków, rozchodzących się po nocy. Zardzewiały zamek w drzwiach puścił po paru porządniejszych kopniakach. Wnętrze niczym nie zaskakiwało. Stare skóry rozwieszone na ścianach i gruba warstwa kurzu pokrywająca podłogę, wraz z płótnem żaglowym, którym zakryto dwa łóżka, szafę i parę skrzyń. Jakby ktoś się stąd wyprowadził i zapomniał wrócić.

Nie czekając na was, szara strażniczka podeszłą do paleniska i wrzuciwszy do niego parę przygotowanych dawniej i mocno wyschniętych bierwion, zabrała sie za rozpalanie ognia. Konie stały spokojnie na zewnątrz skubiąc trawę, o ile nikt nie zapomniał uwiązać ich do kołka wbitego przed domkiem.

-Nie powinniśmy mieć problemów z pomiotami. -rzuciła kobieta, nie ściągnąwszy nawet kaptura, z którego wystawały tylko zaczerwienione koniuszki jej uszu– Nie ma żadnych w pobliżu, a w każdym razie ja żadnego nie wyczuwam. Podzielcie się łóżkami jak chcecie, ja mam swój śpiwór.
Powiedziawszy to sięgnęła po zapasy z torby, którą przyniosła ze sobą i usadowiwszy się na zakurzonym zydlu zaczęła spokojnie jeść.

//Kolejność na razie dowolna. Możecie gadać, gwałcić, czy co tam chcecie. Nie dziwić się moim randomowym postom jako NPC.
Awatar użytkownika
Lorain
Posty: 59
Rejestracja: 27 maja 2015, 00:32
GG: 44153208

22 lis. 2015, 18:48

Zalana słońcem polana. Zieleń trawy przeplatająca się z czerwienią kwitnących dookoła truskawek. Ciepło słonecznych promieni na plecach, radość i beztroska w sercu i jej śmiech. Truskawkowa polana. Znowu tutaj była. W miejscu które jej podświadomość stworzyła specjalnie dla nich dwóch. Tylko i wyłącznie dla nich. Ich mały prywatny azyl. Schronienie pośród bezmiaru pustki w którym obie mogły być spokojne, bezpieczne i szczęśliwe. W którym mogły być razem.

Poetka biegła przed siebie co jakiś czas oglądając się przez ramie. Radosny płomyk igrał w szmaragdowych oczach kiedy przyglądała się goniącej ją elfiej zaklinaczce. Jeszcze odrobina Tarien. Jeszcze tylko troszkę. Chce ci coś pokazać. Biegła przed siebie czując jak rozpierała ją radość tym większa im bliżej była tego do czego biegła. Miejsce do którego zmierzała. Miejsca które chciała pokazać swojej płomiennowłosej księżniczce. Polana zaczęła powoli piąć się pod górę. Początkowo delikatnie, niemalże niezauważalnie im dalej biegły tym bardziej strome zdawało się być wzniesienie. Na które wbiegały. Ale to nie miało znaczenia. Najmniejszego znaczenia. Musiała tam wejść. Razem z nią. Pokazać jej to jedno magiczne miejsce. Zobaczyć uśmiech na jej twarzy. Zachwyt w jej oczach. Roześmiała się radośnie oglądając się za siebie.

- Już prawie Tarien'amin! Już prawie jesteśmy na miejscu.! – Zawołała mocniej zaciskając dłoń na palcach elfiej panienki która powoli zaczynała zwalniać. - Dasz radę! To już tutaj. Na górze. – Dodała wskazując przed siebie. - Już tutaj. Wzgórze na którym spełniają się marzenia! Dasz radę! Wierzę w Ciebie! – Spojrzała za siebie z uśmiechem. Szum fal uderzających o brzeg wypełnił nagle otaczającą je ciszę. - Czeka tam na ciebie twoje specjalne życzenie. Pamiętasz? Tylko twoje. Otrzymasz wszystko czego tylko zapragniesz. – Uśmiechnęła się zachęcającą wciąż uparcie prąc ku szczytowi wzniesienia który był coraz bliżej i bliżej z każdym kolejnym krokiem. Słonawe powietrze mieszało się z unoszącym się wokół zapachem truskawek. Morze, plaża, mały domek... Czy takie właśnie są twoje marzenia Tarien? Uśmiechnęła się do siebie. Chciała tam być, tak bardzo chciała tam być razem z nią że wszystko inne traciło znaczenie. Wszystko inne...

Zostaw ją. Spójrz jak słabnie. Głos mistrza który rozległ się w jej głowie w jednej chwili zachwiał spokojem i radością która zdawała się wypełniać jej serce. Spowalnia cię. Jest kulą u nogi. Gdyby nie to że musisz się o nią troszczyć już dawno byłabyś na miejscu Lorain. Spowalnia... Bardka obejrzała się za siebie i ujrzała coraz ciężej oddychającą Tiny. Elfia zaklinaczka starała się za nią nadążyć ale miała z tym coraz większe trudności. Nienawykłe do nadmiernego wysiłku drobne ciało płomiennookiej Było już u kresu wytrzymałości. Zostaw ją, puść i pozwól spaść. Wygrana, oto co się liczy. Ona ci jej nie zapewni. Całe życie będzie się opierać na tobie, na twojej sile. Zamiast wsparcia będzie tylko dodatkowym... Nie, nie, nie... To nie prawda, nie prawda. Bez niej to wszystko nie ma sensu. Bez niej to tylko piach nad wielką kałużą i nic więcej... Lorain doskonale wiesz że mam ra...

- Nie! – Krzyknęła potrząsając głową i mocniej ścisnęła elfie palce które niemalże wyśliznęły się z jej. Poetka okręciła się na pięcie kiedy tylko jej jej stopa stanęła na szczycie wzgórza. Nie patrzyła na morze którego fale szumiały kojąco w powietrzu. Na zachodzące słońce tworzące te jedyną i niepowtarzalną atmosferę. Barwiące czyste błękitne niebo różową poświatą. To wszystko jej nie interesowało. Nie miało znaczenia. Nie było nic warte dopóki jej tu nie było. Pociągnęła mocniej trzymaną w dłoni Elfkę która pisnąwszy z zaskoczenia zatoczyła się do przodu i wpadła prosto w ramiona czekającej na nią Lorain. Poetka zachwiała się i poleciała na plecy wciąż jednak trzymając ją ramionach. Drobną, filigranową, tak piękną i jej najjejszą – Tarien'amin. - Uśmiechnęła się odgarniając ogniste pukle z twarzy Tiny i wpatrując się w jej płonące oczy. - Nigdy cię nie wypuszczę. Nigdy nie pozwolę spaść. Nigdy nie zostawię. Tak jak Ci zawsze obiecywałam. Bez ciebie... – Westchnęła odchyliwszy lekko głowę. Na tle zachodzącego słońca widać było wszystko to o czym jej opowiadała. Wszystko to co obiecała jej pokazać kiedy tylko wydostaną się z tego przeklętego miejsca i zostawią za sobą cały koszmar wiążący się z tym miejscem. Domek postawiony na niewielkim spłachetku złocistego piasku, tuż nad brzegiem morza, otoczony wysoką, bujną trawą i skrytymi pomiędzy jej kępami krzaczkami truskawek i różami. - Bez Ciebie one nie mają żadnego znaczenia. Ponieważ w moim marzeniu siedzimy razem na jego werandzie wpatrzone w to słońce. Razem i... – Zarumieniła się lekko unosząc w górę lewą dłoń na której spoczywała soczysta czerwona truskawka. Ta sama której nie zdążyła skosztować podczas ich pierwszego spotkania w tym miejscu. - Ponieważ to jest nasze miejsce. I w tym miejscu spełnię wszystkie twoje marzenia Tarien. – Dodała ciszej wpatrując się jak urzeczona w to jak drobne różowe usta małej-wielkiej zaklinaczki rozchylają się powolutku tak żeby mogła ująć ząbkami owoc. - Wszystkie... – Dodała wpatrując się w płonące złotym blaskiem oczy. Kiedy Tiny powoli nachyliła się nad nią i słodka woń uderzyła w nozdrza poetki obezwładniając ją. Poczuła go na ustach. Delikatny, słodki smak soku który wypłynął z owocu w miejscu w którym wpiły się weń drobne ząbki elfiej zaklinaczki. - Bo ja pragnę żebyś... – Nie dokończyła czując jak owoc delikatnie napiera na jej wargi. Przez chwilę wpatrywała się w oczy Tiny, drżące tak jak zawsze kiedy mieszały się w nich radość i speszenie. W rumieniec pokrywający ślicznie jej policzki. Obieła ją w pasie lewą ręką czując jak leżąca na niej Tarien drży nerwowo. Czując żar bijący od jej ciała. Nie bój się. Ja tylko... Ja... Powieki poetki opadły powoli, prawa dłoń wplotła się w ogniste pukle Tiny a ona sama odetchnęła tylko starając się zapanować nad szalonym biciem swego serca które przepełnione radością zdawało się szaleć w jej piersi kiedy Bardka pozwalała się w całości pochłonąć słodkiemu smaku truskawki której od tak dawna chciała skosztować.

- A więc to był tylko sen? – Mruknęła poetka na drugi dzień kiedy tylko otworzyła oczy. Jęknęła zbolała poprawiając się lekko na kamienistym podłożu które po całej nocy dotkliwie odcisnęło się na jej ciele pomimo wszystkiego tego co oddzielało ją od dna jaskini. Chciała się poprawić, chociaż odrobinę. Przesunąć lekko tak żeby dać odpocząć zbolałym plecom. Ale nie mogła. Nie chciała. Przyjemny ciężar na jej piersi poruszył się mamrocząc cicho. - Przynajmniej tobie jest wygodnie. Prawda Tarien? – Zaśmiała się cicho i nakryła leżącą na niej małą wielką zaklinaczkę szczelniej. Odgarnęła włosy z elfiego czoła i przyłożyła do nich usta. Gorączka opadła, Xavier miał rację. Poetka odetchnęła z ulgą i opadłszy na plecy jęknęła cicho. Na co mała uzdrowicielka zareagowała nerwowym poruszeniem. - Odpoczywaj Tarien'amin. Odpoczywaj. Nie pozwolę im cię zamęczyć - Wyszeptała cicho objąwszy ją mocniej i przymknąwszy oczy. Dookoła było słychać odgłosy budzącego się do życia obozowiska. Ale ona nie zwracała na nie uwagi. Nie pojadą, nie ruszą się. Nie pozwoli im na to chociażby miała kłócić się z samym hrabią do upadłego. Nie pozwolę... Uśmiechnęła się lekko czując jak senne majaki powróciły na moment aby opaść na jej półprzytomny wciąż zaspany umysł przypominając sceny z niedawnego snu. Truskawki... Chcę znowu śnić...

Przebudziła się krótko przed południem tuż przed tym jak obudziła się Tintaviel. Jeszcze bardziej obolała niż przed zapadnięciem w ów półsen i rozczarowana tym że truskawkowa polana nie ukazała jej się po raz kolejny. Ale to nic. Najwazniejsze że ona była tutaj. Tintaviel, mała wielka zaklinaczka, Tarien'amin. Wyczerpana trawiącą jej ciało chorobą ale cała. To było najważniejsze chociaż kiedy Lorain uniosła się pozwalając jej spokojnie wybudzić się i przeciągnąć w jej ramionach w umyśle wciąż kłóciły się ze sobą dwie wizje, w ustach czuła dwa smaki. Słodką truskawkę którą dzieliły we śnie. I Gorzką czekoladę od której elfia uzdrowcielka odwróciła się tamtego poranka. Mieszały się ze sobą zaciskając się słodko gorzką pętlą na jej sercu kiedy to czego pragnęła tak bardzo i od tak dawna zdawało się kolidować z tym na co wskazywać mogła rzeczywistość. Ale nie czas był teraz na to. Teraz musiała się nie zająć.

Na szczęście nie była zmuszona do tego czego obawiała się najbardziej. Tego dnia nie zarządzono dosiadania konie skoro świt. W ogóle go nie zarządzono. Miały chwilę dla siebie. Chwile na to by odzyskać siły które wyzuła z nich szaleńcza podróż pod wodza Verechiela. Wyprawa którą z trudem znosili zaprawieni w walce wojownicy a co dopiero dwie delikatne i nienawykłe do tego kobiety. Poetce to odpowiadało. Mogła się zając najswojszą zaklinaczką zamiast tracić czas na wykłócanie się z Verechielem. Pominąwszy już fakt że nie zależało jej na tym aby wchodzić z hrabim na wojenną ścieżkę chociaż pewna była tego że jeśli by musiała zrobiłaby to. Na szczęście Xavier załatwił to sam a więc nie musiała się tym martwić. Przez ten krótki czas zanim wyruszyli a i potem w podróżny starała się robić to co robiła najlepiej. Zabawiać Tiny. Odrywać jej myśli od niewiadomej, niebezpieczeństwa w kierunku którego sama przecież ją wiozła. Kobietę na której tak bardzo jej zależało. Ale... teraz nie miały innego wyjścia poza tym... Karta jest już na stole. Teraz nie można cofnąć zagrania. Czymkolwiek było to czego obawiała się mała wielka zaklinaczka Lorain starała się odsunąć myśli o tym tyleż samo od niej co i od siebie. Opowiadając jej baśnie i historie podczas podróży. Orlesjańskie legendy lub zmyślane na poczekaniu opowieści o potworach zamieszkujących pobliskie lasy czy jaskinie. Śmiejąc się tylko kiedy Elfka wciskała się w nią gdy mijali jakiś ciemny gaj i po kilkanaście razy dopytywała się czy ta opowieść o wielkim wilku na pewno była tylko żartem. Patrzyła na jej uśmiech kiedy chociaż na chwile udawało jej się uwolnić myśli małej wielkiej zaklinaczki od tego co na nie oczekiwało. Śpiewając pieśni kiedy Tarien wtulała w nią zmarznięty policzek i okrywając zmarznięty nos szalem przymykała zmęczona oczy ufnie oddając się w opiekę poetki. W której strach, pragnienie i cień smutku mieszały się tak idealnie wręcz obrazowane przez wspomnienia i myśli nie chcące opuścić. Sen o truskawkowej polanie, poranek przed wyruszeniem i to co czekało na nie za murami zamku który o to pojawił się na horyzoncie. Strach że mogłaby ją... Nie! Nie stracę Cię Tarien... Nie pozwolę by cokolwiek, ktokolwiek... Odetchnęła głęboko przymykając oczy. - A opowiadałam Ci bajkę o królewnie zamkniętej przez ojca w najwyżej wieży pałacu? – Spytała uśmiechając się lekko i wskazując siedzącej w jej ramionach Tintaviel najwyższą z wież twierdzy. - Król nie był zadowolony z ukochanego którego królewna sobie obrała więc postanowił ich rozdzielić raz na zawsze. Ale królewna wpadła na pomysł. Widzisz, miała piękne, gęste złote włosy... I tak też snując opowieść o księciu wspinającym się do wieży ukochanej po jej złotym warkoczu przekroczyły bramę posiadłości hrabiego Verechiela.

Musisz być silna dla niej. Dla siebie. Musi wiedzieć że może na tobie polegać i czerpać z twojej siły. Że cały czas na nią cekasz. Wtedy wszystko wam się uda. Razem. Słowa Lorelai wciąż rozbrzmiewały w jej głowie kiedy razem spędzały wolne chwile w w posiadłości Verechiela.Nie okazuj jej że się boisz. Jeśli ty nie będziesz się bała wtedy i ona nie będzie bała się aż tak, niech czerpie z twojej pewności tak samo jak z siły. Przywoływała te słowa do siebie niemalże siłą. Powtarzając je raz za razem i stosując się do nich. Robiąc wszystko co tylko mogła aby zmartwienia znikły z twarzy małej wielkiej zaklinaczki. Odsuwała je od siebie. Zamykała w sobie tylko znanym miejscu swej świadomości. Wiedziała że wyciekną stamtąd kiedy wszystko się rozpocznie. Kiedy zostanę rozdzielone na te kilka dni. Że nie będzie w stanie ich wtedy utrzymać. Już teraz czuła strach silniejszy z każdą kolejną godziną która przybliżała je do rytuału. A hrabia Verechiel już podczas podróży wykazał się brakiem cierpliwości w tej kwestii. Wciąż jednak... Jeśli ktokolwiek może sobie z tym poradzić to tylko ty Tiny. I poradzisz sobie. Wiem to... Musisz... dla mnie. Musisz...Wyglądasz prześlicznie Tarien'amin. – Uśmiechneła się do Elfki wieczorem, w przededniu przygotowań do rytuału robiąc dla niej miejsce obok siebie w łóżku i uważnie lustrując jej filigranową postać okrytą za dużą koszulą nocną. - Poważnie. – Mrugnęła do niej kiedy mała wielka zaklinaczka położyła się obok niej wpatrując się niepewnie w poetkę. - Pora spać. Żeby jak najszybciej mogły nadejść te wesołe dni – Mruknęła z uśmiechem poetka nachylając się nad Elfią zaklinaczką i składając delikatny pocałunek na jej czole. Po czym ułożyła się i przyciągnęła Tintaveil do siebie. Obejmując ją pewnie w pasie wtuliła twarz w jej włosy aby mógł je obie pogrążyć sen. Chociaż tej właśnie nocy długo nie chciał on nadejść przeganiany przez strach i niepokój.

Starała się uśmiechać. Naprawdę się starała. Ale nawet jej było ciężko kiedy następnego poranka ujrzała za oknem wóz z Halmashiral. Bez problemu rozpoznała zdobiący go symbol i wiedziała doskonale co to oznacza. Oto właśnie przybyły ostatni element tego wszystkiego. Komponenty niezbędne do odprawienia rytuału. A więc... to już teraz, już dzisiaj. Nie była głupia. Wiedziała że teraz kiedy już wszystko jest na miejscu hrabia rozpocznie natychmiastowe przygotowania. Co oznaczać mogło tylko jedno. Ten dzień, dzień rytuału za którym kryło się tak wielkie niebezpieczeństwo oto nadszedł. Nikt nie musiał jej o tym mówić zapowiadać nie liczyła na nadmiar przygotowań, dzień czy dwa które ich dzieliły od tego wszystkiego. Verechiel dopilnuje żeby jeszcze dzisiaj wszystko było na swoim miejscu i... Spojrzała na niedojedzone śniadanie które Tiny odsunęła od siebie i pokręciła głową z uśmiechem do którego jakoś się przymusiła.

- Oj bo zacznę cię karmić Tarien – Zażartowała chociaż posiłek na jej talerzu leżał nietknięty. Chciała coś zrobić. Cokolwiek aby jej pomóc. Widziała jej strach w każdym geście i spojrzeniu małej wielkiej zaklinaczki która w tej chwili zdawała się nim emanować. Chciała jej pomóc. Chciała... Uciekajmy! Ta myśl zabłysła w jej głowie nagle. Instynktownie nakazując jej zerwać się z krzesła złapać Tintaviel za dłoń i biec... biec ile tylko starczy im sił. Biec tak daleko jak tylko daleko będą w stanie. Aż znajdą swój mały domek nad morzem. Biec tak długo aż... Zacisnęła powieki Przecież wiesz że nie możecie. Musicie się z tym zmierzyć. Razem... Razem temu podołacie. Skinęła głową sama sobie i przysunąwszy się lekko objęła ją ramieniem. - Już niedługo Tarien. Jeszcze trzy dni. Tylko trzy dzielą nas od drugiego księżyca. Nie bój się. Jestem tutaj z tobą. I wiem, że dasz sobie radę. Ścisnęła mocniej ramię małej wielkiej zaklinaczki. - Drugi księżyc a podczas niego rozwiązanie naszego zakładu. Pamiętasz. Twoje dowolne życzenie albo moje dwie truskawki – Uśmiechnęła się i chciała powiedzieć coś jeszcze ale przerwała kiedy Tintaviel przemówiła..

Słuchała uważnie i spokojnie, nie przerywając jej. Chłonąc uważne każde jedno słowo które podsycało jej własny strach i przerażenie. Każdą rozedrgana sylabę która wbijała się w jej sumienie krzycząc wręcz do niej że to przecież ona ją tu przyprowadziła. Ona sama, Lorain, poetka, kronikarka czy jakkolwiek jeszcze pragnie się tytułować. Chciała ją przeprosić Chciała... Nie możesz jej straszyć. Musisz być silna. Silna dla niej. Ona tego potrzebuje. Zwłaszcza teraz ona potrzebuje ciebie. Tak jak jeszcze nigdy. Ale kiedy ja... Kochasz ją? Skinęła lekko głową wpatrując się w drżącą małą wielką zaklinaczkę. Więc jej to okaż... Pokaż jej że na nią czekasz że ma do kogo wracać. Bądź jej powodem aby walczyćNawet tak nie mów. Słyszysz? – Rzekła w końcu cicho czując jak jej własny głos drży zdradzając targające nią w tej chwili emocje. Ujęła lekko zapłakaną twarz Tintaviel i uniosła na tyle aby móc spojrzeć jej w oczy. - Tak łatwo mi nie uciekniesz. Nie teraz – Uśmiechnęła się chociaż jej usta również drżały kiedy ona sama walczyła z cisnącymi się do jej oczu łzami. - Nie teraz. Ani nigdy. Nie pozwolę ci na to. Rozumiesz? Wrócisz tutaj. Do mnie a ja będę czekać. Będę czekać razem z naszym zakładem. Chcę dostać swoje truskawki więc tak łatwo od tego nie uciekniesz. Wejdziesz tam i zrobisz to. Uratujesz ją. Bo tylko ty potrafisz to zrobić. A potem wrócisz tutaj Tarien'amin. Rozliczysz się z mojej wygranej co do truskawki i wysłuchasz pilnie co mam ci do powiedzenia. Co do jednego ostatniego słowa. A mam Ci do powiedzenia bardzo dużo ważnych spraw. I pewną historię którą chciałam ci opowiedzieć już od dawna. O pewnej poetce i uzdrowicielce. Ale jeśli chcesz ją poznać musisz wrócić do mnie. Rozumiesz? – Uśmiechnęła się szczerze chociaż strach wciąż ściskał jej serce a pojedyncza łza spłynęła po jej policzku kiedy przyciągnęła Tintaviel do siebie obejmując ją z całych sił. - I nie myśl sobie że Ci odpuszczę. Teraz czy później zjesz to śniadanie i to całe. – Zaśmiała się cicho. Siląc się na żart. Zastygając w bez ruchu z wtuloną w siebie, zapłakaną mała wielką zaklinaczką. Z całych sił starając się powstrzymać przed tym żeby nie rzucić się wraz z nią do ucieczki. Była gotowa na wszystko żeby ją chronić. Nie wiedziała tylko czy gotowa jest na to co miało się rozpocząć tego dnia w posiadłości Verechiela. Więc nawet mnie nie strasz że możesz nie wrócić.

Awatar użytkownika
Anante
Posty: 187
Rejestracja: 30 gru. 2013, 10:08
Lokalizacja postaci: Kamienica Patriotów
GG: 47821741
Karta Postaci: viewtopic.php?p=46352#46352

23 lis. 2015, 10:49

Szaleństwo
[/oldsize]

-Oczywiście. Nie trzymam Ciebie tutaj po to, żebyś leżał cały dzień. Zresztą... jakby jeszcze dało się określić w tym miejscu kiedy ten jest.-demonica wyprostowała się płynnym, nieludzko wręcz zgrabnym ruchem, jakby nie tyle jej ciało stanowiło barierę, co idealne przedłużenie woli, reagując na jej dotyk dokładnie tak, jak zapragnęła jego pani. Najwyraźniej w żaden inny sposób nie zamierzała okazywać swego niezadowolenia, czy aprobaty dla zachowań swego chowańca, po prostu je tolerując, do momenty, gdy w jakiś sposób zaczynały ją irytować. Tak czy inaczej jednak, plugawiec machnęła po prostu od niechcenia dłonią, w geście przypominającym krótkie cięcie. Nim dawny Firmir zrozumiał choćby co się dzieje, wokół niego rozległ się cichy trzask, niczym w chwili gdy pęka spora, szklana bańka, rozpryskując się na miriady drobnych, złocistych płatków opadających wokół w leniwym tańcu, na przekór podmuchom wiatru i ograniczeniom przestrzeni, roztrzaskując się w sobie tylko wiadomych miejscach. Przez krótką chwilę czuł jeszcze tylko dziwny uścisk w żołądku, który minął jednak równie szybko jak się pojawił, gdy tylko podniósł się z ziemi i rozprostował nieco zesztywniałe kończyny, na nowo ciesząc się odzyskaną namiastką wolności. Gdy tylko więc pożądanie upewniło się, że może ustać o własnych siłach, skinęło lekko dłonią i ruszyło spokojnym, kocim krokiem w dół wijącej się pośród rajskich ogrodów ścieżki, prowadzącej do niewielkiego, acz niezwykle wystawnego i gustownego dworku, prawie żywcem przeniesionego w to miejsce z kart którejś z książek z bajkami dla dzieci.

-I wybrałeś do tego jedną z łowczyń demonów? Niezbyt mądra decyzja, muszę przyznać. Acz... nie będę ukrywać, że w obecnej chwili dla mnie jest niezwykle korzystna. Jakiekolwiek nie byłyby dawniej twoje cele, teraz służysz mi i póki Ciebie z tej służby nie zwolnię, radzę nie zapominać o tym prostym aspekcie.-włosy kobiety poruszyły się lekko na wietrze, gdy w jej głosie przebrzmiała ostrzegawcza nuta. Powtarzała to już drugi raz, jakkolwiek zdawać się to mogło bezcelowe w ich położeniu. Tak czy inaczej jednak na chwilę obróciła się w jego stronę, machnąwszy od niechcenia dłonią, dosłownie z powietrze materializując przed demonem śnieżnobiałą, obszytą srebrną nicią szatę.-Skoro musisz.-uśmiechnęła się do niego przekornie, odczekawszy chwilę aż się odzieje, nim ruszyła dalej, przesuwając się płynnie między różanymi krzewami i choć zdawało się to prawie niemożliwe nie plącząc się w ich cierniste gałęzie.-Oczywiście, że to byłam ja. Acz... nie bezpośrednio. Posłałam jedno z moich...zwierzątek, poznasz je później. Tak czy inaczej... masz jeszcze jakieś pytania? Czy możemy przejść do rzeczy?-spojrzała przez ramię w stronę demona. Mieli jeszcze chwilę, nim dane im będzie przekroczyć próg dworku, by rozwiązać nurtujące dawnego Firmira wątpliwości i zaspokoić przynajmniej częściowo jego ciekawość. Z drugiej strony, gdyby był śmiertelnikiem, pogoda aż kusiła, by zostać na zewnątrz, jak i prawie rajski krajobraz. Tymczasem gdzieś za nimi dobiegł cichy, dziewczęcy chichot, a tuż za nim rozległ się tupot stąpających po trawie bosych stóp.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Lorain

Elfka zadrżała całą sobą, jeszcze mocniej kuląc się na swym krześle; za dużym, masywnym meblu, bardziej nadającym się dla rosłego mężczyzny, niż drobnej, prawie filigranowej dziewczyny, trzęsącej się z wypełniającego jej pierś lodowatego strachu. Nawet tak nie mów. Bała się; całą sobą, każdym, nawet najmniejszym skrawkiem swej osoby bała się ją stracić. Zostawić tutaj i nigdy więcej nie ujrzeć. Obawiała się tego, co musiała zrobić. Do czego zmuszał ją świat w którym żyła, okoliczności i...Przekonania? Dziewczyno... przecież ty nie masz żadnych przekonań. Jesteś jak lalka; marionetka bez sznurków, która przylgnie do każdego, kto okaże jej choć trochę ciepła. Nic nie dajesz; niesiesz tylko smutek, żal i gorycz. Odbierasz siły innym i co? Przyznaj to w końcu. Przyznaj, że ty chcesz być ofiarą. Zimny, lodowaty głos anderfelskiego komtura, niczym ostrze miecza przebił się poprzez jej myśli, gdy jej serce zaszamotało się rozpaczliwie w piersi, bijąc o klatki swego więzienia, jak gdyby zaraz miało rozpaść się na dwoje, albo wyrwać i ulecieć na zewnątrz, niczym spłoszony ptak. Jesteś nic nie warta; zwykłe ścierwo, które wykorzystuje innych, jak pijawka. Pasożyt, żywiący się ludzką dobrocią. Zobacz do czego doprowadziłaś. Zobacz jak bardzo skrzywdziłaś ją przez swoją głupotę; jak wiele możesz jej odebrać. A przecież... Podobno coś do niej czujesz? Nie masz nawet dosyć odwagi, by to nazwać. Jak chcesz przetrwać w Pustce, gdy brak Ci siły na tak prosty gest? Tylko ją ranisz... Powinnaś to skończyć; tu i teraz. Wcześniej ledwie cicha nuta w jej duszy, zagrzmiała niczym piekielne surmy, zagłuszając wszystko; nawet jej własne myśli. Niczym żywe ucieleśnienie jej obaw, strachu...Niepewności, żalu i goryczy. Odbicie ciemności, która dążyła za nią krok w krok, od tak wielu dni, tygodni, miesięcy i lat, że nie potrafiła tego określić. Jak w ogóle mogłaś pokochać kobietę? Jesteś odrażająca... Skaza na łonie Stwórcy. Ropień, toczący zdrową tkankę. Wypaczenie... Powinnaś zginąć wtedy; tam w tej wieży, zamiast niego. Nie potrafisz nic osiągnąć; nic zrobić. Jesteś niczym... Okrutny śmiech rozbrzmiał w jej myślach, gdy plecami naparła na oparcie swego siedziska, prawie nie uciekając przed dłońmi poetki, gdy ta spróbowała pochwycić jej twarz. Ująć ją delikatnie i przytrzymać, nie widząc; nie mogąc posłyszeć, ani poczuć dręczących ostrouchą majaków, których blady cień ledwie tlił się w jej przerażonych oczach. Ale przecież oboje dobrze wiemy jak to się skończy, Tintaviel. Prawda? Umrzesz tutaj. Tu i teraz. Za godzinę, dwie...może dzień. Zawiedziesz ją. A później... Pomyśl co zrobi hrabia. Gdy nie będzie mógł zemścić się na tobie. Kogo znajdzie, nad twoim stygnącym już ciałem...kogo... Pomyśl... starczy chwila...masz jeszcze czas...

-N...ni....nie! Nie...-wybełkotała, nie wiedzieć czy do siebie, czy do Lori, czy głosu, który nagle ucichł w jej jaźni. Drżała; trzęsła się w tej chwili niczym osika, szarpana porywistym wichrem, który prawie nie przeginał jej konaru. Drobna, delikatna... prawie eteryczna. Ginąca w workowatym ubraniu; pobladła z zimna i przerażenia. Rozczochrana i zapłakana, a jednak... Nawet tak nie mów. Coś było w jej drżącym głosie; w szklistych, jadowicie zielonych oczach i rozedrganych ustach; coś, co kazało jej patrzyć. Milczeć, gdy chciała krzyczeć. Słuchać, gdy pragnęła zakryć swe uszy. Zostać, gdy chciała uciekać... Uciec... czy... czy tym właśnie to jest? Umrzeć... Uciec od cierpienia. Od smutku. Od żalu. Nie być... jeszcze mocniejszy dreszcz wstrząsnął jej ciałem, gdy dłonie poetki mocniej nacisnęły na jej skórę; pewniej i bardziej zapalczywie ujęły jej twarz, odbierając możliwość ucieczki. Szansę, by odsunąć się dalej; by spuścić wzrok. By... nie uciekniesz. Nie teraz. Czy naprawdę tego chciała? Uciec znowu... i znów, i znów... Raz za razem uciekać, aż...Nie, nie NIE! To nie tak. To nie może być tak... To nie jest tak...Proszę... powiedz to...powiedz że... że będziesz na mnie czekać? Jej źrenice rozszerzyły się jeszcze trochę, choć zdawać się to mogło prawie niemożliwe, gdy kolejne, słone krople, spływały leniwie po jej rozpalonym licu, znacząc swój ślad na bladej skórze, niczym żywe znamię tego, co dopiero miało nadejść. Widziała jej uśmiech; niczym przez gęstą, zasnutą miazmatami nocy mgłę. Drżący, niepewny; pełen żalu, smutku, strachu...poczucia winy. A jednak piękny; jej własny. Jeden-jedyny, wyjątkowy...Jej-najjejszy.

Tiny pociągnęła lekko nosem, czując jak coś powolutku wzbiera w jej piersi. Żal, szloch, a może... Coś zupełnie innego. Nie mniej zbolałego; nie mniej rozedrgane i skołowanego, a jednak... dziwnie ciepłego. Niczym nieśmiała fala spokoju, która podgryzała sobą uparcie skraj jej rozpaczy; zrodzonego ze strachu zagubienia i ciemności, niczym...Truskawki. Morze i truskawki; jestem Ci je winna... Nie. Nie tak... Ja...ja chcę Ci je dać. Wszystkie; wszystkie truskawki. Wszystkie te, które bałam się...i te których mi zabrakło. Tylko... Pobladłe, wilgotne usta elfki zacisnęły się w wąską linię, gdy w końcu, bardzo nieśmiało i delikatnie przysunęła się do niej. Cal, po calu; milimetr po milimetrze, aż... przytuliła się. Drżąc i szlochając w dziwnej ciszy, która między nimi zapadła, wypełnionej jedynie biciem ich serc. Niegasnącym rytmem urywanych oddechów i krótkich, świszczących pociągnięć nosem. Chciała ją poczuć; tuz przy sobie, tak blisko jak tylko mogła. Bicie jej serca, ciepło, zapach... Dotyk jej skóry... Ją...Nasz zakład... Delikatny rumieniec zakradł się mimo wszystko na jej twarz, znacząc ją swym dotykiem, niczym zagubiona mara, nie wiedząca co gdzie się podziać.

-Ja...ja chcę wygrać...-wymamrotała jej tuż nad uchem, całą sobą przyciskając się do poetki; nie myśląc o tym, czy ktokolwiek to widzi. Czy ktokolwiek słyszy, albo wie co czuje i myśli. Po prostu chciała to zrobić; musiała to zrobić i nie było w tym już żadnego ale. Żadnego gdyby, ani dlaczego... Po prostu czyste, biorące się jak gdyby znikąd pragnienie, by...Móc ją przytulić. Tak po prostu; chociaż przez chwilę i...-Wy...wysłucham.-wymamrotała, skinąwszy niemrawo głową, czując jak powoli mija najgorsze; jak przygasa strach i niepokój, a spięte ciało powoli zaczyna się rozluźniać. Jak palący żal i gorycz ustępują miejsca zimnej obojętności i pustce. A jednak... nie była tam tylko ona. Nie czuła tylko chłodu, bo przecież...-Ja...ja chcę ją usłyszeć. Bardzo chcę ją usłyszeć, arwena'min. Muszę...ja...ja muszę wrócić.-Wymamrotała prawie bezgłośnie, kącikiem ust trącając jej ucho, mówiąc tak, jakby próbowała przekonać do tych słów samą siebie; upewnić się w tym, że nie ma innej opcji. Że nie istnieje taka możliwość, w której nie wróciłaby już do swej poetki. Kocham Cię Liritien. Tak… naprawdę kocham. I wybacz… wybacz mi tylko, że tak boję się Ci to okazać. Cichy szept przebrzmiał w myślach TIny, gdy ostatnie łzy powoli zasychały na jej policzkach, na nowo barwiąc je niezdrową bielą, zakrawającą wręcz o chorobliwą szarość, pozbawioną barw i czucia.

-Zjem… Zjemy je razem. Obiecuję.

-zachichotała nerwowo, milknąc szybciej niż miała zamiar, gdy wystraszyła się własnego głosu; dziwnie schrypłego i obcego, jak gdyby ktoś wyrwał z jej piersi prawdziwe dźwięki i zastąpił je wątłą, nieudaną imitacją tego, czym naprawdę miały być. Dam sobie radę…Przyrzekam, dam sobie radę i… Porozmawiamy. Potem; o wszystkim. Tak jak… Tak jak dawno powinnyśmy porozmawiać. Już nigdy nie ucieknę i... I nie będę dla Ciebie więcej ciężarem; nie chcę nim być. Nigdy więcej. Potrząsnęła lekko głową, prawie nie wyczuwalnie i tylko mocniej przycisnęła się do poetki, jakby całą sobą chciała zapamiętać jej dotyk; jej obecność i ciepło. To jaką była i to… do czego chciała wrócić. Całą sobą walcząc o to, by znów nie zanurzyć się w morzu rozpaczy, które czekało tylko o krok; w bezmiarze strachu i niepewności. W nienawistnym głosie, który szamotał się w klatce jej myśli, niczym wściekłe zwierzę, kąsając i drapiąc wszystko, czego tylko dane było mu sięgnąć. Jej osobisty demon, z którym sama musiała dać sobie radę; który miał na nią czekać, gdy tylko opadną wszelkie bariery i rozpocznie się rytuał. Teraz jednak… nagle rozległo się pukanie do drzwi.

-Wielka Zaklinaczko? Wszystko już gotowe. Czekamy tylko…-głos Xaviera dobiegł zza masywnych drzwi, gdy klamka poruszyła się lekko, najpewniej pod naciskiem jego dłoni, gdy ten najwyraźniej szykował się, by wejść do środka, zaniepokojony przedłużającą się absencją elfiej czarodziejki.

-Już….już idę!-Coś pomiędzy szeptem, a zduszonym, zwykłym Tiny tonem uszło z jej krtani, gdy spróbowała odkrzyknąć templariuszowi, dławiąc się własnymi słowy, w krótkiej salwie zachrypłego kaszlu. Temu chyba jednak tyle wystarczyło, gdyż po chwili słychać było tylko cichy szelest i chrobot pancerza ocierającego się o kamienną ścianę za plecami rycerza, gdy ten przystanął na korytarzu, oczekując jej wyjścia. To nie miało być tak; chciałam… chciałam powiedzieć Ci tyle rzeczy. Ale… wrócę. Obiecuję że wrócę i wszystko to nadrobimy. Uwierz mi proszę. Pozbawione dźwięku słowa zdawały się prawie wypisane w jej przekrwionych od łez, szklistych oczach, gdy nieśmiało zapatrzyła się w twarz Lori.-Ja… Ja muszę już iść vanima’min. Obiecaj…Obiecasz mi, że będziesz tu na mnie czekać? Że…że będziesz tutaj? Jak to wszystko się skończy? I… pójdziemy potem w jedno miejsce?-cichutki szept na krótką chwilę otulił twarz poetki wraz z ciepłym oddechem Tintaviel, gdy ta przysunęła się bliżej i po krótkiej chwili wahania, złożyła nieśmiały, ledwie wyczuwalny pocałunek na skraju jej brody, rumieniąc się przy tym prawie tak, jak zawsze się jej to zdarzało.-Proszę.-uśmiechnęła się do niej nieśmiało, zaciskając usta w wąską, ledwie widoczną linię, kąsając przy tym lekko ich kącik i czekając na jej odpowiedź. Wtem znów od strony drzwi dobiegło je nieco bardziej napastliwe pukanie, tym razem materializując się wraz z głosem jednego z żołdaków hrabiego.

-Pani Falstadt…?


-Już idę!-Tiny westchnęła cicho i wyswobodziła się delikatnie z uścisku Lori, po chwili chwytając delikatnie jej dłoń, jakby o czymś sobie przypomniała, wciąż mieniąc się na licu ciut niezdrową czerwienią.-Mogłabyś… mogłabyś mnie odprowadzić?-szepnęła cichutko, kurczowo zaciskając palce na jej dłoni. Mimo wszystko wciąż była sobą i choć na chwilę zapomniała o strachu, ten wciąż w niej trwał. A jednak przy niej miała dosyć siły, by móc postawić pierwszy krok, na bardzo długiej ścieżce. Teraz zaś przyszedł czas na jeden z ostatnich…

Niecałe pięć minut później Lorain stała już sama, na środku lodowatego korytarza w samym sercu Verehielowej twierdzy, poza zasięgiem blasku dnia i mroku nocy, wpatrując się w masywne, obite stalą wrota, za którymi zniknęła ostroucha czarodziejka, niczym sen, który kiedyś, w końcu musiał się skończyć. Niczym gasnący poblask przed jej oczyma gasła chwila, gdy zakuci w stal rycerze wprowadzili niepozorną czarodziejkę do środka, rozdzielając je od siebie. Niczym kaci, prowadzący więźnia w jego ostatnią podróż. Wciąż widziała przed sobą jej oczy; złote, prawie ogniste i przejęte przerażeniem, gdy odwróciła się do niej po raz ostatni; jak gdyby chciała im się wyrwać. Cofnąć w ostatniej chwili i uciec, niezależnie od tego jak absurdalnym i niemożliwym zdawałoby się to w otoczeniu zakonnych rycerzy. Poetka nadal czuła na swej dłoni ciepło jej palców; drobnych i delikatnych, jeszcze wilgotnych od łez i dziwnie chłodnych przy samych koniuszkach, jakby właśnie zaczęło uciekać z nich życie. Zostało jej tylko tyle; nie mogła zrobić już nic więcej, gdy wszystkie karty znalazły się na stole i rozpoczęło się wielkie rozdanie. Pozostało tylko oczekiwanie…

Niedługo później w korytarzu pojawiło się dwóch, zakutych w zbroje templariuszy. Pierwszy raz od dawna widziała ich w pełnym rynsztunku; nie tylko kolczugach, czy skórach, ale prawdziwych zakonnych zbrojach. Czarnych niczym sama noc, inkrustowanych srebrem, utkanym w niezwykle skomplikowane, geometryczne wzory i symbole, składające się na przerażające obrazy czaszek, ludzkich piszczeli i kości. Niczym żywe zwiastuny śmierci, zmierzające na spotkanie z tą, którą najbardziej ze wszystkich żywych istot chciała od niej uchronić. Nim jednak dane jej było zajrzeć poza próg tajemniczego pomieszczenia, drzwi znów się zatrzasnęły, a po chwili ze środka wyszła dwójka ich towarzyszy. Nie usłyszała od nich niczego, niezależnie jak wiele pytań zadała i jak rozpaczliwie błagała o odpowiedź. Po prostu przeszli dalej; bez słowa pociechy, czy wzgardy, by niczym duchy zniknąć w trzewiach zamku. Znów była sama…

Kolejne godziny mijały w absolutnej, nie zmąconej ciszy, zdałoby się ciągnąc w nieskończoność. Już dawno straciła poczucie tego, która jest godzina. Ile czasu minęło od chwili gdy widziały się po raz ostatni? Minut? Dni? Przedłużające się napięcie coraz mocniej odciskało się na jej psychice, krzesząc wokół niej nieistniejące dźwięki i cienie, tańczące w mdłym blasku pochodni. Czasem zdawało się jej że słyszy trzask pękających luster; jednego za drugim, w potwornej kanonadzie roztrzaskiwanego szkła, którą przerywał świst miecza, mknącego na spotkanie jej ukochanej. Nic jednak się nie działo; nikt nie wyniósł ciał, ani nie ogłosił żałoby. Rytuał trwał w najlepsze, choć jej serce ściskało się ze strachu, a wszystkie zmysły i sam instynkt zdawały się krzyczeć, by choć spróbowała dowiedzieć co się dzieje; by sprawdziła, czy wszystko jest w porządku… Czy jest jeszcze po co czekać.

Później pojawiły się szepty; ciche, niepokojące zgłoski, unoszące się w powietrzu, na skraju jej słuchu, niczym miazmat szaleństwa, wylewającego się poza masywne wrota, oddzielające ją od tego wszystkiego. Stłumione; czasem kuszące, a czasem wręcz złowrogie, nie zdawały się układać w żadne sensowne słowa; w żaden znany ludziom, elfom, czy krasnoludom język. Płomienie świec, blask pochodni…nawet same cienie zdawały się tańczyć w ich rytm, zmamiony hipnotyzującą melodią, której nikt poza nią nie mógł posłyszeć. Włoski same jeżyły się na jej karku, gdy spoglądała w stronę masywnych, dębowych wrót, jakby tylko czekając gdy wyjdzie z nich zakrwawiony plugawiec, będący dawniej piękną i delikatną elfką. Wypaczony obraz jej najgorszych lęków, obaw i koszmarów, ucieleśniony i żywy. Czekała krzyków templariuszy i tupotu okutych stalą stóp. A jednak… wciąż istniała tylko cisza, ledwie zmącona świstem jej oddechu. W końcu, nie wiedzieć kiedy zmożone jednostajnością otoczenia i chłodem powieki same zamknęły się nad jej oczyma, pogrążając ją w dziwnie niespokojnym, nerwowym śnie, na tafli lodowatej posadzki.

Nie wiedziała ile czasu przespała, gdy jednak w końcu się ocknęła, leżała już na polowym łóżku, z nieco wygniecioną poduszką podetkniętą pod głowę i nosem, tuż przy kubku z parującą herbatą. Ciężki płaszcz okrywał sobą jej zmarznięte, nieco zdrętwiałe po wylegiwaniu się na podłodze ciało, niosąc wyraźnie męskim, ciężkim zapachem. Poczochrane, zlepione potem włosy układały się w nieładzie wokół jej głowy, z jednej strony wyraźnie poczochrane, z drugiej zaś nieprzyjemnie przyklapnięte. Wokół nie zmieniło się prawie nic, może poza obecnością nie mniej niż ona sfatygowanego wojownika, o krzaczyście gęstej, rudej brodzie, okalającej wcale nie tak stare lico, który właśnie powoli podnosił się od jej posłania, by wrócić do swych obowiązków. Widząc jednak jak Lorain otwiera przysiada na swym posłaniu i otwiera usta przystanął na chwilę, krzywiąc się w czymś, co najpewniej miało być w jakimś stopniu krzepiącym uśmiechem.

-Na twoim miejscu odpocząłbym jeszcze. Nie wiele zrobisz jak sama będziesz słaniać się z nóg, a rytuał jeszcze trochę potrwa. I… następnym razem daj znać, jak będziesz chciała spać na podłodze. Kapitan nam prawie nóg nie…uhm.

-mruknął znacząco, powstrzymawszy się w porę, po czym skinąwszy jej lekko udał się w swoją stronę, nie czekając na jej odpowiedź, jakby jakaś sprawa, czy rozkaz wyjątkowo go piliły. Niezależnie od tego, czy poetka skorzystała z jego rady, czy nie, obok łóżka czekał na nią ciepły posiłek i napitek, którym mogła się zająć, bądź nie. Tak czy inaczej jednak nie zapowiadało się, by rychło dane jej było znów ujrzeć Tintaviel. Kolejne godziny zlewały się jej w jeden, nieokreślony ciąg, z którego później niezbyt mogła wyodrębnić poszczególne elementy. Nawracające fale szeptów, trzaski, gra cieni i upływający czas, którego nijak nie mogła zmierzyć męczyły ją równie mocno, jak samo, pełne napięcia wyczekiwanie. W końcu miała chwilę by zastanowić się nad wszystkim; tym co się zdarzyło, tym co właśnie się działo i co planowała. Co mogłoby się stać, gdyby jej Iskra nie wróciła. [/p]

Oniryczna atmosfera kusiła swym zapomnieniem, prawie siłą ściągając ją w objęcia niechcianego snu. Godziny wlekły się, niczym przesypujący się z mozołem, przez wilgotne palce piasek. Jedyną odmianą byli templariusze, co jakiś czas wchodzący i wychodzący z tajemniczego pomieszczenia. Bez słowa czyniący to, co do nich należało, nie patrząc się zbytnio na siedzącą pod ścianą dziewczynę. W końcu, otaczający ja zewsząd mrok zaczął podgryzać samą jej nadzieję; wrażenie zamknięcia i zaszczucia coraz bardziej zdawało się przybierać na sile, aż nagle…


Masywne wrota odskoczyły z łoskotem, uderzając z impetem o przeciwległą ścianę, wypuszczając na korytarz podmuch zatęchłego powietrza, przesyconego dziwnie drażniącą, wręcz gorzką wonią ziół, pośród której igrała znacznie mniej przyjemna, bardziej metaliczna woń krwi i odór zestarzałych już nieco odchodów. Przez chwilę poetka mogła jeszcze dostrzec powoli gasnący blask niezwykle skomplikowanego, runicznego kręgu wyrysowanego za pomocą zielonkawego lyrium na kamiennej posadzce. Skomplikowane linie, bliźniaczo wręcz podobne do tych na dłoniach płomiennowłosej elfki, gasły powoli wydając ostatnie tchnie, gdy ich blask rozjaśniał miriady odłamków szkła, zaściełających sobą podłogę poza kręgiem. Część z nich niczym szrapnele wbiła się w stojące w centrum magicznego symbolu łóżko, na którym wciąż leżała pogrążona we śnie, wyraźnie zmizerowana kobieta, o nieco mysich blond włosach. Światło pochodni na chwilę tylko jeszcze odbiło się w pojedynczym zwierciadle, jakie zostało w pomieszczeniu. Nawet w nim, niczym głęboka rana mieniła się szeroka, poczerniałą rysa, jakby coś całkiem dosłownie próbowało przepalić się przez jego powierzchnię. Nim jednak poetce dane było jakkolwiek lepiej rozeznać się w sytuacji i dojść do siebie po pierwszym szoku, ze środka szybkim krokiem wypadła dwójka zakutych w pancerze templariuszach, zachowując się tak, jakby sama otchłań deptała im po piętach. Nieśli między sobą nosze…


-Chodź, zajmiesz się nią.-Spod charakterystycznego, masywnego hełmu dobiegł ją zachrypnięty głos, najpewniej należący do Xaviera. Cokolwiek powodowało nevarrysjkim kapitanem, Lorain trudno było wątpić, że w przeciwieństwie do swych towarzyszy trwał przy Tintaviel od samego początku, po koniec rytuału. Coś jednak; jakaś nuta, czy podźwięk w jego głosie sprawiły, że zadrżała. Była prawie pewna, że to on miał ją zabić. Tak czy inaczej pół biegnąc w dosyć zawrotnym tempie, poprzez sale i korytarze, spleciony w przerażającym labiryncie spowitym mrokiem i zatęchłym powietrzem, od lat uwięzionym w trzewiach zamczyska, niewiele mogła dostrzec przez masywne ramiona templariuszy. Zakonni rycerze zdawali się daleko bardziej skoncentrowani na doniesieniu Małej Zaklinaczki do jej komnat, niż przejmowaniu czymkolwiek i kimkolwiek wokół. Czasem tylko dane było dostrzec skraj jej dłoni, twarzy czy kosmyk włosów, jednak nie było na razie mowy by miała jakąkolwiek szansę dowiedzieć się czegokolwiek, nim dotrą na miejsce. Sądząc jednak po pośpiechu mężczyzn i wyraźnie przesyconych niezadowoleniem powarkiwaniach Xaviera nie było z nią najlepiej.

W ten czy inny sposób w końcu cała grupka wparowała w końcu do przydzielonej im parę dni temu sypialni, akurat w chwili, gdy młoda, ledwie paro nastoletnia służka poprawiała na ich wspólnym łóżku dodatkowe, wyraźnie grubsze prześcieradło, na którym tymczasowo miała zostać ułożona elfka. Wyraźnie przestraszona, prawie jak oparzona uskoczyła w przeciwległy róg nim jeszcze zakonni rycerze choćby do końca mieli szanse wejść do środka, przyciskając do siebie całkiem pokaźny stosik ręczników, jakby chciała się za nim przed nimi schować. Tymczasem zakuci w czarne zbroje rycerze ułożyli swój „pakunek” na łóżku i po krótkiej szamotaninie z nieprzytomną elfka zabrali nosze wychodząc na zewnątrz. W pomieszczeniu na chwilę został jeszcze tylko Xavier i dwie dziewczyny, jedna bardziej przestraszona od drugiej choć z zupełnie różnych przyczyn.

-Cholera… Nie stój tak dziewczyno, tylko przynieś bandaże, miskę ciepłej wody i dzbanek wina! Już.-wyraźnie poirytowany apatią służki templariusz niczym piekielny ogar warknął w stronę służki, która pisnąwszy coś cicho dosłownie wystrzeliła na zewnątrz spełnić jego polecenie, tknięta wpojonym od dziecka odruchem. Tymczasem spojrzenie kasztanowych oczu skupiło się na wciąż trwającej najpewniej w lekkim szoku poetce, uciekając na moment w stronę leżącej na łóżku czarodziejki, wraz z cichym westchnieniem, które uszło z okolonych brodą ust.-Musisz ją umyć i napoić. Zmusić do picia. Ta służka pomoże Ci we wszystkim jak wróci. Przyjdę tutaj później.-tyle; ledwie parę ostrych, chrapliwych słów uszło z jego ust, nim opuścił pomieszczenie zatrzaskując za sobą masywne drzwi, gdy pognał w sobie tylko wiadomym celu znów ku trzewiom zamku. Coś musiało pójść nie tak. Na tyle „nie tak” by utrata paru kolejnych sekund mogła przynieść ze sobą naprawdę katastrofalne skutki. Echo jego kroków gasło powoli pośród ścian korytarza, niczym uderzenia werbli oznajmiając fakt, iż… Została sama.

Tintaviel leżała na wznak, odcinając się pośród białej pościeli niczym skaza, na dawniej czystym i pięknym obrazie. Długie, ogniście rude włosy rozsypały się w nieładzie wokół jej głowy, niczym gęsty, krwiście czerwony woal. Dawniej piękne i lśniące, teraz zdawały się dziwnie matowe i wyblakłe; nieco skołtunione i pozlepiane potem; przyprószone kurzem i drobinkami szklistego pyłu. Jednak coś w nich się zmieniło; niczym żywa rana, pośród morza płomieni jaśniało pojedyncze, mlecznobiałe pasemko. Jak gdyby coś skradło barwę i życie z tych paru kosmyków, ostawiając jedynie martwą tkankę. Niczym świeżo zagojoną bliznę, na dawniej gładkiej skórze. Pośród tego wszystkiego spoczywała jej twarz; drobne, zmizerowane lico, pokryte brudnym potem i rdzawymi śladami, po nie do końca jeszcze zakrzepłej krwi, która wyciekła z kącików jej oczu, uszu, nosa i samych ust, oraz dziesiątek drobnych ranek na jej policzkach i czole, barwiąc sobą upiornie bladą skórę. Zdawało się to wręcz przerażające, jakby coś złamało wszelkie naturalne bariery w jej ciele, próbując wydusić ostatnią krztynę życia, wraz z bezcenną, życiodajna czerwienią wypełniającą żyły niepozornej elfki. Sine kręgi pod jej zamkniętymi oczyma bardziej już przypominały limo, niźli zwykłą oznakę zmęczenia, odcinając się niczym fioletowawy stempel na tle jej lica.

Dawniej czysta, biała koszula teraz przesiąknięta była potem i brudem; poznaczona niezliczonymi, drobnymi rozcięciami, których brzegi barwiła krew płomiennowłosej, znacząc sobą również jej dekolt i pierś , po tym jak najpewniej to co uciekło z jej otworów jej ciała ściekło w dół. Dłonie; te chyba wyglądały najgorzej w całej jej postaci. Dawniej ledwie widoczne, wyblakłe symbole teraz jaśniały krwistą czerwienią i bielą, sięgając samych kości, jak gdyby coś dosłownie rozerwało jej ciało na dwoje i próbowało przepalić się dalej. Trudno było sobie choćby wyobrazić ból, jaki musiał temu towarzyszyć i wszystko, z czym wiązać będzie się zaleczenie podobnych ran. Koniuszki elfich palców zdawały się nieprzyjemnie blade i chłodne, jakby uciekło już z nich wszelkie życie. Brudne od krwi, która wyciekła spod połamanych paznokci; obtoczone w kurzu i pyle i jaki wypełniał miejsce rytuału. Niewiele lepiej wyglądała ich wewnętrzna strona. Dawniej rozkosznie delikatna, wręcz aksamitna skóra teraz wyraźnie napuchła i zaczerwieniła się, nabiegając krwią; układając się w napuchnięte odbicie symboli wytrawionych po drugiej stronie. Cokolwiek się stało, nawet Lorain wyczuwała że, Tiny daleko przeciążyła swój organizm, znalazłszy się całkiem dosłownie na skraju swych możliwości i chyba nawet i jego mocno nagiąwszy do swej woli. Poetka nie musiała nawet zaglądać pod jej pieluchę; starczył sam metalicznie-gorzki zapach, by wiedziała co w niej jest, a sądząc po śladach na wewnętrznej stronie jej ud, ciągnących się zresztą aż do kolan nie było to nic przyjemnego. Stopy i kolana małej zaklinaczki zdawały się też wyraźnie otarte i paskudnie wymarznięte, choć przy natłoku innych jej dolegliwości można by uznać je za zupełnie zdrowe. Najgorsze w tym wszystkim było jednak to, że cokolwiek by z nią nie robiła, eflka nijak nie reagowała na jej słowa, czy gesty. Po prostu spała; niczym bezwładny worek, można było ją przerzucać, dotykać i potrząsać. Wyglądało to prawie tak, jak gdyby już nigdy miała się nie obudzić. Nawet jej oddech zdawał się wytłumiony; cichy i świszczący, ledwie uchodził z wątłej piersi, poruszając skrwawionymi płatkami jej nosa. I tylko jej usta drżały lekko co jakiś czas, jakby na znak, że wciąż tli się w niej iskra życia.

-P…pani…?-z namysłu wyrwał ja głos tej samej służki, którą pognał Xavier, z wyraźnym przestrachem, graniczącym wręcz o przerażenie wypisanym w oczach. W swych dłoniach, jakimś sposobem ściskała naprawdę sporą miskę, pełną parującej jeszcze wody i dosyć pokaźny dzban z winem. Zdawać się jednak mogło, iż bardziej od gniewu templariusza przeraża ją wizja przebywania w jednym pomieszczeniu z nieprzytomnym magiem. Mimo to wpojona od dziecka dyscyplina sprawiała, że stałą prawie spokojnie w progu, przestępując tylko z nogi na nogę i czekając na polecenia młodej orlesjanki.

Wróć do „Sesje pozafabularne”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 13 użytkowników online: 2 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 11 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Google [Bot], Kerreos
Liczba postów: 52090
Liczba tematów: 2965
Liczba użytkowników: 1036
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: DrzewoBizantyjskie
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.

Live czat z adminem

Czat z administratorem – klik!
W związku z tym, że Leviathan nie znajduje się jeszcze w swym finalnym kształcie, pytania do jego administratora są spodziewane, potrzebne i oczekiwane. Jeśli masz jakieś (albo chcesz po prostu pogadać o tym projekcie), kliknięcie na powyższy przycisk otworzy nową kartę z oknem rozmowy.