Początek końca

Miejsce, w którym każdy może wcielić się w rolę Mistrza Gry i poprowadzić wcześniej przygotowaną sesję umieszczoną w dowolnych realiach.
Awatar użytkownika
Anante
Posty: 187
Rejestracja: 30 gru 2013, 10:08
Lokalizacja postaci: Kamienica Patriotów
GG: 47821741
Karta Postaci: viewtopic.php?p=46352#46352

Początek końca

15 lip 2014, 18:31

Obrazek

Od wielu godzin drużynie towarzyszył jedynie stukot końskich kopyt, i przytłumione oddechy, wydobywające się wraz z obłoczkami pary ze spierzchniętych ust. Gdy prawie każdy zapomniał o karczmie i jej upiornym lokatorze, niebo za rozświetliła łuna, odbita w kłębach gęstego dymu. Można się było tego spodziewać. Staruszek pewnie pomyślał o wszystkim, w tym o tym, by pomioty nie mogły zbyt długo ucztować na jego stygnących zwłokach.

Pierwsze płatki śniegu opadały na drzewa przy drodze, a każdemu pozostało jedynie obcować ze swoimi myślami. Jeszcze tydzień temu, z różnych, znanych jedynie sobie przyczyn wsiedliście na statek, nie wiedząc nawet w co się pakujecie. Za wami zostawało słoneczne Orlais, ze swoimi uliczkami, cienkim winem i łatwymi panienkami, czekającymi w prawie każdym mieście na tych, których sakiewki wydawały słodki brzęk. Zmierzaliście do Fereldenu, gdzie nawet żarcie było podłe, jeśli wierzyć marynarzom, a oni raczej znali się na rzeczy. Rejs, zaskakująco spokojny jak na tą porę roku wywrócił wam wszystkim flaki na lewą stronę. Ponad dwa tygodnie siarczystych burz, gdy łupina statku smagana była lodowatym wichrem i falami wyższymi od niego samego. Nawet elf, który stał za sterem wyglądał na dziwnie zielonego. Mimo to jakoś udało się wam wytoczyć, gdy krypa przestała kołysać się, skrywszy się w ostatnim wolnym porcie Fereldenu. Wolnym, tylko z tej racji, że pomioty nie posiadały szkutników. Nie zagościliście tam jednak długo. Szara Strażniczka, niewiele bardziej rozmowna w tamtych dniach niż przeciętny hurlock przegoniła was przez najgorsze speluny, w poszukiwaniu kogoś dostatecznie szalonego, by popłynąć na ziemie objęte władaniem Plagi. Potem jeszcze tylko krótki rejs, w przeciekającej szalupie, wraz z zapasem mięsiwa niewiadomego pochodzenia i staruszkiem o zaskakująco ostrym uzębieniu, a mogliście poczuć pod stopami stały grunt.

Obrazek

Z zamyślenia wyrwało was basowe ujadanie. Pokryty czarnymi tatuażami mabari zrównał swój krok ze srokaczem, na którym jechała zakapturzona elfka, choć i co do tego mogliście mieć wątpliwości. Szara strażniczka, poza szpiczastymi uszami, wystającymi z otworów w kapturze, nie dzieliła ze swymi potencjalnymi pobratymcami zbyt wielu cech. Wystarczyło zerknąć Lirshel, by poznać różnice między elfką, a Szarą Strażniczką, która was prowadziła. Wojowniczce brakło wręcz filigranowo elfiej budowy. Nie była też w żadnym względzie stereotypem fereldeńskiej matrony, mając nie więcej niż dwadzieścia parę wiosen. Urody mogłaby pozazdrościć jej niejedna orlezjańska szlachcianka, ale raczej ponury nastój, który i wam zaczął się udzielać psuł nieco ten wizerunek. Zresztą ktoś najpierw musiałby odebrać jej włócznie przewieszoną przez plecy i mieć dosyć bigla, by zajrzeć pod zbroje.

Tymczasem nieliczne przydrożne drzewka zaczęły zagęszczać się, a na horyzoncie zamajaczyła puszcza. Parę niezdrowo wyglądających kruków, zerwało się z pobliskiego drzewa, odsłaniając niezbyt przyjemny widok. Najwidoczniej tutejsza ludność, w ogarniającym kraj szaleństwie wolała wybrać najprostszą drogę. W końcu sznurów i lin, nigdy nie brakło. Powoli przestawało to kogokolwiek dziwić. Jazda tu, była niczym podróż przez ogarnięty chora maligną umysł; jakby każdy krok odkrywał coraz nowe, bardziej spaczone wizje szaleństwa, które niosła ze sobą Plaga. Dzieci nabite na pale, w ofierze dla hordy, pozostałości krwawych rytuałów, których celów można się było jedynie domyślać, czy zwęglone resztki uchodźców, albo wzdęte już ciała, które pozostawiała za sobą fala bestii i poprzedzającej je anarchii. Przy tym, zwykłe wisielce zdawać się mogły czymś rażąco ludzkim i normalnym. Otwierająca pochód dziewczyna nawet nie odwróciła głowy, jakby celowo pomijając te kolejne świadectwo nędzy i rozpaczy. Nie było zresztą czasu na postój. Choć mróz zaczynał dawać się wszystkim we znaki, wyraźnie nie dotykał pokrywającego trakty błocka. Lepka, brązowawa substancja, zdawała się żyć własnym, podłym życiem spowalniając każdy krok.

Łatwo było stracić tutaj poczucie czasu. Wszystko zdawać by sie mogło, że wszystko wstrzymało dech w oczekiwaniu. Wtem dobiegł was przyjemny dla ucha, lekko chropowaty ale ewidentnie kobiecy głos.

W prawo. W zagajniku na wschód stąd powinniśmy móc przenocować.

Nie było sensu dyskutować. Bez tych krótkich rad i wskazówek, dawno pogubilibyście się w tym kraju. Stwórca jeden wiedział, czemu ktokolwiek chciał tu wcześniej żyć.
Nim dotarliście do "zagajnika na wschód od wisielców", słońce zdążyło skryć się za drzewami. Tego miejsca z pewnością nie obejmowała żadna mapa, a jednak jakoś do niego trafiliście. Gęste chaszcze, które dały się we znaki każdemu, kogo natura pobłogosławiła wzrostem wyższym od krasnoluda, zakrywały to miejsce, praktycznie odgradzając je od zewnętrznego świata. Zagajnik… dziewczyna musiała mieć poczucie humoru, nazywając tak tą plątaninę gałęzi i pajęczyn. Chyba tylko dobra wola Stwórcy, nie rzuciła nikomu pod nogi paru przerośniętych pająków, tak popularnych w tych okolicach. W końcu jednak wydostaliście sie z nich na niewielką polankę. Jej środek zajmowała stara, drewniana chata o podniszczonym dachu i zatrzaśniętych okiennicach. Opuszczona od paru lat, jak i samo to miejsce nie wyglądałaby zbyt zachęcająco, gdyby nie alternatywa spędzenia kolejnej nocy pod gołym niebem, w towarzystwie niepokojących dźwięków, rozchodzących się po nocy. Zardzewiały zamek w drzwiach puścił po paru porządniejszych kopniakach. Wnętrze niczym nie zaskakiwało. Stare skóry rozwieszone na ścianach i gruba warstwa kurzu pokrywająca podłogę, wraz z płótnem żaglowym, którym zakryto dwa łóżka, szafę i parę skrzyń. Jakby ktoś się stąd wyprowadził i zapomniał wrócić.

Nie czekając na was, szara strażniczka podeszłą do paleniska i wrzuciwszy do niego parę przygotowanych dawniej i mocno wyschniętych bierwion, zabrała sie za rozpalanie ognia. Konie stały spokojnie na zewnątrz skubiąc trawę, o ile nikt nie zapomniał uwiązać ich do kołka wbitego przed domkiem.

-Nie powinniśmy mieć problemów z pomiotami. -rzuciła kobieta, nie ściągnąwszy nawet kaptura, z którego wystawały tylko zaczerwienione koniuszki jej uszu– Nie ma żadnych w pobliżu, a w każdym razie ja żadnego nie wyczuwam. Podzielcie się łóżkami jak chcecie, ja mam swój śpiwór.
Powiedziawszy to sięgnęła po zapasy z torby, którą przyniosła ze sobą i usadowiwszy się na zakurzonym zydlu zaczęła spokojnie jeść.

//Kolejność na razie dowolna. Możecie gadać, gwałcić, czy co tam chcecie. Nie dziwić się moim randomowym postom jako NPC.
Awatar użytkownika
Lorain
Posty: 59
Rejestracja: 27 maja 2015, 00:32
GG: 44153208

14 wrz 2015, 22:07

Nie chciała o tym mówić. Nie teraz, nie w tej chwili nie kiedy ona była szczęśliwa... nie chciała tego burzyć. Zachwiać tą chwilą, spokojem który udało się odnaleźć Tintaviel podczas tej burzy myśli i pragnień którą obserwowała w jej oczach. A jednak musiała to zrobić. To była dobra chwila. Odpowiednia na tę właśnie rozmowę. Dość już czasu zwlekała pozwalając Edelfeltowi działać i mieszać w głowie Aubuste Verehiela. Kusić go nadzieją na uzdrowienie córki w zamian za te jedną mała drobną przysługę. Nie wiedziała jak wielkie poważanie w szeregach świętego marszu miał Verehiel. Jak bardzo poważała go Cassandra. Wiedziała tylko tyle ile mówiono o nim na dworze. A jednak jedna rzecz nie ulegała wątpliwości. Jego odziały były liczne i stanowiły silne wsparcie dla prowadzonego przez inkwizytorkę marszu. Bez względu na to jakie było jej zdanie na temat ponurego i ekscentrycznego hrabiego z całą pewnością liczyła się z jego ludźmi któzy licznie zasilali szeregi dowodzonej przez nią armii. Tak więc ten czas wydawał się najlepszy aby poruszyć tę sprawę na spokojnie, na chłodno. Kiedy ich umysły oczyszczone były z trosk i niepewności jakimi zaprzątały je codzienne sprawy. No i była tutaj Cyrelle. Na nią również czekała poetka. Z jednej strony wierzyła że młoda Orlica mogłaby pomóc w przekonaniu hrabiego co do możliwości leczniczych Tintaviel. Jej ramiona i nogi wciąż nosiły wyraźne slady w miejscach w których została ich pozbawiona kto wie, może to wystarczy. Poza tym, dzięki Cyrelle miała o wiele większe szanse na zorganizowanie spotkania z hrabią. Przepraszam Pomyślała tylko zaczynając opowieść o córce Auguste Verehiela i krzywdzie jaka ją spotkała czując jak z jej Tiny uchodzi radość którą udało jej się w niej obudzić, a wraz z nią w sercu poetki narasta niechęć do siebie samej. Ale musiała to zrobić.

Nie było więcej czasu do stracenia a... Jeśli nie rozegrasz swych kart w odpowiedniej chwili możesz przegapić szanse na ich wykorzystanie i już jej nie odzyskać. Kolejna z lekcji jej mistrza, tak wyraźnie zapisanych w jej pamięci jakby były częścią jej osoby. Musisz potrafić wykorzystywać wszystkie swoje atuty w odpowiednim czasie. Bez względu na wszystko. Bo tym przecież były czyż nie? Nią samą. Jej częścią. Była tylko pionkiem któremu wpajano zasady gry. I to co właśnie w tej chwili rozpoczynała było grą. Nie, nie w tej chwili. Tamtego dnia w lazarecie. Kiedy stanęła na drodze Edelfelta i nie pozwoliła mu wynieść wyczerpanej Tintaviel. Rzuciła mu wyzwanie, a przez niego rzuciła wyzwanie komturowi Anderfell. Czasami narażać będziesz tych na których Ci zależy. Czasami możesz ich skrzywdzić. Ale w grze nie wolno ci się zawahać. Wahanie oznacza porażkę. Porażka oznacza śmierć. Nie zawsze twoją. Rzuciła wyzwanie komturowi i wygrała pierwsze rozdanie. Ale zgodnie z uświęconą tradycją wszelkich gier każde kolejne mogło być trudniejsze i mogło wymagać coraz większego ryzyka. Szukania nowych atutów i rozumne nimi szafowanie. Oto właśnie rozpoczynało się kolejne rozdanie. Na stół rzucona została karta Verehiela i jej zdobycie mogło się okazać znacznie bardziej korzystne niż wydawać się to mogło na pierwszy rzut oka. Musisz pilnować swojej kolejności. Wypatrywać czasu na swój ruch i wykonać go z rozmysłem. Bez litości dla przeciwnika. Możesz też przeczekać, ale pamiętaj że przeciwnik może nie mieć dla ciebie litości. Oto rozpoczynała grę o wolność jej Tarien. I była na nią gotowa. A jednak opowiadając kolejne losy córki hrabiego, chociaż postanowiła pominąć wiele znanych jej i drastycznych szczegółów, czuła jak Tintaviel wtula się w nią drżąc coraz mocniej. Lorain poczuła niechęć względem siebie. Względem gry i jej zasad. Względem tego że rozpoczynając grę o wolność kobiety na której jej zależało musiała zagrać jej właśnie kartą. Obiecała ją chronić. I zamierzała dotrzymać słowa. A jednak teraz czuła strach który przyspieszył bicie serca małej wielkiej zaklinaczki. Czuła że to o co ją poprosiła jest bardziej niebezpieczne niż sądziła na początku. Możesz się zawahać. Możesz nie wyłożyć na stół karty którą powinnaś. Schować ją do talii. Ale pamiętaj że wtedy twoja szansa na przegraną wzrasta. A kiedy przegrasz i tak ją stracisz. Jesteś na to gotowa Lorain? Jesteś gotowa zaryzykować jej utratę? Z każdym kolejny pytaniem głos mistrza coraz głośniej rozbrzmiewał w jej głowie. Czy jesteś gotowa stracić swoją Tintaviel? Zimny, pozbawiony wszelkich emocji głos mistrza po raz ostatni rozbrzmiał w jej głowie a wraz z tym pytaniem z ust poetki dobył się cichy stłumiony krzyk kiedy momentalnie mocniej ścisnęła drobne ciało Tiny wtulając się w nią z całych sił.

Uspokój się głupia. Nie strasz jej bardziej niż już to zrobiłaś.Po raz pierwszy w życiu to poczuła. Niechęć do siebie samej. Niechęć do gry której była częścią od urodzenia. Do której była wychowywana, przyuczana. Tworzona. Pierwsza raz zaczęła czuć jak to jest kiedy w grze bierze udział ktoś na kim jej zależy. Nie kawaler czy szlachcianka których nie znała i którzy na tym wszystkim stracić mogli trochę złota lub dobre imię. Tutaj chodziło o Tarien, jej Tarien, jej najjejszą Tiny. To było... niezbędne. Mistrz po raz kolejny wszedł jej w słowo wkradając się do jej myśli. Analityczna i chłodna część jej umysłu po raz kolejny przemówiła jego głosem i ona nie mogła odmówić mu racji. Jej udział jest niezbędny, teraz, później, przecież dobrze o tym wiesz. Jeśli chcecie to wygrać, czarodziejka będzie musiała wziąć w tym udział. Tak oczywiście że tak ale... Uwierz w jej siłę skarbie. Głos Lorelai, ciepły i matczyny otulił umysł Lorain kiedy ta rozluźniła się odrobinę i podniosła wzrok na Elfkę wyraźnie zawstydzona swoim zachowaniem. Siłą pradawnej magii jest wiara pamiętasz? Niepewny uśmiech pojawił się na ustach poetki kiedy śmiech jej elfiej opiekunki wypełnił jej jaźń. Odetchnęła głęboko rozluźniając się odrobinę. A jednak wciąż trzymała Tiny mocno w ramionach. Jakby była się ją wypuścić. Właśnie tak. Musisz wierzyć w jej siłę. Wtedy na pewno jej się uda wszystko czego tylko się podejmie. Wiem mamo, wiem. Ja tylko... Zależy Ci na niej. Zależy mi na niej... Uśmiech na twarzy poetki powiększył się odrobinę kiedy zapatrzyła się w płonące oczy najswojszej Tarien. Zależy mi na niej... Tym bardziej musisz wierzyć w jej siłę. Razem sobie poradzicie. Przejdziecie przez to wspólnie a potem... potem będzie już tylko lepiej. Razem. Dłonie poetki przesunęły się na plecy Tiny a zielony oczy wciąż nie odrywały się od płonących źrenic jej elfiej towarzyszki.

- Ja też wiem kim jesteś. – Powiedziała spokojnie odetchnąwszy i zapanowawszy w końcu nad wszystkim tym co nagle zalało jej wnętrze. - Jesteś Vanima Runyiel Tarien'amin. Moja, najmojsza. – Uśmiech na twarzy poetki stał się ciepły i spokojny, taki jakim obdarzała tylko Tintaviel. - I wiem co powinnaś robić. To co uważasz za słuszne. Ale też to co sprawia Ci radość. Co sprawia nam radość. – Lorain mrugnęła do niej wesoło i jedną z dłoni zaczęła spokojnie poprawiać elfią grzywkę podczas gdy druga wciąż obejmowała ją w pasie. - Powinnaś być blisko mnie, i śmiać się, dużo, dużo, dużo się śmiać. Używać nie tylko magii leczniczej ale też pradawnej, czarować uśmiechem. I czerpać radość z uśmiechów innych.Tak jak ja czerpię ją z twojegoI ze wszystkiego co tylko przynosi Ci radość. Z bajek których jeszcze mam całe mnóstwo do opowiedzenia. – Uśmiechnęła się szerzej. - Z tych wszystkich miejsc w które cię zabiorę. Z piosenki którą będziemy razem śpiewały i z czego tylko zechcesz. Postaram się dać Ci... – Zamilkła na moment kiedy uświadomiła sobie że powiedziała więcej niż powinna. Że trzeba było zatrzymać się te cztery słowa temu. Ale w odpowiedzi na to w jej głowie rozległ się tylko ciepły śmiech Lorelai. Taki sam jakim Elfka obdarzała maleńką Lori która nie raz plotła głupstwa. No tak...Dać Ci wszystko czego zapragniesz. Ale musisz mi obiecać że będziesz pamiętać i stosować się do tego co przed chwilą powiedziałam. – Było już za późno żeby się wycofać. Lorain doskonale o tym wiedziała. Karty były już na stole i nie można było cofnąć tego ruchu. Nawet gdyby chciała. Reakcja Tintaviel wyraźnie dała poetce do zrozumienia że uzdrowienie córki Auguste Verehiela nie będzie wcale tak proste jak Bardka to zakładała. Ale teraz sama Tintaviel nie pozwoliła by jej na to żeby się z tego wycofać. Znała ją na tyle że wiedziała że Tiny będzie chciała pomóc tej dziewczynie. Teraz, kiedy już wie o jej istnieniu i jej cierpieniu. Bardka bała się tego rytuału. Bała się nieznanego jej niebezpieczeństwa które kryło się za tym rytuałem. Ale dadzą sobie radę. Była tego pewna ponieważ... Wierzę w Ciebie najmojsza Tarien. Wierze w twoją siłę bo zależy mi na tobie i wiem że sobie poradzisz. Zawsze i ze wszystkim. A ja będę przy tobie pilnując żebyś nie spadłaNa początek może... – Uśmiechnęła się szerzej odsuwając od siebie wszystkie nieprzyjemne myśli i przygarnęła Elfkę do siebie. - Co powiesz na poduchę dla Ciebie Tarien? – Zaśmiała się układając się tak żeby Elfka mogła swobodnie się w nią wtulić. Leżała tak uśmiechnięta wpatrując się w rumiane lico najswojszej Tiny i czekając aż elfka niepewnie przylgnęła do niej wtulając się w jej pierś.

Przez moment przyglądała się jeszcze ognistym puklom zdobiącym główkę Tarien. Bała się. Jak jeszcze nigdy wcześniej bała się tego do czego się zbliżały. Gry którą podjęła i której efekty były nieprzewidziane szczególnie dla niej. Ale wierzyła że sobie poradzą. Teraz musiały odpocząć. Umówienie spotkania z hrabią Verehielem nawet Cyrelle i jej ojcu zajmie zapewne kilka dni. Nie zamierzała zamartwiać się tym kiedy będą one mijały. Wciąż nie zapominała bowiem o tym co chciała zrobić. Wypełnić dni Tintaviel radością i powodami do śmiechu. Odetchnęła ciszej i uśmiechnęła się pod nosem kiedy wystające spomiędzy włosów szpiczaste ucho zadrżało zabawnie podrażnione jej delikatnym oddechem a na twarzy wtulonej w nią Tintaviel pojawił się delikatny uśmieszek. Och? Więc to tak? Poetka przysunęła głowę odrobinę bliżej i dmuchnęła mocniej. Raz drugi i trzeci za każdym razem przyglądając się zabawnie drgającemu szpiczastemu elfiemu uszku które podrygiwało sobie kiedy z ust jego właścicielki powolutku dobiegał stłumiony chichot jego właścicielki.

- Znalazłam – Wyszeptała rozbawiona i w sekundę później palce zanużyły się w ognistych puklach i zaczęły drażnić szpiczaste uszy Tintaviel która pisnęła radośnie w odpowiedzi i przycisnąwszy się do poetki zaczęła wiercić się kręcąc głowa i starając się ukryć z każdą kolejną sekundą smiejąc się coraz głośniej. - Znalazłam – Powiedziała głośniej na spojrzenie Cyrelle która podniosła się i spojrzała na nie rozbawiona. Orlica pokręcił tylko głową rozbawiona i odwróciwszy się na drugi bok nakryła się kołdrą tak że wystawał spod niej tylko czubek płowej blond czupryny. Lorain dała w końcu spokój Tiny i ucałowawszy ją czule w czubek głowy przytuliła do siebie. Układając je obie do snu. A jednak zanim sen zmógł je wszystkie, zaległa w namiocie cisze jeszcze kilka razy przerwał stłumiony elfi chichot kiedy niesforne palce bardki odnajdywały pośród ognistych pukli drogę do szpiczastych uszu.

Tak więc nadeszły kolejne dni i poetka postanowiła postępować zgodnie ze swymi postanowieniami. Karty leżały już na stole i teraz i tak nie mogły zrobić nic ponad oczekiwanie na efekty starań Cyrelle i jej ojca. Oraz na ruch ze strony hrabiego Verehiela. Do tego czasu nie było sensu się tym zamartwiać. Te dni można było wypełnić więc zabawą i beztroską. Żartami i wygłupami, nauką oraz rozmowami nie związanymi z tym co na nie czekało. Lorain czerpała radość z każdej z nich. Z każdej zabawy, każdej godziny spędzonej na poznawaniu nowych słów w Elfim czy też Anderfelskim języku. Z każdego uśmiechu, chichotu i radosnego błysku oczy Tintaviel. Z każdej drobnej chwili w której Tintaviel mogła być sobą. A jednak to te chwilę szczerości zdawały się ją ujmować najbardziej. Chwile w których Tintaviel otwierała się przed nią. Opowiadała jej o sobie. O swojej przeszłości. Swoim życiu w kręgu. I chwilach o których mówić nie chciała. Te opowieści znaczyły wiele dla poetki. Były symbolem zaufania i tego jak blisko elfka dopuszczała ją samej siebie ujawniając kolejne elementy tajemnicy jaką stanowiła jej osoba. To nie były przyjemne historię. A przynajmniej większość z nich. Prawie wszystkie które nie opowiadały o jej mistrzu miały w sobie cień niechęci, bólu i żalu. Prawie wszystkie w których pojawiali się odziani w czarne zbroje templariusze przesycone były strachem. Lorain nie naciskała. Siedziała przy niej, zawsze blisko przy niej wsłuchując się w jej słowa. Pozwalając oprzeć się o siebie. Obejmując ramieniem i co jakiś czas ściskając delikatnie jej ramie. Po to żeby przypomnieć jej że teraz jest tutaj, że to już minęło, kiedy tylko elfka za bardzo zapędzała siebie w przeszłość i labirynt niezbyt przyjemnych wspomnień.

Tintaviel była prosta do odczytania. Tak by ją określił mistrz. Po prostu nie potrafiła kłamać, grać, udawać. Jej zachowanie, spojrzenia, ucieczka wzrokiem w bok... często potrafiły zdradzić więcej o tym co się w niej działo niż same słowa. Poetka nie naciskała. Czasami dopytywała delikatnie nie wymuszając jednak odpowiedzi kiedy czuła że Tintaviel nie chce więcej mówić. Dobrze było tak jak było. To było odpowiednie tempo i bez względu na wszystko bardka nie zamierzała jej straszyć. Ani popędzać. Ciesząc się zaufaniem jakim mała wielka zaklinaczka obdarzała ją każdego dnia. Będąc przy niej i wspierając ją. Nie litując się nad nią i szanując to że tiny nie chciała Litości. Sama poetka nie pozostawała jej dłużna. Pozwalając jej powoli poznawać swoje życie, dzieciństwo. To jak dorastała i spędzała czas wolny. Z ciężkim westchnięciem opowiadając o ciężkich lekcjach i wysokich wymaganiach mistrza względem jej osoby. I tym jak źle czuła się mała dziewczynka która pomimo starań nie potrafiła sprostać wymaganiom nauczyciela. Jej życie nie było tak ciężkie jak życie Tiny, chociaż nie zawsze było usłane różami. Wiedziała o tym. Chyba nawet zanim jeszcze ognistowłosa zdecydowała się kawałek po kawałku je przed nią odkrywać. Ale tak to właśnie działało. Szczerość za szczerość. Tajemnica za tajemnice. Lorain powoli poznawała fragmenty życia najswojszej Tintaviel w zamian za to dzieląc się tym samym.

Otwierała się. Tiny otwierała się przed nią. I było to widać nie tylko w wieczornych godzinach które spędzały na rozmowach i opowieściach o przeszłości. Ale też w życiu codziennym. W tym jak Tarien coraz bardziej i coraz śmielej pozwalała sobie polegać na innych. Obdarzając zaufaniem i nie bojąc się poprosić o pomoc. Wciąż były to małe i niepewne kroczki. A jednak Poetka była szczęśliwa widząc jak mała wielka zaklinaczka powoli stawia jeden z drugim wychodząc zza swych murów którymi okopała się pod Anderfellskim batem. Największy uśmiech na twarzy bardki wywoływał jednak fakt że zdawało się iż to ona stanowi jedną z najważniejszych osób. Dziewczęta nie rozstawały się praktycznie wcale. Dnie spędzając wspólnie na wozie a wieczory na wspólnych spacerach w okolicach namiotu Tiny. Zabawach, wygłupach i śmiechach. Dyskusjach, nauce i chwilach ciszy kiedy tylko którakolwiek z nich tego potrzebowała. Druga zawsze była przy niej. Zawsze blisko. Zawsze gotowa. Lorain grała dla niej, śpiewała dla niej i snuła opowieści. Czy to przy ogniskach ku uciesze żołdaków i rycerzy nie tylko z kompanii Xaviera. Wpatrzonych w nią i zasłuchanych, podejmujących refren ilekroć Lorain przygrywała jakąś ogólnie znaną i lubiana pieśń którą wszyscy zebrani mogli znać. Grała więc i dla nich. Jak przystało na bardkę i poetkę. Pozwalając im chociaż na chwilę zapomnieć o tym dokąd i w jakim celu zmierzają. Ale nawet podczas tych krótkich spotkań i występów najważniejsza była ona. Tarien'amin Zawsze siedziała przy niej. Blisko, przyciśnięta i wtulona w jej ramię. Cicho poruszając ustami i śpiewając nieśmiało wraz z innymi. Lubiła jej słuchać, przyglądając się jej i milknąć na wspólnie wyśpiewywany wesoły refren. Lubiła słuchać jej głos, chociaż ten, śpiewając nieśmiało zdawał się ginąć pośród morza głosów krzyczących i roześmianych rycerzy. Poetce zawsze udawało się go wychwycić i weń zasłuchać. Najważniejsze jednak było to że zawsze siedziały przy sobie. Myśląc o tym lub nie. Jedna zawsze instynktownie i niemalże odruchowo siadała tam gdzie usadowiła się druga. Co zresztą szybko zostało zauważone i w jakiś cichy sposób zaakceptowane przez słuchaczy którzy przy ognisku stawiali dwa stołki na których mogła usiąść występująca poetka jak i mała wielka zaklinaczka

Najtrudniejsze były tylko noce. Po tym jak już Cyrelle następnego dnia wróciła do siebie i Lorain odzyskała swój materac. Chwile zanim zasnęła ciągnące się kiedy zmierzch otulał sobą cały obóz a zaległa w namiocie cisze przerywały tylko ciche rozmowy wartowników. Poetka leżała wpatrzona w sufit i myślała. O tym czego jej tak bardzo brakowała. O cieple jej ciała, rytmie jej serca i oddechu który ogrzewał jej pierś przez cienki materiał koszuli nocnej kiedy leżały razem wtulone w siebie i okryte ciepłą pierzyną. Stłumionym chichocie i tym jak Tintaviel wtulała się w nia mocniej za każdym razem kiedy niesforne palce bardki odnajdywały jej szpiczaste usza i zaczynały je drażnić. Leżała wpatrując się w sufit namiotu, wsłuchując się w szelest pościeli na łóżku Tarien i myślała o tym jak bardzo chciałaby móc mieć ją tutaj przy sobie. Znowu poczuć się tak jak czuła się tamtej nocy. I tamtego ranka kiedy zbudziła się wtulona w pierś spokojnie leżącej i zapatrzonej w nią elfki. Spokój, ciepło i pewność wszystkie te uczucia które czerpała od małej wielkiej zaklinaczki kiedy mogła trzymać ja w ramionach i wtulając się w jej włosy z uśmiechem czuwać nad jej snem. Brakowało jej tego. Tęsknota... to było chyba odpowiednie słowo. Lorain tęskniła za tym uczuciem. Chciała trzymać ją w ramionach. Tulić ją i wiedzieć że jest tuż obok, cała, zdrowa i bezpieczna. Ale kiedy tylko orlica wróciła do siebie wszystko wróciło do „normy”. Każda z nich spała na swoim własnym materacu. Tuż obok drugiej i chyba żadna z nich nie mogła z tego powodu zasnąć. Każda z tych nocy miała bowiem jeden punkt wspólny. Moment którego wyczekiwała poetka leżąc z otwartymi oczyma, wpatrując się w ciemny sufit namiotu i przysłuchując szelestom dobiegającym z posłania Tintaviel. Ciemnej sylwetki Tiny która wychylała się w pogrążonym mrokiem namiocie znad krawędzi jej materaca. Lśniących w mroku wpatrzonych w nią płonących oczu. I jej ucieczki w popłochu kiedy tylko Lori spoglądała na nią odwzajemniając to spojrzenie. Czyżbyś też nie mogła spać Tarien'amin? Uśmiechała się do siebie i swoich myśli starając się zasnąć. Myśląc o tym że już niedługo wstanie nowy dzień i znowu będzie ją mogła czuć tuż przy sobie.

Tamten wieczór był na swój sposób magiczny. Nie tylko dzięki zabawom i opowieściom jakim go poświęciły ale też dzięki temu co wtedy się wydarzyło. Dzięki temu co mała wielka zaklinaczka wręczyła zaskoczonej poetce. Dzięki słowom jakie wtedy wypowiedziała i które, wraz z zielonym kamieniem osadzonym w prostej srebrnej ramce sprawiły że Serce Lorain zabiło szybciej zaraz po tym jak zamarło kiedy elfka odsunęła się od niej na tyle na ile pozwalał jej na to na nowo spleciony ognistokasztanowy warkocz.

- Tarien'amin?' – Poetka spojrzała na nią zaskoczona z uśmiechem który powoli zniknął jej z twarzy. - Czy coś się... – Zaczęła ale nie dokończyła kiedy Tintaviel weszła jej w słowo. Cichym, spokojnym i ledwo dosłyszalnym głosem który wyraźnie drżał jak i sama mała wielka zaklinaczka kiedy mówiła. Lorain wpatrywała się w nią spokojnie siedząc na swoim miejscu. Chciała ją objąć i zbliżyć się ale póki co czekała. Nie chciała jej straszyć ani wybijać z rytmu. Słuchała więc spokojnie śledząc uważnie każdy jej najdrobniejszy nawet ruch. Aż w końcu elfka wydobyła wisiorek zza nocnej koszuli. Nie był piękny, cięzko było nazwać go cennym. Był zwykłym drobiazgiem jaki podróżujący niezbyt zamorzony ojciec mógłby przywieźć swojej córce. W swojej kasetce w domu Lorain posiadała wisiorki o znacznie większej wartości, urodzie czy kunszcie wykonania. A jednak ta mała błyskotka chociaż niezbyt urodziwa zdawała się być nad wyraz cenna dla Tintaviel. Wystarczyło na nią spojrzeć na jej płonące spojrzenie utkwione w niewielkim zielonym kamyku spoczywającym na jej drżących dłoniach. Był ważny, a to czyniło go cenniejszym od jakichkolwiek innych klejnotów na tym świecie. Dlaczego? Czyżby... Dostała go od mojego taty... To jedno zdanie wystarczyło za tłumaczenie wszystkiego. Wisiorek od jej mistrza. Nic dziwnego że tak wiele dla niej znaczył. A jednak. Dlaczego chcesz go oddać właśnie mnie Tarien? Ostrożnie przysunęła się bliżej i delikatnie dotknęła małego kamyk wpatrując się w Tintaviel. Palce Elfki drgnęły delikatnie jakby odruchowo chciały się zacisnąć. Ukryć kamyk w dłoni gdzie był bezpieczny. Gdzie było jego miejsce. Tintaviel zamilkła. Płynąca z jej ust rwącym się co chwile potokiem słów opowieść ustała kiedy Tiny spojrzała na nią. Z płonącymi czerwienią policzkami i lekko rozchylonymi ustami. By po krótkiej chwili wahania wyciągnąć drżące dłonie w kierunku Poetki.

- A więc udało mu się ją znaleźć... – Lorain uśmiechnęła się ciepło do Tiny otulając jej dłoń swoimi. Czuła jej chłodne palce które drżały lekko w jej dłoniach. - Opowiadałam Ci kiedyś o górze gwiazd Tarien'amin? – Spytała uśmiechając się lekko w odpowiedzi na pytające spojrzenie ognistowłosej i przyłożywszy jej dłonie do ust ogrzała palce elfki własnym oddechem. - Zatem pozwól że Ci opowiem co się stało podczas tamtej podróży. A przynajmniej tak przypuszczam. Bo wszystko to zamknięte jest tutaj. W tym małym kamyku. – Delikatnym gestem przyciągnęła Tintaviel ku sobie i usiadła tak żeby mała wielka zaklinaczka mogła się o nią wygodnie oprzeć. Prawa dłoń wciąż delikatnie zaciskała na na dłoniach Elfki. Prawą zaś przygarnęła ją blisko do siebie i ułożywszy się tak żeby Tiny mogła ułożyć głowę na jej ramieniu otuliła je na powrót kołdrą. - Widzisz Tarien'amin – Zaczęła spokojnym unosząc nieco wyżej dłoń Tiny i otwierając własną tak aby ich oczom po raz kolejny ukazał się zielony kamyk. - Wszystko wskazuje na to że twojemu tacie udało się znaleźć coś czego ja również szukam. Coś czego szuka wielu chociaż równie wielu uważa że to nie istniej i jest tylko bajką oraz wymysłem. Prawda jest jednak taka że ci którzy uważają ją za wymysł są ludźmi pozbawionymi wyobraźni i ślepcami którzy zapewne nie dostrzegliby tego miejsca nawet gdyby w nie dotarli. Bo widzisz. Tak naprawdę nikt nie wie jak ono wygląda. Nikt nie wie czy odpowiada swej nazwie i czy aby na pewno znajduje się ono w jednym konkretnym miejscu czy też może zmienia swoje położenie za każdym razem kiedy tylko zostanie przez kogoś odkryte. Ale pewne jest to że to miejsce istniej. Tak samo dla mnie jak i dla każdego kto potrafi posługiwać się pradawną magią i w nią wierzy. Nawet nieświadomie. – Poetka oparła policzek na czuprynce Tintaviel czując jak otulone pierzyną i jej palcami dłonie małej wielkiej zaklinaczki z każdą chwilą stają się coraz cieplejsze. Jej ciepły i spokojny ton otulał umysł ostrouchej czarodziejki przybierając z każdym kolejnym słowem coraz bardziej poetycką nutę kogoś kto potrafił opowiadać historie. - A miejscem tym jest właśnie góra gwiazd. – Rzekła uśmiechając się. - Mówią że ktokolwiek odnajdzie te górę i wdrapie się na jej szczyt będzie w stanie dosięgnąć gwiazdy. Prawdziwej gwiazdy z nieboskłonu. – Dodała tajemniczym głosem unosząc wzrok na sufit namiotu i uśmiechnęła się czując jak głóką płomiennookiej unosi się wraz z jej głową. Spojrzała na nią. Oczy Tintaviel jak miały zwyczaj podczas snutych opowieści były zamknięte. Na ustach malował się uśmiech tyleż samo zachwytu co niedowierzania. - Śmiało Tarien'amin. Nie bój się. Sięgnij o jedną z nich. Powiadają że gwiazdy te mają moc spełniania życzeń. Pod warunkiem że będziesz dla niech czuła i delikatna. I będziesz im bezgranicznie ufać spełnią twoje najskrytsze marzenie. -Dłoń Elfki uniosła się powoli do góry kiedy wiedziona swoją wyobraźnia ostroucha próbowała sięgnąć najprawdziwszej z gwiazd. Lorain uśmiechnęła się szerzej jak zawsze oczarowana jej zachowaniem i po chwili wsunęła w jej dłoń zielony kamień. - A jednak gwiazdy są najszczęśliwsze wtedy kiedy mogą przybrać taką właśnie formę. Formę klejnotu. – Wyszeptała na ucho które po raz kolejny zadrżało pod wpływem jej oddechu dobywając z ust Tiny cichutki chichot. - Widzisz? Żeby gwiazda zmieniła się w klejnot ten kto odnajdzie górę musi życzyć sobie jednego. Musi poświęcić swoje własne życzenie dla kogoś mu bliskiego. Mówiąc wprost zażyczyć sobie aby gwiazda uszczęśliwiła inna, bliską nam osobę. Wtedy też gwiazda zmienia się w klejnot i pozwala zanieść się do osoby która ma uszczęśliwić. Aby mogła czekać przy niej na odpowiednią chwilę. I myślę że tak to właśnie wyglądało. Podczas swej podróży. Twój tata odnalazł górę gwiazd Tarien. Wdrapał się na jej szczyt dla Ciebie. Dlatego że Cie kochał. Złapał gwiazdę i poprosił ją o szczęście dla Ciebie Vanima. Więc gwiazda zmieniła się w szmaragd i pozwoliła przynieść się do Ciebie. Tarien... – Palce poetki spoczęły na policzku Titnaviel i delikatnie odwróciła jej twarz ku sobie. Wpatrywały się sobie w oczy niemalże stykając się nosami kiedy elfka powoli uniosła powieki. - Twój tata Cię kochał. Kochał cię tak bardzo że gotów był oddać Ci to wszystko co miał najcenniejsze. Przyniósł Ci swoje życzenie w formie tego klejnotu. Pamiętaj o tym i o jego uśmiechu. Nie o tym że się na niego gniewałaś. Dzieci często gniewają się na rodziców. Ale rodzice i tak wiedzą że dzieci je kochają. Z całego serca. I on też wiedział i wciąż wie że ty go kochasz. A teraz jestem pewna że jest szczęśliwy. Bo skoro gwiazda spełniła twoje życzenie. To spełniła też życzenie twojego ojca. – To rzekłszy uśmiechnęła się i przytuliła Titnaviel do siebie. - Myślę że sama jestem bardzo blisko znalezienia takiej góry. I mam nadzieję że mi w tym pomożesz Tarien'amin – Wyszeptała w końcu ściskając Elfkę. - Jestem szczęśliwa Tarien... – uśmiechnęła się szerzej prostując się i spoglądając jej w oczy. - Jestem szczęśliwa ponieważ jestem dla Ciebie ważna. A uszczęśliwia mnie to ponieważ i Ty jesteś ważna dla mnie. – Mrugnęła wesoło okiem. - I będę szczęśliwa mogąc nosić ten amulet. I dumna. Obiecuje dbać o niego tak jak powinno się dbać o najcenniejszy skarb. Tylko... nie mam przy sobie nic co mogłabym ofiarować Tobie Tarien'amin... Nie spodziewałam się... zastać tutaj kogoś takiego jak ty. – Uśmiechnęła się przepraszająco kiedy już łańcuszek z wisiorkiem spoczął na jej szyi a ona na powrót przytuliła Tintaviel. - Ale z pewnością coś wymyślę. Ale póki co... – Odgarnęła włosy z czoła elfki i złożyła na nim pocałunek układając się tak żeby Tiny mogła na niej się wygodnie oprzeć. - Jesteś zmęczona czy może chcesz usłyszeć opowieść o rycerzu który jako pierwszy poszukiwał magicznej góry? – Spytała weselej i na zgodę Tiny rozpoczęła kolejną opowieść trzymając w ramionach małą wielką zaklinaczkę i myśląc o jedynym życzeniu jakie gwiazdy mogły dla niej spełnić. Objąwszy ją mocniej i opatuliwszy je obie kołdrą opowiadała więc dalej przesyłając do gwiazd swoje własne życzenie...

W końcu jednak nadszedł dzień który nadejść musiał. Dzień w którym Auguste Verehiel postanowił podjąć grę wciąż jednak trzymając własne karty przy piersi. To było cztery dni po tym jak Cyrelle Perendale nocowała w ich namiocie. Żegnając się z nimi rano obiecała że dołoży wszelkich starań aby zorganizować audiencję u hrabiego jak najszybciej. Lorain pamiętała o tym i wiedziała że jej siostra dołoży wszelkich starań aby tak też się stało. A jednak łatwo zapomnieć o cieniu który wciąż zdaje się przysłaniać nasze życie kiedy natrafimy na chwilę wypełnioną tylko słońcem. Kiedy o tym potem myślała wydawało jej się to zabawne. Jej reakcja na przybycie posłańca z wieścią od Hrabiego Verehiela. Wiedziała że się zjawi, prędzej czy później. Wiedziała o co chodzi w tym spotkaniu. I wiedziała że to do czego chcą doprowadzić w jakimś, nieznanym jej stopniu może okazać się ryzykowne dla Tintaviel. A jednak kiedy się pojawił jej umysł wydawał się być całkowicie zaskoczony tym faktem jak i informacją którą ze sobą przyniósł. Potrzebowała sekundy albo dwóch żeby zebrać się w sobie.

To był wieczór jak wiele innych. Ubawione towarzystwo któremu zdawać by się mogło wieczorne śpiewanie przy ognisku weszło już w nawyk, a i poetka zdawała się czerpać swego rodzaju radość z tego że mogła chociaż w ten sposób chociaż na moment rozproszyć ich myśli i pozwolić zapomnieć o tym dokąd i w jakim celu zmierzali, zdążyło się już rozejść na swoje posterunki lub też zażyć zasłużonego odpoczynku. Zostawiono je same. Jak zawsze zostawiano je same kiedy występ bardki dobiegał końca. Siedziały więc przy ogniu okryte płaszczem Xaviera i podziwiały gwiazdy. Lorain słuchała jej głosu, jakby urzeczona jego barwą kiedy Tiny z dokładnością i bez zastanowienia nazywała kolejne gwiazdy. Ich zbiory i konstelacje. Ich znaczenia. Wiążące się z nimi historie i pochodzenie ich nazw. A jej wiedza zdawała się nie przebrana. Potrafiła odpowiedzieć na każde zadane przez poetkę pytanie kiedy ta ciekawie dopytywała wskazując kolejne błyszczące punkty na niebie wtulonej w jej ramie małej wielkiej zaklinaczce. A jednak sama poetka więcej niż w niebo wpatrywała się właśnie w nią. We wpatrzoną w niebo najjejszą Tarien. Która błyszczącymi oczyma bezbłędnie odnajdywała kolejne gwiazdy opowiadając o nich z pasją i niezachwianą pewnością w prawdę tego co mówiła. Jej głos był pełen życia i siły. Wzrok lśniący i skupiony a dłoń wyciągnięta w kierunku gwiazd. Tak jak wtedy kiedy opowiadała jej bajkę o górze gwiazd. O górze którą razem odnajdą. Złapię dla Ciebie gwiazdę Tarien'amin. Zrobię wszystko co w mojej mocy żeby ją dla Ciebie złapać. I spełnić twoje marzenia. W końcu uśmiechnęła się po raz któryś kiedy mała wielka zaklinaczka przyłapała ją na tym że ta przygląda się jej zamiast nieboskłonowi i spłonęła rumieńcem spoglądając w jej oczy. Lorain mogła się w nie wpatrywać całymi dniami. Dwa zaklęte w jej oczach płomienie. Jaśniejsze i weselsze niźli gwiazdy na niebie. Chciała jej to powiedzieć. Właśnie teraz, właśnie w tej chwili że chyba o to znalazła swoje gwiazdy. Wiedziała że może ją tym speszyć ale miała wrażenie że też na swój sposób mała wielka zaklinaczka ucieszy się na te słowa. Kiedy dowie się że... Usta same rozchyliły się jej delikatnie kiedy nagle półsenną ciszę w obozie przerwał tętent kopyt zbliżającego się konia. Poetka westchnęła lekko przywołując na twarzy uśmiech kiedy los po raz kolejny postanowił zatkać jej usta. Nie poddaje się tak łatwo Pomyślała ze uśmiechem spoglądając w bok. Tylko jedna osoba przybywająca o tej porze do obozu mogła wywołać takie zamieszanie.

- Panienka Perendale we własnej osobie. – Zaśmiała się kiedy Orlica uścisnęła je obie. - Wolałyśmy poczekać na Ciebie teraz niż jakbyś miała... – Zaczęła rozbawionym tonem i zamilkła kiedy spostrzegła zbliżającego się ku nim żołnierza. Pierwsza zwróciła na niego uwagę. I coś w jego postawie i zachowaniu mówiło jej wprost że to na niego właśnie czekały. Że to on reprezentuje ruch hrabiego w tej grze. W końcu mężczyzna przemówił. Zaproszenie do hrabiego, dla całej trójki. Musisz wykorzystać wszystkie swoje atuty jeśli chcesz zyskać przewagę Lorain. Bez względu na wszystko. W grze nie ma miejsca na wahanie Głos jej mistrza przybył wraz z cieniem nieznanego jej zagrożenia które wisiało nad tym co chciały i musiały zrobić. Rytuał uzdrowienia dla Córki hrabiego... Przypomniała sobie reakcję Tiny tamtego wieczoru. Jej zachowanie. Drżenie kiedy chowała się w jej ramionach i strach, jej własny strach który powrócił. Karty są na stole. Rozegraj je albo wycofaj się i przegraj. Och zamknij się na moment. Jęknęła w duszy wpatrując się w Elfkę. Damy sobie radę. Razem damy sobie radę. Bo wierzę w twoją siłę Tiny. Wierze w nią z całego serca. Uśmiechnęła się lekko i podała dłoń małej wielkiej zaklinaczce. - Tarien'amin Jeśli pozwolisz abym Ci towarzyszyła. – rzekła spokojnie wpatrując się w płonące oczy Elfki. Wierząc w jej siłę przekazujesz jej swoją własną kochanie. Tak działa pradawna magia. Odezwał się w jej głowie ciepły głos Lorelai. Wiem mamo, wiem. Chociaż czeka mnie jeszcze więcej nauki władania nią niż myślałam. Ale... z Tarien dam sobie radę. Wierzę w to.

Awatar użytkownika
Anante
Posty: 187
Rejestracja: 30 gru 2013, 10:08
Lokalizacja postaci: Kamienica Patriotów
GG: 47821741
Karta Postaci: viewtopic.php?p=46352#46352

15 wrz 2015, 12:52

Lorain

Tiny zamarła na krótką chwilę, czując jak w dziwnej ciszy, zrodzonej z pustki jaka objęła miejsce słów, które ledwie uderzenie serca wcześniej płynęły między nimi niczym ciepły strumień, jej przyjaciółka zaczyna drżeć; trząść się lekko, gdy dojmujący niepokój i obawa poczęły trawić jej serce. Gdy delikatne dłonie coraz mocniej i mocniej zaciskały się na plecach i talii elfki, tłamsząc jej dech i przyciskając do siebie, jak gdyby zaraz miała zniknąć. Skuliła się; sama w sobie, gdy zrodzony z bezradności strach na moment zawładnął elfim sercem. Nie wiedziała jak; nie potrafiła jej pomóc, choć chciała. Tak bardzo ze...Nie bój się. Proszę, nie bój się. Tylko nie mnie; nie teraz. Drobne, pobladłe usta poruszyły się w takt bezgłośnych słów, gdy niepozorna uzdrowicielka objęła ją pewniej, przyciągając do siebie; nawet smukłymi nogami, które wysunęła ponad kołdrę, gdy brakło jej rąk, tak by objąć ją całą sobą. Nie myśląc zupełnie o tym, co robi, ani dlaczego. Jak może to wyglądać i jak blisko w tej chwili się jej znajdzie. Starczyła tylko jedna, prosta myśl, która sprawiła, że przestała bać się czegokolwiek więcej poza jej wyobrażeniem. Jednym prostym przebłyskiem tego, że...Już spokojnie. Ja...ja jestem przy tobie. Cały czas. Nigdzie nie zniknęłam; nie zniknę. Obiecuję. Masz...masz moje słowo. W tej chwili zapomniała o Verechiel’ównie; o tym, co ją spotkało i miało spotkać. O trudach rytuału i każdym, nawet najbardziej przerażającym niebezpieczeństwie, jakie czekało ją za jego progiem. W tym momencie nie było demonów dręczących ją od wielu nocy, ani tym bardziej cudzych czy własnych oczu. Cokolwiek dręczyło Lorain; jakakolwiek myśl, czy uczucie dobyła z jej piersi stłumiony, cichy jęk starczyła, by przerazić małą czarodziejkę. Na tyle, by odruchowo spróbowała ją uchronić; przed samą sobą i wszystkim, co ją dręczyło. Jestem tutaj. Tuż przy tobie. Spokojnie... nie odchodź nigdzie; nie uciekaj. Proszę. Damy sobie radę. Jakoś...jakoś damy. Nie naciskała jej, ani nie pytała. Nie pisnęła nawet słowem, szanując jej prawo do wyboru; do tego by samej zadecydować, kiedy i czy w ogóle będzie chciała się z nią tym podzielić. Wciąż... wciąż Ciebie nie znam; nie tak jakbym tego chciała. Ale chcę poznać. Chcę być przy tobie i...i chronić Ciebie. Widzieć twój uśmiech. Gładziła ją lekko po głowie, przeczesując smukłymi palcami splątane, kasztanowe pukle, gdy cicha, mrukliwa melodia anderfelskiej kołysanki uchodziła z jej ust. Musiała być silna; przynajmniej przez chwilę, tylko dla niej. Dla mojej przyjaciółki. Vanima Liritien. Wpatrywała się spokojnie w jej oczy; dwie pełne strachu i niepewności szmaragdowe tonie. Uśmiechając się do nich lekko; z ciepłem i zaskakującym spokojem we własnym spojrzeniu, podszytym tak głęboką troską, iż nie można było pomylić jej z czymkolwiek innym. Nie zauważyła nawet, gdy ich role się odwróciły; kiedy nagle to ona dawała jej spokój i ukojenie, tak po prostu, jakby było to dla niej czymś zupełnie naturalnym i odruchowym. Już spokojnie. Jestem tutaj. Wierzę że... że damy sobie radę. Tylko nie bój się już Na moment zamarła, zlękniona własnej myśli, czując jak coś zaciska się na jej piersi, tłamsząc jej myśli i uczucia. Nie teraz; później. Otrząsnęła się lekko, przyciągając tylko poetkę mocniej do siebie i przymykając nieco powieki, gdy w jej własnych oczach odbił się cień niepewności.

-Tak...twoja-najtwojsza...-wyszeptała cichutko i ugryzła się w język, czerwieniejąc lekko na twarzy, gdy prawie nie zaplątała się we własnych słowach. Nie tak, nie tak! Nie możesz; nie chcesz, żeby ona... Zamilkła, nie potrafiąc zebrać nagle dziwnie rozbieganych w myśli słowa, gdy poetka pochwyciła własne, otulając nimi umysł wtulonej w siebie dziewczyny. Zgłoska po zgłosce tworzyła wokół niego wątłą nić, aż w końcu zaczęła ją powoli zacieśniać. To co uważam... zadrżała lekko, wpijając w nią zdezorientowane i nagle dziwnie zagubione spojrzenie. Tak długo robiła to czego pragnęli inni, spełniając ich wolę, zachcianki i pragnienia; do pewnego stopnia stanowiąc wręcz ich własność, iż teraz mimo nauk jej mistrza, które wciąż pamiętała sama myśl, że tak naprawdę, nie tylko w drobnych sprawach i szczegółach, ale we wszystkim miałaby decydować sama... Dla niej było to abstrakcją. Snem, marzeniem czy nieosiągalnym pragnieniem. Pełną ułudy marą, która mogła prysnąć ledwie pod jej dotykiem. Robić to co chcę; czego pragnę i... czego ty pragniesz. Ale dlatego że... że ja tak chcę. Że tak uważam. Przez chwilę obracała tą myśl we własnym umyśle, zapatrzona w jej oczy; dwa szmaragdy zaklęte w tak bliskim jej sercu licu. Wiesz czym jest wolność córeczko? Nie stanem, prawem, ani obowiązkiem, ale darem. Czymś, czego nie można odebrać, ani sobie zasłużyć. Prawdziwa wolność jest w nas samych. Istotę możesz pozbawić wszystkiego; jej domu, praw, nawet władzy nad jej ciałem, ale nigdy-przenigdy nie odbierzesz jej wolności, jeśli sama się jej nie zrzeknie. Nie odtrąci tego daru. Żyjemy w zamknięciu; z dala od zwykłych ludzi i ich problemów, ale czy to czyni nas mniej wolnymi od nich? Czy ty sama nie jesteś wolna? Każdy twój wybór; świadoma decyzja i krok; wszystko to właśnie czyni Ciebie wolną. Jeśli tylko sama tego chcesz i nie boisz się sprzeciwić. Nie boisz się... Nie boję się być sobą. Być... Być tym, kim jestem. Dokończyła słowa swego mistrza, drżąc lekko. Czy...Czy naprawdę byłam tak daleko, że zapomniałam o tym wszystkim? Tak naprawdę? Na moment strach przeszył jej drobne serce, gdy ziarno zwątpienia zakwitło pośród jej myśli, oporne i silne jak nigdy dotąd. Gdy...Możesz to zmienić. Wiesz o tym... i ona wie. Czasem starczy sama wiara; chęć. Pierwszy malutki krok, by... Pójść dalej. Na naszej ścieżce. Głosy poetki i jej mentora zlały się ze sobą, gdy zaróżowione uszka drżały podrażnione tembrem jej głosu; jego tonem i tchnieniem. Być przy tobie. Śmiać się i...zrobić to wszystko. Wszystko co mi obiecujesz. Uwierzyć w to, choćby na chwilę. Krótki moment, zanim... Zanim co córeczko? Nawet jeśli to się nie stanie; jeśli wszystko czego się obawiasz się ziści to... Wiem. Ja...ja wiem. Odetchnęła głęboko i skinęła lekko głową. Samej sobie, głosom, które słyszała i jej.

-Postaram ja...-Znów skubnęła się w język, krzywiąc się leciutko, gdy iskierka bólu zapłonęła w jej umyśle. Nie, nie tak. Nie bój się tego słowa...-Obiecuję. Ja...ja obiecuję. Ale...ale tylko jeśli ty też mi coś obiecasz.-spojrzała nieśmiało w jej oczy, drżąc ze strachu i przejęcia; skrępowania jakie owładnęło jej zagubiony i rozbiegany umysł, nazbyt roztrzęsiony tą chwilą, by reagować do końca tak, jak zwykł to czynić. Z nadzieją i pragnieniem, którego nie potrafiła określić. Bała się go, a jednak... czuła je. Choćby i jego cień, ale jednak.-Że... że ty też mi obiecasz...to samo i...i że...że ty...że nie będziesz...że...-jąkała się, dukając kolejne słowa, zaplatana we własnych myślach i tym co chciała; co powinna, a co pragnęła powiedzieć.-Że ty...że pozwolisz...pozwolisz mi też...dać...poz...-nie dała rady, gdy w końcu coraz cichszy i bardziej stłumiony z każdym słowem głos uwiązł jej w gardle, a ona sama po prostu wtuliła się w Lori, jeszcze bardziej niż chwilę temu, kurczowo zaciskając powieki, jakby bała się tego, co może zobaczyć w jej oczach. Odtrącenia, urazy, albo domysłów; niechęci i... Nie myśl tak...nie o mnie proszę tylko...niech to się jeszcze nie kończy. Nie teraz. Bała się choćby odetchnąć, a jednak... nic się nie stało, choć zrobiła już i powiedziała wiele za dużo; wiele więcej niż kiedykolwiek normalnie by się odważyła, gdy strach wziął nad nią górę, burząc wszelkie bariery i zrywając hamulce. Gdy chciała...Chcę być przy tobie...tylko...tylko tyle. Westchnęła cichutko, rozluźniając się w końcu, skołowana i skrępowana; przestraszona samą sobą i tym co uczyniła. Czego nie mogła, ani nie potrafiła nawet cofnąć. Wyjaśnić, ani zaprzeczyć temu co się stało. Co wciąż się działo i...Co powiesz na poduchę dla Ciebie Tarien?

Drobna czarodziejka wpiła w nią spojrzenie upojonych zaskoczeniem, płomiennych oczu, gdy tylko zasłona ich powiek uniosła się ku górze, odsłaniając skryty za sobą skarb. Drobne, pobladłe z wrażenia usteczka zadrżały lekko, rozchylając się na moment i zamykając momentalnie, gdy ledwie lekkie tchnienie uszło spomiędzy nich miast słów. Poduchę. Pełne ciepła i skrępowania urywki wspomnień i wrażeń odbiły się w jej umyśle. Nawet tej pierwszej nocy, gdy sama leżała naga pod kołdrą i... Mała westchnęła cichutko, gdy wraz z żarem na jej licu wykwitł delikatny, wyraźnie skrępowany i nieśmiały uśmieszek. Powolutku, nawet na moment nie odrywając się od Lori zaczęła się przesuwać, dając jej czas i szansę się obrócić. Ocierając się o nią lekko i... W końcu ułożyła rozpalony rumieńcem, prawie parzący w dotyku policzek na jej piersi, wsłuchując się w bicie jej serca. Spokojne i ciche, a przynajmniej tak różne od tego, które szalało skryte w jej ciele. Przez chwilę leżała na niej, wyraźnie spięta i zawstydzona, jakby znów bała się tego, co robi; co sama czuje, myśli i...To przecież ona. Twoja przyjaciółka. Liritien. Twoja-najtwojsza Lori. Dlaczego...nie powinnam się bać. Nie jej...i nie teraz. Spuściła lekko głowę i spróbowała się rozluźnić; choć trochę. Nawet, jeśli na siłę, to po prostu nie chciała taka być. Jak słup soli, gdy zamierała wystraszona za każdym razem, gdy miała się do niej zbliżyć, choć troszkę. Nie mogła i...Nie dam rady...nie dam już rady. Odetchnęła cicho, przymykając powieki i wtulając się w nią. Odruchowo i delikatnie, na ile tylko mogła, starając się nie myśleć; nie czuć tego wszystkiego i po prostu tu być. Dać się nieść chwili i temu, co ze sobą niosła. Przyjemności, podszytej intymnością i ciepłem; temu wszystkiemu, czego tak pragnęła i...Tak jest dobrze. Po prostu dobrze. Uśmiechnęła się nieśmiało, moszcząc na niej wygodniej i szykując do snu.

Leżała, więc czując jak powoli ogarnia ją senna błogość i zmęczenie. Zasłuchana w spokojną pieśń, jaka niosła się po ciele jej towarzyszki. Cichy, spokojny rytm, zlewający się w jedno z tym, który igrał w jej własnej piersi. Czując na sobie jej ciepło i...Łaskocze... zachichotała cichutko, półprzytomna, prawie na granicy snu, gdy delikatny podmuch ciepłego powietrza podrażnił krawędź jednego z jej uszu, sprawiając, iż to zadrżało zabawnie odskakując ku tyłowi, jakby chciało gdzieś uciec, ocierając się o płomienną czuprynkę. Przy tobie nie da się martwić...łaskocze! Tiny skuliła się troszkę, gdy wyraźnie zadowolony pomruk znów przeszedł w wesoły chichot, a koniuszek jej ucha zadrżał jeszcze mocniej. I znów, nim zrobiła cokolwiek więcej. Co się...? Na krótką chwilę, nim Lori dobrała się do jej czupryny nosek i oczka elfki wychynęły ponad krawędź pierzyny, wpatrując się w nią z mieszaniną zaskoczenia i rozbawienia, by nagle zniknąć, gdy mała czarodziejka prawie z niej nie zleciała, wijąc się i chichocząc całą sobą. Fala za falą, wesołość odbierała jej odech i władze nad sobą, kiedy elfka próbowała zwiać ścigającym ją paluszkom, raz za razem dobierającym się do niezwykle czułych i delikatnych uszu, wręcz nad-wrażliwie reagujących nawet na najlżejszy dotyk, jakby były daleko bardziej unerwione niźli reszta jej ciała. Nie potrafiła się kontrolować, wierzgając bosymi nóżkami i prawie nie skopując z nich obydwu kołdry, a zarazem zsuwając się coraz bardziej i bardziej, gdy wiła się niczym fryga, piszcząc niczym malutka dziewczynka, rozradowana i szczęśliwa jak jeszcze nigdy. Poddaje się! Poddaje! Chciała wymamrotać, ale nawet na to nie miała siły, śmiejąc się i wierzgając, jakby dostała jakiegoś ataku, gdy w końcu bardka usidliła ją przy sobie i ucapiła jej czuprynkę, mając chyba zamiar załaskotać na śmierć, aż w końcu... Pocałowała ją lekko w czubek głowy, przyciągając do siebie i na nowo okrywając kołdrą. Jeszcze dłuższą chwilę Tiny nie potrafiła usiedzieć na miejscu, wiercąc się i chichocząc, choć płuca paliły ją żywym ogniem. Było jej dobrze; błogo, ciepło i przyjemnie. Czuła się bezpieczna i...Dobrze mi przy tobie. Tak po prostu mi przy tobie dobrze. Odetchnęła w końcu cichutko, na nowo wtulając się w jej pierś i przymykając płomienne oczka, choć nawet wtedy trwał przed nimi obraz roześmianych, pełnych czułości szmaragdów, jakie iskrzyły na licu poetki. Moja Lori... ukołysana tą myślą w końcu zasnęła.

Tiny chłonęła opowieści o jej życiu, nie raz równie zasłuchana w nie, co bajki, które opowiadała jej Lori. Smutne, czasem pełne zadawnionej goryczy historie o tym, jak wyglądało dzieciństwo dziewczyny, na której z dnia na dzień zależało jej coraz bardziej. Często zamykała wtedy oczy; wyciszała się, dając płynąć słowu. Będąc tuż przy niej, wsparta na jej ramieniu, albo wtulona w jej bok, tak bardzo, że nie raz starczyło ledwie drgnięcie, aby otworzyła oczy i spróbowała jakoś odciągnąć uwagę zielonookiej od nieprzyjemnych przeżyć, które już minęły. Nie naciskała; nie dopytywała się nawet o szczegóły, choć czuć było że interesuje ją to. Każde jedno słowo, odsłaniające przed nią to, kim była Lorain. Starała się ja sobie wyobrazić; właśnie wtedy. Małą, pełną życia i szczerych chęci dziewczynkę, która starała się sprostać surowym wymaganiom i wychowaniu, w którym niezbyt wiele miejsca pozostawiono na radość i swobodę. Była tego ciekawa; bardziej niż czegokolwiek innego, chłonąc każdy fragment całą sobą. Oczyma wyobraźni kreując całe światy i obrazy, których nie mogła zobaczyć i... chciała być przy niej; swojej Liritien. Poznać jak najwięcej z niej; uchwycić i schować w samej sobie. Nie oceniała jej; nie potępiała, ani nie chwaliła. Akceptowała dokładnie taką, jaką była, bez żadnych "ale", czy warunków. Pragnęła jej właśnie takiej i sama myśl, iż miałaby zmuszać ją do zmian, sprawiała jej prawie fizyczny dyskomfort. Zarazem jednak był w tym mały wyjątek: jej mistrz. Jakkolwiek nie określała go Lori i cokolwiek o nim nie mówiła, elfka wychwytywała w jej słowach cień niechęci; żalu czy chłodu, tak przeciwnego do reakcji na Lorelai. Odruchowo go zresztą nie lubiła; szanowała, ale nie potrafiła żywić choćby cienia sympatii. Czysty pragmatyzm, chłód i sposób w jaki traktował innych, a przynajmniej to jak rysowało się jej to na tle bardkowych opowieści starczył aż nadto, by sama nie chciała mieć z nim za wiele wspólnego. Właśnie przez to wszystko, w głębi jej serca budziło się coraz silniejsze pragnienie, by zabrać poetkę od niego. Wyrwać człowiekowi, któremu służba zdawała się przykra jej przyjaciółce. Tylko tyle i nic więcej. Chciała dać jej szanse na bycie sobą; samostanowienie i decydowanie o wszystkim. Taką samą, jaką Lori podarowała właśnie jej.

Każda z tych opowieści, nawet nieistotnych sprawiała zarazem, iż sama otwierała się przed nią coraz bardziej i chciała to robić. Nawet jeśli było to bolesne, trudne i czasem straszliwie krępujące, gdy ledwie powstrzymywała się przed ucieczką, walcząc o każdą zgłoskę i sylabę z samą sobą. Chciała dać jej coś w zamian i to nie dlatego, że czuła się jej to winna, czy zmuszona, ale ponieważ tego pragnęła. Obdarzyć ją zaufaniem; pokazać dlaczego taka jest; kim jest. Odsłonić się przed nią, ponieważ... ufała jej. Jak nikomu innemu, z każdym dniem coraz bardziej, nawet jeśli momentami, gdy zaczynała się nad tym zastanawiać trochę ją to przerażało. Jednak, zawsze wracało do niej też owo szczególne ciepło, rozpalające żar w jej myślach i rumieniec na policzku. Niosące ze sobą smak truskawek, woń róż i poczucie bezpieczeństwa. Wszystko to, przez co coraz trudniej było jej zasnąć; coraz ciężej było myśleć, że kiedyś to wszystko się skończy. Że będą musiały się rozstać i... bolało ją to. Sama myśl; dłuższe zastanowienie nad tym sprawiała jej zupełnie realne cierpienie. Nie chciała tego; coraz bardziej i bardziej, a jednak czuła to. W długich, nocnych godzinach, gdy nie mogła spać, raz za razem dręczona coraz silniejszymi, bardziej dojmującymi koszmarami jakimi zalewały jej umysł czyhające w Pustce demony. Kiedy jawa mieszała się przed jej oczyma ze snem i tylko siłą woli powstrzymywała się by nie zerwać się i nie krzyknąć; nie sprawdzić czy nic jej się nie stało; czy to był tylko sen. Leżała tak nieruchomo, przestraszona i sparaliżowana, na równi pragnąc, co bojąc się zsunąć na jej materac. Wtulić w nią i... Nie dała rady, jeszcze nie mogła tego zrobić; nie przez te trzy, pełne napięcia noce, choć była ku temu coraz bliższa. Coraz bardziej zdeterminowana i zlękniona zarazem. Chciała ją czuć przy sobie; ciepłą, żywą i delikatną. Słyszeć spokojne bicie jej serca i chichotać, gdy jej dłonie i oddech łaskotały koniuszki jej uszu. Móc przytulić ją, tak po prostu i zapomnieć o tym wszystkim, choćby na chwilę. Nawet gdyby miała nie spać całą noc i leżeć tak z zamkniętymi oczyma. Jednak bała się tego; krępowała i wstydziła. Tak bardzo skryła się za swymi barierami i zakazami, iż teraz opuszczenie każdej z nich zajmowało jej daleko więcej czasu niż komukolwiek innemu. Wymagało drobnych kłamstw, wymówek i determinacji równie wielkiej, jakby od tego zależało całe jej życie. Obawiała się myśli; własnych i jej. Tego ze wszystko zepsuje; że znów historia zatoczy błędne koło i zrani kogoś, na kim jej zależy. Przez to kim jest; jaka jest i co czuje. Więc chowała się za nimi, bojąc się przyznać do tego; choćby nazwać i określić, miotając się między słowami, zagubiona w chaosie własnych myśli, wrażeń i uczuć, gdy tylko miała czas im się przyjrzeć. Tak bardzo, iż nie potrafiła nic z nimi uczynić. I tylko rysy i wyłomy w murkach otaczających jej myśli stawały się coraz większe i większe.

Tiny uwielbiała też ich wspólne wieczory; pełne muzyki, śpiewu, śmiechu i dziesiątek historii, jakimi przerzucali się młodsi i starsi żołnierze, niczym jedna, sporawa rodzina, gdy tylko zasiedli wokół ich ogniska. Z początku trudno było jej się z tym oswoić, gdy pierwszy raz podszedł do nich jeden z nich, posłyszawszy znajomą melodię. Niosąc prośbę o to, by Lorain mogła zagrać jej kawałek jeszcze, bo przypomina mu on o domu, w którym zostawił córkę, tuż przed jej ślubem. Prawie nie odskoczyła wtedy od swej przyjaciółki, jakby oparzona; zlękniona tego jak może patrzeć na nie zwykły, nie znający ich człowiek. Tego co może powiedzieć i zrobić. Jednym ruchem schowała się za swoją maską, jednak nie potrafiła już długo jej utrzymać; nie przy niej i nie kiedy płynęła muzyka. Więc cal po calu znów się przysuwała, czując na sobie spojrzenia kolejnych żołdaków, aż w końcu z ogniem nie tylko zaklętym już w swych oczach i czuprynie, ale i licu wtulić się w ramię bardki, zabawiającej grupkę wiarusów pieśnią. Bała się, a jednak nawet teraz czułą potrzebę jej bliskości; czucia że jest właśnie tutaj, tuż przy niej i...chciała pośpiewać. Cichy i niepewnym; pełnym wątpliwej nieśmiałości głosem, który rwał się, prawie nie schodząc do szeptu, ginąc pośród ryku otaczającej ich czeredy. A jednak robiła to; raz za razem właśnie dla niej. Z nadzieją, ze być może ja usłyszy; poczuje i... tak jak ona da się nieść pieśni. Kochała te melodie wszystkie razem i każdą z osobna. Pełne smutku i radości; te proste i te bardziej złożone. Chwile gdy żołnierze nie zwracali na nią uwagi, a potem...ustawili jej stołeczek. Jakby zaakceptowali jej obecność. Fakt, że za każdym razem siedzi w tulona ramię ich poetki. Tak zaczęli ją nazywać; ich bardka, ich poetka. I tylko mała elfka burzyła się w swym serduszku, gdyż Lori była jej-najjejsza i niezbyt chciało się jej nią dzielić.

Czasem ktoś dołączał do występu, podchwytując takt i melodię. Przygrywając na wystruganym z kawałka trzciny flecie, prostej harmonijce, czy nawet grzebieniu. Jak gdyby wszyscy dzielili jedno, zupełnie ludzkie i pierwotne pragnienie by wrócić do domu. Znów zobaczyć swe żony, dzieci; matki, ojców i synów. Zapomnieć o wojnie i tym co ich czeka u kresu tej podróży. Poddać się czarowi chwili i dać jej nieść, czasem roniąc łzy, a czasem śmiejąc się do rozpuku. Nie wstydzili się tego, ani nie bali. Byli zwykłymi ludźmi, których oderwano od ich codziennego rzemiosła, a i Ci, którzy żyli z krwi i śmierci swych bliźnich nie różnili się od nich nawet o jotę. Jakby naprawdę stanowili jeden organizm; umysł, połączonych ze sobą powiązań, rozdzielony tylko na wiele twarzy. Kobiet, mężczyzn, chłopców i dziewcząt. Kucharzy, łuczników, cyrulików i nawet kurtyzan, czy rycerzy. Niekiedy zostawiali im coś w darze, bez słowa czy próby wyjaśnienia, gdy na miejscach gdzie siedzieli spoczywały drobne mieszki, albo skrawki materiału, na których spoczywały drobiazgi. Drewniane spinki, niewielkie figurki z drewna, czy gliny, albo parę kandyzowanych, czy suszonych owoców. Tylko troszkę, ale jednak zawsze coś, w podzięce za tych parę chwil wytchnienia.

Blade i przypominające sopelki lodu, smukłe palce elfki drgnęły odruchowo, bezwiednie zaciskając się na wciąż rozgrzanym żarem jej ciała klejnocie, zarazem więżąc przy nim dłoń poetki. Ciepłą, delikatną i spokojną; zupełnie różną od jej własnych, gdy onieśmielone, pełne obaw i nadziei spojrzenie ostrouchej spoczęło na jej licu. Rozpalone własnym, wyjątkowym płomieniem ogniste oczy śledziły każdy jej ruch; gest, słowo i drgnienie, bez reszty zapatrzone w szmaragdowe tonie, równie intensywne i piękne, co klejnot, który spoczywał w ich splecionych dłoniach. Jednocześnie jednak piękniejsze; żywsze i głębsze. Upojone troską i ciepłem... i czymś jeszcze, czego prawie nie mogła dostrzec, a jednak było tam, przyczajone i delikatne. Na swój sposób urzekające i...Nie potrafiła już nic powiedzieć. Wydukać nawet słowa, ledwie sylaby czy zgłoski, gdy stłumiony dech ledwie uchodził spomiędzy pobladłych ust małej czarodziejki, stłamszony w jej piersi przez rozbiegane myśli i strach. Sama nie potrafiła określić nawet czego tak naprawdę się obawiała. Odrzucenia? Niechęci? Czy może, że przez niego...Nie...nie od niej. Nie...nie przy niej. Cichutkie westchnienie uszło z jej piersi, gdy na moment opuściła głowę, przymykając powieki, choć mięśnie w jej ciele napięły się już dawno niczym struna. Nie muszę się bać. Nie przy tobie. Nie...nie Ciebie, vanima. Chciała się uśmiechnąć; choć troszkę rozluźnić i pokazać, że wszystko jest dobrze; że się nie boi i sama sobie da radę, ale nie potrafiła. Nie teraz; nie w tej chwili, gdy tak bardzo jej zależało, by... Ja...ja chcę tylko pokazać, że mi na tobie zależy. Że...że jesteś dla mnie kimś ważnym. Bardzo ważnym i... dać Ci to. Ponieważ nie mam nic innego i... nie potrafię... Zacisnęła mocniej ząbki, znów skubiąc nieodmiennie posiniałą i poranioną wargę. Nie umiem okazać Ci tego inaczej. Choć...choć tak bardzo chcę. Tylko... boję się, że ty... że pomyślisz... Zadrżała leciutko, gdy dłonie Lorain oplotły jej własne, zaciskając się na nich czule i opiekuńczo, jakby chciały schronić je w sobie i ogrzać. Tintaviel czuła, jak powoli po jej skórze rozchodzi się błogie, delikatne ciepło, wypełniając jej myśli i pierś, gdy niespokojne, nerwowe drżenie zaczynało ustawać. Była przy niej; tak blisko, jak tylko chciała i...Opowiadałam Ci kiedyś o górze gwiazd Tarien'amin? Spojrzała na nią niepewnie; wręcz nieśmiało unosząc brodę i kręcąc głową, gdy delikatny uśmiech rozjaśnił twarz jej przyjaciółki, sprawiając, że i ona sama uśmiechnęła się lekko, ledwie unosząc kąciki niepokornych ust. Czując jak całe jej drobne ciało drży, gdy ciepły oddech otulił jej wymarznięte palce, skryte za dłońmi poetki, budząc w spojrzeniu i uśmiechu małej-wielkiej zaklinaczki ciepłą, beztroską iskrę, gdy tylko dała się na powrót przyciągnąć do zielonookiej dziewczyny. Tiny oddychała już nieco spokojniej; pewniej wpatrując się w jej oczy, gdy elfie dłonie wciąż tkwiły w jej uścisku, a ciepła pierzyna okrywała je znów przed nocnym chłodem, prawie parząc wymarznięte ciało ostrouchej. Gdy przyjemne ciepło znów krążyło w jej żyłach, a dwa oddechy łączyły się ze sobą w jeden. Była leciutka; nawet teraz zdawała się Lori prawie eteryczna, choć całą sobą oparła się o jej pierś, wtulając w nią beztrosko, na przekór karminowym rumieńcom, jakie rozpaliły jej lico. Jej-najjejsza mała czarodziejka.

Tak...tak jest dobrze. Tiny zamruczała do samej siebie w myślach, moszcząc się na poetce, jakby tak była przerośniętą, ciepłą poduchą, gdy tylko okolona płomienną czupryną głowa ostrouchej panny spoczęła na bardkowym ramieniu. Zapatrzona w prostą, srebrno-zieloną ozdóbkę, która spoczywała na ich dłoniach, jakby była jej największym skarbem; czymś absolutnie pięknym i cudownym, a zarazem tajemniczym. Góra gwiazd... Brzmi pięknie. Westchnęła cichutko, przymykając powieki i poddając się opowieści, choć też... co i rusz zerkała w stronę klejnotu i odbitych w nim oczu poetki, jakby musiała mieć pewność, że jeszcze tam są. Nie zniknęły i... Jestem przy tobie. Cały czas. Nie bój się, vanima'min. Niczym echo zabrzmiał w jej myślach głos poetki, wprawiając koniuszki elfich uszu w zabawne drżenie, gdy mała sama sobie skinęła głową, rozluźniając się jeszcze troszkę. Tajemnicza góra... i długa podróż. Twoja podróż, której...której wtedy nie potrafiłam zrozumieć. Westchnęła cicho, czując jak otula ją głos poetki; jego brzmienie, ton i barwa, niczym ciepły, pełen spokoju i ukojenia woal, powoli opadający na jej skołatane myśli i uczucia. Znalazłeś ją; górę gwiazd. Czymkolwiek jest...jeśli istnieje... Jej wyobraźnia błądziła wokół jej obrazu; tajemniczego miejsca, pełnego mroku nocy i światłą gwiazd. Marzeń, pragnień i wyobrażeń setek istot splecionych w jeden, wspólnym, a zarazem zupełnie różny obraz. Góry, która wcale nie była górą, a jednak istniała. Dla nich; dla siebie. Dla każdego, kto odważył się zacząć jej szukać, jeśli tylko w nią uwierzył. Nawet dla niej, bo choć jeszcze o niej nie wiedziała; nie potrafiła jej sobie wyobrazić, to chciała ją zobaczyć. Pójść od niej razem...razem z tobą. Jeśli; jeśli tylko będziesz tego chciała Liritien. Zerknęła na nią nieśmiało i nim poetka to spostrzegła znów zamknęła powieki, zasłuchana w jej głos, poddając się mu bez reszty, z absolutną ufnością w to, iż nie zgubi jej w tej podróży.

Więc... stała tam wraz z nią. Na szycie wielkiej góry-nie góry, która równie dobrze mogła zawrzeć w sobie wszystkie szczyty i wzniesienia tego świata, jak i żadnego z nich. Miejscu tajemniczym, nie mającym ani stałego punktu, ani miejsca. Nawet formy, czy kształtu, a jednak wyjątkowe; piękne w swej skrytości. Gwiazdy; one...one wszystkie są tak blisko. Delikatne palce mocniej zacisnęły się na dłoni poetki, gdy tylko mała czarodziejka oczyma wyobraźni spojrzała na nieboskłon. Bliższy, głębszy i ciemniejszy niż kiedykolwiek. Pełen światła; miriadów małych i dużych punkcików migoczących i lśniących w jego toni. Tak blisko, jakby starczyło unieść dłoń, by zerwać je wszystkie; zebrać, skraść i...Nie; nie potrafiłabym. Nawet...nawet jednego. Są...są tak piękne. Zachwyt przenikał jej drobne ciałko, drażniąc rozpalone nerwy i mięśnie, gdy była tam z nią. Właśnie i tylko nią, z całych swych sił zaciskając palce na jej dłoni; czując jej oddech w swych włosach i ciepło jej ciała, rozgrzewające jej plecy. Były tam razem; musiały tam być inaczej...Inaczej nie mogłabym tego sobie wyobrazić. Odetchnęła głębiej, zerknąwszy tylko przez ramię, jakby chciała się upewnić i znów zapatrzyła się w gwiazdy, prawie nie potrafiąc uwierzyć iż takie miejsce może istnieć. Piękne i...Jest jak nasza polana. Pełna truskawek. Z dala od wszystkiego. Uśmiechnęła się do samej siebie, rumieniąc się pięknie, gdy tylko słodkawy smak okrasił jej usta.

Nie bój się. Sięgnij po jedną z nich. Cichy szept podrażnił krawędź jednego z jej uszu, wprawiając je w pocieszne drżenie, gdy cichutki chichot uszedł z piersi płomiennokiej elfki. Mają moc spełniania życzeń. Pod warunkiem że będziesz dla niech czuła i delikatna. I będziesz im bezgranicznie ufać spełnią twoje najskrytsze marzenie. Jej dłoń sama uniosła się ku wyimaginowanemu niebu; nieśmiało i niepewnie, jakby bała się, że to raz jej ucieknie, albo strzaska się pod najlżejszym dotykiem, gdy tylko koniuszki jej palców musną czarną toń zawieszoną nad jej głową. Chciałabym... Nie dokończyła swego życzenia, cofając onieśmieloną dłoń, gdy padły kolejne słowa poetki. Żeby gwiazda zmieniła się w klejnot ten kto odnajdzie górę musi życzyć sobie jednego. Musi poświęcić swoje własne życzenie dla kogoś mu bliskiego. Drobne palce zacisnęły się pośród pustki wypełniającej pośród nich na moment cofając, nim jeszcze spoczął w nich klejnot. Chciałabym żeby spełniło się twoje życzenie. Jedno-jedyne, jakiekolwiek, ale... się spełniło. Żebyś była szczęśliwa. Mała czarodziejka drgnęła leciutko, gdy tylko spoczął w nich medalion, otwierając do tej pory zamknięte oczka, w których jeszcze przez chwilę odbijał się cień tego, co widziała. Jakby mówiła...Byłam tam. Razem z tobą. Widziałam tą górę... i chcę Ciebie tam zabrać. Znowu... Nawet gdy chichotała cichutko, mieniąc się rumieńcem wywołanym przez łaskotki to właśnie to tkwiło w jej spojrzeniu.

Twój tata odnalazł górę gwiazd Tarien. Wdrapał się na jej szczyt dla Ciebie. Dlatego że Cie kochał. Złapał gwiazdę i poprosił ją o szczęście dla Ciebie Vanima. Więc gwiazda zmieniła się w szmaragd i pozwoliła przynieść się do Ciebie. Tarien... Elfka czuła jak palce Lorain zaciskają się lekko na jej policzku, obracając jej twarz ku sobie, gdy ciepły, przesycony wonią róż oddech otulił jej lico, okrywając je gęsią skórką. Kochał mnie...a ja... Wspomnienie tamtego wieczoru; paru nieprzemyślanych słów i reakcji, gdy dała się ponieść trawiącej ją od wielu dni frustracji; zrodzonej z bezsilności złości i osamotnienia wzięła nad nią górę. Tych parę chwil, których nie potrafiła sobie wybaczyć; nawet zapomnieć. Drobne łezki zalśniły w kącikach jej oczu, gdy znów się temu przyglądała; i znów, i znów. Na własnej skórze przeżywała tę jedną noc, zapętloną i beznamiętną. Nie chciała tego powiedzieć; zrobić tego wszystkiego, a potem widzieć jak...Jak umieram córeczko. Titnaviel zadrżała całą sobą, wyraźnie zbolała i pogrążona we własnych myślach, ledwie słysząc głos poetki; czując jej oddech i dotyk. Twój tata Cię kochał. Kochał cię tak bardzo że gotów był oddać Ci to wszystko co miał najcenniejsze. Ja wiem...ja...ja wiem. I ja...ja... Okrutny ścisk stłamsił jej pierś, gdy kolejne łzy spływały po rozpalonych policzkach ostrouchej uzdrowicielki, a delikatne dreszcze na nowo wstrząsały jej drobnym ciałem. Starczyło by wspomnienia i sumienie zerwały się ze swych łańcuchów, miotając się pośród chaosu myśli i wrażeń, kiedy... Dzieci często gniewają się na rodziców. Ale rodzice i tak wiedzą że dzieci je kochają. Z całego serca. I on też wiedział i wciąż wie że ty go kochasz. Pamiętaj o jego uśmiechu. Nie o tym że się na niego gniewałaś. Głos poetki na moment przebił się do jej jaźni; zakradł pośród zamęt i pożogę, jaka ja trawiła niczym delikatny promyk nadziei. Kochałeś...kochałeś mnie tak bardzo, że oddałeś wszystko co miałeś, żeby mnie uratować; żebym mogła być szczęśliwa i... Zadrżała po raz ostatni i nim Lori zdążyła jakkolwiek zareagować, po prostu wtuliła się w nią, na moment skrywając twarz w jej ramieniu, gdy targające nią emocje okazały się za silne; za intensywne i nazbyt gwałtowne by sama mogła sobie dać z nimi radę. Potrzebowała tej chwili; sama nie wiedziała nawet jak bardzo jej potrzebowała, bo choć nie potrafiła sobie przebaczyć; naprawić tego co zrobiła, to poczuła ulgę. Dojmującą i niczym nie skrępowaną ulgę, gdy oczyma swej wyobraźni spostrzegła jego uśmiech. Ciepło wypisane w czekoladowo-brązowych oczach i szorstką dłoń, ścierającą łzy z jej policzków. Znów czuła się jak dziecko; małe i zagubione w strasznym świecie, gdy on wyciągnął do niej po raz pierwszy dłoń. Tak jak już zawsze miał to robić. Jestem przy tobie. Zawsze będę, póki będziesz tego potrzebować, córeczko. Nigdy Ciebie nie zostawiłem...Ja wiem...wiem...ja...ja przepraszam...wyszeptała ostatnie słowo, prawie bezgłośnie rwącym się głosem, czując jak coś ściska się w jej gardle. Jestem pewna że jest szczęśliwy. Bo skoro gwiazda spełniła twoje życzenie. To spełniła też życzenie twojego ojca. Tiny skinęła lekko głową, czując jak ostatnie słonawe kropelki ściekają z jej oczu, niknąc pośród kasztanowych pukli i materii składającej się na nocną koszulę jej przyjaciółki. Jak powoli zanika drżenie i żal, aż zostaje tylko nieprzyjemny chłód i poczucie pustki, gdy wszystkie emocje opadły z niej i ucichły. A przynajmniej ta mniej przyjemna część z nich. Spełniłam i... postaram się spełnić wszystkie pozostałe. Tak... tak jak starałeś się mnie tego nauczyć. Westchnęła cicho, wyraźnie drżąco i niepewnie, by unieść wciąż jeszcze szklące się od łez oczka.

-Pomogę Ci...ja...ja obiecuję, ze Ci pomogę, Liritien'amin.-wyszeptała cichutko, wciąż w nią wtulona i wyraźnie spokojniejsza, nie pesząc się już, ani nie płacząc. Przez chwilę nie bojąc się tego co czuła, czy myślała. Po prostu była sobą, ten jeden, szczególny raz, zapatrzona w nią, gdy pobladłe wargi na jej wciąż mokrym od łez licu starały unieść się w cień uśmiechu. Jestem szczęśliwa Tarien... i Ty jesteś ważna dla mnie. Drobne, czarne punkciki elfich źrenic rozszerzyły się lekko, gdy do tej pory półotwarte krawędzie jej ust złączyły się ze sobą, niepewnie, ledwie drgnąwszy z zaskoczenia i radości. Być dla kogoś ważnym; czuć to i wiedzieć; tak po prostu, beż żadnych zastrzeżeń czy niepewności... Pełen ciepła żar rozlał się po jej ciele i umyśle, tłamsząc wszystko inne; jakby poza nim nie było nic więcej. Tak jakby właśnie spełniło się jej marzenie; małe i niepozorne, dla wielu prawie pozbawione sensu, a jednak marzenie. Pełen czułości uśmiech rozjaśnił jej lico, gdy tym razem już spokojnie przytuliła się do swej przyjaciółki, przyciskając ją na moment do siebie.

-Ja...ja nic nie chce Lori...starczy... starczy że jesteś i...chcesz być przy mnie mimo...-zająknęła się, ugryzłszy się w język, gdy słowa, znów zaczęły plątać się w jej własnym umyśle.-Bo...bo to...-spojrzała niepewnie w jej oczy, jakby bała się, a zarazem chciała coś w nich dostrzec. Szczególnego i wyjątkowego, gdy znów powiedziała za dużo, nie potrafiąc już nawet wystraszyć się samej siebie.-I...i dziękuję Ci... za...za wszystko. -westchnęła cichutko i uśmiechnęła się do niej niepewnie, znów sadowiąc się przy niej troszkę wygodniej, tak by poetka mogła się z nią spokojnie położyć. Nie chciała nigdzie iść; ani teraz, ani nigdy, tylko... Być przy tobie. Chcę; chcę być przy tobie tak długo jak będziesz chciała, Liritien. Nieśmiały rumieniec rozpalił jej nieco pobladłe lico, gdy wesoła skierka znów zaigrała w jej oczach.-Strasznie... strasznie się jąkam ostatnio. Przepraszam.-uśmiechnęła się do niej wesoło, przyciskając się całą sobą do drugiej dziewczyny.-Ja...ja też się nie spodziewałam. Nigdy-przenigdy. Ale...ale dlatego chciałam Ci to dać. Tak... tak po prostu.-westchnęła cichutko i przymknęła zmęczone oczy, kuląc się w sobie i wtulając w nią, jakby całą sobą chciała skryć się w jej ramionach. Potrzebowała tego; jej ciepła, spokoju i obecności. Bezpieczeństwa i czułości, jaką ją obdarzała. Chyba...chyba lubię Ciebie trochę za bardzo. Niepewna, zlękniona myśl na moment przemknęła przez horyzont jej jaźni, nim jeszcze zdążyła wzbudzić coś więcej, niż iskierkę niepokoju, choć został po niej ślad. Ledwie cień w jej uśmiechu, gdy zasnęła, zasłuchana w historię o rycerzu który jako pierwszy poszukiwał magicznej góry, całą sobą wtulona w zielonooką poetkę.

W pierwszej chwili, gdy tylko rozbrzmiał tętent kopyt elfka zupełnie odruchowo skryła się pod płaszczem, ledwie wystawiając ponad niego głowę, jakby bała się, iż właśnie ktoś przyjechał po nią i chciała schować się przed nim, kurczowo wtulając się w ramię poetki, tak iż ledwie rąbek rudej czupryny i koniuszki zaczerwienionych od zimna uszu wystawały ponad czarną materię ich okrycia, gdy drobne, pobladłe z wrażenia palce, skryte w puchatej rękawiczce, zacisnęły się na jej ręce. Nim jednak naprawdę zdążyła się spiąć, wystraszyć, czy choćby mruknąć cokolwiek, albo obejrzeć się za siebie, czyjeś ręce zamknęły ją wraz z Lori w przyjacielskim uścisku, przypominającym z punktu widzenia Tiny ściśnięcie imadłem. Jej raczej delikatne żebra zatrzeszczały ostrzegawczo, a ona sama pisnęła zaskoczona, zarazem dosłownie wprasowana w swoją przyjaciółkę. Puchata czapa, do tej pory jeszcze jakoś trzymająca się luźno na jej głowie, zleciała na podołek ostrouchej, gdy w końcu nadpobudliwa pannica wypuściła je ze swych objęć, szczerząc się do nich szelmowsko, kiedy tylko mała elfka jęknął cichutko, rozmasowując zbolałe ramię i starając się choć troszkę doprowadzić do porządku, układając na nowo swe nakrycie głowy, tak że po chwili zwisało na jednym z uszu, przekrzywiając je wyraźnie. Niedźwiedziątko, a nie orlątko. Zaburczała we własnych myślach, szamocząc się z czapą, gdy koniuszki jej uszków drżały zabawnie, a płomienne oczka wpatrywały się z wyraźnym rozbawieniem w roześmianą pannicę, wyraźnie już spokojniejsze i weselsze, niźli ułamek sekundy temu.

Nim jednak dane jej było się przywitać, spośród półmroku skrywającego przestrzeń między namiotami wyłonił się odziany w skórznie mężczyzna, którego jej pamięć nie potrafiła wychwycić spośród słuchaczy lorainowych koncertów, ani też nielicznych wojowników, którzy kręcili się czasem w pobliżu ich namiotu. Półotwarte usta elfki przymknęły się momentalnie, gdy gęstszy kłębek pary uszedł z jej zaróżowionego nosa, wraz z ciężkim westchnieniem, gdy wciąż nieco skołowany umysł połączył ze sobą wszelkie fakty, uświadamiając jej kim on jest. A więc to już. Starczyły cztery słowa, ledwie wyszeptane pośród chaosu jej myśli, by gdzieś zagubił się jej dobry nastrój i swoboda, jaką odbijały w sobie jej płomienne oczy, ustępując tak rzadkim dla niej w ostatnim czasie spokojowi i powadze. Jak gdyby pomimo jej dziewczęcego wyglądu naprawdę potrafiła reprezentować swoją pozycję i to kim była, a przynajmniej starała się, kryjąc się za tą jedną-jedyną maską, gdy tylko wspomnienie tamtego wieczoru zaigrało w jej umyśle. Przebłysk smutnej, pełnej bólu historii, przesyconej rażącą niesprawiedliwościową losu, tak normalną w tym świecie. Pomóc jej. Chcę jej pomóc, ponieważ mogę to zrobić; ponieważ nikt nie zasłużył na taki los. Ponieważ ty też tego chcesz. Zerknęła na Lori i odetchnęła spokojniej, spoglądając w czarne oczy, głęboko osadzone w twarzy nieznajomego. Krótkie i proste zaproszenie, pozbawione dwornych frazesów, czy ozdóbek, dostarczone przez zwykłego wojownika. Będę silna; dla niej i dla Ciebie. Dziwny, pełen ładu i dystansu spokój przesączył się do jej zwykle rozbieganych myśli, odsuwając na ten moment część emocji i wrażeń, jakby znów stała przy operacyjnym stole, ratując kolejne życie. Nie musisz tego robić, jeśli nie uważasz tego za słuszne. To ty decydujesz komu pomagasz i czemu służy twoja moc. Głos mistrza i Lorain splótł się w jeden chór w jej głowie, gdy czarodziejka podniosła się ostrożnie z ziemi, nawet na moment nie puszczając skrytej pod płaszczem dłoni poetki. Wiem. Wiem o tym i...chcę tego. Damy sobie radę. Razem damy sobie radę. Uśmiechnęła się lekko, pewniej ściskając dłoń swej przyjaciółki.

-Jeśli tylko zechcesz, Liritien'amin...-nie dokończyła, gdy ktoś z dołu parsknął śmiechem, prawie nie krztusząc się kawałkiem grzanki i jajka, które właśnie przeżuwał, potrząsając przy tym płową czupryną.

-Przestańcie, błagam was, bo zaraz się udławię ze śmiechu. Popatrzcie jak biedak wygląda, kiedy tak się zachowujecie.-skinęła głową w stronę nieco speszonego wąsacza, który starał się zachować powagę,w sytuacji, do której zdecydowanie nie nawykł.-Po prostu powiedzcie że już idziemy, tylko chcecie potrzymać się za rączkę, pod tym płaszczykiem bo wam smutno jakoś tak bez siebie.-uśmiechnęła się do nich beztrosko i niewinnie, ze złośliwym błyskiem w niebieskich oczach, jednym susem podniósłszy się do pionu. Tymczasem Tiny spłoniła się ślicznym rumieńcem, odruchowo wtuliwszy się w ramie poetki, jakby na potwierdzenie jej słów, z zamętem i skrępowaniem tak bardzo wyraźnym, iż nawet ślepiec mógłby wyczytać je z jej twarzy. Nie bój się, córeczko. Nie musisz się przy niej bać. Ani tym bardziej martwić tym, co mówią obcy Ci ludzie. Zastanów się kogo chcesz uszczęśliwić: siebie i ją, czy ich? Westchnęła cichutko, prostując się i starając choć trochę zapanować nad wstydliwym rumieńcem i żarem co i rusz zalewającym jej lico i skołatane serce, gdy rozpalone tym wszystkim oczy przez chwilę wpatrywały się niepewne i zlęknione w zawieszone nad sobą szmaragdowe tonie, zaklęte w licu poetki. Wiem...ja...ja wiem. Damy sobie razem radę. Jakoś sobie damy radę. W końcu sama sobie skinęła głową i zmusiwszy się by przemówić w miarę słyszalnym tonem spojrzała na nieznajomego wojownika.

-Prowadź, proszę.-po czym obdarzywszy go nieco nerwowym, przelotnym uśmiechem postąpiła krok w krok za poetką, mając chwilę by pogrążyć się we własnych myślach, obawach i wątpliwościach, które znów poczęły trawić jej myśli i serce, pomimo determinacji, jaką budziło w niej to, co zamierzała uczynić. Mimo wszystko wciąż był tylko zwykłą elfką; bała się, kochała, pragnęła i marzyła jak każdy inny i nawet wiedząc, że coś jest w zasięgu jej możliwości miała prawo się bać. Tego, że jej się nie uda, że zawiedzie tych, którzy na niej polegają. Że postrada życie, nie tylko własne ale i czyjeś. Bała się ją stracić; pogodzić się z faktem, że więcej jej nie zobaczy; iż niedługo na szali zmuszona będzie położyć coś więcej niźli własne zdrowie, czy to fizyczne, czy psychiczne. Bała się, ponieważ... nie chcę Ciebie zostawić. Nie teraz; nie kiedy... ugryzła się w język, zadrżawszy pod płaszczem, gdy w dziwnym milczeniu sunęły poprzez obóz, a towarzyszący im z tyłu chrzęst trącej o siebie stali przypominał o obecności templarskich rycerzy. Chyba lubię Ciebie za bardzo... echo własnych myśli i słów przemknęło poprzez jej jaźń, wzbudzając drżenie i chłód w dziwnie skołatanym ciele. Dlaczego o tym myślę? Czemu nie potrafię o tym zapomnieć? Nie chcę...Andrasto, nie chcę znowu tego zepsuć. Zacisnęła kurczowo usta, tak iż zbiegły się prawie w jedną, wąską linię, skubiąc przy tym krawędź dolnej wargi, jakby chciała rozdrapać ledwie zrośnięte na niej strupki. Martwiła się; o Lori, o to co się stanie i co musiała zrobić, a zarazem podjęła już decyzję. Była gotowa pociągnąć całą sprawę do samego końca, ponieważ...Ponieważ tak uważam. Nie dlatego ze powinnam, ale...chcę to zrobić. Tak po prostu. Westchnęła cicho, przyciskając się jeszcze na krótką chwilę do jej ramienia, korzystając z cienia dyskrecji, jaki dawał im wspólny płaszcz, by choć na chwilę móc spojrzeć w gwiazdy. Pochwycić jedną z nich i...Jeśli naprawdę będziesz wierzyć spełnią twoje życzenie. Odetchnęła cicho, spuszczając głowę. Chciałabym...

-Hrabia oczekuje na was w środku.-nawet nie zauważyła, gdy stanęły przez nie specjalnie pokaźnym ciemnym niczym sama noc namiotem, zdobionym w szare lilie i podobizny heraldycznych dzików, przed którym wartę pełniło dwóch zbrojnych, w ciężkich, pół-płytowych pancerzach. Starczy się nie bać i uwierzyć. W siebie i...i w Ciebie. Znów skinęła tylko głową i puściwszy dłoń poetki uśmiechnęła się do niej lekko, powierzywszy ich okrycie jednemu z giermków, zarazem dając sobie chwilę przed wejściem na uporządkowanie swego wyglądu. Pierwszy raz to ona miała się prosić o to, by móc komuś pomóc.

Wnętrze namiotu było urządzone wręcz po anderfellsku. Proste, polowe łóżko okryte siennikiem stało w rogu, przykryte szorstką, obozową pościelą, a za całość mebli robił stojak ozdobiony ciężką, wyraźnie noszącą ślady walki zbroją, prosty stolik i parę rozkładanych krzeseł, na wespół z masywną skrzynią, ustawioną u wezgłowia legowiska. W żadnym razie nie było to schronienie, jakiego spodziewać by się można po orlezjańskim magnacie, a twarde spojrzenia obecnych i tu wojowników tylko zagęszczały już i tak chłodną atmosferę. Wszechobecny półmrok rozjaśniał wątły płomień świecy i żar bijący od koksowego piecyka ustawionego gdzieś z tyłu. Jego blask przydawał nieco demonicznego aury, siedzącemu za stołem mężczyźnie. Odziany w żałobną czerń hrabia Verechiel nie byłby możliwy do pomylenia z kimkolwiek innym.

Obrazek

Szczupły i wysoki, daleko ponad przeciętną miarę mężczyzna bardziej przypominał wiekowego już artystę, czy poetę, niźli siejącego postrach wojownika. A jednak, coś w jego ruchach; spojrzeniu szarych, prawie białawych oczu zdawało się zwiastować grozę. Pełen systematycznego i celowego okrucieństwa mord, jakby za jego postacią czaiła się bestia. Dawniej niewątpliwie przystojny, teraz odczuwał przedwczesny ciężar wieku i zgryzoty jaka spadła na jego bardki. Krótkie, siwo-białe włosy lśniły lekko w blasku płomieni, wyraźnie zaczesane do tyłu, bez większego ładu, czy celu. Zadbana, dosyć krótka broda nadawała jego już i tak mocno ciosanemu licu ostrości, zaś siatka blizn i zmarszczek czyniła je wręcz strasznym, na wespół z wyraźnie zbiegniętymi źrenicami. Hrabia przypominał posłańca śmierci; jej dziecko, tylko czyhające by zagasić płomień życia wśród swych bliskich. Tak głęboko pogrążone w mroku zemsty, iż zapomniało o świetle.

Przez chwilę wodził po nich oczyma, bez słowa przypatrując się trójce pannic, które zawitały do jego azylu, jakby wtargnąwszy do świata, który żadnej z nich nie tyle nie odpowiadał, co wręcz odpychał. Lodowate, pełne obojętności spojrzenie zdawało się przenikać ich odzienie, skórę, ciało i kości, dopatrując się w nich czegoś, czego nie potrafiły uchwycić ani zrozumieć. Jak gdyby było absolutnym przeciwieństwem sposobu, w jaki Tiny spoglądała na swych bliźnich. Tak jak jej oczy potrafiły wzbudzić zaufanie i ciepło w sercach innych, tak jego wejrzenie zwiastowało jedynie żal i chłód. W końcu, jakby znudzony obserwacją, a może nie mogąc dostrzec w nich tego, czego szukał, skinął im lekko głową, skinąwszy w stronę trzech rozstawionych przed sobą krzeseł.

-Wybaczcie mi maniery, ale rzadko miewam gości, a jeszcze rzadziej są nimi kobiety.-Ochrypły, niski głos zabrzmiał w nienaturalnej ciszy, jaka panowała pośród nich od dłuższej chwili, tak, iż prawie usłyszały jej trzask, gdy pękała.-Zresztą, z tego co dano mi do zrozumienia, nie jest to spotkanie towarzyszkie...-przez moment zapatrzył się na młodą Perendale'ównę, która bez strachu odwzajemniła jego spojrzenie, jakby dawno nawykła do takich zachowań, okazując wyjątkowy jak na siebie spokój.-Dlatego wolałbym przejść do rzeczy i nie marnować czasu, na czcze konwenanse. Podobno któraś z waszej dwójki...-tu skupił się na Lorain i Tiny.-Chce i twierdzi, że potrafi pomóc mojej córce. Nie spytam skąd znacie jej stan, ani losy mojej rodziny, bo nie ma to dla mnie znaczenia, chciałbym jednak wiedzieć, jak trójka panienek, nie przymierzając podlotków, które ledwie odrosły od ziemi chce w ogóle myśleć o czymś takim?-wszystko to mówił nienaturalnie jednostajnym, spokojnym tonem, ani o jotę głośniej niźli balansując na granicy szeptu, prawie tak jakby nie czuł potrzeby balansować tonacją swego głosu. Nie było w tym agresji, ciekawości, czy pogardy, jedynie suche stwierdzenia.-Jedna z was podobno jest magiem. Podobno też uzdrowicielką. Dlatego zapytam jeszcze dlaczego? Dlaczego chcesz podjąć się czegoś, czego inni w twoim fachu, albo mi odmówili, albo zażądali ceny, jakiej sama cesarzowa pewnie z trudem byłaby można sprostać? Nic na tym nie zyskasz, co najwyżej stracisz swój czas i jak podejrzewam po zachowaniu twych poprzedników zdrowie.-ciche westchnienie uszło z jego ust, gdy w czymś na kształt zmęczenia potarł zmarszczone brwi.-Przede wszystkim zaś chciałbym dowodu twych zdolności, bynajmniej nie w postaci byle sztuczki czy cudzych słów.-w końcu zamilkł wpatrując się w nie spokojnie, jakby nawet nie oczekiwał szczerej odpowiedzi.

Awatar użytkownika
Lorain
Posty: 59
Rejestracja: 27 maja 2015, 00:32
GG: 44153208

15 wrz 2015, 23:03

Poetka spojrzała z lekkim uśmiechem na kulącą się tuż przy jej boku Elfkę i ścisnąwszy odrobinę mocniej palce jej dłoni wyprostowała się w odruchowej chęci zasłonięcia swojej przyjaciółki. Chociaż wzburzone głosy żołnierzy i dość butne odpowiedzi wypowiadane zdecydowanie dziewczęcym głosem nie pozostawiały cienia wątpliwości co do tego kto też taki zmierza w ich kierunku. Kiedy płowołosa orlica wjechała w krąg światła przy ognisku. Bardka westchnęła tylko kręcąc głową z szerokim uśmiechem po czym, zanim zdążyła coś przygotować została złapana w zaskakująco silny, jak na osóbke jej postury, uścisk.

- Fili – Lorain zaśmiała się jęknąwszy nieco zduszonym głosem. - Co ja Ci na miłość stwórcy mówiłam o zgniataniu najmojszej. – Fili, nowe przezwisko orlicy które przylgnęło do niej od owego wieczora który spędziła w namiocie Lori i Tintaviel. Co ciekawe spodobało się nawet Bazylowi który od czasu do czasu pozwalał sobie nazywać Cyrelle Panienką Fili twierdząc że jest to bardzo uroczy pseudonim i pasuje do niej. Co Lorain skwitowała pełnym złośliwej radości śmiechem zanim zdradziła Bazylemu w tajemnicy znaczenie Elfiego imienia. - Jeszcze raz – Poetka uśmiechnęła się i capnęła młoda szlachciankę palcami za nos zanim ta zdążyła się odsunąć. - To Ci dzioba oderwę. – Wyszczerzyła się do Perendale'ówny kręcąc jej głową to w lewo to w prawo póki orlica nie wyrwała się jej. - Zobaczysz – Pogroziła jej jeszcze palcem śmiejąc kiedy ta usadowiła się przy ognisku i sięgnęła po bukłak z winem. Bardka zaśmiała się zaś widząc czapkę zwisającą zabawnie na szpiczastym uchu. -Pozwól że Ci pomogę – Uśmiechnęła się i zajęła się poprawianiem czapki mimochodem niby to przypadkiem owiewając jej uchop własnym uśmiechem lub muskając je delikatnie palcami. A kiedy już udało jej się usadzić czapkę na Elfiej czuprynce zawsze przypadkiem musiała ją strącić i wszystko zaczynało się od początku.

Orlica patrzyła podejżliwie na Lorain kiedy tylko słyszała swoje nowe imię. Zupełnie jakby starała się odczytać w jej oczach znaczenie tajemniczego elfiego którym od tych kilku dni określano jej osobę. Bazyli naturalnie udawał że on o niczym nie ma pojęcia a ta nazwa najzwyczajniej w świecie jej pasuje. Tintaviel, również związana obietnicą milczenia na wszelkie próby spytania jej o to z zaskoczenia płonęła tylko rumieńcem i wyrzucając z siebie na jednym wydechu „orzełek” zaraz chowała się za plecami roześmianej poetki. Sama orlica najwidoczniej nie odnalazła nikogo kto władałby elfim dialektem, a może po prostu nie miała czasu szukać. Tak czy tak tajemnica jej nowego imienia pozostawała nieodkryta. I póki co wszystko wskazywało na to że taka pozostanie.

Kto wie jak daleko zaszłyby siostrzane przepychanki gdyby nie pojawienie się posłańca hrabiego Auguste Verechiela. Lorain przyglądała mu się przez moment badawczo. Analityczna część jej umysłu uruchomiła się niemal natychmiast badając każdy drobiazg tego człowieka chociaż bardka doskonale wiedziała że nie ma w nim nic co mógłby ukrywać. Była tego pewna. Nawet więcej niż pewna. Sprawiał wrażenie... bezosobowego. Kogoś kto przyszedł tutaj po to żeby wypełnić swoje zadanie i tylko to go interesowało. Nic poza tym. Lorain wstała ostrożnie tak żeby płaszcz nie zsunął się z ramion elfki i poczuwszy jak otulona rękawiczką dłoń małej wielkie zaklinaczki zaciska się lekko na jej palcach. Jestem z tobą. Pomyślała uśmiechając się do Tiny. Nic się nie martw Tarien. Nie zostawię cię nawet na moment. Razem sobie z tym poradzimy. i pomogła jej wstać.

- Oj Fili, Fili... – Pokręciła głową ze smutną miną. - Ja nie jestem taka pewna czy twój blondyn pokocha cię bez dzióbka. Ale o tym... – Na uwagę Cyrelle spojrzała na posłańca i uśmiechnęła się widząc jego skołowanie na twarzy – O tym pogadać możemy później. Chociaż... – Odsunęła płaszcz na tyle żeby pokazać jej dłoń splecioną z dłonią Tintaviel i uśmiechnęła się zadziornie do siostry. - Nie wiem o jakim „tak bez siebie” mówisz.Ja się nigdzie bez niej nie wybieram. Ani nie zamierzam zostawiać jej samej. Pomyślała zupełnie odruchowo i skinęła lekko głową na słowa Tiny. Kiedy wolnym krokiem ruszały w ślad za posłańcem, razem z Cyrelle która podniosła się w końcu na nogi porzucając niedojedzona porcję Lorain spojrzała jeszcze przez ramie na Xaviera który skinął jej lekko głową a potem dał znak dwóm ze swych templariuszy. Ci bez wahania i słowa ruszyli za nimi uzupełniając w ten sposób ten zadziwiający pochód zmierzając w miejsce które zdawało się być znacznie mroczniejsze niż wszystko inne co Poetce dane było tutaj ujrzeć do tej pory. A jednak, chociaż wyczuwała, zdawać by się mogło, żal i zło które rezydowało w tym miejscu, czuła też smutek. I wiedziała że to on jest źródłem tego mroku. Znała Historie hrabiego Verechiela i wiedziała doskonale co uczyniła ona z tego człowieka. Przez całą drogę do namiotu przyglądała się Tintaviel. Pogrążona w myślach mała wielka zaklinaczka szła przyciśnięta do jej ramienia. Była poważna. Niemalże smutna. Tak inna od roześmianej dziewczyny jaką udało jej się ostatnimi czasy odkryć. Jestem przy tobie Tarien. Nigdzie się nie wybieram. Nie przejmuj się niczym. Pomyślała ściskając mocniej jej dłoń i uśmiechając się lekko ilekroć udało jej się skupić na sobie spojrzenie małej wielkiej zaklinaczki. Starała się dodać jej otuchy. Chociaz sama denerwowała się coraz bardziej kiedy z każdym kolejnym krokiem który przybliżał ich do namiotu Auguste Verechiela miała coraz większe trudności z tym żeby opędzić się od myśli o tym co też takiego kryje się za tym wszystkim. Jakie zagrożenie ukryte będzie w rytuale dla samej Tintaviel.

Namiot Verechiela wyglądał dokładnie tak jak Lorain to sobie wyobrażała. Nie wiedziała do końca czemu. Ale zasłyszane historie wyrysowały w jej głowie postać która dbała tylko o podstawowe potrzeby, i to tylko te niezbędne do przeżycia. Nie mając ani czasu ani potrzeby marnować pieniędzy na zbędny przepych do któego tak nawykła szlachta i wysoko postawieni ludzie nie tylko w Orlai. Surowość tego miejsca była na swój sposób przytłaczająca i przerażająca. Jakby żal trawiący Auguste Verehiela od środka wylał się z niego i skaził całe jego najbliższe otoczenie. Wypierając z niego całe piękno i radość na które nie było tutaj miejsca. Tak wygląda twoje serce? Prawda? Pomyślała kiedy już znalazły się w środku i Poetka po raz pierwszy mogła ujrzeć hrabiego. Wampir. To było pierwsze skojarzenie jakie przyszło jej do głowy kiedy go ujrzała. Zimne oczy pozbawione emocji, spokojna i obojętna mina która zdawała się być wykuta z kamienia. Jesteś niczym mistrz Pomyślała jeszcze. Oboje mieli w sobie coś z ponurego drapieżcy. Coś co mówiło że tak naprawdę nie interesuje ich nic poza obranym przez siebie celem. I że zamierzają go dopiąć, bez względu na środki jakich będą zmuszeni do tego użyć. I chociaż ich cele były inne to jednak patrząc teraz w te zimne i pozbawione wyrazu oczy Lorain miała wrażenie że oto spotkała człowieka który swoją obojętnością byłby w stanie przestraszyć nawet jej mistrza.

- Panie hrabio – Poetka dygnęła grzecznie z dworską gracją. Mówiąc to była spokojna, nie wkładała w swój głos przesadzonego manieryzmu jaki był tak pożądany na cesarskim dworze. Auguste nie obchodziła etykieta. Manieryzmy i kurtuazje którymi bawiono się w stolicy. Lorain miała wrażenie że gdyby zaczęła się nimi posługiwać zraziłaby go siebie już na samym początku tego spotkania. A to nie leżało w ich interesie. Nie było tutaj miejsca na kondolencje i wyrazy ubolewania. One go nie obchodziły. Jakikolwiek był hrabia Verechiel przed tymi wydarzeniami teraz był pragmatycznym człowiekiem któremu zależało tylko na jednym. Konkretach. Sztuczne wyrazy sympatii tylko marnowały jego czas więc kiedy tylko przeminęły jego słowa Lorain spojrzała na towarzyszki po czym spokojnym krokiem ruszyła w kierunku krzeseł ustawionych przed biurkiem. Odsunęła delikatnie krzesło dla Tintaviel i pozwoliwszy jej zasiąść usiadła obok niej. - Panie hrabio. Proszę pozwolić że Panu przedstawię. Oto Tintaviel Falstadt. Uzdrowicielka o której słyszeliście Panie. Czarodziejka o mocy niezwykłej. Zdolnej sprawić by członki odcięte od ciała na powrót do niego przyrosły. Czego żywy dowód siedzi tutaj przed wami Panie. – Powiedziała poetka spokojnie wskazując Cyrelle. A jednak jej wzrok spoczywał znowu na cichej i spokojnej Tintaviel Nic na tym nie zyskasz, co najwyżej stracisz swój czas i jak podejrzewam po zachowaniu twych poprzedników zdrowie. Ostatnie zdanie wypowiedziane przez Verechiela odbijało się w jej głowie kiedy poczuła jak serce przyspieszyło jej nerwowo. Jak bardzo niebezpieczne jest to czego chciała się podjąć. Jak bardzo... Jeśli teraz się wycofasz... przegrałyście. Wiesz o tym Lorain. Raz rozegranej partii nie wolno przerywać. Poddanie się zawsze oznacza porażkę. Ale... Ale... Nie wątp w jej siłę ani przez chwilę kochanie. Ani przez chwilę. Twoja wiara czyni ją silniejszą. Pamiętaj o tym. Poetka zamilkła na chwilę pogrążona we własnych myślach. Przymknęła na moment oczy i odetchnęła głębiej. Wierzę w Ciebie Tiny. Wierzę w twoją siłę i że sobie zawsze poradzimy we dwie.Jeśli chodzi o to Dlaczego... To jest jej decyzja a więc i odpowiedź powinna należeć do niej. – Uśmiechnęła się lekko do Elfki.- Dowodu jej zdolności jednak mogę dostarczyć nawet zaraz. – Bez słowa rozpięła mankiet prawego rękawa i podwinęła go odsłaniając gładka delikatną skórę przedramienia. - Jeśli tylko, za pozwoleniem hrabiego,będę mogła skorzystać ze sztyletu. – Rzekła wpatrując się pytająco w hrabiego a jeśli ten skinął głową wyciągnęła drugą dłoń w kierunku Cyrelle. - Fili... gdybyś była tak miła... – Po czym, jeśli Orlica wręczyła jej ostrze przyłożyła je do przedramienia i zadrżała lekko czując ostrą chłodną stal. Spojrzała w oczy Verechiela. Zimne, pozbawione wyrazu oczy w których nie potrafiła dostrzec nawet cienia nadziei na to że oto znalazł to czego szukał. Kiedy hrabia Skinął głową poetka przeciągnęła szybko nożem po własnym przedramieniu i krzyknęła cicho upuszczając sztylet na biurko i czując jak ciepła krew wypływa wydostaje się z dość głębokiej rany jaką sobie zadała. Chociaż taka będzie moja ofiara i mój wkład w to wszystko. Pomyślała uśmiechając się lekko do Tintaviel. Wierzę w ciebie. Razem damy sobie radę

Awatar użytkownika
Anante
Posty: 187
Rejestracja: 30 gru 2013, 10:08
Lokalizacja postaci: Kamienica Patriotów
GG: 47821741
Karta Postaci: viewtopic.php?p=46352#46352

16 wrz 2015, 13:47

Lorain

Elfka rozejrzała się niepewnie po pomieszczeniu, do którego zagnał ją los, zupełnie już odruchowo poprawiając raz za razem obsuwającą się po jej włosach czapę, która znów zawisła bardziej na koniuszkach jej wymarzniętych uszu, niźli płomiennej czuprynie, którego bezmiaru nie była w stanie sobą objąć. Mimo całkiem przyjemnego ciepła, bijącego od rozstawionego na tyłach piecyka, czuła chłód. Dojmujący i przeraźliwy; przenikający poprzez odzienie, skórę, ciało i kości, aż do samego serca i umysłu. Lodowaty powiew, poruszający taflą Zasłony i bezmiarem Pustki, który zrodziła utrata i żałoba, tak głęboka, iż odcisnęła swe piętno na żyjącym tu człowieku. Umarłeś. Pierwsza, absolutnie odruchowo i bezwarunkowa myśl zabłysła w jej jaźni, nim jeszcze dane jej było spojrzeć na siedzącego za stołem mężczyznę. Starczyło jej nadto to co czuła; co widziała w jego otoczeniu. Zatrważający minimalizm i chłód, graniczący wręcz z bezosobowością i wyparciem własnego ego. Coś...coś w tobie umarło, mimo że wciąż jesz, myślisz i oddychasz. Drobne, delikatne palce zacisnęły się na moment w piąstki, gdy stawiała kolejne kroczki, bez słowa wędrując poprzez wypełniający to miejsce półmrok, jakby pchana niewidzialną siłą, która ciągnęła ją do niego; Auguste Verehiela. Przypominał jej oko cyklonu; serce całej zawieruchy, jaką mimowolnie tworzył, spokojne i obojętne na to, co działo się wokół. Skupione na swym celu tak bardzo, iż prawie zapomniało o czymkolwiek innym, zaprzedając swą duszę i umysł. Fanatyzm wcale nie musi rodzić się z religii, czy przekonań córeczko. Starczy idea; ledwie pomysł, czy nawet uczucie, by znaleźli się tacy, którzy będą gotowi utopić świat w ogniu, byle utrzymać jego iluzję. Mniej lub bardziej świadoma ignorancja, strach i żal. Poczucie odrzucenia i niesprawiedliwości, a także celu. Prostego i oczywistego. To wszystko właśnie nimi kieruje. Dlaczego? Hmm... myślę, że ktoś ich skrzywdził. Kiedyś, w którymś momencie ich życia skrzywdził ich tak bardzo, iż prawie zagubili jego sens. I wtedy znaleźli właśnie to; coś ku czemu znów mogli dążyć. Dalej trwać i działać. Bo widzisz... ludzie, elfy, czy ogólnie rozumne istoty nie chcą umierać. Tak naprawdę do samego końca tli się w nas pragnienie przetrwania i trzeba wielkiej determinacji by zgasić je w sobie choćby na chwilę. Tak naprawdę zgasić. Westchnęła cicho, czując jak na równi strach i współczucie zaciskają się na jej sercu. Do pewnego stopnia tego właśnie się spodziewała; może nie twarzy, czy miejsca, ale samego wrażenia. Jakby na moment zanurzyła się w ciemności; beznamiętnej i bezosobowej, niczym rzeka ciągnącej w jedną, określoną stronę. I mimo to czuła, że się myliła. W najbardziej podstawowym, zasadniczym aspekcie. To...to wciąż w tobie żyje. Ledwie jeszcze się tli, ale...ale jest tam. Inaczej nie dałbyś rady; nie mógłbyś... Zabrakło jej słów, a jednak zrozumienie przyszło samo. Za nieludzkim spokojem, beznamiętnością i przeraźliwym żalem, podszytym goryczą i bezwzględnością; całą tą aurą przesiąkniętą ludzkim cierpieniem i krwią wciąż tliła się nadzieja. Ledwie wspomnienie tego kim był kiedyś, co mu odebrano i tak panicznie starał się odzyskać, iż zatracił się w mroku, zgubiwszy swą ścieżkę. Pomogę Ci i jej. Wam obydwojgu. Nie oceniała go; nie potrafiła go ani potępić, ani ulitować się, jedynie współczuć. W swój wyjątkowy sposób, wpatrując się płonącymi oczyma w kryształy lodu, jakie zdawały się zamrzeć w jego twarzy, gdy siadała spokojnie na swym miejscu, układając skryte w rękawiczkach dłonie na podołku. Byli swymi przeciwieństwami; jak gdyby reprezentowali dwie, zupełnie różne i przeciwstawne sobie siły, choć nie zdawali sobie z tego sprawy. Prawie równie skrzywdzeni; równie zawzięci w swych przekonaniach i tym, ku czemu dążyli, a zarazem różni. I właśnie w tym miejscu i chwili mieli podać sobie ręce, na przekór swej naturze i losowi.

Wpatrywała się weń spokojnie, panując nad swym strachem i niepokojem; każdą jedną z emocji, jakie budziły się i gasły w jej piersi, badając każdy jego ruch i gest. Każde tik i wyraz zniechęcenia, gdy nazbyt wiele słów zaczęło płynąć między nimi. Gdy weszły tutaj; gdy w ogóle zakłóciły jego azyl. Jakby wpatrywała się w lustro; okrutnie wypaczone i zmienione, ale jednak lustro. Obserwując odpowiednik samej siebie; tego kim mogłaby się stać, nawet jeśli uświadomienie sobie tego sprawiało jej ból, wypełniając jej duszę chłodem. Boisz się tego czego pragniesz. Nienawidzisz tych, którzy to posiadają i tak bardzo pokochałeś ciemność, iż starasz się odsunąć od siebie najmniejszy promyk światła. Jej dłonie raz za razem zaciskały się i rozluźniały, nieszczególnie nerwowo, raczej rytmicznie, niczym w takt pieśni, której nie mógł usłyszeć teraz nikt poza nią. Niczym fale uczuć i emocji, jakie rozbijały się o ściany tego pomieszczenia, mknąc jeszcze dalej i dalej. Nie musiała zamykać oczu, ani popadać w stan medytacji; spoglądać na odbicie Pustki pośród Zasłony, by widzieć hrabiego niczym rozdarcie w jej strukturze. Człowieka, bez cienia talentu magicznego, a jednak emanującego tak silnymi i zatwardziałymi w sobie emocjami, iż był niczym latarnia pośród mroku nocy dla demonów. Nie możesz wobec nich okazywać lęku córeczko, a tym bardziej pychy. Ani zgadzać się na wszystko, ani potępiać. To niczym taniec na bardzo cienkiej nici, zawieszonej pośród przepaści, której krańce dawno przestałaś dostrzegać. Pomylisz się i stracisz wszystko.

Wzięła głębszy wdech, gdy słowa jej mistrza, zmieszały się z głosem rozsądku. Ostatecznie nie uczył jej tylko o tym jak leczyć ciało. Oboje byli Duchowymi Uzdrowicielami, a ich miano nie wzięło się z poetyckiej wizji, jaką mogła malować sobą ich postać. Szczególnie gdy chorobą stawało się również wszystko to, co trawiło umysły innych ludzi. Musiała dać sobie radę; w jakiś sposób znaleźć w sobie siłę i zdolności, by podołać tej rozmowie, jakkolwiek ciężka by nie była. Słuchała jego wypowiedzi; prostych i ostrych niczym ostrze miecza, zastanawiając się nad tym co odpowiedzieć; jak przekuć w słowa własne myśli i uczucia. Nie ich nadmiar, czy chaos ale te, które były teraz najważniejsze. Dlaczego chcesz podjąć się czegoś, czego inni w twoim fachu, albo mi odmówili, albo zażądali ceny, jakiej sama cesarzowa pewnie z trudem byłaby można sprostać? Nic na tym nie zyskasz, co najwyżej stracisz swój czas i jak podejrzewam po zachowaniu twych poprzedników zdrowie. Czuła na sobie ich spojrzenie; pełne troski, prawie podszyte strachem szmaragdowe oczy i sople lodu, lśniące w licu siedzącego przed nią "wampira". Dlaczego nic nie chcę za swoje usługi? Nigdy...nigdy nie chciałam? Dlaczego chcę zaryzykować dla kogoś, kto jest mi zupełnie obcy? Na kim nie zależy mi tak naprawdę ani trochę, a jednak mogę przez niego stracić wszystko? Czuła strach; obawę i niepewność, gdy zdawałoby się proste, a zarazem fundamentalne pytania brzmiały w jej umyślę, trzęsąc jego posadami. Aż w końcu odpowiedź sama spłynęła z jej ust, wyjątkowo spokojnym, cichym, ale przesyconym pewnością siebie głosem. Tonem nie dziewczynki, czy podlotka, ale dorosłej kobiety, tak różnym od tego, który prezentowała na co dzień, poza lazaretem.

-Ponieważ tego chcę, hrabio.-odetchnęła głębiej, wpatrując się spokojnie w jego oczy. Nie hardo, czy strachliwie, ale po prostu spokojnie. Tak jak zawsze to czyniła, gdy udało się jej zapanować nad sobą; z siłą i ciepłem, tak nielicującym z jej posturą i prezencją.- Masz panie rację, że nie jest to towarzyska rozmowa, więc postaram się ująć to najprościej jak potrafię. Chcę jej; wam obydwojgu pomóc, ponieważ uważam, że niezależnie od wszystkiego nikt nie zasłużył na podobny los. Chcę wam pomóc ponieważ mogę. Jestem czarodziejką i uzdrowicielem, mimo tego, że w waszych oczach przypominam dziecko. Ponieważ tego chcę; pomagać innym. Magia jest darem; czymś co otrzymaliśmy by nam służyło. Chroniło i pomagało, a moi koledzy po fachu nazbyt często o tym zapominają. Że wszyscy są darem i wsparciem dla innych ludzi, nie ich władcami czy więźniami.-odetchnęła, czując jak głos zaczyna jej drżeć, gdy strach ujął w swe szpony jej serce i duszę, tłamsząc kolejne słowa i myśli na samej granicy jej umysłu. Dasz sobie radę. Razem damy sobie radę. Wierzę w Ciebie Tarien. Głos poetki rozbrzmiał w jej myślach, gdy tylko napotkała jej spojrzenie, a przyjemne, kojące ciepło rozlało się po jej piersi, dodając nieco otuchy i odwagi. Przełknąwszy ślinę, odetchnęła głębiej i znów zaczęła mówić.-Ponieważ czegokolwiek teraz nie powiem, nie będzie to miało znaczenia i was nie przekona. Marnuję tylko czas swój i wasz, nie mogąc nijak pomóc ani wam, ani waszej córce. Dlatego proszę pozwolić mi zrobić to, co potrzeba. A jeśli ryzykuję przy tym swoje zdrowie to...-westchnęła cicho.-Robię to na własną odpowiedzialność i mam do tego prawo. Jestem wolnym człowiekiem i czynię ze swoją wolnością to, czego pragnę.-zamilkła, wpatrując się weń spokojnie, nie drgnąwszy nawet ze swego miejsca, a jednak wypełniwszy całe pomieszczenie na nowo ciszą; tak odmienną od tej, którą zastały, iż prawie zdawała się krzyczeć. Pełną napięcia i zastanowienia, gdy tylko Cyrelle bez słowa, za namową poetki rozwiązała mankiety swego odzienia, odsłaniając okrywające jej ramiona blizny. Cienkie, poszarpane linie, teraz lekko zaognione i poczerwieniałe.

-Nie pamiętam tego, jednak...-Cyrelle otworzyła usta, wtrącając swoje trzy grosze, na chwilę przed tym, jak z jakiegoś powodu wyraźnie zirytowany hrabia urwał jej wypowiedź jednym ruchem, przymrużywszy tylko lekko oczy.

-Słowa, słowa i jeszcze więcej słów. Raczycie mnie nimi cały czas, a żadne z nich nie ma znaczenia. Nie pytałem Ciebie, ani nie prosiłem o ten cyrk, panienko Perendale, więc zamilcz proszę. Zgodziłem się na to spotkanie i twoją w nim obecność tylko przez wzgląd na przyjaźń, która dawniej łączyła mnie z twoim ojcem. Proszę więc, nie próbuj mnie bardziej poirytować i skłonić bym przestał udawać, że nie wiem czyim jesteś dzieckiem.-jego słowa przypominały trzask bicza; ostry i lodowaty, tak bardzo przesycony gniewem, irytacją i pogardą, iż gdyby tylko mogła, zabiłaby ona wszystkich w tym pomieszczeniu. Sama Cyrelle pobladła tak, jak gdyby ktoś bez mała ja spoliczkował, mieniąc się kolejnymi odcieniami bieli i czerwieni, jakby nie do końca mogło dojść do niej to co właśnie się stało. A jednak siłą zdawała się zmuszać siebie sama do spokoju, zaciskając kurczowo szczęki byle nie odpyskować, ze względu na Lorain i Tiny.-Jeśli to wszystko co chciałyście mi powiedzieć i pokazać, to z przykrością...-hrabia zamilkł w pół zdania, przenosząc swe spojrzenie na poetkę, by po pełnej napięcia chwili skinąć jej głową, miast jednak pozwolić jej pożyczyć broń od Orlicy, dobył własną mizerykordie, pchnąwszy ją po stole i gestem uspokoiwszy stojących przy wejściu strażników.-Proszę, choć wątpię, czy pokażecie mi cokolwiek nowego. Wątpię nawet czy ta...elfka jest tym, za kogo się podaje, ale róbcie co chcecie. -westchnął cicho, wspierając brodę na swej dłoni, beznamiętnie przypatrując się działaniom poetki.

Nagle cały świat czarodziejki zapłonął; jakby ostre niczym brzytwa, ciężkie ostrze nie przecięło jeno skóry i paru mięśni, skrytych w ciele jej przyjaciółki, ale wbiło się w jej pierś, zalewając umysł i myśli falą przerażenia i bólu. Na moment zapomniała o hrabim, Cyrelle i tym co działo się wokół, gdy wszystko zwolniło i prawie zatrzymało się w jej jaźni. Kiedy rozszerzone strachem i niezrozumieniem, ogniste oczy wpatrywały się w spływające po bladej, delikatnej skórze stróżki krwi, wykwitające na krawędzi szerokiej rany, skapując leniwie na posadzkę, gdy tylko sięgnęły sobą krawędzi palców. Kap, kap, kap... prawie słyszała ich dźwięk, gdy dotykały posadzki, malując sobą krwawą plamę u stóp poetki. Pierwszy raz w swym życiu czuła coś takiego; absolutne przerażenie i bezwład. Niemożności uczynienia czegokolwiek, gdy... Opanuj się! Musisz jej pomóc! Teraz! Jej własny, zirytowany głos, którym przemówił chłodny rozsądek i lata praktyki zadziałał niczym siarczysty policzek, momentalnie przywracając ją do świata żywych. Dlaczego? Dlaczego to zrobiłaś? Dlaczego musiało do tego dojść? Po co? Nie zauważyła nawet kiedy znalazła się przy niej, odtrąciwszy własne krzesło, które zachybotało się lekko. Prawie że opętany strachem i jedną, szczególną myślą umysł nie rejestrował większości tego, co działo się wokół. Pierwszy raz na prawdę czuła wściekłość; pełną bezsilności i irytacji złość. Na nią, na niego; na to, co musiało się stać, by jeden szaleniec im uwierzył. Na samą siebie, bo nie mogła; nie potrafiła sobie wybaczyć tego, iż to ona do tego doprowadziła. Że to z jej i niczyjej innej winy jej przyjaciółka musiała się zranić. Sama prawie czuła tą ranę; fantomowy ból na własnym przedramieniu, jakby to jej ostrze otwarło ciało, znacząc je swym krwawym pocałunkiem. Nie rozumiała tego jeszcze; nie potrafiła nawet zastanowić się nad siłą swych reakcji i ich logiką. Czymkolwiek innym, gdy...Muszę jej pomóc. Tylko to się teraz dla niej liczyło i nic więcej, ani mniej.

Puchate rękawiczki upadły gdzieś na bok, gdy uzdrowicielka przykucnęła w rosnącej na posadzce plamie krwi, pewnie i bez cienia wahania chwytając rękę Lorain. Gdy już działała, robiąc to do czego szkoliła się całe życie bezwarunkowe odruchy brały górę nad emocjami i rozsądkiem, działając prawie niezależnie od niej. Kierując jej ciałem i każdym ruchem, kiedy tylko drobne, chłodne palce zacisnęły się pewnie na skrwawionym ciele poetki. Gdzieś tam w głębi jej jaźni gorzał strach, złość, frustracja, troska, podszyta tysiącem i jeden obaw i cała gama uczuć, wrażeń i emocji, jakie w każdej chwili atakowały jej umysł, zalewając go i drąc na strzępy, w sprzecznych impulsach i pragnieniach. Czystej i nieokiełznanej paniki, które kotłowała się w niej, zrodzona nie wiadomo skąd, ani jakim sposobem, jakby swe źródło brała z najbardziej skrytych, najprostszych, a zarazem najmocniej odsuniętych przez elfkę uczuć i myśli, jakimi darzyła drugą dziewczynę. Impulsem tak silnym, iż prawie nie zapomniała o tym kim jest i co potrafi. Teraz jednak robiła to co powinna; co musiała i co potrafiła uczynić, bez cienia wahania. By móc ja ochronić, pomóc jej i samej sobie.

Przez chwilę Lorain czuła chłód jej dłoni, zaciskających się delikatnie na zranionym miejscu. Nieprzyjemne pieczenie, jakie budził ich nacisk i sama obecność tuż przy zranionej tkance, a zarazem czuła żar jej spojrzenia. Pełnego wyrzutu, bezsilnej złości, zagubienia, strachu i tak głębokiej troski, pomieszanej z niechęcią do hrabiego iż ginęło w niej wszystko inne. Pierwszy raz widziała Tiny właśnie taką; nie onieśmieloną, smutną, zagubioną czy szczęśliwą, ale po prostu wściekłą. Niczym pożoga, która wybuchła z nieopatrznie ciśniętej iskry. Jakimś sposobem, zupełnie odruchowo czuła, że to właśnie ona sama i to co zrobiła; na czym teraz zaciskały się dłonie jej przyjaciółki jest początkiem i końcem tego wszystkiego. Jakby starczyła ledwie rana; drobny akt autodestrukcji i stojący za nim uśmiech i spokój, by zatrząść całym światem małej zaklinaczki. Wzbudzić w niej to wszystko i przestraszyć ją do reszty; zdenerwować bardziej, niż czymkolwiek innym. Tak jak i pewnym było, że coś absolutnie innego, znacznie cieplejszego stało za siłą tej reakcji. Tymczasem jednak skomplikowane symbole na dłoniach ostrouchej panny rozjarzyły się delikatnym, przypominającym blask płomieni światłem, gorzejąc coraz mocniej i mocniej. Najpierw zniknął ból i dyskomfort, ustępując wrażeniu nieokreślonego ciepła i spokoju. Prawie że sennego i błogiego, niczym krótka chwila, nim umysł pogrąży się w otchłani snu. Ledwie czuła cokolwiek poza tym, wciąż jednak spokojnie mogąc ustać o własnych siłach. Była tutaj sama, z nią. Tak blisko, jak tylko mogła i nie musiała przejmować się nikim i niczym. Hrabią, Komturem, nawet swoim mistrzem i wojną. Czuła się po prostu dobrze... i wtedy wszystko się zmieniło. Nowe, ledwie możliwe do określenia uczucie wypełniło całą jej jaźń. Pełne ciepła, troski i bliskości tak intymnej, iż brakło jej dla niej słów. Czuła ją; drobną, delikatna istotkę, a zarazem jej ducha; pełnego siły, życia i wszelkich uczuć i myśli jakie nim targały. Zupełnie odsłoniętego i kruchego; skrytego w jej objęciach, tak blisko jak nigdy dotąd. Jakby przez chwilę dwa umysły dzieliły jedno ciało. Dwie dusze, z których jedna ledwie była świadoma tej drugiej, a jednak czuła ją. Tak wyraźnie jak tylko mogła. Całą sobą, jak jeszcze nigdy dotąd, nie ograniczona już ani jej ciałem, ani wyglądem czy słowami. Przez uderzenie serca były bliżej siebie, niż mogłyby zamarzyć, nie oddzielone nikim, ani niczym. Prawie że otwarte na siebie, jak gdyby miały zlać się w jedno. Wtem, równie szybko i niepostrzeżenie jak się pojawiło, całe uczucie rozpłynęło się w nicoś, pozostawiając po sobie dziwne poczucie pustki i osamotnienia. Jakby wraz z jego odejściem wyrwano coś z niej samej. I to wrażenie trwało ledwie moment, a jednak pozostało w niej wspomnienie całego tego zajścia, gdy elfka w końcu wypuściła jej rękę, okrytą powoli krzepnącą krwią, na której ostał ledwie wąski, bledziutki ślad po ranie.

-Tyle ci wystarczy? Czy ja też mam sobie podciąć żyły, żebyś uwierzył, że nie chcemy ciebie oszukać?-Tintaviel nie panowała nad sobą, nie myśląc już o tym do kogo, ani jak się zwraca. W jej myślach wciąż jeszcze gorzał obraz rany; rozdartych tkanek skóry i mięśni, poddających się jej mocy; krwi, wciąż plamiącej jej dłonie i bladego śladu, jaki ostał na skórze jej przyjaciółki. Poczucie bezsilnej złości i frustracji, na to co się stało; na to co musiała zrobić Lorain; do czego pchnął ją ten mężczyzna. Całej chorej niesprawiedliwości tego zajścia. Niewdzięczności, nieczułości i aury, jaką wokół siebie roztaczał ów zapatrzony we własny ból osobnik. Drobna, delikatna iskra zapłonęła w jej duszy, pochłaniając wraz z sobą wszystko inne, gdy część jej charakteru, która niezwykle rzadko miała okazję się ukazać brała górę nad wszystkim innym.-Chcę Ci pomóc; tobie i twojej córce, ale na miłość Andrasty, nie mam zamiaru żebrać się o to i uszczęśliwiać was na siłę. Ani tym bardziej znosić tego, jak traktujesz mnie i moich bliskich, kiedy to my przychodzimy prosić się CIEBIE by TOBIE pomóc. Naprawdę aż tak tutejsza szlachta obrosłą w piórka, że nawet własną tragedie nosi niczym piękne szaty, byle wybielić się przed resztą?-prawie warknęła w jego stronę, zaciskając drobne dłonie w pięści i wpijając wściekłe spojrzenie w mężczyznę przed sobą, niczym fala ognia uderzająca o taflę lodowca. Sam Verechiel zdawał się zresztą wyraźnie zbity z tropu zachowaniem elfki, na równi zaskoczony co o dziwo, do pewnego stopnia darzący ją iskrą uznania za ów wybuch szczerości.

-Wątpię by była taka potrzeba, pani Falstadt.-rzucił sucho, wpatrując się bez cienia strachu, co najwyżej z pewnym rozbawieniem w małą, prawie rozerwaną przez emocje uzdrowicielkę, niespecjalnie chyba urażony jej tonem i sposobem w jaki potraktowała go chwilę temu.-Bynajmniej też nie mam zamiaru przepraszać was za cokolwiek. W normalnych okolicznościach, pewnie przykładnie kazałbym was ukarać, jednak... przekonałyście mnie. Wystarczająco, bym bardziej wolał zaryzykować gniew Kassandry i Komtura niż twój.-po raz pierwszy w jego głosie zabrzmiał ślad emocji i to wyraźnie pozytywnych, sądząc po cieniu uśmiechu, jaki na moment rozjaśnił twarz wojownika, ujmując mu lat i powagi, jakby na ułamek sekundy przypomniał sobie co to są ludzkie uczucia, wysiliwszy się na żart, rozbawiony postawą filigranowej elfki, która nie bała się stanąć w obronie swoich przekonań i bliskich.-Radziłbym więc usiąść i powściągnąć zbędne emocje, chyba, że naprawdę zależy pani, bym zaczął was traktować jak dzieci. Musimy w tym układzie omówić pewne kwestie, zanim...

Rozmowa toczyła się jeszcze parę godzin, obejmując sobą wszystko, począwszy na przyrządach i zapasach, które hrabia musiał zapewnić czarodziejce do rytuału, a kończąc na sprawach tak trywialnych, jak zakwaterowanie ich w zamku, dostarczenie im koni i zapasów na podróż, czy zgoda Xaviera na całą podróż. W jej trakcie też wchodzili i wychodzili kolejni słudzy, ustawiwszy dodatkowe lampy i przyniósłszy całej czwórce ciepły, acz wyjątkowo prosty posiłek. Przez cały ten czas, mimo iż emocje szybko z niej opadły Tintaviel zdawała się do pewnego stopnia podminowana, ledwie potrafiąc ukryć swoją złość i wciąż żywą frustracje, za maską spokoju i profesjonalizmu. Prawie nie spoglądała w stronę bardki, ledwie zwracając na nią uwagę jak gdyby bała się, że dłuższa chwila poświęcona jej osobie, mogłaby roztrzaskać kruchą barierę, którą udało się jej odgrodzić od wszystkiego, co szalało w jej sercu. Spotkanie zdawało się zresztą przeciągać w nieskończoność, na równi w pewnej chwili nudne, co męczące, mimo najlepszych starań Cyrelle i obu stron, by dojść do pełnej jasności i porozumienia w obopólnych postanowieniach. W końcu zdecydowanie już późną, nocną porą wszystkie trzy panny mogły z westchnieniem ulgi opuścić namiot ponurego możnowładcy, czując równie orzeźwiająco-przyjemny, co lodowaty podmuch wiatru, przeganiający na moment zmęczenie z ich ciał. Cyrelle stała przez chwilę przyglądając się im obydwu, spod zmarszczonych brwi, tak jak one wymęczona, choć chyba też ido pewnego stopnia rozbawiona tym, co dostrzegła. Bo trudno też było inaczej reagować, na wyraźnie skołataną i skołowaną elfkę, która jak ognia unikała dziewczyna, za którą prawie nie rzuciła się do oczu jednemu z bardziej niebezpiecznych ludzi w tym obozie, marznąc i zaciskając usta w wąską linię, gdy za nic nie chciała się wraz z nią skryć pod jednym płaszczem, ani tym bardziej dać sobie wcisnąć go na ramiona. Zarazem też widziała wyraźnie zagubioną i na wskroś przeszytą poczuciem winy i strachu poetkę, która nie do końca potrafiła odnaleźć się w zachowaniu swej towarzyszki, najpewniej też robiąc to, co najlepszego akurat mogła. Pokręciwszy tylko głową, blondynka uściskała je obie, nie bacząc na pomruki ostrouchej i pożegnawszy się tym sposobem z nimi ruszyła w swoją stronę.

Droga do namiotu nie należała do najprzyjemniejszych, pełna napiętej ciszy i emocji, które ledwie iskrzyły na granicy bariery, jaką otoczyła się elfka, zapamiętale krocząc przed siebie i najwyraźniej nie mając nawet cienia chęci na rozmowę, czy zbliżenie się do poetki. Zamotana we własnych myślach i uczuciach. Równie zła, sfrustrowana i poirytowana, co przestraszona i przejęta niezrozumiałą troska i napięciem w głębi swej jaźni. Nie rozumiała źródła tych emocji; tego dlaczego były tak silne i gwałtowne. Zupełnie nielogiczne i irracjonalne, gdy jej rozdrażniony rozsądek wręcz pochwalał ruch Lorain i to co stało się później, absolutnie akceptując jej posunięcie. Zarazem jednak jej serce prawie nie zamierało, szamocząc się rozpaczliwie, gdy kąciki oczu piekły ją nieznośnie na samą myśl o tym co się stało. Na wspomnienie krwi; tego jak lepiła się do jej dłoni, ciepła i prawie czarna w półmroku namiotu. Jak słyszała jej zbolały krzyk i wpatrywała się w ów spokojny uśmiech, jak gdyby to wszystko nic nie znaczyło. Jakbyś zrobiła to dla mnie. Prawie nie warknęła, jeszcze tylko przyspieszywszy kroku, gdy ta myśl zapiekła ja do żywego. Nie prosiłam; nie chciałam tego. Nie...nie pozwoliłabym ci na to! Nie chciałam żebyś się raniła; żeby ktokolwiek jakkolwiek Ciebie ranił. Ja... Zagryzła kurczowo zęby, potrząsając nerwowo głową. Czuła się źle; z samą sobą, z tym co czuła, o czym myślała, co tworzyła jej wyobraźnia i wspomnienia. Jak gdyby własnie zaczęła spełniać się którąś z okrutnych wizji podsuwanych jej przez demony; przez jej własny umysł i podświadomość. Bała się o nią, była na nią zła, wręcz wściekła, a zarazem nie potrafiła się złościć. Na równi czuła troskę co irytację, bez reszty rozdarta w sobie, prawie na dwoje. Jak gdyby istniały dwie elfki; dwie Tintaviel czujące i myślące zupełnie inaczej, zaklęte teraz w jednym ciele. Dlaczego? Dlaczego do cholery to zrobiłaś? Zaklęła po anderfelsku nie mogąc znieść napięcia jakie ja trawiło, wbijając sobie paznokcie we wnętrze dłoni, aż ból zaiskrzył pod jej czaszką i nie przyniósł nawet cienia ulgi. Nie potrafiła żyć; trwać w tak chorym i nieludzkim napięciu. Rozdarciu i dysonansie w samej sobie. Niezrozumieniu i strachu. Lubię Ciebie...bardziej niż kogokolwiek. Bardziej niż powinnam i...i nie chcę żeby Ci się działa krzywda... Ugryzła siebie samą w język, gdy kolejne słowa cisnęły się jej na myśl. Słowa których znaczenia i sensu bała się prawie tak bardzo, jak tego co się stało. Co właśnie teraz się działo i... W końcu wsunęła się do namiotu, przystając tylko na chwilę, by zaczekać, aż Lorain znajdzie się w ich wątpliwym azylu.

W końcu nie wytrzymała; coś pękło w niej, gdy zostały same; gdy poetka spróbowała do niej podejść i...Mam dość, po prostu dość! Chciała to wykrzyczeć; wydrzeć z siebie to wszystko co czuła. Zrobić cokolwiek byle zmazać z niej troskę i spokój, a zarazem być bliżej niej i...nie dała sobie rady. Stłamszona przez własne emocje, rzuciła się an nią, z równie wściekłym, co zagubionym i przestraszonym błyskiem w lśniących od łez oczach. Zaciśniętymi w piąstki dłońmi, z całych sił poczęła okładać swoja przyjaciółkę po piersi i ramionach, prawie tak, jakby chciała zrobić jej krzywdę. Otrząsnąć jakoś siebie i ją z tego co się stało; wyrwać i...

-Nie rób tak więcej! Słyszysz?!-prawie nie krzyknęła w jej stronę, bijąc ją z całych sił, wyraźnie niezdarnie i bez serca do tego, jak gdyby nawet teraz bała się jej zrobić krzywdę i czuła się zawiesziona, między tym wszystkim, nie wiedząc czy złościć się, czy płakać, czy po prostu do niej przytulić.-Nigdy więcej tak nie rób! Obiecuję! Ja...ja przyrzekam że... że...popamiętasz sobie, jak tak zrobisz!-bardziej już wymamrotała, niż wykrzyczała, uderzając ja po raz ostatni, prawie że pieszczotliwie i drżąc całą sobą; ledwie mogąc ustać na wiotkich, roztrzęsionych nogach wtuliła się w jej pierś, kurczowo zaciskając dłonie na połach jej suknie. Wtulając twarz w jej ciało i szlochając sobie cicho, prawie bezgłośnie, gdy emocje powoli zaczynały z niej opadać, wciąż jeszcze kotłując się w niej i nie potrafiąc do końca znaleźć ujścia. Za silne i nazbyt destruktywne; niezrozumiałe i chaotyczne, tak iż nie miała już siły dać się im nieść. Chciała...-Chcę żebyś była bezpieczna...tylko tyle...ja...ja nie chcę...nie chcę żeby cokolwiek...cokolwiek złego Ci się działo...przepraszam...-nie zauważyła nawet kiedy wymamrotała własne myśli, ledwie słyszalnym, łamiącym głosem, równie mocno co chwilę wcześniej próbowała ją pobić wtulając się w Lorain i drżąc sobie w najlepsze, bardziej rozdarta i zagubiona, niż kiedykolwiek wcześniej.

Awatar użytkownika
Anante
Posty: 187
Rejestracja: 30 gru 2013, 10:08
Lokalizacja postaci: Kamienica Patriotów
GG: 47821741
Karta Postaci: viewtopic.php?p=46352#46352

16 wrz 2015, 15:38

Viktor Vantu

Pyszek uśmiechnął się do niego tylko wdzięcznie, unosząc kielich w geście uznania na słowa maga, jakby w końcu usatysfakcjonował go tok jego rozumowania, niczym godne postępowanie ucznia mogło być miłe dla znudzonego przedłużającym się opóźnieniem mistrza.

-Nie powiem, że nie byłoby mi to na rękę. Na razie zniknęło tylko parę płotek, ale jak zwykle, zachłanność rośnie w miarę jedzenia, a moc jest lepszym afrodyzjakiem niż cokolwiek innego, o czym chyba oboje wiemy. Więc... chyba w naszym obopólnym interesie leży rozwiązanie tego problemu, zanim wasi templariusze zaczną robić wszędzie dym, jak wyczują wałęsającą się po okolicy grupkę plugawców, nie sądzisz?-demon zerknął na planszę i równie nonszalancko jak wcześnie przesunął po niej piona, kontrując ostatni ruch wiktora, choć tym razem wyjątkowo podług planu, jaki usnuł sobie w wyobraźni mag.-Gdyby ktoś spytał mnie o zdanie, powiedziałbym, że stoi za tym kobieta.-dodał po chwili, upijając kolejny łyk wina, bez mrugnięcia wpatrując się w oczy mężczyzny.-Raczej młoda i naiwna. Ale to tylko moje przypuszczenia. Zrobisz z nimi co zechcesz.-wzruszył ramionami i zapatrzył się na przelatującego ponad nimi słowika.

-Wiesz zastanawiam się czasem co wy, śmiertelni widzicie w takich miejscach. Spokój, sielanka, ciepłe słońce... gdybym miał spędzić w takim otoczeniu dłużej niż parę godzin, pewnie bym oszalał...bardziej niż dotychczas.-mrugnął doń, jakby czytając w myślach maga, a zarazem starając się podtrzymać raczej niemrawą konwersację, łowiąc każdy jego gest i spojrzenie, by przesiać je poprzez sito swych myśli i zastawić kolejna przynętę.-Acz... chyba niedługo faktycznie zmienię okolicę.-zabębnił palcami o oparcie fotela, zerkając na szachownice.-Jak tylko tafla się uspokoi. Z ciekawości tylko spytam...co u małżonki?-momentami całkiem nieźle wychodziło mu zgrywanie starego, zainteresowanego jego życiem osobistym przyjaciela, gdy tak naprawdę sam Pyszek był chyba cholernie znudzony, nie mogąc sobie najwyraźniej znaleźć lepszego zajęcia i na nowo odgrzebując wszystkie stare i zatęchłe sztuczki, jakie miał w swym arsenale. Do tego zresztą stopnia iż zamilkł teraz na dłuższą chwilę, wyraźnie zamyślony, czy prawie nieobecny, jak gdyby coś innego na tą chwilę pochłonęło jego uwagę. Na ułamek sekundy jego postać rozmyła się lekko, jakby na raz znajdowała się w dwóch miejscach, by po chwili odzyskać swą dawną ostrość i kształt.-Irytujące...cholernie irytujące...-wymamrotała, przygładzając płową czuprynę i wzdychając z cieniem nieszczególnej radości.-Podobno wasz książę zaniemógł...znowu.-zagaił, najpewniej wykonując kolejny, zupełnie tym razem chaotyczny ruch, jakby przestał skupiać się na szachownicy, odsłaniając jeden z kluczowych dla swej strategii pionów.

Awatar użytkownika
Darrian
Posty: 733
Rejestracja: 06 sty 2012, 20:04
Lokalizacja postaci: Oko i Powieka
GG: 10643412
Karta Postaci: viewtopic.php?p=21226#21226

16 wrz 2015, 18:11

Pyszek naprawdę się przydawał. Mag nie miał wątpliwości, że demon też widzi jedynie czysty pragmatyzm w ich relacji, ale jak na śmiertelnika przystało, rutyna ich spotkań i częstość interakcji stworzyły jakąś nić pomiędzy nimi, przynajmniej z jego perspektywy. W zły, chciwy i egoistyczny sposób, demon był tu dla Viktora na dobre i złe, póki nie znajdzie kogoś bardziej ociekającego pychą, kogo nie upatrzył sobie demon o podobnym poziomie mocy, co nie było bardzo prawdopodobne. W świecie rzeczywistym były same niewiadome a obecność Pyszka wydawała się jakąś stałą w tym wszystkim, na której można było polegać.

Młoda, naiwna kobieta. Nie ciężko powinno być znaleźć kogoś pasującego do tego opisu na wyprawie wojennej, zwłaszcza wśród magów, którzy co do jednego odpowiadali przed nim. Pewnie któryś zaklinacz wziął ją jako asystentkę, ze względu na zdolności, które bez wątpienia posiadała, jeśli potrafiła ukrywać przywoływanie przed wszystkimi obecnymi. Musiała być ambitna albo głupia, jeśli kontynuowała swoje eksperymenty w tym otoczeniu, więc nie powinno być większych trudności ze zwabieniem jej do siebie. Ambicja nie pozwoli jej odmówić na wezwanie Wielkiego Zaklinacza a głupota nie dostrzeże w nim zagrożenia. Nie, żeby planował ją wydać, chyba, że stwierdzi jej niestabilność, ale dokładniejszy plan na tą okazję się splecie, kiedy nie będzie się miało na głowie partii szachów z demonem.

- Bardzo chętnie sobie zapoluję na "młodą i naiwną" dziewczynę. - Odparł lekko sarkastycznie na początek, materializując sobie swoją własną kiść czerwonych winogron i częstując się jednym z wizualnie idealnych owoców. - Musi mieć trochę zdolności, jeśli w "młodym" wieku przywołuje demony i ukrywa to przed nami. Może uda się ją utemperować i zrobić z nią coś pożytecznego. Nie wiem, związać cie w ciele małej dziewczynki albo coś. - Dodał po chwili, brzmiąc całkiem poważnie w tym zamiarze i uśmiechając się szerzej i bardziej szczerze, kiedy ta wizja pojawiła się w jego myślach. Dość stary i potężny demon dumy w ciele istoty postrzeganej przez świat, jako personifikacja słów niewinność i czystość.

- Upodobanie takich miejsc wiąże się z odczuwaniem zmęczenia. Spokojne i przyjemne dla oczu miejsca pomagają się zrelaksować i odpocząć. - Niby miał skończyć i wzruszyć ramionami, ale po ułamku sekundy przerwy, dorzucił jeszcze coś a jego twarz przybrała nieco bardziej szyderczy wyraz. - Gdybym nie wiedział lepiej, pomyślałbym, że zrobiłeś to celowo, by pomóc mi się odprężyć. - Albo zażartował na temat czegoś, co mogło być tylko żartem, albo złapał demona na czymś mało pasującym do jego natury. Nie bardzo go obchodził wynik tej słownej zagrywki, co jednak nie znaczyło, że nie może też zarzucić jakiegoś haczyka tu czy ówdzie.

- Tak samo zmęczona tym śmiesznym marszem jak i ja. Mniejwięcej tak wygląda stos papierów, który przychodzi do naszego namiotu. - Odparł, wzdychając i materializując wspomnienie swojego biurka sprzed pójścia spać, z całym stosem kartek, który zasłaniał blat. Jakby chcąc utopić to wspomnienie, zaraz poczęstował się swoim winem. Tak jak odpowiedź i związane z nią uczucia były jak najbardziej szczere, ich głównym zamiarem było ominięcie sprawy dziwnych zjawisk, o których opowiadała mu żona. Sytuacja nie była na tyle desperacka by szukał w niej porady Pyszka.

Kiedy rozmówca Viktora się lekko rozmył, mag tylko pytająco uniósł brew niewerbalnie domagając się odpowiedzi, którą otrzymał i która była całkiem dobrymi acz niekoniecznie nieoczekiwanymi wieściami. Nie był to pierwszy raz, kiedy Nevarryjski książe miał gorsze dni i pewnie nie będzie to ostatni raz a szkoda. Dzieciak był.. problematyczny.

Nie dając się wkręcić w rozmowę o politycznych gierkach, nekromanta skupił się na szachownicy, która najwyraźniej straciła uwagę Pyszka, a przynajmniej takie stwarzał pozory. Trzeba było się dobrze zastanowić jakie inne figury były w zasięgu do zastąpienia odsłoniętego piona i dopiero spróbować wykorzystać błąd demona bądź dalej kontynuować swój plan.

Awatar użytkownika
Anante
Posty: 187
Rejestracja: 30 gru 2013, 10:08
Lokalizacja postaci: Kamienica Patriotów
GG: 47821741
Karta Postaci: viewtopic.php?p=46352#46352

16 wrz 2015, 21:39

Viktor Vantu

Pyszek zmierzył go rozbawionym spojrzeniem, uśmiechnąwszy się tylko lekko, na pobrzmiewający w głosie maga sarkazm, jak gdyby trącił on nim jakąś przekorną nutkę, w dosyć złożonym jak na demona charakterze. Obróciwszy w rżnięty w krysztale kielich we własnej dłoni, na moment podstawił czerwonawy trunek pod światło, sobie tylko znanym sposobem więżąc jego promienie w jego wnętrzu, tak iż przypominał teraz rozpaloną światłem krew.

-Nie wątpię w to Viktorze. -westchnął cicho i puścił swe naczynie, które jak gdyby nigdy nic zawisło w powietrzu, nie uroniwszy nawet kropli.-Myślę, że nawet trochę więcej niż trochę, skoro jeszcze żyje, a żaden z moich mniej ułożonych krewniaków nie szaleje wam po obozie, prawda? Zresztą, czy można ujarzmić ogień? Albo światło, czy mrok? -westchnął lekko i pokręcił głową, śmiejąc się wyraźnie rozbawiony.-Wiesz że nie wpadłeś pierwszy na ten pomysł? Jakieś sześćset-siedemset lat temu jeden z możnych doszedł do wniosku, ze jego martwą córkę można przywrócić do żywych. Pociągnąłem tu i tam... potem było tylko trochę zamieszania, ale przynajmniej powstała jedna bajka. Tylko...-nastoletnia, dziewczynka, o prawie platynowych włosach przygryzła lekko koniuszek delikatnego palca, uśmiechając się drapieżnie, gdy z kącika bladych ust spłynęła jej strużka krwi, barwiąc trupio bladą skórę.-Z tego co pamiętam zjadłem pierwszego księcia, który próbował mnie pocałować. Mimo wszystko nie gustuję w pewnych aspektach waszego istnienia.-westchnął cicho, wracając do swej poprzedniej postaci, wyraźnie ubawiony własnymi wspomnieniami.-W zasadzie całkiem wdzięczne, choć nie do końca wygodne przebranie. Trudniej o kochanki, jeśli wiesz co mam na myśli.-uśmiechnął się doń prawie przyjacielsko, odsłaniając ostre niczym brzytwa kły.

-Może-może... W końcu jestem pasożytem, nieprawdaż? Zależy mi na tym by mój żywiciel nie obumarł. Inaczej musiałbym szukać nowego, marnować siły i czas... Strasznie dużo z tym zachodu.-jego uśmiech nabrał prawie dobrodusznego, ciepłego charakteru, gdy nieprzyjemnie kocie źrenice zwęziły się lekko, jakby pochwycił trop.-A jeśli taki krajobraz Ci odpowiada, cóż... powiedzmy że... to mój zaległy prezent. Dla Ciebie. Za dobre współistnienie.-uniósł kielich w toaście, wyraźnie kpiąc sobie z niego i całego pomysłu, choć też i trudno było nawet i w tym sarkazmie odmówić mu iskry uroku.

-Hoho...ładnie.-Pyszek zacmokał cicho, spoglądając na stertę papierów.-Za czasów drugiej, albo trzeciej dynastii, w Tevinter wymyślili urzędnika, do zajmowania się takimi problemami, żeby władcy mieli więcej czasu, by uganiać się za własnym prąciem i tym, ku czemu ich ciągnęło. Czyżby ten jakże chwalebny zawód wymarł już do naszych czasów? A może faktycznie Nevarra już tak słabo przędzie?-spojrzał nań z nieco sarkastyczną nutką w swym głosie.-Wiesz prawie by mnie kusiło zaproponować pomoc w tym, ale wyjątkowo to ja boję się, że byś się zgodził i ugrzązłbym na parę dekad zagrzebany pod tymi papierzyskami, więc...wybacz. Radź sobie sam.-demon rozłożył bezradnie ręce i uchwyciwszy swój kielich, dolał sobie trunku.

Tymczasem na szachownicy sytuacja prezentowała się wcale nie najgorzej dla Viktora. Wieża, należąca do Pyszka stała prawie zupełnie odsłonięta, zarówno na atak jego gońca, jak i skoczka, a przy odrobinie finezji mógłby nawet zablokować ją na dłuższą chwilę którymś z pionów, o ile tylko nie czyhała za tym skrzętnie zastawiona przez jego adwersarza pułapka. Sam demon zaś zdawał się tym ani trochę nie przejęty, przyglądając się mu z błyskiem zainteresowania, w przygaszonych zamyśleniem oczach, jak gdyby oceniał właśnie długoterminową inwestycję i jej gotowość do spłaty. Nawet przez dłuższą chwilę mag nie był w stanie jednak wyczuć do czego miał prowadzić jego ruch, choć z każdą chwilę coraz mocniej i mocniej trącił mu paskudnym podstępem, a przynajmniej tak chciała mu wmówić bardziej paranoiczna część jego charakteru.

-W Jader też nie próżnują... podobno planują przebić się do Głębokich Ścieżek i jeszcze niżej.-rzucił w pewnej chwili, bez kontekstu, ani powodu sam demon, jakby z nadzieją że uda mu się pociągnąć maga za język, albo w jakiś sposób planując w dłuższej perspektywie podbudować jego pychę tą informacją i zyskać na tym w bardziej pośredni i pasywny sposób, jednocześnie wyczekując jego ruchu i mrużąc delikatnie jedno z oczu.-Chyba też zostało nam już niezbyt wiele czasu... może dwa, do trzech ruchów, a szkoda. Jeśli ta demonolog sprawiałaby kłopoty, wiesz gdzie mnie szukać.-uniósł kącik ust, siląc się na coś, co trąciło żartem, dla ożywienia konwersacji.

Awatar użytkownika
Darrian
Posty: 733
Rejestracja: 06 sty 2012, 20:04
Lokalizacja postaci: Oko i Powieka
GG: 10643412
Karta Postaci: viewtopic.php?p=21226#21226

17 wrz 2015, 13:28

- Do twarzy ci. - Mag krótko i humorystycznie skwitował dziewczęcą postać Pyszka, reagując ledwie powstrzymanym parsknięciem, kiedy się po raz pierwszy pokazał w ten sposób. - We współczesnym Orlais bez trudu znalazłbyś kochankę będąc urokliwą panienką. - Dodał, pozornie tylko powracając do nieco bardziej neutralnego tonu po wcześniejszym rozbawieniu, acz ktoś pokroju demona pewnie doszuka się w tym nutki niesmaku, który nekromanta odczuwał do takich sytuacji. Nie, żeby musiał się tu przejmować swoimi poglądami na takie sprawy, w końcu istota teoretycznie nie posiadająca płci nawet jakby zdecydowała się go o to osądzać, byłaby śmiechu warta w tej roli. Pyszek był chyba jednym z bardziej zdeklarowanych demonów w kwestii seksualności, ale jego pogląd na sytuacje z tego, co mówił wydawał się dość bliski temu, jaki mag sam miał w głowie.

- Zaczynasz czasem brzmieć jak demon żądzy, może odstaw je na jakiś czas ze swojej diety. - Co prawda humorystyczne zabarwienie tego zdania było zarówno słychać w jego głosie jak i widać na twarzy i faktycznie uznawał swoje spostrzeżenie za zabawne, acz reakcja na nie mogła też mu conieco powiedzieć o tym jak działa proces absorbowania słabszych bytów z Pustki przez silniejsze.

- Jak miło z twojej strony. - Odparł nieco sarkastycznie, wywracając oczami na nieoczekiwanie podniosłą wypowiedź Pyszka, co do projekcji, którą stworzył i jej celu. - Jesteś całkiem znośny jak na demona, wypiję za to. - Sarkazm zastąpiło zadowolenie i mimo, że szczytem sztuki komplementu się tu nie popisał, nie było w tych słowach ani cienia wątpliwości a ich szczerość była po tej stronie zasłony wręcz namacalna. Nie znaczyły one, że się relaksował i miał zamiar zapomnieć o zagrożeniu, jakie niosła ze sobą obecność demona, ale w pewien sposób doceniał jego obecność. Po wzniesieniu toastu, jego uśmiech zmieni się na chwilę w dźwięk nieco bardziej złośliwej nuty, która zabrzmi też w jego słowach. - A słowem, którego szukałeś był symbiont. Pasożyt zżera nosiciela nie patrząc na niego. - Nie był pewny, czy demon faktycznie pogubił się w definicjach śmiertelników, czy celowo to zrobił by pycha Viktora przez chwilę błysnęła jaśniejszym blaskiem, ale nie miało to znaczenia.

- Za dużo jest tam strategicznie istotnych rzeczy, żeby byle kto to sortował, ale myślałem nad stworzeniem nieumarłego z nieco bardziej rozwiniętą inteligencją do sortowania papierów. Wyobraź sobie to jako towar eksportowy! - Odparł, śmiejąc się z perspektywy sprzedawania nieumarłych sekretarzy, nie pozwalając się dotknąć zdaniu o tym jak Nevarra cienko przędła, głównie dlatego, że wiedział, że tak nie jest. Wzmianka o tym, że pomiędzy papierami były ważne dokumenty powiązane z wojną nie miała znaczenia, nie trzeba było mieć kilkuset lat, żeby domyślić się, że osoba odpowiedzialna za armię Nevarry będzie otrzymywać korespondencję takiej natury.

Wzmianka o kopaniu w Jader była.. ciekawa. Jak dotąd pomysł, że zajęcie tego terenu było czymś więcej niż przyczółkiem do inwazji była tylko szeptana i nikt nie brał jej poważnie, ale może jednak wypadało o tym wspomnieć na następnej naradzie. Poniżej głębokich ścieżek było wręcz szaloną sugestią, ale nikt nie zarzucał Tevinterczykom dobrego stanu zdrowia umysłowego.

- Wiem, ale uważaj, bo jeszcze zaskoczy nas obu i faktycznie cię zwiąże. - Odparł na "żart" demona, dając do zrozumienia, że przewidywał, że Pyszek też spróbuje się tej dziewczynie przyjrzeć. W międzyczasie wykonał też kolejny ruch, upewniając się dwa razy, że zaatakowanie kolejnej odsłoniętej figury nie odsłoni niczego ważnego dla nekromanty. - I dzięki za informacje. - Dorzuci, mówiąc oczywiście o tym co demon wspomniał o Jader.

Jako, że niedługo przyjdzie magowi wracać na swoją stronę Zasłony, musiał pamiętać o wszystkim czego się tu dowiedział. Przeszukanie list swoich podwładnych i ich namiotów, jeśli będzie trzeba w poszukiwaniu "młodej, naiwnej dziewczyny" a kiedy ją znajdzie, trzeba będzie zebrać jakiś wywiad na jej temat. Przy najbliżej okazji zaproponuje też teorię, wedle której Tevinterczycy szukali czegoś w Jader i okolicy zamiast szykować przyczułek i musiał też znaleźć maga, który będzie mógł dołączyć do patroli o czym rozmawiał z Livią.

Awatar użytkownika
Lorain
Posty: 59
Rejestracja: 27 maja 2015, 00:32
GG: 44153208

20 wrz 2015, 21:19

- A ja w nią wierzę cała sobą hrabio. I ufam ponad wszystko. – rzekła spokojnie poetka ujmując w dłoń broń podaną jej przez hrabiego. Zimne ostrze zaciążyło jej w dłoni kiedy uniosła pozbawiony zbędny zdobień sztylet patrząc w te zimne oczy. Dałbyś mi zginąć, prawda? Pomyślała kiedy zimna i wyjątkowo ostra stal podrażniła jej skórę. Gdyby nie było z nami uzdrowicielki. Pozwoliłbyś mi rozciąć własne żyły i wykrwawić się na śmierć. Nawet za próbę oszustwa. Za marnowanie twojego czasu. Bo straciłeś nadzieję, chociaż się nie poddałeś. Zacisnęła usta kiedy ostrze broni nacięło delikatnie jej skórę zanim sama zdążyła jeszcze podjąć decyzję. Szukasz ratunku dla swojej córki, ale sam przestałeś wierzyć w to że go znajdziesz. Tak bardzo oddając się swemu żalowi że nie potrafisz dostrzec nadziei na ratunek kiedy tak puka do twych drzwi. Oderwała w końcu wzrok od tych zimnych, pozbawionych życia oczu i spojrzała na trzymaną w dłoni broń. Nie chciała tego robić. Bardzo, bardzo nie chciała. I nie lubiła bólu. Zdecydowanie nie lubiła bólu. A jednak musiała to zrobić. Ty ryzykujesz dużo bardziej niż Ja Tarien. Pomyślała na moment przed tym jak ból zapłonął na jej przedramieniu kiedy ostrze zanurzyło się w jej przedramieniu. Ostrze z głuchym stuknięciem uderzyło o blat biurka a poetka spojrzała na swoją krew spływającą po jej przedramieniu jakby widziała ją po raz pierwszy w życiu.

Ból. Owszem jak każdy nie raz spadła, nie raz się przewróciła uderzyła czy też uderzona została a jednak miała wrażenie że dopiero teraz poczuła prawdziwe znaczenie tego słowa. Nie doceniła ostrości ostrza hrabiego. Nóż ciął głębiej niż zamierzała i w jednej chwili płomień bólu pochłonał sobą jej przedramię wywołując u poetki odruchowy szok. Wiedziała jak ginął ludzie. Wiedziała w jaki sposób zadać śmierć i za pomocą jakich narzędzi to uczynić. Nie zrobiła tego nigdy i miała nadzieję nie być nigdy zmuszoną do tego aby to zrobić. Ale wiedziała. Wiedziała czym jest ból. Czym innym jednak jest wiedzieć a czym innym go czuć. Spokojnie Lorain. Ona tu jest, z tobą. Pomoże Ci. Chociaż nie będzie zadowolona. Głos Lorelai przebił się do jej świadomości w chwili w której chłodna dłoń elfki zacisnęła się na jej przedramieniu sprawiając że poetka na nią spojrzała. Ona rozumie, ale nie będzie zadowolona. Dlatego że jej na tobie zależy Lori Tarien... Poetka syknęła cichutko zaciskając usta kiedy palce małej wielkiej zaklinaczki podrażniły świeżą ranę. Podniosła wzrok na oczy Elfki i zamarła. Chciała przywołać uśmiech na swą twarz. Pokazać jej że to nic takiego. Że się nie boi bo wie że ona jest przy niej. Ale kiedy dojrzała w jej oczach to wszystko ból został zepchnięty w tył przez strach. Widziała to w jej oczach. Strach, złość i wyrzut. Wszystkie te uczucia kierowane do niej. Wszystkie podszyte troską. A jednak kierowane do niej. Nie chciała. Nigdy tego nie chciała. Nigdy przenigdy nie chciała żeby Tiny patrzyła na nią w taki właśnie sposób. Nie chciała żeby Elfka cierpiała z jej powodu. Chciała jej pomóc i wziąć na siebie wszystko to co trzeba było wziąć żeby jej pomóc. A teraz krzywdząc siebie, skrzywdziła ją. Nie chciała... Tarien... Zrobiłaś to co musiałaś Lorain. Zagrałaś odpowiednią kartą żeby zdobyć to co zdobyć chciałaś, odezwał się chłodnym głosem mistrz D'Laserna. Zrobiła to co musiała... Czy naprawdę? Naprawdę nie miała innego wyjścia? Dlaczego okaleczyła się żeby pchnąć kobietę na której jej zależało do gry o stawkę tak niebezpieczną że wszyscy się tego bali? Dlatego że on nie jest taki jak ty. Wiesz o tym. Nie jest idealistą. Jeśli będzie musiał zabierze Ci ją bez wahania i odda anderfelczykom, tak samo jak nie przejąłby się tym że się wykrwawiasz gdyby całe to spotkanie miało być zwykłą sztuczką. Jego obchodzi tylko jego własny cel, nawet jeśli stracił już nadzieję na to że go osiągnie. Nikt i nic poza tym.

Poetka przeniosła wzrok na siedzącego za swoim biurkiem Auguste Verechiela. Hrabia siedział spokojnie i beznamiętnie wpatrując się w całe przedstawienie bez zbędnego przejęcia. Spokojnie ujął w dłoń swój sztylet leżący na biurku i przetarł po nim lekko kciukiem jakby chciał upewnić się że zdobiąca ostrze krew nie jest jakąś sztuczką. Wciąż przyglądając się ostrzu roztarł krew z niego zebrana między palcami po czym odłoży sztylet i oparła się wygodniej na swoim krześle. Jego twarz nie zdradzała po nim niczego. Ciężko było domyśleć się po nim o czym takim myśli. Jego oczy nie wyrażały niczego. Sięgnął po leżącą w kieszeni chustę i otarł nią krew z własnych palców po czym rzucił ją na bok nie zwracając uwagi na to gdzie wyląduje. Złożył palce w piramidkę i wrócił do obserwowania tego co oto działo się przed nim. Nie oddam Ci jej, tobie, komturowi, Edelfeltowi... nie oddam jej nikomu. Ja... Zdążyła jeszcze pomyśleć zanim magia Tintaviel przeniknęła jej skórę i dostała się do jej ciała czyniąc to do czego została stworzona. Poetka poczuła jak wypełniły ją ciepło i spokój. Powoli promieniując od przedramienia zaczęły spokojnymi i delikatnymi falami rozchodzić się po całym ciele. Z każdą sekundą coraz bardziej przytłumiając i ból przedramienia. Dusząc trawiący jej ramie płomień. Aż ten zgasł całkowicie zabierając ze sobą cały ból i dyskomfort jaki towarzyszył Lorain w ciągu tych kilku bolesnych chwil. Wzrok bardki skupił się na małej wielkiej zaklinaczce na której dłoniach lśniły magiczne symbole kiedy ta wysyłała uzdrowicielską energie aby za jej pomocą zaleczyć ranę. Wpatrywała się w nia jak urzeczona walcząc z opadającymi powiekami i tym uczuciem cudownie błogiego ciepła i spokoju jakie zwykle towarzyszy człowiekowi kiedy jest na granicy jawy i snu. Uczuciu kuszącemu aby mu się poddać. Zamknąć oczy, odpocząć, pozwolić aby sen pochłonął nasze zbolałe i zmęczone ciało. I po prostu pozostawić wszystkie troski i bolączki tego świata po tej właśnie stronie zasłony. Po prostu pozwolić aby umysł stworzył ten jedyny idealny świat w którym chociaż przez klika chwil będzie można pobyć nie martwiąc się niczym. Przymknęła na moment oczy i wtedy to poczuła. Jej obecność... w sobie. Drobnej i delikatnej istoty która wkroczyła do świątyni jej ciała chcąc sprawdzić co może naprawić, jak pomóc. Poetka czuła jej bliskość, jej myśli, jej uczucia. Troskę i ból. Strach o nią, złość na nią i chęć niesienia pomocy. Konieczność jej ratowania.Tarien'amin, ja... ja przepraszam. Ale musiałam. Pomyślała jakby z nadzieją że obecna w niej Świadomość Tintaviel to usłyszy a może poczuje albo... Ja tylko... nie chciałam Cię smucić ani złościć... chciałam... I nagle wszystko znikło tak naglę jak się zaczęło. Znowu była sama, znowu jej życie... Nie chce żebyś znikała! Pomyślała nagle otwierając szybko oczy kiedy jej serce zabiło mocniej ze strachu. Znowu była w namiocie. Hrabia Verechiel siedział spokojnie wpatrując się w Tintaviel która krzyczała na niego. Po raz pierwszy od kiedy ją spotkała mała wielka zaklinaczka naprawdę dawała się ponieść gniewowi wyładowując swoją frustracje na głowie Auguste Verecheila który przyglądał jej się z cieniem uśmiechu na ustach nie specjalnie jednak przejęty jej tyradą. Bardka spojrzała na swoje przedramię i przekrzywiła lekko głowę. Ledwo widoczna blada blizna i odrobina zakrzepłej krwi. To wszystko co pozostało po ranie jaką zadała sobie po to aby udowodnić Verechielowi że jej Tarien jest uzdrowicielką. Przeniosła wzrok na stojącą i krzyczącą Tintaviel w której głosie złość mieszała się z rozżaleniem. Przepraszam Tarien'amin. Pomyślała jeszcze doskonale świadoma tego że chociaż swoje emocje mała wielka zaklinaczka wyładowywała na Verechielu to jednak kierowane one były też do niej. A może właśnie przede wszystkim do niej. Chciała wstać. Uściskać ją, przeprosić i wyjaśnić. Ale to musiało poczekać aż to spotkanie się skończy i opuszczą w końcu ten ponury namiot.

Kiedy rozmowa zeszła na tematy magiczne Lorain zamilkła. Nie odzywała się ani słowem na temat magicznych komponentów i wszystkiego co tylko było potrzebne aby odprawić rytuał i uleczyć córkę hrabiego. Nie znała się na tym więc ta część rozmowy tak czy inaczej należała do Tintaviel. Po tym jak hrabia wezwał kogoś ze z czystą szmatką i miską wody aby poetka mogła przemyć swoją rękę Lorain podziękowała i od tej pory nie odezwała się ani słowem. Wodząc palcem drugiej dłoni wzdłuż pozostawionej na jej ręce blizny wsłuchiwała się w to co mówiła Elfka. A może raczej jak mówiła. Nie skupiała się na słowach i ich znaczeniu. Ilość Lyrium, rodzaj i rozmiar luster... To wszystko i wiele innych szczegółów dotyczących rytuału nie miał dla poetki znaczenia w tej chwili. Nie znała się na magii na tyle aby chociaż móc się domyślać do czego służyć mogą lustra podczas tego typu rytuału. Głos małej wielkie zaklinaczki. To miało dla niej znaczenie w tej chwili. Ukryte w nich emocje które nie tak dawno widziała tak wyraźnie odbite w jej oczach. Strach, troska i ból który... Przepraszam. Pomyślała i podniosła wzrok na Elfkę która wyjaśniała Auguste Verechielowi co będzie potrzebne z trudem utrzymując emocje na wodzy. Westchnęła cicho i przesłoniwszy rękę na powrót rękawem zamilkła czując na sobie wzrok uśmiechającej się pod nosem orlicy. Ona wie że zrobiłaś to dla niej córeczko. Ona to rozumie. Tylko się wystraszyła ponieważ... Ponieważ jej zależy. Lorain uzupełniła w myślach zdanie rozpoczęte przez jej Elfią opiekunkę i cierpliwie oczekiwa zakończenia rozmowy.

W końcu zapadły ostatnie słowa. Verechiel wiedział co będzie niezbędne do odprawienia rytuału teraz musiał zorganizować zarówno to jak i zgodę na podróż do swych włości. Teraz wszystko pozostawało w jego rękach. Kiedy wszystkie wstały Lorain skłoniła się lekko wraz z Cyrelle. Tintaviel odwróciła się tylko na pięcie i bez słowa opuściła namiot. Poetka ruszyła zaraz za nią. Wychodząc spojrzała jeszcze na hrabiego. Ten wciąż siedział spokojny i niewzruszony za swoim biurkiem przeglądając spokojnie swoje notatki. Sięgnął po czysty pergamin oraz pióro z kałamarzem i zaczął przygotowywać list. Zdawał się tak samo zimny i obojętny jak w chwili ich przybycia. A jednak kiedy na nią spojrzał poetka miała wrażenie że przez sekundę w jego oczach zatliła się wątła iskierka nadziei. Gdyby go przekonali wydarłbyś mi ją siłą tak samo jak pozwoliłbyś mi się wykrwawić Pomyślała jeszcze wychodząc z namiotu z płaszczem Xaviera który odebrała od jednego ze sług hrabiego. Ale ja ci na to nie pozwolę. Ani teraz ani nigdy, palce prawej dłoni odruchowo potarły rękaw w miejscu w który skrywał on świeżą bliznę na jej przed ramieniu. Za nic. Wychodziła z namiotu wiedząc że bez względu na wszystko Auguste Verechiel spróbuje najpierw ich metody. Zda się na nie ponieważ dały mu nadzieję bardziej rzeczywistą i namacalną niż kosztujące majątek obietnice którymi karmił go zapewne Edelfet.

- Tar... – Zaczęła kiedy były już na zewnątrz i chciała okryć Elfkę płaszczem ale nie skończyła kiedy Tintaviel nie pozwoliła na to i spiesznym pewnym siebie krokiem ruszyła w kierunku namiotu który dzieliły od pewnego czasu. - Tarien – Powiedziała ciszej kiedy Elfka oddaliła się od niej kilka kroków nie oglądając się nawet za siebie. Towarzyszący im templariusze spojrzeli po sobie i w końcu jeden z nich podążył za małą wielką zaklinaczką a drugi został z tyłu aby towarzyszyć poetce.

- Nie martw się. Ona tylko... – Zaczęła Orlica ściskając ją lekko na pożegnanie.

- Tak, tak. Wiem. – Uśmiechnęła się niepewnie uściskawszy krótko Cyrelle. - Dziękuje za wszystko siostrzyczko. Obiecuje że się odwdzięczę. – Musnęła policzek orlicy ustami i szybkim krokiem ruszyła za Tintaviel aby mogli ją dogonić wraz z towarzyszącym jej rycerzem. Udało im się to dość szybko. Jakby Elfka specjalnie zwolniła tempo aby za bardzo się od nich nie oddalić. A może bardka widziała to tak jak chciała to widzieć. Droga do namiotu nie była zbyt długa. A jednak zdawała się ciągnąć w nieskończoność. Kiedy tak szły oddzielone od siebie odległością może dwóch kroków. Lorain wpatrywała się w ognistą czuprynę i wystające spomiędzy pukli szpiczaste elfie uszy. Wpatrywała się w zaciśnięte w piąstki drobne dłonie. Chciała do niej podejść. Wziąć w ramiona i przytulić. Ale... uświadomiła sobie że się boi. Że Tiny ją odtrąci, odepchnie... Nie chciała tego. I wiesz dobrze że tego nie zrobi Lori. Tak, ale... Nie ma tutaj miejsca na ale. Porozmawiaj z nią. Porozmawiać... Ten strach był irracjonalny. Lorain o tym wiedziała, zdawała sobie z tego sprawę. A jednak... Nigdy wcześniej jej takiej nie widziała. Wzburzonej, zdenerwowanej... Znała ją dość krótko, ale żyła w przekonaniu że ta drobna, filigranowa dziewczyna która zdawała się kochać świat, wypatrywać w nim każdego najdrobniejszego nawet przejawu piękna który mógł nieść radość jej i powinien nieść ją innym... Bardka żyła w przekonaniu że nie jest ona zdolna do takich uczuć jak złość. A tymczasem ona wywołała je w niej. Zdenerwowała się dlatego że zraniłaś coś co było jej drogie Lori. Głos Lorelai, miękki, kojący i przepełniony mądrością. Zaatakowałaś coś co budziło w niej pradawną magię i dodawało jej chęci do życia. Zrobiłaś co musiałaś i ona to rozumie. Ale serce nie sługa. Porozmawiaj z nią. Ona cię potrzebuję. I... I ja potrzebuję jej. Kto wie czy nie bardziej niż ona mnie. Poetka westchnęła lekko i podawszy płaszcz Xavierowi weszła do namiotu.

- Tarien'amin pozwól mi... - Przerwała kiedy mała wielka zaklinaczka bez słowa „zaatakowała” ją. Cicho krzyknąwszy podbiegła do niej i zaczęła okładać ją niewprawnie piąstkami. Uderzeniami słabszymi i mniej odczuwalnymi zdawać by się mogło niż pacnięcie kilkuletniego dziecka. Zupełnie jakby nigdy wcześniej tego nie zrobiła. I zapewne nie robiła... nie ona... ja...Moja Tiny. – Wyszeptała cicho kiedy uderzenia stawały się coraz rzadsze aż w końcu ustały zupełnie i wciąż mówiąc cichym i płaczliwym głosem mała wielka zaklinaczka wtuliła się w pierś poetki po czym objąwszy ją rozszlochała się na dobre. - Nie bój się... – Odetchnęła uśmiechając się lekko i objąwszy uzdrowicielkę z całej siły przytuliła ją do siebie po czym wtuliła policzek w płomienną czuprynę. - Nie bój się. Jestem tutaj, z tobą, cała i zdrowa. I nigdy cię nie zostawię. Tak jak Ci obiecałam. – Pocałowała czubek głowy Tintaviel i powoli odprowadziła roztrzęsioną elfkę do ich posłań. Usiadła na jednym z nich wciąż trzymając ją w ramionach. - Przepraszam Cię Tarien'amin. Ja tylko... Chciałam... – Właściwie nie wiedziała co chciała powiedzieć. Co powinna powiedzieć. W jaki sposób wytłumaczyć to co zrobiła. To nie jest teraz istotne. Nie na tłumaczeniu się jej zależy.Przepraszam Tarien. Już nigdy nie zrobię czegoś takiego. Obiecuję. – Powiedziała wciąż cichym głosem przytulając Tintaviel. Nigdy nikomu nie pozwolę doprowadzić Cię do łez... nawet sobie samej.Wiesz dlaczego się nie bałam? – Spytała po chwili. - Bo wiedziałam że jesteś tam ze mną. Że czuwasz nade mną i że zawsze mi pomożesz. Wiedz że ja też będę cię pilnować Tarien. Z całych sił/ – To rzekłszy zanuciła cicho elfią kołysankę czekając aż mała wielka zaklinaczka się uspokoi.

Awatar użytkownika
Anante
Posty: 187
Rejestracja: 30 gru 2013, 10:08
Lokalizacja postaci: Kamienica Patriotów
GG: 47821741
Karta Postaci: viewtopic.php?p=46352#46352

21 wrz 2015, 12:47

Lorain

Chcę żebyś była bezpieczna. Ja...ja chcę tylko tyle. Elfka przyciskała się całą sobą do poetki, nie bacząc przez chwilę na cokolwiek innego, niż potrzebę bliskości; jej obecności we własnych ramionach. Namacalnego ciepła, zapachu, nawet dotyku, jaki mogła zaznać, kurczowo wpijając drobne, pobladłe dłonie w jej ubranie. Zaciskając skostniałe, drżące palce na połach jej sukni, jak gdyby bała się, że Lorain gdzieś zniknie. Ktoś ją wyrwie, albo, że ta...że ona... Nie chcę! Słyszysz?! Ja nie chcę żebyś tak robiła. Żeby ktokolwiek tak robił. Ja...Ja Ciebie... Zadrżała całą sobą, prawie nie osuwając się po bardce na ziemię, gdy rozedrgane, prawie już nieczułe nogi zaczęły się pod nią uginać. Bała się; tak bardzo bała się ją stracić, iż sama myśl o tym, ledwie przeczucie, czy wrażenie właśnie wepchnęły ją tak głęboko w zamęt własnych myśli i uczuć, iż nie potrafiła się z niego wydostać. Nie mogła; nie sama, prawie sparaliżowana przerażeniem, złością i frustracją. Własną bezsilnością na to, jak bezsensownie okrutny i brutalny był świat w którym żyła. W którym była też ona i... Nie zostawiaj mnie...błagam...nie zostawiaj. Zaszlochała cicho, wtulona w jej pierś, nawet nie czując, gdy Lori bardziej pociągnęła, czy poniosła ją w stronę ich wspólnych posłań, niźli podeszła, próbując usadzić jakoś przy sobie, gdy nieco bezwładne i zdecydowanie nazbyt roztrzęsione ciało elfki po prostu opadło na jej kolana, gdy mała uzdrowicielka najwyraźniej ani na moment nie chciała dać się od niej odsunąć. Za nic, pod żadnym pozorem i dla nikogo. Ja... ja chcę z tobą być. T...tak po prostu...

Sama elfka nie potrafiła pojąć dlaczego tak reagowała; tak bardzo gwałtownie i irracjonalnie, bez powodu, ani przyczyny, gdy tak naprawdę nie stało się nic groźnego. Nie, gdy ona sama była w pobliżu, bez cienia problemu mogąc zaradzić znacznie groźniejszym aktom autodestrukcji. Mimo to czuła to; bezsensowny, podszyty troską strach, tak bardzo i nierozerwalnie złączony z owym pełnym ciepła uczuciem, iż nie mogła go od niego rozróżnić. Wtem, ciche, na równi rozbawione co zatroskane westchnienie przeszyło jej myśli, gdy prawie poczuła przy sobie czyjąś obecność. Ciepłą i na swój sposób szorstką, a jednak drogą i bliską jej sercu, jak nic innego. Była to ledwie ułuda; majak jej wyobraźni, zasnutej plątaniną emocji i wrażeń, jakie z każdą chwilą zdawały się zalewać jej umysł, snując przed jej oczyma czarno-białe plamki, niczym rozbłyski na przepalonej karcie zwanej rzeczywistością. Zależy Ci na niej córeczko. Bardziej niż sama jesteś gotowa przyznać. Chyba nawet troszkę bardziej niż byś chciała, gdybyś się przyznała. Cichy śmiech rozbrzmiał w jej myślach, tak swobodny i realny, jakby naprawdę rozmawiała ze swym starym mistrzem, rumieniąc się speszona, starając się temu zaprzeczyć jak tylko mogła. Więc dlaczego to wszystko czujesz? Dlaczego byłaś na nią tak zła kiedy zrobiła sobie krzywdę? I teraz nie potrafisz nad sobą zapanować? Mała elfka zamarła na moment, zasłuchana w rytm jej serca; głos i oddech, nie mogąc skupić się ani trochę. Odszukać innej, mniej strasznej i pewniejszej odpowiedzi. Czegoś, co nie bolałoby jej tak bardzo; nie byłoby...Jakie? Dlaczego boisz się samej siebie, maleńka? Czemu? To nie jest nic złego; lubić kogoś. Nawet tak bardzo. W sympatii nigdy nie ma niczego złego. Potrzebujesz jej. Tak jak ona potrzebuje Ciebie. Ciche westchnienie rozległo się tuż nad jej ramieniem, gdy skuliła się jeszcze trochę, prawie chcąc potrząsnąć głową. Zrobić, czy powiedzieć cokolwiek, gdy do tego wszystkiego dołączyło poczucie winy. Absurdalne, a zarazem tak przytłaczające i do tego stopnia dojmujące, iż ledwie się powstrzymywała by nie uciec. Wiesz Tiny, czasem tak już jest, że robimy coś, czego byśmy nie chcieli, dlatego, że na kimś nam zależy. Bardziej niż na sobie samych i kimkolwiek więcej. Nie zmusiłaś jej do niczego przecież. Nie prosiłaś o to. Zrobiła tak dlatego, że zależy jej na tobie. Ponieważ ufa Ci; wie że jej pomożesz. Dlatego, że jest podobna do Ciebie. Wierzy w swoje ideały i w Ciebie. Dlatego się zraniła. Nie odbieraj jej tego teraz; to nie twoja wina. Nawet nie jej. Może moja, bo tak Ciebie wychowałem. A może hrabiego, który nie potrafił zaakceptować tego, że jest jeszcze jakaś nadzieja. Nie musisz się z tym godzić; że taki jest świat. Ale... czasem trzeba zaakceptować to, jak działa. Bo inaczej nie dasz rady iść do przodu. Zmienić czegokolwiek. Masz swoją Liritien, prawda? Ufasz jej? Elfka sama sobie skinęła głową, pociągając noskiem i nawet na chwilę nie odrywając policzka od jej piersi. Ukołysana melodią, którą ledwie słyszała, a jednak jej takty zakradały się do jej myśli i serca. Bardziej niż komukolwiek. Wyszeptała bezgłośnie, czując jak przeraźliwe drżenie na moment zaciska się na jej ciele, odbierając w nim władze i czucie, poza mieszającym się ze sobą wrażeniem chłodu i ciepła. Każdym skrytym w innej osobie, a jednak tak bliskim, że prawie nie mogła ich ze rozdzielić. Więc skup się na tym. Nie myśl o niczym innym. Chociaż przez chwilę. Razem dacie sobie radę. Wiesz o tym. I nie płacz już. Obecność jego głosu powoli zatarła się w jej umyśle, jakby miała zniknąć do końca, a jednak echo ostatnich słów jej starego mistrza odbijało się pośród pustki jaka ją ogarnęła niczym uderzenie dzwonu.

-Przepraszam...ja...ja przepraszam...nie chciałam...-zaczęła dukać, niepewnie unosząc zasnute łzami, strachem, żalem i nadzieją oczy, które na równi zdawały się smutne i przerażone, co rozpalone i zapatrzone właśnie w nią, gdy prawie eteryczna elfka wtuliła się w nią jeszcze bardziej, drżąc z dziwnego zimna, jakie wypełniło jej pierś.-Wiem...ja... ja wiem...przepraszam.-mamrotała nie wiedząc nawet do końca po co, ani dlaczego, jakby miała nadzieję, że ona dostrzeże to; odbicie jej myśli, uczuć, wspomnień, obaw i wszystkiego co igrało teraz w elfiej duszyczce. Zrozumie je i...-Ja...ja nie chcę żeby...żeby ktokolwiek tobie... żeby Ci...-zadrżała i zacisnąwszy dłonie na jej ubraniu zakaszlała cicho, gdy podrażnione gardło przypomniało o sobie w najmniej stosownym momencie, tłumiąc niechciane słowa i myśli. Uspokoiwszy się troszkę, uśmiechnęła się do niej blado i nieśmiało, ledwie drgając kąciki.-To...to moja wina...nie...-westchnęła cicho, starając się zapanować nad własnym głosem i dziwnie rozbieganymi myślami.-Nie powinnam tak...tak zareagować. Przepraszam. Ja...ja nie wiem...znaczy...-uciekła spojrzeniem, mieniąc się lekko na pobladłym licu, wyraźnie skrępowana i zawstydzona, czując jak coś zaciska się na jej krtani, tłamsząc słowa, które w niej uwięzły. Każdą jedną zgłoskę. Lubię Ciebie. Bardziej niż powinnam...niż...niż mogę i... Zadrżała znów lekko, walcząc z samą sobą; by uciec od tych myśli, by powiedzieć coś. By... Chyba by nie być samą sobą.-Chyba...chyba zależy mi. Trochę...trochę bardzo-za bardzo. I...i ja...przepraszam.-nie dała rady, wydusiwszy z siebie ledwie parę porwanych sylab, zupełnie wyrwanych z kontekstu i pozbawionych sensu. Nie mogąc zrobić więcej, po prostu się do niej przytuliła, jakby odruchowo chcąc pokazać, że jej ufa; że nie jest zła. Nie potrafi być nawet zła; nie na nią. Widziała to też w jej oczach; krótki przebłysk, który...Ja...ja nie pozwolę. Nigdy więcej; nikomu. Zranić Ciebie. Nawet samej sobie i tobie. Westchnęła cicho, nucąc wraz z nią kolejne zgłoski kołysanki, jakby w nich miała nadzieję znaleźć ukojenie.

W końcu pozbierała się w sobie na tyle, by usiąść nieco bardziej składnie i prosto, wpatrując się nieśmiało w oczy Lori, jakby bała się, że ta zaraz ją odepchnie, albo potępi; jakkolwiek nie było to irracjonalnym i pozbawionym sensu uczuciem. Nie zrobisz tego. Ja...ja to wiem. Westchnęła cichutko, uśmiechając się do niej ciepło wciąż nieco drżącymi dłońmi odgarniając kosmyki włosów sprzed własnych oczu. Pozlepianych łzami, poplątanych ze sobą i nieco skołtunionych, a jednak wciąż pięknych, niczym żywy płomień zaklęty w jej migdałowych, nieco skośnych oczkach. Już... już jest dobrze, Liritien. Przepraszam. Ja...ja przepraszam. Odetchnęła głębiej i niepewnie sięgnęła dłonią do jej twarzy, odgarniając z niej brązową grzywkę. Chciała ją poczuć; dotyk jej skóry, jej żar i obecność. To jak między palcami przesuwają się jej włosy i... Cofnęła dłoń, zawstydzona i speszona, mimo wszystko uśmiechając się do niej nieco weselej, gdy otuliła się niezdarnie swym kubraczkiem, przyciskając do niej. Nawet troszkę nie przeszkadzała jej teraz pozycja, ani miejsce w którym siedziała, ocierając się o nią, prawie cała skryta w poetkowych ramionach.

-Trochę...trochę mi zimno.-Ostroucha mruknęła, jakby chciała wyjaśnić jej swoje zachowanie i przeprosić, po czym zaśmiała się ciut nerwowo, jakby opadło z niej trochę nerwów. Zachowuję się jak dziecko; mała dziewczynka, która zgubiła gdzieś rodziców. Potrząsnęła delikatnie czuprynką, rękawem ocierając kącik nosa. Będzie dobrze. Tak; tak będzie dobrze. Tak po prostu. Musi być.-Niedługo jedziemy prawda? Znaczy... znaczy do Verechiela. Pomóc jego córce i... Pojedziesz ze mną, prawda? Znaczy...znaczy pojedziesz?-zamruczała zerkając na nią, mieniąc się wszelkimi odcieniami różu i czerwieni, od koniuszków uszu, po krawędź wiotkiej szyi. Dlaczego w ogóle gadam takie rzeczy? Przecież to oczywiste i... Odetchnęła cicho, słysząc, czy czując jakiekolwiek potwierdzenie; rozluźniając się powoli i starając się zapomnieć o tym co się stało. Ranie, krwi, mrocznym namiocie i...Ziewnęła cicho, pocierając piekące ją teraz nieznośnie znaki na dłoniach. Nadal niedokończone. Ale...kiedyś dam radę. Obiecuję. Przymknęła na chwilę oczy, spokojna i ufna, jakby przy Lori nigdy nic nie mogło jej zagrozić.

-Wiesz...zawsze bardzo chciałam podróżować, a teraz...-zaczęła sobie mruczeć, niezbyt chcąc siedzieć w niezręcznej ciszy, jaka ogarniała je co i rusz. Znów gubiąc się w tym co powinna, co mogła a co chciała mówić.-...troszkę się boję. Kiepsko jeżdżę konno i... jak myślisz, daleko jest do jego, znaczy...majątku hrabiego? Hrabiego majątku? Znaczy...do tamtąd?-zerknęła nieco ku górze, wpatrując się okalające ją, kasztanowe pukle i oddychając nieco głębiej, upojona różanym zapałem. Ciekawe co zrobiłaby Płomyczek. Gdyby... gdyby była tutaj. Na moim miejscu. Skubnęła leciutko dolną wargę, starając się rozgrzać skostniałe palce, pocierając je od siebie i chuchając na nie lekko.-Był smutny, prawda?-zamruczała, wyraźnie myśląc o samym hrabim, choć aż czuć było, że wolałaby uciec od tego tematu, choć drażnił jej myśli.-Ale chyba trochę pod koniec...Sama nie wiem, ale myślę że robimy dobrze. I...i dziękuję.-westchnęła cichutko i dodała pospiesznie.-Tylko nie rób tak więcej! Znaczy... znaczy ja nie chcę...nie chciałabym...uhh...-potrząsnęła głową nieco zdezorientowana. Uspokój się; troszkę się tylko uspokój i będzie dobrze. Mruknęła do samej siebie w myślach, starając się oddychać nieco wolnej i głębiej.-Ja...ten...mogłabym ją zobaczyć? Znaczy...znaczy ranę-bliznę...twoją ranę? Robiłam to trochę na szybko i... tylko chciałabym zerknąć czy wszystko jest dobrze. Jeśli...jeśli nie masz nic przeciwko.-prawie nie zapadła się pod ziemię, gdy tylko to powiedziała, spięta i zawstydzona.

W końcu jednak chwyciła delikatnie podsunięte jej przedramię, odgarniając z niego nieco niezdarnie rękaw bardkowego odzienia, by przypatrzyć się blademu śladu, jaki ostał na jej delikatnej skórze. Nie wszystko w życiu można naprawić. Ale zawsze możesz postarać się, by uczynić z tego coś wyjątkowego i nauczyć się; czegoś o sobie i o innych. Sama sobie skinęła głową, na niesłyszalne słowa swego dawnego opiekuna, pocierając nieco bardziej śliską, wciąż jeszcze bardzo czułą i delikatną tkankę blizny opuszkami swych palców. Wszystko... wszystko powinno być dobrze. Ale i tak... Przymknęła lekko oczy, mrucząc zdałoby się przepełnione mistycyzmem słowa, które w rzeczywistości były prostą mantrą, pozwalającą skupić się i wyciszyć. Choć sama nie potrafiła się do tego przyznać, to tak naprawdę chciała znów ją poczuć; tuż przy sobie, tak blisko, jak nie mogła w prawdziwym świecie. Upewnić się, że...Nic nie zepsułam i wszystko jest dobrze. Sama powoli popadła w trans, uspokojona i wyciszona, odrywając się od klatki, jaką na co dzień stanowiło jej ciało, z lekkim oporem przenikając jaźnią jej skórę, ciało, mięśnie i kości. Zaglądając do niego i przepływając poprzez nie, niczym ciepła, delikatna fala. Samo wrażenie było bardzo, podobne, a zarazem troszkę inne, jakby za każdym razem do zaklęcia przesączała się część jej uczuć i intencji. Teraz już niczego nie naprawiała; nic nie robiła, nie była zła. Nie targały nią silne, czasem wręcz destruktywne emocje, a jedynie troska, niepewność i owo przyjemne, gnębiące ją, a zarazem uskrzydlające wrażenie, które bała się nazwać. Była przy niej; delikatna, krucha istotka, absolutnie odsłonięta, a zarazem ciepła i silniejsza niż się zdawała w swej powierzchowności. Muskała ją; zupełnie mimowolnie i nieświadomie zalewając umysł poetki potokiem wrażeń i niezrozumiałych dla niej myśli i uczuć. Pomieszanych i splątanych ze sobą, choć wszystkich co do jednego dobrych i ciepłych. Tiny była przy niej i nie starała się uciec; przerwać tej chwili, ani jej stłumić, wpatrując się spokojnie w oczy swej przyjaciółki, gdy lekko przytłumiony blask dobywał się ze znaków na elfich dłoniach, parząc delikatną skórę i czułe nerwy. Uprzednie uczucie błogości i senności teraz zdawało się daleko mniej dojmujące, balansując na przyjemnie intymnej, delikatnej granicy, gdy dwie dusze obracały się wokół siebie, na moment skryte w jednym ciele. Samo wrażenie jej obecności; tego co czuła i myślała... Nawet poetka miała problem dobrze oddać to słowami, choć przecież poznała już raz to wszystko. Każdy jeden przebłysk, jakby mogła ją pochwycić; ująć wszystko to, co tak przyciągało ją w elfce i skryć w sobie. Uchronić przed każdym złem i nieszczęściem, jakie mogło je spotkać. Przeprowadzić po ich wspólnej ścieżce, bez obawy że ucieknie, czy czegoś nie zrozumie. A jednak było to niczym sen. I jak każdy sen kiedyś musiało się skończyć, choć tym razem znacznie wolniej i delikatniej. Bardziej świadomie i... przez chwilę czuła iskierkę żalu. Odwzajemnionego smutku, jakby sama czarodziejka nie chciała jeszcze zrywać tej więzi. W ostatniej chwili, gdy jeszcze łączyła je ostatnia nic niemego porozumienia jej usta spoczęły właśnie na tym znamieniu; ciepłe i delikatne, wpiły się czule w krawędzi bladej blizny, zostawiając na nich lekko wilgotny ślad. W tym jednym, szczególnym momencie bardka czuła je na sobie, a zarazem postrzegała dokładnie to samo co elfka. Zapach własnej skóry; jej dotyk, posmak jaki zostawiała na jej ustach, a nawet żar, jaki budziło to w jej piersi. Ledwie przez uderzenie serca, a jednak mogłaby oddać duszę, za to, że właśnie wszystko to zaznała.

-Uhm... chyba...chyba wszystko dobrze. Znaczy...nie boli Ciebie, prawda? I nie zaśniesz zaraz ani nic?-mała uzdrowicielka przysunęła się do niej troszkę, z wyraźną troską spoglądając jej w oczy.-Wiesz...ja..ja jeszcze trochę się uczę. Znaczy... nie nauczyłam się wszystkiego i czasem...Nooo raz uśpiłam Młotka na prawie tydzień. To był wypadek i...-zarumieniła się milknąć, by po chwili zaśmiać się żywo i wesoło i wtulić policzek w jej pierś.-Chyba...chyba będzie dobrze. Tak myślę. I przepraszam, że został ślad. Starałam się, ale zawsze coś zostaje.-westchnęła cicho, zerkając na nią, z wesołymi iskierkami na nowo zakradającymi się do jej spojrzenia, gdy nieco smutku już się zeń ulotniło.

Wróć do „Sesje pozafabularne”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 13 użytkowników online :: 1 zarejestrowany, 0 ukrytych i 12 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Elten
Liczba postów: 52206
Liczba tematów: 2973
Liczba użytkowników: 1046
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Senti
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.