Początek końca

Miejsce, w którym każdy może wcielić się w rolę Mistrza Gry i poprowadzić wcześniej przygotowaną sesję umieszczoną w dowolnych realiach.
Awatar użytkownika
Anante
Posty: 187
Rejestracja: 30 gru 2013, 10:08
Lokalizacja postaci: Kamienica Patriotów
GG: 47821741
Karta Postaci: viewtopic.php?p=46352#46352

Początek końca

15 lip 2014, 18:31

Obrazek

Od wielu godzin drużynie towarzyszył jedynie stukot końskich kopyt, i przytłumione oddechy, wydobywające się wraz z obłoczkami pary ze spierzchniętych ust. Gdy prawie każdy zapomniał o karczmie i jej upiornym lokatorze, niebo za rozświetliła łuna, odbita w kłębach gęstego dymu. Można się było tego spodziewać. Staruszek pewnie pomyślał o wszystkim, w tym o tym, by pomioty nie mogły zbyt długo ucztować na jego stygnących zwłokach.

Pierwsze płatki śniegu opadały na drzewa przy drodze, a każdemu pozostało jedynie obcować ze swoimi myślami. Jeszcze tydzień temu, z różnych, znanych jedynie sobie przyczyn wsiedliście na statek, nie wiedząc nawet w co się pakujecie. Za wami zostawało słoneczne Orlais, ze swoimi uliczkami, cienkim winem i łatwymi panienkami, czekającymi w prawie każdym mieście na tych, których sakiewki wydawały słodki brzęk. Zmierzaliście do Fereldenu, gdzie nawet żarcie było podłe, jeśli wierzyć marynarzom, a oni raczej znali się na rzeczy. Rejs, zaskakująco spokojny jak na tą porę roku wywrócił wam wszystkim flaki na lewą stronę. Ponad dwa tygodnie siarczystych burz, gdy łupina statku smagana była lodowatym wichrem i falami wyższymi od niego samego. Nawet elf, który stał za sterem wyglądał na dziwnie zielonego. Mimo to jakoś udało się wam wytoczyć, gdy krypa przestała kołysać się, skrywszy się w ostatnim wolnym porcie Fereldenu. Wolnym, tylko z tej racji, że pomioty nie posiadały szkutników. Nie zagościliście tam jednak długo. Szara Strażniczka, niewiele bardziej rozmowna w tamtych dniach niż przeciętny hurlock przegoniła was przez najgorsze speluny, w poszukiwaniu kogoś dostatecznie szalonego, by popłynąć na ziemie objęte władaniem Plagi. Potem jeszcze tylko krótki rejs, w przeciekającej szalupie, wraz z zapasem mięsiwa niewiadomego pochodzenia i staruszkiem o zaskakująco ostrym uzębieniu, a mogliście poczuć pod stopami stały grunt.

Obrazek

Z zamyślenia wyrwało was basowe ujadanie. Pokryty czarnymi tatuażami mabari zrównał swój krok ze srokaczem, na którym jechała zakapturzona elfka, choć i co do tego mogliście mieć wątpliwości. Szara strażniczka, poza szpiczastymi uszami, wystającymi z otworów w kapturze, nie dzieliła ze swymi potencjalnymi pobratymcami zbyt wielu cech. Wystarczyło zerknąć Lirshel, by poznać różnice między elfką, a Szarą Strażniczką, która was prowadziła. Wojowniczce brakło wręcz filigranowo elfiej budowy. Nie była też w żadnym względzie stereotypem fereldeńskiej matrony, mając nie więcej niż dwadzieścia parę wiosen. Urody mogłaby pozazdrościć jej niejedna orlezjańska szlachcianka, ale raczej ponury nastój, który i wam zaczął się udzielać psuł nieco ten wizerunek. Zresztą ktoś najpierw musiałby odebrać jej włócznie przewieszoną przez plecy i mieć dosyć bigla, by zajrzeć pod zbroje.

Tymczasem nieliczne przydrożne drzewka zaczęły zagęszczać się, a na horyzoncie zamajaczyła puszcza. Parę niezdrowo wyglądających kruków, zerwało się z pobliskiego drzewa, odsłaniając niezbyt przyjemny widok. Najwidoczniej tutejsza ludność, w ogarniającym kraj szaleństwie wolała wybrać najprostszą drogę. W końcu sznurów i lin, nigdy nie brakło. Powoli przestawało to kogokolwiek dziwić. Jazda tu, była niczym podróż przez ogarnięty chora maligną umysł; jakby każdy krok odkrywał coraz nowe, bardziej spaczone wizje szaleństwa, które niosła ze sobą Plaga. Dzieci nabite na pale, w ofierze dla hordy, pozostałości krwawych rytuałów, których celów można się było jedynie domyślać, czy zwęglone resztki uchodźców, albo wzdęte już ciała, które pozostawiała za sobą fala bestii i poprzedzającej je anarchii. Przy tym, zwykłe wisielce zdawać się mogły czymś rażąco ludzkim i normalnym. Otwierająca pochód dziewczyna nawet nie odwróciła głowy, jakby celowo pomijając te kolejne świadectwo nędzy i rozpaczy. Nie było zresztą czasu na postój. Choć mróz zaczynał dawać się wszystkim we znaki, wyraźnie nie dotykał pokrywającego trakty błocka. Lepka, brązowawa substancja, zdawała się żyć własnym, podłym życiem spowalniając każdy krok.

Łatwo było stracić tutaj poczucie czasu. Wszystko zdawać by sie mogło, że wszystko wstrzymało dech w oczekiwaniu. Wtem dobiegł was przyjemny dla ucha, lekko chropowaty ale ewidentnie kobiecy głos.

W prawo. W zagajniku na wschód stąd powinniśmy móc przenocować.

Nie było sensu dyskutować. Bez tych krótkich rad i wskazówek, dawno pogubilibyście się w tym kraju. Stwórca jeden wiedział, czemu ktokolwiek chciał tu wcześniej żyć.
Nim dotarliście do "zagajnika na wschód od wisielców", słońce zdążyło skryć się za drzewami. Tego miejsca z pewnością nie obejmowała żadna mapa, a jednak jakoś do niego trafiliście. Gęste chaszcze, które dały się we znaki każdemu, kogo natura pobłogosławiła wzrostem wyższym od krasnoluda, zakrywały to miejsce, praktycznie odgradzając je od zewnętrznego świata. Zagajnik… dziewczyna musiała mieć poczucie humoru, nazywając tak tą plątaninę gałęzi i pajęczyn. Chyba tylko dobra wola Stwórcy, nie rzuciła nikomu pod nogi paru przerośniętych pająków, tak popularnych w tych okolicach. W końcu jednak wydostaliście sie z nich na niewielką polankę. Jej środek zajmowała stara, drewniana chata o podniszczonym dachu i zatrzaśniętych okiennicach. Opuszczona od paru lat, jak i samo to miejsce nie wyglądałaby zbyt zachęcająco, gdyby nie alternatywa spędzenia kolejnej nocy pod gołym niebem, w towarzystwie niepokojących dźwięków, rozchodzących się po nocy. Zardzewiały zamek w drzwiach puścił po paru porządniejszych kopniakach. Wnętrze niczym nie zaskakiwało. Stare skóry rozwieszone na ścianach i gruba warstwa kurzu pokrywająca podłogę, wraz z płótnem żaglowym, którym zakryto dwa łóżka, szafę i parę skrzyń. Jakby ktoś się stąd wyprowadził i zapomniał wrócić.

Nie czekając na was, szara strażniczka podeszłą do paleniska i wrzuciwszy do niego parę przygotowanych dawniej i mocno wyschniętych bierwion, zabrała sie za rozpalanie ognia. Konie stały spokojnie na zewnątrz skubiąc trawę, o ile nikt nie zapomniał uwiązać ich do kołka wbitego przed domkiem.

-Nie powinniśmy mieć problemów z pomiotami. -rzuciła kobieta, nie ściągnąwszy nawet kaptura, z którego wystawały tylko zaczerwienione koniuszki jej uszu– Nie ma żadnych w pobliżu, a w każdym razie ja żadnego nie wyczuwam. Podzielcie się łóżkami jak chcecie, ja mam swój śpiwór.
Powiedziawszy to sięgnęła po zapasy z torby, którą przyniosła ze sobą i usadowiwszy się na zakurzonym zydlu zaczęła spokojnie jeść.

//Kolejność na razie dowolna. Możecie gadać, gwałcić, czy co tam chcecie. Nie dziwić się moim randomowym postom jako NPC.
Awatar użytkownika
Anante
Posty: 187
Rejestracja: 30 gru 2013, 10:08
Lokalizacja postaci: Kamienica Patriotów
GG: 47821741
Karta Postaci: viewtopic.php?p=46352#46352

21 wrz 2015, 17:35

Viktor Vantu

-Nie przesadzaj, jeszcze nie zaproponowałem Ci maratonu wyuzdanego seksu, aż do chwili gdy wyssę z Ciebie siły życiowe. Zresztą... są pewne granice, których wolałbym za często nie przekraczać. Mam już trochę lat i...powiedzmy, że nauczyłem się szanować własne tendencje.-demon uśmiechnął się do niego, wplatając w swą wypowiedź na równi humorystyczną, co ostrzegawczą nutkę, jak gdyby wyraźnie chciał zaznaczyć, po raz pewnie już któryś, iż są tematy, o które lepiej by Viktor nie pytał, jeśli nie jest gotów zapłacić odpowiedniej ceny, za to, co ze sobą niosą.

-Haha! Zrewolucjonizowałbyś tym pracę urzędów w całym Thedas. Faktycznie, pomysł z którego można być dumnym. Szkoda że sam nie wpadłem na to parę stuleci temu.-zaśmiał się wraz z nim, nawet nie starając się ukryć dosyć szczerego jak na istotę z Pustki rozbawienia całą ideą.-Potem jeszcze mógłbyś wymyślić nieumarłych kucharzy z prawdziwego zdarzenia. Nagle włos w zupie mógłby pociągnąć za sobą nieco poważniejsze konsekwencje.-mrugnął doń porozumiewawczo, prawie po przyjacielsku, kręcąc przy tym energicznie okrytą płową czupryną głową.-Może próbować, ale wątpię by jeszcze była tak zachłanna, by spróbować przeciągnąć mnie na waszą stronę. Choć może...może...-zastukał palcami o blat stołu, spoglądając spokojnie na szachownicę, gdy apostata wykonywał swój ruch, zbijając jego pion, zdałoby się bez najmniejszych konsekwencji, czy problemów, aż w kolejnych pięciu ruchach demon doprowadził do sytuacji w której mag stracił prawie jedną trzecią swych sił. -Nie ma za co.-uśmiechnął się doń krzepiąco, dostrzegając błysk irytacji w oczach swego przeciwnika, na chwilę przed tym, jak cała wizja zapadła się w sobie, gdy ktoś postanowił wyrwać go ze snu.

Następnych parę dni upłynęło wielkiemu zaklinaczowi, na powtarzalnej monotonii wypełniania kolejnych meldunków, rozkazów i rozporządzeń, jakie każdego dnia zdawały się niczym wroga armia szturmować jego biurko. Niezależnie od tego, jak wiele z nich mogła na swe barki przejąć Livia, nie zdarzyło się nawet raz, by wcześniej niż o typowej dla siebie, późnowieczornej porze miał choćby cień szansy oderwać się od swej pracy. Jakby z każdym dniem, przybliżającym ich do granicy Orlais wprost proporcjonalnie wzrastała liczba problemów i wszelakiej maści mechanizmów regulujących funkcjonowanie społeczności, zwanej armią, jakie wymagały jego niezwłocznej uwagi. Zapasy, ruch wojsk, rozmieszczenie w kolumnie, spory między magami i nieliczne, ale jednak obecne pojedynki i zatargi zaprzątały jego głowę od rana do nocy, nie wspominając już o problemach z transportem kości, wyposażenia i odpowiednich zapasów, niezbędnych do kierowania armią nieumarłych. Ostatecznie w tym wszystkim siedzieli na dokładkę jeszcze templariusze i całkiem spora grupka nevarryjskiej szlachty, którą chcąc, czy nie chcąc musieli się zająć.

Nieco lepiej szło mu z poszukiwaniem "młodej i naiwnej dziewczyny". Zasób czarodziejek o odpowiednich zdolnościach i wieku odpowiadającym opisowi był raczej wąski na wyprawie wojennej, nie wspominając już o tym, jak niewiele z nich wykazywało jakiekolwiek realne zdolności ponad "przynieś, podaj, pozamiataj" dla swoich mentorów, którzy zdecydowanie bardziej niż edukacją ich, byli zainteresowani tym, co skrywają pod szatami. Nawet jeśli nie mógł osobiście przeszukać ich namiotów, a wysłanie templariuszy wywołałoby nadmiar zamieszania i zdecydowanie ostrzegłoby ewentualną ofiarę, to wciąż pozostawał jego wierny i zdecydowanie całkiem dyskretny, pierzasty towarzysz. Tak więc i dzięki niemu szybko zawęził swe poszukiwania do zalewie czwórki dziewcząt, wykazujących jakiekolwiek predyspozycje ku paraniu się podobnymi sprawkami, czy to z racji wrodzonej głupoty, czy też wybujałej ambicji. Co jednak najgorsze, czuł że w tym samym momencie zbłądził do reszty, zaszedłszy na totalne manowce, które nie doprowadzą go do niczego, prócz zrobienia z siebie pośmiewiska, przed czekającym nań każdego wieczoru Pyszkiem.

Sam demon zresztą nie zrobił się ani trochę mniej gadatliwy niż zwykle, choć wszelkie fakty jakimi się z nim dzielił, były tak mocno przecedzone przez sitko jego interesowności i samą dosyć paranoiczną osobowość odbiorcy, iż nie raz Viktor nie potrafił rozróżnić co jest prawdą, a co jedynie skrzętnie zastawioną pułapką, mającą sobie za cel połechtać jego poczucie dumy. Choćby i sama plotka o wykopaliskach prowadzonych w Jader. Choć jego rewelacje przyjęto jako jedną z możliwych opcji, nikt nie zdawał się traktować jej za poważnie, włącznie z samą Kassandrą, czemu zresztą trudno było się dziwić, gdy brakło choćby cienia dowodów na poparcie tej tezy. Z drugiej strony Anderfelski komtur z dnia na dzień stawał się coraz śmielszy w swych poczynaniach wobec nevarran, zaś spięcia między podwładnymi obu stron eskalowały coraz częściej, tak iż otwarty konflikt zdawać się zaczynał kwestią czasu. Z dobrych wieści zaś na balu Zimowym miała nie pojawić się Viviene, zajęta nadzorowaniem magów w stolicy i polityką Kręgów, smarując garnuszek Boskiej i Cesarzowej, pod nieuwagę wszystkich zainteresowanych, wykpiwszy się sobie tylko znanym sposobem od udziału w marszu. Nie była to nawet wieść nowa, czy szczególnie zaskakująca, acz do pewnego stopnia istotna wobec niektórych planów Vantu.

Znalezienie maga, czy raczej grupki magów która miałby towarzyszyć patrolom okazało się mniej kłopotliwe, niż przypuszczał, a paru co bardziej ambitnych ochotników, najwidoczniej nie obeznanych jeszcze z pracą w terenie zgłosiło się do tej pracy zupełnie dobrowolnie i bez specjalnego namawiania. Zaś, przy drobnej zachęcie i sugestii, były szanse na całkiem sprawnie działającą grupę, jeśli tylko bardziej doświadczeni w tropicielskim fachu podzieliliby się wiedzą z młodszymi kolegami, co wcale nie było takie proste, biorąc pod uwagę wszechobecne ambicje, pychę i niesnaski. Tak czy inaczej tą jedną sprawę załatwił prawie od ręki, mogąc skupić się na czymkolwiek innym, co w ciągu tych paru minut wolnych od pracy i snu zaprzątało jego myśli. Wtedy też właśnie młoda demonolog prawie sama wpadła mu w ręce...

To, że wpadł na jej trop można było spokojnie zrzucić na karb przypadku, czy raczej zwykłej złośliwości rzeczy (nie do końca) martwych, gdy jego kruk "zdziczał" na parę minut, a po odzyskaniu kontaktu odnalazł się w jednym z namiotów. Nie byłoby w tym nic ciekawego, gdyby nie fakt, że znajdowało się w nim zdecydowanie więcej raczej drogich i skomplikowanych przyrządów niż przy ostatniej wizycie, nie wspominając o całkiem sprawnie wyrysowanym i kompaktowym kręgu, używanym przy wszelakiej maści mniejszych, bądź większych rytuałów. Wciąż, nie byłoby w tym niczego podejrzanego, gdyby zza kotary nie wyłoniła się dosyć młoda, ciemnowłosa maginii i upewniwszy się, że nikt jej nie podgląda nie przystąpiła do pracy. Jakkolwiek w tym co robiła nie było wiele zdrożnego, tak samo skomplikowanie tkanych przez nią zaklęć i moc jaka była ku nim potrzebna daleko winny wykraczać ponad opinie jaką się szczyciła i zdolności, jakie zdawała się wykazywać na co dzień. Mówiąc krótko, obserwował właśnie kogoś, kto przerósł połowę młodszych zaklinaczy, których zatrudniał i na dodatek ukrywał to z jakichś sobie tylko znanych powodów. Wnioski nasuwały się w tym momencie same, choć samo przyglądanie się jej nie było wcale niewdzięcznym zajęciem, szczególnie gdy odtwarzała właśnie jeden z jego eksperymentów, nad którym tamta banda imbecyli głowiła się prawie od roku. Młoda dziewczyna, na swój sposób ładna, choć w dosyć przeciętny sposób, może i nie wyróżniała się specjalnie na tle swych rówieśniczek, to w parze z swymi raczej niepoślednimi zdolnościami mogłaby osiągnąć wiele, wcale nie unosząc co i rusz spódnicy. Problem w tym, że starczyły mu ledwie dwa dni by odkryć jak bardzo młódka nie radzi sobie w społeczeństwie, w zasadzie odciąwszy się od niego, by ukrywając się za plecami zdecydowanie pomniejszego i nieco już zdziecinniałego maga, którym się opiekowała (i który na całą wyprawę trafił chyba tylko przez wzgląd na stare, dobre czasy oraz zasób mocy, jaką ewentualnie mógł dostarczyć w trakcie rytuałów) prowadzić swoje badania. Jej nieporadność w nawet najprostszych sprawach miała zresztą pewien zabawny urok, zarazem rodząc pytanie: jakim cudem jeszcze nie udało się jej wpaść? I chyba odpowiedzią na nie była właśnie opinia o samej dziewczynie, jako niegroźnej, raczej wstydliwej i zahukanej adeptce, bez cienia realnych ambicji czy zdolności, w czym zresztą sama uparcie wszystkich utwierdzała. Tak czy inaczej tylko już od niego zależało kiedy doprowadzi z nią do konfrontacji i na jakich zasadach wykorzysta to, co już wiedział.

Awatar użytkownika
Darrian
Posty: 733
Rejestracja: 06 sty 2012, 20:04
Lokalizacja postaci: Oko i Powieka
GG: 10643412
Karta Postaci: viewtopic.php?p=21226#21226

21 wrz 2015, 19:33

Viktor nie był zaskoczony faktem, że nikt mu nie wierzył, ale oczekiwał choć śladowych głosów poparcia dla swojej propozycji a nie dostał od losu nawet tego. Cóż, przynajmniej jego siły będą miały w takim przypadku monopol na zajęcie się ewentualnym wykopem w Jader a sojuszników potraktuje satysfakcjonującym "a nie mówiłem". W sumie nawet jakby wszyscy uznali jego teorię za podstawę do planowania ofensywy nie zmieniłoby to zbyt wiele, więc może tak było lepiej dla niego, przynajmniej nie licząc faktu, że dodawało mu to kolejną rzecz, którą musiał sobie zaprzątać głowę. Myślałby kto, że armia składająca się z proporcjonalnie małego stadka magów i wagonów kości byłaby łatwa w zarządzaniu, ale niestety tak jak eliminowało to niektóre problemy to kilka nowych je całkiem sprawnie zastępowało. Przynajmniej Livia trochę go odciążyła w tych sprawach a i sama jej obecność wpływała pozytywnie na jego stan psychiczny.

Kruk nekromanty też miał pełne skrzydła roboty, porzucając szpiegowanie tajemniczej towarzyszki Tintaviel i skupiając się na śledzeniu młodych adeptek orbitujących z tych czy innych powodów przy wyższych rangą magach biorących udział w marszu. Gdyby ktoś powiedział to Livii bez kontekstu, trzeba byłoby w warunkach polowych urządzać wybierania nowego Wielkiego Zaklinacza. Tak czy inaczej, pomiędzy szpiegowaniem a przeglądaniem list i raportów, udało się mu zawęzić grono podejrzanych do czterech osób, na czym jednak na jakiś czas musiał się zatrzymać, nie mając po prostu czasu na śledzenie każdej z nich jednej po drugiej pomiędzy wszystkimi innymi obowiązkami i jeszcze pod nosem własnej żony, by ta się nie dowiedziała. Livia nie dałaby sobie powiedzieć, że ma zostawić mu sprawę i urządziłaby krucjatę wewnątrz krucjaty a Ashenreim natychmiast by to wykorzystał. Nie można było dolewać oliwy do ognia, który już sam z siebie powstawał pomiędzy Anderfelczykami a Nevarryjczykami, więc na jakiś czas trzeba było odłożyć poszukiwania.

Pomiędzy wszystkimi nieprzyjemnościami, przynajmniej udało się mu znaleźć magów chętnych do dołączenia do zwiadowców, teraz trzeba było się porozumieć z dowódcą tychże, by przeszkolić magów w podstawach wykonywania zwiadów i pewnie jednej czy dwóch innych sztuczkach, by nie przeszkadzali sobie nawzajem. Potem bardzo chętnie odda ich pod dowództwo zwiadowców, by zwolnić sobie choć trochę miejsca na biurku.

Innym pozytywnie zaskakującym obrotem sytuacji była informacja, że Vivienne nie stawi się na balu w stronę, którego cały marsz zmierzał. Trzeba będzie zapytać Livii czy w świetle tego będą trzymać się swojego planu wywołania skandalu roku (jeśli nie dekady), gdyż mimo wszystko to jej reputacja mogła ucierpieć na tym bardziej niż jego. Pytanie tylko, dlaczego Rogatka omijała marsz tak szerokim łukiem, acz przyczyn mogło być tyle, że nie dało się wybrać jakieś najbardziej prawdopodobnej.

Mimo migren wywoływanych pierdoleniem Ashenreima i zarządzaniem całym tym bajzlem zwanym Świętym Marszem, pojawiło się coś nie będącego jego małżonką, co wywołało uśmiech na twarzy Viktora. Mniej lub bardziej za sprawą zrządzenia losu udało mu się znaleźć dziewczynę, której szukał, tylko po to by po chwili obserwacji musieć zbierać szczękę z podłogi. Ta dziewczyna na jego oczach w polowych warunkach robiła rzeczy, które innym zaklinaczom nie wychodziły w laboratoriach ich kręgu! Uczucie dumy wypełniło Wielkiego Zaklinacza, kiedy obserwował rzekomą przywoływaczkę używającą jego technik w tak sprawny sposób i zdecydował, że trzeba ją mieć na oku.

Przez najbliższe dni śledził dziewczynę za pomocą swojego kruka, jednocześnie usiłując się dowiedzieć wszystkiego, czego się dało na jej temat. Kiedyś pewnie musiała się wyróżniać zanim zorientowała się, że zwraca to na nią za dużo uwagi, z czym sobie wyraźnie nie radziła. Jej absolutny brak zdolności w kwestii interakcji międzyludzkich był wręcz zabawny, ale nie było to nic, czego nie da się utemperować przez kilka najbliższych lat. Jeśli uda mu się nad nią zapanować i przekierować jej zainteresowanie demonami na bardziej.. akceptowalne sztuki magiczne to po wykształceniu u niej zdolności utrzymania kontaktu wzrokowego z rozmówcą, miał swojego następcę. Teraz tylko znaleźć czas, w którym będzie miał namiot tylko dla siebie i wezwać ją.

Awatar użytkownika
Lorain
Posty: 59
Rejestracja: 27 maja 2015, 00:32
GG: 44153208

22 wrz 2015, 23:48

Zależy Ci. Delikatny uśmiech wykrzywił mimowolnie usta poetki kiedy siedziała na posłaniu małej wielkiej zaklinaczki tuląc ją do siebie z całych sił, roztrzęsioną i szlochającą. Było jej przykro że doprowadziła ją do takiego stanu. Chociaż doskonale wiedziała że był to jedyny sposób aby przekonać Verechiela co do mocy Tintaviel, jedyny sposób aby powstrzymać go przed interwencją i skrzywdzeniem uzdrowicielki. Dać mu to czego chciał i powstrzymać przed interwencją mogącą zaszkodzić najjejszej Tiny. A jednak czuła w sobie żal do siebie samej że doprowadziła ją do takiego stanu. Roztrzęsiona elfka wtulała się w nią z siłą jakiej nie spodziewała się po tak filigranowej istotce kiedy tylko strach wyparł z jej jaźni złość i rozżalenie. Pozostawiając tylko ją. Drobną, przestraszoną dziewczynę która teraz właśnie szukała schronienia i spokoju w ramionach poetki. A jednak był w tym wszystkim cień uśmiechu który przebijał się nieśmiało przez żal poetki. Niczym pojedynczy promień słońca przebijający się przez ciężkie burzowe chmury. Zapowiadając tym samym że wszystko będzie dobrze. Zależy Ci Ramiona Bardki objęły mocniej drżące elfie ciało przyciskając ją do siebie pewniej i mocniej. Już się nie bój Tarien'amin. Już jest wszystko dobrze. Jestem z tobą i nigdzie się nie wybieram... I nikomu nie pozwolę cię zabrać. Uśmiechnąwszy się nieco pewniej pocałowała ją w czubek głowy i zaczęła nucić kołysankę kołysząc się przy tym lekko. Mogła wyglądać w tej chwili jakby chciała uspokoić dziecko ale nie obchodziło jej to. Jeśli Tiny tego potrzebowała to Lorain chciała to dla niej zrobić. A mała wielka zaklinaczka zdecydowanie potrzebowała w tej chwili jej samej, jak i spokoju który Lorain mogła jej zaoferować.

- Nie przepraszaj Tarien'amin – Powiedziała cichym głosem i przywołując na twarz ciepły, pełen troski uśmiech. Ujęła jej twarz delikatnie w dłonie. - To ja powinnam przeprosić. – Rzekła kiedy kciukami obu dłoni delikatnie otarła łzy z kącików Elfich oczu – A przynajmniej ostrzec o tym co zamierzam zrobić. Chociaż przyznać muszę że nie planowałam tego. – Westchnęła cicho z wciąż nie gasnącym na jej twarzy uśmiechem. Zamilkła i zapatrzyła się w jej płonące źrenice, słuchając każdego z jej słów, każdej pojedynczej z rwących się sylab tworzących chaotyczną całość która w umyśle poetki zamykała się w tych dwóch słowach: Zależy Ci. Wiedziała o tym, a przynajmniej domyślała się tego jeszcze zanim te słowa padły z ust ognistowłosej. Domyślała się że to głównie troska, wymieszana z tym nowym ciepłym uczuciem które wytworzyło się między nimi i każdego dnia zdawało się coraz bardziej przyciągać je do siebie. A jednak kiedy tylko te słowa padły z roztrzęsionych, bladych ust poetka zamarła. Wpatrywała się bez ruchu w płonące źrenice a w jej uszach wciąż pobrzmiewały słowa małej wielkiej zaklinaczki. chyba zależy mi. Trochę...trochę bardzo-za bardzo.Mi na tobie też Tarien. Bardzo, bardzo mi na tobie zależy. – wyszeptała cicho tuż nad elfim uchem przytulając do siebie Tintaviel i składając pocałunek na jej włosach.

Poetka zadrżała delikatnie kiedy chłodne powietrze owiało miejsce w którym elfi łzy zmoczyły jej koszulę. Lorain wciąż uśmiechała się spokojnie przyglądając się małej wielkiej zaklinaczce. Pozwalała jej ochłonąć. Dojść do siebie i uspokoić się i zebrać w sobie we własnym tempie. Nie popędzała jej. Nie było takiej potrzeby. Zamiast tego siedziała spokojnie trzymając ją na kolanach. Obejmując pewnie w pasie lewym ramieniem. Prawą dłoń uniosła i ostrożnie zaczęła pomagać jej odgarniać pozlepiane łzami ogniste pukle z twarzy co jakiś czas gładząc palcami policzek ognistowłosej i wciąż nie odrywając spojrzenia od jej oczu. - Teraz jest... idealnie. – Uśmiechnęła się szerzej na widok dłoni Tintaviel którą speszona uzdrowicielka cofnęła nagle kiedy tylko słowa poetki przerwały ciszę. - Nie sądzisz? – Spytała z uśmiechem ostrożnie ujmując dłoń elfki i przyciągając ją ku sobie. Ułożyła drżące, chłodne paluszki Tiny na swoim policzku po czym przymknąwszy uczy z wciąż rozmarzonym uśmiechem przekrzywiła lekko głowę wtulając twarz w dłoń płomiennookiej. - Idealnie. - Dodała ciszej. Pozwalając małej wielkiej zaklinaczce na powrót wtulić się w siebie.

- Zimno? Myślę że na to akurat... – Nim poetka dokończyła zdanie mocniej objęła Elfkę i bez ostrzeżenia okręciła się tak żeby razem z nią przewrócić się na bok na materac na którym siedziały. Nim jeszcze zdążył przeminąć tyleż samo rozbawiony co zaskoczony pisk małej wielkiej zaklinaczki Lorain drugą dłonią chwyciła pierzynę i narzuciła im na głowy. I tak też znieruchomiały. Razem, w ciemnościach wpatrując się w swoje oczy. Niemalże stykając się nosami, czując wzajemnie swoje oddechy, z nogami wystającymi spod pierzyny pod którą skryte były ich właścicielki. - Coś mogę zaradzić – dodała weselej i mrugnęła do Elfki okiem. - Tak, podejrzewam że niedługo jedziemy. – Poetka skinęła głowa na słowa Tintaviel wciąż się w nią wpatrując. - Co prawda wszystko zależy jeszcze od samego hrabiego ale... Akurat ze wszystkich on będzie miał najmniejszy problem z przekonaniem Lady Phentagast aby puściła nas przodem. – Tak. Bardka zdawała sobie sprawę z tego że Casandra nie będzie zachwycona tym pomysłem. Ale jak wszyscy inni ona też znała historię Verechiela i jego rodziny. I nawet ona nie mogła sobie pozwolić na stratę jego sił co poważnie mogłoby osłabić marsz. Rozsądniej będzie pozwolić hrabiemu podjąć kolejną próbę ratowania córki i wysłać kilku templariuszy do ochrony niż ryzykować utratę jego wojsk. Nawet wielka Inkwizytor musiała dopatrywać w takim podejściu do sprawy własnych korzyści. - Więc tak, niedługo wyruszymy. I nie martw się... – Wciąż leżąc pod kołdrą Lorain przyciągnęła do siebie małą wielką zaklinaczkę obejmując ją w pasie. - Nie odstąpię cię nawet na krok Tarien'amin. Przez cały czas będę przy tobie. O to nie musisz się obawiać. – Wpatrywała się w nią nie mogąc przestać się uśmiechać. Małą, zmęczoną i wystraszoną elfią czarodziejkę. Uzdrowicielkę i księżniczkę w jednej osobie. W najswojszą Elfkę która właśnie leżała przy niej z kołdrą na głowie, drobna, bezbronna i zmęczona. I wtulona w nią ufnie. Nie odstąpię cię nawet na krok Tarien'amin Pomyślała i uniósłszy ostrożnie dłoń Tintaviel ucałowała delikatnie symbole na jej dłoniach. - Opowiesz mi o nich kiedyś? – Spytała jeszcze.

- W prawdziwe podróże zabiorę cię kiedy już się stąd wyrwiemy. Jak skończy się cała ta wyprawa i wszystko. Pamiętaj że obiecałam Ci pokazać te wszystkie miejsca Tarien. A ja zwykłam dotrzymywać słowa. – Rzekła uśmiechając się szerzej. - Koniem się nie martw. Możesz pojechać razem ze mną na jednym koniu. W zasadzie to... – Poetka przygryzła na momencik wargę wpatrując się w płonące oczy Elfki. - Tak, – skinęła głową z powagą. - Jeśli niespodzianka ma zadziałać to nawet powinnaś pojechać ze mną. Więc... Mam nadzieję że uczynisz mi tę radość Arwena'amin i pozwolisz się powieźć na moim koniu. A... – Bardka zaśmiała się i przyłożyła palec do drobnych elfich ust które już się otwierały aby zadać pytanie. - Co to za niespodzianka dowiesz się kiedy przyjdzie czas. Aczkolwiek będę musiała porozmawiać z Kapitanem Xavierem żeby się zanadto nie denerwował. – Zaśmiała się. - Owszem był smutny. Hrabia Verechiel nie był złym człowiekiem. To żal uczynił z niego osobę którą widziałaś. Myślę że... Myślę że jeśli... Nie nie jeśli tylko kiedy, kiedy jego córka odzyska zdrowie uratujesz w ten sposób więcej niż tylko jedno życie Tarien. – Poetka skinęła lekko głową wpatrując się w Elfkę i przywołała na twarz uśmiech. Chciała ją spytać o niebezpieczeństwo. O owo tajemnicze zagrożenie o którym wspominał hrabia podczas ich spotkania. Ale nie było teraz na to miejsca i czasu. Nie chciała jej denerwować. Dość już tego wieczora ją straszyła. A jeśli czegoś mogła być pewna to tylko tego że teraz, wiedząc o tym że ta dziewczyna gdzieś tam jest i że ona jest w stanie jej pomóc, bardka nie wątpiła w to że Tintaviel już się nie cofnie. Nie teraz kiedy obiecała że jej pomoże. Na rozmowy o zagrożeniach przyjdzie więc jeszcze czas. Teraz były tutaj one same. I tylko to się liczyło. To i niesmiały chociaż ufny uśmiech małej wielkiej zaklinaczki która wpatrywała się w poetkę płonącymi oczyma kiedy ta tuliła ja do siebie. - Moją bliznę? Oczywiście. To ty jesteś uzdrowicielką. – Poetka podniosła się do pozycji siedzącej odrzucając na bok kołdrę po czym wybuchła niepowstrzymanym śmiechem na widok zmierzwionej wichury ognistych włosów na głowie Tiny, chociaż sprawę sobie zdawała z tego że i ona sama musiała wyglądać nie lepiej po tych kilku chwilach spędzonych pod pierzyną. W końcu jednak podała jej ramię i zamilkła zapatrzona z delikatnym uśmiechem wpatrując się w elfią księżniczkę.

Włosami zajmę się potem...Ledwie zdążyła to pomyśleć i odetchnęła głośniej przymykając oczy. Po raz kolejny ją czuła. Jej jaźń, świadomość, uczucia. Czuła mała wielką zaklinaczkę której duch... był w niej. Badał ją, oglądał. A ona postanowiła nie zamykac się przed nim. Zostawiając otwarte wszystkie drzwi które skrzętnie zamknęła by przed każdym innym chowając za nimi swoje prawdziwe ja. Bo nigdy nie powinieneś odkrywać swych słabości przed nieznajomym który może okazać się wrogiem. Ale nie ona. Przed nią Lorain nie musiała ukrywać niczego. Skupiła się na niej. Na tej małej istotce która ją wypełniała. Na tym cieple które od niej biło starając się posłać wszystko to co miała w sobie dla niej. Zwłaszcza to ciepłe uczucie które zdawało się wypełniać ją kiedy tylko czuła Tintaviel przy sobie. Uczucie które przyciągało je ku sobie i zdawało się wiązać razem na przekór wszystkiemu. Esencja pradawnej magii... Tak... To uczucie było jej esencją i poetka czuła jak ta w tej chwili ją przepełniała.

- Spać? Nieee... – Zaśmiała się pokręciwszy głową po czym objąwszy delikatnie Tiny za ramie przewróciła się na łóżko ciągnąc mała wielką zaklinaczkę za sobą. - Ale, jest pewien mały efekt badania. - Przez moment poetka wpatrywała się w Tintaviel uśmiechając się pod nosem. - Nabrałam nagle wielkiej ochoty na truskawki Tarien'amin – to rzekłszy mrugnęła okiem do Elfki i pokazała jej język na powrót obejmując małą wielką zaklinaczkę w pasie i przyciągając do siebie.

Awatar użytkownika
Anante
Posty: 187
Rejestracja: 30 gru 2013, 10:08
Lokalizacja postaci: Kamienica Patriotów
GG: 47821741
Karta Postaci: viewtopic.php?p=46352#46352

23 wrz 2015, 14:33

Lorain

Mi na tobie też Tarien. Bardzo, bardzo mi na tobie zależy. Na ledwie parę uderzeń serca Tiny zamarła, słysząc te słowa. Czując, jak ciepły, delikatny dech otula jedno z jej szpiczastych uszu, drażniąc skryte pod czułą skórą nerwy, gdy te odskoczyło zabawnie, próbując schować się pośród płomiennej fali, jaką okrywała je elfia czupryna. Drżała leciutko, zapatrzona w nią zapłakanymi, rozpalonymi strachem i nadzieją oczyma, w których wnętrzu tliła się owa niezwykła, pełna ciepła iskierka, coraz częściej pochłaniająca wszystko inne. Dwa złociste i lekko skośne migdały, przesłonięte kurtyną długich rzęs i pozlepianych ze sobą łzami włosów, odbijały w sobie wszelkie jej myśli i emocje. Nic nie skrywały; nie potrafiły wręcz ukryć czegokolwiek, niczym otwarta przed poetką księga. Brama, przez którą można było zajrzeć do jej duszy, w której skryło się równie wiele siły i odwagi, co obaw i niepewności. Małej, delikatnej i... Mnie; mnie też na tobie zależy. Bardziej niż na kimkolwiek innym. Krótka myśl zabłysła ledwie na ułamek sekundy, zatańczywszy w jej spojrzeniu, nim mała czarodziejka wtuliła się mocniej w swoją przyjaciółkę, wiedziona potrzebą bliskości; zaznania ciepła. Zyskania pewności, że nic jej nie jest; że nie zniknęła, że cały czas tu jest i... Nie chcę żeby ktokolwiek Ciebie krzywdził. Nikt...nawet...nawet ja i ty. Chciała mieć ją przy sobie; czuć jej obecność, dotyk i zapach, jak gdyby ta drobna, kasztanowłosa osoba, o której istnieniu jeszcze niedawno nie miała bladego pojęcia nagle stała się jej niezbędna do życia. Droga i bezcenna, jak nikt inny. Chciała...Chciałabym spróbować z tobą truskawek. Kiedyś... spłoszona własnym pomysłem, zarumieniła się lekko, poprzez łzy, które coraz rzadziej i wolniej spływały po bladych polikach, wtulając policzek w pierś pieśniarki. Zasłuchana w pieśń, jaką śpiewało jej serce i oddech; czując jak jej własne powolutku uspokaja się i zlewa z nim, aż biły jednym, cichym i spokojnym rytmem, niczym jedno naczynie mieszczące w sobie dwie dusze.

Powolutku opadały z niej wszystkie emocje. Strach, nienawiść, złość i frustracja ustępowały miejsca nieco obcej i pełnej chłodu pustce, gdy zmęczenie jakie ze sobą przyniosły brało górę nad jej świadomością i ciałem. Była wymęczona; zmizerowana nadmiarem wrażeń i myśli, wtulając się w drugą dziewczynę na ile tylko mogła. Nie bacząc na to, jak dziecinnie to może wyglądać; jak bardzo nielogiczne i krępujące może być jej własne zachowanie, ani cokolwiek innego. Potrzebowała tego; całą sobą, bez żadnych "ale" i uwag. Być przy niej, czuć ją przy sobie. Doznawać wszystkiego tego, co młoda orlesjanka wniosła z sobą w jej życie, wraz z całym zamętem jaki w nim poczyniła. Nadzieję, szczęście i poczucie bezpieczeństwa. Owo dziwne, zupełnie nowe i niezrozumiałe dla niej, a jednak tak niezwykle silne i ciepłe uczucie, które wypełniało jej myśli i pierś, gdy tylko znalazła się bliżej swej towarzyszki. Nieme, nieokreślone pragnienie, by móc ją przytulić, dotknąć, znaleźć się bliżej i...Teraz jest... idealnie, nie sądzisz? Znów zabrakło jej sił, by choćby drgnąć, gdy pobladłe, lekko rozwarte usteczka zamarły w pół słowa, ledwie dając ujść stłamszonemu oddechowi, który wypełniał wątłą pierś ostrouchej. Gdy tylko czuła na swej skórze jej palce, delikatnie odgarniające skołtunione i wilgotne włosy, a w końcu chwytające jej własną dłoń, która uciekła speszona od bardkowej twarzy; przyciskając drobne, zwiotczałe i nieco bezwładne paluszki do jej powierzchni, bardziej przypominające teraz małe sopelki lodu niż żywe ciało. Mała uzdrowicielka czuła, jak intensywny, ciepły rumieniec wykwita na jej twarzy, gdy rozszerzone zaskoczeniem i skrępowaniem oczy, błądziły po uśmiechniętym licu jej towarzyszki. Kiedy mimowolny błysk szczęścia wykwitał w jej własnym spojrzeniu, na nowo rozpalając i rozjaśniając nieśmiałe, zlęknione oczy. Czuła ją; ciepło jej ciało, delikatną, prawie że aksamitną fakturę skóry i każde poruszenie skrytych pod nią mięśni. Jej zapach, dotyk... wszystko to i coś jeszcze. Coś, przez co jej własne serce na przekór wszystkiemu biło nieco szybciej, pewniej i weselej, a zarazem nieco niespokojnie. Przez co oddech zdawał się więznąć w jej piersi, a rumieniec zalewał blade lico i koniuszki uszu. Czuła ją i... Chcę ją przytulić. Tak... tak po prostu. Starczył sam impuls; pozbawione słów wyobrażenie, by wpiła się całą sobą w drugą dziewczynę. Czule i delikatnie, szukając u niej tego wszystkiego, czego znów jej samej zbrakło. Pewności, spokoju, bezpieczeństwa i... tej jednej, szczególnej iskierki. Jakby chciała dostrzec ją i u niej. Na równi bała się tego co pragnęła, a jednak... Tak jest idealnie. Właśnie...właśnie tak. Odetchnęła spokojniej, przymykając oczy; czując jej oddech we własnych włosach i własną dłoń, wciąż lekko ujmującą jej lico, jakby bała się, że to gdzieś zniknie.

Nim dane jej było choć trochę oprzytomnieć i odnaleźć się w tym co się z nią samą działo, Lori pociągnęła płomiennowłosą elfkę na posłanie, wyrywając zaskoczony, podszyty iskierką strachu i radości pisk z jej drobnych ust, gdy razem opadły na posłanie, wciąż nie mniej wtulone w siebie, niźli chwilę temu, jakby mała czarodziejka bardziej niż upadku bała się tego, że coś może je rozdzielić. Przez chwilkę czuła tylko jak filigranowe dłonie ciut mocniej zaciskają się na jej plecach i talii, lekko szarpiąc poły jej sukni i koszuli, a delikatne ciałko wpija się w nią troszkę bardziej, nim jeszcze ciepła i dosyć ciężka pierzyna opadłą na ich głowy, skrywając dwie pannice przed otaczającym je światem. Były tu razem; tylko one dwie, pośród ciemności, jakie nastały; prawie nie stykając się zaróżowionymi noskami, gdy przesycone ich wspólną wonią oddechy, otulały ich twarze, niczym czuły pocałunek. Zapatrzone we własne, roześmiane oczy uśmiechając się do siebie, nieco mniej lub bardziej śmiele. Poetka czuła, jak powolutku spięte do tej pory niczym struna mięśnie jej małej partnerki, zaczynają się rozluźniać, gdy tylko cichutki, nieco nieśmiały i raczej niepewny chichot uszedł z tinowych ust, tuż przed tym, jak przyjemnie ciepłe i delikatne wargi musnęły koniuszek jej noska, ostawiając na nim wilgotny ślad.

-Myślisz...myślisz, że się zgodzi? Znaczy... znaczy pani Kassandra? Że...że ona...-westchnęła cichutko, uciekając na moment spojrzeniem, gdy przynajmniej na chwilę płomiennooka elfka spróbowała pochwycić wszelkie rozbiegane myśli, kotłujące się pod swą czupryną i upleść z nich jedno sensowne zdanie.-Uhh... to...to chyba dobrze, prawda? Znaczy... nie ma się czym martwić i...hmm...-Tiny zagryzła leciutko dolną wargę, co zresztą ostatnimi czasy robiła zdecydowanie zbyt często, tak, że teraz pozostawały jej na niej już nieco nieładne ślady, w postaci ranek i strupków. Nim jednak znów zdążyła zagubić się i zakotłować we własnych domysłach, obawach i całym rozbieganym na wszelkie strony światku własnego umysłu, bardka pochwyciła ja pewniej w pasie, przyciągając i przytulając do siebie, jakby już prawie instynktownie wiedziała czego akurat potrzebuje mała-wielka zaklinaczka. Przez chwilkę czarodziejka zdawała się nieco speszona i spięta, nim jeszcze z malutkim opóźnieniem dotarło do niej to co się stało. W końcu sama, z bladym uśmieszkiem i nieco mocniejszym rumieńcem umościła się wygodniej na poetce, wsłuchując w jej słowa i głos. Wpatrując się w swoją przyjaciółkę; bardkę i kronikarkę w jednej osobie. Liritien i Truskawkę; najswojszą Lori, w którą mogła wtulić się, bez cienia strachu i obawy, czy skrępowania, nawet jeśli te raz za razem lubiły wracać nieproszone, w którejś chwili. -Ja...ja wiem. Trochę...trochę trudno mi przy tobie się bać...za bardzo.-wyszeptała, nie zauważywszy nawet gdy jej własne myśli przelały się na cichutki szept. Była zmęczona; trochę za bardzo przejęta tym wszystkim, zestresowana i wystraszona, by móc dalej się martwić. Na razie potrzebowała po prostu jej i niczego więcej. Spokoju, pewności i...Nie zostawię Ciebie, vanima. Ja...ja obiecuję. Wymamrotała sobie cichutko w myślach, czując jak palce poetki ujmują jej dłoń, rozcierając piekące nieprzyjemnie ślady, jakie okrywały jej wierzch; nie bojąc się złapać jej tam, gdzie bladą skórę wciąż okrywały zestarzałe blizny po poparzeniach, ani po prostu ująć całą sobą i skryć, by dać im troszkę ciepła. Rozgrzać skostniałe palce i delikatne łapki, pobudzając iskierkę rumieńca na licu czarodziejki.

-Chętnie. Jeśli tylko będziesz chciała, to ja...-ledwie nie ugryzła się w język, czując jak coś nieprzyjemnie uciska przez chwilę jej pierś, nim jeszcze ostatnich parę zgłosek wyrwało się prawie że w panice spomiędzy jej ust. -Ja opowiem Ci o wszystkim. Wszystkim co będziesz chciała...jeśli...jeśli tylko chcesz.-Westchnęła cichutko, jakby na przekór wszystkiemu, czując cień ulgi, jak gdyby w końcu wyrzuciła z siebie coś, co od jakiegoś już czasu leżało jej na sercu. Ja...ja chcę Ciebie poznać. Tak bardzo jak mi pozwolisz i... Chcę żebyś wiedziała o mnie to co chcesz. Nawet jeśli to trochę nieprzyjemne, to... Sama spojrzała w stronę wyblakłych tatuaży okrywających swe dłonie i uśmiechnęła się na równi gorzko, co czule, wtulając policzek w dłoń poetki. To akurat one nie są złe. Może nie dobre, ale kiedyś takie będą. Obiecałam. Odetchnęła spokojniej i zaśmiała się wesoło, ciut wygodniej układając się na zielonookiej.- Ja... ja pamiętam. I wierzę, że tak zrobisz. Pojadę z tobą gdziekolwiek zechcesz, ale... -Tiny skubnęła leciutko kącik własnych ust i skrzywiła się delikatnie, gdy cień bólu zabłysł w jej umyśle.- Ty też tam będziesz zgoda?-mrugnęła do niej wesoło, wyraźnie już spokojniejsza i weselsza niż jeszcze jakiś czas temu.

-Mogę? Z tobą? Ale...-zamilkła, wpijając w nią nieco zaskoczone i zdezorientowane spojrzenie, gdy wyobrażenie owej chwili wykwitło pośród jej myśli, płoniąc elfie lico odcieniami różu i czerwieni, zarazem przyjemnie rozgrzewając jej skórę, gdy była tak blisko niej. -Nies...-nie dokończyła nawet, czując jak palec poetki delikatnie naciska na jej wargi, tłumiąc całe pytanie w zarodku, gdy tylko zrodziło się w umyśle małej-wielkiej zaklinaczki. Niespodzianka? Ale...jaka? Dlaczego? Przez chwilę dziesiątki domysłów zakotłowały się pod jej czuprynką, nim z nieśmiałym uśmiechem skinęła lekko głową swej przyjaciółce. Skoro tak mówisz. Uśmiechnęła się lekko do swej przyjaciółki, nie potrafiąc oderwać oczu, od szmaragdowych toni zaklętych w jej licu.-W takim... w takim razie na pewno jedziemy razem.-mruknęła, wtulając się w nią ufnie, jak gdyby nigdy nic, choć jeszcze przez dłuższą chwilę nie potrafiła wyprzeć ze swych myśli domysłów na temat tego, czym mogła być owa niespodzianka, ciesząc się uśmiechem i szczęściem kasztanowłosej panienki.

-Nie, nie był zły.-mruknęła cichutko, jakby powtarzając za bardką; poważniejąc na krótką chwilę, gdy wspomnienie hrabiego wróciło przed jej oczy, ożywione wyobraźnią i aż nazbyt żywymi, pełnymi barw i wyrazistości wspomnieniami. Podszytymi strachem, obawą i złością, gdy wciąż przesycały je świeże myśli i uczucia. To żal uczynił z niego osobę którą widziałaś. Mimowolnie skinęła głową na jej słowa, przymykając na moment oczy i skrywając się w ramionach Lorain. Widziała go; wyzutą z emocji, bladą twarz, pooraną bliznami. Lodowate oczy, kogoś kto... On nie umarł. Tylko zagubił się; tak bardzo zboczył ze swojej dawnej ścieżki, że nie widzi na niej już żadnego światła, jedynie ciemność. Tylko... widziała to; w jego spojrzeniu, gdy wciąż wściekła wyrwała się z odpychającej matni, w jaką przemienił się dla niej namiot możnego. Wątłą iskrę w jego spojrzeniu; ledwie blade wspomnienie tego, czym była dawniej, a jednak...-Ja...ja chciałabym, żeby tak było. Tak... tak jak mówisz.-westchnęła, drżąc lekko i przyciskając się do niej trochę bardziej, gdy skra nieprzyjemnego chłodu znów zakradła się do jej drobnego ciała, przenikając mięśnie i kości, aż do samego serca. Damy sobie radę. Razem... razem jakoś damy sobie radę. Odetchnęła głębiej i przymknęła mocniej oczy. Chciała ją jakoś uspokoić; pokazać Lorain, że nie musi się o nią bać, że da sobie radę, gdy tylko wyczuła w niej to; niepokój i troskę, skryte za troską, spokojem i ciepłem, ale jednak obecne. W spojrzeniu, gestach i słowach. Chciała i... nie mogła. Nie potrafiła kłamać i świetnie o tym wiedziała. Nawet gdy było to jej potrzebne; gdy musiała i w rzadkich wypadkach chciała, to... po prostu tego nie potrafiła. Nie chciała oszukiwać; nie ją. Więc... mogła tylko powiedzieć jej o tym, co tak naprawdę jej grozi. Co może się stać, żeby... Nie chcę. Nie dziś i nie teraz. Potem...obiecuję. Ja...ja obiecuję, że powiem Ci to wszystko. Ale nie dziś. Drobne dłonie zacisnęły się nieco mocniej na talii poetki, gdy niespecjalnie spokojniejsza elfka wtuliła się w nią całą sobą.

Przez chwilkę jeszcze Tintaviel leżała na posłaniu, z dołu wpatrując się w stóg kasztanowego siana jaki wykwitł na głowie Lorain, nim jeszcze wybuchła czystym, absolutnie wesołym i niczym nie skrępowanym śmiechem, zwijając się w malutki, rozchichotany kłębek zielonych szatek, czerwonawych włosów i samej, bledziutkiej i drobnej dziewczyny, która nie potrafiła zapanować nad sobą, śmiejąc się do rozpuku. Śliczna; moja Liritien taka śliczna. Nie potrafiła zapanować nad sobą choćby na chwilkę, przysiadając w końcu i wsparłszy się o nią nieco, chwytając delikatnie jej przedramię; z wesołym błyskiem zapatrując się w jej oczy, gdy blade usteczka same układały się w cień uśmiechu. Potem...potem się nimi zajmę. Odetchnęła spokojniej i poczęła szeptać słowa swej mantry...

Mała znów pisnęła cichutko, czując jak poetka ciągnie ją z powrotem na posłanie, tym razem jednak zaśmiała się wesoło, bez większego skrępowania przysuwając się do niej nieco bliżej, zapatrzona w jej oczy. Znów było jej dobrze; gdzieś zniknął na moment smutek i niepewność, pozostawiając tylko je dwie. Zapatrzone w siebie i uśmiechnięte. Szczęśliwe, właśnie dlatego, że są; że mogą być razem. Zwykle bladą, prawie że alabastrową skórę jej lica zdobił teraz przyjemny, wesoły rumieniec, zakradający się na jej okraszone dołeczkami policzki i rozedrgane uszka, coraz bardziej upodabniając je do zwichrowanej, płomiennej czupryny, mieniącej się każdym odcieniem czerwieni, miedzi i rudości, jaki tylko można było sobie zamarzyć. I wtem, gdy wszystko zdawało się w końcu układać i wskakiwać na swe normalne tory, cały świat uciekł spod jej nóg, ponieważ... Sama ją czuła; nieokreślone, nieme pragnienie by spróbować. Skraść jedną truskawkę tylko dla siebie, a potem podzielić się nią. Posmakować jej i poczuć razem z nią, tak długo jak...Nie mogę, nie chcę! Ja...to moja przyjaciółka...nie mogę...nie jestem... Zadrżała, wyraźnie speszona, prawie że zlękniona i bez reszty spięta i zawstydzona, gdy całe jej lico prawie że dosłownie zapłonęło różem i intensywną czerwienią, rozlewającą się na jej uszy i szyję, aż po krawędź lekko zarysowanego biustu, skrytego pod krawędzią sukni. -Sobą. Chcę...- jej usta poruszyły się bezgłośnie w takt tych słów, gdy elfka, wyraźnie zagubiona w samej sobie i tym co czuła; co myślała i czego pragnęła, nieśmiało wtuliła się w Lorain, uciekając na bok spojrzeniem, w którym przez uderzenie serca odbiło się wszystko to, czego tak się obawiała. Gdy na ustach wciąż uparcie czuła ich smak; przyjemnie słodki, delikatny i ciepły, niczym...Nie chcę o tym myśleć! Czuć... nie teraz...nie chcę... Miotała się w samej sobie, nie potrafiąc już do końca skryć się za potrzaskanymi murami. Wyprzeć z siebie to przekorne, błogie ciepło, które tak dotkliwie plątało się pomiędzy pełen wstydu i skrępowania strach, jaki ogarniał ja za każdym razem, gdy tylko wracały do niej te proste słowa. Truksawki. Ja...ja nie mogę... Zacisnęła kurczowo powieki, czując jak coś nieprzyjemnie ściska się w jej krtani i sercu, prawie tak, jak gdyby zaraz miało pęknąć. Szkoda tylko, że przy niej nie potrafiła zbyt długo się bać; nawet samej siebie i własnych uczuć.

Leżały więc tak razem, wtulone w siebie i zapatrzone we własne oczy, gdy mała-wielka zaklinaczka w końcu przemogła się w sobie i uniosła onieśmielone, prawie że spłoszone spojrzenie, wpijając je w twarz swej przyjaciółki. Śledząc każdą ryskę i przebłysk, jaki odbijał się na jej powierzchni, bojąc się tego, co ta mogła dostrzec w niej samej. Aż w końcu i to minęło, ostawiając podszyty nutką niepewności i lekkiego skrępowania spokój, w którym pobłyskiwała iskierka szczęścia i beztroski, gdy delikatny rumieniec wciąż tańczył na przyozdobionym przyjemnie ciepłym i czułym uśmieszkiem licu niepozornej uzdrowicielki. Było jej dobrze, gdy przyjemne ciepło i nieco obezwładniająca błogość rozchodziły się powolutku po jej wymęczonym wrażeniami całego wieczora ciele, wciąż jeszcze okrytym ciepłym ubraniem i skrawkiem pierzyny; tak bardzo wtulonym w zielonooką poetkę, iż nie zwracała uwagi na chłód, czy nieprzyjemne podmuchy niosące od krawędzi namiotu, gdy tylko ich dotyk drażnił jej skórę, szczypiąc ją igiełkami chłodu. Czuła się chciana; bezpieczna i zwyczajnie szczęśliwa w jej ramionach, jakby nie musiała przy niej niczego się bać, niczym martwić i sama chciała odwzajemnić się jej tym samym. Choćby skrawkiem tego co dostawała, mogąc przytulić się do niej i schować przed całym światem. Tiny nie spostrzegła nawet, gdy jej własne usta zaczęły układać się w mrukliwe zgłoski starej kołysanki, którą nucił jej mistrz, późnymi, zimnymi wieczorami, by po chwili wypuścić spomiędzy siebie pierwsze, niepewne słowa. Śpiewała jej, cichym, prawie niemym szeptem, o morzu słońca i bezmiarze pustyni. Śpiewie ptaków, skrytych pośród niedostępnych szczytów i barwnych niczym bajka oaz. O wolności, o której jej lud zapomniał już tak dawno temu, iż stała się ona ledwie baśnią, opowiadaną szeptem pośród ich warownych miast i wydartych Pladze przyczółków. Opowiadała jej o krainie na równi pięknej, co niedostępnej i groźnej, a jednak... niosącej ze sobą niemą obietnicę; sen, o tym, co zatracili w sobie ludzie.

Prędzej czy później jednak, wszystko miało swój kres, nawet jej piosenka. Była już późna noc i nie wiedzieć kiedy przypomniana przez nie północ umknęła uwadze dwójce zapatrzonych w siebie istotek, skrytych pod błękitnymi ścianami anderfelskiego namiotu. W końcu któraś z nich musiała wstać i przynajmniej na moment przerwać ową cudowną chwilę, choć zmizerowane mięśnie i zbolałe serce, zdawały się krzyczeć by tego nie robiła. Zaraz... zaraz wrócę. Tylko się umyję i przebiorę. Obiecuję. Echo elfich słów wciąż odbijało się w umyśle poetki, gdy drobna, niepozorna postać zniknęła za półprzezroczystą kotarką, przegradzającą część namiotu służącą im za łazienkę. Nie musiała nawet specjalnie wytężać wzorku, by móc dostrzec skryty za nią cień ostrouchej, niezdarnie ściągającej z siebie ubrania i wsuwającej się do miski z niekoniecznie już ciepłą wodą. Tak jak i nie mogła pozbyć się wrażenia, że sama Tiny spogląda teraz w jej stronę, jakby bała się, że zarys jej postaci, zniknie z jej małego światka, gdy tylko spuści z niej oko. Dziwne, nieokreślone wrażenia drażniło elfi umysł, gdy nagle czegoś zaczęło jej brakować. Ciepłego, delikatnego i bliskiego. Pewnego, jak nic innego, co do tej pory znała i... Elfka prawie nie wypuściła ręcznika którym się wycierała, czując jak lodowaty podmuch otula jej nagie ciało, szczypiąc wciąż jeszcze wilgotną, odsłoniętą skórę. Jest tam. Wciąż... wciąż tam jest. Potrząsnęła nieco nerwowo kosmatą czupryną, nie potrafiąc się do końca uspokoić. Jakby wciąż i wciąż, jakaś uporczywa, nieznośna myśl drażniła jej umysł. Zasnąć... znów samemu i nie czuć... Nie mogę... przecież... przecież nie mogę tego powiedzieć. Że chcę... że...ja nie chcę, żebyś myślała...żebyś. Zacisnęła pobladłe dłonie w drobne piąstki, niepewnie wychylając się zza krawędź parawanu, gdy w końcu cieniutka, nocna koszula okryła jej plecy, prawie nijak nie chroniąc jej przed chłodem czy spojrzeniem. Starała się uśmiechnąć; dać jakoś znak, że jest spokojna i wszystko jest dobrze, ale... nie wyszło jej to; nie do końca, gdy została sama, na własnym posłaniu, wpatrując się jeszcze przez chwilę w parawan, za którym zniknęła Lori. Nie wiedząc co zrobić, ani jak się zachować, gdy dręczyło ją poczucie pustki. Brakowało jej, jej obecności; ciepła, dotyku i bicia serca. Cichego rytmu jej oddechu i delikatnych pomruków, jakie czasem w środku nocny dobywały się z poetkowej krtani, gdy zasłuchana w ciemność czarodziejka nie mogła zasnąć. Tego wszystkiego, co stanowiło o jej obecności; tuż przy niej. A zarazem bała się; zupełnie irracjonalnie i bez potrzeby bała się jej odmowy; tego co mogła poczuć, pomyśleć. Jak się zachować. Tysiąca i jeden złych wariantów i wyobrażeń, jakie rysowała jej wyobraźnia aż...Nie dam rady...ja...ja nie mogę zasnąć sama. Przymknęła oczy, upadając na wznak pośród skołtunionej pościeli zaściełającej jej posłanie, nie potrafiąc podjąć decyzji; wymyślić czegokolwiek, co mogłoby jej pomóc i...

W końcu posłyszała jej kroki; cichutkie plaśnięcia wilgotnych stóp, muskających lodowatą posadzkę, a w końcu towarzyszące im skrzypienie materaca, gdy bardka przysiadła na nim, spoglądając na wyraźnie spiętą i zaplątaną w skołtunioną pościel elfkę, gdy ta nie potrafiła ułożyć się do snu; znaleźć sobie miejsca i pozycji, jakby nagle wszystkiego było za dużo; nazbyt niewygodnie dla niej samej. Nieprzyjemny, dojmująco-natarczywy ucisk tłamsił jej drobna pierś i myśli, ledwie dając uciec płytkiemu, napiętemu niczym struna oddechowi, gdy drobne, zlęknione serce szamotało się w wątłej piersi, obijając się szaleńczo jej ścianki, gdy tylko jedna, prosta myśl jaśniała w jej umyśle. Nie dam rady... nie mogę...nie bez Ciebie. Nie potrafiła tego znieść; tego jak zarazem mogły być blisko i daleko siebie. Każdego kolejnego wieczoru, każdej nocy i...

-L..Lori? Śpisz już?-wydukała cichutko, przesuwając się na krawędź swego materaca, jakby bała się nie usłyszeć odpowiedzi; musząc się upewnić, że to ona tam jest. Właśnie i tylko ona, nikt inny. Bała się wszystkiego i niczego; samej siebie, tego co czuła, co myślała, co chciała powiedzieć. Miotała się w plątaninie myśli, uczuć i obaw, tak mocno ze sobą złączonych, iż prawie nie potrafiła odróżnić jednych od drugich. Wstydziła się siebie; krępowała własnymi pragnieniami i uciekała od tego, co podpowiadało jej serce i instynkt. Była rozdarta w samej sobie i... Chcę...chcę ją przytulić. Być obok. Tylko... tylko przez chwilkę. Potem...potem tutaj wrócę.-Ja...ja nie mogę... boję się zasnąć...-wydukała, mieniąc się jeszcze barwniejszym spektrum czerwieni, niż chwilę wcześniej, gdy tylko jej oczy uciekły gdzieś na bok, a uszy położyły się po sobie, prawie że niknąc w morzu jej czupryny.-Mam koszmary i...czy mogłabym....mogłabym na chwilę...mogłabym...-drobne dłonie kurczowo zacisnęły się na krawędzi jej posłania, prawie wbijając w materac, gdy pobladły jej kłykcie, a trochę kolorów odpłynęło z jej lica, gdy napięcie i strach zaczęły brać górę nad wszystkim innym, przelewając się poprzez jej jaźń.-Mogłabym...na...na chwilkę...ja...znaczy...położyć się? Położyć się u Ciebie na chwilę?-wypaliła w końcu i prawie nie schowała się za krawędzią swojego łóżka, tak bardzo zlękniona, iż znowu zaczęła leciutko drżeć, kuląc się zaplątana we własną kołdrę i jeszcze bardziej zagubiona we własnych myślach. Tylko... tylko proszę...proszę nie mów nie. Przesycone wstydem i strachem oczka wpiły się ciut panicznie w poetkę, czekając w napięciu na jej odpowiedź.

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Viktor Vantu

Przyjemne ciepło biło od trzaskających wesoło polan, skrytych za ściankami niewielkiego piecyka, ustawionego w części namiotu imitującej pokój gościnny, skromnej, szlacheckiej posiadłości. Lodowaty, zimowy wiatr dął w najlepsze poza połami schronienia, przeganiając choćby cień marzeń o nocnym spacerze, gdy nevarryjski wielki zaklinacz spokojnie sączył raczej letnie w tej chwili, korzenne wino, przeglądając jeden z ostatnich raportów jakie ostały się tego dnia na jego biurku. Przestronne i raczej miękkie sofy zajmowały sobą większość miejsca wokół niewielkiego stolika, na równi stwarzając mu przytulne, co na swój sposób intymne zacisze, do którego trudno byłoby zajrzeć bez jego wiedzy, nawet gdyby stąpać wyjątkowo cicho po solidnym dywanie zaściełającym posadzkę tego pomieszczenia. W pomieszczeniu nie było zresztą wiele więcej zbędnych zbytków, wybijających się ponad to, co przystawało osobie jego majątku i pozycji, na królewskim dworze. Zresztą odrobina wygody jeszcze nikogo nie zabiła, czyż nie? Tymczasem jednak spojrzenie jego zmęczonych oczu ślizgało się bezwiednie, po pokrytych drobnym pismem kartach, zawierających w sobie coś, co przy pewnej dozie wyobraźni i dobrego nastroju można by nazwać historią życia jednej czarodziejki.

Podług wywiadu środowiskowego i paru dobrze ulokowanych pytań, Elen Arvay urodziła się prawie dwie i pół dekady temu na terenie graniczącym z Anderfell, jako córka jednego z pomniejszych szlachciców i jego drugiej żony (a wcześniej kochanki), w zubożałej, choć wciąż poważanej i zdecydowanie wielodzietnej rodzinie. Najmłodsza z całego rodzeństwa, nie wyróżniała się ponad nie niczym, prócz być może dosyć charakterystycznych, dwubarwnych oczu. Było tak przynajmniej do jej piątych urodzin, gdy wbrew wszelkim oczekiwaniom obudziły się w niej do tej pory uśpione zdolności. Okoliczności całego zajścia były mocno niejasne, choć na ile sam Vantu rozumiał zawarty w relacjach swiadków bełkot, jeden ze starszych braci postanowił pokazać młodszej siostrzyczce, gdzie jest miejsce bękarta, co ani dla niego, ani dla niej nie skończyło się w spodziewany sposób. Chłopak miast otrzymać solidne, wychowawcze lanie następnego dnia stał prawie u grobowej deski, zaś nieopierzona maginii zapłakana i wyklęta przez własną rodzinę siedziała w pozie, gdzieś w połowie drogi do stolicy ich kraju.

Niespecjalnie udało się jej przez to wszystko` odnaleźć w społeczności podobnych sobie osób, gdy dosięgnął jej niekoniecznie słuszny ostracyzm ze strony rówieśników, piętnujących ją jako (na szczęście) niedoszłą bratobójczynię i wiedźmę. Większość starszych magów umywała ręce od całej sprawy, pilnując tylko ładu na tyle, by nie stała się jej krzywda, nazbyt skupiona na pięciu się po szczeblach własnej kariery, by przejmować się zapłakaną smarkulą. Samej dziewczynce nie wiodło się zresztą aż tak źle, gdy po jakimś czasie zaopiekowała się nią nieco już podstarzała czarodziejka. Tak więc na tamten moment jej los nie malował się wcale w najczarniejszych barwach, może i nie usłany płatkami róż, ale też nie tak zły jak mogłoby się to zdawać. Pierwsze lata jej nauki minęły raczej bez większych ekscesów, za wyjątkiem wyjątkowo szybko zaaprobowanej Katorgi. Zdawać się mogło, że nastoletnia już wtedy dziewczyna posiada naturalny talent by mącić w strukturze Zasłony, a jej zainteresowania aż nazbyt często oscylowały wokół tematów równie niebezpiecznych, co trudnych do sprostowania, dla sprawującej pieczę nad jej edukacją wykładowców. Sam wynik przeprowadzonego rytuału nie był w żaden sposób imponujący, choć biorąc pod uwagę jej zdecydowanie młody wiek i raczej kiepskie przygotowanie poradziła sobie zaskakująco dobrze. W tym też momencie zaczęła się jej dosyć gwałtowna wspinaczka do zajęcia wyższej pozycji pośród magowskiej społeczności, zakończona równie spektakularną klapą i zepchnięciem na tak bardzo boczny tor, iż jej nowym opiekunem został powszechnie uważany za niegroźnego dziwaka czarownik, u którego terminowała bez większych wypadków do dnia dzisiejszego.

Tak więc poza obiecującym początkiem i pierwszą dekadą nauki nie dostrzegał w jej historii nic obiecującego. Sami jej nauczyciele określali moc dzierlatki jako zdecydowanie przeciętną, czy nawet zaskakująco mierną, jak na tak gwałtownie objawiony dar, nieco w kontraście do przejawianych na początku kariery zdolności i szybkości, z jaką się uczyła. Do tego dochodziło parę raportów templariuszy, z których jasno wynikało, iż trzykrotnie została złapana na terenie biblioteki, w dziale do którego dostęp mieli jedynie mortalitasi i magowie powyżej stopnia młodszego zaklinacza i za każdy z tych wyskoków została ukarana tuzinem batów na gołe plecy, co i tak zdawało się łagodna karą za jej wyczyny. Wszystko jednak wyraźnie przycichło w okolicach jej dziewiętnastych urodzin i zdałoby się winno tak pozostać, aż do jej śmierci. Nie zbliżała się ani do adeptów, czy tym bardziej adeptek, praktycznie nie wykazując nawet elementarnego zainteresowania resztą społeczeństwa i chyba do pewnego stopnia bojąc się go. Niezwykle rzadko wychodziła z pokoi swego mentora, najwidoczniej nie mając ku temu większej potrzeby, do zapomniana prawie przez wszystkich, niczym jeden z dziesiątek nic nieznaczących w wieży cieni. Od dosyć dawna nie wypożyczała specjalnie wielu książek, nie interesowała się światem zewnętrznym, ani próbowała dostać się do jakichkolwiek grup badawczych. Była wręcz przeciętna i nijaka do bólu w swym prostym, nic nie znaczącym życiu.

A przecież Viktor nie oszalał, obserwując ją przy pracy; widząc jej talent i zdolności, wyszlifowane do poziomu, jaki dawno przerósł znacznie wyżej od niej postawionych magów. Znać po niej było realny talent i pasję, tak iż rodziło się pytanie o to kto i kiedy spierdolił sprawę jej edukacji, a co ważniejsze obserwacji, bo też jak inaczej wyjaśnić fakt, iż udało się jej tyle nauczyć bez niczyjej wiedzy? Nawet jeśli faktycznie mogła być tak skupiona na punkcie swych badań i wyobcowana ze społeczeństwa, to przy podobnych zdolnościach choćby jej praca naukowa starczyłaby aż nadto, by dostrzec ją już lata temu. Mimo to zdawać się mogło, że sama aż za umyślnie kryła się za płaszczykiem niegroźnej idiotki. Powody podobnego podejścia mogły pozostawać dla niego jeno zagadką, choć sam całkiem nieźle pamiętał jak nieprzyjemni potrafią być inni ludzie, a choć osobiście był zdecydowanie silną i skupioną na swym celu jednostką, to nie mógł wykluczyć, że Elen należy do znacznie delikatniejszego typu człowieka. Z drugiej jednak strony pozostawało jej zainteresowanie demonami i Pustką, co stwarzało możliwość, iż utrzymywała taki stan rzeczy z czystego wyrachowania skupiając się w swym zaciszu na badaniach, za które normalnie czekałby ją stos. Wtedy jednak rodziło się pytanie dlaczego nie próbowała ucieczki i życia apostaty, na terenie wcale nie tak dalekiej Antivy, czy Tevinteru?

I tak też kolejne teorie, domysły i przemyślenia mnożyły się bez ustanku w jego głowie, gdy starał się pośród suchych zdań i własnych domniemań doszukać jakiegoś schematu i logiki, rysując sobie kolejne obrazy ciemnowłosej nekromantki, choćby i dla zabicia czasu. Tymczasem jednak lodowaty podmuch wtargnął do namiotu, przygaszając część stojących na stoliku świec, gdy przy charakterystycznym chrzęście templarskich kolczug, do jego schronienia wdarła się grupka mężczyzn, obleczonych w zdobione srebrnymi wzorkami czarne futra. Okutani aż po czubki głów wojowie posapywali cicho, rozcierając skryte w ciężkich rękawicach, skostniałe dłonie, korzystając jeszcze z chwili nieuwagi samego zaklinacza i ciepła jakie wypełniało jego namiot. W końcu jednak wszyscy jak na komendę wyprężyli się, zgodnie z wszelkimi normami salutując jak przystało na pełnioną przezeń godność, gdy tylko padło na nich spojrzenie samego maga.

-Przyprowadziliśmy adeptkę Arvay, zgodnie z waszą prośbą, milordzie.-Mówiąc to jeden z zakonników, najpewniej dowódca całej grupki odsunął się nieco i delikatnym pchnięciem ponaglił wyraźnie zdezorientowaną i chyba nieco zestresowana i przestraszoną dziewczynę, która zatoczyła się niezdarnie do przodu i potknąwszy o krawędź dywanu prawie nie upadła na kolana, w ostatniej chwili pochwycona przez nieco zażenowanego żołnierza obok.-Jeśli to wszystko, to prosimy o pozwolenie na oddalenie się sir.-gdy tylko je otrzymali, wszyscy poza dostarczoną i skuloną na środku pokoju czarodziejką dosyć niechętnie opuścili pomieszczenie wracając do swych obowiązków.

Obrazek

Sama maginii wyglądała prawie dokładnie tak, jak zapamiętał ją z krótkich chwil, gdy miał okazję podglądać ją oczyma swego chowańca. Ścięte po chłopięcemu, wyraźnie zwichrowane i nieco skołtunione ciemnobrązowe pukle okalały niebrzydką twarz młodej kobiety. Blada skóra okrywała raczej klasyczne, może nieco ostrzejsze i bardziej egzotyczne niż u większości rodowitych nevarryjek rysy twarzy, wskazując nieco na spokrewnienie z mieszkańcami imperium. Nie było w nich jednak niczego nadzwyczajnego, co mogłoby przykuć spojrzenie, poza samym faktem, iż posiadały pewien szczególny, na swój sposób prosty i pociągający urok. Z tego obrazu wybijały się tylko jej oczy; hetero chromatyczne i dosyć skośne by było to widoczne nawet w lekkim półmroku, jaki wypełniał namiot. Jedno intensywnie brązowe, prawie czarne, drugie zaś jasno niebieskie, oba rozdzielone nieco zadartym noskiem, okrytym rozlewającymi się na poliki piegami. Kształtne usta zaciskały się teraz kurczowo, poblakłe i zwinięte w wąską linię, gdy wyraźnie spięta i osamotniona na środku pokoju dziewczyna nie wiedziała za bardzo co ze sobą zrobić. Na swój sposób zdawała się nieśmiała i skrępowana, choć w żadnym razie nawet teraz nie czuł od niej nadmiaru strachu, co na swój sposób sprawiało dosyć nietypowe i intrygujące wrażenie. W jej postaci wzrok przyciągał również ubiór, okrywający całkiem zgrabną i raczej miłą dla oka sylwetkę, na który aktualnie składała się raczej luźna, biała koszula, okryta rozchełstanym, skórzanym kubrakiem, wyszywanym w proste, nieco staromodne wzorki. Całości obrazu dopełniały solidne, skórzane nogawice i sięgające za kolana wiązane kozaki, teraz ledwie trzymające się na jej nogach, tak jak i okrywający jej plecy gruby, puchaty płaszcz. Najwyraźniej sporą część swego odzienia narzucała w wyraźnym pospiechu, wyrwana ze swego namiotu w połowie wieczornej toalety, co zresztą jak na tę porę dnie niespecjalnie mogło dziwić. Tak czy inaczej wyraźnie czekała aż on zacznie rozmowę, czy powie cokolwiek, nie mając bladego pojęcia jak się zachować, ani co powiedzieć, wbijając spojrzenie w czubki własnych butów, niczym jakaś zahukana nastolatka.

Awatar użytkownika
Darrian
Posty: 733
Rejestracja: 06 sty 2012, 20:04
Lokalizacja postaci: Oko i Powieka
GG: 10643412
Karta Postaci: viewtopic.php?p=21226#21226

23 wrz 2015, 15:31

Wszystko zdawało się potwierdzać wersję Pyszka, co było dość zaskakujące. Chyba faktycznie ta dziewczyna musiała nieźle namieszać w Pustce, skoro podzielił się informacją o niej nie domagając się niczego w zamian od razu. Gwałtowne objawienie się mocy, wrodzone niemal zdolności dłubania w Zasłonie i względnie wczesna Katorga w latach, w których jeszcze nie miała pewnie dość pomyślunku by ukrywać zdolności nie uszły uwadze ani samego Viktora ani jego informatorów, którzy jednak widzieli tam tylko zmarnowany potencjał, nie dociekając co też nastąpiło. Ciekawym pytaniem było, czy spektakularna porażka adeptki była celowa czy też nie, ale fakt, że była łapana w kątach biblioteki do których nie powinna mieć wstępu świadczyły o tym, że mimo zejścia w cień, nie zaniedbywała czegokolwiek nad czym pracowała. Ktoś bliżej niej powinien był zwrócić na to uwagę, ale biorąc pod uwagę niekompetencję swoich podwładnych, Wielki Zaklinacz wcale nie był zdziwiony, że im to umknęło. Pytanie tylko ile razy nie dała się złapać.

Nie było wątpliwości, że Elen ukrywała się z jakiegoś tylko sobie znanego powodu za swoimi beznadziejnymi zdolnościami socjalnymi, ale Viktor miał przeczucie, że nie było to coś w czym miała za dużo do powiedzenia, gdyż po prostu była beznadziejna w tej kwestii. Mimo to, przekucie tak groźnej słabości w atut, mniej lub bardziej świadomie też zasługiwało na jakąś pochwałę. Adeptka zdawała sobie sprawę ze swojej słabości acz nie miało to w tej chwili większego znaczenia, gdyż co prawda trochę na siłę, ale nekromanta stworzył sytuację w której nie mogła uniknąć patrzenia na niego przez pryzmat tej słabości. Podejrzewał też, że był swego rodzaju autorytetem w jej oczach, skoro eksperymentowała z jego technikami, co dodatkowo ułatwiało sprawy.

Z zamyślenia wyrwały go odgłosy, na które nawet mag o jego pozycji reagował instynktownie, acz w jego przypadku objawiało się to jedynie skierowaniem wzroku w stronę szczęku kolczug a nawet to nieco leniwie. Czwórka rycerzy zakonnych eskortująca jedną dziewkę, która w ogólnej opinii całego kręgu była niegroźna. Przepisy przepisami, ale wyglądało to na swój sposób komicznie. Viktor pozwolił im się przez chwile ogrzać, po czym odwrócił się w ich kierunku i ograniczył się do skinienia głową na meldunek dowódcy grupki odnośnie tego, kogo przyprowadzili, po czym odwołał ich prostym - Możecie wracać na stanowiska.

Kiedy zakute łby (broń Stwórco, żeby Livia się dowiedziała jak nazywał zakonników w swoich myślach) opuściły namiot, mógł w końcu przyjrzeć się młodej, która prezentowała dość ciekawy widok, nie koniecznie z racji wyglądu. Tak jak przewidywał, była skrępowana i czubki jej butów wydawały się jej niezmiernie interesujące, ale nie szczególnie dało się dostrzec jakiś szczególny strach w jej postawie czy mimice. Albo była absolutnie pewna tego, że nikt nie mógł wiedzieć o jej przywoływaniu, albo jakimś cudem miał złą dziewczynę. Nadal pozostawała jednak kwestia jej zdolności, którą należało się zająć, demony czy nie demony. Była też skrajnie fantastyczna i niemal szalona teoria wedle której adeptka celowo zakłóciła jego kontrolę nad Chaosem, ale prędzej uwierzyłby w powstających z grobów Tevinterskich Magistrów z czasów wdarcia się do Czarnego Miasta.

- Usiądź. - Rzucił beznamiętnie i wskazał na krzesło ustawione przed swoim biurkiem, po czym wrócił wzrokiem do pierwszego lepszego raportu, który miał w zasięgu rąk i miał zamiar potrzymać ją w tej niewygodnej ciszy jeszcze kilka chwil, gdyż wątpił, by ta miała odwagę się odezwać, kiedy widocznie czytał coś pozornie istotnego.

- Elen Arvay - Po kilku dość długich z perspektywy dziewczyny chwilach, wciąż względnie beznamiętnie, odkładając kartkę, którą miał w ręce, po czym wstał z krzesła i z rękoma za plecami zaczął powoli się zbliżać do dziewczyny, którą do siebie zwabił. Jedyne co dało się powiedzieć o jego mimice twarzy to bardzo delikatny, prawie niezauważalny uśmiech.- Przed Katorgą czyniłaś interesujące postępy i przeszłaś ją względnie młodo a mimo to całkiem sprawnie. - Krok za krokiem znajdował się coraz bliżej dziewczyny i jakby odzwierciedlając ten proces, jego słowa na koniec zdania były wypowiedziane nieco niższym głosem. - Teraz jednak, konsensus na twój temat przedstawia cię, jako szczyt przeciętności bez ambicji na bycie kimś więcej. - Mówił i szedł dalej, nie odwracając od niej wzroku, ale zapewne nie było warunków do patrzenia jej prosto w oczy a w jego słowach dało się powoli usłyszeć rozbawienie. Zamiast zatrzymać się przed nią jednak, przeszedł obok krzesła, na którym siedziała i leniwie skręcił za nią. W tym samym czasie, para nieumarłych przy wejściu zastawiła je swoimi zakutymi w pancerze ciałami. - Ale.. nie mają racji, prawda? Gdzieś tam chowa się niegrzeczna, acz zdolna, dziewczynka... - Kontynuował nikim głosem i niemal szeptem, co brzmiało przez chwilę bardziej jak flirt niż przesłuchanie. Adeptka nadal słyszała jego kroki, mimo, że bez odwrócenia głowy nie mogła go zobaczyć i jeśli nic gwałtownego z jej strony nie nastąpiło, poczuła jak dłoń nekromanty muska jej włosy, bądź szyję, jeśli ta była odsłonięta, przesuwając się po oparciu. Czy było to celowe musiała zdecydować sama.

W końcu, Wielki Zaklinacz powrócił w pole widzenia swojej ofiary, po wykonaniu kółka dookoła niej, niczym drapieżnik czekający na okazję, żeby na nią skoczyć. Spokojnym krokiem powrócił do biurka, stając jednak przed nim i odwracając się do swojej rozmówczyni. W pozycji, w której stał, mógł jednym ruchem dosięgnąć kostura i kompletnie ignorując potencjalne słowa dziewczyny, zacznie mówić dalej, w razie konieczności podnosząc lekko głos na początek by ją uciszyć.

- Templariusze nie wiedzą.. jeszcze. Pytanie tylko, co mam teraz z tobą zrobić, Elen. Jakieś sugestie? - W jego głosie nie było agresji ani flirtu, jedynie spokojna stanowczość. Chciał rozwiązania, permanentnego, bądź przynajmniej takiego, które utrzymałoby się przez dłuższy czas. Tak jak zabawne było granie na jej słabości w kontaktach międzyludzkich, dziewczyna wyjdzie z tego namiotu albo dobrowolnie zdając się na jego łaskę albo zasili Nevarryjską armię. Szkoda byłoby marnować jej talent, ale nie można było tolerować przywoływania demonów podczas nadchodzącego konfliktu zbrojnego.

Awatar użytkownika
Anante
Posty: 187
Rejestracja: 30 gru 2013, 10:08
Lokalizacja postaci: Kamienica Patriotów
GG: 47821741
Karta Postaci: viewtopic.php?p=46352#46352

23 wrz 2015, 17:03

Viktor Vantu

Elen nie opierała się nijak, prawie że w panicznym pośpiechu, wyjątkowo nieporadnie maskowany namiastką niezdarności, jaka przebijała się w każdym jej ruchu i geście, choć przecież dobrze wiedział jak zręcznie i wprawnie potrafi operować magicznymi urządzeniami, nie uroniwszy choćby kropli z czasem prawie bezcennych destylatów. Siedząc przed nim zdawała się jeszcze mniejsza, niż gdy kuliła się na środku pomieszczenia, wciąż wpijając spojrzenie w swe kolana, jakby było w nich coś niezwykle interesującego i ważnego dla jej życia. Nie było nawet mowy, by w takim jej stanie miał szanse nawiązać z nią kontakt wzrokowy, choć też trudno tym sposobem było poznać po niej nerwowość czy jakiekolwiek oznaki kłamstwa. Ot kolejna niepozorna i zahukana dziewczyna, wystraszona wezwaniem od swego przełożonego czekała na to, co nieuchronnie dążyło do rozwiązania, starając się nie zwracać na razie na siebie uwagi.

Gdy tylko jego krzesło skrzypnęło lekko, kobieta drgnęła na swym miejscu, zupełnie bezwiednie i odruchowo starając się trochę od niego odsunąć. Ledwie na chwilę uniosła brodę, zerkając nerwowo w jego stronę, jednak nim zdążył spojrzeć w jej oczy, znów wpatrywała się we własne nogi, jakby cały ruch był ledwie złudzeniem, zrodzonym w umyśle starszego maga. Nie uśmiechała się, nie płakała, ani nie drżała. Siedziała spokojnie, delikatnie zaciskając palce na krawędzi swego kubraka, gdy pobladłe usta poruszały się lekko pod naciskiem jej oddechu, nie układając się w żadne konkretne słowo, czy zgłoskę. Zdecydowanie jednak, im bliżej niej się znajdował i im ciszej mówił, tym mniej swobodnie czuła się w jego towarzystwie, prawie tak jakby chciała od niego uciec, na bezpieczną i wygodną dla siebie odległoś. Wręcz odzwierciedlała obraz kreowany przez opinię ogółu; zmarnowany potencjał i intelekt, który popadł tak głęboko we własny światek, iż nie był już groźny nawet dla muchy. Pozbawiony ambicji i przeciętny do bólu cień tego, kim mogłaby się stać.

Dopiero gdy jego głos nabrał bardziej uwodzicielskiej nutki, a nieco szorstka dłoń powiodła przypadkiem po jej szyi, przez jej lico i zachowanie przebił się przebłysk jakichkolwiek innych emocji, niż skrępowanie, kiedy wzdrygnęła się z zupełnie szczerym i niespecjalnie skrywanym strachem, odsuwając się trochę od niego i ledwie powstrzymując się, by nie przetrzeć miejsca, w którym ją dotknął. Trudno było określić jakie uczucia w niej to pobudziło, w każdym jednak razie na moment ciszę wypełnił jej bliski szeptu, wyraźnie stłamszony, acz zaskakująco przyjemny i kobiecy głos.

-Nie jestem dziewczynką, Zaklinaczu. Nie rozumiem też, o czym...-mimo wyraźnych starań w jej głosie pobrzmiewał aż nazbyt wyraźny cień nerwowości i niepokoju, który nawet dziecko mogłoby w nim rozpoznać, bez najmniejszego problemu czy skrępowania obracając go przeciw czarodziejce. Tak czy inaczej przerwał jej, niczym cięciem noża wcinając się w jej wypowiedź. Jeszcze przez dłuższą chwilę po tym, jak przebrzmiało ostatnie jego słowo, siedziała prawie w bezruchu, wciśnięta w krawędź krzesła i jedynie ruch jej oczu i delikatne drgnienie piersi, świadczyło o tym, że jeszcze żyje i jest tutaj, świadoma tego, co się dzieje. Nie broniła się, nie rzucała mu do oczu, ani nie zaczynała magicznego starcia, przywołując sługi zza tamtej strony Zasłony. Po prostu siedziała w bezruchu, wpatrując się w bliżej nieokreślony punkt w przestrzeni, myśląc; kalkulując i zastanawiając się. Wyglądała prawie jak straceniec, wiążący linę na własnej szyi. Przez chwilę, kciukiem i palcem wskazującym pocierała skryte za powiekami zaczerwienione oczy, krzywiąc się lekko, aż w końcu zaczęła mówić. Cichym, stłumionym głosem nie wyrażającym wiele więcej niż rezygnację.

-Możesz mnie zabić. Chyba dlatego tamte trupy zagrodziły wyjście. Wolałabym żeby to nie bolało, ale mam raczej średni wybór. Przynajmniej nikt nie łamie mi palców przy tej rozmowie.-kącik ust drgnął jej w czymś na kształt uśmiechu, choć wyraźnie czuć było, że właśnie powiedziała więcej, niż przez ostatni tydzień -Mogę też próbować domyślić się o czym mówisz panie, albo co chcesz usłyszeć, ale raczej jestem w tym kiepska.- nieco nerwowo spojrzała na niego i znów uciekła gdzieś spojrzeniem. Dopiero teraz mógł dostrzec jak wiele wysiłku kosztowało ja zapanowanie nad własnym strachem. Mimo to wychodziło jej to zaskakująco naturalnie, jakby był kolejnym demonem, z którym paktowała, a ich rozmowa zwykłą grą, z tą różnicą, że miast kłamstwa i potoku słów, operowała ciszą i szczerością, umiejętnie przekuwając swoją wadę w zaletę, by krok za krokiem wybić rozmówcę z rytmu, po drodze chowając wszelkie karty jakie miała. Coraz bardziej zresztą właśnie przez to mógł wątpić w jej pozorną "naiwność".

Awatar użytkownika
Darrian
Posty: 733
Rejestracja: 06 sty 2012, 20:04
Lokalizacja postaci: Oko i Powieka
GG: 10643412
Karta Postaci: viewtopic.php?p=21226#21226

23 wrz 2015, 18:20

Wszystko wydawało się iść dokładnie według planu. Adeptka nie potrafiła się zebrać w sobie w jakimkolwiek celu i mimo wszelkich starań z jej strony, nadal było widać jak bardzo niewygodnie się czuła, kiedy powoli się do niej zbliżał. Dziewczyna była albo najbardziej utalentowaną aktorką jaką Viktor widział, albo jej wszystkie dotychczasowe sukcesy z demonami były mieszanką szczęścia i przypadku. Każdy mięsień jej ciała zdradzał niepokój jaki w tej chwili czuła a kiedy jedynie musnął jej skórę, odskoczyła, wyraźnie przestraszona. Pytanie tylko, czy bała się dotyku czy jego dotyku. Praktycznie każda jej akcja była śmiertelna w starciu z inteligentniejszymi podrodzajami demonów, zdradzając kluczowe szczegóły tego, co działo się w jej głowie. Choć w sumie jakby się zastanowić, Furia nie miałaby się chyba za bardzo, czym na niej pożywić, więc może tego typu mieszkańcy pustki jej ulegali. Pożądanie albo Pycha owinęłyby sobie ją wokół palca bez trudu.

Mimo wszystko, trzeba było jej przyznać, że miała odwagę odezwać się bez wydanego wprost polecenia, acz szybko ukrócił ten przejaw niezależności z jej strony, nawet jeśli polegał on na ledwo wydostającym się z jej ust szepcie. Gdzieś tam w tle istotniejszych myśli zanotował, że miała całkiem przyjemny dla ucha głos, ale nie miało to najmniejszego znaczenia, kiedy domagał się od niej jakiegoś rozwiązania i był zmuszony czekać aż przetrawi jego słowa. Przynajmniej jej niewerbalne reakcje urozmajcały to oczekiwanie, ukazując jak mało nadziei dla siebie widziała. Nie wierzyła, że może wywalczyć swoją drogę do wolności (w czym Viktor się z nią zgadzał) ani, że może dostać jakąś pozytywną ofertę od Wielkiego Zaklinacza. Wyglądała jakby pogodziła się z nieuniknionym i czy można było się jej dziwić? Nie miała nikogo ani niczego, na czym mogłoby jej zależeć, do czegokolwiek dążyła swoimi eksperymentami i tak pewnie nie ujrzałoby światła dziennego pod jej nazwiskiem a nic innego jej nie dotyczyło.

Kiedy w końcu się odezwała, potwierdziła domysły nekromanty, prosząc nawet, by zabił ją bezboleśnie. Ciekawa też była obserwacja jej walki z własnym strachem, która jej mimo wyraźnego wysiłku wychodziła całkiem sprawnie. Musiał przyznać, że cała ta sytuacja wyglądała nieco jak demoniczne kuszenie i tu dotarło do niego, że może wcale nie wybrał tak dobrego planu jak myślał. Elen była doświadczona w paktowaniu z demonami i pewnie stosowała te same przyzwyczajenia by teraz stawić czoła jego naciskom. Imponujące. Naprawdę imponujące.

- Wykształciłaś bardzo ciekawy mechanizm obronny. - Odpowie z zapewne nieoczekiwaną ze strony Elen aprobatą w głosie. - Zamiast ukrywać swoją słabość, chowasz się za nią i prowokujesz przeciwnika by się odsłonił przechodząc tam gdzie czujesz się wygodniej. - Uśmiechnął się nieco szerzej i dało się zauważyć, że był to uśmiech zadowolenia i nie leżały za nim żadne złe intencje. - Zaimponowałaś mi. W nagrodę powiem Ci jakie masz opcje. Albo nasza armia będzie miała jednego piechura więcej... - Dla dramatycznego efektu przerwał na moment a aprobata ustąpiła miejsca agresywnej wręcz stanowczości. Nic z tego co mówił nie podlegało żadnym negocjacjom. -... albo przejmę całkowitą kontrolę nad twoją edukacją. Przerwiesz wszystkie eksperymenty związane z Pustką póki nie wrócimy ze Świętego Marszu a nawet wtedy będziesz je wykonywać wyłącznie pod moim nadzorem. Będziesz odpowiadać wyłącznie przede mną i wykonywać każde zadanie jakie ci zlecę bez słowa sprzeciwu.

Viktor nie miał bladego pojęcia jak dziewczyna zareaguje na jego propozycję. Na pewno jednak będzie w stanie wyczytać z jej reakcji dwie rzeczy - po pierwsze, jakim autorytetem cieszył się w jej oczach i jak dużo ambicji jeszcze się w niej tliło. Jakby nie było, po przedstawieniu sytuacji Adeptki, odchylił się nieco do tyłu i czekał na odpowiedź z neutralnym wyrazem twarzy. Jedynie w jego oczach nadal można było dostrzec aprobatę, która wcześniej rozbrzmiewała w jego słowach, acz nie, żeby jego rozmówczyni potrafiła się zebrać w sobie i na niego spojrzeć. Nie miało też szczególnego znaczenia, że tak jak chciała odsłonił swoje karty gdyż dobrze wiedział, przeciw czemu gra czemu dał wcześniej wyraz. I tak wiedział o niej więcej niż ktokolwiek inny, wyjawienie planu, który i tak miał wyjść na jaw podczas tej samej rozmowy nie miało konsekwencji.

Awatar użytkownika
Lorain
Posty: 59
Rejestracja: 27 maja 2015, 00:32
GG: 44153208

27 wrz 2015, 17:09

Cokolwiek będzie tam na nas czekać poradzimy sobie z tym razem Tarien Pomyślała kiedy tylko mała wielka zaklinaczka przymknęła oczy i wtuliła się w jej pierś. Lorain wyczuwała jej strach. Wyczuwała nerwy Tintaviel przed tym co mogło czekać na nią w posiadłości Verechiela. Strach przed tym z czym wiązał się rytuał którego ognistowłosa chciała i miała się podjąć. To tylko podsycało niepokój trawiący Poetkę. Strach który zdawał się jej nie mniejszy od strachu trawiącego duszę uzdrowicielki. Chociaż to nie ona sama miała się tego podjąć to jednak... Jej Tarien. Jej najjejsza mała wielka zaklinaczka również musiała podjąć ryzyko chociaż tak bardzo chciała uchronić ją przed tym wszystkim. Sprawić żeby była bezpieczna. Żeby już nikt i nic jej nigdy nie skrzywdziło. Kiedy tak bardzo zaczęło mi na tym zależeć? Uśmiechnęła się pod nosem przytulając mocniej elfią zaklinaczkę. Sama nie zauważyła... Sama nie potrafiła powiedzieć kiedy mała, filigranowa i pozornie nie rzucająca się w oczy nieśmiała dziewczyna stała się nagle centrum jej małego świata. I kiedy wszystko co działo się ostatnimi dniami w życiu poetki kręciło się wokół Tintaviel. Wokół tego żeby ją zobaczyć, przytulić, być blisko, chronić przed wszystkim co tylko mogłoby jej zagrażać. Kiedy wszystkie jej działania skupiły się na jednym jedynym celu. Wyciągnięciu małej, ognistowłosej uzdrowicielki z piekła w jakim zdawała się żyć. Widzieć jej uśmiech i cieszyć się jej towarzystwem. A teraz... Czy naprawdę nie było innego wyjścia? A czy jesteś gotowa zaryzykować porażkę w tej grze Lorain? Wyzuty z emocji głos mistrza rozlał się po jej głowie niczym kubeł zimnego rozsądku. Nie była gotowa. Wiedziała że nie była na to gotowa. Nie mogła jej stracić ani teraz ani nigdy. Bez względu na to bowiem kiedy Tintaviel Falstadt stała się centrum małego świata poetki najwazniejsze było to że nim była. I Lorain postanowiła o nią walczyć z całych sił. Tej jednej walki nie mogła przegrać i przegrać nie zamierzała. Nie bój się Tarien'amin Będę przy tobie przez cały czas. Nie zostawię nawet na moment. A jednak wciąż gnębiła ją jedna jedyna myśl. Że nie może zrobić na tę chwilę nic więcej. Że przed jakimkolwiek wyzwaniem stanie mała wielka zaklinaczka, bardka nie będzie w stanie jej dopomóc w tym co robi. Wręcz przeciwnie kochanie. Przecież o tym wiesz. Przez cały czas jej pomagasz. Przez cały czas dajesz jej siłę której potrzebuje. Bądź przy niej przez cały czas. Niech o tym wie. Niech ma świadomość że tam jesteś i że na nią czekasz. Wierz w nią a znajdzie siłe aby pokonać wszelki przeciwności losu. Wiem mamo, wiem... Poradzimy sobie ze wszystkim. Tak długo jak będziemy razem. A ja... Będę przy tobie już zawsze Tarien'amin. Już zawsze.

Była spokojna, spokojna i szczęśliwa leżąc tuż przy poetce. Takie przynajmniej ta miała wrażenie kiedy wsłuchiwała się w spokojny rytm serca małej wielkiej zaklinaczki. W nieśmiałe słowa które rwały się barwione jednak jej ciepłym i tak przyjemnym dla ucha tonem. Słyszała w nich nerwowość. Czuła nerwowość która promieniowała od wtulonej w nią Elfki. A jednak tym razem miała wrażenie że to nie rytuał był jej źródłem. Tylko ich bliskość. Mieszająca się ze sobą ciepłota ich ciał i wspólny rytm jakim biły ich serca. Nie bój się mnie Tarien Pomyślała przytulając ją mocniej, pewniej. Postaram się abyś była bezpieczna w moich ramionach. Tak długo jak długo będziesz chciała się w nich chronić Uśmiechnęła się i pocałowała Elfkę w czoło po czym oparła się o nie własnym czołem i zapatrzyła wpatrzona w płonące elfie oczy. Była szczęśliwa, tak przynajmniej Lorain miała nadzieję że ognistowłosa uzdrowicielka była szczęśliwa. Bo jeśli cokolwiek nie ulegało dla niej wątpliwości to to że ona sama był szczęśliwa i że mogłaby tak leżeć już zawsze na zawsze. Czuć ją przy sobie, wpatrywać się w jej oczy, smakować jej... Poetka spuściła wzrok na usta małej wielkiej zaklinaczki i uśmiechnęła się lekko do własnego wyobrażenia w którym ich usta się spotykały. Truskawki... Westchnęła wesoło i delikatnie przetarła kciukiem małe, różowe usta.

Słowo daje Tarien'amin. Jak jeszcze raz to zobaczę to albo dostaniesz po łapkach albo sama cie ugryzę... – powiedziała kiedy wyczuła pod opuszkiem swego palca ślad po ugryzieniu. - Dokładnie w to samo miejsce – Pokazała Elfce język i roześmiała się cicho na widok jej speszenia. Po czym przytuliła ją na powrót do siebie.

Nie wiedziała która była godzina kiedy w końcu niechętnie wypuściła Tintaviel z ramion pozwalając Elfce udać się za kotarkę i się umyć przed snem. Musiało być jednak późno. Dobiegające z zewnątrz rozmowy strażników i rycerzy siedzących przy ogniu każdego wieczora zdążyły już ucichnąć. Zmienić się w pojedynczą wymianę zdań tych nieszczęśników którym tej nocy nie dano było skryć się we własnych namiotach przed nocnym mrozem. Lorain leżała na łóżku czując jak chłód wypełnia miejsce które jeszcze przed chwilą ogrzewało ciało małej wielkiej zaklinaczki. Chciała jak najszybciej móc znowu ją poczuć przy sobie. Czuć jej serce, słyszeć jejgłos... i znowu poczuć jej ciepło. Bo tylko ona mogła przegonić ten chłód. Bardka uśmiechnęła się obserwując z materaca elfkę poruszającą się, z niepewną chociaż zdawać by się mogła że wrodzoną wręcz gracją. Wpatrywała się w jej cień odbijający się na kotarze która oddzielała je dwie w tej chwili. Poetka obserwowała jak płomiennooka czarodziejka rozbiera się powoli przygotowując się do kąpieli i myślała o tym jak kilka dni wcześniej była tam razem z nią. Pomagała jej się rozebrać, umyć i... Lorain przygryzła dolną wargę lekko uśmiechając się i czując jak lekki rumieniec piecze jej policzki. Pójść do niej... albo przynajmniej zapytać czy pomóc... Uśmiechnęła się pod nosem i stłumiła cichutki śmiech który cisnął się jej na usta kiedy tylko wyobraziła sobie rumieniec na twarzy małej wielkiej zaklinaczki i speszenie w jej oczach. Nie, dość już na dzisiaj się nadenerwowała. Leżała więc spokojnie obserwując ciemne linie które wyrysowały kontury ciała Tintaviel na materiale z którego składała się kotarka. Jesteś piękna Tarien'amin. Sprawię że w to uwierzysz. Wyszeptała do siebie wpatrując się spokojnie błyszczącymi oczyma w kotarkę przed sobą. Nawet wtedy kiedy Elfka kucnęła w misce i jej cień zlał się ze sobą. Nie spuszczała jej z oka nawet na moment. Tak jak ci obiecałam.

W końcu nadeszła pora na jej kąpiel. Kiedy tylko poetka dostrzegła Że Tiny wstaje z miski i zaczyna się wycierać sama podniosła się z jej materaca i pościeliła tak aby Tiny mogła schronić się pod kołdrą. Czego zresztą dopilnowała kiedy tylko mała wielka zaklinaczka wynurzyła się zza kotarki okryta tylko nocną koszulą. W jednej chwili pochwyciła elfkę i bez słowa pchnęła na łóżko po czym z szelmowskim uśmieszkiem na twarzy owinęła ją pierzyną w ciasny elfi kokon tak że ze szczelnego kokonu wyłaniała się tylko jej głowa otoczona aureolą ognistych i wciąż wilgotnych włosów oraz zabawnie podrygujące szpiczaste uszy. A sama elfka nie miała szans na najmniejszy nawet ruch w jego wnętrzu ciasno nim owinięta.

- I co ty na to moja Tiny – Poetka nachyliła się nad nią wpatrując się w płonące oczy i przytrzymując kokon tak aby Tintaviel nie mogła się z niego wyplątać o własnych siłach. - Teraz jesteś skazana na moją łaskę i niełaskę – Uśmiechnęła się pod nosem. - Pytanie czy i jak bardzo mi ufasz? – Spytała przyglądając się jej i spokojnie czekając na odpowiedź którą skwitowała delikatnym pocałunkiem w czubeczek elfiego nosa. - Nie bój się Tarien – Powiedziała cicho i musnęła usta czubeczek elfiego ucha. - Planuje teraz tylko... Dorwać twoje uszy – Zaśmiała się nagle i bez ostrzeżenia zaatakowała Elfie uszka po raz kolejny śmigając po nich palcami i wywołując u uzdrowicielki kolejny napad histerycznego śmiechu. Kiedy ta zaczęła się rzucać i szamotać owinięta kokonem z pierzyny. W końcu jednak „tortura” i Poetka poprawiwszy zarówno w losy małej wielkiej zaklinaczki jak i kokon którym ja owinęła sama udała się wykąpać się przed snem.

Woda była właściwie zimna. Ale to nie robiło w tej chwili zbytniej różnicy poetce. Nie zamierzała tutaj spędzić więcej czasu niż to było konieczne. A pora była i tak wystarczająco późna bez oczekiwania na to aby woda się zagrzała. Spotkanie z Verechielem zajęło im o wiele więcej czasu niż się spodziewała ale było już z głowy i w tej chwili najważniejsze było to że wszystko przebiegało zgodnie z planem. A kiedy już stamtąd wrócą nadejdzie czas na wprowadzenie w życiu planu uwolnienia Tintaviel. Ale do tego czasu miało minąć jeszcze wiele, wiele dni. Na razie na głowie miały inne sprawy. I... I przez cały ten czas będę przy tobie. Pomyślała poetka wychodząc zza parawanu kiedy nocna koszula okrywała jej wciąż wilgotne ciało, drżące od nocnego chłodu. Spojrzała na leżącą spokojnie Tiny. Oczy Eflki był zamknięte a usta ułożyły się w delikatny uśmiech. Śpi? Udaje że śpi? Nie wiedziała. Ale wątpliwości nie ulegał fakt że była przepiekna. Kiedy tak leżała. Spokojna, uśmiechnięta. Nie bojąca się tego że w każdej chwili może zostać obudzona jako obiekt na którym ktoś będzie mógł wyładować własne frustracje. Poetka przysiadła na posłaniu Tintaviel i delikatnym gestem odgarnęła jej włosy z twarzy. Nie bój się, jestem przy tobie. Pochyliła się i ostrożnie przylgnęła ustami do policzka małej wielkiej zaklinaczki. I nie odstąpię cię nawet na krok

- Kolorowych snów Tarien'amin – Wyszeptała czule do elfiego ucha które drgnęło zabawnie owiane jej oddechem. Kąciki ust elfki uniosły się odrobinę wyżej. Chciała się przy niej położyć. Wziąć ją w ramiona. Zasnąć przy niej wsłuchana w spokojny rytm jej serca. Ogrzewana ciepłem jej drobnego ciała które pełne było ciepłej pradawnej magii. Ale nie chciała jej straszyć... Denerwować i naruszać przestrzeni osobistej Tiny bardziej niż sama Elfka jej pozwalała. A jednocześnie pragnęła być tak blisko niej samej jak to tylko możliwe. Westchnąwszy lekko przeczesała palcami włosy Tintaviel i ułożyła się na swoim posłaniu.

Sen nadchodził dość długo i powoli. Co nie było dla niej zaskoczeniem. Wciąż odczuwalny brak małej wielkiej zaklinaczki tuż przy sobie każdej jednej nocy zdawał się odganiać nadchodzący sen któy długo i uparcie musiał walczyć zanim udało mu się w końcu zapanować nad umysłem Lorain. Tak samo było i tej nocy. To przysypiała to wybudzała się alarmowana nagle przez swoją podświadomość która nie potrafiła odnaleźć ciepła elfiego ciała i spokojnego rytmu jej serca a przez cały czas zdawała się tego wszystkiego właśnie szukać. Poetka leżała więc spokojnie wsłuchując się w szum wiatru który łopotał od czasu do czasu materiałem ich namiotu oraz w szelesty dobiegające z posłania obok. Odwróciła głowę w tamtym kierunku i czekała. Czekała aż zobaczy cień głóki małej wielkiej zaklinaczki. I blask wpatrzonych w nią płonących źrenic. To był właśnie stały punkt każdej ich nocy. Musiały się upewnić. Wiedzieć. Dopiero wtedy, dopiero jak sprawdziły i ujrzały siebie nawzajem mogły spokojnie zasnąć wyczekując poranką kiedy znowu będą mogły być blisko siebie. Ale tej nocy schemat został przełamany. Tej nocy coś się zmieniło i przez kilka sekund Lorain miała wrażenie że wręcz słysz cichy chrobot z jakim pękały kolejne murki którymi Tintaviel starała się od niej odgrodzić.

- Koszmary powiadasz? - Bardka uśmiechnęła się lekko słysząc prośbę elfki. - Tak się składa że na koszmarach się trochę znam – Rzekła nieco weselej i usiadła czując jak serce zabiło jej żywiej. Poczuć ją przy sobie... wsłuchać się w jej serce... Poetka odrzuciła kołdrę na bok ignorując chłód który delikatnie wstrząsnął jej ciałem. Ciepło wypełniające jej wnętrze na samą myśl o tym że zaraz znów będzie mogła ją poczuć zdawało się odganiać wszelkie niedogodności. - Ale będziesz musiała mi w tym odrobinę pomóc Tarien'amin – Powiedziała spoglądając na zlęknioną, kulącą się za krawędzią materaca małą wielką zaklinaczkę i wyciągnęła w jej kierunku dłoń. Uśmiechnęła się ciepło kiedy drżące palce elfki ostrożnie spoczęły na jej dłoniach i zacisnęła na nich palce. - Chodź do mnie Tiny. – Wyszeptała miękkim i ciepłym głosem pozwalając jej wstać powoli, we własnym tempie. Nie popędzała jej przytrzymując spokojnie i cierpliwie jej dłoń. Obserwując jak Elfka podnosi się i nieśmiało klęka na granicy jej materaca. Dopiero wtedy pociągnęła ją lekko. A jednak zaskoczona i zdenerwowana Tiny poleciała prosto w jej ramiona. Obejmując ją mocno za plecy. Wyprostowała się dopiero kiedy poczuła jak Lorain odwzajemnia jej uścisk. Bardka milczała przez moment czekając aż ognistowłosa wyprostuje się i spojrzy jej w oczy. Wtedy też powoli ułożyła się z nią na jednej poduszce i otuliła je obie własną pierzyną. Przyciągnęła elfkę do siebie i lewą dłonią objąwszy ją mocno w pasie prawą dłonią pogładziła ją po policzku. - Obronie Cię przed nimi jeśli chcesz, Tarien'amin – wyszeptała uśmiechając się i kiedy tylko Elfka wtuliła się w nią Bardka wtuliła twarz w jej włosy. Czuła ciepło jej ciała. Rytm jej serca i ciepły oddech wydobywający się z drobnych elfich ust i ogrzewający jej pierś. Była szczęśliwa i... Mam nadzieję że ty też. Chociaż troszkę.

Awatar użytkownika
Anante
Posty: 187
Rejestracja: 30 gru 2013, 10:08
Lokalizacja postaci: Kamienica Patriotów
GG: 47821741
Karta Postaci: viewtopic.php?p=46352#46352

27 wrz 2015, 21:55

Lorain

Tiny ledwie pisnęła, aż nazbyt cicho i niewyraźnie, ujęta zaskoczeniem i zrodzonym z przełamanego na chwilę napięcia szczęściem, gdy tylko pochwyciła ją dłoń poetki, pchnąwszy lekko i bez słowa na jej własny materac. Znów wywróciwszy cały jej świat do góry nogami i na lewą stronę, tak że... Śmiała się, całą sobą, zapamiętała w zabawie i szczęściu jaką ona rodziła; w beztrosce i radości, która wypełniała jej pierś z każdą chwilą i oddechem. Elfka czuła żar; przyjemne, delikatne ciepło, niczym żywy płomień rozlewające się po ciele, gdy tylko jej zapach znów, choćby na chwilę wypełnił przestrzeń wokół niej, a wprawne, smukłe dłonie śmigały tylko wokół jej drobnej osóbki, skrywając ją za miękkim kokonem i na chwilę odrywając od strachu i niepewności, które trzęsły jej skołatanym sercem. Szarpała i troszkę próbowała się wyrywać, bardziej dla niepoznaki niż ze szczerej chęci ucieczko, starając się choć trochę przedłużyć ten moment. Zyskać kolejny dech, impuls, myśl; coś co da jej siłę by iść dalej. Kroczek za kroczkiem po gwieździstej ścieżce, bez obawy o to, że kiedyś potknie się na niej i upadnie; że... Nie zostawię Ciebie Tarien. Nigdy nie dam Ciebie nikomu skrzywdzić. Ten głos; pełen ciepła i troski; podszyty niemą obietnicą raz za razem brzmiał w jej myślach. Równie nieodmiennie budził w niej ów płomyk; przekorną skrę, która teraz tak żywo płonęła w jej złotych oczach, gdy rozchichotana i rumiana jak nigdy, leżała pod poetką nie potrafiąc choćby drgnąć; ledwie łapiąc urywany, niespokojny dech, który zdawał się uciekać z jej wątłej piersi z każdą kolejną chwilą. Jest śliczna. Moja Liritien, jesteś naprawdę śliczna. Uśmiechnęła się do niej, odsłaniając bielutkie ząbki, gdy ledwie stłumiony chichot wiązł w jej piersi, a szpiczaste uszy strzygły żywo nad morzem płomieni, jakie rodziła jej zwichrowana czupryna, niczym aureola żaru okalająca główkę niepozornej czarodziejki. Czuła na sobie jej ciężar; lekki i zdałoby się niepozorny nacisk, gdy druga dziewczyna dociskała ją do materaca samą sobą, obejmując udami jej skryte pod kołdrą ręce i talię. Nie ucieknę Ci nigdzie. Nie mogłabym... i nie mogę. Zachichotała cichutko, mieniąc się cudnym rumieńcem na zwykle bladym licu, jakby rozkwitł pośród niego piękny kwiat.

Jak bardzo mi ufasz? Na krótką chwilę zamarła, zapatrzona w zawieszone nad sobą zielone tonie, śledząc każdy czający się w nich błysk i emocje. Ich barwę, odcień; prawie czując dotyk jej spojrzenia, upojona tym co mogła obserwować. Uwielbiała je; to co mogła w nich dostrzec, co ze sobą niosły i co czasem zdawało się jej, że w nich widzi. Nawet jeśli się tego bała; jeśli nie potrafiła tego nazwać, ani określić to właśnie to w nich kochała. Były częścią niej; piękną, a zarazem absolutnie wyjątkową, niczym dwa klejnoty czekające tylko na nią; morze zieleni w którym mogła się zagubić bez reszty i... Jak bardzo mi ufasz Tarien? Na moment jej własne oczy spoważniały nieco i uspokoiły się wyraźnie, choć zdałoby się, że nie ma ku temu najmniejszego powodu, a jednak właśnie tak zareagowała jej jaźń na rzucone w zabawie pytanie. Na równi proste, co ważne, nawet jeśli znała już odpowiedź; czuła ją całą sobą, to... Nie mogę Ci tego powiedzieć. Ja...ja nie potrafię. Nie chcę...nie chcę żebyś ty... żebyś myślała, że ja... żebyś... Cień strachu odbił się w jej spojrzeniu, przemykając poprzez zaklęte w lekko zwężonych, roześmianych źrenicach jej oczu, nim cichy, ledwie słyszalny szept sam uciekł spomiędzy jej zaróżowionych usteczek, przeganiając ostatni cień wątpliwości.

-Bardziej niż samej sobie, vanima'min.-nie było w tym zaskoczenia, strachu czy niepewności, jedynie szczere pragnienie; chęć by być bliżej. By móc postawić jeszcze jeden kroczek poza okalające jej duszyczkę bariery, niczym szalony impuls by skoczyć ze stromego urwiska, choć jej serce szamotało się boleśnie na samą myśl, że... Nie bój się Tarien. Nie musisz się bać; nie przy mnie. Słowa poetki zlały się w jedno z myślami małej-wielkiej zaklinaczki, rodząc jeden, wspólny impuls i smak, tuż na krawędzi jej warg. Tak intensywny, iż prawie nieznośny. Nim jednak zdążyła uciec przed samą sobą, delikatne usta zielonookiej orlesjanki ostawiły swój znak; ciepły, czuły ślad na krawędzi jej noska, a później ucha, zalewając umysł czarodziejki tylko tym jednym , rozkosznym wrażeniem i samym jej głosem. Planuje teraz tylko... Dorwać twoje uszy. Nagle cały jej świat pochłonął śmiech i radość, gdy zalała ja fala zrodzonej z łaskotek wesołości, odbierając choćby blady cień panowania nad tym co się działo; nad samą sobą i własnymi myślami, kiedy tylko smukłe, delikatne palce śmigały po jej czułych uszkach, drażniąc skryte pod skórą, niezwykle czułe nerwy. Wyginała się na wszelkie możliwe strony i sposoby, w bezradnej próbie ucieczki, wijąc się i wierzgając pod kołdrą prawie nierozerwalnie splątanymi z nią nóżkami. Tiny śmiała się całym swym ciałem, nie tylko głosem, czy oczyma, ale wręcz całą sobą, starając się jak tylko mogła uciec od jej dłoni. Wyrwać się, a zarazem zostać właśnie tu, gdzie była; czuć ich pieszczotę i dotyk. Chichotała nawet wtedy, gdy płuca zaczęły palić ją żywym ogniem, a splatane w pościel kończyny nie mogły już drgnąć, i tylko szyja wraz z głową wyciągała się na boki, nieporadnie umykając przed poetką. Nie miała nawet siły zapiszczeć, że się poddaje, choć jeszcze chwilę temu tak zawzięcie to powtarzała. W końcu jednak i ta bajka musiała się skończyć, a ona znów została sama.

Leżała spokojnie, pośród wymiętej pościeli, ledwie mając sił, by rozplątać skrywający jej zgrzane ciało kokon, gdy delikatny kaszel wstrząsnął jej piersią, a podrażnione śmiechem gardło przypomniało sobie o tym, jak chłodne powietrze zakrada się do środka ich schronienia. Przez chwilę jeszcze elfkę ogarniała przyjemnie błoga, bezsilna pustka, w której mogła się bezwiednie pogrążyć, jeśli tylko chciała; upojona szczęściem i zmęczeniem miała teraz szansę oddać się słodkim objęciom, jakie oferował jej sen. Starczyło postawić ledwie krok, by przekroczyć próg Zasłony, a jednak...Nie mogę. Nie potrafię zasnąć. Ciche, stłumione westchnienie uszło z jej piersi, gdy nieco już zamglone, skołowane spojrzenie spoczęło na cieniu, tańczącym za prześwitującą kotarką, śledząc jego hipnotyczne, spokojne ruchy, gdy zrzucał kolejne fragmenty widmowego odzienia i zanurzał się w misce z zimną wodą. Ciekawe...jakby to było. Znów móc poczuć ją pod palcami. Twoją skórę i... Zadrżała, gwałtownie wybudzona strachem i skrępowaniem, gdy jej nieco przygasłe poliki na nowo zagorzały prawie że palącym rumieńcem, a każdy skryty w nich nerw prawie zapłonął żarem. Nie chcę; nie mogę! Nie jestem taka...Nie potrafię spać bez Ciebie. Coraz mocniejsze skołowanie i zmieszanie ogarniało jej nieprzyjemnie pobudzony umysł, gdy tylko wszelkie obawy i niepokoje, porzucone w chwili gdy rozpoczęła się ich szamotanina wróciły do niego ze zdwojoną siłą. Każda jedna, pełna niepewności i lęku myśl; irracjonalny strach, że poetka mogła ją porzucić; zostawić. Nie chcę Ciebie skrzywdzić...nie chcę...nie chcę żeby to znowu... żeby tak... Zacisnęła bezwiednie dłonie, gdy zrodzona w jej piersi bezsilność, na moment zacisnęła się na skrytym w niej, aż boleśnie rozdygotanym sercu. Dlaczego; dlaczego nie mogę przestać o tym myśleć? O tobie i... o nich? Powieki same skryły jej oczy, w daremnej próbie ucieczki; odgrodzenia się od tego wszystkiego, choć przecież cała burza rodziła się i trwała właśnie w niej. Nigdzie indziej tylko w jej sercu i umyśle. Brakowało jej tego; jej oddechu, ciepła, nawet cichego pomruku, który czasem w środku nocy narastał w piersi poetki, by wyrwać się spomiędzy jej ust, wraz z cichym westchnieniem, gdy bezwiednie wtulała się w ujętą swymi ramionami elfkę, jakby odruchowo bała się ją wypuścić i chciała przytrzymać ją przy sobie; nieco bliżej i pewniej, niż za dnia, gdy obie... Brakuje mi Ciebie, Liritien. Znów przewróciła się na swym posłaniu, nie mogąc znaleźć sobie wygodnej pozycji, ani miejsca, jakby nagle cały jej materac obrósł igłami, a poduszka stała się kawałkiem głazu. Mimowolnie i bezwiednie uśmiechając się do swych myśli, gdy prawie pogrążona już we śnie wyobraźnia snuła przed jej oczyma coraz mniej realne wizje i obrazy, pragnąc w końcu odetchnąć po długim, męczącym dniu. Czasem prawie czując ją przy sobie; jej oddech, dotyk, zapach... samą obecność i...Pustkę, która rodziła się, gdy tylko ulotne wrażenie prysło, niczym mydlana bańka pod dotykiem jej dłoni, nietrwała i płocha, niczym miraż na tafli wody.

Kolorowych snów Tarien'amin Uczuła na twarzy jej dłoń; delikatny, pełen czułości dotyk, gdy Lori odgarnęła skrywające jej lico włosy, zagarniając je za krawędź szpiczastego ucha. Przez chwilę Tiny zdawało się, jak gdyby wcześniej słyszała jej kroki; cichutkie plaśnięcia mokrych stóp, o powierzchnię lodowatej posadzki i trzask materaca, gdy ten ugiął się pod ciężarem jej ciała. Zostań... Szepnęła półprzytomnie we własnych myślach, kiedy tylko jej szpiczaste uszko uciekło przed oddechem poetki, skrobiąc o przekrzywioną poduszkę, a policzek zapiekł nieznośnie, pod dotykiem delikatnych ust. Pragnęła by to nie był sen; by tak właśnie zostało, gdy zmęczony umysł poddawał się tylko kolejnym falom emocji, niezbyt składnie kreśląc kolejne myśli pośród mroku nocy. Była zmęczona; tak bardzo, że nie potrafiła choćby drgnąć, a jednak nie mogła zasnąć. Znów i znów, bez końca w niekończącej się spirali kolejnych przewrotów, pomruków i westchnień, gdy tylko na chwilę zdało jej się, że się ułożyła. Za każdym razem jednak wracało to do niej; pełne chłodu i żalu wrażenie, jakby coś jej zabrano, ostawiając nieznośną pustkę. W jej boku, plecach, piersi... całym, zgrzanym i okrytym lodowatym potem ciele. Nie potrafiła, nie mogła... Dosyć...Mam dosyć. Ciche sapnięcie uszło spomiędzy jej ust, gdy usiadła ospale, nieporadnie przecierając zlepione śpiochami oczy, kiedy te nie potrafiły nawyknąć do otaczającego ją mroku. Nieprzyjemne drżenie przeszło po jej karku, podnosząc okrywające go włoski, gdy tylko przypomniała sobie jak bardzo nie lubiła ciemności. Jednak, właśnie pośród nich była ona i...

Elfka czekała, zawstydzona i przestraszona, wtulając policzek we własne ręce, gdy zwiotczałą szyja dłużej już nie mogła utrzymać jej dziwnie ciężkiej głowy. Czuła jak rozpalone wstydem poliki gorzeją, prawie parząc jej dłonie; nieprzyjemne ukłucia chłodu, gdy tylko zimniejszy podmuch smagnął jej zgrzane ciało, studząc oblepiające je słonawe kropelki i... Nic z tego nie miało dla niej najmniejszego znaczenia. Nawet tego nie zauważała, zagubiona pośród plątaniny swych myśli i uczuć. Nazbyt zlękniona i skrępowana tym, co właśnie się stało; co powiedziała, gdy zwiedziony obietnicą spokoju i wytchnienia umysł przelał swe pragnienie w słowa, pogrążając ją bez reszty. Tylko nie mów; proszę nie mów nie. Nie...nie zostawiaj mnie teraz. Bała się; zupełnie irracjonalnie i bez powodu, na przekór wszystkiemu i samej sobie. Tego co czuła, czego pragnęła, jej, nocy, ciemności; demonów prawdziwych i tych wyimaginowanych. Własnej nieporadności i wstydu; obawiała się nawet samej siebie. Nie chciała; nie mogła tego powiedzieć, a jednak... Chcę być przy tobie. Tak... tak po prostu Ciebie przytulić. Przepraszam. Ledwie starczyło jej sił by usiedzieć na swym miejscu, a zarazem miała ich za mało by uciec. Czuła się bezradna; rozdarta między wszystkim czego ją nauczono, w czym się wychowała i trwała przez całe życie, a ową zdałoby się bezrozumną, zupełnie bezpodstawną nadzieją, że może być inaczej; że może być kimś innym. Że to wszystko, każdy jeden element jej bytu i jestestwa może się zmienić. Że mogą być razem i może wierzyć swej przyjaciółce iż spełni swe obietnice i...Będziesz musiała mi w tym odrobinę pomóc Tarien'amin Skryte w jej piersi serce zabiło żywiej; tak mocno, iż przez chwilę czuła nieznośny, kłujący ból, a czarne mroczki zawirowały przed skośnymi oczyma przesłaniając wszystko inne. Wpatrywała się w nią; wyciągniętą ku sobie dłoń i lśniące pośród ciemności oczy; dwa szmaragdy zawieszone pośród czarni nocy i nie potrafiła nic zrobić. Choćby drgnąć, trzęsąc się tylko i kuląc jeszcze bardziej. Niczym spłoszone zwierzątko, które... Nawet nie zauważyła, gdy jej własne, wyraźnie drżące i lodowate paluszki niepewnie zacisnęły się na ręce bardki, jakby coś umknęło jej skołatanej jaźni. Dziwne, prawie nienaturalne napięcie na uderzenie serca przeszyło jej pierś i znikło gdzieś, gdy tylko poetka chwyciła ją pewniej i pociągnęła ku sobie, a cały świat uciekł jej spod nóg.

Nagle Tiny spoczywała znów w jej ramionach; ciut bezwiednie wpatrując się w zawieszone nad sobą zielone oczy. Wystraszona i skrępowana jak nigdy dotąd, czując jak przesycony różaną wonią oddech delikatnie otula jej twarz, okrywając ją gęsią skórką. Drobne, wylęknione serduszko szamotało się klatce jej żeber na tyle rozpaczliwie, by nawet bardka mogła poczuć je na swej dłoni. Delikatne i małe, raz za razem obijające się o ścianki swego więzienia, gdy stres i strach zawładnął nim bez reszty. Chodź do mnie. Bała się, a jednak patrzyła; nawet na chwilę nie potrafiła uciec przed jej spojrzeniem; zostawić go i... Już dobrze. Tak... tak jest dobrze. Właśnie tak. Czekała na nią; na jej uśmiech, gest, choćby skinienie. Lekki znak, że już się nie boi. Bo w końcu; przecież nie potrafiła się bać. Nie przy niej, nawet samej siebie. Powolutku elfka wyprostowała się w jej objęciach, nieświadomie aż nazbyt kurczowo zaciskając dłonie na plecach i koszuli swej przyjaciółki, jakby bała się, że ta zaraz zniknie. Że znów to tylko sen, zrodzony w jaźni demona. Powoli opadły na czekającą na nie poduszkę i wtedy, w końcu zniknął z niej strach.

Do tej pory nie wiedziała nawet jak bardzo brakło jej tego wszystkiego; jej ciepła, dotyku. Samej pewności, że właśnie ona, a nie ktokolwiek inny jest przy niej. Trzyma ją pewnie przy sobie i... była zmęczona. Bez reszty wyzuta z sił, kolejnymi, pozbawionymi snu nocami, gdy jej zszargane nerwy łowiły każdy, nawet najlżejszy szelest pośród spowijających namiot ciemności. Pragnęła ukojenia i bezpieczeństwa i w końcu je znalazła; właśnie przy niej i teraz, gdy choć na chwilę dała się wieść impulsom, które władały jej sercem. Ponieść temu wszystkiemu i nie myśleć choć chwilę o tym, jakie przyniesie to konsekwencje. Po prostu...Chcę być sobą... i móc być przy tobie. Zamruczała cichutko pośród ciemności, która nieubłaganie zakradała się pośród jej własne myśli, prawie już zasypiając, bezwiednie wtulona w jej pierś całą sobą; zagarnąwszy się do poetki każdym fragmentem swego ciała, przyciskając do niej rękoma i nogami. Starczyło tylko tyle, by opadły z niej wszystkie troski i emocje, odbierając resztkę woli; burząc ostałe w niej bariery i pozwalając w końcu nieść się instynktowi. Obronie Cię przed nimi jeśli chcesz, Tarien'amin Wciąż czuła dotyk lorainowej dłoni na swym policzku, gdy ukołysana spokojnym rytmem jej serca i głosu zapadła w sen.

Następny dzień minął im w atmosferze oczekiwania, gdy każda mijająca chwila tylko pogłębiała wypełniające obie kobiety napięcie i niezrozumiały niepokój. Wyruszyć; wyrwać się na moment poza szaleństwo, jakim coraz bardziej zdawała się jawić wojna. Choć na chwilę uciec ze szponów Anderfell, jego polityki i całej krucjaty, by zagubić się pośród orlesjańskich borów, jakie okrywały sobą włości zatrutego żalem hrabiego. Ani sen, ani tym bardziej rozmowy nie potrafiły związać ze sobą kolejnych myśli, jakie z trudem znajdowały odbicie w ich gestach i spojrzeniach, prawie tak, jak gdyby te, uparcie starały się im umknąć. Czekały, niepewnie najbliższej przyszłości i tego, co miała ze sobą ona przynieść, gdy cokolwiek przestało zależeć od ich woli. Jakoś więc obie próbowały przepędzić dłużące się w nieskończoność minuty i godziny czegoś, co normalnie mogłyby nazwać błogim spokojem, nerwowo wypatrując odzianego w czerń posłańca. Zarówno Lorain jak i Tiny starały się cieszyć własnym towarzystwem, w nieco nieporadny w wypadku elfki sposób próbując ukoić poetkowe nerwy. W końcu jednak, znacznie szybciej niż mogłyby się spodziewać spadła na nie wieść, kończąca wszelkie domysły i rozterki: następnego ranka miały już być gotowe do drogi.

Od tej chwili Tiny wydawała się dziwnie rozdarta, jak gdyby na równi spięta i zlękniona, co w jakiś niezrozumiały sposób pogodzona z własnym losem i tym co miało się wydarzyć. Nawet nie próbowała już ukrywać, że jest inaczej, choć niekiedy chyba starała się zamaskować to uśmiechem, czy nerwowym żartem, jakby bała się jakoś zranić, czy wystraszyć swoją przyjaciółkę. Jednak pomimo tych prób, nie potrafiła pozbyć się jednej, nad wyraz natrętnej myśli. Starczył jeden błędny krok; jedno, nawet najmniejsze potknięcie i mogła wszystko to stracić; każdy jeden element swego życia, na którym tak zaczynało jej zależeć. Mogła więcej jej nie zobaczyć. Właśnie to, w tym wszystkim najbardziej podgryzało jej pewność siebie i budziło czysty, zupełnie pierwotny strach. Jak gdyby to świadomość tej możliwości, była gorsza od wszystkiego co w głębi nocy mogli przynieść Tiny jej oprawcy. Do pewnego stopnia dawno oduczyła bać się o siebie, z wrodzonym oddaniem poświęcając się innym. Teraz jednak czuła coś nowego; sprzecznego, a zarazem nierozerwalnie splecionego z stanowiącą rdzeń jej jestestwa empatią. Bała się o nią; swoją Lorain. Poetkę, która sprawiła, że znów zaczęła marzyć; mieć nadzieję i przynajmniej nieśmiało próbować uwierzyć w to, że jest coś jeszcze; coś dobrego, czego można się uczepić i czego pragnąć. Nie rozumiała tego; bała się nazwać źródło tego uczucia, a jednak owo nieodparte wrażenie nie odstępowało jej nawet na krok, gdy razem z Gaspardem pakowały swe rzeczy, wymieniając się nic nie znaczącymi uwagami i słowami, byle dać sobie cień oparcia. Wierzyła, że da sobie radę; że razem z nią może przejść każdą próbę, bo ona jej pomoże, choćby i tylko wierząc w nią i dając powód by wrócić; by dać z siebie wszystko. A jednak, gdy następnego wieczoru znów zasypiała w jej ramionach, znalazłszy kolejną wymówkę nie potrafiła pozbyć się tej uporczywej myśli, że stanie się coś złego.

Za krawędzią Zasłony nie czekało jej zresztą wytchnienie, gdy zwabione jej emocjami demony szybko podchwyciły źródło jej obaw, ze zdwojoną siłą i zawziętością dręcząc swoją ofiarę; zalewając ją coraz bardziej koszmarnymi, pełnymi cierpienia i poczucia utraty wizjami, czasem tak bardzo wyzutymi z realności, a zarazem okrutnymi, iż zdawały się tylko chorym snem. Żerowały na jej cierpieniu, strachu, pożądaniu i każdej innej słabości, jakiej tylko mogły dopatrzyć się za potrzaskanymi barierami jej umysłu, znacząc ślad swego przejścia chaosem i zniszczeniem. Budziła się; raz za razem zrywając z posłania, gdy nocną ciszę przeszywał jej stłumiony krzyk, by po pełnej panicznej szamotaniny chwili z cichym szlochem wtulić się w ramię poetki i zamknąwszy oczy, pogrążyć się w niespokojnym półśnie, z którego znów miała się zerwać za paręnaście minut. Dopiero gdy zaczynało już świtać, elfka naprawdę zasnęła, nazbyt zmęczona i wystraszona, by dalej móc znieść to, co niosły ze sobą zrodzone za Zasłoną istoty, pogrążając się w pustce bez snów.

Z niespokojnej drzemki wyrwał poetkę cichy chichot, wzbogacony delikatnym potrząsaniem i wrażeniem chłodu, gdy tylko czyjaś okryta grubą, zaszronioną rękawicą dłoń zacisnęła się na jej ramieniu, potrząsając nią lekko przez sen.

-Pobuuuuudka kochanieeeeeee... poraaaaaa wstaaaaaaać... Śniadanie już na Ciebie czekaaaaaaa...-i znów ktoś zachichotał, nie mogąc się powstrzymać, gdy posmyrał ją czymś zimnym i delikatnym po koniuszku nosa, znów ciągnąc ją za rękę. Nim jeszcze jej zaspany umysł połączył ze sobą głos i należącą do niego twarz, nad Lorain zamajaczyła czyjaś nad wyraz płowa i skołtuniona czupryna, z masą sterczących na wszystkie strony warkoczyków i fetyszy, jakoby żywcem wyrwanych z południowych krain.-Nooo! Nie burcz już tak na mnie, siostrzyczko! Zobacz co znalazłam dla Ciebie i twojej "tylko przyjaciółki".-Cyrelle zachichotała wesoło, pacając ją najprawdziwszą, czerwoną różą w czubek nosa. Mówiła jednak na tyle cicho, by nie zbudzić wtulonej w bok Lori elfki, wciąż pogrążonej w nieco niespokojnym, acz głębokim śnie.-Wiesz... nie spodziewałam się, że tyle Ci to zajmie. A tu proszę, jednak Iskierka jest od Ciebie odważniejsza i pierwsza zakradła Ci się pod pierzynę. Jakbym wiedziała, że byłyście sobą zajęte to może bym poczekała przed namiotem...-wyszczerzyła się do niej szelmowsko i sięgnęła ku Tinowej czuprynie by poczochrać ją lekko, nim jeszcze Lori wybudzi się na tyle, by ją powstrzymać.

Awatar użytkownika
Lorain
Posty: 59
Rejestracja: 27 maja 2015, 00:32
GG: 44153208

30 wrz 2015, 22:58

Tej nocy zasypiała spokojna. Uśmiechnięta, z głową wtuloną we włosy małej, wielkiej zaklinaczki zasłuchana w jej cichnące pomruki kiedy elfka powoli pogrążała się we śnie. W rytm jej serca które powoli uspokajało się w jej piersi pozwalając zmęczonemu ciału na należyty odpoczynek. Tej nocy po raz pierwszy od wieczora który Spędziła u nich Cyrelle Perendale poetka czuła że oto wszystko jest na swoim miejscu. Nie mogła przestać się uśmiechać kiedy czuła ją w swoich ramionach. Ciepło jej ciała z taką łatwością pokonujące dzielący je materiał nocnej koszuli. Teraz już cię nie wypuszczę Tarien'amin Mruknęła jeszcze sennie wciąż pewnie trzymając przy sobie filigranową, drobną, elfią uzdrowicielkę która ufnie się w nią wtulając ogrzewała pierś poetki własnym oddechem. Tej nocy zasypiała szczęśliwa i spokojna. Chociaż już wtedy przeczuwała co też takiego przyniesie kolejny dzień.

Ta podróż wywoływała w Poetce mieszane uczucia. Z jednej strony była radość. Ekscytacja i oczekiwanie wiążące się z możliwością wyrwania się z tego miejsca. Zostawienia za sobą całej tej wojskowej kolumny i wszystkich cieni jakie kryły się w sercach niektórych z tych którzy wędrowali w jej szeregach. Możliwość zabrania Tintaviel jak najdalej od całego tego bałaganu i niepokoju. Od wiszącego nad nią strachu. Chociaż na moment zabrania jej tak daleko od wszystkiego tego przed czym chciała ją uchronić jak tylko była w stanie. Pokazania jej czegoś nowego. Czegoś pięknego co z całą pewnością wywoła uśmiech na jej drobnej twarzy. A ona będzie blisko, będzie mogła zobaczyć ten uśmiech dzięki czemu sama się uśmiechnie. A jednak było to coś co kładło się cieniem na to wszystko. Tajemniczy rytuał i zagrożenie które kryło się za nim. Przez cały ten czas jedna sprawa nie dawała poetce spokoju. Jedna myśl wciąż ją dręczyła i nie dawała jej spokoju... W co takiego ja Cię wpakowałam Tiny?

A jednak nie spytała jej, nie chciała, przywoływać tego teraz kiedy wszystko było jeszcze niepewne. Była więc przy niej starając się w każdy znany jej sposób oderwać myśli małej, wielkiej zaklinaczki od tego co na nie oczekiwało. A może starała się oderwać swoje własne myśli. Chociaż ilekroć spoglądała w jej płonące źrenice to pytanie zawsze do niej powracało a serce ściskało się przestraszone. Bała się. O nią, o to co się może stać. Bała się gorzej niż jakby ona sama miała brać w tym udział. Chyba nawet wolałaby żeby tak właśnie było. Żeby to ona mogła odprawić rytuał. Wtedy mogłaby coś zrobić. Miałaby kontrolę nad tym co się działo. Mogłaby... Mogłaby ją chronić. A tak mogła tylko czekać. I to chyba właśnie to ją najbardziej przerażało i denerwowało. Niemoc, i wrażenie że jedyne co może zrobić to stać z boku i czekać. Jak przystało na gracza. Rzuciła pierwszy kamyk i wprawiła w ruch lawinę wydarzeń na które nie miała większego wpływu i których już nie mogła powstrzymać. Teraz mogła być przy niej. Wierzyć w nią. I okazać jej to tak samo jak to że na nią czeka i że bez względu na wszystko... będzie dobrze. A jak to wszystko się skończy... zabiorę cię nad morze. Ta myśl zawsze wywoływała uśmiech na twarzy poetki i pozwalała uspokoić się chociażby na chwilę. Aż w końcu nadeszła wiadomość że nazajutrz z samego rana wyruszają do posiadłości hrabiego Verechiela.

Wiadomość ta, wedle wszelkich prawideł gry powinna ją uspokoić. Wszystko przebiegało bowiem zgodnie z planem i zamierzeniem. Posunięcia poetki sprawiły że znalazła się o krok bliżej zrealizowania zamierzonego celu. O krok bliżej od zwycięstwa. Tak powiedziałby jej mistrz. Wiedziała o tym a jednak wszystko to sprawiło tylko że Bardka denerwowała się jeszcze bardziej. Tintaviel nie potrafiła jej oszukać. Jej spojrzenia, zachowanie, nerwowe uśmiechy. Bała się i poetka doskonale to widziała co też wcale jej nie uspokajało. Wręcz przeciwnie. Przez moment musiała wręcz walczyć ze sobą żeby nie podejść do ognistowłosej i nie namówić jej żeby z tego wszystkiego zrezygnowały. Ale nie mogła tego zrobić i doskonale o tym wiedziała. Właśnie lawina nabierała rozpędu i jedyne co one obie mogły zrobić to dać jej się po prostu ponieść. I nie ustawać w wierze w twoją małą wielką zaklinaczkę Lori. Jest silna i z twoja pomocą da sobie radę. Wiesz o tym doskonale. Wiedziała. A jednak strach przed tym co mogłoby się stać podczas rytuału nie opuszczał jej nawet na moment aż do końca tego dnia. Zmuszając żeby gryzła się w język za każdym razem kiedy na jego końcu miała pytanie dotyczące rytuału. Nie teraz Lorain. Teraz nie ma na to ani czasu, ani miejsca. Tylko ją niepotrzebnie zdenerwujesz a i tak już się boi. Zrób lepiej wszystko żeby o tym nie myślała A więc robiła wszystko co w jej mocy aby płomiennookiej uzdrowicielce nie zabrakło powodów do śmiechu i zmieszania się między którymi linia w przypadku ich dwójki zdawała się niezmiernie cienka.

- Poczekaj proszę na mnie w namiocie Arwena'min – Rzekła Lori z szacunkiem po czym, nie bacząc na spojrzenia siedzących przy ognisku żołdaków i templariuszy Xaviera skłoniła się szarmancko i złożyła czuły pocałunek na dłoni elfki wcześniej ściągając z niej puchatą rękawicę. - Musze jeszcze tylko omówić sprawę twojej niespodzianki z Kapitanem naszych obrońców więc... – Poetka wyprostowała się z szelmowskim uśmiechem wpatrując się w rumianą twarzą Elfki i pogroziła jej palcem. - Żadnego podsłuchiwania. – To rzekłszy odprowadziła Tiny do wnętrza a sama wróciła na zewnątrz i gestem poprosiła kapitana templariuszy aby odszedł wraz z nią lekko na bok. - Kapitanie. – rzekła z uśmiechem. - Mam do was prośbę. Widzicie, chodzi o drobną niespodziankę dla mojej Tarien. Nie wiem czy was poinformowano czy nie ale, ponieważ Tiny nie potrafi jeździć na koniu, w zasadzie to ledwo potrafi na nim usiedzieć... – uśmiechnęła się pod nosem i spojrzała w kierunku namiotu w którym skryła się mała wielka zaklinaczka. - Postanowiłam że pojedzie razem ze mną. Uczono mnie jeździć konno, a obie nie ważymy zbyt wiele więc podejrzewam że to raczej nie powinno stanowić problemu. A skoro już będzie mogła jechać razem ze mną to... co wasi ludzie powiedzieli by na odrobinę szybszą jazdę? – Uśmiechnęła się szeroko spoglądając w oczy rycerza. - Chciałabym pokazać jej prawdziwą magię jazdy. Pęd powietrza na twarzy. Wiatr we włosach, szum w uszach. Słowem chciałabym móc przewieźć ją galopem. Chociażby odrobinę. Naturalnie jeśli nie macie nic przeciwko temu kapitanie. I na waszych zasadach. – Zastrzegła szybko. - Ruszyłybyśmy tylko i wyłącznie wtedy kiedy dostałabym od was wyraźny znak że mogę. I wystarczyłoby jedno wasze słowo abyśmy się zatrzymały. Bez słowa, bez narzekania. Bez czegokolwiek. Wiem że jesteście za nas odpowiedzialni i szanuje to w pełni. Dlatego proszę o waszą zgodę. Po prostu chciałabym jej pokazać... Kolejny piękny drobiazg jaki ten świat ma do zaoferowania. Dlatego... proszę was o zgodę kapitanie. Tak jak powiedziałam na waszych zasadach.

Nie było jej łatwo zasnąć. Wciąż nękana przez niepokojące domysły leżała przez dłuższy czas co chwilę zapadając w niespokojną drzemkę. A jednak nie mówiła nic. Nie budziła jej. Trzymała w ramionach. Cichą i mamroczącą przez sen... Żałuje że nie potrafię zajrzeć do twojej główki. Mogłabym przepędzić wszystkie te koszmary Poetka westchnęła cicho kiedy Titnaviel szarpnęła się lekko w jej ramionach po to żeby zaraz wtulić się w nią mocniej. Jestem tutaj, nie bój się. Jestem cały czas przy tobie. I nie pozwolę cię skrzywdzić. Przyłożyła jeszcze usta do bladego czoła małej wielkiej zaklinaczki i pozwoliła aby jej świadomość osunęła się w objęcia snu którego jej ciało się domagało. Nieświadoma tego że Tiny tej nocy zbudzi się jeszcze wielokrotnie

- Jeszcze trochę mamo – Mruknęła słabym głosem poetka zadrżawszy lekko kiedy oszroniona rękawica dotknęła jej ramienia. Wciąż śpiąc strząsnęła ją z siebie i naciągnąwszy pierzynę na głowę wtuliła się mocniej w ognistowłosą. - Powiedz mistrzowi że przyjdę za moment. – Wybełkotała pół przytomna wciąż jednak wyraźnie nie zorientowana w rzeczywistości w jakiej się znalazła. Poetka przewróciła się na plecy i zamachała niepewnie dłonią kiedy zimny przedmiot stuknął ją w nos. Zmarszczyła go zabawnie przekręcając głowę z lewa na prawo jakby mimo zamkniętych powiek starała się rozejrzeć dookoła. W końcu jednak wyraźnie zniecierpliwione drażnieniem go ciało postanowiło zmusić jaźń poetki do pozostania po właściwej stronie zasłony i oczy Lori powoli się otworzyły. W pierwszej chwili nie rozpoznała zamazanego kształtu który wisiał nad nią w mroku namiotu. Jej umysł starał się jak najszybciej ze stanu snu przeskoczyć na najwyższe obroty. A jednak brak odpowiedniego wypoczynku skutecznie mu to utrudniał i dłuższą chwilę zajęło zanim ów przedmiot w jej oczach wyostrzył się na tyle żeby zaczął przypominać... Twarz? Ktoś jest w namiocie! Poetka odruchowo poderwała się do góry i zanim którakolwiek z nich zdążyła zareagować wyrżneła własnym czołem prosto w czoło zadowolonej z siebie Orlicy.

- Fili... na miłość Andrasty. Stwórca cię opuścił czy jak? – Masując dłonią czoło spojrzała zbolałym wzrokiem w kierunku siedzącej tuż obok niej Cyrelle która zaskoczona atakiem siadła na tyłek i w tej chwili sama rozmasowywała własne czoło, chociaż w przeciwieństwie do Poetki wydawała się całkiem tym wszystkim rozbawiona. - Słowo daje... Gdybyś nie była moją siostrą to... – Zamilkła i spojrzała na róże trzymaną w dłoni przez Orlice. Przyglądała jej się przez moment z dłonią która znieruchomiała na jej czole. Zupełnie jakby nie mogła uwierzyć w to że ją widzi. - Udało Ci się – niemalże zawołała i natychmiast zasłoniła usta dłonią spoglądając na Tintaviel która poruszyła się niespokojnie przez Sen. Kiedy elfka znieruchomiała pogrążona we śnie Lori podniosła się i uściskawszy mocno siostrę i zanim ta zdążyła się zorientować wyciągnęła z jej dłoni dwa różane kwiaty i czekoladę którą Perendale'ównie jakimś cudem udało się zdobyć. - Wiedziałam że Ci się uda. – Wyraźnie uradowana przysiadła na brzegu posłania które dzieliła z małą wielką zaklinaczką po czym dobyła sztylet ze swojego pasa i zaczęła sukcesywnie i w skupieniu obcinać ciernie z łodyg jednej z róż. - Cóż – Rzekła spokojnie pochłonięta swoim zajęciem. - Ja nigdy nie powiedziałam „tylko przyjaciółki” – Uśmiechnęła się lekko znad rózy do Cyrelle po czym odrobinę rumiana powróciła do swojego zajęcia. - Chociaż na tą chwilę wydaje się to być odpowiednim określeniem. Ale... Kto wie co przyniesie przyszłość... – uśmiechnęła się do siebie. I uniosła róże wyżej by się jej przyjrzeć. Pogładziła palcami gładka łodygę i skinęła głową zadowolona. Róże odłożyła na bok i sięgnęła po drugą. Bez słowa oberwała z pąka wszystkie różane płatki i już miała rozsypać je na poduszce Tintaviel kiedy znieruchomiała i z westchnięciem pokręciła głową. - Fili... któregoś pięknego dnia stracisz za to dłonie. Jak stwórce kocham... – Mruknęła poprawiając rozczochrana przez orlicę grzywkę i dopiero wtedy kiedy była zadowolona rozsypała różane płatki wokół głowy Elfki tak że niektóry z nich wplątały się w ogniste pukle. Przez cały ten czas uśmiechnięta, delikatna i ostrożna, z lekkim rumieńcem na twarzy. Na tyle na ile się znały Cyrelle mogła być pewna jednego. Jeszcze nigdy jej takie nie widziała. Zanim jednak zdążyła cokolwiek na ten temat powiedzieć poetka podeszła do niej i pomogła jej wstać. - Nie wiem czy wiesz ale jutro z rana razem z Tarien wyjeżdżamy z obozu. Do hrabiego Verechiela. Więc czekaj na nas a rano jak wstaniesz... Nie spiesz się z wychodzeniem z namiotu dopóki nie zostaniesz poproszona w porządku? – Poetka uśmiechnęła się ciepło do siostry i mrugnęła do niej okiem po czym uściskała ją mocno i, niespecjalnie kryjąc się z tym że stara się jej pozbyć wyprowadziła ją z namiotu raz za razem dziękując jej za róże.

Kiedy już została sama wróciła na posłanie na którym Tintaviel poruszyła się niespokojnie. Połamawszy czekoladę na małe kawałki ułożyła ja w pobliżu po czym sama poprawiła pierzynę i ułożyła się obok i bawiąc się różom pozbawioną cierni wpatrywała się przez moment w śpiącą elfkę. Czekała spokojnie w mroku aż pierwsze promienie słońca zaczną przebijać się znad namiotów. Nasłuchując pierwszych niemrawych odgłosów budzącego się do życia obozu. Czekała na pierwsze oznaki tego że oto Tintaviel się budzi. A kiedy tylko je dostrzegła róża najpierw spoczęła tuż pod drobnym noskiem małej wielkiej zaklinaczki. W chwilę później poetka poczęła delikatnie łaskotać jej płatkami nosek Elfki gotowa do tego żeby zapaść w udawany sen kiedy tylko elfka się przebudzi.

Wróć do „Sesje pozafabularne”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 6 użytkowników online :: 2 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 4 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Bing [Bot], Majestic-12 [Bot]
Liczba postów: 52206
Liczba tematów: 2973
Liczba użytkowników: 1047
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Nightmare
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.