Początek końca

Miejsce, w którym każdy może wcielić się w rolę Mistrza Gry i poprowadzić wcześniej przygotowaną sesję umieszczoną w dowolnych realiach.
Awatar użytkownika
Anante
Posty: 187
Rejestracja: 30 gru 2013, 10:08
Lokalizacja postaci: Kamienica Patriotów
GG: 47821741
Karta Postaci: viewtopic.php?p=46352#46352

Początek końca

15 lip 2014, 18:31

Obrazek

Od wielu godzin drużynie towarzyszył jedynie stukot końskich kopyt, i przytłumione oddechy, wydobywające się wraz z obłoczkami pary ze spierzchniętych ust. Gdy prawie każdy zapomniał o karczmie i jej upiornym lokatorze, niebo za rozświetliła łuna, odbita w kłębach gęstego dymu. Można się było tego spodziewać. Staruszek pewnie pomyślał o wszystkim, w tym o tym, by pomioty nie mogły zbyt długo ucztować na jego stygnących zwłokach.

Pierwsze płatki śniegu opadały na drzewa przy drodze, a każdemu pozostało jedynie obcować ze swoimi myślami. Jeszcze tydzień temu, z różnych, znanych jedynie sobie przyczyn wsiedliście na statek, nie wiedząc nawet w co się pakujecie. Za wami zostawało słoneczne Orlais, ze swoimi uliczkami, cienkim winem i łatwymi panienkami, czekającymi w prawie każdym mieście na tych, których sakiewki wydawały słodki brzęk. Zmierzaliście do Fereldenu, gdzie nawet żarcie było podłe, jeśli wierzyć marynarzom, a oni raczej znali się na rzeczy. Rejs, zaskakująco spokojny jak na tą porę roku wywrócił wam wszystkim flaki na lewą stronę. Ponad dwa tygodnie siarczystych burz, gdy łupina statku smagana była lodowatym wichrem i falami wyższymi od niego samego. Nawet elf, który stał za sterem wyglądał na dziwnie zielonego. Mimo to jakoś udało się wam wytoczyć, gdy krypa przestała kołysać się, skrywszy się w ostatnim wolnym porcie Fereldenu. Wolnym, tylko z tej racji, że pomioty nie posiadały szkutników. Nie zagościliście tam jednak długo. Szara Strażniczka, niewiele bardziej rozmowna w tamtych dniach niż przeciętny hurlock przegoniła was przez najgorsze speluny, w poszukiwaniu kogoś dostatecznie szalonego, by popłynąć na ziemie objęte władaniem Plagi. Potem jeszcze tylko krótki rejs, w przeciekającej szalupie, wraz z zapasem mięsiwa niewiadomego pochodzenia i staruszkiem o zaskakująco ostrym uzębieniu, a mogliście poczuć pod stopami stały grunt.

Obrazek

Z zamyślenia wyrwało was basowe ujadanie. Pokryty czarnymi tatuażami mabari zrównał swój krok ze srokaczem, na którym jechała zakapturzona elfka, choć i co do tego mogliście mieć wątpliwości. Szara strażniczka, poza szpiczastymi uszami, wystającymi z otworów w kapturze, nie dzieliła ze swymi potencjalnymi pobratymcami zbyt wielu cech. Wystarczyło zerknąć Lirshel, by poznać różnice między elfką, a Szarą Strażniczką, która was prowadziła. Wojowniczce brakło wręcz filigranowo elfiej budowy. Nie była też w żadnym względzie stereotypem fereldeńskiej matrony, mając nie więcej niż dwadzieścia parę wiosen. Urody mogłaby pozazdrościć jej niejedna orlezjańska szlachcianka, ale raczej ponury nastój, który i wam zaczął się udzielać psuł nieco ten wizerunek. Zresztą ktoś najpierw musiałby odebrać jej włócznie przewieszoną przez plecy i mieć dosyć bigla, by zajrzeć pod zbroje.

Tymczasem nieliczne przydrożne drzewka zaczęły zagęszczać się, a na horyzoncie zamajaczyła puszcza. Parę niezdrowo wyglądających kruków, zerwało się z pobliskiego drzewa, odsłaniając niezbyt przyjemny widok. Najwidoczniej tutejsza ludność, w ogarniającym kraj szaleństwie wolała wybrać najprostszą drogę. W końcu sznurów i lin, nigdy nie brakło. Powoli przestawało to kogokolwiek dziwić. Jazda tu, była niczym podróż przez ogarnięty chora maligną umysł; jakby każdy krok odkrywał coraz nowe, bardziej spaczone wizje szaleństwa, które niosła ze sobą Plaga. Dzieci nabite na pale, w ofierze dla hordy, pozostałości krwawych rytuałów, których celów można się było jedynie domyślać, czy zwęglone resztki uchodźców, albo wzdęte już ciała, które pozostawiała za sobą fala bestii i poprzedzającej je anarchii. Przy tym, zwykłe wisielce zdawać się mogły czymś rażąco ludzkim i normalnym. Otwierająca pochód dziewczyna nawet nie odwróciła głowy, jakby celowo pomijając te kolejne świadectwo nędzy i rozpaczy. Nie było zresztą czasu na postój. Choć mróz zaczynał dawać się wszystkim we znaki, wyraźnie nie dotykał pokrywającego trakty błocka. Lepka, brązowawa substancja, zdawała się żyć własnym, podłym życiem spowalniając każdy krok.

Łatwo było stracić tutaj poczucie czasu. Wszystko zdawać by sie mogło, że wszystko wstrzymało dech w oczekiwaniu. Wtem dobiegł was przyjemny dla ucha, lekko chropowaty ale ewidentnie kobiecy głos.

W prawo. W zagajniku na wschód stąd powinniśmy móc przenocować.

Nie było sensu dyskutować. Bez tych krótkich rad i wskazówek, dawno pogubilibyście się w tym kraju. Stwórca jeden wiedział, czemu ktokolwiek chciał tu wcześniej żyć.
Nim dotarliście do "zagajnika na wschód od wisielców", słońce zdążyło skryć się za drzewami. Tego miejsca z pewnością nie obejmowała żadna mapa, a jednak jakoś do niego trafiliście. Gęste chaszcze, które dały się we znaki każdemu, kogo natura pobłogosławiła wzrostem wyższym od krasnoluda, zakrywały to miejsce, praktycznie odgradzając je od zewnętrznego świata. Zagajnik… dziewczyna musiała mieć poczucie humoru, nazywając tak tą plątaninę gałęzi i pajęczyn. Chyba tylko dobra wola Stwórcy, nie rzuciła nikomu pod nogi paru przerośniętych pająków, tak popularnych w tych okolicach. W końcu jednak wydostaliście sie z nich na niewielką polankę. Jej środek zajmowała stara, drewniana chata o podniszczonym dachu i zatrzaśniętych okiennicach. Opuszczona od paru lat, jak i samo to miejsce nie wyglądałaby zbyt zachęcająco, gdyby nie alternatywa spędzenia kolejnej nocy pod gołym niebem, w towarzystwie niepokojących dźwięków, rozchodzących się po nocy. Zardzewiały zamek w drzwiach puścił po paru porządniejszych kopniakach. Wnętrze niczym nie zaskakiwało. Stare skóry rozwieszone na ścianach i gruba warstwa kurzu pokrywająca podłogę, wraz z płótnem żaglowym, którym zakryto dwa łóżka, szafę i parę skrzyń. Jakby ktoś się stąd wyprowadził i zapomniał wrócić.

Nie czekając na was, szara strażniczka podeszłą do paleniska i wrzuciwszy do niego parę przygotowanych dawniej i mocno wyschniętych bierwion, zabrała sie za rozpalanie ognia. Konie stały spokojnie na zewnątrz skubiąc trawę, o ile nikt nie zapomniał uwiązać ich do kołka wbitego przed domkiem.

-Nie powinniśmy mieć problemów z pomiotami. -rzuciła kobieta, nie ściągnąwszy nawet kaptura, z którego wystawały tylko zaczerwienione koniuszki jej uszu– Nie ma żadnych w pobliżu, a w każdym razie ja żadnego nie wyczuwam. Podzielcie się łóżkami jak chcecie, ja mam swój śpiwór.
Powiedziawszy to sięgnęła po zapasy z torby, którą przyniosła ze sobą i usadowiwszy się na zakurzonym zydlu zaczęła spokojnie jeść.

//Kolejność na razie dowolna. Możecie gadać, gwałcić, czy co tam chcecie. Nie dziwić się moim randomowym postom jako NPC.
Awatar użytkownika
Anante
Posty: 187
Rejestracja: 30 gru 2013, 10:08
Lokalizacja postaci: Kamienica Patriotów
GG: 47821741
Karta Postaci: viewtopic.php?p=46352#46352

23 paź 2015, 17:08

Firmir

Ciemność... Ponoć trwała przed wszystkim, niczym bezkres możliwości, z której Stwórca ulepił swój pierwszy świat i dzieci. Demony, elfy, krasnoludy, a na końcu ludzi. Swe idealne dzieło. Trwała na długo przed tym, jak zapłonął blask pierwszej gwiazdy, rozjaśniającej sobą bezmiar nocnego nieba i miała istnieć jeszcze długo po tym, jak ta zgasła, a później i wszystkie jej siostry. Bezkresna, nieokreślona macierz, ani zimna, ani chłodna. Pozbawiona osobowości i istoty. Bezwolna i zdałoby się nieświadoma. A jednak... Właśnie pośród niej tkwiła istota, która już wiele lat temu wchłonęła w siebie jaźń Firmira. Pozbawiona ciała, punktu odniesienia, czy choćby elementarnej zdolności do manipulacji własną myślą, wyzuta z szansy, by zatopić się we własnym szaleństwie. Mimo to trwała uparcie, po prostu istniejąc. Nie dając wchłonąć się temu, co czyhało wokół. Bo choć mogło zdawać się to niemożliwe, to właśnie ona czuła, że Ciemność nie jest wcale ani tak nieruchoma, ani nawet nieświadoma tego, co i kto akurat się w niej znajduje. Opływała ją, niczym nieskończona, głucha rzeka obmywając sobą skraj bastionu, który demon zwał swą samoświadomością. Nie robiła jeszcze zupełnie nic, a na pewno nie było to na tyle konkretne by mógł to zauważyć. Wbrew temu był jednak pewien, albo pewna, bo i z określeniem własnej płciowości nic nigdy nie było za łatwe w wypadku podobnych bytów, że Ciemność nie specjalnie lubi rozróżnienie, jakie sobą stwarzał i jeśli czegoś nie zrobi, nazbyt szybko może się okazać, iż nie będzie miał już szansy się wydostać. I jakkolwiek nie byłaby to kusząca opcja pod względem rozważań, tak nawet jego instynkt ostrzegał go przed groźbą, jaką ze sobą to niosło. Problem jednak leżał w tym, że mrok był wszędzie, a ruch i bezruch zlewały się mu w jedno. Tak więc wciąż mógł tylko czekać, w paroksyzmie szaleństwa, aż...

Nagle przestrzeń wokół niego wypełniły obrazy; setki i tysiące kolejnych wizji, zatrzymanych klatka po klatce na każdym fragmencie jego życia. Każdej jego godzinie, minucie, sekundzie; najdrobniejszym ułamku, jaki zdolny był spamiętać ludzki i demoni umysł. Coś z zatrważającą wręcz i przy tym niewysłowienie bolesną brutalnością zrywało kolejne bariery, jakimi czy to z własnej woli, czy też podświadomie ukuł wokół swej jaźni. Niczym gwiazdy na nocnym niebie zalśniły jego emocje; każda jedna, wykoślawiona do najbardziej szalonej, albo amorficznej postaci, zawieszone pośród jego umysłu, rozkładanego powoli na czynniki pierwsze. Element po elemencie, kawałek po kawałku, jakby był mechanizmem, który trafił pod dłoń ciekawskiego zegarmistrza, nie kwapiącego się nawet by do końca go wyłączyć. Jednak, choć niezwykle wprawna istota która to czyniła zdawała się nieostrożna, zapominając o szczegółach; wątłych elementach, które nazbyt rozciągnięte i naderwane już zaczynały zanikać. Dziesiątkach doznań, myśli, a później całych wspomnień, gdy bezkresny mrok pożerał je obojętny na to, co działo się z samą istotą, którą się żywił. Śmierć; tym właśnie zdawała mu się ta chwila. Nie była ona jednak nagłą, nawet nie specjalnie szybka, czy ciągła, jak gdyby cokolwiek go zabijało, potrzebowało chwili namysłu, nim podejmowało kolejne, na równi celowe, co chaotyczne ingerencje w jego jaźń, błądząc i motając się pośród nici jego szaleństwa. Nie mając odniesienia w czasie, mógł mierzyć go tylko poprzez kolejne zmiany, aż i te ustały i znów nastała cisza.

Przez chwilę był sam, niepewny co do tego, co w nim się odmieniło, nie potrafiąc porównać swej nowej i dawnej formy. Prawie wszystko zdawało się leżeć na swym miejscu; strach, radość, smutek, nienawiść... każde jedno uczucie i emocja. Myśli i doznania, a jednak... czegoś mu w tym brakowało. Za każdym razem, gdy tylko starał się sięgnąć ku temu, cofał się, niczym oparzony. Zdawało się to na równi frustrujące, co ciekawe, nim jeszcze... To znów się stało. Tym razem jednak to nie on był źródłem doznań, emocji i wspomnień; nie on rozpływał się pośród mroku, ale to coś innego starało się wlać w trwającą w nim pustkę nowe pojęcia; doznania i idee, a później sam instynkt. Oddychał, czuł, myślał...Nagle poznawał świat wokół siebie poprzez każdy znany człowiekowi zmysł. Z początku opornie, jakby każdy z nich kosztował go niepomiernie wiele uwagi, później zaś coraz lżej i szybciej, aż wreszcie zapomniał o tym, że musi się nad tym w ogóle skupić. Po prostu taki był, jak gdyby od zawsze było to pewnym elementem jego duszy. Nie potrzebowało ani sensu, ani celu, będąc jedynie narzędziem; czymś niezbędnym by istnieć. Później jednak przyszło coś znacznie bardziej skomplikowanego.

Czuł własne ciało; zupełnie nowe, zdrowe i delikatne. Niczym kruche naczynie, które pod ledwie dotknięciem mogło rozprysnąć się na miriady kawałków. Nie musiał go widzieć, ani dotykać, by być tego pewnym, a jednak... istniało coś niewysłowienie pięknego w chaosie życia, co przyciągało go do niego. Każdy, pełen ekstazy oddech, gdy chłodne powietrze wypełniało jego pierś, by po chwili móc ją opuścić,, nim jeszcze płuca zaczęły go nieprzyjemnie piec. Szum krwi, przepływającej poprzez żyły i aorty, aż do serca, by znów rozprysnąć się po całym organizmie, setkami żyłek i kanalików. Czuł skórę; okrywające ją włoski i delikatny podmuch wiatru, otulający ją swym chłodem. Przyjemne drżenie, jakie przechodziło po jej powierzchni i palący ból, gdy nagle coś go ukłuło. A potem znów i znów... tak długo, aż jego jaźń nie skojarzyła bólu z czymś, co jest złe. Niczym u dziecka, choć jego nauka trwałą znacznie krócej i była o wiele mniej przyjemna. Trudno było mu określić, jak wielu innych, podobnych aspektów niezbędnych do istnienia na tym świecie ktoś mu wpoił, nim wreszcie uznał iż plugawiec może otworzyć oczy.

Obrazek

Pierwszym co dane mu było ujrzeć, była cienka, błękitna płachta, rozpięta na prawie filigranowych, drewnianych tyczkach, przez którą prześwitywały pierwsze promienie południowego słońca. Delikatny wietrzyk szarpał ich poły, niosąc ze sobą zupełnie nową, nieznaną mu wcześniej słodkawą woń. Wszystko wypełniały dźwięki; jego oddechu, szumu krwi i śpiewu ptaków, czy wiatru, choć ich nie potrafił nazwać. Naga skóra jego ciała stykała się z nieprzyjemnie lodowatą, twardą i najpewniej kamienną powierzchnią na której leżał. Przez chwilę mógł tylko trwać tak, zagubiony pośród nazbyt wielu, nieoderwanych od siebie doznań nim jeszcze jego zagubiony umysł poskładał je w jeden składny obraz. Gdy tylko jednak nieco przytomniej zamrugał powiekami coś pstryknęło go najpierw w jedno, a potem drugie ucho, by po chwili zmaterializować się pod postacią czarnowłosej i na ile można to było ująć w nieznanych mu, ludzkich standardach bardziej niźli ładnej, dziewczęcej twarzyczki. Gęste, kruczoczarne pukle, wyjątkowo dbale upięto jej w dosyć wymyślną, przyszpiloną złotym grzebieniem fryzurę, z której ledwie parę kosmyków swobodnie opadało na czoło i za uszy, tworząc naturalną i miłą dla oka grzywkę, oceniającą gładkie i równe czoło. Jasną, prawie że bladą cerę okraszał w tej chwili delikatny makijaż, nieznacznie tylko podkreślając już i tak aż nazbyt regularne i eteryczne rysy niezwykłej panienki. Długie, smukłe i nad wyraz zadbane rzęsy ocieniały intensywnie brązowe, wręcz czekoladowe oczy rozdzielone zgrabnym, lekko zadartym ku górze noskiem. Równe, smukłe brwi unosiły się teraz w wyrazie lekkiego zamyślenia, gdy pannica, niewiele bacząc na jego komfort, pochyliła się niżej i ułożywszy kusząco pełne, drobne usteczka chuchnęła lekko, sprawdzając jego reakcję, gdy jej oddech połaskotał go lekko w policzek, nim jeszcze wyprostowała się, przygładzając na równi piękną, co zdałoby się wygodna i lekką suknię z jakiegoś jasnego, połyskującego delikatnie materiału. Smukła, szczupła i nie za wysoka stanowiła sobą prawie że ideał dziewczęcej urody i w jej postaci nie byłoby nic dziwnego, gdyby nie wystający spod jej odzienia ogonek, pokryty na oko równie delikatnym jak włosy na jej głowie meszkiem, zakończony na dodatek podłużną strzałką, na której zatrzymała się akuratnio całkiem stylowa bransoletka. Tak czy siak odsunąwszy się od niego o krok, czy dwa potarła lekko skraj brody, przygryzając przy tym delikatnie kącik swych ust, by westchnąwszy pokręcić po chwili lekko głową. Zamruczawszy coś bezgłośnie w wyrazie bezsilnej irytacji znów skupiła się na nim, odchrząknąwszy cicho.

-Słyszysz mnie? Rozumiesz co mówię? Jeśli tak to zamrugaj dwa razy.-odczekawszy chwilę na jego reakcję westchnęła cicho, splatając ręce wokół swej piersi.-Dobrze, to teraz mnie posłuchaj. Trochę się nakombinowałam, żeby wcisnąć Ciebie w to ciało, na dodatek jeszcze to była moja ostatnia zabawka, więc kiedy Ciebie uwolnię bądź tak miły, albo miła i nie zepsuj go od razu, próbując coś w nim zmieniać, zgoda? Bo nowego nie dostaniesz.-odczekawszy znów parę sekund na mniej lub bardziej pozytywną reakcje na swe słowa, po prostu skinęła ręką, sprawiając, iż nagle Firmir, czy też to co z niego zostało odzyskało w nim dosyć władzy by móc usiąść, czy nawet stanąć jeśli tylko miał taką ochotę i przy odrobinie skupienia mieć szansę wysłowić się w bardziej składny sposób.

-Może na początek zacznijmy od prostych spraw. To moja domena i choćbyś stanął na głowie nic mi nie zrobisz. Tak jesteś uwięzione, tak jeśli będę chciała zginiesz i to permanentnie i tak to ciało nie-do-końca odpowiada twojemu poprzedniemu, ale to akurat chyba lepiej. Dostałeś trochę wspomnień, żebyś nie zamienił mi się zaraz w bezmózgie warzywo i bynajmniej nie ja Ciebie tutaj przywołałam.-demonica zamilkła na chwilę, przyglądając mu się uważnie.-Teraz zadam Ci pierwszy i możliwe, że ostatnie pytanie: będziesz chciał współpracować, czy mam Ciebie zmusić siłą? Przyznam szczerze, że masz nieszczególny wybór, ale powiedzmy, że mam nóż na gardle.-skrzywiła się lekko, wpatrując się weń uważnie i bez cienia dziecinnej naiwności, czy beztroski. Jakikolwiek umysł czaił się za pozornie niewinnymi oczyma, musiał być niepomiernie starszy, bardziej wyrachowany i spokojny, niż mogło mu się wydawać, jasno dążąc do jakiegoś celu. Zdawać się jednak mogło, że choć w każdej chwili mogła go zmusić do posłuchu, z jakiegoś powodu zależało jej na jego dobrej woli i chęci do współpracy, co samo w sobie zdawało się ciekawe, na skalę ich gatunku.

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Viktor Vantu

Tak więc i jednego z kolejnych wieczorów zgodnie z przewidywaniami maga Elen stawiła się w jego namiocie, tuż po tym jak została odeskortowana przez paru znudzonych życiem i światem templariuszy, pomrukujących coś na temat odmrażania sobie tyłka, dla czyichś wymysłów, na szczęście jednak na tyle cicho, by Wielki Zaklinacz nie miał szansy posłyszeć ich narzekań. Sama adeptka zdawała się nieco spokojniejsza i mniej wystraszona niż ostatnim razem, a choć wciąż trudno byłoby nazwać ją duszą towarzystwa, to przynajmniej starała się zerkać co jakiś czas w jego stronę, nie tylko wpatrując się we własne kolana. Najwyraźniej na przekór jego opinii na swój sposób starała się zaadaptować do nowej sytuacji, zarazem przynajmniej próbując przywyknąć do jego osoby i obecności w swoim życiu, przynajmniej w tak ograniczonym stopniu, jakim się on aktualnie jawił. Dopiero gdy starszy mag przemówił dziewczyna zamarła na krótką chwilę w bezruchu, by mimowolnie zacisnąć dłonie na własnych kolanach, tak iż ich kłykcie wyraźnie pobielały, a palce przez krótką chwilę mocniej wbiły się w czarny materiał jej szaty. Mimo to w ten, czy inny sposób udało się jej zapanować nad sobą samą, choć nie zdawała się ani trochę szczęśliwsza, spokojnie uniósłszy brodę, na tyle, by móc spojrzeć na jego twarz, nie nawiązując zbytnio kontaktu wzrokowego.

-Postaram się o tym pamiętać, Wielki Zaklinaczu.-mruknęła cicho, głosem w którym pobrzmiewał aż nazbyt wyraźny cień urażonej prywatności i dumy. O dziwo jednak nie zdawała się aż tak skrępowana, czy wystraszona w tej chwili, jak przy ich pierwszej rozmowie. Najpewniej i ona na jej czas przybrała pewną maskę, którą teraz zrzucioła, po chwili pełnego rezygnacji zastanowienia, gdy ta przez jej własną i zupełnie nieświadomą nieuwagę zawiodła. Choć wciąż trudno byłoby nazwać ją duszą towarzystwa, czy wyjątkowo śmiałą personą, to jednak zmiana w mowie jej ciała, głosu i wyrazie twarzy była na tyle wyraźna, by bez problemu mógł dostrzec ją nawet zwykły laik. Niestety, niezależnie od jego intencji nie zaufała mu przez to ani trochę bardziej, a choć jej nie znał, mógłby przysiąc, iż naruszając jej prywatność właśnie sam podpalił zaczątek nici zaufania, jaką chciał między nią, a sobą zbudować. Tak czy inaczej kolejne jego słowa skwitowała tylko spokojnym skinieniem głowy, znaczącym jakoby przyjęła jego zapewnienia do wiadomości, nie wierząc zarazem w ani jedno słowo mężczyzny, który nie tak dawno groził jej śmiercią i siłą wręcz wydarł większość tajemnic, stanowiących do pewnego stopnia sens jej życia. Dopiero gdy zaczął ją chwalić zarumieniła się lekko, zerkając nań nieśmiało. Nawet bez swej maski, wciąż w kontaktach z innymi ludźmi była nieporadna niczym dziecko we mgle, co wychodziło choćby teraz, gdy na chwilę otworzyła i zamknęła usta, niczym karp wyrzucony brzeg tuż po złowieniu, za nic nie mając pojęcia jak zareagować na jego słowa. Mimo to, nawet wyraźnie speszona i zagubiona w tym wszystkim, ani trochę nie pałała entuzjazmem do jego pomysłu, przez dłuższą jeszcze chwilę milcząc i skubiąc palcami skraj swego wyraźnie już spłowiałego odzienia koniuszkami palców. Elen nie czuła się ani pewnie, ani tym bardziej bezpiecznie w jego obecności i o ile chwytała się znanych sobie i skutecznych sposobów, działających najpewniej na demony, o tyle w wypadku ludzi popełniała błąd za błędem, gdy tylko choćby lekko wytrąciło się ją z równowagi ponad to, na co była przygotowana.

-Zależy z jakiej dziedziny, panie.-mruknęła w końcu, chyba jak poprzedniego wieczoru stawiając na grę w szczerość, z jednej strony nie ukrywając nic, z drugiej zaś skłaniając do otwartości swego przeciwnika. Z drugiej strony poinformowanie go o swych zdolnościach nie kosztowało jej wiele, gdy i tak daleko przewyższał ją wiedzą, zasobami i mocą.- Z formuł czysto bojowych, potrafię wytworzyć Pierścienie Thessy, czwartego stopnia. Daję sobie radę z prostymi barierami energetycznymi, o ile nic mnie specjalnie nie rozprasza. Z zakresu animancji, najbardziej skomplikowany chowaniec, jakiego dałam radę do tej pory ukończyć to Aberracja Ruthy'ego, zmodyfikowana w pewnym zakresie. Udało mi się też odtworzyć część waszych projektów na mniejszą skalę, a jeden z nich udoskonalić. Poza tym umiem kreślić kręgi transpozycyjne szóstego stopnia.-zamilkła w końcu spoglądając nań spokojnie, choć to o czym mówiła dawno już wykroczyło ponad to, czego większość z magów mogłaby spodziewać się po niej nawet w pijackim widzie. Jej zdolności bojowe zdecydowanie nie należały do imponujących, mieszcząc się jednak w zasadniczej normie, pośród większości entropistów nie skupionych na manipulacji surową energią pochodzącą z Pustki. Z drugiej strony pierścienie, którymi się posługiwała pomimo swych ograniczeń wymagały sporej dozy skupienia, zręczności, a co ważniejsze samokontroli i uwagi, gdyż najdrobniejszy błąd mógł kosztować maga życie, gdy przypominające dyski, pierścienie czystej energii magicznej zaczynały wirować wokół niego, tworząc coś na kształt bariery z ostrzy, z której w dowolnej chwili mógł wystrzelić w stronę przeciwnika jedno z nich. W jej wypadku były ich aż cztery, gdy większość znanych mu magów, włącznie z młodszymi zaklinaczami rzadko wychodziło ponad trzy, woląc skupić się na mniej niebezpiecznych dla swego zdrowia formach ofensywy. Aberracja Ruthy'ego stanowiła dla odmiany jedno z bardziej skomplikowanych zaklęć ścieżki animancji. Choć wykorzystywała pojedyncze ciało, sama w sobie, nawet w czystej formie pozwalała na dosyć szerokie modyfikacje tworu, stanowiąc świetną bazę wyjściową do tworzenia bardziej skomplikowanych konstruktów. Była też jednym z filarów, od których wyszedł w swych badaniach i po dzień dzisiejszy posługiwał się, w mocno już jednak zmodyfikowanej i zoptymalizowanej formie, daleko odbiegającej od pierwotnej idei. Niewątpliwie jednak intrygująca była wzmianka o odtwarzaniu jego własnych badań, szczególnie zaś, gdy twierdziła, że coś udało się jej ulepszyć, a raczej nie należała do szczególnie przechwalających się osób. Ostatnia informacja była mu średnio przydatna, gdyż przy tworzeniu nieumarłych podobne konstrukcje magiczne, jak kręgi transpozycyjne były prawie bezużyteczne, w swej bardziej zaawansowanej formie, pochłaniając zdecydowanie za duże ilości zasobów w stosunku do potencjalnych zysków. Mimo to sama zdolność ich kreślenia sporo mówiła w temacie jej zdolności manualnych i prawie jubilerskiej precyzji, biorąc pod uwagę jak małymi ich wersjami musiała się posługiwać. Na co jednak były jej nośniki pozwalające przesyłać efektywnie energię magiczną na odległość do pewnego stopnia pozostawało jedynie w sferze jego mglistych domysłów, wiążąc się niejako z jej mniej konwencjonalnymi badaniami.

Awatar użytkownika
Aleksis Bentrum
Posty: 1190
Rejestracja: 29 paź 2011, 16:01
Lokalizacja postaci: Dwór Pomiędzy Spektrami
GG: 50433717
Karta Postaci: viewtopic.php?t=961

27 paź 2015, 00:54

Nim zanurzył się w mroku, nim jego umysł pogrążył się w ciemności, przez krótką chwilę dane mu było zasmakować własnej zagłady. Niepojęte ludzkim rozumem dążenie większej części demona do chorego obserwowania świata poza Pustką, zakończyło się śmiercią materialnych oczów. Uformowane w ducha szaleństwo znów stało się ślepe, kontynuując istnienie bez ingerencji w źródło pokarmu. Niepohamowana wola chaosu raz jeszcze oczekiwała na głupca, który pozwoli jej znów objąć mackami nową marionetkę. Kolejne wcielenie zdolne do urzeczywistnienia wizji kotłujących się w głowach obłąkanych, fanatyków, świętych, najwyższych rangą przedstawicieli społeczeństw, najniższych żebraków. Mniejsza część, na moment przed wstąpieniem w nicość, ryknęła. Bowiem człowiek zburzył jej przeznaczenie, zniszczył rolę, jaką miała ona do odegrania. Potem nie czuła już niczego. Próżnia pożarła ją.

Powrót do cielesnej powłoki nie należał do delikatnych doznań. Eksplozja bodźców niemalże wyniszczyła zmysły demona, którego nieznana potęga umieściła w nieznanym ciele. Umysł z ledwością przetwarzał strzępy wielu wspomnień. Żadne z nich nie zachowało się w całości, lecz nawet niekompletne zdołały zachować fundamentalną cechę, instynktowne dążenie do obcowania z istotą szaleństwa. Obecnie demon nie potrafił świadomie odpowiedzieć, dlaczego zamęt przyciągał go niczym płomień ćmę. Wyczuwał, głęboko w sobie, burzę niezliczonych idei, każda wyzwalała sprzeczne emocje, ale on potrafił wszystkie poskładać i wykorzystać. Ta umiejętność wydobywała na powierzchnię siłę, na razie niewielką, jednakże wystarczającą do władania żywym szkieletem, oblepionym czerwoną tkanką, zakrytą różowym, naciągniętym materiałem. Nowe serce wprawiało w ruch nową krew, świeży mózg zjadał świeże doświadczenia. Słowa nieznanego bytu zakuły w uszy.

Brak uświadomionej płciowości nie pozwolił demonowi umieścić się w podziale na kobietę i mężczyznę. Mimo kierowania męskim ciałem, duch nie zamierzał odkształcać swej woli w ludzką. Darowane mu człowieczeństwo uderzało o żelazne bramy centrum, a demon zbyt długo był uśpiony, aby otworzyć jedyne przejście. Chciał być sobą. Zabawa w odgrywanie śmiertelnika już się skończyła. Mimo to, z trudnością uchwycił cząstkę tożsamości przypominającą odłamek stłuczonego zwierciadła. Demon wiele zapomniał, niezdolny do ugruntowania się w konkretnej pozycji. Na nowo pojmował świat. Różniło go od dziecka to, że błyskawicznie przyswajał nieznane.

Mowa nieznajomej zdawała się falą uderzeniową. Zbyt dużo słów drażniło demona, lecz ten bardzo szybko przyzwyczaił się do tego ciekawego uczucia. Rozdrażniony spróbował wstać. Pierw oparł ciężar ciała na kolanach, potem mozolnie wyprostowywał postawę, by w następnej chwili spojrzeć na władczynię domeny. Byt obiektywnie badał wygląd czarnowłosej, nie nadając jej personalnych cech. Byt, ułożywszy w głowie nowe informacje, znów zamrugał dwa razy. Wypełnianie woli potęgi nada sens istnieniu.

Demon, nie widząc potrzeby dalszego wpatrywania się w swoją panią, rozejrzał się. Zupełnie nagi, bezbronny, jednakże zaciekawiony otaczającym go światem, postawił pierwszy krok ku nieznanemu. Pani nie kazała mu czekać, ani robić niczego poza podjęciem decyzji, dlatego jej nowy pomocnik zamierzał od niej odejść po wykonaniu polecenia. Gdy stawiał trzeci, czwarty, piąty krok, przyglądał się swoim rękom. Dotykał włosów. Badał dłonią klatkę piersiową, brzuch. Szarpał za włosy, drążył palcem między żebrami, smakował bólu na nowe sposoby. Po chwili zaprzestał wyrządzać sobie krzywdy, mając na uwadze to, że to ciało było bardzo ważne. Demon postawił o nie zadbać. Zorientował się, że mógłby przelać myśli w słowa. Nauczył się myśleć, łączyć fakty, kwestionować.

- Kto mnie przywołał?

Awatar użytkownika
Lorain
Posty: 59
Rejestracja: 27 maja 2015, 00:32
GG: 44153208

27 paź 2015, 21:42

Nie na to się pisała. Zupełnie nie na to. A już z cała pewnością nie tego chciała dla niej. Przepraszam Cie Tarien'amin. Tak strasznie cię przepraszam. Tempo narzucone przez hrabiego było zawrotne i wyczerpujące nawet dla zaprawionych w boju i jeździe konnej żołdaków którzy im towarzyszyli. Było to po nich widać. Sama Lorain była wykończona. Bolały ją wszystkie części ciała a zgrabiałe od mrozu palce z trudem zaciskały się na wodzach konia kiedy starała się z całych sił utrzymać tempo i kierunek podróży ich grupy, jednocześnie asekurując Elfią uzdrowicielke aby ta nie spadła z konia. Wiedziała że Verechiel będzie się spieszył, wiedziała żę będą pędzić ale... Nie spodziewałam się tego. Wybacz mi Vanima. Myślała podczas ich krótkich postojów wpatrując się w śpiącą w jej ramionach elfkę której starała się zapewnić maksimum komfortu jaki tylko była w stanie. Ogrzewając ją własnym ciałem kiedy tylko stawali na sen i odpoczynek. Opatrując jej rany za pomocą maści którą wciąż miała w swoich rzeczach od dnia w którym spotkała małą wielką zaklinaczkę. Karmiąc jeśli tylko widziała że ta była za słaba i nucąc jej wszelakie pieśni jakie tylko przychodziły jej do głowy. Romantyczne i wesołe, śmieszne i poważne. Wszystkie jakich tylko sobie zażyczyła Tintaviel nader często spełniając powtarzające się nieśmiało życzenie o pieśń o elfiej królewnie płomyczku i poetce przybyłej aby spełnić jej życzenie. Robiła wszystko co tylko była w stanie zrobić aby w jakikolwiek sposób zadośćuczynić trudom podróży w które przecież jej własny pomysł je wyprawił. Przez cały ten czas wpatrywała się w nią z troską. Czy to na koniu trzymając ją w ramionach czy wieczorem w ich małym namiocie dającym im namiastkę prywatności podczas tej eskapady. Przepraszała ją w myślach wpatrując się w nią czule jakby chciała jej przekazać jak bardzo jej przykro że mała wielka zaklinaczka musi to znosić. Gdybym tylko wiedziała...

Przypomniała sobie pierwszy dzień podróży. Radosny galop i śmiech ostrouchej czarodziejki która wtulała się w nią piszcząc wesoło dopóki wiatr nie odbierał jej tchu. Krzyki że ta chce jeszcze. Myślała o tym dniu wpatrując się w przemarzniętą i obolałą elfią czarodziejkę w swych ramionach nie zauważając zdaje się tego że sama coraz ciężej oddycha a z jej ust czasami zdawał się dobywać rzężący podźwięk. Czuła tylko żal i strach o swoją małą Tarien. To i gniew, złość która zdawała się narastać w niej bezustannie z każdym kolejny dniem ich podróżny. Z każdym kolejnym przebytym kilometrem i pogarszającym się stanem zdrowia. Była wściekła na hrabiego który gnał przed siebie na złamanie karku nie bacząc na nic i na nikogo. Ani na swoich ludzi, ani templariuszy... ani nawet dwie kobiety które zdawały się być na skraju wytrzymałości. Byłą wściekła na siebie samą. Za to że w ogóle wpadła na ten pomysł za to że zabrała ją w tą podróż. Gdyby tylko wiedziała że... To co byś zrobiła? Gdybyś wiedziała. Gdybyś miała pewność że twoje przeczucia co do tego mężczyzny okażą się prawdziwe. Co byś zrobiła gdybyś wiedziała? Pozwoliłabyś sobie na ryzyko zrezygnowania z tej partii? Jesteś pewna że ona wciąż byłaby wtedy przy tobie bezpieczna? A może byłaby tutaj, tak czy inaczej. W towarzystwie tych któzy biliby ją ilekroć osunęła by się z konia? Co byś zrobiła gdybyś wiedziała Lorain? Zaryzykowałabyś to że ją stracisz? Odrzuciłabyś kartę która daje ci przewagę? Nie. Wiedziała o tym że by tego nie zrobiła Nie zaryzykowałaby tego. Nie mogła pozwolić na to aby je rozdzielono. Ani teraz ani nigdy. A jednak czuła się winna. Wiedziała że głos jej mistrza, głos zimnego i kalkulującego na chłodno rozsądku miał rację. A mimo wszystko czuła się winna tego że mała wielka zaklinaczka cierpi z powodu wydarzeń które w bieg wprawiła właśnie ona sama. Musisz być dla niej silna. Ona tego potrzebuje. Będzie czerpać z tej siły. Z twojej pewności siebie. Z twojego samozaparcia. Musisz znaleźć ich w sobie dość abyście obie mogły z nich czerpać Lori. Nie zapominaj o tym. Nie zapominała. Nie zapominała o tym nawet na krótką chwilę. I starała się być silna. Właśnie dla niej. Opowiadać jej o wszystkich wspaniałych podróżach jakie je jeszcze czekają. W ciepłe miejsca. O morzu a Halmashiral, o wspaniałych górskich szczytach i lasach które jej pokaże, o cudownych miastach Orali i ich balach na których będą obie mogły olśniewać wszystkich swoim pięknem. I tak, dodawała śmiejąc się, pojadą na tyle wolno i spokojnie żeby mogły podziwiać widoki. Wciąż jednak... Przepraszam cię Tarien'amin

Pierwszy raz w życiu Lorain była wdzięczna za to że podczas podróży została złapana przez śnieżycę która zmusiła ją do postoju. Była oszołomiona. Warunki nie dawały się do jazdy już od dłuższego czasu. A burzę widać było z daleka. Była tego pewna, sama potrafiła dostrzec jej oznaki na niebie. A jednak wjechali w nią. Prąc przed siebie jakby sama śmierć ich goniła. T obyło szaleństwo. Cała ta wyprawa była niczym podróż przez dręczony jakąś niesamowitą wizją umysł maniaka. Ale to, to było dla niej czystym szaleństwem i niemalże samobójczym porywem. Trzymała się tak blisko templariuszy jak tylko była w stanie z całych sił skupiając się na tym aby Tintaviel była bezpieczna w jej ramionach. Czuła jak sama traci resztki sił i chwieje się w siodle. Ale nie mogła spaść. Ani teraz ani nigdy. Gnała więc przed siebie trzymając się jak najbliżej ich obrońców co jakiś czas spoglądając na małą wielką zaklinaczkę Otuloną zarówno swoim płaszczem jak i płaszczem poetki na co ta się uparła kiedy zorientowała się na co takiego hrabia zamierza się porwać. Dlaczego go nie wpostrzymałam. Dlaczego... Ta myśl krążył po jej głowie kiedy drżącą dłonią odgarniała zmarznięte włosy z twarzy Elfki.

- Tarien? – Przywołała na twarz cień jej zwykłego ciepłego uśmiechu i... zamarła kiedy nie usłyszała odpowiedzi. Serce zatrzymało się w piersi poetki kiedy wszystkie dotychczasowe problemy jakie ja otaczały przestały mieć znaczenie. Włącznie z własnym ciężki i nieco rzężącym oddechem. Nachyliła się nad twarzy Elfki i odetchnęła z ulgą czując ciepło jej delikatnego oddechu na swej twarzy. Wtedy też poczuła pociągnięcie za rękaw. Zaskoczona spojrzała w bok i widząc wyciągniętą w jej kierunku dłoń zamrugała oczyma zdezorientowana. Była obolała i zmęczona. Bardzo obolała i zmęczona. I było to po niej widać. Jej umysł potrzebował kilku dodatkowych sekund aby zarejestrować to co się działo, wyciągniętą dłoń, jej właściciela, fakt że ten chce jej po prostu pomóc zsiąść z konia. W końcu przeniosła wzrok na nie mniej stroskaną i wycieńczoną twarz Kapitana templariuszy i podawszy mu dłoń ostrożnie zsunęła się na zdrętwiały od mrozu i szaleńczej jazdy nogi. Wciąż pzytrzymując Tintaviel czekała aż Kapitan tempaliruszy uwolni ją z pasów które zabezpieczały Elfkę.

- Jestem Tarien'amin. Cały czas jestem przy tobie. – Powiedziała ciepłym nieco zachrypniętym głosem wpatrując się w elfkę która poruszywszy się niemrawo leżała w jej ramionach. Poetka złapała ją stęknąwszy cicho kiedy Xavier przeciął więżące mała wielką zaklinaczkę. - Cały czas Cię pilnuje. Pamiętasz? – Dodała czując jak oczy zapiekły ją od powstrzymywanych łez. Pilnuje... tyle że to ja cię tutaj sprowadziłam i... Nie mogła tak myśleć. Musiała być silna. Kiedy tylko Xavier zabrał swą dłoń uniosła nieco wyżej trzymaną w ramionach Elfkę – Teraz odpoczniemy księżniczko. Tak długo jak będzie trzeba. – Mruknęła składając pocałunek na jej czole. - Zajmę się wszystkim. Kapitanie... – Już miała odejść do ogniska kiedy zatrzymała się i spojrzała na Xaviera z powagą i płomieniem w oczach jakich templariusz nigdy jeszcze nie widział w oczach poetki. - Jeśli będzie widział Pan hrabiego... – Zacisnęła na moment usta w wąską kreskę i spojrzawszy na spoczywającą w jej ramionach drobną Elfkę przytuliła ją mocniej do własnej piersi. - Czy mogę prosić o przekazanie mu pewnej wiadomości? – Podniosła wzrok na Xaviera i jeśli ten skinął głową powiedziała spokojnym głosem. - Nie wyruszymy dalej Dopóki Tarien nie odzyska sił i nie poczuje się dobrze. Chyba że zamierza w swym uporze zabić jedną uzdrowicielkę która z własnej woli zgodziła się wspomóc jego i jego rodzinę. – Rzekłam spokojnym głosem w którym słychać było tłumiony gniew względem hrabiego i strach o zdrowie małej wielkiej zaklinaczki. - A no to z kolei ja nie pozwolę. Nigdy, nikomu. I... dziękuję wam. – Uśmiechnęła się słabo do Templariusza po czym wycofała się w kierunku ogniska przy którym ułożyła mała Elfią zaklinaczkę W odpowiedniej jednak od niego odległości aby zbyt nagłe ogrzanie organizmu nie zaszkodziło płomiennookiej czarodziejce jeszcze bardziej. Oczekując na rozbicie ich namiotu umościła tymczasowe posłanie z płaszczy którymi owinięta była Tiny. I nie zważając na własny ciężki oddech i zmęczenie spróbowała delikatnie obudzić małą wielką zaklinaczkę aby ta mogła zjeść. I wysłuchać kolejnej z opowieści o miejscach w które cię zabiorę Tarien. Sama ta myśl sprawiała że jej uśmiech trochę bardziej przypominał zwyczajowy poetki. Taki jaki ta zawsze zachowywała tylko dla Elfiej uzdrowicielki. Szczery i prawdziwy.

Awatar użytkownika
Anante
Posty: 187
Rejestracja: 30 gru 2013, 10:08
Lokalizacja postaci: Kamienica Patriotów
GG: 47821741
Karta Postaci: viewtopic.php?p=46352#46352

28 paź 2015, 11:31

Lorain

Elfka odetchnęła z cichą ulgą, gdy po chwili głos Lorain otulił jej przemarznięte uszy, kojąc skołatany pośród zrodzonych z szaleńczej gonitwy i wyczerpania sennych majaków. Mała i drobna, nawet teraz zdawała się ledwie cieniem, skrytym pośród płaszczy, ubrań i szmatek, którymi ją owinięto, gdy tylko w oddali zamajaczyła piekielna zawieja, której szalony hrabia postanowił stawić czoła. Ledwie mogła wyczuć jej filigranowe ciało, wyziębione i rozpalone gorączką ponad wszelką miarę, gdy tylko już znaleźli schronienie. Płomiennorude, ogniste pukle, które zwykle tak ją zachwycały teraz tylko spoczywały w smętnych strąkach, pozlepiane topniejącym lodem i szronem, przylegając do bladej i podkrążonej buźki, ledwie wystając spod oblodzonej czapy, która prawie nie zsunęła się z główki ostrouchej panienki. Nawet jej brwi i rzęsy nosiły ślad po tchnieniu zimy, lekko przybielone i wilgotne, mieniąc się cudownie w blasku tańczących nieopodal płomieni. Zwykle blade, wręcz alabastrowe policzki okrywał teraz niezdrowy, prawie karminowy rumieniec, choć starczyło ledwie przybliżyć do nich usta, by zdać sobie sprawę z tego, jak wolno ogrzewało się jej ciało, prawie parząc odsłoniętą skórę wyraźnym chłodem. W całej jej postaci tylko drobne usteczka, na wskroś przeszyte siateczką drobnych pęknięć i zrodzonych z zimna ranek zdawały się wciąż żyć, poruszając się niemrawo, unoszone każdym kolejnym oddechem. Nawet zwykle widoczne w ostatnich dniach blado-sine kręgi pod skośnymi oczyma przyblakły na tyle, by prawie nie mogła ich dostrzec, tak iż przez chwilę Tiny zdawała się jej baśniowym stworzonkiem; córką ognia i lodu, która w jednej z orlesjańskich baśni dała początek porom roku i...

-Ciepło...-chrapliwy, ledwie słyszalny pomruk uszedł z jej ust, gdy znów wyraźnie nieprzytomna poruszyła się lekko w jej ramionach, drżąc całą sobą, gdy jedna z rozmarzniętych, lodowatych kropli ściekła po jej karku, a później kolejna. Wnętrze jaskini nagrzewało się niezwykle szybko, niczym masywny, chlebowy piec, w którym starczyła ledwie chwila, by płomienie obudziły nieznośny żar. A może to oni przestali już czuć uszczypnięcia chłodu, skupiwszy się tylko na tym jednym, cudownym zjawisku, nazbyt zmęczeni by myśleć o czymkolwiek więcej? Tak czy inaczej nie mogła długo trzymać jej w takim stanie, po części przemoczonej, po części chyba lekko zamarzniętej, sądząc po tym jak chrzęściła materia, którą sama okryła Tiny. Nawet jednak teraz, mała zaklinaczka uśmiechała się do niej lekko; zupełnie nieprzytomnie, a zarazem błogo i radośnie, jakby czuła się prawdziwie bezpieczna. Szczęśliwa i beztroska, w jakimś miejscu, czy wspomnieniu, do którego tylko one dwie maiły wstęp. Uciekła tam, nazbyt zmęczona, wyczerpana, albo przestraszona, zagłębiając się w bezmiarze własnej wyobraźni, gdy los targał uparcie jej ciałem, niepomnym na to co czyniły myśli. Tak jak dawniej zagubiła się w jej cudownym królestwie, pełnym baśni, pieśni i kołysanek i...-Truskawki...- Znów cichutki, prawie nie słyszalny szept uszedł z jej ust, ledwie nie umknąwszy uwadze wymęczonej poetki, gdy ta skupiła się na Xavierze. Była tam; tego jednego mogła być pewna, że gdzieś, pośród jej objęć, wrażenia ciepła i bliskości płomiennooka elfia panienka znów ją znalazła; skąpaną w letnim słońcu, truskawkową polanę na skraju morza, szukając na niej poetki. Znów chcąc...

-Przekażę mu... Chędożony orlesjańki pies.-nevarryjski kapitan zachrypiał paskudnie, splunąwszy na bok gęstą flegmą, gdy nazbyt wiele jej zebrało się w jego ustach, na dokładkę zakląwszy jeszcze po nevarryjsku, choć przynajmniej dwa z trzech słów Lori udało się mniej-więcej skojarzyć, uchwyciwszy tym samym kontekst i wyjątkowo paskudny nastrój swego rozmówcy.-Czy mu się to spodoba, czy nie, nie ruszę się stąd zanim ta przeklęta burza nie ucichnie. Dotrzymam słowa, choćbym miał sam zasiec jego ludzi.-warknął tylko w jej stronę, odchodząc w stronę ludzi Verehiela i kaszląc przy tym spazmatycznie. Na tyle, na ile jednak znała go poetka, mogła być pewna, że złość którą przed chwilą okazał ani trochę nie skupiała się na osobie jej, czy Tintaviel, prędzej stanowiąc wstęp do tyrady, którą siwy możnowładca dopiero miał wysłuchać i to sądząc po nastroju kapitana dosłownie na ostrzu noża. Trudno zresztą było się mu dziwić, gdy tylko spojrzała na pięcioro jego ludzi, wyziębniętych i schrypniętych nie lepiej niż ich dowódca, choć każdy przed innymi nawet teraz jakby z czystej przekory starał się trzymać fason. Wątpiła by Xavier lubił je obie na tyle, by w normalnych okolicznościach zaryzykować dla nich życie, jednak zdawało się, że darzył je dostateczną dozą sympatii, by nie życzyć im źle. Wiązała go też przysięga, najpewniej złożona nie tylko ich dwójce, ale i przełożonym oraz samemu sobie. Choć była pewna, że w pewnych okolicznościach mógłby ją złamać, to teraz nic nie zdawało się usprawiedliwiać w jego oczach ostatnich wydarzeń, a jakkolwiek na co dzień nie zdawałby się sympatyczny, wciąż był oficerem zakonu, który osiągnął swą pozycję latami ciężkiej, okupionej krwią i potem pracy, nawet jeśli wciąż wyglądał względnie młodo. W tej chwili więc, nawet nic nie mówiąc zyskała wyjątkowo groźnego sojusznika, który właśnie zaczynał wykłócać się z ponurym możnym, coraz łacniej wędrując przy tym dłonią ku gałce masywnego miecza.

Tymczasem jednak sama przysiadła na skraju wątłego kręgu światła, jakie rzucało sobą jedno z ognisk, które rozpalono przy zaczątku tego, co w niedługim czasie miało na nowo stać się ich zwyczajowym schronieniem. Przydzielony do tego zakonny rycerz nie mówił wiele, pomrukując tylko z cieniem irytacji, gdy zgrabiałymi od zimna dłońmi mocował się z linkami ich przenośnego azylu, co jakiś czas tylko zerkając w stronę dwóch panienek z cieniem czegoś na kształt współczucia, w głęboko osadzonych, ciemnobrązowych oczach. Tak jak oni wszyscy był wojownikiem, który nie raz wędrował w podobnej zawierusze i wytrzymałością pewnie mógłby zawstydzić wołu, a jednak... chyba wciąż pamiętał swoją pierwszą eskapadę i jak większości Xavierowych kompanów Stwórca nie poskąpił mu intelektu i wyobraźni, aby przełożyć tamtą sytuację na ich skórę. Tak więc i choć nie spieszył się ze swoją robotą, nie mniej zmęczony niż one, czuć było, że stara się wykonać ją na tyle porządnie i sumiennie, by naprawdę mogły odetchnąć tej nocy we własnym zaciszu.

Chwilę zajęło, nim Lori rozplątała pozlepiane wodą i skrawkami topniejącego lodu poły płaszcza i przemokniętego do ostatniej nitki koca, odsłaniając nieco skrytą pod nimi elfkę. Sama poetka nie wyglądała wiele lepiej niż ona, nawet teraz czując przy najlżejszym podmuchu, jak lodowata i na równi przesiąknięta jej własnym potem co wilgocią tkanina jej okrycia przylega do jej rozpalonych pleców, drażniąc skryte pod skórą nerwy i tłamsząc chrapliwy dech. Nic z tego jednak nie miało większego znaczenia, gdy przyglądała się właśnie jej; małej, płomiennowłosej istotce, odruchowo skulonej w swej nieprzyjemnie ciężkiej, teraz już wyraźnie wymiętej i zanoszonej przez ostatnie tygodnie sukni, jako tako jeszcze opatulonej futrzanym kubraczkiem i czapką, która do reszty już zsunęła się z jej czoła, odsłaniając płomiennie rudą czuprynkę, której wilgotne sploty przylgnęły do jej twarzy i karku, niemrawo rozsypując się wokół główki, wyczerpanej elfki. Drżała; nie musiała jej dotykać, by to wyczuć. Delikatny, ledwie dostrzegalny i subtelny ruch, gdy okryte gęsią skórką ciało dziewczyny powoli wracało do siebie, w jakimś minimalnym stopniu, ogrzane blaskiem płomieni i delikatnym żarem, który bił od rozpalonych polan. O ile mogła wierzyć własnemu instynktowi i słowu Xaviera, nie groziło jej już nic poważnego, choć jej organizm nie najlepiej znosił trudy zimowej podróży, o tyle trudno było jej nie martwić się, słysząc jej ciche, niewyraźne i aż nazbyt nieskładne pomruki, złożone z urywków słów i min, gdy tylko przykładała palce, do jej czoła. Rozpalona skóra małej uzdrowicielki prawie nie parzyła w dotyku jej dłoni, nieprzyjemnie wilgotna i nieco zszarzała, bardziej teraz przypominając kartę delikatnego papieru, niż dawniej aksamitne okrycie jej ciała. Tak czy inaczej, na ile mogła, oparła bezwładną elfkę o siebie, tak by ta nigdzie jej nie uciekła i spróbowała ją dobudzić. Delikatnie, lekko potrząsając nieprzytomną dziewczyną, czy to szeptem, czy dotykiem starając się wrócić ją na tą stronę Zasłony. Przez okrutnie długą, przeraźliwą chwilę nie przynosiło to żadnego, efektu, aż...

Tiny ospale otworzyła ciężkie niczym ołów powieki, nie wiedząc do końca ani gdzie, ani kiedy się znajduje. Rozbiegane myśli i wspomnienia mieszały się jej z światem rzeczywistości i snu, tworząc wyraźnie oszałamiającą mieszankę, w której ledwie potrafiła się odnaleźć. Nie czuła własnego ciała; jego dreszczy, otarć i bólu spiętych mięśni. Nawet dyskomfortu nie do końca wygodnej pozycji, tylko fale obezwładniającego ciepła i chłodu, przenikające jej wnętrze, przy każdym kolejnym, zduszonym i nieco chrapliwym oddechu unoszącym jej wątłą pierś. Zakaszlała; nie wiedzieć kiedy, ani dlaczego, zwijając się leciutko w jej objęciach nim uspokoiła się znów, wodząc nieprzytomnie zamglonymi i wyraźnie szklistymi oczyma. Słyszała jej głos; nie wiedzieć gdzie i kiedy słyszała go, próbując wyłowić jej twarz, pośród ścian jaskini, rozmytych konturów drzew i zielonej trawy; blasku słońca i ogniska. Liritien... gdzie jesteś, vanima? Nie zostawiaj mnie... proszę... Poruszyła bezgłośnie spierzchniętymi ustami, gdy nic poza chrapliwym oddechem nie uciekło z jej wyschniętego na wiór gardła, drażniąc tylko jej myśli ukłuciem gasnącego bólu. Gdzie jesteś... byłaś tam... szukałam Ciebie i prawie... Chciałam wyjaśnić; powiedzieć dlaczego...

-Lori...-szepnęła cichutko, gdy tylko posłyszała jej głos, niemrawo odwracając buźkę w jej stronę. Nie potrafiła rozróżnić jej słów; ich znaczenia i kontekstu, jakby dobiegały zza niepomiernie grubej bariery; tafli wody, czy masywnej ściany. Wytłumione i splątane, a jednak... starczyło samo ich brzmienie, by uciszyć niepokój, jaki zagościł w jej skołatanym sercu. Strach i niepewność, gdy była pewna, że... Jesteś tutaj przy mnie. Nie zostawisz mnie, nigdy. I ja... ja też tutaj będę. Już nie ucieknę... obiecuję... Najmojsza... Elfka zachłysnęła się pierwszym łykiem letniego wina, które podał im któryś z żołdaków, pomrukując coś na temat kwatermistrza-idioty, rozcieńczającego je ponad miarę, tak że prawie nie zamarzło. Kaszląc przez chwilę, prawie nie wybudziła się na tyle, by przynajmniej zrozumieć gdzie jest, szybko jednak ciężar gorączki i zrodzonych z wyczerpania majaków na nowo przytłoczył jej umysł, gdy poetka podtrzymała ją ostrożnie, przyciskając do siebie lekko, tak, by ta nie wymsknęła się jej i nie upadła na twardą posadzkę. W końcu Tiny zaczęła pić; małymi, nieśmiałymi łyczkami, kaszląc lekko co parę z nich. Nawet nie czuła jego smaku; tylko same wrażenie, jakby coś ściekało wzdłuż jej gardła do żołądka, z początku drażniąc, a później kojąc lekko opuchnięte gardło. Coś przyjemnie ciepłego i nieco słodkiego, na tyle, że gdy w końcu zabrakło wina odetchnęła z ulgą, uśmiechając się lekko.-Znowu tu jesteśmy... znalazłyśmy... widzisz je, vanima'min? Róże... i krzaczki... domek nad morzem...-Tiny mamrotała cichutko w malignie, wodząc lekko pobladłymi i posiniałymi na opuszkach paluszkami, po materiale sukni, jakby chciała na niej wyrysować to co widziały jej oczy, na równi mówiąc do prawdziwej i widmowej Lori, gdy jej myśli, słowa, wyobraźnia i świat realny zlewały się w jedno. Chciała zostać z nią tutaj; z całego swego serca pragnęła właśnie tego. By już nigdy nie musiały stąd odchodzić i zawsze mogły być razem. By nie musiała się niczego bać i mogła powiedzieć to, co czuła. Ubrać to w słowa i gesty, poczuć i... Nie mogła; nie gdy czuła jak coś delikatnie naciska na jej wargi, ciepłe i nieokreślone, starając się je rozchylić. Truskawka... Zamruczała do samej siebie w myślach, rozchylając je lekko i przełykając pierwszy kęs mętnej kaszy, z odrobiną tłuszczu i skwarek. Coś jednak było dla niej nie tak; nie smakowały tak jak powinny. Były ciepłe, delikatne i lekkie, ale... nie takie. Nie soczyste, nie czułe, nie... Tiny pokręciła lekko głową, zaciskając blade usteczka w wąską, szczelną linię, nim Lori nakarmiła ją może paroma łyżkami. Nie mogła jeść ich sama; to nie powinno być tak! Nimi trzeba było się dzielić; tak jak gwiezdnymi życzeniami, tylko wtedy były prawdziwe. Nie było sensu próbować dalej jej karmić, gdy co najwyżej poetka mogła ubrudzić jej nos posiłkiem. Razem... musimy.... ja...ja chcę się podzielić. Byłą pewna, że tak właśnie to działa; że tak powinno się to robić. Jak z czekoladą. W tym momencie było to dla niej zupełnie naturalne i odruchowe. Chciała jej powiedzieć; wyjaśnić i pokazać. To i wiele innych rzeczy, ale brakło jej siły. Nie wiedzieć czemu nie mogła mówić, ani się ruszyć, niczym w jednym z jej koszmarów. A jednak, wciąż czuła ją przy sobie i tyle starczyło, by czuła się bezpieczna. Chciała...

-Płomyczek...?-wymamrotała cichutko, próbując wyrecytować pierwszą zwrotkę ich wspólnej bajki. Chociaż tyle, by pokazać, że jeszcze sama tu jest; że chce być przy niej i już nigdy jej... Zabrakło jej sił, gdy znów mała elfka osunęła się w objęcia snu, nim jeszcze pierwsze słowa opowieści popłynęły ze spierzchniętych ust zielonookiej poetki. Tymczasem Lori poczuła jak coś ciężkiego i włochatego opada nieco niezdarnie na jej ramiona, okrywając je sobą dosyć szczelnie, by w końcu odgrodzić je od wiatru i chłodu, tym samym też zakrywając buzię i nosek Tiny. Ciepły, mocno wytarty i szorstki koc, przyniesiony przez jednego z nevarryjskich rycerzy, który stał teraz nad nimi, poruszając oszronionym wąsem.

-Wasz namiot już jest gotowy, panienko. Pomóc...-wojownik odkaszlnął, przesłaniając na moment ciężką od wody rękawicą skryte za brodą usta. Nie wyglądał lepiej niż inni i jak chyba każdy nie specjalnie kwapił się do rozmowy, czy szczególnych manier, więcej myśląc o odpoczynku, niźli czymkolwiek innym.-Pomóc wam przenieść małą zaklinaczkę?-nawet nie zauważył, gdy pomylił tytuł Tiny z jej przezwiskiem, czekając chwilę na jej odpowiedź, by w końcu skinąć tylko głową i odejść w swoją stronę, życząc im dobrej nocy.

Wniesie, czy raczej wciągnięcie nieprzytomnej elfki do środka okazało się nieco większym wyzwaniem, niż poetka mogłaby się normalnie spodziewać, gdy każdy, nawet najmniejszy ruch był okupiony gwałtownym i nader bolesnym protestem jej spiętych i wymarzniętych mięśni. Choć filigranowa, w wilgotnej sukni i zupełnym bezwładzie Tiny swoje warzyła, a sama Lorain nigdy nie należała do najsilniejszych kobiet. Mimo to dopięła swego, w końcu jako-tako ułożywszy ją na nieco przekrzywionym całą szamotaniną posłaniu. Delikatny blask przesączał się przez jego ścianki, wypełniając prowizoryczne pomieszczenie delikatnym półmrokiem, do którego jeszcze przez chwilę musiały nawyknąć jej oczy. W przeciwległym rogu namiotu, jakaś dobra dusza wyciągnęła z juków należące do niej i Tiny ubrania na zmianę, oraz niewielki, najlepszy z elfkowych ręczników, który ta uparcie przemyciła razem z nimi, wcisnąwszy go do torby pod nieuwagę wszystkich, jakby wiedząc, że jeszcze się przyda. Do tego wszystkiego przy suficie ktoś podwiesił niewielką, specjalnie zabezpieczoną świeczkę, którą mogła rozpalić, bez obawy, że całe schronienie zaraz stanie w ogniu. Poza tym leżał tu jeszcze bukłak z przegotowanym nad ogniem winem i odrobiną rozgrzewających ziół, oraz mniejsza manierka z letnią wodą i kawałek szmatki, ułożone na poskładanym płaszczu, co wieczór służącym im za koc. Z nieco bezwładnego zamyślenia, w jakie popadła poetka wyrwał ja cichutki jęk elfki, gdy ta bezwiednie spróbowała wtulić się w jej bok, znów drżąc lekko, gdy jej ciała nie ogrzewały już wesoło trzaskające na polanach płomieni, a ciągnący od posadzki chłód coraz mocniej dawał się we znaki śpiącej panience.

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Szaleństwo

Krótki błysk przeszył przestrzeń przed plugawcem, gdy niewidzialna dłoń cisnęła nim brutalnie w tył, wybijając powietrze z płuc i bezwładnie ciskając o stojącą za nim kamienną ławę, na krótką chwilę sprawiając, iż cały świat zawirował przed jego oczyma, w mieszaninie czerni, bieli i czerwieni, gdy fala bólu rozlała się od jego obitych żeber i mięśni, przeszywając wciąż nader ludzki mózg, zarazem dając mu całkiem spore źródło nowych doznań i doświadczeń. Ból, oszołomienie, dezorientacja, bezdech, cień strachu i paniki, a w końcu cień ulgi i cudowna pieszczota powietrza, na nowo wypełniająca jego płuca. Świat był pełen nowości; cudownych i mamiących, nawet gdy spoglądał na wiszące jeszcze przez chwilę w powietrzu mistyczne symbole, jarzące się nieznośnie jaskrawym, złotym blaskiem i stojącą za nimi demonicę, na której licu malował się wyraz szczerej konsternacji i znużenia, jakby właśnie czymś koszmarnie ją zawiódł, albo zrobił coś tak cholernie przewidywalnego, że zbrakło jej słów.

-Prosiłam, żebyś odpowiedział na moje pytanie...-postukała palcami o własne ramię, przyglądając się idealnie spiłowanym, owalnym paznokciom, przyozdobionym subtelnymi, złotymi malunkami. bransoletki na jej ogonku zachrzęściły lekko, gdy podeszła o dwa, czy trzy kroki w jego stronę, zmysłowo kołysząc biodrami, gdy wprawiony w ruch materiał sukni odsłonił w sprytnie skrytym rozcięciu jedną z jej niezwykle zgrabnych, długich nóg, lśniących lekko w blasku słońca. Po chwili przykucnęła przed nim, wpatrując się spokojnie w oczy swego chowańca-Prawda? A nie pozwoliłam Ci na spacer. Więc nie irytuj się tak i bądź grzeczny, a dostaniesz czego chcesz i obiecuję, że nie będzie tak nieprzyjemnie. Zdejmę barierę jak mi na nie odpowiesz.-odetchnęła cicho i zastukała smukłymi palcami o własne kolana.-Ale powiedzmy, ze na zaczątek dobrej współpracy odpowiem na twoje pytanie: nie wiem. Bardzo możliwe, że twój poprzedni nosiciel przecenił swoje możliwości. Teraz jednak nie ma to znaczenia, skoro jesteś tutaj i rozmawiamy. Szczególnie, że twoje aktualne ciało należy do mnie.-uśmiechnęła się do niego lekko, spokojnie wpatrując się w jego oczy, bez cienia strachu, czy nawet większego zainteresowania, raczej bardziej wyczekująco i trochę obojętnie, jakby niespecjalnie się jej spieszyło, ale jednak zależało na konkretnej odpowiedzi.

Awatar użytkownika
Darrian
Posty: 733
Rejestracja: 06 sty 2012, 20:04
Lokalizacja postaci: Oko i Powieka
GG: 10643412
Karta Postaci: viewtopic.php?p=21226#21226

28 paź 2015, 14:01

Jeśli jest jedna rzecz, której Elen nie miała wynieść z jego lekcji to było to zaufanie. Biorąc pod uwagę w jakie środowisko planował ją ewentualnie wepchnąć, wręcz powinien siłowo eliminować wszelkie zalążki tej emocji. Sam nie zaufa jej nigdy i nie oczekiwał tego od niej, chcąc jedynie by rozpoznawała jego wyższość nad sobą, póki ta oczywiście istniała. Dziewczyna miała realny potencjał by pewnego dnia go przerosnąć, ale na ten moment albo sobie z tego nie zdawała sprawy albo po prostu czekała na ten moment, w końcu raczej miała więcej czasu niż on. Może i by dała sama radę osiągnąć podobny do niego poziom wiedzy i zdolności, ale co by jej z tego przyszło, jeśli zrobiłaby to w jakiejś zamkniętej na cztery spusty klitce, bez zdolności pochwalenia się tymi osiągnięciami. Ktoś by je potem znalazł i przypisał sobie i na tym by się jej spuścizna skończyła. Właśnie to Viktor miał zamiar zmienić w jej przyszłości, ponownie wystawiając jej zdolności na światło dzienne. Musiał też przyznać, że jej niewinny rumieniec i zakłopotanie po prostym i szczerym komplemencie go bawiły, ale to była tylko przypadkowa korzyść.

Trochę mniej zabawnie zrobiło się po tym, jak adeptka pochwaliła się swoimi zdolnościami. O Pierścieniach lepiej było w ogóle nie wspominać, bo sam poprzestał na trzech, zamiast tego zawsze bardziej interesując się animancją i ogólnie wszystkim, co kręciło się dookoła psucia i modyfikacji żywej materii. Do jego zdolności bojowych natomiast zaliczała się armia nieumarłch i posiadanie rzadkich entropicznych kosturów, co nie motywowało do doskonalenia jakotakich technik czysto ofensywnych. W razie czego, zawsze był w stanie zaangażować coś w stylu napełnienia broni energią w ramach eliminacji pojedynczej osoby, a ostatnimi czasy przed Marszem eksperymentował na pograniczu entropii i magii krwi, z wysysaniem energii życiowej. Ciekawa była wzmianka o tym, że dziewczyna potrzebuje nieprzerwanej koncentracji do formowania barier, kiedy potrafiła na raz opanować cztery Pierścienie, co świadczyło o imponującej koncentracji. Albo stał za tym brak praktyki, albo coś mogło być nie tak w jej technice, w czym dało się pomóc.

Kiedy wspomniała o starym dobrym Ruthym, przez chwilę na twarzy nekromanty pojawił się nieco bardziej zadowolony grymas, gdyż przeszła na dobrze znany mu temat, w którym miał do powiedzenia bardzo dużo a i była to efektywna technika, która mimo początkowego zaawansowania dawała się względnie łatwo modyfikować na różne potrzeby, jak już się opanowało jej podstawy do perfekcji. Wyraz aprobaty jednak szybko zniknął, kiedy wspomniała nie tyle o odtwarzaniu jego eksperymentów, o czym wiedział, ale o tym, że któryś usprawniła. Wielki Zaklinacz przymrużył lekko oczy patrząc na Elen w czymś pomiędzy niedowierzaniem a może nawet nutką złości. Takie małe, przestraszone, niezdolne do nawet kontaktu wzrokowego coś ma czelność twierdzić, że zrobiło coś lepiej niż jeden z najlepszych, jeśli nie najlepszy nekromanta w obecnych czasach? Nawet, jeśli raczej nie chodziło o żaden z jego bardziej zaawansowanych wynalazków, które wszystkie opierały się o techniki Mortalitasi, do których dziewczyna nie mogła mieć dostępu to nadal, było to równie imponujące, co aroganckie. Nie spodziewał się, że mała mogła być zdolna zarówno do ulepszenia czegoś co sam stworzył jak i do mówienia o tym w ten sposób.

Dał jej mimo wszystko skończyć, nie mając zamiaru pozwolić swojemu niezadowoleniu wejść w drogę profesjonalizmowi, w końcu miał robić za nauczyciela. Kręgi transpozycyjne były ciekawe, acz niezbyt przydatne dla jego celów. Teoretyzował, że za ich pomocą kierowała do siebie przywołane demony, bądź w jakiś sposób czerpała ze swoich przywołańców energię, ale o przywoływaniu nie wiedział za dużo i prawdopodobnie oboje sobie z tego zdawali sprawę. Nadal pozostawała kwestia jednej z rzekomo ulepszonych technik, która pierwotnie była jego tworem. Adeptka nie wyglądała na kogoś, kto marnowałby czas, ale nie potrafił wpaść na nic z jego prac sprzed Mortalitasi, co mogłoby pomagać w osiągnięciu jej ostatecznego celu, jakim był względnie samoświadomy nieumarły. Albo konkretna modyfikacja, którą stworzyła czyniła którąś z jego technik użyteczną w jej celach, albo odtwarzała je w ramach samodoskonalenia się, co całkiem sporo mówiło o jej opinii na jego temat. Była też możliwość, że dobrała się do zapisków z krypt, ale Viktor wątpił, by była na tyle głupia, aby się do tego przyznać, kiedy jeszcze nie zrobiła nic, co mogłoby ją uratować w jego oczach po czymś takim.

- Udoskonalić? - Wyraźnie dało się usłyszeć, że nie był szczególnie zadowolony z tej rewelacji, acz dało się też wyłapać w jego głosie ciekawość, która prawdopodobnie ratowała teraz skórę Elen. - Twoje zdolności są imponujące, ale wybacz, że ciężko mi uwierzyć, że są Mortalitasi mający trudności z moimi modyfikacjami zaklęć reanimujących a ty mówisz, że ulepszyłaś jedną z moich prac? - Zaciekawienie było coraz wyraźniejsze, ale gdyby same spojrzenia mogły przenosić zaklęcia, to jakie prezentował Viktor już dawno zredukowałoby dziewczynę do kupki popiołu. Jego dokonania były sławne w środowiskach magicznych, samo stwierdzenie, że zrobiło się coś lepiej gwarantowało uwagę, a jeśli faktycznie tego dokonała, wystarczyło to zaprezentować, by młoda przeskoczyła conajmniej dwie rangi w hierarchii Kręgu, acz nadal pozostawało pytanie, z czym kombinowała. Zanim skupił się wyłącznie na nekromancji, większość jego pomysłów orbitowała dookoła tych mniej przyjemnych aspektów Entropizmu, jak na przykład aura osłabiająca naturalne procesy w mięśniach, którą następnie wplótł w jednego ze swoich ulepszonych nieumarłych. Jedynym co odbiegało od tego, były eksperymenty z przechowywaniem ładunków magicznych, co już po zostaniu Wielkim Zaklinaczem wykorzystał, do zaprojektowania nieumarłego, przenoszącego jednorazowy ładunek książkowego zaklęcia paraliżu wyzwalanego na dotyk.

Awatar użytkownika
Aleksis Bentrum
Posty: 1190
Rejestracja: 29 paź 2011, 16:01
Lokalizacja postaci: Dwór Pomiędzy Spektrami
GG: 50433717
Karta Postaci: viewtopic.php?t=961

28 paź 2015, 14:08

Telekinetyczne pchnięcie zwaliło demona na kamienną ławkę. Plugawiec paskudnie grzmotnął plecami o kant siedziska. Mimowolnie uwolnił on z ust krzyk nasycony bólem. Zupełnie nie spodobała mu się intensywność doświadczanej nieprzyjemności, a to oznaczało, że było w nim zbyt wiele człowieka. Przebywając w Firmirze, mógłby bez problemów wyłamywać sobie palce, albowiem demoniczny umysł inaczej interpretował cierpienie. Samo przejmowanie się nałożonym ograniczeniem ujawniało narzucone cechy charakteru w chaotycznej jaźni. Duch musiał się od tego uwolnić. Mimo wszelkim niedogodnościom, istota z Pustki błyskawicznie odzyskała poczytalność. Wtedy zaczęła układać w własnej głowie pewne fakty.

Władczyni domeny okazała się bardziej skomplikowanym bytem. Plugawiec nie rozumiał, gdzie popełnił błąd, który spowodował niespodziewaną agresję. Najwidoczniej musiał się czegoś domyśleć. Dał sobie chwilę na przeanalizowanie zdobytych przesłanek. Gospodarz zdecydowanie nie popierał subtelnych odpowiedzi niewyrażonych w słowach, ani samowolnego przemieszczania się po obszarze jego małego świata. Być może po werbalnym przedstawieniu woli, pani stałaby się bardziej pobłażliwa. Oczy demona wpatrywały się w finezyjne kroki władczyni. Szła niczym kot. Kucnęła przy mężczyźnie wyłożonym na ławeczce. Poczęła znów wyzwalać fale uderzeniowe, potok wyrazów, złożonych zdań, a przecież dałoby się je skrócić do niezbędnego minimum. Stworzenie kierowane siłą obłędu włożyło więcej wysiłku w pozytywną deklarację współpracy.

- Oczywiście, moja pani - rzekł spokojnie, szczerze, bez wahania. - Dołożę wszelkich starań, aby wspomóc twoją osobę w obecnych kłopotach. - odpowiedział neutralnym tonem, nie żywiąc żadnej urazy. Patrzył zaciekawionymi oczyma w spojrzenie mistrzyni. Powolnym ruchem ręki wytarł krew ze zranionej wargi. Długi ślad posoki zaznaczył prawe przedramię. - Czy mogę wstać? - zapytał łagodnie.

Jeżeli pani swojego chowańca zezwoli mu na powstanie, ten płynnym ruchem, z nie ukrywaną gracją, podniesie się z pozycji półleżącej. Warunek, o ile był on szczery, wyglądał następująco: bądź grzeczny, otrzymuj nagrody. Zasada brzmiała na logiczną, wreszcie kontakt demonicznych bytów nabrał porządnych kształtów. Znów oglądał przestrzeń poddaną woli czarnowłosej. W głowie demona rozpalały się iskierki obłędu. Skrzywił lekko głowę, albowiem zorientował się, że widziany przez niego obraz zniekształca się podług substancji kotłujących się w jego czaszce. Obecnie kompletna desperacja wirowała z dekadencją, wywołując odrealnione wizje widm ludzkich, które z wielką nadzieją porzucały wszelkie narzucone wartości. Wycie kapłanów zdzierających z siebie szaty, niewiasty wyganiające chłopów z chałup w imię niepojętej równości, wrzask rozgniewanych mężczyzn, porzucających pracę, aby zatopić się w lenistwie i alkoholu. Dzieci dyrygujące rzędom dorosłych marionetek, nurkujący w piachu rodzice, którzy odrzucili wartości aktualnego wieku na rzecz powrotu do lat dzieciństwa. Echa szaleńczych głosów wypełniały jaźń demona. Pozostałości tego, co utracił. Musiał to odzyskać.

- Poprzedni nosiciel - powtórzył słowa. - Poprzedni nosiciel zginął z ręki templariusza. Chciałem w mig przenieść się do nowej powłoki, aby kontynuować moje cele - tłumaczył z przyjemnością, albowiem wyczuwał zapach idei w swej wypowiedzi. - Przeliczyłem się. Przed utratą przytomności usłyszałem kobiecy głos. Czy należał on do ciebie?

- Skoro to ciało jest twoje, byłbym wdzięczny, gdyby zostało ono odziane. Chętnie założę białe szaty, o ile na nie zasługuję. - Zasugerował. O ile nagość mu zupełnie nie przeszkadzała, to utożsamianie się z siłą wyższą pozwalało na stworzenie imitacji więzi, zaakceptowania przynależności do drużyny. Poza tym, demon jeszcze próbował wyczuć władczynię, aby ulepszyć prowadzony dialog.

Awatar użytkownika
Anante
Posty: 187
Rejestracja: 30 gru 2013, 10:08
Lokalizacja postaci: Kamienica Patriotów
GG: 47821741
Karta Postaci: viewtopic.php?p=46352#46352

30 paź 2015, 10:22

Viktor Vantu

-Mogę pokazać.-Elen oświadczyła z czymś na kształt nieco dziecinnej mieszaniny prostoty i naiwności w głosie, mimo wszystko podszytej aż nazbyt szczerą iskrą zupełnie instynktownego strachu, gdy poniewczasie dziewczyna zdała sobie sprawę z tego w co się właśnie wpakowała. Choć niewątpliwie była inteligentna i najpewniej nieprzeciętnie utalentowana, starczyła chwila rozmowy ze zwykłym śmiertelnikiem, by znów zapomniała języka w ustach, kuląc się w sobie pod naciskiem jego spojrzenia i kurczowo zaciskając dłonie na własnych kolanach, gdy chyba tylko wątła resztka czegoś, co można byłoby nazwać w normalnych okolicznościach instynktem samozachowawczym kazała jej nie odwracać co chwilę głowy w stronę wyjścia. Bo co jak co, ale irytowanie jednego z najpotężniejszych entropistów tego półwiecza nie szczególnie podpadało pod dobry plan na przeżycie. Chwilę też zajęło, nim jej intelekt nadrobił niedostatki zdolności socjalnych, domyślając się w końcu co tak naprawdę trzymało ją jeszcze po tej stronie Zasłony, przynajmniej w aktualnej formie. Na nieszczęście dla niej musiało minąć parę irytująco długich sekund, nim poukładała sobie to wszystko w głowie, nieporadnie starając się uciec przed jego spojrzeniem w napiętej ciszy, która zapadła między nimi. W końcu jednak nieznacznie uniosła wzrok, może i nie patrząc się w jego oczy, ale przynajmniej brodę, by wziąwszy nieco głębszy wdech rozchylić lekko pobladłe usta i zacząć mówić, tonem na granicy przytłumionego szeptu.

-Duchy spoza Zasłony w momencie przyjścia na ten świat, w trakcie asymilacji w nowej skorupie trochę ją.... dostosowują. Uzupełniają. Nie do końca wiem dlaczego tak się dzieje, mam pewną teorię, ale...-zerknęła na niego i urwała w pół słowa, przełykając ślinę, wyraźnie speszona i spięta.-W każdym razie martwa tkanka narzuca pewne ograniczenia, których nie ma żywe ciało. W pewnych aspektach łatwiej coś w niej zmienić, w innych... niekoniecznie. -westchnęła cicho, poruszywszy się nieznacznie na swym siedzisku, jakby samo mówienie o tym nieco ją odprężało, choć nutka niechęci, ledwie dostrzegalna, ale wciąż realnie obecna pobrzmiewała w jej głosie, gdy jak większość magów niechętnie dzieliła się owocami swej pracy.-Dlatego dużo łatwiej ją... trwale uszkodzić, ograniczając wiele funkcji, na których mi zależało. Motoryka, zdolności mowy, część zmysłów...W końcu przy bardzo gwałtownych zmianach proces degeneracji jest na tyle drastyczny, że w pierwszej chwili może zabić przywoływacza. Próbowałam stworzyć pewne zabezpieczenie i wyszło mi... nie do końca.-skrzywiła się lekko, zaciskając mocniej dłonie na krawędzi swej szaty, tak, że na moment lekko pobielały jej kłykcie.- Jeden z twoi... waszych tworów wytwarzał wokół siebie aurę, osłabiającą pracę mięśni. Chciałam zmodyfikować nieznacznie ten proces, by pasywnie nie osłabiał, ale zamiast tego kradł pewien ułamek sił życiowych, magazynując go w uprzednio przygotowanym obiekcie, umieszczonym w samym ożywieńcu. Ten zaś, po pierwsze skupiałby uwagę ducha, po drugie zaś stabilizował jego poczynania w ciele, minimalizując szkody.-odetchnęła zerkając na niego uważnie. Sama idea samoregenerującego się, osłabiającego masowo wrogów nieumarłego była już intrygująca, jeśli o tym właśnie mówiła dziewczyna i nawet jeśli zdawała się trochę nierealna, to...-Tylko... trochę mi z tym nie wyszło. Udało mi się spreparować odpowiednio samo ciało i umieścić w nim kryształ lyrium. Zabezpieczyłam wszystko i... przy pierwszej próbie wybuchło mi to w twarz.-wyraźnie skrzywiła się na samo wspomnienie, pocierając nerwowo ramię.-Ale nie od razu. Jakiś aspekt samego zaklęcia był... nieodpowiedni.-przez chwilę wyraźnie szukała odpowiedniego słowa, by bardziej go nie poirytować-Jednak ogólnie wciąż ma to swój potencjał. Zanim kryształ zbierze odpowiednio wiele energii mija dłuższa chwila, w trakcie której coraz szybciej zaczyna zbierać energię życiową wokół siebie. Może nie zabije tym, ale... Na pewno poważnie osłabi większość otaczających go ludzi. Na dodatek jej część z jakiegoś powodu nie mieści się "na raz" w nim, deformując samo ciało. Głównie kościec. W chwili wybuchu działają jak szrapnele. Poza tym sam wybuch... -zastukała lekko palcami o własne kolana.-Jest nieco mniejszy niż w wypadku twoj... waszego innego tworu, ale opiera się głównie na czystej energii. To coś jak bardzo duży pocisk entropiczny, nie umiem do końca tego określić, ale... Może muru nie zniszczy, ale pewnie dałby radę zrobić wyrwę w oddziale, albo unieszkodliwić jakąś machinę. Chyba żeby się uprzeć i...-zerknęła znowu na niego i zamilkła, siedząc znowu cicho i skubiąc palcami materiał swej szaty, po jak na siebie epokowo długiej przemowie.

Awatar użytkownika
Lorain
Posty: 59
Rejestracja: 27 maja 2015, 00:32
GG: 44153208

31 paź 2015, 19:10

Poetka zrzuciła rękawice i rozmasowała szybko zgrabiałe z zimna dłonie starając się przywrócić im nieco życia. Wymęczona podróżą i przemarznięta wciąż wpatrywała się w pogrążoną we śnie uzdrowicielkę z troską i strachem w oczach. Drżąc za każdym razem kiedy tylko wdzierający się do jaskini mroźny wicher zakłócał bijące od ogniska przyjemne ciepło, momentami wręcz parzące zmarznięte ciało okryte przemoczonym już ubraniem. A jednak starała się to ignorować. Nie myśleć o tym, nie zwracać uwagi na dyskomfort i protesty własnego ciała, które tak naprawdę dopiero teraz, kiedy problem niezrównoważonego hrabiego wziął na swą głowę Xavier zaczęło dawać o sobie znać. I tak zresztą nie mogła na to poradzić zbyt wiele. Najważniejsze było to by zająć się małą wielką zaklinaczką. Zadbać o nią. Pozwolić jej wypocząć, odzyskać siły i wypocząć. Wyciągnąć ją z tych przemoczonych rzeczy. Ogrzać i pozwolić odpocząć na tyle na ile warunki tego miejsca pozwalały jej odpocząć. Lorain rozmasowywała więc własne palce kompletnie nie zwracając uwagi na otoczenie i to kto się czym zajmował. Skupiała się tylko na jednym Łowiła wzrokiem każdy drobny ruch Tarien. Każde jej drgnięcie, oddech czy niespokojne poruszenie się wciąż przywracając swoim palcom czucie.

- Jestem tutaj Tarien'amin – Powiedziała ciepło starając się zapanować nad lekką chrypką jaką zaszedł jej głos. - Cały czas przy tobie. – Wciąż nieco zesztywniałe i drżące palce poetki odgarnęły ostrożnie posklejane zmarzniętą wodą kosmyki włosów z czoła elfiej uzdrowicielki jak Tylko Lorain zdjęła jej z głowy puchatą czapę. - Spokojnie Arwena'min – Powiedziała cicho przeklinając w myślach własne dłonie które wciąż przemarznięte i zesztywniałe miały wyraźne problemy z rozkutaniem koców. Nie chciała jej całkiem rozebrać. Jeszcze nie teraz. Nie dopóki nie znajdą się pod osłoną swego namiotu. A jednak były mokre i ciężkie, bardziej teraz przeszkadzały niż pomagały utrudniając tylko oddychanie elfiej czarodziejce. - Tylko pozbędę się tego... – Wycedziła przez zęby szarpnąwszy delikatnie przemoczony materiał zesztywniał pokryty warstwą zmarzniętego śniegu. - Udało się – Sapnęła z ulgą kiedy koc puścił i z pomocą żołnierza który przyniósł im wino wygrzebała drżącą Elfkę spomiędzy koców. - Tiny... Moje Tiny, zaraz cię ukryje przed tym wszystkim. Jeszcze tylko moment. W porządku? Malutki momencik. – Była Rozpalona. Mała Elfia zaklinaczka leżała rozgorączkowana w jej ramionach i Lorain miała tylko nadzieję że prognozy Xaviera były prawdziwe. Gdyby coś jej się stało... Usiadłszy pod ścianą oparła o siebie Elfią uzdrowicielkę i z troską przygarnęła do siebie. Nawet tak nie myśl. Nic jej nie będzie. Nic jej nie będzie... Zabiłaby go. Te dwa słowa zabłysły w jej głowie chociaż unikała ich jak ognia starając się nie nadać im kształtu, nie myśleć o nich i ignorować je kiedy ujmowała w dłonie bukłak z letnim winem i poprawiwszy w swych ramionach Tintaviel przyłożyła jej go do ust. Nie chciała o tym myśleć ponieważ nie chciała dopuszczać do siebie jakiejkolwiek myśli która w najmniejszym chociażby stopniu sugerowałaby że małej wielkiej zaklinaczce mogłaby stać się krzywda. Ta myśl sama w sobie przerażała ją. Bez myślenia o konkretnych metodach. Jak bezkształtny i bezimienny stwór który czai się w mrokach szafy każdego brzdąca kiedy tylko ten kładzie się do snu. Nikt nie wie jak wygląda ale wszyscy się go boją. Nikt cię nie skrzywdzi Tarien. Nie pozwolę im.Oj. Powolutku Tiny. Spokojnie. – Wyprostowała się i poklepała swoją Tarien lekko po plecach. Odczekała chwilę aż ognistowłosa czarodziejka uspokoi się w jej ramionach zanim na powrót przyłożyła bukłak do jej ust. - Właśnie tak, powoli i małymi łyczkami. – Mruknęła z uśmiechem kiedy półprzytomna elfka zaczęła spokojniej pić. - Co takiego? – Odłożywszy bukłak na bok przysunęła poprawiła małą elfkę w swoich ramionach i przygarnęła mocniej z wyraźną czułością kiedy mamrocząca pod noskiem Tiny wtuliła się w jej pierś wciąż mamrocząc słowa które dosłyszeć mogła tylko Lori. Poetka nieświadoma posyłanym im spojrzeniom, a może nic sobie z nich nie robiąca przysłuchiwała się kolejnym cichym słowom dobywającym się z ust małej elfiej zaklinaczki uśmiechając się przy tym ciepło. - Cieszę się że go znalazłaś Tarien'amin. – Mruknęła w końcu. I schyliwszy się niżej złożyła ciepły pocałunek na czole Tintaviel. - Jest piękny, wiem. Dlatego będziesz musiała mi wybaczyć że tak uparcie chce cię sprowadzać tutaj do siebie. Ale chcę Ci pokazać prawdziwy domek, nad prawdziwym morzem. Ale mogę obiecać że będzie taki jak sobie wymarzysz. – Wciąż uśmiechnięta podniosła głowę kiedy ktoś ją stuknął lekko w ramię podając jej dwie porcje mętnej kaszy. Podziękowała żołnierzowi skinieniem głowy i ustawiwszy miski na ziemi obok siebie. Ujęła w dłoń łyżkę. Zanurzyła ją w mętnej brei przyglądając jej się przez chwilę z chęcią zapwene nie większą niż ta jaką przejawiali ich towarzysze podróży. - Cóż... nie są to truskawki ani czekolada... ale chociaż troszkę musisz zjeść. – Rzekła w końcu z uśmiechem i nabierając po troszkę kaszy na łyżkę próbowała nakarmić małą wielką zaklinaczkę co do najprostszych zadań nie należało.

Lorain nie wiedziała czy ktoś je w tej chwili obserwował czy nie. W grocie zebrali się wszyscy więc nagromadzenie ludzi było spore. Nie wiedziała ile osób je obserwowało. Siedzącą w koncie wymizerowaną poetkę która trzymała czule w ramionach drobną postać półprzytomnej elfiej uzdrowicielki. Poświęcając jej całą swoją uwagę. Ale to jej nie interesowało. Jedyne co miało dla niej znaczenie w tej chwili to zapewnienie Tintaviel jak najlepszych warunków do wypoczynku. Żeby mogła wydobrzeć zanim znowu wyruszą w drogę. Żeby mogła znów zobaczyć nieśmiały uśmiech na tych drobnych ustach. Poetka przetarła delikatnie po spkękanych od mrozu wargach Tarien. To nie było nic poważnego. Była pewna że jej własne nie wyglądają lepiej. Poza tym było to przecież coś co się zagoi. Coś po czym nie pozostanie ślad. A jednak, było jej przykro. Znowu poczuła ją w swym wnętrzu. Parzącą iskierkę złości kierowanej do siebie samej. Złości że to jej decyzje naraziły Tintaviel na krzywdę. Złości na to że niewiele mogła zrobić w tej chwili poza byciem przy niej. To więcej niż możesz sobie wyobrazić Lori. Zwłaszcza dla niej. Sam fakt że przy niej jesteś jest dla niej bardzo ważny. Daje jej siłę by walczyć. Daje jej cel do którego chce zmierzać. Daje jej coś co chce osiągnąć. Ciebie Lori. Bardka uśmiechnęła się tylko i przymknąwszy oczy oparła chłodny policzek o rozgrzane czoło Elfki i zaczęła nucić melodię Bajki i królewnie płomyczku. Sama nie zauważyła kiedy spokojnie nucona melodia przerodziła się w słowa Bajki który płynęły spokojnie i melodyjnie po wnętrzu groty w której się schronili. Odbijając się od jej ścian i sufitu niosła jej przyjemnie miękki i kojący głos snujący śpiewną historie o elfiej księżniczce i poetce która przybyła do jej królestwa aby spełnić jej życzenie. Wypełniała zalegającą wewnątrz groty ciszę zdając się w jakiś sobie tylko wiadomy magiczny sposób tłumiąc świst wiatru i szum zawiei na zewnątrz. Ściągała na nie dwie, najdrobniejsze i najgorzej znoszące tę podróż istotki siedzące razem pod ścianą uwagę wszystkich którzy zebrali się w grocie. Spoglądali na nie i milkli wsłuchując się w słowa opowieści i łagodną melodię. Wpatrywali się w księżniczkę która leżała teraz męczona gorączką w ramionach zatroskanej jej stanem poetki. Kiedy ostatnie słowa bajki przebrzmiały Lorain zamilkła wciąż z zamkniętymi oczyma przyciskając do siebie Tintaviel i uśmiechając się lekko. Wokół niej panowała cisza niepokojona tylko wyjącą na zewnątrz zamiecią.

- Tak Tarien'amin, płomyczek. – Zaśmiała się cicho Poprawiwszy sobie ją lekko na kolanach. - Płomyczek. – Mruknęła ciszej i uniosła wzrok na rycerza który okrył je kocem i posłała mu jeden ze swych uśmiechów. - Dziękuję wam Panie. – Rzekła spokojnym i ciepłym głosem jakby wciąż pogrążona w czarze jakie rozsiała wokół ich dwójki bajka którą do tej pory znały tylko one dwie. Bajka napisana dla Tintaviel. - Poradzę sobie z nią. Ale dziękujemy za okazaną pomoc. – To rzekłszy podniosła się ostrożnie na nogi mocniej przyciskając do piersi małą wielką zaklinaczkę i razem z nią schroniła się w namiocie przygotowanym przez rycerza. Zabierając ze sobą bukłak z winem na wypadek gdyby uzdrowicielka przebudziła się spragniona. Nie było to łatwe zadanie. Wniesienia do środka płomiennokiej zaklinaczki. Ułożenie jej na posłaniach. Mokre ciuchy które zdążyły już nieco oddatająć w blasku ogniska zdawały się jeszcze bardziej przybrać na wadze. A fakt że sama poetka była już osłabiona oraz niewielki rozmiar namitou wcale nie czyniły zadania łatwym. A jednak nie jęknęła ani razu. Nie skrzywiła się zbierając się w sobie i układając ostrożnie ognistowłosą Elfkę na posłaniu. -Dobrej nocy Panowie – Rzekła jeszcze spokojnie w kierunku wciąż pogrążonej w ciszy groty i zasłoniła wejście do namiotu. Były same.

- Już dobrze Tarien'amin – Rzekła ciszej kiedy wciąż śpiąca Elfka przysunęła się do jej boku. Odsunąwszy na bok wszystkie przygotowane dla nich rzeczy powoli i zdecydowanie bardziej sukcesywnie zaczęła rozbierać Tiny z przemoczonych wierzchnich ubrań i powoli obmywać ją na tyle na ile mogła. Delikatnymi ruchami dłoni. - Zaraz będziesz mogła spokojnie zasnąć. – Zaśmiała się kiedy Tiny poruszyła się niespokojnie. - Tylko pozwól że cię nieco okryje arwena'min. – Westchnęła i odrzuciwszy na bok mokrą suknię Podniosła Tintaviel do pozycji siedzącej żeby ubrać jej suchy strój. - Jeszcze tylko... Odrobine... Tylko powoli... – Mruknęła przystawiając do ust Elfki bukłak z grzanym winem i przechylając go delikatnie tak żeby ta mogła wziąć kilka niewielkich łyków. Dopiero wtedy ułożyła Tiny na posłaniu i okryła ją kocem – Nigdzie nie idę. Tarien. Nie bez ciebie. – Mruknęła kiedy półprzytomna Elfka odruchowo przysunęła się do niej mamrocząc przez sen. Teraz kiedy Tiny spała już bezpiecznie ubrana w suche ciuchy i otulona grubym kocem Lorain mogła zająć się sobą. Przebrała się więc powoli drżąc z zimna kiedy tylko chłodna atmosfera zetknęła się z jej nagą skórą. Przez cały czas nie odrywała jednak spojrzenia od małej wielkiej zaklinaczki której dłoń wciąż nie spokojnie wędrowała po posłaniu jakby czegoś szukała. Poetka uśmiechnęła się tylko dopiero teraz naprawdę czując zimno i zmęczenie wszystkim tym co zdarzyło się dzisiejszego dnia. Przypomniała sobie o złości na hrabiego i siebie samą za to do czego doszło ale odsunęła od siebie te myśl. Teraz nie było na to czasu. Teraz był czas na to aby mogła zająć się swoją Tiny. Wsunęła się więc na posłanie które dzieliła razem z Tintaviel i zaśmiała cicho kiedy Elfka jakby odruchowo ją wyczuwając przysunęła się bliżej wtulając się w nią. - Już jestem Tarien. Już jestem. I nigdzie się nie wybieram. Ty zresztą też dopóki nie odzyskasz sił. I nie myśl sobie że zapomnę ci dzisiejszą kolację. Jutro zajadasz podwójne śniadanie – Mruknęła wesoło Całując Elfke w czubek głowy i wtulając twarz w jej czuprynę. Czując jak zmęczenie powoli zaczyna brać nad nią górę dmuchnęła jeszcze kilka razy w wystające spod włosów szpiczaste uszko które zastrzygło zabawnie. Po czym zamknęła oczy i zaczęła nucić elfią kołysankę którą można było usłyszeć poza namiotem dopóty dopóki Lorain nie pogrążyła się we śnie.

Awatar użytkownika
Anante
Posty: 187
Rejestracja: 30 gru 2013, 10:08
Lokalizacja postaci: Kamienica Patriotów
GG: 47821741
Karta Postaci: viewtopic.php?p=46352#46352

31 paź 2015, 23:39

Lorain

Aksamitny mrok otulił sobą wnętrze jaskini, długo po tym, jak ostatni trzask ledwie wyschniętych polan przebrzmiał pośród popiołów ogniska, a znużeni wędrowcy pogrążyli się we śnie. Ukołysani śpiewem wiatru i zawodzeniem burzy; nieustannym, straceńczym tańcu lśniących w księżycowym blasku drobinek śniegu mieniących się pośród nocy, niczym deszcz gwiazd zstępujących z niebios, na pogrążony w objęciach zimy padół. Nawet ostatni tej nocy wartownik, rozcierający zgrabiałymi palcami skostniałe ramiona powoli zapominał o tym co wydarzyło się tego wieczoru, bo noc była snem. Pierwszym krokiem poza Zasłonę, oddzielającą wszystkich od Pustki; pierwszym pocałunkiem śmierci. A jednak zdawać się mogło, że magia pieśni tego wieczoru odsunęła ją od ich obozu; zapewniła schronienie i bezpieczną przystań dla ciał i umysłów, pośród gorączki wojny. Nikt nie sięgnął po miecz; w ruch nie poszły ostre słowa i jeszcze gwałtowniejsze od nich czyny. Nie zostały ślady na ciele, a urażona duma, podszyta poczuciem winy w końcu szczęśliwie dla wszystkich miała się zagoić. Zaskakujące, jak czasem niepozorni i nieodzownie ważni byli przelotni bohaterowie chwili; dwie kobiety wtulone w siebie, wyczerpane bardziej niż ktokolwiek inny; wymarznięte, zmęczone, ledwie mogące się ruszyć, a jednak... potrafiące znaleźć w sobie więcej siły niż ktokolwiek wokół nich. Jedna pieśń, jedna noc... i jedno marzenie, skryte pośród gwiazd, które właśnie miało zacząć się spełniać, choć nikt, poza jego braćmi i siostrami, skrytymi na tajemniczej górze jeszcze o tym nie wiedział...

Goniła ją; cały czas uparcie i wytrwale, pośród łanów skąpanej w blasku słońca trawy, ciernistych krzewów i wiekowych drzew, których korony dawno już skryły sobą niebo. Gnały razem; ramie, przy ramieniu poprzez baśniowy świat, szybsze niźli myśli, piękniejsze niźli sen. Wolne; zatracone w zapomnieniu, jakie dawało wspólne szczęście; ciepło i obecność drugiej osoby. Bicie serc zlewających się w jedno, tak spokojne, jakby nie istniał świat poza nimi; pieszczota oddechu, niknącego w morzu płomienia i kasztanu. Dotyk żaru, rozpalającego szmaragd i złoto, aż te stawały się jednym; jednym ciałem, jednym odbiciem, jednym dotykiem, uśmiechem i pieszczotą. Aż... nie mogła jej pochwycić. Starała się, próbowała i rzucała w ślad za nią, a jednak nie potrafiła znów złapać jej dłoni. Wciąż czując na ustach ich smak; słodki, rozkoszny i tak soczysty... Upajający samą swą obecnością i... nijaki. Jakby czekał; mienił się odcieniami wszystkiego, czego zaznała dobrego w swym krótkim życiu. Dotyku kwiatów, smaku czekolady i świeżych owoców; pieśni podsłuchanej pośród nocy i dotyku jej spojrzenia na swym ciele. Były tym wszystkim i czymś jeszcze; czymś więcej, co tylko czekało. Chciała się tym podzielić; ten jeden, jedyny raz nie bać się i zrobić to; tą jedną, szczególną rzecz; jeden-jedyny gest, który zdawał się jej tak naturalny i niewymuszony, jakby towarzyszył jej prawie od zawsze. Wyciszony, przyczajony, skryty, a jednak tak bezwzględnie oczywisty i obezwładniający, iż nie potrafiła się mu oprzeć. Nie chciała... A jednak musiała gonić, wciąż i wciąż, gdy jej palce uciekały z jej dłoni, a mieszanina strachu i frustracji narastała w jej sercu, gdy...

Otworzyła oczy. Ołowianie ciężkie powieki, same wydawały się opadać na swe miejsce, gdy rozpalone gorączką ciało drżało skryte w jej objęciach; zlane lodowatym potem, delikatne, prawie eteryczne, a zarazem prawie palące w dotyku. Tiny jednak tego nie czuła; nie widziała ścian namiotu, nie znała zawodzenia wiatru, szumu śniegu i cichego pochrapywania, wypełniającego krtanie wojowników. Nie dostrzegała mroku i ciemności, która ją otaczała, ani własnej prawie-nagości. W tej chwili trwała w świecie snów; ich własnym i rozkosznie bezpiecznym; pełnym ciepła, blasku złotego słońca i srebrzystych gwiazd. Świata, przesyconego wonią kwiatów, pieszczotą letniej bryzy i... Nie uciekaj mi już... proszę, zostań i już nie uciekaj. Nie mam już siły... nie potrafię Ciebie dłużej gonić, Liritien... Prawie bezgłośny pomruk uszedł z jej ust, gdy spróbowała się przesunąć; choć trochę zbliżyć do niej, czując, pod sobą ciepło jej ciała; jego dotyk, obecność i kształt; wszystko to, czym było na jawie. Nie uciekaj mi już. Ja wiem; wiem, że uciekłam. Że wtedy... nie mogłam. Ale już się nie boję. Już nigdy więcej nie będę się bała, tylko pozwól mi, proszę... Uparcie przesuwała się coraz wyżej, walcząc z sobą o każdy cal; najmniejszy milimetr, gdy wycieńczone, spięte i zbolałe mięśnie goniły ostatkiem sił. Nie mam już sił... nie potrafię tak dalej...dłużej Ciebie gonić. Zostało mi ich tylko tyle... na ten raz, vanima...Tylko proszę... Zastygła tuż nad jej twarzą; wpatrując się w rozjaśnione błogim, ciepłym uśmiechem lico, którego przecież nie mogła widzieć; nie teraz, nie w tych ciemnościach, a jednak... Tego jednego była pewna. Że ona tu jest; że tak właśnie teraz wygląda i... Czekałaś na mnie; tak długo czekałaś i ja... uciekłam. Bałam się, że już jest za późno. Że wszystko... Ale czekałaś. Czekasz... Tylko proszę... Pozwól żeby ona była szczęśliwa; już zawsze... Żeby moja Liritien zawsze mogła się uśmiechać, tak jak teraz. Nie wiedzieć kiedy, jej spękane, wysuszone chłodem i rozpalone żarem gorączki wargi odnalazły jej usta. Rozchyliły je; lekko i niepewnie smakując każdy ich fragment. Każde uderzenie serca, gdy w końcu mogła... Czuję je; czuję je obie vanima. Są takie jak mówiłaś... jak zawsze sądziłam, że są. Że powinny być. Wybacz mi proszę... nie mam już sił... Elfka opadła zmroczona, zsuwając się nieco w dół; wciąż czując w swym śnie smak czekolady i truskawek, przesyconych wonią róż. Uśmiechając się błogo i niewinnie, pośród morza chaosu i zapomnienia. A jednak... coś było pośród tej nocy, jakiś ułamek pradawnej magii, który sprawił, że nie zapomniała; że już nigdy nie mogła zapomnieć, otwierając oczy, gdy swego kresu dobiegała kolejna, mała śmierć.

Tiny obudziła się dopiero koło południa, następnego dnia, bardziej wymęczona i wyzuta z sił przedłużającym się snem, niż czymkolwiek innym. W którejś chwili, zgodnie ze słowami Xaviera opadła trawiąca ją gorączka, a choć umysł zdawał się tego nie odbierać, jej ciało powoli zaczęło odzyskiwać siły; dostała krótką chwilę, by choć trochę przystosować się do gwałtownej potrzeby zmiany na jaką je wystawiono. Tak więc, wciąż zbolała, spięta i zaspana mogła spędzić z Lori cały długi dzień pod jednym kocem, nie wyściubiając spod niego noska i chyba nie mając nawet sił by o tym myśleć. Momentami dziwnie nieobecna i przytłumiona, gdy uparty sen-wspomnienie wracał do niej, z czarnych odmętów ostatnich dni i nocy, które zlewały się przed jej oczyma w jeden, koszmarny ciąg. I tylko ona wybijała się ponad całe morze chaosu i zapomnienia; jedna uparta wizja, uczucie i smak; samo wrażenie, podszyte dziwną, niezrozumiałą pewnością, że stało się to naprawdę. Nie potrafiła już temu uciec; nijak zaprzeczyć, ani zanegować, choć prawdziwa gorączka dopiero zaczynała ją trawić, tym razem jednak oczyszczając nie ciało, ale umysł. Burząc i paląc za sobą mosty i mury; krusząc budowane latami bariery, gdy tylko jej płomień podsycały wstyd i niepewność; poczucie winy, wyparcia, sprzeczności i dysonansu. Rozdźwięku w jej własnej duszy i czegoś daleko bardziej dotkliwego; o wiele bardziej przerażającego i dojmującego. Trawił ją strach, że już nigdy może tego nie poczuć; już nigdy może jej nie zobaczyć, nie powiedzieć tego, co chciała... co musiała w końcu wyjawić, gdy świadomość jednego, prostego faktu odnalazła ją pośród mroku. Zrozumienie czegoś, co obudziło się w jej sercu, za wszystkimi kratami, barykadami i murami, którymi je otoczyła; czegoś do czego tak panicznie bała się przyznać i przyjrzeć; czegoś, co w jej świecie zdawało się wyklęte i potępione. Czegoś, co od zawsze było częścią niej, naturalną i nieodzowną, niczym ostatni element układanki, zwanej jestestwem. I potrzebowała już tylko czasu; ostatniego impulsu, by w końcu mogła się zatrzymać i zrobić za nią ostatni krok; dogonić, nim będzie już za późno.

W końcu minęły kolejne dni, wypełnione chwilami zmęczenia, szczęścia i trawiącego je obie niepokoju, jakby jakaś iskra, płonąca w duszy elfki rozpaliła coś także i w jej sercu, burząc sobą cień spokoju i porządku, gdy w końcu niepozorna karawana wznowiła swą wędrówkę. Tym razem jednak w znacznie spokojniejszym, mniej męczącym rytmie, powoli pokonując ostatnie mile, jakie dzieliły ich od siedliska hrabiego. Trudno byłoby nadać tym dniom jednoznaczne określenie i miano, gdy wszystkie one wydawały się zlewać w jedną, pełną napięcia chwilę, przypominającą nieco głęboką ciszę, jaka spowijała świat tuż przed burzą. Nie działo się w ich trakcie absolutnie nic wyjątkowego; znów jechały, śmiały się, rozmawiały, spały, jadły i czyniły wszystko to, czym jawiła się proza ich życia. Były razem; wtulone w siebie każdej kolejnej nocy, jedna przez drugą strzegąc się przed koszmarami, czyhającymi na nie na krawędzi snu, szepcząc sobie niestworzone historie i dawno zapomniane kołysanki. Były... a jednak, w tym ich byciu było coś nowego; nieokreślonego i niejasnego. Jakaś niestałość, chaos, zagubienie, napięcie, niepewność... a może wręcz przeciwnie? Zapowiedź ładu i szczęścia? Klarowności i szczerości, jaką rodziła otwartość, zrodzona z rozwiązania; końca jednego i początku drugiego, zupełnie innego bytu. Tak podobnego, a jednak odmiennego...

Zamek; trudno powiedzieć, czego mogły się spodziewać, przysłuchując się opowieściom Verehielowych żołnierzy, stęsknionych za spokojem i bezpieczeństwem domowego ogniska. Masywnej, mrocznej twierdzy, skrytej pośród niedostępnych borów? Urokliwego dworku, żywcem wyjętego z serca orlesjańskich legend i baśni? A może czegoś jeszcze innego, bardziej tajemniczego i nieokreślonego? Niesprecyzowane, tajemnicze miejsce nagle zaczęło dla nich nabierać nazbyt realnego i namacalnego kształtu, gdy w końcu, niespełna cztery dni po feralnej zamieci pierwsi jeźdźcy wyłonili się spoza zasłony gęstych drzew....

Niewielka forteca, wyrastała nagle spośród okrytych śnieżno-zieloną pierzyną wzgórz, umieszczona tutaj jakoby za dotknięciem magicznej różdżki. Przysadziste wieże i masywne krużganki, wyraźne kontrastowały z jego prawie baśniowo-zimowym otoczeniem, gdy skute lodem jezioro, rozpościerało się u jego stóp iskrząc i mieniąc się nieziemsko, w blasku południowego słońca. Spokojna, cicha i zdałoby się odcięta od świata okolica żyła swoim własnym, leniwym tempem nie bacząc na problemy i zawieruchy, wstrząsające podwalinami rozpościerającego się poza jej granicą świata. Parę chat, żywcem zdałoby się wyrwanych z kart starych ksiąg i opowiadań, niczym grzyby wyrośnięte po nazbyt intensywnym deszczu, porastało pobocze starej, wyłożonej palami drogi, ciągnącej się wężowatym splotem do bramy zamczyska. Nieliczni mieszkańcy, w głównej mierze stanowiący rodziny i potomstwo okolicznej służby przystawali, a później zbierali się przy drodze, przyglądając się przemarszowi swego pana i aż nazbyt licznych, jak na ostatnie czasy gości, którzy na dłuższą chwilę mieli stać się mieszkańcami jego domostwa.

Tymczasem jednak, bardka i mała-wielka zaklinaczka miały chwilę dla siebie, wyrwawszy się spod czujnego oka templariuszy i poślednich gwardzistów, na krótką przechadzkę po okolicznych włościach, nim jeszcze zmrok i noc miały odebrać im tą okazję, przedwcześnie zapędzając w objęcia chłodnych murów. Szczególnie zaś gdy spięte mięśnie i zesztywniałe stawy domagały się wręcz chwili rozluźnienia, a pogoda była bardziej niźli kusząca na podobną okazję. Tylko sił brakło im w tej chwili, choć i tak każda z osobna próbowała nadrabiać to wesołą miną i szczerą chęcią, by choć na chwilę zmazać ze spojrzenia tej drugiej strapienie i strach, ściskające razem ich serca. A jednak, mimo iż czas zdawał się płynąć niepokojąco wolno i ospale, nim się spostrzegły nastał lodowaty wieczór, a słońce skryło się za horyzontem, zmuszając je do przedwczesnego powrotu. Choć i tak... mokre, poczochrane i wytargane na wszelkie strony włosy, rumiane poliki i zaróżowione uszy, wraz z żywym, prawie dziecinnym śmiechem jaki wniosły do sal ponurego zamczyska, przerzucając się ostatnią, zbłąkaną śnieżką wydawały się jawić niczym zapowiedź wiosny, wstrząsając sercem zimy, która dawno już skuła to miejsce i wcale nie tak łatwo chciała wypuścić je swych objęć.

Na całe szczęście oszczędzono im obowiązku wspólnego posiłku z panem tego miejsca, zaprowadziwszy bezpośrednio do czekającej już na nie wspólnej komnaty, w które czekała przynajmniej część rzeczy, jaka miała im tymczasowo służyć, zastępując zwykły komplet ubrań, pościeli i przedmiotów codziennego użytku, jakimi się posługiwały. O ile Lori większość z nich nie sprawiała najmniejszego problemu, o tyle prawie żadnego z nich nie wykonano z myślą o osóbce rozmiaru Tiny, całkiem rozsądnie zresztą zakładając, że niewiele jest panien w jej wieku (a tym bardziej pozycji) podobnie eterycznej postury i wzrostu. Tak wiec i trudno było się dziwić, że gdy razem układały się do snu, jej koszula nocna wyjątkowo uparcie odsłaniała jedno z bladych ramion, zsuwając się nieco po nim i nawet po podwinięciu przepastnych rękawów zakrywając palce jej drobnej dłoni. I może właśnie dlatego, tak lekko przyszło im pogrążyć się tego wieczoru w objęciach Pustki, zasłuchawszy się razem w ich wspólną baśń; o truskawkowej poetce i płomiennowłosej księżniczce, żyjącej pośród truskawkowych chmur i czekoladowych gór. Spały spokojne; złączone w swych objęciach i wtulone w siebie, pod ciężką pierzyną, skórami i stertami koców, choć za dnia nerwy i strach zdawały się im tak niemożliwie przytłaczające i okropne, że obie bały się, iż nie dane im będzie zmrużyć oka tej nocy... i wbrew temu sen je odnalazł. Cichy, delikatny i nigdy nie przyłapany na gorącym uczynku porywacz, zaciągnął w swe objęcia, by jeszcze długo z nich nie wypuścić. Prawie jakby sam już przeczuwał, jak bardzo będą go niedługo potrzebować; jego i siły, jaką w sobie wzajemnie budziły.

Obudził je szczęk i stukot rozpakowywanych na dziedzińcu skrzyń, które jakimś cudem, punktualnie na czas dotarły na miejsce swego przeznaczenia z wcale nie tak bliskiego Halmashiral, zamówione w tamtejszym kręgu maginów i ze wszelkich stron opatrzone jego symbolem; srebrnym kwiatem, obleczonym w cierniową koronę, której ostrza splatały się na kształt spirali. Wszystko było już na swym miejscu; uzdrowicielka, jej przyrządy i pacjentka. Nawet hrabia, templariusze i nie mniej przerażona niż sama Tiny poetka, która dla niej starała się grać silną i spokojną, byle nie bardziej nie denerwować już i tak wyraźnie spiętej i pogrążonej w odmętach własnych myśli czarodziejki. Kiedy to się stało? Kiedy uciekły jej te wszystkie dni i chwile, gdy mogła jej o tym powiedzieć; wyjaśnić wszystko, ostrzec... wyjawić swe obawy, swój strach i niepewność. Zrobić ten jeden, jedyny krok, który powinna... Nie, który musiała już zrobić na samym początku. A jednak zwlekała; tak długo i uparcie z tym zwlekała, że było już prawie za późno. Co powinna zrobić? Co mówić i...

Elfka ostrożnie odsunęła talerz z prawie nietkniętym śniadaniem. Jedzenie zdawało się jej jałowe, pozbawione smaku i faktury. Brakło jej apetytu i chęci by choćby wziąć je do ust, gdy z każdym uderzeniem serca odmierzała kolejne chwile, nim miała zanurzyć się w kazamatach zamku; w skrytym w jego trzewiach, pozbawionym okien pomieszczeniu, w którym czekało na nią kamienne łoże, na nim zaś ledwie żywa kobieta i dziesiątki luster wokół niej. Woreczki lyrium, ziół i kadzidła... narkotyki, które obie musiały zażyć, by wprowadzić się w odpowiedni stan, a potem... Tiny zadrżała wyraźnie, mimowolnie podciągając nogi i kuląc się na swoim krześle, jakby własnymi kolanami chciała odgrodzić się od świata. Nie miała na sobie za wiele, a i tak nie czuła nawet chłodu, który wypełniał jej otoczenie. Ledwie zgrzebna, luźna i wyraźnie męska koszula skrywała sobą jej drobną postać, w pasie tylko owinięta lnianą przepaską, która miała podtrzymać coś na kształt pieluchy, skrywającej jej łono. Za dobrze poznała już reakcje ciała, nie tylko własnego, ale i dziesiątek, jeśli nie setek pacjentów, by narażać na szwank lepsze rzeczy. Zresztą, w miejscu, w które miała zamiar się udać nawet one niewiele mogłyby jej pomóc. Musisz pić Tiny. Dużo, naprawdę dużo, zanim tam pójdziesz. Twój organizm nie utrzyma tego w sobie za długo. To nie będzie ani estetyczne, ani przyjemne, ale nie będziesz tego nawet świadoma. A da Ci to trochę czasu; parę cennych minut, czy godzin, które mogą zadecydować o tym, czy... Ktoś przeżyje. Dokończyła, dopijając kolejną szklankę wody tego ranka; prawie ją w siebie wmuszając i zerkając z cieniem bladego uśmiechu w stronę Lori. Nie potrafiła kłamać; oszukiwać, ani nawet kryć się z czymkolwiek, a jednak i tak się starała. Właśnie dla niej, tu i teraz, czując jak jej własne serce ściska się boleśnie, porażone prawie nieznośnym, palącym bólem.

-L...Lori...-ja... ja muszę Ci coś powiedzieć. Ja...ja zrobiłam coś... Tiny potrząsnęła nerwowo głową, zaciskając usta w wąską kreskę. To nie były te słowa; nie na teraz, nie na tą chwilę. Nie mogła ich powiedzieć; jeszcze nie. Nie potrafiła złożyć na jej barkach ciężaru większego niż już dźwigała; nie potrafiła zrobić tego też sobie samej. Odebrać jedynego powodu by stamtąd wrócić. Właśnie dla niej; powinna się uspokoić; medytować i wyciszyć, ale nie potrafiła, więc zostało jej tylko to. Wiara we własne siły; w desperację i nieme pragnienie, które wiodło ją tak długo do przodu. W własne poczucie winy, w ten niezwykły żar, który rozpalał cały czas jej serce i wspomnienie, które tańczyło na krawędzi jej ust każdego ranka; przy każdym nieśmiałym spojrzeniu, naciskając i tłamsząc wszystko inne. Dręcząc myśli i spędzając sen z powiek. Nieznośne pragnienie, by...-Miałam Ci powiedzieć... ja powinnam, ale...jakoś...-zacisnęła mocniej usta, po czym odetchnęła głębiej, spuszczając głowę, gdy trawiący jej serce chaos stał się nazbyt ciężki; nazbyt wyraźny, by mogła go dłużej ukryć i...-Ten rytuał... to o co prosi mnie hrabia... ja nigdy tego nie robiłam, vanima. Ani razu. Nie zostały... Ja nie mam żadnych zapisków na ten temat. To było dzieło mojego mistrza; te tatuaże... wszystko nad czym pracował, powstało po żeby go odtworzyć i ja... -zacisnęła własne dłonie, przyglądając się im, jakby wcale nie należały do niej.-Nie wiem nawet czy wszystko pamiętam. To strasznie skomplikowana magia, wiesz... nasza dusza; umysł. To jak działa, jak cały czas się zmienia; jak tworzy i burzy całe światy. Czasem... całkiem często gubię się we własnym, a teraz... -spojrzała na nią niepewnie, z delikatnie przyćmionym, szklistym błyskiem w płomiennych oczach.-Ja muszę wedrzeć się do jej myśli; do jej świadomości, a później samego ego. Najciemniejszego skrawka jej wspomnień i zaprószyć w nim iskrę, zanim mnie wchłonie. -próbowała mówić; jakoś nadać swym stłumionym strachem, niepewnością i napięciem głosem to, czego uczył jej mistrz; co sama wiedziała, nadając temu bardziej zrozumiały, prosty charakter. Coś, co mógłby pojąć ktoś, kto nie był uzdrowicielem. Tylko... chyba nie szło jej za dobrze.-Ja... Tam będą inni. Oni pójdą w ślad za mną. To będzie jak latarnia, na sztormowym morzu, kiedy już zacznę. I nie będę mogła jej zgasić, tak długo, aż nie skończę. Po to mi lustra... jeśli... jeśli pękną wszystkie, ja już nie wrócę, Lori.-wyszeptała, milknąc na dłuższą chwilę i wpatrując się w jej oczy, z żalem i bólem wypisanym we własnych. Nie to chciała jej powiedzieć; nie to przekazać; nie tak. Dać jej nadzieję, cokolwiek, czego poetka mogłaby się uczepić, gdy jej nie będzie, ale nie to. Chciała...Chcę, żebyś wiedziała, że ja... że ja Ciebie... Tiny zadrżała lekko, nerwowo oblizując usta i wpatrując się we własne kolana. Zupełnie jak na początku ich wspólnej znajomości.-Jeśli... jeśli tak... ja chciałabym...- nie dokończyła, gdy drobne łezki spłynęły po jej policzkach. Nie mogła; nie potrafiła tego przerwać, ale tym bardziej nie potrafiła w to uwierzyć. Zebrać się w sobie; pogodzić się z tym, że może jej więcej nie zobaczyć; nigdy więcej nie ujrzeć, ani nie poczuć przy sobie. Że zostawi ją tutaj i... To ją przerosło, zupełnie odbierając siłę do działania. Jakąkolwiek wolę i... Tiny nie wydusiła z siebie już słowa, wpatrując się tylko w siedzącą przed sobą poetkę i czując jak łzy palą jej poliki; odsłonięty dekolt i dłonie, skapując na nie swobodnie. Płakała, bo tak bardzo nie chciała jej stracić, że sama zagubiła się pośród mroku, choć tak niedawno jeszcze widziała błysk światła na krańcu spowitej nim ścieżki.

Awatar użytkownika
Darrian
Posty: 733
Rejestracja: 06 sty 2012, 20:04
Lokalizacja postaci: Oko i Powieka
GG: 10643412
Karta Postaci: viewtopic.php?p=21226#21226

06 lis 2015, 13:41

Viktor wiedział, że powinien być cierpliwy względem Elen, kiedy ta miała widoczne trudności z pozbieraniem się do kupy, kiedy coś do niej dotarło, acz musiał przyznać, że nie było to najprzyjemniejsze oczekiwanie w jego życiu. Obawiał się, że mała zacznie zmyślać a teraz tylko chowała się ponownie za swoim nieogarnięciem, formułując sobie w głowie jakieś sprawne kłamstwo, które będzie miało ręce i nogi. Prócz zaciekawienia, trzymać irytację w ryzach pomagała mu też myśl, że nawet teraz, miotając się w poszukiwaniu odpowiedniego wyjścia z sytuacji, uczyła się tej istotniejszej części tego, czego chciał jej uczyć. W kwestii magii wymagała tylko naprowadzenia na właściwy tor, ale właśnie nad tym z czym teraz miała problem, trzeba będzie pracować i to zapewne długo.

W końcu jej usta się otwarły i zaczęła tłumaczyć, na czym polegało jej osiągnięcie. Negatywny wyraz twarzy Wielkiego Zaklinacza szybko się ulatniał, kiedy jego uczennica opowiadała o tym co się dzieje przy przywoływaniu. Nie próbował nigdy niczego związanego z jakotakim przywoływaniem, uznając je za nie warty uwagi skrót dla nieumiejętnych magów, nie potrafiących reanimować zmarłych "tradycyjnie". Nie znaczyło to, że grzecznie podążał za wszystkimi wytycznymi Zakonu, acz Elen nie musiała o tym wiedzieć, przynajmniej dopóki sobie nie zasłuży. Nie uciekło jego uwadze też jak mówiła o swojej pracy, notując sygnały rozluźnienia i nutę niechęci w słowach. Komfortu przy mówieniu o jednej rzeczy, na której dziewczyna się zna, należało się spodziewać, acz niechęć przed dzieleniem się swoimi osiągnięciami mówiła o pewnej nucie ambicji, którą nadal ciężko było przypisać niezaradnej socjalnie i przestraszonej dziewczynie, która przed nim siedziała.

Ciekawiej zrobiło się, kiedy przeszła do szczegółów, przynajmniej na tyle na ile dało się bez demonstracji. Eksperyment Elen graniczył pomiędzy jego aurą a przechowywaniem energii, acz mag nie był pewny, czy "ulepszenie" było adekwatnym słowem, gdyż na jego oko, to co dziewczyna stworzyła po prostu miało inne zastosowanie. "Modyfikacja" chyba byłaby lepszą nazwą, acz nadal rzucało to bardzo pozytywne światło na jej umiejętności. Kiedy młoda spojrzała na niego, po irytacji w jego spojrzeniu nie było śladu, a w jego oczach można było dostrzec zniecierpliwienie, gdyż oczywistym było, że nie skończyła. Jeśli wszystko by poszło po jej myśli i stworzyłaby tego swojego nadal brzmiącego nieco fantastycznie samoregenerującego się nieumarłego, raczej nie rozmawialiby teraz nawet.

Naturalnie, miał rację i jego uczennica przyznała, że jej eksperyment w końcu zakończył się porażką, tłumacząc też co zaszło, zanim nastąpiła eksplozja. Trzeba będzie się dowiedzieć, który Templariusz przegapił wybuch energii zdolny do "zrobienia wyrwy w oddziale", który powinien był zostać przynajmniej odnotowany, nawet jeśli jej poprzedni "opiekun" jakoś by zbył sytuację, co było wątpliwe. Wracając jednak do przyczyny eksplozji, opisany proces był interesujący. Samoistna amplifikacja aury wraz ze zbieraną energią była ciekawa, acz skrajnie niebezpieczna i to najprawdopodobniej ona w końcu doprowadziła do niekontrolowanego wyzwolenia zebranej energii. Należało też mieć wątpliwości do samego kryształu, który dziewczyna prawdopodobnie starała się załatwić po cichu, co mogło świadczyć o jego stanie. Wykorzystanie takich kryształów w ciałach zwykłych nieumarłych mogłoby być ciekawą alternatywą dla jego własnych wybuchających truposzy, gdyż nie potrzebowały pomocy przy detonacji, co balansował zwiększony koszt produkcji w kryształach lyrium oraz nieco słabsza eksplozja. Jeśli trzeba będzie katapultować pozycję Elen, można tego będzie użyć nawet w obecnej postaci, pomijając, do czego miało to być pierwotnie używane.

- Bardzo ciekawe. - Odezwał się po kilku sekundach ciszy, w których widocznie zastanawiał się nad tym, co młoda powiedziała a zarówno na jego twarzy jak i w głosie znów pojawiła się zasłużona aprobata. - Ta samoczynna amplifikacja zaklęcia zbierającego energię prawdopodobnie przeciążyła kryształ, o którego zdobycie nie zapytam. - Mówił spokojnie i dało się od niego wyczuć pewną dozę skupienia, w końcu analizował magiczny problem. Nie licząc napomknięcia o zwróceniu na to uwagi, postanowił jej odpuścić swoje podejrzenia, co do zdobywania przez nią dość drogiego kryształu lyrium, który następnie przez swoją nieumiejętność straciła, czego też nikt nie raczył najwyraźniej nigdzie odnotować. Ktoś albo pozwolił przemycić coś poza oficjalnymi zamówieniami albo przymknął oko na znikające kryształy, acz nadal świadczyło to o zaradności dziewczyny, także poza laboratorium. Ile to można było się dowiedzieć o niekompetencji podwładnych od jednego z nich. - Wymaga to trochę pracy, ale ma dość spory potencjał, nawet poza twoimi planami. Niestety, w obecnych warunkach trzeba będzie wszelkie praktyczne próby działań na kryształach odłożyć do końca Marszu. - Nikt by przychylnie nie patrzył na używanie zapasów lyrium przeznaczonego do zastosowania w walce o Jader do byle eksperymentów, nawet, jeśli on sam by wziął za nie pełną odpowiedzialność. W normalnych warunkach nie przejmowałby się tym za bardzo, ale napięcia polityczne pomiędzy Nevarrą a Anderfels wymagały, by żadne nie dawało drugiej stronie jakichkolwiek pretekstów. Elen pewnie jest jeszcze w fazie nie akceptowania polityki, jako usprawiedliwienia dla przerwania swojej pracy, ale to się da naprostować.

- Póki co, będziemy pracować nad twoimi barierami. Mimo umiejętności, z racji rangi nikt cię nie wyśle na pierwszą linię, ale na wojnie wszystko się może zdarzyć. - Poza tym, bycie jego uczennicą czyniło z niej o wiele istotniejszy cel dla odpowiednio poinformowanych sił, które mogły próbować jakichś wypadów na Marsz, zanim dotrą pod same mury Jader, o konfrontacji z Ashenreimem o resztki anderfelskiego kręgu nie wspominając. Oczywiście, nie powie jej o tym wprost, ale trzeba było coś na to poradzić, i poprawa jej zdolności obronnych była ważnym krokiem w tym kierunku, zwłaszcza, jej zdolności koncentracji na utrzymaniu bariery w stresie. Jako że był wieczór, trzeba było wziąć pod uwagę, czy młoda nie jest przypadkiem zmęczona, acz jeśli nadawała się do jakichś ćwiczeń, mogli zacząć od razu. Stos papierów nie ucieknie.

Wróć do „Sesje pozafabularne”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 3 użytkowników online :: 0 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 3 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika
Liczba postów: 52206
Liczba tematów: 2973
Liczba użytkowników: 1046
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Senti
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.