Podwaliny Autonomii

Miejsce, w którym każdy może wcielić się w rolę Mistrza Gry i poprowadzić wcześniej przygotowaną sesję umieszczoną w dowolnych realiach.
Awatar użytkownika
Xariel
Posty: 923
Rejestracja: 23 mar 2013, 16:28
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 11721007
Karta Postaci: viewtopic.php?p=42135&highlight=#42135

Podwaliny Autonomii

19 wrz 2014, 15:18

Obrazek
[url=http://thatbeardedguy.deviantart.com/art/Preparing-For-War-204962749
Wiosna, 24 rok Ery Feniksa, Twierdza Vaina, południe

Grodnir opuścił salę wraz z pozostałymi. Słowa Vaina padły i wszyscy dobrze wiedzieli, że mężczyzna ich nie odwoła. Tak samo jak nie odwołał przygotowań do zabójstwa Ylminy. Grodnir był jednym z tych, którzy widzieli śmierć elfiej władczyni. Może nieszczególnie honorową, albowiem nie w boju, jednak nikt nie śmiał krytykować decyzji Vaina. Pokazało to też ludziom, że nie należy niedoceniać elfów. Straż Ylminy, oraz ci, którzy byli obecni w zamku okazali się godnymi ludzi oponentami, walczyli zażarcie, a jednocześnie z niesamowitą gracją i pięknem, które dostrzegali nawet barbarzyńcy.

Półnikowi pozostało powrócić do swojego plemienia i zebrać wojowników. Przed drzwiami do sali rozgorzała jeszcze krótka kłótnia, albowiem część z wodzów chciała zebrać się razem i ruszyć w stronę elfickich osiedli w jednej gromadzie, inni natomiast zaprzeczali gorąco, powtarzając że plemiona powinny zadziałać na własną rękę. Opóźniało to wyruszenie. Soleravol, którego łatwo było rozpoznać po elfickim, dziwacznym sztylecie wiszącym u pasa, słusznie zauważył, że elfy mogą się ich spodziewać. Na to zareagował ktoś inny, kpiąc z niego, iż boi się gładkolicych, elfich dzieweczek. Wszyscy wodzowie walczyli kilka dni wcześniej w Zamku Jasności i dobrze wiedzieli jak trudnymi przeciwnikami potrafią być elfy, jednak duma nie pozwalała im przyznać się do jakichkolwiek obaw. Kamienny korytarz na którym stali przypominał Grodnirowi wydarzenia sprzed kilku dni. W wielu miejscach nadal jeszcze można było dostrzec plamy krwi, czy to elfickiej, czy ludzkiej.

Dyskusję przerwało wyjście Vaina z sali, który wypadł z niej w furii, odepchnął jednego z mężczyzn, który przypadkowo stanął mu na drodze i szybkim krokiem ruszył w swoją stronę. Nikt już nie chciał się kłócić. Pozostali mężczyźni natychmiast również się popędzili do wyjścia. Wszyscy wiedzieli, że Vain nie będzie na nikogo czekał, więc też postanowili jak najszybciej działać w obrębie własnych plemion. Jeśli się spotkają, to się spotkają, jeśli nie, to nie.

Tak więc Grodnir musiał sam zdecydować gdzie zabierze swoich ludzi. Najbliższe elfickie osiedla znajdowały się dobre dwa dni drogi od Twierdzy Vaina. Musiał się śpieszyć, inaczej jego pobratymcy nic mu nie zostawią. Nie miał wiadomości o tym co dzieje się wśród elfów. Nie wiedział, czy przygotowują się one do bitwy, czy może uciekają w popłochu. Wiedział jedynie, że niezależnie od tego co długouchy czynią jego zadaniem jest je znaleźć i zabić. Tak wiele, jak tylko zdoła.

Szedł pospiesznym krokiem, niemal nie zwracając uwagi na to, co dzieję się wokół. Nie znał dobrze zamku, jednak nie szedł sam. Wypadł na dziedziniec mijając po drodze nabitą na włócznię, unurzaną w smole elfią głowę. Kątem oka dostrzegł trójkę wojowników, którzy zajęci byli w najlepsze jakąś elfką. Niewyraźna zieleń obecna na tarczach kazała mu sądzić, że są to ludzie Derafra.

Zadziwiające, że jakikolwiek długouch jeszcze żył. O ile stan w jakim znajdowała się ofiara mężczyzn można było jeszcze nazwać życiem. Kobieta słaniała się na nogach i ledwo mogła ustać. Trudno powiedzieć, czy powodem tego były wyraźne ślady pobicia, czy może zgoła inne, oczywiste acz niedostrzegalne dla wodza. Jej szaty były w opłakanym stanie, podarte i pocięte strzępy zupełnie nie pełniły swojej funkcji, obecne na wierzchu piersi tylko przysparzały radości mężczyznom, którzy raz za razem popychali wycieńczoną elfkę w stronę jednego z nich i śmiali się w głos, gdy kobieta przewracała się, potykała, a wspomniane piersi latały na wszystkie strony. Mieli już mało czasu, aby się nacieszyć. Derafr niewątpliwie zaraz wyjdzie z twierdzy i zakończy całą "biesiadę".

[kilkanaście minut później]

Uwagę Hertrana zwróciły na siebie krzyki, które rozlegały się na zewnątrz. Miał szczęście, że akurat przebywał w domu, albowiem był dzięki temu jednym z pierwszych, którzy usłyszeli wieści. Na zewnątrz ujrzał Borykaka, wodza jego plemienia. Mężczyzna popędzał wszystkich i wzywał, aby zbierali się do podróży. Ktoś wsiadł na konia i popędził zwołać mężczyzn, którzy pracowali poza swymi domami. Ktoś inny ruszył w drugą stronę roznieść wieść do innych domostw.

Borykak krzyczał pełen wigoru, co chwilę wznosił w górę zaciśniętą pięść i stawał w strzemionach. Równie entuzjastycznie reagowali pozostali plemiennicy. Barbarzyńskim sercom brakowało bitew, rzezi i napadów. Zbyt wiele czasu minęło od kiedy ostatni raz mieli okazję je zasmakować. Wieści o tym, że nadarzyła się taka okazja sprawiły, iż krew rozgorzała w sercach wojowników. Gdy biegli do domostw przygotować się do podróży nadal jeszcze słychać było radosne okrzyki.

Do domu Awalda wpadł jakiś mężczyzna. Kojarzył go, pił z nim. Zaskoczony jednak tym nagłym najściem nie mógł sobie w pierwszej chwili przypomnieć jego imienia. Tamten skinął jedynie ręką aby młody kowal i jego ojciec poszli za nim. Przeszli może kilkanaście metrów, gdy wiatr przyniósł do nich znajomy głos.

Zielony płaszcz Derafra powiewał targany podmuchami, gdy mężczyzna wydawał kolejne polecenia. Coraz to kolejni brodaci mężczyźni rozbiegali się, aby poinformować pozostałych plemienników o sytuacji. Wystarczyło zaledwie kilka słów, aby Awald też zrozumiał co się dzieje. Mieli przygotowywać się do wymarszu. Derafr nie mówił wiele, rzucał jedynie ogólnikami. Zapewne nie chciał być zmuszony powtarzać tej samej wiadomości dziesiątki razy i wolał poczekać, aż wszyscy wojownicy zbiorą się gotowi do drogi.

Ojciec Awalda szturchnął go w ramię, popędzając tym samym.

– Trzeba rzeczy zebrać, zapasy przygotować – burknął udając się szybkim krokiem w stronę domostwa. Awald dobrze znał ojca. Choć starał się on nie okazywać przesadnie tych emocji, to cieszył się. Ba, każdy się cieszył. Nie było zapewne wśród wszystkich plemion wojownika, który nie radował by się na myśl, że w końcu będzie mógł zostawić pług i sięgnąć po miecz. Zbyt wiele czasu minęło od ostatniej takiej szansy. Wieść, że idą bić elfy zataczała coraz szersze kręgi i sprawiała tylko, że radość ta zostawała podsycona.

Niczym grom rozeszła się po plemieniu Vaina wieść, że coś się święci. Wiedziało o tym już kilkadziesiąt osób zanim wódz w ogóle dotarł do domostw podległych mu ludzi. Już wkrótce Vain lawirował pomiędzy domostwami na koniu. Jego okrzyki aby przygotowywać się do walki nie obeszły się bez echa. Ludzie odrywali się od swojej pracy natychmiast, nawet jeśli była ona dla nich ważna. W błyskawicznym tempie wezwanie było powtarzane dalej, a mężczyźni pospiesznie biegli do domów przygotować swój ekwipunek i zapasy.

Żony jak tylko mogły pomagały im się zebrać do drogi, godząc się z myślą, że pierwszy raz od tak dawna pozostaną same z dziećmi. Synowie łazili za ojcami prosząc, aby ci wzięli ich ze sobą. Niektórym spośród podrostków udawało się uprosić rodzicieli, choć większość jednak była zmuszona pozostać w domu. Niektórzy ojcowie, choć nie przyznawali tego głośno, obawiali się o synów. Dla wielu, nawet wcale nie tak młodych mężczyzn, miała to być pierwsza porządna walka. A elfy, mimo swego wywołującego w sercach ludzi pogardę wyglądu, były groźnymi przeciwnikami. Wściekłość jaką emanował Vain tylko popędzała mężów, sprawiając, że uwijali się w naprawdę niesamowitym tempie. Od domu do domu niosła się powtarzana szeptem plotka o tym, że z elfickiej ręki umarł syn przywódcy.

Po kilkunastu minutach już niemal każdy spośród kilkuset wojów Lwa wiedział, że należy zebrać ekwipunek i przygotować się do wymarszu. Nie byli pewnie gdzie idą, ale ufali przywódcy, wiedzieli że nie wyprowadzi on ich na manowce. Lwa ze Stepów się nie kwestionowało. Nigdy.

Dwa dni drogi od Twierdzy Vaina również panował pewien ruch. Kilkanaście elfów zebrało się na niewielkiej polanie. Wielu z nich nie mogło nadal do końca uwierzyć w śmierć Ylminy, która zdarzyła się zaledwie kilka dni wcześniej. Pośród tych elfów był Xevren i Alasjen. Oprócz tego dwanaście innych osób, spośród których nie wszystkich znali oni z imienia. Każdy z obecnych za to kojarzył jasnowłosego elfa, który ściskał w dłoni cisowy łuk. Ysandal, albowiem tak miał na imię, słynął ze swego łucznictwa pośród elfów. To z jego inicjatywy zebrali się w tym miejscu.

Zapewne każdy z obecnych wiedział, że działając razem mają większe szanse, niż pojedynczo. Na krótką chwilę zapadła cisza, oczekiwano, aby odezwał się Ysandal, który przecież ich zebrał, w dodatku był wśród obecnych jednym z najstarszych, jeśli nie nawet najstarszym. Jednak ten nie odzywał się ani słowem, widocznie nie podzielając opinii, jakoby powinien obdarzyć innych swoimi przemyśleniami pierwszy. Kolejne sekundy mijały, a pomiędzy zgromadzonymi panowała napięta cisza. W końcu przerwał ją jakiś młody, czarnowłosy elf.

– To, co się dzieje to istne szaleństwo – nie miał przy sobie nic, co sugerowałoby czym zwykł się zajmować. Może był tak młody, że nie odnalazł w życiu jeszcze swojej drogi, kto wie. Wiele jeszcze było przed nim. - Nie czekajmy, uciekajmy stąd. Ludzie nie zapuszczą się daleko, przy Kaendrze będziemy bezpieczni – kontynuował, wykonując przy okazji ruch, jakby już miał zbierać się do odejścia.

Ktoś inny, stojący nieopodal Xevrena mruknął coś niechętnie. Jak nietrudno zgadnąć opinie były podzielone, wielu spośród elfów chciało uciekać, inni pragnęli walczyć. Niektórzy sami nie wiedzieli czego chcą, gdyż nie potrafili nadal pogodzić się z rzeczywistością.

– On ma rację – ozwał się inny głos za plecami Alasjen. Brązowowłosy elf w średnim wieku, o długich, sięgających pasa włosach nieoczekiwanie pojawił się w zgromadzeniu. Na ramieniu miał niewielką, acz niemożebnie wypchaną, płócienną torbę, jego ubiór był nieco pomięty. Widać było, że on już zebrał swoje rzeczy i właśnie udawał się w drogę. Na zgromadzenie natrafił zapewne przypadkiem przy okazji zmierzania w stronę Kaendry. - Nie ma sensu tutaj pozostawać. Czasu na ucieczkę jest niewiele, zaledwie mgnienie.

Awatar użytkownika
Estelawien
Posty: 186
Rejestracja: 14 sie 2014, 13:06
GG: 47821741
Karta Postaci: viewtopic.php?p=49681#49681

30 paź 2014, 15:34

-Tak, wybrali. Szkoda mi takiego marnotrawstwa… oddają swe życie bez celu i potrzeby.-westchnęła ciężko i gdy już miała coś dodać dostrzegła spojrzenie elfa. Jej uszy zastrzygły gdy usłyszała trzask gałęzi. Zwierzyna? Czy ludzie? Przeleciało przez jej umysł niczym błyskawica, a dłoń błyskawicznie wręcz powędrowała do rękojeści sztyletu. Ciężkie, nieporadne w jej odczuciu kroki zbliżały się coraz bardziej. Nie bała się, nie miało to najmniejszego sensu. Panika tylko ułatwiłaby tropicielom zadanie. Zresztą, jaki tropiciel tak by kroczył? Równie dobrze mogliby krzyczeć i wymachiwać mieczami. Dostrzegłszy skinienie Xilasnora, nieznacznie skinęła głową, by bezszelestnie przesunąć się w stronę roślinności. Obejrzawszy się krótko za siebie, ukryła się w niej wraz z elfem i przykucnąwszy zamarła prawie w bezruchu wyczekując.

Awatar użytkownika
Nessir
Posty: 264
Rejestracja: 31 sty 2013, 17:03
Lokalizacja postaci: Kanały
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2494

30 paź 2014, 17:55

Revara cała sytuacja zaczęła trochę nudzić. Nie było tu absolutnie nic godnego uwagi. Mimo to jego współtowarzysz wybiegł bez ręki, a pozostali zostawili sporą ilość krwi. Dopiero teraz zdał sobie sprawę z jednej ciekawej rzeczy. Z pomieszczenia wybiegł tylko jeden człowiek. Gdzie więc były pozostałe ciała? Włosy zjeżyły mu się na głowie.

Vain na pewno wysłał na zwiady więcej niż jednego człowieka. Coś tutaj stanowczo było nie w porządku. Ślady walki były, krew też. Gdzie więc byli pozostali towarzysze. Czyżby gdzieś jeszcze trwała walka? Może zajął się nimi tajemniczy demon? Absolutna cisza panująca w pomieszczeniu przeczyła każdej teorii. Jedynym rozwiązaniem pozostało otworzenie drzwi i zbadanie pomieszczenie. Być może tam są jego kompani albo przynajmniej to co z nich zostało.

Skinął głową na znak, że również chce zbadać co kryje się za drzwiami. Jednak wolał nie wchodzić jako pierwszy. Bezpiecznie podążałby za tym kto najszybciej przekroczyłby próg pomieszczenia. Oczywiście mając tarczę i miecz w dalszej gotowości.

Awatar użytkownika
Xariel
Posty: 923
Rejestracja: 23 mar 2013, 16:28
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 11721007
Karta Postaci: viewtopic.php?p=42135&highlight=#42135

31 paź 2014, 15:11

Wiosna, 24 rok Ery Feniksa

Powalony konny próbował się ratować. Wypuścił miecz, co mogło w najbliższej chwili okazać się błędem, po czym miał zamiar odturlać na bok i powstać. Problem był jeden, nie miał na taką zabawę czasu, gdyż dłoń z nożem wisiała już tuż, tuż nad nim. Osłabiony walką, oraz ranami elf nadal miał dość sił, aby zadać skuteczny cios.

Kiedy Hertran przekręcił się na bok rozpoczynając swój manewr jego ramię przeszył gwałtowny ból. Biorąc pod uwagę okoliczności nie było tak źle. Przed chwilą znajdowała się tam jego klatka piersiowa. Ostrze zostało w pewnej mierze powstrzymane przez kolczugę, dzięki czemu rana nie była raczej śmiertelna. Długouchy wyszarpnął swoją broń i zacisnął dłoń na ramieniu mężczyzny, zaraz miał paść kolejny cios. Hertran musiał podjąć jakąś trzeźwą decyzję, jeśli nie chciał skończyć pokłuty sztyletem. Miał przewagę nad swoim wrogiem, a przynajmniej tak się zdawało do tej pory. Nie był poważnie ranny, był stosunkowo wypoczęty, silniejszy. To wszystko mogło się szybko zmienić, jeśli tylko padnie jeszcze kilka ciosów stalowego narzędzia.

Mężczyźni zebrali się już do drogi, niedźwiedzie mięso było zebrane, trofea powyrywane, włócznie w rękach właścicieli. Wszystko znajdowało się w jak najlepszym porządku i pełnej gotowości, aby ruszać dalej… poza jednym elementem. Awald stał bezczynnie i wpatrywał się w pozostałych wojów. Wszystkie spojrzenia skierowały się na niego. Chcieli ruszać, a on ich blokował.

- Może go ta wiewióra oczarowała? – ktoś rzucił. Jego ojciec podszedł i klepnął go w ramię, próbując wzbudzić jakąkolwiek reakcję. Pozostali spoglądali po sobie niepewni co też zrobić w takiej sytuacji. Radosne rozmowy stopniowo przycichały, gdy coraz to kolejne osoby dostrzegały bezczynność mężczyzny i próbowały dojść jej powodów.

Kiedy Revar skinął głową jeden z mężczyzn sięgnął do drzwi. Szarpnął je, chcąc szybko otworzyć na oścież, efekt jednak przerósł jego najśmielsze oczekiwania. Drzwi wyskoczyły gwałtownie, z trzaskiem zatrzymując się szeroko rozwarte. Utrzymywane przez zawiasy drewno stęknęło cicho głośno protestując przeciwko takiemu traktowaniu.

Wojownik, który otwierał drzwi poleciał gwałtownie do tyłu lądując tyłkiem na ziemi i unosząc swoją tarczę. Drugi, który stał zaraz obok niego krzyknął zataczając się i opierając o ścianę. Jakiś kształt zafalował pośród nich w ruchach, które Revarowi zdały się nadludzko szybkie. Całe zdarzenie trwało ledwie mrugnięcie. Dopiero po jego zakończeniu mężczyzna był w stanie zorientować się co tak właściwie się wydarzyło. Jeden z jego towarzyszy został odepchnięty uderzeniem rozpędzonego przeciwnika, drugiego natomiast zdążył on zranić mieczem w kolano.

Mężczyzna, który wyszedł z drugiego pomieszczenia niewątpliwie był elfem. Świadczyła o tym smukła sylwetka, gładkie lico, długie uszy i zadbane, splecione w sięgający pasa warkocz kruczoczarne włosy. W dłoni trzymał jakiś miecz, niepodobny do tych znanych podwładnym Vaina. Klinga była stosunkowo długa, podobnie i rękojeść. Cała broń zdawała się mieć jakieś cztery stopy. Jednocześnie głownia była smukła, o długim zbroczu, na którym wygrawerowane były jakieś nieznane im runy. Była koloru srebra, a w oświetlonym pomieszczeniu dostrzec można było szary blask odbijanego światła. Na owiniętej czerwonym niczym krew rzemieniem rękojeści spokojnie można było oprzeć dwie dłonie.

Nim ktokolwiek zdążył się otrząsnąć i zareagować elf przesunął się w stronę stołu stając za jednym z przewróconych krzeseł. Przesunął surowym spojrzeniem zielonych oczu po mężczyznach, po czym zatrzymał swój wzrok na przewróconym wcześniej wojowniku, który właśnie zbierał się z ziemi.

- Kolejni – wyszeptał.

Mężczyzna kucnął tuż obok elfki. Roślinność okazała się wcale nie tak gęsta jak w pierwszej chwili się zdawało, jednak zdołali się jakoś razem za nią ścisnąć. Xilasanor wbił czujne spojrzenie w kierunku, z którego dochodziły dźwięki. Nie musieli długo czekać, nim pojawiło się wypatrywane towarzystwo.

Trójka mężczyzn kroczyła przez las. Patrząc na nich nie dało się pozbyć wrażenia, że wyglądaliby obco nawet dla zamieszkujących okolice Zamku Jasności ludzi. Z drugiej strony, musieli przecież pochodzić spośród nich, w innym wypadku skąd wzięliby się po tej stronie Iqui?

Byli odziani podobnie. W ciężkie kolczugi sięgające aż do ud, stworzone z kiepskiej jakości stali ochraniacze na goleniach, grube, skórzane buty i spodnie. Tyle dało się przynajmniej zauważyć. Byli wysocy i bardzo dobrze zbudowani. Szczególnie jeden z nich, który zdawał się mieć dobre dwa metry wzrostu. Częściowo zasłaniała go duża, okrągła tarcza, którą niósł. Zza niej wystawały drzewce trzymanej w tej samej dłoni włóczni. Na głowie miał jakiś dziwny, niecodzienny hełm. Kawał metalu był wykonany w sposób wręcz barbarzyński, jednak wyglądał na mocny. Sięgał z boków i tyłu głowy niemal do samych ramion.

Pozostała dwójka była podobnego do siebie wzrostu, o głowę niższa od najpotężniejszego z nich. Ich hełmy były prostsze, zwyczajne szyszaki z nosalami. Jeden z nich wspierał na ramieniu duży, oburęczny topór bojowy, drugi niósł ogromny jak jego dwumetrowy towarzysz łuk.

Xilasanor zerknął na elfkę, a ona mogła dostrzec przez krótką chwilę w jego oczach zdziwienie. Oddychał powoli tkwiąc niemal w całkowitym bezruchu, wyraźnie miał zamiar poczekać aż mężczyźni przejdą.

Awatar użytkownika
Anemetius
Posty: 563
Rejestracja: 25 sie 2012, 00:40
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2150#33472

02 lis 2014, 00:36

Nieco zmęczony przystanął opierając się o pień pobliskiego drzewa. Westchnął przysiadając. Zużył sporo energii, ale to nic, wciąż jeszcze miał jej dużo w zapasie. Odetchnie i poczeka. Zbierze siły. Dostrzegł w oddali jakieś sylwetki, lecz nieśpieszno mu było się za nimi uganiać. Musiał złapać oddech. Dopiero po jakimś czasie spędzonym na odpoczynku w cieniu drzew dźwignął się z powrotem na nogi. Dzięki amuletowi nikt nie mógł do zauważyć, więc nawet gdyby tuż przed jego twarzą przechodzili jacyś ludzie szansa, iż by go dostrzegli w gąszczu traw była minimalna, a nawet jeśli, to kto by przejął się jego obecną formą?

Rozejrzał się dookoła wyszukując jakiś oznak nieprzyjaciół. Dopiero będąc pewnym, że nikogo nie było w pobliżu udał się w kierunku nieznanych mu osób. Tym razem nie używał magii, szedł spokojnie, lekko tylko przyśpieszonym krokiem. Trzymał się na uboczu krocząc pośród gęstej trawy zapewniającej mu pod tą postacią maksimum kamuflażu.

Awatar użytkownika
Nessir
Posty: 264
Rejestracja: 31 sty 2013, 17:03
Lokalizacja postaci: Kanały
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2494

03 lis 2014, 13:47

Revar nie wiedział zupełnie co się dzieje przez pierwsze kilka chwil. Lekko przymknął oczy gdy drzwi z hukiem się otworzyły. Nie spodziewał się takiego obrotu spraw. Wzrokiem odprowadził swojego towarzysza który został odepchnięty przez nie wiadomo co. Dopiero później dostrzegł sylwetkę dostojnego elfa. Jednak postanowił zignorować jego obecność i podszedł do swojego kompana. Podał mu rękę, tak aby ten mógł stanąć na równe nogi. Wykonując tę czynność starał się zlokalizować to coś co w sekundę wystrzeliło z pomieszczenia i obaliło mężczyznę.

Dopiero gdy poszkodowany stanął na równe nogi i doprowadził się do porządku, odwrócił się w stronę elfa. Jego wygląd mu nie imponował, brzydził się nim. Najchętniej splunąłby mu pod nogi, a później wytarł twarzą podłogę. Jedyne co zasługiwało na uwagę to miecz który dzierżył. Widać, że był on starannie wykonany i mógł służyć jeszcze przez wiele stuleci. Jednak nie po to tutaj przyszli.

– Co zrobiłeś z naszymi towarzyszami. Przyszliśmy po nich. – przemówił do długouchego.

Awatar użytkownika
Ropień
Posty: 193
Rejestracja: 20 paź 2013, 15:26
Lokalizacja postaci: Lwi Bród
GG: 6550057
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2770

07 lis 2014, 20:00

Ramię Hertrana przeszył ostry ból. Kolejny błąd. Nie wiedział, skąd się brało to, że robił kompletnie idiotyczne rzeczy podczas tej walki. Zacisnął zęby i zdusił krzyk. Szybko spróbował zorientować się w sytuacji. Pozostała mu tylko walka wręcz.

Pierwsze co chciał zrobić to unieruchomić nadgarstek tamtego i z całą siłą spróbować wyrwać mu broń. Jeżeli to się uda – walka będzie prawdopodobnie zakończona. Słaby, ranny elf bez broni nie będzie mógł nic poradzić.

Jeżeli udałoby mu się, zwyczajnie zaatakowałby tamtego jego własną bronią. Zapewne celowałby w szyję lub w klatkę piersiową, próbując jak najszybciej pozbawić długoucha jego i tak już zbyt długiego o kilka minut życia.

Wróć do „Sesje pozafabularne”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 3 użytkowników online :: 0 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 3 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika
Liczba postów: 52206
Liczba tematów: 2973
Liczba użytkowników: 1046
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Senti
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.