Podwaliny Autonomii

Miejsce, w którym każdy może wcielić się w rolę Mistrza Gry i poprowadzić wcześniej przygotowaną sesję umieszczoną w dowolnych realiach.
Awatar użytkownika
Xariel
Posty: 923
Rejestracja: 23 mar 2013, 16:28
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 11721007
Karta Postaci: viewtopic.php?p=42135&highlight=#42135

Podwaliny Autonomii

19 wrz 2014, 15:18

Obrazek
[url=http://thatbeardedguy.deviantart.com/art/Preparing-For-War-204962749
Wiosna, 24 rok Ery Feniksa, Twierdza Vaina, południe

Grodnir opuścił salę wraz z pozostałymi. Słowa Vaina padły i wszyscy dobrze wiedzieli, że mężczyzna ich nie odwoła. Tak samo jak nie odwołał przygotowań do zabójstwa Ylminy. Grodnir był jednym z tych, którzy widzieli śmierć elfiej władczyni. Może nieszczególnie honorową, albowiem nie w boju, jednak nikt nie śmiał krytykować decyzji Vaina. Pokazało to też ludziom, że nie należy niedoceniać elfów. Straż Ylminy, oraz ci, którzy byli obecni w zamku okazali się godnymi ludzi oponentami, walczyli zażarcie, a jednocześnie z niesamowitą gracją i pięknem, które dostrzegali nawet barbarzyńcy.

Półnikowi pozostało powrócić do swojego plemienia i zebrać wojowników. Przed drzwiami do sali rozgorzała jeszcze krótka kłótnia, albowiem część z wodzów chciała zebrać się razem i ruszyć w stronę elfickich osiedli w jednej gromadzie, inni natomiast zaprzeczali gorąco, powtarzając że plemiona powinny zadziałać na własną rękę. Opóźniało to wyruszenie. Soleravol, którego łatwo było rozpoznać po elfickim, dziwacznym sztylecie wiszącym u pasa, słusznie zauważył, że elfy mogą się ich spodziewać. Na to zareagował ktoś inny, kpiąc z niego, iż boi się gładkolicych, elfich dzieweczek. Wszyscy wodzowie walczyli kilka dni wcześniej w Zamku Jasności i dobrze wiedzieli jak trudnymi przeciwnikami potrafią być elfy, jednak duma nie pozwalała im przyznać się do jakichkolwiek obaw. Kamienny korytarz na którym stali przypominał Grodnirowi wydarzenia sprzed kilku dni. W wielu miejscach nadal jeszcze można było dostrzec plamy krwi, czy to elfickiej, czy ludzkiej.

Dyskusję przerwało wyjście Vaina z sali, który wypadł z niej w furii, odepchnął jednego z mężczyzn, który przypadkowo stanął mu na drodze i szybkim krokiem ruszył w swoją stronę. Nikt już nie chciał się kłócić. Pozostali mężczyźni natychmiast również się popędzili do wyjścia. Wszyscy wiedzieli, że Vain nie będzie na nikogo czekał, więc też postanowili jak najszybciej działać w obrębie własnych plemion. Jeśli się spotkają, to się spotkają, jeśli nie, to nie.

Tak więc Grodnir musiał sam zdecydować gdzie zabierze swoich ludzi. Najbliższe elfickie osiedla znajdowały się dobre dwa dni drogi od Twierdzy Vaina. Musiał się śpieszyć, inaczej jego pobratymcy nic mu nie zostawią. Nie miał wiadomości o tym co dzieje się wśród elfów. Nie wiedział, czy przygotowują się one do bitwy, czy może uciekają w popłochu. Wiedział jedynie, że niezależnie od tego co długouchy czynią jego zadaniem jest je znaleźć i zabić. Tak wiele, jak tylko zdoła.

Szedł pospiesznym krokiem, niemal nie zwracając uwagi na to, co dzieję się wokół. Nie znał dobrze zamku, jednak nie szedł sam. Wypadł na dziedziniec mijając po drodze nabitą na włócznię, unurzaną w smole elfią głowę. Kątem oka dostrzegł trójkę wojowników, którzy zajęci byli w najlepsze jakąś elfką. Niewyraźna zieleń obecna na tarczach kazała mu sądzić, że są to ludzie Derafra.

Zadziwiające, że jakikolwiek długouch jeszcze żył. O ile stan w jakim znajdowała się ofiara mężczyzn można było jeszcze nazwać życiem. Kobieta słaniała się na nogach i ledwo mogła ustać. Trudno powiedzieć, czy powodem tego były wyraźne ślady pobicia, czy może zgoła inne, oczywiste acz niedostrzegalne dla wodza. Jej szaty były w opłakanym stanie, podarte i pocięte strzępy zupełnie nie pełniły swojej funkcji, obecne na wierzchu piersi tylko przysparzały radości mężczyznom, którzy raz za razem popychali wycieńczoną elfkę w stronę jednego z nich i śmiali się w głos, gdy kobieta przewracała się, potykała, a wspomniane piersi latały na wszystkie strony. Mieli już mało czasu, aby się nacieszyć. Derafr niewątpliwie zaraz wyjdzie z twierdzy i zakończy całą "biesiadę".

[kilkanaście minut później]

Uwagę Hertrana zwróciły na siebie krzyki, które rozlegały się na zewnątrz. Miał szczęście, że akurat przebywał w domu, albowiem był dzięki temu jednym z pierwszych, którzy usłyszeli wieści. Na zewnątrz ujrzał Borykaka, wodza jego plemienia. Mężczyzna popędzał wszystkich i wzywał, aby zbierali się do podróży. Ktoś wsiadł na konia i popędził zwołać mężczyzn, którzy pracowali poza swymi domami. Ktoś inny ruszył w drugą stronę roznieść wieść do innych domostw.

Borykak krzyczał pełen wigoru, co chwilę wznosił w górę zaciśniętą pięść i stawał w strzemionach. Równie entuzjastycznie reagowali pozostali plemiennicy. Barbarzyńskim sercom brakowało bitew, rzezi i napadów. Zbyt wiele czasu minęło od kiedy ostatni raz mieli okazję je zasmakować. Wieści o tym, że nadarzyła się taka okazja sprawiły, iż krew rozgorzała w sercach wojowników. Gdy biegli do domostw przygotować się do podróży nadal jeszcze słychać było radosne okrzyki.

Do domu Awalda wpadł jakiś mężczyzna. Kojarzył go, pił z nim. Zaskoczony jednak tym nagłym najściem nie mógł sobie w pierwszej chwili przypomnieć jego imienia. Tamten skinął jedynie ręką aby młody kowal i jego ojciec poszli za nim. Przeszli może kilkanaście metrów, gdy wiatr przyniósł do nich znajomy głos.

Zielony płaszcz Derafra powiewał targany podmuchami, gdy mężczyzna wydawał kolejne polecenia. Coraz to kolejni brodaci mężczyźni rozbiegali się, aby poinformować pozostałych plemienników o sytuacji. Wystarczyło zaledwie kilka słów, aby Awald też zrozumiał co się dzieje. Mieli przygotowywać się do wymarszu. Derafr nie mówił wiele, rzucał jedynie ogólnikami. Zapewne nie chciał być zmuszony powtarzać tej samej wiadomości dziesiątki razy i wolał poczekać, aż wszyscy wojownicy zbiorą się gotowi do drogi.

Ojciec Awalda szturchnął go w ramię, popędzając tym samym.

– Trzeba rzeczy zebrać, zapasy przygotować – burknął udając się szybkim krokiem w stronę domostwa. Awald dobrze znał ojca. Choć starał się on nie okazywać przesadnie tych emocji, to cieszył się. Ba, każdy się cieszył. Nie było zapewne wśród wszystkich plemion wojownika, który nie radował by się na myśl, że w końcu będzie mógł zostawić pług i sięgnąć po miecz. Zbyt wiele czasu minęło od ostatniej takiej szansy. Wieść, że idą bić elfy zataczała coraz szersze kręgi i sprawiała tylko, że radość ta zostawała podsycona.

Niczym grom rozeszła się po plemieniu Vaina wieść, że coś się święci. Wiedziało o tym już kilkadziesiąt osób zanim wódz w ogóle dotarł do domostw podległych mu ludzi. Już wkrótce Vain lawirował pomiędzy domostwami na koniu. Jego okrzyki aby przygotowywać się do walki nie obeszły się bez echa. Ludzie odrywali się od swojej pracy natychmiast, nawet jeśli była ona dla nich ważna. W błyskawicznym tempie wezwanie było powtarzane dalej, a mężczyźni pospiesznie biegli do domów przygotować swój ekwipunek i zapasy.

Żony jak tylko mogły pomagały im się zebrać do drogi, godząc się z myślą, że pierwszy raz od tak dawna pozostaną same z dziećmi. Synowie łazili za ojcami prosząc, aby ci wzięli ich ze sobą. Niektórym spośród podrostków udawało się uprosić rodzicieli, choć większość jednak była zmuszona pozostać w domu. Niektórzy ojcowie, choć nie przyznawali tego głośno, obawiali się o synów. Dla wielu, nawet wcale nie tak młodych mężczyzn, miała to być pierwsza porządna walka. A elfy, mimo swego wywołującego w sercach ludzi pogardę wyglądu, były groźnymi przeciwnikami. Wściekłość jaką emanował Vain tylko popędzała mężów, sprawiając, że uwijali się w naprawdę niesamowitym tempie. Od domu do domu niosła się powtarzana szeptem plotka o tym, że z elfickiej ręki umarł syn przywódcy.

Po kilkunastu minutach już niemal każdy spośród kilkuset wojów Lwa wiedział, że należy zebrać ekwipunek i przygotować się do wymarszu. Nie byli pewnie gdzie idą, ale ufali przywódcy, wiedzieli że nie wyprowadzi on ich na manowce. Lwa ze Stepów się nie kwestionowało. Nigdy.

Dwa dni drogi od Twierdzy Vaina również panował pewien ruch. Kilkanaście elfów zebrało się na niewielkiej polanie. Wielu z nich nie mogło nadal do końca uwierzyć w śmierć Ylminy, która zdarzyła się zaledwie kilka dni wcześniej. Pośród tych elfów był Xevren i Alasjen. Oprócz tego dwanaście innych osób, spośród których nie wszystkich znali oni z imienia. Każdy z obecnych za to kojarzył jasnowłosego elfa, który ściskał w dłoni cisowy łuk. Ysandal, albowiem tak miał na imię, słynął ze swego łucznictwa pośród elfów. To z jego inicjatywy zebrali się w tym miejscu.

Zapewne każdy z obecnych wiedział, że działając razem mają większe szanse, niż pojedynczo. Na krótką chwilę zapadła cisza, oczekiwano, aby odezwał się Ysandal, który przecież ich zebrał, w dodatku był wśród obecnych jednym z najstarszych, jeśli nie nawet najstarszym. Jednak ten nie odzywał się ani słowem, widocznie nie podzielając opinii, jakoby powinien obdarzyć innych swoimi przemyśleniami pierwszy. Kolejne sekundy mijały, a pomiędzy zgromadzonymi panowała napięta cisza. W końcu przerwał ją jakiś młody, czarnowłosy elf.

– To, co się dzieje to istne szaleństwo – nie miał przy sobie nic, co sugerowałoby czym zwykł się zajmować. Może był tak młody, że nie odnalazł w życiu jeszcze swojej drogi, kto wie. Wiele jeszcze było przed nim. - Nie czekajmy, uciekajmy stąd. Ludzie nie zapuszczą się daleko, przy Kaendrze będziemy bezpieczni – kontynuował, wykonując przy okazji ruch, jakby już miał zbierać się do odejścia.

Ktoś inny, stojący nieopodal Xevrena mruknął coś niechętnie. Jak nietrudno zgadnąć opinie były podzielone, wielu spośród elfów chciało uciekać, inni pragnęli walczyć. Niektórzy sami nie wiedzieli czego chcą, gdyż nie potrafili nadal pogodzić się z rzeczywistością.

– On ma rację – ozwał się inny głos za plecami Alasjen. Brązowowłosy elf w średnim wieku, o długich, sięgających pasa włosach nieoczekiwanie pojawił się w zgromadzeniu. Na ramieniu miał niewielką, acz niemożebnie wypchaną, płócienną torbę, jego ubiór był nieco pomięty. Widać było, że on już zebrał swoje rzeczy i właśnie udawał się w drogę. Na zgromadzenie natrafił zapewne przypadkiem przy okazji zmierzania w stronę Kaendry. - Nie ma sensu tutaj pozostawać. Czasu na ucieczkę jest niewiele, zaledwie mgnienie.

Awatar użytkownika
Anemetius
Posty: 563
Rejestracja: 25 sie 2012, 00:40
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2150#33472

04 paź 2014, 20:51

Przystanął czując na skórze powiew chłodnego wiatru. Kłosy trawy ugięły się pod jego stopami, kiedy stanowczo nastąpił na kępę zieleni. Zmiażdżył dziewiczy kwiat z premedytacją wcierając go w glebę z zawziętym wyrazem na twarzy. Tym kwiatem właśnie była obecnie elfa rasa. Słaba, krucha. Początkowo żałował swych braci, lecz po wyrażeniu ostatniej woli wypaliły się w nim te uczucia. Zmiażdżył je jak ten kwiat. Tylko krew przemieni jego braci. Ich własna krew, a nawet jeśli nie, to bez znaczenia. Zemsta. Nienawiść. Gniew. Wypełniały jego duszę wypalając w nim wielką dziurę, która ziała przerażającą pustką. I tylko ból mógł ją wypełnić. Patrzył na świat inaczej, nie widział już piękna natury, to wszystko go irytowało. Chciał zniszczyć tę krainę. Jeżeli oni nie mogą jej posiadać, to jak ci barbarzyńcy mogą? Jeżeli bogowie istnieją i zezwalają na to … wyrzeka się ich. Przeklina ich. Przeklina Ylminę, boginię elfów. Wcześniej w nią wierzył. Modlił się i wyznawał, że jej milczenie to próba wiary, jednak po tym wszystkim stracił wiarę i przerodziła się ona w bluźniercze oskarżenie. Wyrzekał się tego kim był i kim mógł być.

Założył ręce za plecy mrużąc oczy. Ludzie może i byli żałośnie słabi, ale znacznie liczebniejsi, choć to nie miało żadnego znaczenia. Nigdy go nie dostrzegą. Mógłby jednak wykorzystać uwarunkowanie terenowe. W okolicy znajdował się gęsty las, przez który z pewnością będą przechodzić barbarzyńcy kierując się na wschód. Także w okolicach Zamku Jasności zapewne wciąż koczowały stada tych gorszych istot. Jak oni śmią plamic Zamek Jasności. Co z biblioteką, skarbnicą ich narodu? Starożytne zapiski, tomy wypełnione bezcenną wiedzą. Czy i je zniszczą w swym ślepym szale? Może udało się uratować najważniejsze pisma i przetransportować dalej na wschód. Brudni barbarzyńcy. Robactwo. Należało ich wypełnić.

Uśmiechnął się pod nosem. Zaczerpnął mocy. Skok nie zużywał wiele energii. Czasami sądził, że lepiej było rozwinąć więcej zaklęć, jednak on skupił się na ich wąskim gronie osiągając w nich mistrzostwo i wyciągając z nich maksimum. W połączeniu z jego naturalną energią był niepokonany. I nie zostanie. Dopóki samemu tak nie zadecyduje. To on ustalał moment i czas, który uginał się przed jego wolą.

Zniknął w rozbłysku trwającym ułamek sekundy i pojawił się sto metrów dalej. Powtórzył tę czynność. Raz po raz, pokonując ogromne odległości w przeciągu minut. Nie czuł zmęczenia. Dzięki swemu mistrzostwu w opanowanych zaklęciach praktycznie nie pożerały jego energii, zwłaszcza to. Był jak wiatr, jak wypuszczona strzała. Jawił się jako rozmazana plamka na bezkresie przestrzeni. Pojawiał się i znikał w rozbłyskach światła. Nawet jeżeli zabierze to od niego nieco energii, i tak miał dzień na jej zregenerowanie. On był potęgą. On był siłą i ukarze tych, którzy odważyli się rzucić mu wyzwanie.

Kierował się w stronę lasów wiedząc, że prędzej czy później przejdą nimi ludzie. A on ich dopadnie i pochłonie.

Zemsta będzie moja.

Awatar użytkownika
Darrian
Posty: 733
Rejestracja: 06 sty 2012, 20:04
Lokalizacja postaci: Oko i Powieka
GG: 10643412
Karta Postaci: viewtopic.php?p=21226#21226

05 paź 2014, 15:44

Chyba nikogo nie powinien zaskakiwać fakt, że ten wymykający się naturze swoim rozmiarem niedźwiedź, okazał się też nadmiernie sprytny, gdy zorientował się, co mężczyźni planowali, i postanowił do tego nie dopuścić. Kupa futra ruszyła, zanim krąg kijów i włóczni miał szansę się zamknąć, po drodze tratując i traktując zębami jednego nieszczęśnika, nie odnosząc szczególnych ran od ich broni, nie licząc tych, który posiadali faktyczne włócznie. Fakt, że ich cel widocznie krwawił, został przyćmiony krwią i krzykami ich zranionego towarzysza, oraz rykiem samego miśka, który był wyraźnie gotowy na rundę drugą, nie przejmując się zbytnio ranami, zadanymi przez broń, jaką współplemieńcy syna kowala sobie wybrali. Jakby nie było tu tak dużej grupy, obecni mogliby się dogadać by nie wspominać o swojej ucieczce innym, acz wśród tak szerokiej publiki raczej nikt nie miał zamiaru być tym, który pierwszy zacznie uciekać. Była to chyba jedyna rzecz, jaką ludzie mieli, w walce z tą bestią.

Awald wiedział, że musi coś zrobić, gdyż nie miał szans w przypadku stania się kolejną ofiarą niedźwiedziej szarży, mając do dyspozycji tylko zaostrzony kij. Nawet gdyby miał lepszą broń, dźganie niedźwiedzia po plecach i zadzie nie wydawało się robić na nim wrażenia, więc ktoś musiał potraktować go czymś ostrym po głowie, jako, że nie zanosiło się, by miał zamiar odsłonić brzuch. Jeśli to w jego stronę ruszy bestia, syn kowala zrobi co w swojej mocy, by odskoczyć z drogi, starając się przy tym pchnąć kupę futra po głowie swoją zaostrzoną gałęzią. Natomiast, jeśli zwierz znajdzie sobie inny cel, próba zajścia go od boku gdy będzie zajęty czymś innym, by zatopić czubek kija w jego czaszce.

Awatar użytkownika
Aleksis Bentrum
Posty: 1190
Rejestracja: 29 paź 2011, 16:01
Lokalizacja postaci: Dwór Pomiędzy Spektrami
GG: 50433717
Karta Postaci: viewtopic.php?t=961

07 paź 2014, 18:13

Nim Półnikowie ruszyli ścieżką prowadząca przez las, wielkiego wodza zaczepił pomniejszy kapłan. Zapewne młody mężczyzna był jednym z niewielu uczniów starszyzny, która przebywała w głównym obozie wraz z kobietami i najmłodszymi mężczyznami. Słowa młodzika jedynie potwierdziły Grodnira w przekonaniu, że przeprawa przez gęstwiny będzie niebezpieczna; przynajmniej orszak będzie pokonywać bór za dnia.

- Wojownicy! – Wrzasnął ku swych ludzi i wskazał ku ściany drzew, która czekała na Półników niczym pająk na swej sieci. - Tam czyha cień i zasadzka! Bądźcie gotowi, bądźcie czujni. Trzymajcie tarcze, dzierżcie włócznie. – Przemówiwszy, odwrócił się w kierunku drogi do lasu. Wziął swą tarcze i włócznie.

- Zgrupować się. Ruszajmy. – Ruszył.

Awatar użytkownika
Ropień
Posty: 193
Rejestracja: 20 paź 2013, 15:26
Lokalizacja postaci: Lwi Bród
GG: 6550057
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2770

07 paź 2014, 19:10

Hertran z satysfakcją patrzył jak jego włócznia trafia w elfa, rozdzierając jego skórę. Na ten moment czekał. Jednak przeciwnik nie zamierzał się poddawać. Długouchom widocznie życie było niemiłe. Ciągle siedząc na koniu przymierzał się do ostatniego ciosu. Tamten odskoczył i widocznie chciał zaatakować. Wojownik szybko ocenił sytuację. Jego broń była znacznie dłuża. Mógł jednym ciosem skończyć sprawę. Tamten był już ranny, więc zapewne nie będzie tak szybki jak przed chwilą.

Kiedy elf przymierzał się do ataku, Hertran pochylił się lekko, chwycił mocno włócznię dwoma dłoniami i precyzyjnie pchnął tamtego w klatkę piersiową. Nie było mowy. Aby długouch był w stanie się uchronić przed tym ciosem. W tym miejscu walka musiała się skończyć.

Hertran podczas zadawanego ciosu czujnie próbował pozostać poza zasięgiem. Kto wie, może elf znów się uchyli, a w takim razie najważniejszym by było, aby nie dać się zabić i zadać kolejny cios. Jeżeli zabije elfa, spróbuje jak najszybciej dogonić plemię. Oczywiście po przeszukaniu truposza. Kto wie, jak cenne rzeczy kryją w sobie elfie kieszenie.

Awatar użytkownika
Xariel
Posty: 923
Rejestracja: 23 mar 2013, 16:28
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 11721007
Karta Postaci: viewtopic.php?p=42135&highlight=#42135

08 paź 2014, 17:15

Wiosna, 24 Rok Ery Feniksa, wczesny wieczór

Nie dane było Grodnirowi wyruszyć spokojnie kolejnego ranka. Nim jeszcze jego ludzie ułożyli się do snu doszły jego uszu niepokojące wieści. Kilkudziesięciu mężczyzn, którzy wyruszyli narąbać drew i upolować zwierzynę… zniknęło. Wódz został poinformowany, że najzwyczajniej w świecie weszli w las i z niego nie wyszli. Minęło już sporo czasu, więc było to rzeczą nadzwyczajną, że jeszcze nie wrócili. Szczególnie, że była to przecież niemała liczba uzbrojonych wojowników.

Nie zgłosił się nikt, kto słyszałby odgłosy walki, czy zauważył jakiekolwiek dziwne zjawiska. Obecni wokół ludzie spoglądali jedynie po sobie zszokowani. Logika kazała sądzić, że podopieczni Grodnira nadal są gdzieś w lesie, jednak z jakichś powodów nadal go nie opuścili. Wiara w siły własnego plemienia, oraz niecodzienność całej sytuacji nie pozwoliły mu sądzić, że niemal trzydziestu wojów zginęło w lesie nie wydając przy tym najcichszego choćby dźwięku.

Słońce było już blisko horyzontu, a rzucane przez nie światło poczęła przemieniać się w barwy pomarańczu i czerni, tak charakterystyczne dla zachodu. Wśród Półników zaczęły odzywać się głosy, aby ruszyć w las i odnaleźć zaginionych, którzy zabawili tam zbyt długo. Nikt w ogóle nie brał pod uwagę możliwości, iż mogliby oni zginąć z rąk zniewieściałych długouchów, których przecież setki już zginęły.

Hertran nawet nie starał się powstrzymać nadchodzącego ciosu. Całkowicie zdał się na to, aby sięgnąć swojego przeciwnika nim ten zdoła dosięgnąć jego. Konny uchwycił włócznię oburącz, przybierając przy tym nieco niewygodną pozycję w siodle. Dało to przy okazji jego przeciwnikowi jasny znak, że ma zamiar zaatakować. Elf przystanął gwałtownie, niewiele brakowało, a poślizgnąłby się na trawie. Włócznia przeszyła powietrze, nie sięgając swojego celu. Długouch starał się zapanować nad glewią mając do dyspozycji jedynie jedną rękę, drugą nadal przyciskał do krwawiącej rany. Sprawiało mu to nieco trudności, co zapewne było powodem dlaczego nie zdecydował się na zadanie ciosu. Zamiast tego sięgnął wolną ręką do włóczni, nie odrywając przy tym ramienia od krwawiącej rany. Uchwycił dzierżoną przez Hertrana broń i szarpnął gwałtownie w swoją stronę, aby ściągnąć mężczyznę z siodła. Włożył w to niemal całą swoją siłę, która nadwyrężona już była walką.

Niedźwiedź począł powoli iść w stronę Awalda i jego towarzyszy. Zwierzę zwolniło, od szaleńczej szarży, którą zaprezentowało wcześniej do powolnych, uważnych podchodów. Porykiwał i charczał co chwilę, trudno stwierdzić, czy było to wymierzona w mężczyzn groźba, czy też upust dla bólu, który wywoływały zadane przez nich rany. Stworzenie nadal trzymało się twardo na łapach, jednak jego zad w szybkim tempie czerwieniał, a kolejne krople posoki rosiły trawę.

Mężczyźni z włóczniami ponownie zaczęli wysuwać się naprzód, niewątpliwie zachęceni ich wcześniejszym sukcesem. Na ich widok bestia przystanęła i uderzyła łapą w ziemię poirytowana. Zaczął odzywać się w nim strach.

Wtem gdzieś w leśnej gęstwinie rozległ się kobiecy krzyk. Śpiewny dźwięk nie pozostawiał wątpliwości, iż był on w elfickim języku. Z prawej strony mężczyzn, kilka metrów od nich na polanę wypadła długoucha kobieta, odziana jedynie w prostą przepaskę biodrową.

Podbiegła do rannego zwierzęcia, obejmując jego szyję. Niedźwiedź jedynie trącił ją lekko łbem i warknął ponownie, choć w zgoła innej tonacji niż ta dźwięków, które kierowane wcześniej były do wojowników.

Elfka spojrzała na mężczyzn z wyrzutem i wypowiedziała coś w swoim języku. Nic, co mogliby zrozumieć. Zwłaszcza, że spośród niemal trzydziestu wojów co najmniej kilku zdawało się bardziej skupionych na jej piersiach, niż czymkolwiek innym. Pozostali nie mieli raczej wątpliwości, iż miała to być nagana. Po tym zaczęła cicho przemawiać do ich, jak wierzyli, przyszłego obiadu.

Hardim i Revar natomiast stali spokojnie w miejscu. Choć w tego drugiego wbite były dziesiątki par oczu, w których można było dostrzec wyraźne zniecierpliwienie. Ludzie Vaina mieli ochotę rozerwać elfkę, najlepiej zaczynając do wewnątrz. Problem leżał w tym, że właściciel tej zdobyczy jakby nagle odpłynął. Wykorzystała to sama ofiara, która zaczęła podejmować próby wyswobodzenia się z jego ucisku i, zapewne, ucieczki. Szanse miała na to niewielkie, biorąc pod uwagę ile ludzi jeszcze było wokół, jednak była to lepsza perspektywa, niż czekanie na śmierć, lub też dużo gorsze doznania.

Coś jednak odwróciło uwagę obecnych na zewnątrz mężczyzn. Był to krzyk. Krzyk, który raczej należał do jednego z ich plemienników, jak można było sądzić po jego brzmieniu. Jednak wyrażał sobą ból i wściekłość. Coś, czego raczej nie uświadcza się na widok pojmanej elfki.

Krzyk ów dochodził z wnętrza dużego budynku, do którego Vain posłał kolejnych czterech ludzi. Ci jako jedyni jeszcze nie wyszli, gdyż ostatnia grupa, posłana do bliźniaczego jak Revar i Hardim domu, przed chwilą go opuściła nie znalazłszy tak widocznie nikogo.

Po kilku sekundach z budynku wypadł mężczyzna, którego to krzyk mieli okazję usłyszeć. Cokolwiek go stamtąd wypchnęło pozostało poza zasięgiem wzroku zgromadzonych. Wyrzucony z domu jegomość obficie krwawił z dłoni, czy może raczej z jej braku. Zakończenie prawej ręki stanowił kikut, została ucięta tuż pod nadgarstkiem. Sądząc po jej stanie było to jedno, gładkie cięcie, niczym zadane złodziejaszkowi, który dał się przyłapać na kradzieży i poniósł właśnie publiczną karę. Pozostali trzej mężczyźni nie wyszli.

Vain uniósł się nieco w siodle spoglądając na rannego. Splunął na ziemię, wyraźnie wściekły. Spojrzał w stronę swoich ludzi, ewidentnie szukając kogoś, kto wejdzie do środka i posprząta cały ten bajzel.

- Pierdolone drzewołazy – wymamrotał jedynie przy okazji.

Elf przeszedł kilka metrów, po czym odwrócił się spoglądając na Alasjen, która trwała w bezruchu, spoglądając za nim.

- Coś nie tak? – zapytał, mrużąc nieco oczy i przyglądając się jej uważnie.

Xevren wędrował dalej przed siebie, choć parł wciąż bez większego celu. Postanowił kierować się w kierunku lasów, lasy jednak były wszędzie. Więc też pokonywał kolejne metry, licząc na to, iż przypadkiem zdoła wpaść na jakichś ludzi, którzy akurat zapuszczą się w te strony. Zbyt wściekły, lub też leniwy, aby podjąć normalną wędrówkę pokonywał upatrzony dystans raz za razem przy wykorzystaniu magii. Ignorował zupełnie ubytek w jego energii magicznej, który mogło to wywołać. Był zbyt zapatrzony w siebie i oddany kulcie jego własnej siły. Krążył po lesie zbliżając się powoli do jego granic i raz po raz zajmując się kolejnymi myślami o zemście.

Awatar użytkownika
Estelawien
Posty: 186
Rejestracja: 14 sie 2014, 13:06
GG: 47821741
Karta Postaci: viewtopic.php?p=49681#49681

11 paź 2014, 09:50

Elfka słuchała spokojnie elfa, poprawiając nieco swoje ubranie. Skoro miała iść przez chaszcze, czy inne równie przyjemne miejsca lepiej było się nie zaplątać. Przez głowę przebiegła jej tylko krótka myśl, jakoby podsumowująca wywód młodzika Ot kolejny wolny duch. Brzmiało to nieco zabawnie w jej ustach, ale taka była prawda. Z czasem trudno było jej wyłapać różnice, gdy żywe osoby bardziej łączyły się z utartymi schematami, niż czymkolwiek bardziej personalnym. Pewnie zapomniałaby, czy też raczej umieściła tą wypowiedź gdzieś na dalekich peryferiach swego umysłu gdyby na chwilkę nie spotkały się ich spojrzenia. Po ponad pięciu stuleciach trudno było w niej wzbudzić szczególne zaskoczenie, czy zaintrygowanie, a mężczyźnie się to udało. Gdy spoglądała w te oczy, czuła się jakby tonęła w srebrnej studni. Nie żeby to było nieprzyjemne, acz miało swój niepokojący charakter. Jednocześnie gdzieś w sobie zastanawiała się z cichym radością cyrulika entuzjasty, nad pochodzeniem tak niezwykłych patrzałek. Nie mógł być ślepy, było to widać. Nawet ktoś idealnie obeznany z terenem i podobną jej pamięcią nie dałby rady tak doskonale poruszać się wśród innych. Jednak zarazem musiał istnieć jakiś powód, dla którego jego źrenice zlały się z tęczówką, albo raczej w tak specyficzny sposób zabarwiły. Z nutką wstydu odkryła, że mogłaby go sama położyć na stole, przy którym operowała byle uzyskać odpowiedź. Była to jednak przelotna myśl, która nie przetrwała konfrontacji z empatią i rozsądkiem właściwym elfce, pozostawiając tylko nieprzyjemne uczucie gorąca i wstydu, uwidaczniające się na jej teraz rumianych policzkach. Poprawiwszy torbę, uśmiechnęła się do niego ciepło i powiedziała przyjaźnie:

Nie, nie… dostrzegłam jakiś cień, ale to był tylko miraż światła, nic więcej. Chyba zramolałam już do reszty, od tego gadania do drzewek.-odsłoniła ząbki, w łobuzerskim uśmiechu, wyraźnie się z nim drocząc; żartując z samej siebie i trybu życia jaki wiodła–Może i daleka, ale mam wrażenie, że pomimo tego wszystkiego każdy kolejny krok będzie nieco lżejszy. Trochę jak powrót do domu, po długiej podróży. Szkoda tylko, że pewnie chcą tam nas równie mocno, co morowe powietrze.-pokręciła głową rozbawiona i stanęła obok jego boku, by móc swobodnie iść i konwersować.
Awatar użytkownika
Darrian
Posty: 733
Rejestracja: 06 sty 2012, 20:04
Lokalizacja postaci: Oko i Powieka
GG: 10643412
Karta Postaci: viewtopic.php?p=21226#21226

11 paź 2014, 14:02

Mimo czarnowidztwa Awalda wydawało się, że misiek zaczynał zwalniać a krew, której ciągle mu ubywało, zapewne nadzwyczaj pozytywnie wpłynęła na morale jego towarzyszy, którzy znów posuwali się do przodu, a on wraz z nimi. Widać było, że ich zdobycz słabła, a gdy w dodatku zatrzymała się na widok kolejnego ich natarcia, pewnym było, że przewaga była po ich stronie, teraz wystarczyło tylko dokończyć dzieła i pomścić towarzysza, którego kupa futra wcześniej zaatakowała.

Oczywiście, byłoby za łatwo, gdyby po prostu dobili niedźwiedzia, ale chyba nikt nie spodziewał się, że przeszkodzi im w tym półnaga elfka, która z krzykiem wybiegła na polanę, rzucając się do miśka i obejmując go, po drodze bełkotając coś z wyrzutem w stronę mężczyzn. Syn kowala także przez chwilę skupił się na … atrybutach kobiety, bo jednak szybko się zorientować, że jego poprzednie podejrzenia były prawdopodobnie prawdziwe, i ich zdobycz miała do czynienia z elficką magią, co mogłoby tłumaczyć rozmiar i inteligencję. Problem polegał na tym, że zaczęła coś szeptać do zwierza, a proste chłopy mogły pomyśleć w tej sytuacji tylko jedno.

- Nie dajcie jej go zaczarować! Brać ją, kurwa! – Krzyknie Awald, po czym, jeśli zwróci uwagę na pozytywną reakcję na jego plan ze strony pozostałych, ruszy, chcąc swoją "włócznią" odgonić elfkę od zwierza, mając nadzieję, na to, że pozostali będą go osłaniali włóczniami. W razie czego, będzie też gotów odskoczyć od kłów bestii.

Awatar użytkownika
Nessir
Posty: 264
Rejestracja: 31 sty 2013, 17:03
Lokalizacja postaci: Kanały
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2494

14 paź 2014, 21:43

Revar delektował się tą chwilą. Był w centrum uwagi, a jego towarzysze patrzyli na elfkę jak stado wygłodniałych wilków na swą zdobycz. Nie wiedział co ma zrobić z kobietą. Miał tyle możliwości, że nie wiedział na którą się zdecydować. Stojąc w milczeniu opracowywał jakiś wyszukany plan stracenia kobiety. W głowie pojawił mu się pewien pomysł. Mógł przywiązać ją do siodła. Kobieta mogła być jego niewolnicą i podążać za całą drużyną. To dawałoby więcej możliwości zabawy z okaleczeniem długouchej. Szkoda mu było ją tutaj zasiec. Czuł, że nieprędko nadarzy mu się podobna okazja. Ten plan jednak miał pewne słabe strony. Kobieta sprawiałaby za dużo problemów, a nawet istniało ryzyko ucieczki. Nie chciało mu się jej ciągle pilnować.

– Trzeba będzie powiesić kurwę. – powiedział do towarzyszy. Musiał w końcu podjąć decyzję gdyż ofiara zaczynała się wyrywać. Poprawił uchwyt i dwa razy mocno uderzył w twarz z otwartej dłoni. – Dajcie nóż!

Jeśli któryś z jego braci wpadłby na lepszy pomysł to wysłuchałby go i zastanowił się. W końcu ktoś mógłby być nieco bardziej kreatywny niż on. Gdy otrzymał już nóż, chwycił kobietę mocniej i stanął za nią. Musiał w końcu naznaczyć swoją zdobycz. Końcówką ostrza wyrył na jej karku średniej wielkości literkę R. Gdyby elfka się wierzgała, kopniakiem sprowadziłby ją na kolana. Stojąc nad nią dalej kontynuował swoją pracę, upajając się jej krzykiem. Chwilę patrzył na stróżki krwi i swoje dzieło.
Z tej czynności wyrwał go czyiś krzyk. Podniósł kobietę i chwycił mocno za poliki patrząc w oczy. Nie wiedział co w nich zobaczy, ale uśmiechnął się.

– Na tę chwilę jest Wasza! Róbcie co chcecie, ale nie zabijajcie teraz. To chcę zrobić sam. – przemówił po czym pchnął elfkę w ich stronę. Było mu obojętne co z nią zrobią. Niech się trochę zabawią. Sam skierował swoje kroki w stronę wodza. Zauważył, że Vain wyprostował się w siodle. Coś musiało być na rzeczy.

– Wodzu, jeśli pozwolisz to pójdę tam.

Awatar użytkownika
Ropień
Posty: 193
Rejestracja: 20 paź 2013, 15:26
Lokalizacja postaci: Lwi Bród
GG: 6550057
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2770

15 paź 2014, 16:18

Zbyt późno zorientował się, że chwycenie włóczni w taki sposób raczej nie jest dobrym pomysłem. Miał szczęście, że elf był poważnie raniony. Jednak zdawał sobie sprawę z tego, że ich pojedynek mógł wyglądać jak walka pijanych błaznów. Na szczęście całe plemię już było daleko z przodu i nikt tego nie oglądał. Jedynym świadkiem był elf, który zaraz miał paść martwy.

Kiedy długouch złapał za włócznię, Hertran wyczuł swoją szansę. Popchnął z całej siły broń tak, aby wbiła się w ciało przeciwnika. Nie spodziewał sie raczej dużego oporu, ale mimo tego pchnął z całej siły. Ten pojedynek trwał już zdecydowanie za długo. Chciał doprowadzić do jego końca jak najszybciej. Jednak elf ciągle się wymigiwał.

Awatar użytkownika
Xariel
Posty: 923
Rejestracja: 23 mar 2013, 16:28
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 11721007
Karta Postaci: viewtopic.php?p=42135&highlight=#42135

15 paź 2014, 20:47

Wiosna, 24 rok Ery Feniksa

Słońce zaszło, a wódz Półników nie podjął decyzji. Co też uczynić w związku ze zniknięciem jego ludzi. Zrezygnowani członkowie plemienia rozeszli się, pozostawiając Grodnira samemu sobie. Noc nie wypadła tak imponująca jak oczekiwał. Ogniska były stosunkowo niewielkie, nie była ich też ogromna ilość. Większość ludzi obawiała się zapuścić do lasu, aby nazbierać drewno. Kilku, którzy się odważyli podobno też nie wróciło. Mimo to Półnikowie odprawili swoje rytuały i wznieśli pod niebo śpiew. Niósł się daleko wydawany przez potężne gardła, jednak w powietrzu wciąż zdawała się czaić złowroga aura.

Półnikowie bez dalszych przygód spędzili noc, a rankiem zebrali się do dalszej podróży i za swoim przywódcą weszli w las. Grodnir nieprzejęty losem zagubionych ruszył przed siebie aby w końcu stoczyć tak długo wyczekiwany bój z elfami. Szli przed siebie w serce boru. Wszechobecne drzewa, oraz wilgotna ziemia spowalniały znacznie ich pochód, jednak nie mogły go powstrzymać. Ludzie parli przed siebie niestrudzenie. Czas mijał, a sceneria zdawała się nie zmieniać. Grodnira spojrzał gdzieś w bok i uderzyła go nagła myśl, że już któryś raz widzi to samo drzewo. W gruncie rzeczy wszystkie drzewa w lesie wyglądały niemal identycznie, więc takie wrażenie nie powinno nikogo dziwić. Intuicja podpowiadała jednak mężczyźnie, że to jest jedno, dokładnie to samo drzewo, które mija już nie po raz pierwszy. Czyżby zatoczyli koło? Zdawało mu się, że cały czas szli przed siebie skręcając jedynie nieznacznie, aby ominąć przeszkody.

Ścierający się z elfem Hertran chciał wykorzystać to, że tamten chwycił za włócznię i pchnął. Oczywistym jednak było, że skoro jego przeciwnik zdołał złapać drzewiec, a w dodatku ma zamiar ściągnąć jeźdźca z konia, to nie będzie mierzył grotem w swoją stronę. Kolejny atak człowieka przeszył jedynie powietrze, elf natomiast błyskawicznie wykorzystał ten fakt i szarpnął za włócznię.

Hertran runął z konia niczym spadający z klifu głaz lecąc wprost w trawę. Zdziwione zwierzę obróciło łeb i podskoczyło nieco, po czym odbiegło kilka metrów i poczęło obserwować walczących. Wyglądało na wręcz zszokowane faktem, że ujeżdżający je człowiek dał się tak wykiwać.

Długouch natomiast podrzucił lekko glewię, aby uchwycić ją bliżej żeleźca i przymierzył się do pchnięcia w klatkę piersiową mężczyzny. Jeśli chciał on jeszcze kiedykolwiek dogonić swoje plemię, to musiał działać szybko i mądrze.

Słowo "zaczaruje" zadziałało na towarzyszy Awalda niczym ogień ostrzegawczy. Rzucili się do przodu aby odgrodzić elfkę od zwierzęcia, jakkolwiek poczynanie takie mogło nie być zbyt inteligentne. W końcu zmuszało ich to do odwrócenia się plecami do rozwścieczonego zwierzęcia. Kobieta odskoczyła jak poparzona od nadbiegających do niej mężczyzn. Kilku z nich mimo to biegło dalej, chcąc koniecznie ją złapać i przygwoździć do ziemi. Nic nie zapowiadało, aby miało się im to nie udać. Niedźwiedź tymczasem dostał niemałej kurwicy na widok tego co dzieje się przed jego oczami. Ryknął tak, iż ziemia zdawała się zatrząść pod stopami kowala i jego niewielkiego oddziału. Zwierzę uniosło się na tylnych łapach i rzuciło swoim ogromnym cielskiem nawet większy cień na nadbiegających. Mogłoby się to źle skończyć, gdyby nie reakcja jednego z wojów. Zupełnie nieprzejęty biegł przed siebie z okrzykiem bojowym na ustach. Tuż przed niedźwiedziem wybił się w powietrze i z całych, niemałych zresztą, sił wraził w jego trzewia posiadaną włócznię. Zwierzę osiągnęło apogeum swojej wściekłości. Jednym ruchem uderzyło ogromną łapą w hełm człowieka przemieniając jego głowę w krwawą papkę. Miało zamiar ruszyć dalej nie poprzestając na tym, jednak drzewce włóczni zaparły się o ziemię. Wyciągnięta w stronę Awalda łapa potrzebowała jeszcze dobre pół metra, aby dotrzeć do celu, a krew wypływała z rany na brzuchu niczym strumień. Drzewce tkwiącej w niedźwiedzim kadłubie poczęły niebezpiecznie uginać się pod jego ciężarem. Wyglądało na to, że zaraz pękną. A zwierzę, choć ranne naprawdę poważnie, jeszcze nie umarło.

Vain skinął głową pozwalając Revarowi zająć się naglącą teraz sprawą elfiego domostwa. Sam Lew zeskoczył z konia i warknął coś pod nosem, spoglądając na tę zadziwiającą budowlę. Najwyraźniej zdziwił go fakt, że jego ludzie mają jakiś problem, aby uporać się z tym co napotkali w środku. Fakt faktem, było to niespodziewane. Oprócz Revara jeszcze czterech innych ludzi postanowiło sprawdzić co też dzieje się w środku. Żwawym krokiem ruszyli w tamtą stronę rezygnując z ofiary, którą wcześniej dopadł młody mężczyzny. Nie odpuściły jej sobie za to dziesiątki innych mężczyzn, którzy natychmiast zbliżyli się i porwali elfkę w tłum bijąc, kopiąc i zdzierając ubrania. Widok sprawiał, iż Revara dopadły duże wątpliwości czy odzyska swoją zdobycz żywą. niemniej jednak, mógł mieć pewność, że pozostali zabawią się w najlepsze.

Hardim natomiast… Co tu dużo mówić, stał.

Towarzyszący Alasjen uśmiechnął się, nic już nie mówiąc. Coś zdawało się kryć za tym uśmiechem, niewątpliwie zauważył chwilę namysłu, jaka zajęła jej umysł, gdy ich spojrzenia się spotkały. Skinął głową, popędzając ją w ten sposób, aby ruszyli w końcu w drogę. Jak wspominał, mieli przed sobą sporo do przejścia, a czas nie grał na korzyść elfki i jej pobratymców. Zwłaszcza, że aby przekroczyć rzekę musieli ruszyć w stronę ludzkich domostw i dotrzeć do brodu. Dopiero gdy przeszli kawałek w końcu mężczyzna odezwał się.

- Co masz zamiar zrobić, jeśli spotkamy kogoś po drodze? Ludzi jest tutaj wielu, zdajemy się pośród nich ginąć niczym w morzu. A skoro starczyło im odwagi, aby rzucić się do gardła Ylminie, to tym bardziej uznają nas za łatwą ofiarę. Mierzi mnie, że dopuścili się takiego czynu po tym, jak ich przyjęliśmy.

Xevren w swojej podróży dotarł na skraj lasu. Jego oddech nieco przyśpieszył, sporo czasu spędził skacząc z miejsca na miejsce przy pomocy znanego mu zaklęcia. W oddali zobaczył coś, co wyglądało na podróżującą grupę. Nie był w stanie z tej odległości ocenić czy byli to ludzie, czy może elfy. Stanowili jedynie kropki na horyzoncie.

Wróć do „Sesje pozafabularne”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 6 użytkowników online :: 1 zarejestrowany, 0 ukrytych i 5 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Majestic-12 [Bot]
Liczba postów: 52206
Liczba tematów: 2973
Liczba użytkowników: 1047
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Nightmare
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.