Zejście

Miejsce, w którym każdy może wcielić się w rolę Mistrza Gry i poprowadzić wcześniej przygotowaną sesję umieszczoną w dowolnych realiach.
Awatar użytkownika
Anemetius
Posty: 563
Rejestracja: 25 sie 2012, 00:40
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2150#33472

Zejście

25 sty 2015, 22:14

Obrazek
Widok na zniszczoną wioskę w dolinie.
Ciemność. W nieprzeniknionym mroku zbudziła się myśl z głębokiego snu. Serce zabiło pompując życiodajną energię. Moc nasyciła wyschnięte żyły. Uśpione przez niezliczone wieki mechanizmy ruszyły. Z początku powoli, ociężale, każdy ruch trwał wieczność wydając żałosny, pokutny jęk, echo przeszłości. Struktura sekunda po sekundzie nabierała tempa, aż w końcu pracowała z całą wydajnością, wprawiając wszystko w drżenie, wypełniając przestrzeń boską pieśnią. Rzeczywistość niezauważalnie się zmieniła dla śmiertelnych oczu, lecz wszystkie wyższe siły zaklęły się trwożnie. Świadomość sięgnęła oczekując oporu, ale tego już nie było. Bariera zniknęła. Runy zblakły, strażnicy osłabli. Ostrożnie, oczekując pułapki jaźń wysunęła swe macki poza więzienie. Od tysięcy lat nie znała bowiem niczego innego. Jednak nic już jej nie ograniczało – prawie. Istota przepełniona euforią uderzyła z całą swoją potęgą. Świat zadrżał w posadach. Wiedza i wspomnienia zaczęły spływać wprost do bytu. Obserwował każdy zakątek, pochłaniał informacje, analizował docierające do niego dane. Nie wyczuwał Pierwszych, jedynie dostrzegał ich pozostałości. Ruiny. Żyjące rasy były słabe, pozbawione przewodnictwa, rozproszone, skłócone. Świat krwawił i byt wraz z nim, ponieważ stanowili jedność. Złączeni na wieczność. Nadszedł czas. To co zostało powstrzymane milenia temu teraz się ziści. Rytuał zostanie ukończony. Zbawienie – dla wszystkich. Niech się raduje wszelkie życie, niech płaczą bogowie.
*

Krasnolud Kazgar stał przed swoim namiotem przyglądając się kolejnym nowym twarzom, które wkraczały do pośpiesznie wzniesionego obozu. Skrzywił się widząc niedbale zbudowaną palisadę. Jako krasnolud miał obsesję na punkcie perfekcji, zwłaszcza w kwestiach inżynieryjnych. Jeżeli coś się robi to powinno się to robić dobrze albo wcale! Taką wyznawał zasadę, no ale mógł wybaczyć niedokładność ze względu na okoliczności. Palisada nie miała ich przed nikim bronić, choć zapewne nie odparłaby nawet ataku zgrai niziołków. Jednak nawet kamienne mury nic by tu nie pomogły, skoro ich wrogiem była sama ziemia.

Zwrócił swój wzrok na wschód, gdzie rozciągała się zniszczona część doliny. W dawnych latach biegła tamtędy rzeka Lyri. Do niedawna była to bardzo malownicza kraina. Pełna lasów, trawy, zwierząt i czystych stawów. Teraz – za sprawą trzęsienia ziemi – na powierzchnię wypłynęła gorejąca lawa. Ziemia zaś pękła tworząc istną pajęczynę potężnych szczelin, z których największa miała ponad dwieście metrów szerokości i ciągnęła się tak głęboko, że na jej dnie bulgotało morze ognia, czasami podczas erupcji zalewając okolicę gradem rozżarzonej skały. Parę pojedynczych okolicznych gór zamieniło się wulkany leniwie wypluwające pasma smoczej krwi, jak często nazywano lawę w tych stronach. Nikomu nieznane kryształy wyrosły jak grzyby po deszczu. Miały różne kształty i rozmiary. Jeden z nich znajdował się tuż obok krasnoluda, doprowadzając go do furii swoim wysokim, buzującym dźwiękiem. Cały obóz był w nim pogrążony. Początkowo zdawał się całkiem przyjemny dla ucha, jednak po kilkunastu godzinach wsłuchiwania się można było stracić zdrowe zmysły. By tego uniknąć wieczorem wpychał sobie kawałki materiału do uszu. Zauważył również, że źle sypiał. Śniły mu się jakieś psychodeliczne wydarzenia, wielkie przestrzenie i różne geometryczne kształty. Nie rozumiał. Czy to coś mogło znaczyć?

Potrząsł głową dotykając masywną dłonią zimnego kryształu. Poczuł dreszcze wzdłuż kręgosłupa. Uczeni z całego kraju przybyli rozwikłać ich tajemnicę. I wciąż przybywali. Zresztą nie tylko oni. Już teraz obóz przypominał małą wioskę, gdzie zamiast chałup stały namioty i wozy. Co chwila ktoś się krzątał próbując upchnąć naiwnym jakieś amulety odpędzenia od złego, marnej jakości mikstury, które zamiast leczyć prędzej pomogłyby zejść z tego świata oraz inny szajs nie wart złamanego miedziaka. Były jednak pośród tej zgrai oszustów i nieudaczników osobniki znające się na swoim fachu. Całe szczęście, że zamówił w Minaloit odpowiednie zapasy, inaczej by przepłacił i to słono, a żaden krasnolud nie lubił wydawać więcej niż potrzeba.

Wrócił do namiotu zasiadając za niewielkim biurkiem zawalonym książkami. Studiował mapy i przekazy historyczne szukając jakiś wzmianek o podziemiach w tym rejonie, lecz na nic konkretnego się nie natknął. Może to były korytarze mrocznych elfów? Ale jeżeli tak to gdzie ich mieszkańcy? Przecież ta rasa nie wymarła, nie, to niemożliwe. Było tyle możliwości, jednak żadna nie wydawała się realna. Słyszał że kilka ekspedycji już ruszyło w głąb podziemi. Żadna do tej pory ani nie wróciła, ani nie dała znaku życia. Poza tym zlokalizowano znacznie więcej wejść niż początkowo przypuszczano. Każda z powstałych szczelin, a było ich, cóż, dużo – miała w sobie co najmniej po dwa wejścia. Nie wspominając już o wielu wejściach powstałych na powierzchni. Czasami bywało tak, że zbyt ciężki wóz przejeżdżał nad korytarzem, którego sufit był uszkodzony i ten zawalał się, tworząc kolejne wejście. Było ich po prostu zbyt dużo, aby każde należycie zbadać. W wielu przypadkach natomiast okazywało się że wejścia prowadziły donikąd bowiem korytarze albo były zasypane, albo skrywały zabójcze pułapki. Jedna z ekspedycji zaklinała się jakoby posadzka w korytarzu zamieniła się w ogień. Nie wiadomo na ile było w tym prawdy, lecz z eskapady wróciło tylko kilka jednostek. Na chwilę obecną poznano trzy wielkie wejścia. Aczkolwiek Kazgar wiedział o jednym, znanym tylko sobie. Znalazł je badając wschodnią stronę osuniętej góry. Wiązał z tym wejściem wielkie nadzieje, dlatego trzymał jego istnienie w całkowitej tajemnicy. Do czasu aż zgromadzi drużynę i wyruszy odkryć jego sekret. Krasnoludy – mimo swoich wielu cnót – posiadały także bardzo paskudne wady. A jedną z nich była chciwość. A Kazgar jako historyk był chciwy wiedzy.

Złączył dłonie opierając łokcie o blat. Spojrzenie małych, czarnych oczu skupiło się na skaczącym płomyku świecy.

*
Jak to się wszystko zaczęło?
Spotkali się w Minaloit, w jednej z karczm, gdzie usłyszeli o wydarzeniach w Górach Ikrem. Zbieg okoliczności? Zrządzenie losu? A może przeznaczenie? To pozostawało tajemnicą. Zapytacie się – ale dlaczego akurat tutaj? Dlaczego w tym momencie? Czasami by zaistniał bohater wkroczyć musi przeznaczenie. Była to godzina próby wszelkiego istnienia. Życie wielu leżało w rękach nielicznych. Spośród milionów ci zostali wybrani przez los oraz czas, gdyż koniec był tuż, tuż. Cień kładł się na krainę oraz świat, mimo że nikt nie był w stanie go widzieć. Nie byli w stanie, gdyż zapomniano o dawnych czasach i nie było już nikogo, kto by o nich pamiętał…

Początkowo nie zainteresowali się kataklizmem, który nawiedził Autonomię. Wydawał się odległy, nie odczuwano tu bowiem jego skutków, a w górach mieszkało niewielu. Wszyscy mieli własne problemy lub troski, niektórzy zapewne kontrakty do spełnienia, a w karczmie znaleźli się tylko na spoczynek i grzaniec ciepłego miodu w zimową noc. Jednak gdy do przybytku wkroczył pewien krasnolud wraz z człowiekiem – wszystko się zmieniło. Ten krasnolud, o imieniu Targan, był asystentem Kazgara z rodu Brasina, wielkiego historyka i mistrza nauk znanego w całym Minaloit i poza granicami. Oświadczył, że poszukuje bohaterów gotowych podjąć się trudu zbadania niebezpiecznych ruin odkrytych właśnie w nawiedzonej przez zniszczenie dolinie. Obiecał bajeczne wynagrodzenie, co miał potwierdzić przybyły wraz z nim człowiek przedstawiający się jako Łapa, najemnik. W dowód dobrej woli krasnolud pokrył koszty jadła i noclegu dla wszystkich. Pito i jedzono bez umiaru korzystając z dobrodziejstwa nieznajomego. Członkowie przyszłej drużyny nie znali się. Różnili się pochodzeniem, wierzeniem oraz charakterem. Jednak połączył ich tej nocy jedno – żądza przygody i sławy. Bogactwo i chwała. Myśl o zaginionych skarbach rodem z legend i baśń odpowiadanych przez bardów. Od kielicha do kielicha i od słowa do słowa przyjęli propozycję Targana zawierzając mu. Następnego dnia, o samym świcie opuścili miasto wraz z karawaną zapasów Kazgara. Było tam wszystko co potrzebne do wielkiej wyprawy. Jadło, napoje, broń, zbroje, magiczne przedmioty i inne wspaniałości. Torgan obiecał, że jeżeli podpiszą umowę z Kazgarem jego mistrz z pewnością powierzy im część tych wspaniałości. To tylko wzmocniło zapał podróżników.

W wygodnych powozach, otuleni ciepłymi futrami, podróżowali przez krainę zbliżając się coraz bardziej do doliny. Świadczył o tym widok nieba, które na zachodzie przypominało olbrzymi czarny obłok zwisający nad szarym, zeschniętym lądem. Jakiż to był kontrast w porównaniu do otaczającego ich krajobrazu pogrążonego w łagodnym, zimowym śnie. Biały puch zalegał na drzewach, rzeki i jeziora natomiast skute były taflą lodu. Nie zamartwiano się jednak. Pito miód, zajadano pieczone mięsiwo, słuchano opowieści Torgana i innych członków karawany, przyszła drużyna powoli się poznawała, chociaż daleka była przed nimi droga do tego tytułu. Po kilku dniach przybyli do doliny. Do Otchłani. Śnieg ustąpił lawie, chłodne powietrze gorącym podmuchom gniewnego, wzburzonego wiatru, rześki zapach lasów duszącemu odorowi siarki oraz podziemnych wyziewów. Obrazu katastrofy dopełniały krystaliczne formacje wyrastające z ziemi niczym bolesne zadry. Wysoki, czysty ton rozbrzmiewał w całej okolicy. Przemawiał on do każdego na swój sposób, budząc w słyszących go rozumnych istotach różne emocje. Od smutku, wesołości, po żal i rozpacz. Nie były one intensywne, nie zaćmiewały umysłu, lecz ich rozgłos ciągle towarzyszył niczym irytująca mucha bzycząca koło ucha.

Musicie się przyzwyczaić - odezwał się Torgan siedzący pośród poszukiwaczy przygód z butelką wina w dłoni. Nie miał już na sobie futra ani żadnego ciężkiego, wierzchniego odzienia. Temperatura tutaj panująca przypominała tę w samym środku lata. Żar bijący od rzek lawy i nagrzanego podłoża był nieznośny, do tego odchodziło suche, duszne powietrze. – Najgorzej jest w nocy, kiedy jest cicho. Ale to i tak nic w porównaniu do zdradliwego podłoża. Musicie uważać gdzie stąpacie, jeden nieostrożny ruch i ziemia otworzy się pod waszymi stopami i was pochłonie. Najlepiej nie zbaczać ze ścieżki.


Puknął się w nos uśmiechając szeroko.


Raz żem widział jak jeden z wozów wpadł prosto w ogień. Jechał i puf, nie ma. Tylko wielka dziura żaru.


Hlóin mógł potwierdzić te słowa. Niemal czuł jak ziemia krzyczy rozdzierana przez jakieś straszliwe, niepojęte moce. Nie potrafił ich w żaden sposób określić. Po prostu czuł w głębi duszy agonię skał. Rzadko doświadczał takich przeżyć, ale żadne, które przeżył nie było tak intensywne jak to. Nie tylko on czuł, że coś jest nie w porządku. Energia magiczna była w dolinie niezwykle silna, zagęszczona. Zdawało się jakby zakryła wszystko aż po horyzont jakimś kloszem, dławiąc to co pod nią. Czarowanie nie będzie łatwe w takich warunkach, każda taka próba będzie wiązać się z dodatkowym ryzykiem.


Mistrz Kazgar to wyjątkowa osoba – kontynuował krasnolud łypią co chwila potężny łyk wina, aż mu nieco ściekało po bujnej, rudej brodzie. – Żyje bardzo długo, nawet jak na krasnoluda. I źle nie wygląda. Wciąż ma siły na małe co-nieco – mówiąc to zaśmiał się rubasznie. – Ale tak naprawdę jest bardzo poważny. Spędza całe dnie nad księgami, czyta i pisze, to jeden z największych mędrców po tej stronie świata. Sami zobaczycie.


W końcu dostrzeżono obóz pilnowany przez dwójkę strażników dzierżących włócznie. Kilku chodziło ostrożnie wzdłuż palisady wypatrując intruzów. Po ich zbrojach i odznaczeniach można było wywnioskować, że służą oni namiestnikowi Minaloit. Dość logiczne zważając na to, że całe wydarzenie miało miejsce na jego ziemiach. Gdy karawana zawitała do środka skierowała się ku wysokiemu, czerwonemu namiotowi. Rozłożony był przed okrągłym placem, wokół którego znajdowały się te największe i najważniejsze. Wśród nich można było dostrzec na przykład fioletowy należący do magów z akademii magicznej Morinhtaru czy też biało-złoty Zakonu Lorveniuszy.


Powóz zwolnił zatrzymując się. Torgan zatarł dłonie.


Koniec wycieczki – oznajmił głośno i zeskoczył na ziemię. – Teraz poznacie swojego pracodawcę.


Wskazał ręką wejście do namiotu, czyniąc zapraszający gest. Poszukiwacze przygód bez zbędnego ociągania się weszli do środka.


Wnętrze spowite było w lekkim półmroku. Powietrze zaś wypełniał lekko słodki zapach przynoszący na myśl bukiet kwiatów. Kłęby szarawo-białego dymu wydostawały się z dwóch wysokich, kamiennych koksowników stojących przy wejściu. Ogień się w nich tlący miał dziwny niebieski odcień. Ziemię wyścielał włochaty dywan tłumiący odgłos kroków. Za stojącym pośrodku masywnym biurkiem zasiadał krasnolud pogrążony w lekturze opasłej księgi. Pomagał sobie w czytaniu lupą.


Wzrostem nie różnił się od swoich pobratymców. Jednak tylko na tym kończyło się podobieństwo. Skórę bowiem miał gładką, nie twardą i pomarszczoną jak większość krewniaków. Czarną kozią bródkę zadbaną, lśniącą i związaną na przemian srebrną oraz złotą nicą. Paznokcie przycięte, czyste. Włosy ciemnie, długie, gęsto opadające kaskadą na mocarne ramiona wyraźnie zarysowane spod burgundowej, jednolitej szaty.


Mistrzu - rzekł Targan z szacunkiem i powagą, jakże niepasującą do obrazu krasnoluda, który wraz z podróżnikami pił i żartował przez cały czas.


Kazgar odłożył księgę podnosząc wzrok. Widząc Łapę zmarszczył nieco brwi, ale na ustach wykwitł mu nikły uśmiech. Ten człowiek, heh. Wstał rozkładając szeroko ręce.


Witam was, śmiałkowie! Ufam że podróż minęła spokojnie i mój asystent zapewnił wszelkie wygody. Nie lubię owijać w bawełnę i zabaw słownych. Powiem wprost. Chcę byście razem ze mną zeszli w samo serce mroku. Widzieliście okolicę, więc zapewne wyobrażacie sobie jak to wszystko wygląda tam – Kiwnął głową do tyłu jakby chcąc im wskazać rozciągające się poza obozem liczne rozpadliny i szczeliny. – Niemniej wiem że możecie mieć różnorakie pytania, wątpliwości, dlatego nawet jeśli się teraz zgodzicie to wyruszymy dopiero jutro o świcie. Czas ten możecie spożytkować na dogłębniejsze zapoznanie się z sytuacją panującą w dolinie, pytania lub zabawę. Z mojej strony zapewniam sowitą zapłatę. Słowa dotrzymuję, Torgan!


Asystent skoczył ku kufrowi leżącemu przy łóżku i wyjął z niego kilka pergaminów, po jednym dla każdego z nowoprzybyłych.


Za pomoc w zejściu oferuję wam na głowę: po sto sztuk złotych monet, sto srebrnych i trzysta miedzianych. Po dwa rasowe konie czystej krwi z najlepszych stajni Autonomii, do tego otrzymacie prawo do pięćdziesięciu procent znaleźnego łupu. Podzielicie się nim według własnego uznania.


Kwota była porażająca. Łapa, który kilka razy pracował dla historyka podczas różnych ekspedycji nigdy nie otrzymał więcej niż pięćdziesiąt suwerenów jako całość, a w niektórych przygodach przyszło mu się otrzeć o śmierć. Skoro w tym przypadku oferowano takie sumy, to jakie było niebezpieczeństwo? Wszyscy zapewne mieli podobne myśli, jednak wizja takiego bogactwa była nie do odparcia.


Targan ułożył pergaminy na biurku wkładając pióro do kałamarza.


Wystarczy się podpisać – powiedział Kazgar ze słabo pobrzmiewającą w tle niepewnością. Złączył dłonie za plecami. – To tylko formalność. Wasz pierwszy krok. Uwierzcie mi. To odmieni oblicze wszystkiego.



>> Niniejszym zaczynam. Zastanawiałem się czy nie zacząć od rauz w podziemiach, ale obiecałem że będziecie mogli zrobić jakieś zakupy i nieco się poznać nim skoczycie do wody. Toeretycznie jako tako się znacie, bo razem jechaliście przez parę dni w karawanie, ale to taka dość pobieżna znajomość, ot, imiona i niewiele więcej. W obozie jest wszystko, karczma, burdel i tak dalej, dla każdego coś się znajdzie, wystarczy popytać. Warto pytać, może odwiedzić magów z Mori albo namiot pladynów i poprosić o błogosławieństwo. Zaczynamy i mam nadzieję, że będziemy się dobrze bawić.
Awatar użytkownika
Aleksis Bentrum
Posty: 1188
Rejestracja: 29 paź 2011, 16:01
Lokalizacja postaci: Dwór Pomiędzy Spektrami
GG: 50433717
Karta Postaci: viewtopic.php?t=961

26 sty 2015, 01:28

Nie lubił Minaloit. Dawniej ponure miasteczko nie przyciągało żadnego spojrzenia. Wymarłe, naznaczone przez tajemniczą zarazę, bez żadnych perspektyw. Dzisiaj roiło się od krasnoludów. Osiedle w cieniu Gór Ikrem przytłaczało swąatmosferą. Łatwo było tutaj o kłopoty. Robota to robota, pieniądz nie wybierał, cierpliwie czekał. Łapa był ciekaw, kto tym razem stawiał życie za monetę?

Wszedł do karczmy zaraz za krasnoludem. Targan był w porządku. Gęba rzadko mu się zamykała, potrafił bydlak opowiadać. Dobry kamrat do kufla, gorszy na robotę. Pierwszy krok był najgorszy. Smród srebra przyciągał wielkie i brzydkie muchy. Nieużyteczne mizeroty, naciągaczy, cholerne pijawki. Łapa ściągnął maskę z twarzy. Trzymał ją w lewej dłoni. Rozejrzał się po izbie. Wzrok najemnika przyciągnął ogromny bydlak. Zielonoskóry stwór, chędożony ork! Dziwne, że nic go nie zabiło po drodze do Minaloit. Łapa raz w życiu widział orka. Od tamtej pory wolał się trzymać z dala od tych dzikusów. Spojrzenie Łapy powędrowało dalej. Brody, brody… Krasnoludy na dobre opanowały miasto. Oko pomocnika Targana zatrzymało się na pięknej kobiecie. Jej ubiór czynił ją prawie nagą, w oczach Łapy była już pozbawiona swych skromnych szat. Czyżby sprowadzano najlepsze kurtyzany Autonomii? Pewnie w błyskawicznym tempie wysysała witalność z mężczyzny wraz z jego srebrem z sakiewki. Łapa puścił do niej oczko albo całą ich serię, aby przyciągnąć ku sobie uwagę istnego bóstwa. Choćby na krótką chwilę spojrzeć w jej oczy. Zapewne to zmotywowałoby go do podejścia do niej. Potem pytanie o cenę i można przejść do rzeczy. Jedynie ten kostur wzbudzał pewne wątpliwości, bardzo złe wątpliwości…

Najemnik trzymał się swego towarzysza. Nie gadał, kiedy nie trzeba było gadać. Potwierdzał informacje, kiedy trza było potwierdzać informacje. Czekał, aż Targan zbierze wokół siebie grupę naiwnych głupców. Wtedy zaczęłoby się dobre chlanie i okazja do nawiązania znajomości. Łapa nie pomylił się i tym razem. Chlanie nadeszło niczym imperialna armia zachodu. Lała się gorzała, lało się piwo. Piło się, a wraz z Łapą potencjalni chętni na przygodę. Dwa krasnoludy. Jeden z nich miał poczciwą mordę. Wielu zbójów uśmiechało się jak czcigodni kapłani. Ciekawym doświadczeniem musiało być umieranie z ostrzem penetrującym bebechy, a jedyny obraz przed oczami to ta chędożona mina, która przecież nie zapowiadała niczego złego! Przyjazny krasnolud to zapewne najgorszy, upierdliwy krasnolud! Drugi kurdupel był rudym draniem zakutym w pancerz. Niebieskooki wyznawca Zeatela, pewnie jakiś przeklęty. Każdy z nich miał ciemne oczy, akurat temu skurwielowi przytrafiły się niebieskie. Czary jakieś. Osobnik o rudej brodzie dzierżył niezły młot. Łapa nie zdziwiłby się, gdyby to cholerstwo było zdolne do wbijania niziołków w ziemię niczym drewniane pale. Jednakże rudzielec zdawał się całkiem normalnym gościem, gdy porównywało się go z wariatką głaszczącą czaszkę jakiegoś biednego zwierza. W oczach łotra kobieta była wychudzona, słaba i kompletnie szalona. Zwracała na siebie uwagę. Może marzył się jej stos? Wiedźma się znalazła w orszaku dziwaków – nie mogło jej zabraknąć!

- Łapa jestem. Wasze zdrowie! – przedstawiwszy się, łyknął gorzałę z kufla. Najwidoczniej wolał wódkę od piwa.

Nie spodziewał się trzech elfów w grupie. Tolerował tylko jednego przedstawiciela tej długowiecznej rasy, piękną złotowłosą elfkę. Jakże przerażająca była wizja posiekanych, elfich ciał. Trzy krasnoludy w ekipie plus ork, delikatne istotki nie miały czego tutaj szukać. Szczególnie jeden długouchy denerwował Łapę. Łysy elf odziany w szatę. Nie mogło się obejść bez kostura. Panowała jakaś moda na cholerne kijaszki, albowiem przyszła żona łotra miała kostur, upiorna baba posiadała kostur i łysy nieszczęśnik. Jego kolega, długowłosy szyszkojad, wyglądał niewiele lepiej. Poszukiwacz przygód mimowolnie zerknął na torbę kamrata. Była mała, skromna. Piwnooki podrapał się po nosie. Wystukiwał powolny rytm na swej ceramicznej masce. Spoczywała ona na jego schowanych pod warstwą futra nogach.

Przyzwyczajenie się do obecności mocarnego orka było nie lada wyzwaniem. Bestia miała białe ślepia, na wściekliznę chora? Facjatę miał on zaoraną brzydotą i doświadczeniem, to zawsze się ze sobą łączyło.

Targan gadał. Dobrze, zabijał chłop czas.

- Niektórzy są dosyć ciężcy – wszedł w słowo ucznia historyka, kiedy ten wspominał o niepewnym podłożu. - Uważajcie. Nikt nie zdoła was wyciągnąć, gdy wpadniecie w ten siarczysty syf, panowie. – Wymienił spojrzenia z opancerzonym rudzielcem i orkiem.

- Na wojnę nie idziemy… – dodał mimochodem, gdy skierował wzrok na zabrudzone czernią niebo, tak obce i niepodobne do świata pogrążonego w zimie. Otchłań czekała.

Stał z założoną maską we wnętrzu namiotu pracodawcy. Gdyby nie drugie oblicze człowieka, każdy z kumów w mig zauważyłby ogromne zdziwienie na jego mordzie. Historyk oferował wielki majątek, życie w przyszłych luksusach, płacił spełnionymi marzeniami! Wejść w serce mroku i wyjść jako jeden z najbogatszych ludzi świata.

Łotr spoważniał, bo jedno gnębiło go niemiłosiernie.

- Nadal nie wiadomo, jakie zagrożenia tam czyhają, historyku? – zapytał retorycznie. - Te kryształy śmierdzą magią, a magia to śmierć. Przydałoby się coś, co tę magię pokonuje! Jeśli ten dźwięk będzie tam potężniejszy… – Nie dokończył myśli, gdy wsłuchał się w melodię kryształu.

Gdy obcował z tymi niezbadanymi artefaktami, po dłuższej chwili Łapę ogarniała melancholia. Dobry humor gdzieś znikał, pozostawał pesymizm, niewyjaśniona tęsknota za czymś nieznanym. Umysł człowieka nie potrafił tego wyjaśnić. Nie chciał nawet spróbować.

- A, pierdolić to. Raz matka rodziła.- Podszedł do pergaminu. Złapał za pióro, postawił krzyżyk jako podpis.


- Idę się rozejrzeć po obozowisku. Do potem.

Opuścił lożę Kazgara. Łapa przeszedł się po obozowisku, poszukując dodatkowych kontaktów. Zbierał informacje, przede wszystkich poszukiwał odpowiedzi na temat kryształów. Bał się ich jak ognia. Najemnik kręcił się blisko terytorium Rebelii. Zaczepiał nisko postawionych magów, drobne rybki. Pewnie mało wiedzieli, lecz lepiej nie pokazywać się grubszym zawodnikom. Ponoć niektóre czaromioty do łba zaglądały. Poszukiwanie informacji zakończyło się w karczemnym namiocie. Tam Łapa próbował naciągnąć kogoś na darmowe piwo, zanudzając potencjalnego dobrodzieja zmyślonymi historiami.

Awatar użytkownika
Tusaradesz Biały Rycerz
Posty: 15
Rejestracja: 23 sty 2015, 13:32
Lokalizacja postaci: Podwichra
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3407

26 sty 2015, 18:11

Wyprawa świetnie się zapowiadała. Panujący tu gorąc już dawał się Kalmarosowi we znaki, przyprawiając go o dziką chęć zrzucenia własnej skóry, tylko by trochę sobie ulżyć. Wiedział, że musi jakoś wytrzymać, a myślenie o tym tylko pogarszało sprawę, zamieniając każdą minutę w kolejne dziesięć. Czując się jak kawał mięcha zawieszony nad ogniem mógł jedynie rzucić swym umysłem w przyszłość, wypatrując tam czegoś, co sprowadziło tu nie tylko jego, ale też i prawdziwe tłumy wszelkiej maści śmiałków z najdalszych zakątków Autonomii. Gdyby nie paru okutych metalem osiłków można by było pomyśleć, że jest to swego rodzaju cyrkowe obozowisko, albo coś w tym stylu. Gdzieś dalej buchały płomienie, zasłaniając niebo swymi w pocie czoła wyprodukowanymi, czarnymi jak zaświaty wyziewami, pozbawiając tym samym urzędujących poniżej, niedoszłych badaczy widoku przyozdobionego gwiazdami nieba. Sama okolica wyglądała jakby to właśnie tu miał początek rozsławiany przez rynkowych głupców koniec świata. Widok ten zmusił Kalmarosa do ponownego przemyślenia wykrzykiwanych przez nich haseł, w jego głowie zaczęły rodzić się pytania, a jedno z nich nurtowało go najbardziej. Co tu się właściwie stało? Całym sercem liczył, że będzie mu dane się tego dowiedzieć, ale nie tylko tego, miejsce to skrywało dziesiątki, jeśli nie setki tajemnic. Prawdziwy raj dla osób jego pokroju – wielkich umysłów łaknących wiedzy… i nie tylko. Choć takie osoby były raczej w mniejszości, ale cóż, było to absolutnie logiczne, przecież intelektualiści nie będą przerzucać gruzów, czy innego, szeroko rozumianego syfu.

Namiot, a w nim zgraja o skrajnie różnych aparycjach i osobowościach, z tym ostatnim zgadywał, bo tak właściwie to ich nie znał i nie był pewien, czy w ogóle chciał ich poznawać. Kto tu w ogóle wpuścił tego orka, myślałem, że to ekspedycja istot rozumnych, a nie zwierząt. Ale jak to mówią, najlepszych przyjaciół poznaje się w biedzie, nie miał jeszcze choćby przybliżonego obrazu, jak to się wszystko potoczy. W międzyczasie krasnoludki zaczęły swoją gadaninę. No, mamy absolutne zero konkretów, ale po co one komu, prawda? Damy radę, ta drużyna już niejeden sekret świata odkryła. Chyba będę musiał pogrzebać tu i tam we własnym zakresie… Ale ta suma, oferowane przez nich pieniądze, są, cóż, gargantuiczne. Obiecują pół królestwa i górę złota, by ludzie rzucili się za tą obietnicą w samą otchłań. Czy oni zakładają, że część, być może większość, nie wyjdzie z tej dziury? A może nawet wszyscy? Co wiedzą oni, czego my nie wiemy, i nie chcą się tym podzielić?

Jakiś śmieszny człowieczyna w równie śmiesznej masce wyskoczył przed szereg, jego niepotrzebny komentarz wydawał się równie zbędny jak jego obecność tutaj, ale na to już nikt nie miał wpływu. Nakreślił na pergaminie krzyżyk, miast się podpisać. Kalmaros musiał skoncentrować swoje wysiłki na zduszeniu śmiechu, który to z pewnością był nie na miejscu.

- Witamy na pokładzie, panie Krzyżyku. – Zachichotał cichutko pod nosem. Zbliżył się do stołu zaraz po nim, po czym chwycił pióro i potrząsając nim delikatnie pozbył się nadmiaru atramentu, spojrzał jeszcze na krasnoluda – organizatora całej tej wyprawy i zwrócił się do niego.

- Zakładamy, że jest to nienaturalne zjawisko, tak? W takim razie co spodziewamy się tam znaleźć? I czy jesteśmy pierwszą ekspedycją, która się tam udaje? – Pytania te niezwykle go nurtowały, a informacji było jak na lekarstwo, rosła w nim irytacja. Przyłożył czubek pióra do papieru i nie szczędząc wszelkiego rodzaju zawijasów podpisał się swym imieniem. Czuł się, jakby właśnie sprzedał demonom swoją duszę, przeszył go dreszcz, fala złego przeczucia, pokręcił głową – teraz mógł iść już tylko naprzód. Po chwili i on opuścił namiot, musiał się rozejrzeć.

W jego głowie cały czas rozbrzmiewał ten cichutki, przyjemny dźwięk, nawoływał go gdzieś z oddali niczym syreny wabiące marynarzy swym przecudownym śpiewem, elf nie mógł się mu oprzeć. Oddalił się nieco dalej i po zlokalizowaniu okolicznych kryształów zbliżył się do najbliższego z nich.

- Jakiś ty piękny, kryształku, powiedz, twój śpiew… nie ma fizycznego źródła prawda? Ach, oczywiście, że nie, przecież nie masz lutni, krysztale, jak mógłbyś wytwarzać dźwięk fizycznie? A zatem, jak to robisz, krysztale? Rozumiem, że wytwarzasz dźwięk magicznie, po co? Robisz to specjalnie, czy jesteś tylko echem, skutkiem ubocznym… czegoś? Czego? Ale czy twój pisk jest dźwiękiem, czy tylko iluzją, telepatycznym przekazem, który trafia do mojej głowy?

Kalmaros oddalił się na kilka kroków, zatkał uszy tak szczelnie, jak tylko mógł, wspomógł się przy tym długimi rękawami jego koszuli. Dźwięk wydawał się lekko stłumiony. Wrócił na wcześniejszą pozycję.

– Rzeczywisty dźwięk, po co to robisz, niesie to jakieś skutki, czy może tak jak wcześniej zgadywałem – jesteś tylko pozbawionym znaczenia efektem ubocznym? Niezmiernie mnie ciekawisz, wiesz? Nie dostrzegam sensu w twoim istnieniu, a przecież istniejesz, i śpiewasz, specjalnie dla mnie. Może jestem tylko ślepy i nie widzę tego, co powinienem zobaczyć. Lubisz magię, krysztale? Czy magia lubi ciebie? Zobaczymy.

Elf skupił się i sięgając do swego wnętrza pobudził drzemiącą w nim magiczną energię, miał nadzieję, że jego moc zacznie rezonować z kryształem, który to w jakikolwiek sposób zareaguje, może dźwięk będzie silniejszy, może słabszy, może się zmieni, a może wybuchnie? Podejrzewał, że nie stanie się absolutnie nic, ale i wtedy będzie o krok bliższy do poznania odpowiedzi. Przyłożył dłoń do kryształu, był gładki.

– A więc? Jak mi zaśpiewasz, kamyczku? Czujesz jak przepływa przez ciebie magia? Tak? Nie? Ech, opowiedz mi o sobie. Albo nie, czekaj, nie mów. Przecież nie będziesz mi psuł zabawy, ty mały rozbójniku. Później jeszcze pogadamy, a przynajmniej żywię taką nadzieję. – Oddalił się wypowiedziawszy te słowa, chciał jeszcze trochę pokręcić się po obozowisku. Zdecydował, że poszuka stanowisk jakichś magów, może koledzy po fachu podzielą się z nim czymś ciekawym?

*Administrator nie chce mnie zunbanować, muszę pisać z tego konta, ale gdy już będę miał ku temu sposobność, to posty zaczną pojawiać się z konta Drytrak. Mam nadzieję, że nie wywoła to zbyt dużego zamieszania.
Awatar użytkownika
Tonuryn
Posty: 132
Rejestracja: 18 wrz 2014, 21:11
Lokalizacja postaci: Kamienica Artmerów
Discord: Youmuu
GG: 52562577
Karta Postaci: viewtopic.php?p=50324#50324

26 sty 2015, 19:46

Choć nigdy w życiu by tego po sobie nie pokazała, Doskonałość czuła się świetnie. Mimo tego, że cała ta farsa przypominała najgorszą z bajek o dzielnych poszukiwaczach przygód, elfka i tak była, na swój osobliwy sposób, podekscytowana. Gorący wiatr, powietrze wypełnione siarczystymi wyziewami, ciężka atmosfera i strach przed tym, co nadciąga. Taką presję lubiła. Podobny nacisk, aura niecierpliwości. Kochała wyzwania. Ostatnie lata jakoś nie były owocne w żadne ciekawsze wydarzenia, toteż wiązała z niedawnymi plotkami o katakliźmie duże nadzieje, chcąc nie tylko rozwiać spowijającą ją od jakiegoś czasu nudę, ale także usunąć kilku… niegodziwców. Sumy, które proponował krasnoludzki organizator całej tej wyprawy z pewnością przyciągały nie tylko żądnych przygód głuptasków, ale też wszelkiego rodzaju szumowiny i życiowych nieudaczników. Pieniądze nie miały dla niej żadnej wartości. Waga, jaką przywiązywali do nich krótkożyjący, była dla niej niedorzeczna. Jedynym, co się liczyło i o co warto było walczyć, była sprawiedliwość i równowaga. A jeśli oznaczało to pakowanie się w cyrk na kółkach, to tym lepiej. Ironia była jedną z niewielu rzeczy, które Doskonałość wciąż ceniła. Ceniła i praktykowała. Patrzenie na próby ogarnięcia umysłem powodów, dla których ukształtowała sobie właśnie taką aparycję było przednią zabawą.

Tuż po tym, jak dwójka w gorącej wodzie kąpanych mężczyzn, poznanego w podróży najemnika i jakiegoś niszowego maga, złożyła swoje podpisy na pergaminach, Vatrovadia godnie wystąpiła z grupy wciąż oszołomionych wzmianką o pieniądzach uczestników wyprawy i podeszła do stołu, nie wahając się. Z niejaką trudnością przychodziło jej pisanie w ludzkim języku. Czytała za to świetnie, miała więc jakieś pojęcie o tym, jak wyglądało jej imię zapisane w tym dialekcie.
Pstryknęła idealnymi paluszkami, wykrzesywując w ten sposób kilka drobnych iskier. Drobne zaklęcie spadło z jej dłoni i uderzyło w pergamin, przyjmując postać niemal białego ognia i wypalając na powierzchni umowy perfekcyjną kopię jej imienia, którą już tyle razy widziała w swoim życiu. Czar otworzył się niczym kwiat. Ludzie lubili widowiskowość. Fakt, że nie była pierwszą osobą, która złożyła podpis trochę psuł efekt, ale nie miała nic lepszego do zaoferowania w takiej sytuacji. Jej ironiczna ekstrawagancja i tak zakrawała już o chorobę umysłową, więc nie powinno to jakkolwiek zaszkodzić efektowności jej skromnego gestu.

Uśmiechnęła się, zarówno ironicznie jak i szczerze, zadowolona z cyrku, jaki odstawiła. Opuściła namiot przy cichej owacji zdziwionych spojrzeń i stłumionego postukiwania jej kostura o ziemię. Widziała oddalającego się Łapę. Wyglądał jej na jeszcze jednego amatora skąpo ubranych kurew, jeszcze jednego łaknącego jej wrodzonego, elfiego piękna ludzkiego mężczyznę. Wątpiła w to, że znajdzie w nim cokolwiek wartego uwagi. Jeszcze jedna zagubiona w miłości dusza do odtrącenia i sprowadzenia na ziemię. Jeszcze jedna para oczu rzucających znaczące spojrzenia w jej stronę. Cisi adoratorzy, milczący tłum ludzi widzących jedynie pierwszy plan.

Odetchnęła głęboko. Kryształ u szczytu jej kostura wibrował nieznacznie, dostrajając się do pobrzękiwania licznych skał w pobliżu. Wykluczyła naiwne przypuszczenie, że jednak nie są wypełnione czarami. Głos rozsądku mówił jej, żeby przy nich nie majstrować. Ale gdyby całe życie kierowała się głosem rozsądku, z pewnością dawno by szczezła w leśnych odmętach Kaendry, krainy oschłości i sztywniaków. Musiała spróbować, musiała przekonać się na własnej skórze. Z doświadczenia wiedziała, że najrzetelniejsza jest wiedza zdobyta samodzielnie. Poza tym, ludzie nigdy nie dzielili się tym, co było dla nich ważne. Jeśli mogła dowiedzieć się czegoś od zadomowionych w tym piekle szumowin, to z pewnością było to tylko potwierdzenie tego smutnego faktu. Gdyby ludzie nie nadawali tak ogromnej wartości swoim krótkim życiom i nie cenili tego, co mają w środku swoich główek tak bardzo, świat z pewnością byłby o niebo lepszym miejscem.

Po stosownym oddaleniu się od najbardziej zaludnionych obszarów obozu upatrzyła sobie wygodne miejsce, niewielki kryształ oddalony od niej samej o jakieś trzydzieści stóp. Kusił swoim blaskiem i przywoływał miłą dla ucha melodią. Otworzyła się na swoje wnętrze i, upuszczając odrobinę mocy, wyczarowała obok niego niewielki, błękitny płomyk. Pojawiwszy się z nicości, ogień miał po chwili zgasnąć.
Była ciekawa reakcji. Ciekawa, czy powszechność tych przedziwnych skał faktycznie burzy teorię o ich niebezpieczności. Ciekawa, czy będzie musiała na nie uważać. Jakoś uwzględnić w planach.

Miała jeszcze inne plany. To, co wiedziała o wyprawie i jej celu było prawdziwie żałosną garstką informacji. Musiała dowiedzieć się o tym wszystkim więcej. Postanowiła w tym celu wydusić odpowiedzi z paru osób, zaczynając od całkowicie losowych plotkarzy, a na magach z Morinhtaru kończąc. Imię Doskonałości Vatrovadii nie było czymś, o czym wspominało się mimochodem, i nawet ona wiedziała o jego obecności w pewnych kręgach. Z pewnością tymi, którzy wiedzieli najwięcej o tej magicznej aferze byli sami czarodzieje.
Nie wierzyła, że wyciągnie z nich wartościową wiedzę, ale i tak miała zamiar spróbować.

Na wszelki wypadek chciała jeszcze spędzić trochę czasu na spokojnej medytacji, obserwowacji wpływu wypaczonego czarami otoczenia na jej wewnętrzne ja, drzemiącą w niej magię i rzucane zaklęcia. Byłoby prawdziwym pechem, gdyby w środku wyprawy okazało się, że jest niezdolna do czarowania. Nie mogła sobie pozwolić na ignorancję.

Awatar użytkownika
Rander
Posty: 48
Rejestracja: 21 sie 2014, 21:33
GG: 51772154
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3033

26 sty 2015, 21:06

Zawsze lubił towarzystwo innych krasnoludów, a może i nie, zależy jakich. Targan wyglądał poczciwie, ale i wiele naobiecywał, czy można było mu ufać? Myśli przewijały się w głowie Kuniata niczym morskie fale raz po raz uderzające w klif, ten nic sobie z tego nie robił, wredny klif. Z myślami było podobnie, niektóre sugerowały żeby nie pchać się w ten cały bajzel o byle garnek złota, drugie z kolei przeczuwały że może być to niezapomniane przeżycie, a i może da się ustatkować do końca dni. W samej karczmie, ciepłej i przytulnej wydawałoby się, w końcu gdy na dworze panują takie temperatury wszystko nagle staje się takie miłe. Wszyscy siedzieli przy stole, Targan opowiadał i jednocześnie wraz z resztą biesiadował,bez umiaru. Kuniat dosyć powściągliwie podchodził do tematu wyprawy, wpierw skupił się na winie, tak, dobre wino, Kuniat wiedział, nie mógł się mylić– w świecie nie ma lepszego trunku, pił na ile pozwalał mu żołądek, a pozwalał na wiele.
W międzyczasie krasnolud poobserwował swych przyszłych współtowarzyszy,w niedoli czy w przygodzie, to nieistotne, nie w tej chwili. Wyraźnie główkował jak to jest możliwe że tu, w Minaloit, przy tym samym stole siedzą krasnoludy, jakiś taki wydawałoby się niemrawy ork, tajemnicza kobieta i cała zgraja elfich pięknisiów o twarzach małej dziewczynki, choć między nimi zasiadała piękna kobieta, także elfka, jednak wydawała się zbyt– niezależna, tak to dobre słowo– Zgodził się sam ze sobą rudowłosy brodacz.
Następnego dnia już w powozie wiozącym ich do miejsce docelowego Kuniat rozmyślał o tym czemu akurat oni, wszyscy wczoraj bezwzględnie doszli do porozumienia z Targanem, ale czy wszystkim było to przeznaczone? Kuniat jak do tej pory nie był zbyt rozmowny, siedział otulony futrem na powozie i wpatrywał się co rusz w swój wielbiony młot lub zimowy krajobraz, okazjonalnie gdy ktoś próbował zagaić rozmowę starał się być dobrym rozmówcą. Minęło trochę czasu gdy w końcu dotarli do doliny, śnieżne zaspy ustąpiły miejsca wrzącej lawie a cała lodowata atmosfera wnet prysła, było gorąco, to nie jest normalne, nie może być– Pomyślał krasnolud. To wszystko nie było jednak najdziwniejsze, najbardziej dziwaczne były wszechobecne kryształy, w dodatku wydawały one dziwny, niemal drżący dźwięk, niepokoiło to Kuniata, jego wieczny humor ustąpił miejsca nostalgii, melancholii, miał nadzieję że to się szybko skończy, kto wie co się stanie przy dłuższym wpływie tych kryształów na umysł.
Targan w międzyczasie starał się po krótce opisać ich zleceniodawcę– Mistrza Kazgara, niebieskooki krasnolud postanowił że choć trochę posłucha, by na chwilę zbyć się całej tej ponurej atmosfery. W końcu dotarli do obozu, tuż przed palisadą krzątali się pilnujący bramy strażnicy. Karawana zawitała do środka, obóz jak to obóz, pełen namiotów, kupców i innego rodzaju żołdaków, przeklęty ten świat-przeszło przez myśl Kuniatowi. Po drodze mineli dwa wyróżniające się namioty, jeden najpewniej należał do zawsze obecnych w takich sytuacjach Lorveniuszy, drugi, na ten krasnolud już nie zwrócił szczególnej uwagi , pomyślał jednak że skoro są paladyni to muszą być i magowie, tak to oczywiste- wyszeptał cicho ku sobie.
Zatrzymali się przed czerwonym namiotem, asystent Kazgara zaprosił do środka, z czego zresztą wszyscy żywo skorzystali. W środku namiotu panował półmrok, pod nogami rozciągał się dywan który wyraźnie wyciszał każdy krok. W centralnej części namiotu za biurkiem siedział sam Kazgar, czytał coś. Kuniatowi jednak od razu w oczy rzucił się wygląd Kazgara, Taki gładki chłoptaś, jak on śmie twierdzić iż jest krasnoludem?-Oburzył się w myślach rudowłosy. Mistrz począł mówić co czeka drużynę na wyprawie, Kuniat gdy usłyszał że idą w serce mroku wyraźnie się zdziwił, czy ta wszechobecna magma przykrywa coś ważniejszego?
W tym samym czasie Targan sięgnął do jakiegoś kufra i wręczył każdemu jakiś pergamin. Kuniat szczegółowo począł badać owy pergamin, szukał zdań napisanych małym druczkiem ale niczego takiego nie znalazł-Uff, to jednak nie kanciarze– pomyślał. Kazgar poinformował podróżników o wynagrodzeniu, na twarzy Kuniata w momencie zagościł uśmiech– Za takie kwoty to ja mogę pracować panie- powiedział z wyraźnym entuzjazmem. Krasnolud nie zważając na resztę w momencie podpisał umowę bazgroląc swoję imię w byle jaki sposób, w końcu czy kogoś obchodzi co on tam nawpisywał? Kuniat po złożeniu podpisu pod umową i wręczeniu jej Kazgarowi wyszedł z namiotu szybciutkim krokiem, ustał by zaczerpnąć świeżego powietrza po czym postanowił udać się w poszukiwanie jakichś paladynów, o tak, oni zawsze mają fajne zabawki– pomyślał Kuniat a następnie udał się w miejsce gdzie widział ostatnio namiot Lorveniuszy.
Awatar użytkownika
Sadrigal
Posty: 276
Rejestracja: 21 wrz 2014, 20:22
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 23150683
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3060

26 sty 2015, 22:29

Hlóin już od dawna czuł, idąc do miejsca przeznaczenia, jak ziemia, męczona, skuta jakąś piekielną, demoniczną mocą, jęczy w ucisku i płacze. Jej rany, mimo że najwyraźniej tylko on był tu czuły na ziemię i jej stan, były oczywiste dla wszystkich; wyrwy w skale z płonącą w nich magmą i niebezpieczeństwo, wiążące się ze zwyczajną możliwością ustąpienia terenu, po którym szli, mówiło, że sytuacja jest znacznie gorsza od tej, której się spodziewał. Nagle przestała go dziwić astronomiczna kwota, którą obiecano za pomyślny udział w tej wyprawie. Cieszył się, że Kazgar wydawał się traktować sprawę niezwykle poważnie – wszystkie poszlaki wskazywały na to, że tak właśnie sprawa traktowana być powinna. Został wysłany tu przez Krąg, żeby zbadać tę sytuację; żałował, że sytuacja jest zbyt pilna, żeby poprosić o większe wsparcie. Pozostawało liczyć na to, że ciągle powiększające się spaczenie i zepsucie na tym obszarze zaalarmuje społeczności okolicznych krasnoludów na tyle, że podejmą jeszcze bardziej ekstremalne środki, żeby zapobiec temu, cokolwiek tu się kroiło. Cóż, na razie będzie musiał wystarczyć tu on sam – przy wsparciu całej tej grupy, która wydawała mu się bardzo… malownicza. Kiedy dążyli do celu, uśmiech na jego twarzy powoli stawał się coraz bardziej wymuszony, aż w końcu zniknął całkowicie na rzecz zmarszczenia brwi, marsu na czole i kilku kropli potu, spływających po czole. Był w górach, ale nigdy w życiu nie pamiętał jeszcze momentu, w którym czułby się w nich mniej komfortowo.

Poczuł drobne wyrzuty sumienia, drwiąc wewnętrznie z ubioru tej elfiej kobiety, która najwyraźniej zdecydowała się odsłonić niemalże wszystko, co miała do odsłonięcia. Na Kamień, ostatecznie okazało się, że to jej strój był najlepiej dostosowany do gorąca tego miejsca. Skarcił się i obiecał sobie, że powstrzyma się od dalszych zbyt szybkich osądów, tym bardziej, że kobieta wyglądała na bardzo dumną, a jej styl ubioru – na świadomą, wyzywającą demonstrację. Zrobił, co tylko w jego mocy, żeby nie okazać orkowi dyskryminacji i nienawiści już na samym wstępie – to, że odpowiedział na wezwanie i będzie ryzykował życie, aby doprowadzić ziemię do normalności i zdrowia, wystarczyło w oczach Hlóina do tego, żeby dać mu, tak, jak całej pozostałej drużynie, kredyt zaufania. Przynajmniej dopóki nie pokaże czegoś przeciwnego – nikt przecież nie wiedział, co było przyczyną całego tego zepsucia. Hlóin miał nadzieję, że prędko otrzyma wskazówki, pozwalające na jej wydedukowanie.

Skupiony na własnych przemyśleniach, podszedł do złożenia podpisu jako jeden z ostatnich. Ujął w rękę pióro, myśląc, że znacznie chętniej złożyłby podpis dłutem na kamiennej ścianie, i kilkoma wprawnymi ruchami nakreślił pradawne runy, składające się na jego imię.

Złożywszy podpis, postanowił póki co nie integrować się zbyt z drużyną; czekała na niego pilniejsza sprawa zbadania postępującego zepsucia na tyle dokładnie, na ile mógł w tych okolicznościach. Udał się w ustronne miejsce, brakowało mu bowiem ostentacji, którą wykazywali ci wszyscy, afiszujący się i obnoszący ze swoimi mocami magowie, znalazł odpowiedni kawał skały – w miarę płaski, na tyle, że mógł na niego nanieść runy – i rozpoczął pracę.

Pierwszą próbą było wykonanie tarczy. Niejako symboliczne – nie miał w tym momencie przeciwko komu skierować swojego młota, nie bez poznania, kto był za to wszystko odpowiedzialny. Teraz priorytetem było nie zabić, lecz nie zginąć. Hlóin lubił myśleć o sobie, że jest rozsądny i powściągliwy; tego typu akcje utwierdzały go w tym przekonaniu. Wprawnie wykreślił okręg o średnicy niepełnego metra, poprzecinał go liniami, krzyżującymi się w odpowiedni, tajemny wzór, po czym zapełnił go runami. Po niedługim czasie okrąg został przygotowany i Hlóin, sprawdziwszy poprawność runów jeszcze dwa razy, przygotował się i skupiając swoje myśli na obrazie kamiennej, gładkiej, rzeźbionej tarczy, przelał w niego wolę jednym, silnym, upartym, czysto krasnoludzkim umysłowym pchnięciem, na moment stając się jednym z cierpiącą ziemią. Wiedział, że nawet, jeśli coś pójdzie nie tak, da mu to wiedzę na temat tego, co i jak działa na ziemię. Jeśli pójdzie nadspodziewanie dobrze – może nawet na temat tego, jak zabrać się za rozwiązanie tego problemu.

Awatar użytkownika
Lakras
Posty: 38
Rejestracja: 16 lis 2014, 01:06
GG: 4918905
Karta Postaci: viewtopic.php?p=51226&sid=346c605f8e6922b3cefce5a53452c75c#51226

26 sty 2015, 22:29

Stała między innymi pogrążona w swoich myślach. Spokojna, rozważająca magiczną ociężałość, która spłynęła na jej kości niczym młot i pogruchotała wszystkie jej zmysły odbierając swobodę i lekkość, która od zawsze jej przysługiwała. W zamian natomiast dostała żar, pot, rosnącą ciekawość i strach przed potężnym, zapewne niezrównoważonym psychicznie zębatym stworem.

Och, wszyscy jesteśmy głupcami, spójrzcie na nas, oczy nam się świecą na widok tych stosów monet. Głupcy, głupcy, głupcy. Czaszko, ratuj! Eeskarze, niech twoje zimne, gnijące dłonie rozłożą ochronną tarczę nad moją słodką głową, cóż bym bez ciebie zrobiła, mój drogi. Wiem, że proszę o zbyt wiele, ale niech twe piękne oczy zwrócą się w tę stronę! Oto stoi przed nami krasnolud, niczym pastuch, który w jednej dłoni trzyma soczystą, świeżą trawę, a w drugiej ostry tasak, a my, niczym te młode owieczki stoimy tutaj i ignorujemy zagrożenie żarzące się za jego plecami…. A może, Czaszko, jak myślisz, czy brodacz wie o tasaku, czy nie wie? Hm, wie, czy nie wie….

Mroczka podniosła głowę wyrywając się z jakiegoś przedziwnego transu, w który przed momentem wpadła. Jej wybudzenie nastąpiło w chwili, w której zamaskowany mężczyzna wyszedł już z namiotu, a nad pergaminem stał elfi czarodziej.
Gładząc swój kostur widziała dobrze jak się pięknie podpisał, po czym uzyskując, bądź nie, odpowiedzi na swoje pytania wyszedł na zewnątrz.
Następną ochotniczką okazała się pani Doskonałość. Cóż to była za barwna postać, jakże różna od Mroczki, kobiety stojącej w jej cieniu, poparzonej przez jej blask. Nawet teraz Mroczka zmrużyła jeszcze bardziej oczy obserwując magiczne iskierki tańczące przy doskonałych palcach Doskonałości.
Oblizała wargi na ten widok usuwając się elfce z drogi.

Idź mój cukiereczku, dowiedz się czegoś pożytecznego, a później podziel się ze mną swą wiedzą. Albo się nią nie dziel, wyszepczesz mi ją we śnie.

Zachichotała cicho zaciskając długie palce na starych kościach kosturu. Ku jej zdziwieniu następny był krasnolud, mały człowieczek w potężnej zbroi. Kiedy wyszedł, kobieta zmarszczyła brwi chrząkając cicho.

To już czas, pójdę na rzeź, jednak w przeciwieństwie do tych nie zadających pytań osobistości – będę świadoma i jako ta młoda owca przegryzę tętnicę pasterza jeśli zamiast trawy otrzymam tasak, co ty na to moja droga Czaszko? Co ty na to… Ku ku ku ku

- Och, jakże zgrana z nas kompania – stukając cicho o podłogę końcem laski podeszła do swojego kontraktu i zmarszczyła lekko brwi patrząc się na wciskane w jej rękę pióro – Chociaż moją duszę rozdziera niepewność, to przyznaję, iż bogactwa mi tutaj ukazane przyćmiły mój zdrowy rozsądek. Piszę się na tę wyprawę z wielką radością, moje szare oczy widzą naszą świetlaną przyszłość, droga kompanio. Świetlaną!

Zaśmiała się cicho opierając się na kosturze i biorąc między smukłe, białe palce pióro, którym szybko namazała na pergaminie jakiś dziwny, trójkątny malunek przebity kreską, po czym spojrzała się w oczy swojemu pracodawcy.

Mam nadzieję, że pomyślałeś o kimś znającym się na leczeniu, w końcu nikt nie chciałby udawać się do podziemi bez dobroczynnych dłoni gotowych uleczyć te małe i większe zadrapania….och, ależ co ja tam wiem, nigdy nie schodziłam do podziemi. Cóż, wybaczcie mi, moi mili, ale muszę zaopatrzyć się w parę dodających sił rzeczy. Nie jestem w końcu już taka młoda i piękna jak ongiś.

Zaśmiała się wesoło, po czym opuściła namiot i zebrane w nim osoby(szczególnie uważając, aby nie szturchnąć po drodze wielkiego orka). Nawet nie zaczekała na odpowiedź krasnoluda, bo i po co, z jej strony to była tylko mała sugestia.

Zboczyła nieco z traktu, przyzywana miłymi dla ucha dźwiękami i jak każdy osobnik z odrobiną mocy postanowiła bardziej się zagłębić w sprawę śpiewających błyskotek. W końcu od tego zależeć będzie jej życie, jej i jej cudownie rozmownej towarzyszki drogi – Czaszki.
Przystanęła rozglądając się wokoło, z tej strony miała lepszy widok na otaczające ją krajobrazy zniszczenia.

Cóż to za piękne widoki, tam, na wprost. Rozorana ziemia, a z jej ran leje się ciepła krew gotowa posłać nas wszystkich do piachu.

– ….A więc? Jak mi zaśpiewasz, kamyczku?….

Mroczka stanęła w miejscu zaciekawiona przyglądając się z bezpiecznej odległości jak jej elfi towarzysz gada sobie spokojnie do kryształu. Przekrzywiła głowę oblizując wargi i garbiąc się jeszcze bardziej. W jednej chwili straciła ochotę na zaznajamianie się z magicznymi właściwościami tych świecidełek. Poczuła, że jeszcze będzie miała ku temu okazje.
Jej szare, zaspane oczy zajrzały wprost w puste oczodoły czaszki.

Moja słodka, nie jesteśmy same w tym szaleństwie. Widzisz tego biednego elfa? Ja przynajmniej rozmawiam z twarzą, martwą, co prawda, ale jednak. Biedak z niego. Chodźmy dalej, nim się spostrzeże, że jego krzywizna wyszła na jaw.

Kobieta pogładziła gładką strukturę swojego cichego rozmówcy i z delikatnym szmerem starej peleryny udała się w stronę, gdzie spodziewała się spotkać namioty podróżnych alchemików, pomniejszych magów, kuglarzy i innych takich, zajmujących się tworzeniem magicznych cudeniek szemranych handlarzy.

Naszego bezpieczeństwa nikt nie będzie bronił, Czaszeczko, chyba, że mój dobry pan rzeczywiście wysłucha moich modłów i spojrzy na nas przychylnym wzrokiem. A teraz chodźmy, mamy sporo czasu na znalezienie drobnych informacji i przeróżnych specyfików, może nawet znajdziemy eliksir dzięki któremu mężczyźni spojrzą na mnie z błyskiem pożądania w oku? Co ty na to, Czaszeczko? Ukradniemy trochę blasku Doskonałości? Och, to chyba niemożliwe, musiałabym się rozebrać do naga i chociaż jest tu całkiem mrocznie, to nie wiem czy ten świat zdzierżyłby takie widoki. Ku ku ku ku.

Awatar użytkownika
Anemetius
Posty: 563
Rejestracja: 25 sie 2012, 00:40
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2150#33472

26 sty 2015, 23:51

Kazgar tylko zacisnął wargi na słowa człowieka z maską i kiedy ten wyszedł, lekko potrząsł głową. Na pytanie Kalmarosa odpowiedział zgodnie z prawdą.

Było już kilka ekspedycji, ale żadna nie wróciła i nie dała znaku życia. Cokolwiek się im przydarzyło może przydarzyć się i nam.

Chcąc odpowiedzieć na pytanie Mroczki ledwo uchylił usta, tej już nie było. Wzruszył tylko ramionami. Na odpowiedzi jeszcze będzie czas, dużo czasu.


*

Łapa w swoim stylu ruszył szukać informacji o kryształach. Większość napotkanych osób zbywała go milczeniem albo wypowiedzą w stylu "nie mam czasu", "przykro mi, nie teraz", i tym podobne, zapewne uważając go za kogoś, kto i tak nic by nie zrozumiał. Magowie z Mori wydawali się jak małe mrówki – całkowicie pochłonięci swoją pracą. Biegali od namiotu do namiotu z książkami i papierami lub jakimiś alchemicznymi substancjami. Recytowali na głos mistyczne zaklęcia z opasłych ksiąg próbując wpłynąć na kryształy. Gestykulowali przy tym tak intensywnie, czyniąc skomplikowane znaki, podskoki, że w ocenie mężczyzny wyglądało iście komicznie. Pewnie sami nie mieli pojęcia co czynią zdając się ma mistycyzm i chłopski rozum. Wbrew pozorom większość magów była kompletnymi laikami w swoim fachu, wiedzę, o ile tak to można określić, czerpali z instynktu. Tylko najpotężniejsi byli w stanie tłumaczyć magię jako naukę i ją pojąć. Ta niewidzialna, niepojęta siła wymykała się pojmowaniu niemalże całości populacji tego świata.

Zrezygnowany najemnik udał się do jednego z namiotów, który spełniał funkcję karczmy. Nie był zapełniony, ale i nie pusty. W większości siedzieli tu ci niemający nim do roboty, a więc wszelcy strażnicy, wynajęci najemnicy, ochroniarze i ogółem typki od brudnej roboty. Wypatrzył pewnego młodego chłopaka odzianego w szaty, zapewne ucznia lub młodego maga. Kruchy blondynek o podkrążonych oczach. Sączył ze znużeniem jakiś napar, pewnie magiczny, przemknęło przez myśli człowieka. Żaden problem, cwaną gadką typową dla osoby swego fachu i charakteru nakłonił chłopaka na postawienie kilku kolejek, wypytując przy tym o kryształy.

Mało o nich wiem – wybąkał chłopak drżąc jakby od zimna, a przecież panował gorąc jak na samej Pustyni Śmierci. – Jednak nie pasują do żadnych znanych w tej części świata. One są jak… – Młodzian zawiesił głos –… żywe. – Dokończył z szeroko otwartymi oczami. – Mają własne myśli, wiele myśli. Nie potrafię tego wytłumaczyć. Więcej powie ci mój mistrz, Imonuoel, lecz wątpię by znalazł dla ciebie czas. To bardzo potężny człowiek. Przybył tu samemu we własnym interesie i niechętnie dzieli się wiedzą. Jeżeli chcesz mogę cię do niego zaprowadzić, zainteresowany?

*

Kalmaros postanowił podjąć próbę rozmowy z kryształem. Stanął więc przed jednym mówiąc do niego na głos, co zwracało uwagę mijających go osób, zerkających ku niemu jak na wariata. Nikt jednak nie przystawał na dłużej, śpiesząc się w tylko sobie znanym kierunku. Kryształ był gładki, pozbawiony jakichkolwiek nierówności. Przypominał kształtem ogromny, powkręcany szpon, który zastygł w czasie nim zdążył dopaść ofiarę. Dopóki elf nie użył magii nic się nie działo wartego uwagi. Minerał tylko pobłyskiwał wydając charakterystyczny dla siebie dźwięk. Jednakże gdy elf sięgnął po moc i przyłożył dłoń, uderzyła w niego kakofonia głosów. Szeptały jeden przez drugiego w różnych, obco brzmiących językach. Gardłowych, syczących, mógłby przysiąść, że usłyszał nawet kilka słów w elfickim, ale zupełnie innym, zniekształconym, starszym, starożytnym, dawno zapomnianym. Jedne głosy wyły, drugie łkały, jeszcze inne chichotały szaleńczo niczym małe chochliki. Istny chaos rozsadzający świadomość, niemożliwy do uporządkowania. Trwało to ułamek sekundy i zdawało się rozbrzmiewać tylko w umyśle długouchego. Nagle, niespodziewanie, głosy zamilkły niby uciszone zaklęciem. Ostatnie co usłyszał był cichy przekaz: Vaklaen! Potem kontakt się urwał i jakaś siła odrzuciła elfa od kryształu, ten zaś rozbłysk czerwoną, nienawistną poświatą. Emanował intensywną barwą kilka chwil, a kiedy przybrał ponownie niebieski odcień, elf wyraźnie usłyszał odgłos bijącego serca. Jedno silne uderzenie. I to wszystko.

Poszukiwania stanowiska magów okazało się znacznie trudniejsze niż elf początkowo podejrzewał. Jedynym jawnie oznaczonym stanowiskiem był namiot magów z Mori, ale ci ot tak nie mieli zamiaru z nikim rozmawiać, ni prawić o naturze kryształów. Należałoby jakoś zjednać sobie ich przychylność, lecz to wymagało planu i rozmowy. Reszta namiotów albo była pilnowania i nikt tam nie mógł zajrzeć bez pozwolenia właściciela albo sam właściciel z nikim nieznajomym nie chciał rozmawiać. Nawet jeśli byli tu jacyś magowie spoza Mori to nie chcieli się ujawniać, po co? Poza tym nieco ryzykownym było zaglądanie od namiotu do namiotu w ufności, że jego właściciel wybaczy jawne naruszenie prywatności i nie wyciągnie z tego konsekwencji. Dlatego też elf po poszukiwaniach nie dość że się błąkał jak bezpański pies, to na koniec znalazł się tam, skąd wyszedł, czyli przed namiotem krasnoluda.

*

Doskonałość także zaintrygowana kryształami postanowiła je zbadać we własnym zakresie. Oddaliła się jednak od obozu, co można by było uznać za nieco lekkomyślne w tych okolicznościach. Wszakże niewiele wiedziała o całej sytuacji. Odszukawszy kryształ uczyniła znacznie więcej niż Kalmaros. Wezwała ogień. Sięgnęła swą mocą nadając jej wyraźnego kształtu, naginając energię do swojej woli. Płomień pojawił się bez problemów poza jednym – czarodziejka mogła odczuć większy ubytek magii niż normalnie. Nie była to znacząca ilość, ale mogąca przechylić szalę podczas rzucania znacznie bardziej skomplikowanego zaklęcia. Płomyk zafalował w powietrzu, gdy nagle kryształ poczerwieniał i na oczach kobiety wchłonął ogień, absorbując go bez żadnych przeszkód. Płomień wisiał w przestrzeni, by zaraz rozpaść się na dziwne fragmenty przypominające małe kuleczki, które wniknęły w kryształ nie pozostawiając po sobie żadnego śladu.

Co do dalszych prób znalezienia informacji pośród obozowiczów starania spełzły na niczym. Nikt nie miał czasu dla Jej Doskonałości, zbywając ją jak jakąś kurwę, która oferowała natrętnie usługi. Szczególnie magowie, co było zastanawiające, bo przecież musieli wyczuwać jej aurę mocy. Jeden z nich, postawny – widać że mający jakąś znaczącą rangę – powiedział jej wprost, że nie powinna ingerować w sprawy, które ją przerastają wielokrotnie. Może to był zwykły szowinizm lub próba odpędzenia zagrożenia, które rozwiąże zagadkę przed akademią z Mori? Ktokolwiek pomoże w unormowaniu sytuacji otrzyma nie tylko sławę, ale zapewne i zaszczyty na dworze namiestnika Minaloit. Mogła oprzeć się tylko na plotkach powtarzanych przez strażników lub jakiś pomocników od noszenia aparatów magicznych. A plotki mówiły, że wkrótce ma się odbyć jakieś wielkie spotkanie namiestników i podjęcie wspólnych działań. Podobno sam Protektor miał wyjść z taką propozycją. Inne plotki – znacznie powszechniejsze – krążyły wokół końca światów, gniewie bogów i tego typu złowieszczych wróżbach.

Medytacja niewiele pomogła. Czarodziejka owszem potrafiła wyczuwać aury i wiedziała, podobnie jak większość osób tutaj znających się na magii, że energia magiczna zawisła nad doliną niczym topór katowski nad skazanym. Magia emanowała w wielu punktach rozchodząc się szerokim łukiem, ale źródło znajdowało się pod ziemią. Tam jednak czarodziejka nie potrafiła sięgnąć zmysłami. Nie tylko ze względu na własne braki, lecz i jakąś silną blokadę. Nie była w stanie ocenić czy i jak te anomalie wpłyną na jej zaklęcia. Dowiedziała się, że czarowanie w pobliżu kryształów niosło ze sobą pewne niebezpieczeństwo w postaci wchłonięcia czaru przez kryształ. Pytaniem pozostawało czy kryształ – stanowiący najwidoczniej coś w rodzaju przekaźnika – mógł się poić magią w nieskończoność. Czy posiadał jakiś limit? Na jakich zasadach działał? Czy zawsze reagował w ten sam sposób? Tyle pytań, tak mało odpowiedzi.

*

Kuniat po złożeniu podpisu ruszył w stronę namiotu Lorveniuszy, gdzie odbywała się właśnie mała modlitwa, w której udział brało paru paladynów oraz kapłanów światła. Do namiotu można było wejść bez żadnego problemu. Każdy był tu mile widziany. Wnętrze reprezentowało się skromnie. Dywan, wiele ław i ołtarz będący główną częścią, soczewką skupiającą. Klęczało przed nim kilkanaście osób pogrążonych w zadumie oraz głębokiej modlitwie przed nieskalanym obliczem Lorven skąpanej w promieniach słonecznej korony. Niewielki posąg dziewiczej kobiety o długich włosach stał na podwyższeniu umiejscowionym pośrodku ogniska. Ognie sięgały stóp Świetlistej Pani nie pozostawiając żadnych śladów na kamieniu.
Jeden z rycerzy Patronki Dusz stojący nieco z boku ujrzał krasnoluda i podszedł do niego, pozdrawiając go jedną z formułek powitalnych typowych dla wyznawców tej religii.

Przybywasz po błogosławieństwo, krasnoludzie? – spytał mężczyzna łagodnym głosem całkowicie niepasującym do jego masywnej postury. Zakuty był w ciężką zbroję z białą peleryną ozdobioną złotym haftem słońca. – Wkrótce wyruszamy na oczyszczenie plugawych podziemi z sił ciemności. Nasi kapłani właśnie odprawiają rytualne modły mające chronić nasze dusze przed splugawieniem mroku.

Krasnolud wtem poczuł jak na jego twarz pada snop światła. Tłum klęczący przed ołtarzem rozstąpił się czyniąc miejsce dla starego kapłana odzianego w białą szatę z przepasaną złotą wstęgą. Staruszek kroczył powoli, ale pewnie, dzierżąc w dłoni uniesioną ośmioramienną, złotą miniaturę słońca wyłożoną drogimi klejnotami. To z jej centrum emanowało światło, które teraz okalało niemal całą sylwetkę wojownika. Twarz kapłana wyrażała niezrozumienie, lecz i ogromną bogobojność. Strach i podziw. Paladyn stojący obok znieruchomiał ogarnięty momentem świętej chwili. Tylko krasnolud tego nie rozumiał.

Serce Lorven cię ujrzało, nieznany – przemówił kapłan z namaszczeniem. – Twa dusza jest szlachetna, nieskalana. Nie znam cię i nie wiem kim jesteś, lecz nie mogę kwestionować woli świętego artefaktu. Nie obawiaj się śmierci, ponieważ Pani ma cię w swej opiece. Przyjmij jej dar i krocz ścieżką światłości!
Kapłan cofnął dłonie, lecz artefakt nie upadł. Zamiast tego zawisł w powietrzu skupiając wiązkę światła na młocie krasnoluda. Pomieszczenie wypełnił narastający, wysoki ton. Ziemia zadrżała, rozległ się huk i jasność wypełniła namiot, a kiedy opadła młot zdawał się być pokryty nieskazitelnie białą, półprzezroczystą powłoką.

Oto Pogromca Nieprzyjaciela! –powiedział uroczyście kapłan ujmując ponowie święty artefakt. Paladyni wyciągnęli miecze z pochew unosząc je wysoko nad głowy, wydając okrzyk. Cała ta sytuacja zdawała się zbyt patetyczna i niezrozumiała, jednak był to znak dla zakonu, że Lorven nie porzuciła wiernych i Jej wola potrafi manifestować się nawet w najbardziej niespodziewany, pokrętny sposób. Czy była to prawda? To inna kwestia, aczkolwiek czasami lepiej odrzucić umysł i zdać się na głos serca. Wiara potrafi burzyć mury.

W historii naszego zakonu tylko pięć razy zdarzyło się, by Serce Lorven oznaczyło broń błogosławieństwem. Tam gdzie będzie czaić się mrok, tam twój młot rozjaśnieje dodając odwagi tym, którzy wątpią. Krocz pierwszy w boju i schodź z niego ostatni, bądź tarczą. Pamiętaj, że nawet największy złoczyńca ma w sobie dobro i tylko czeka na pomocną dłoń. Wyciągnij ją, a twa nagroda będzie w wieczności.

Mężczyzna skłonił się krasnoludowi, paladyni schowali miecze.

Natychmiast muszę o tym donieść, Wamaran! Szykuj konia! Wegzahter Mocny musi się o tym dowiedzieć!

To wielki zaszczyt, krasnoludzie – odezwał się paladyn, który pierwszy do niego zagadnął. – Używaj tej mocy mądrze.

*

Hlóin podjął próbę stworzenia tarczy. Wszystko przebiegało zgodnie z planem. Przygotował się należycie. Runy były dokładnie takie jakie być powinny, podobnie jak i wzór. Wszystko powinno pójść po myśli krasnoluda. Niestety kiedy jego moc wsiąknęła w podłoże nadając okręgowi mocy, z ziemi wyrosły małe kryształki, które zraniły go w dłonie, zraszając wyschniętą glebę kilkoma kropelkami krwi. Ziemia zareagowała na jego wezwanie, lecz w zniekształcony sposób. Energia zaklinacza run zamiast przyjąć żądaną formę została przez jakąś siłę ściągnięta do wnętrza, głęboko pod powierzchnią. Podczas tej chwili, liczonej w ułamkach sekundy, Hlóin ujrzał krystaliczne żyły rozciągające się pod powierzchnią. Wiły się jak węże, rozciągały na wschód i zachód, północ oraz południe, gromadząc moc, pompując ją, pożerając. Skały umierały i wraz z nimi to co na nich. Było to tak intensywne doznanie, że zakręciło mu się w głowie i powaliło go niby uderzenie młota, choć ból był tylko psychiczny, nie fizyczny. Wyraźnie usłyszał w myślach odgłos przypominający bicie serca, jednak z całą pewnością nie swojego. To było … puste. Nieopisany głos przemówił do niego dławiąc go w spazmach przerażenia.

Sześciu … a jedni.

*

Mroczka wędrując po obozie wzbudzała trwogę w oczach innych. Widziała to i cieszyła się tym. Przeglądając stragany ich właściciele nie mieli ochoty nawiązywać z dziwną kobietą dłuższego kontaktu niż to było potrzebne, duża część nawet nie patrzyła jej w oczy. Kilku kapłanów Lorven, którzy akurat ją mijali, obrzuciło ją paroma modlitwami potępiającymi i jednocześnie błagającymi o uzdrowienie duszy jakby była opętana. Wzbudzało to w niej satysfakcję. Ludzie bali się jej. Aury, którą rozpraszała gdziekolwiek by się pokazała. Gdy tak się przechadzała uwagę zwróciła na namiot stojący nieco w cieniu innych, wciśnięty pomiędzy te większe. Wyróżniał się czarną barwą. Zaciekawiona podeszła do niego wyczuwając bijącą od niego aurę magii podobną do tej, którą sama się posługiwała, lecz nie tylko. Czyżby wierni samego Eskara? Zwiedziona zajrzała do środka. Wchodząc zadzwoniła zawieszonym przy wejściu amuletem z czaszek.

Panował tam ciężki mrok. Tylko kilka pojedynczych świeczek dawało nikłe źródło światła tłumionego we wszechobecnej czerni. Poły namiotu pokrywały mistyczne symbole. Na licznych szafkach i półkach leżały słoje wypełnione różnymi cieczami, jak i wnętrznościami istot. Gdzieniegdzie gołe czaski lub zwoje, grube książki.

Witam w moim namiocie – odezwał się skrzeczący, kobiecy głos. Należał do kształtu zasiadającego za owalnym stołem, pośrodku którego stała miska z ciemną cieczą. Ten ktoś, zapewne kobieta, ale pewności nie było, skryty był w kompletnym mroku. Wyłącznie znajdujące się na wysokości głowy dwa punkciki o barwie krwi i szkarłatu wpatrywały się w Mroczkę. – Ach, taak – wychrypiała paskudnie postać, spluwając do miski. Z cienia ujawnił się długi, kościsty palec, który wskazał na Mroczkę.

Tobie, o taak, tobie zdradzę przyszłość, gdyż same chcemy ją poznać, taak – postać zachichotała jakby jednocześnie się dławiła i kasłała. – Daj mi swą dłoń! – zażądała wyjmując sztylet. – Daj mi kropelkę swej krwi, a poznasz co cię czeka w ciemności!

Awatar użytkownika
Aleksis Bentrum
Posty: 1188
Rejestracja: 29 paź 2011, 16:01
Lokalizacja postaci: Dwór Pomiędzy Spektrami
GG: 50433717
Karta Postaci: viewtopic.php?t=961

27 sty 2015, 10:45

- …Wtedy wybiegłem na zewnątrz. Strzelali do mnie jak popaprani. Widziałem, jak jeden bełt trafił jakiegoś przechodnia. Paskudna sprawa… – przemawiał znużonym głosem. Udawał hardego skurwiela, któremu nie imponował bliski kontakt ze śmiercią.

Myślał nad kolejną zmyśloną opowiastką. Namoczył usta w złocistym trunku. Jego dobroczyńca, nawet jak na cholernego maga, wydawał się w porządku. Musiał być w porządku, był całkowicie normalnym człowiekiem, jeśli stawiało się go w szeregu wraz z pozostałymi czarodziejami przyszłej drużyny Łapy. Co prawda chłopak wyglądał niczym wyciągnięte szczątki z wiekowego grobowca. Blada skóra, podkrążone oczy. Kiedy ostatnio zaznał on snu? Rozważania łachmyty przerwał głos dobroczyńcy.

- Myślą? Cholera. – Odwrócił wzrok od rozmówcy ku piwsku. Łapa przyswajał podane na tacy wskazówki. Miał farta do tego człowieka; do maga, który podzielił się tym spostrzeżeniem. Teraz łotr wiedział że kryształy były zdolne do kombinowania. Cokolwiek to oznaczało, zachęcało do trzymania się z dala od krystalicznego badziewia. Łapa nie miał problemów z przyznaniem się do swej nikłej wiedzy w domenie magicznej. To nie jego działka. Dlatego wpadł na pewien pomysł, gdy uczeń zaproponował spotkanie z mistrzem.

- Dla mnie nie, ale znam parę osób, które powinny zaciekawić twojego mistrza. Współpracuję z trzema magami. Na pewno ich znajdziesz, to banda pomyleńców, cholernych dziwaków.- Musiał zapić niechęć do swoich. Zapił.


- Niemniej, wyglądają na takich, którzy swoimi zaklęciami spalali domy od najmłodszych lat. Słuchaj, młody, mam dla ciebie propozycję. Znajdziesz ich i zaprowadzisz do swojego mistrza. Skoro jest niezależnym zawodnikiem, on pewnie doceni tych cholerników. W zamian będę ci winny przysługę i dam ci… To. – Wydobył jedną fiolkę napełnioną czerwonym płynem.

- Ta mikstura z pewnością cię zainteresuje. Zbadaj ją, a masz moje słowo, że nieco na tym zarobisz, o ile wiesz, jak się za to zabrać – mówił żwawo. Przekazał magowi eliksir. - Prawie naga blondynka z kosturem, łysy elf z kosturem i niby-nieumarła kobieta… z kosturem i przywiązaną do niego czaszką. Czarownicy jak z obrazka. Znajdź ich i zaprowadź do pana Imonuoela. On ich doceni, ty będziesz miał miksturę i przysługę, a ja świadomość, że na coś się przydałem. Co powiesz, młody?

Awatar użytkownika
Drytrak
Posty: 134
Rejestracja: 20 wrz 2014, 21:38
Discord: Brutal
GG: 53864657
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3057

27 sty 2015, 13:35

Kalmarosa odrzuciła jakaś magiczna energia, rola kryształów w całym tym wydarzeniu nagle stała się kilkukrotnie bardziej skomplikowana, elf musiał to wszystko przemyśleć.

– Ała, teraz ciekawisz mnie jeszcze bardziej, krysztale. Chyba powinienem iść z tym do kogoś… kogokolwiek? Ale wrócę, nie martw się. Vaklaen. Zapamiętam to imię.

Kalmaros ruszył na obchód po obozowisku, nie wiedział czego dokładnie szukał, ślepo błądził to tu, to tam w poszukiwaniu odpowiedzi. Był niemalże pewien, że nie tylko on próbował takich rzeczy na krysztale, ciekawiło go tylko, jak inne osoby odbierały jego przesłania. Niestety, nikt nie chciał mieć z nim do czynienia, musieli wiedzieć znacznie więcej niż on skoro nie mieli zamiaru dzielić się z innymi swoją wiedzą. Trochę samolubna postawa, przecież wydarzenie miało charakter globalny, ale nic dziwnego, każdy chciał zagarnąć możliwie największy kawałek sławy dla siebie. Wrócił do punktu wyjścia. Podszedł do tego samo kryształu, którym to bawił się przed paroma minutami.

- Jestem, kamyczku, jestem z powrotem. Cieszę się, że w końcu zdecydowałeś się na rozmowę ze mną, ale czy to była prawdziwa rozmowa, czy mówisz w czasie rzeczywistym? A może tylko odtwarzasz to, co było kiedyś? Jesteś oknem, czy pojemnikiem? Może w środku zamknięte są dusze, bardzo stare dusze, bo nie byłem w stanie zrozumieć ich mowy. Czy zostały tam uwięzione siłą, a może to dusze zmarłych. Krysztale, jesteś niezależny od innych kryształów, czy jesteś odłamkiem gigantycznej całości? Ale to imię, bicie serca i siła, która mnie odrzuciła… Jak się tu znalazłeś, pojawiłeś wraz z tym kataklizmem, czy może na jego skutek, a skoro kataklizm ten jest magiczny, a ty reagujesz tylko na magię to chyba zaklęcia cię tu przywołały, dobrze myślę, krysztale? A skoro jest tu was aż tyle, to musiała to być niesamowicie potężna magia. Ale i tak muszę się przekonać, muszę ponownie usłyszeć twój głos, i nie tylko twój, krysztale. Czy przekaz pozostanie ten sam, czy może będzie inny za każdym razem? I co powiedzą mi inne kryształy, przecież jesteś tylko pojedynczym elementem tej straszliwie skomplikowanej układanki, tak? – Ruszył w kierunku kryształu z zamiarem ponownego potraktowania go mocą, był ciekaw co usłyszy tym razem. Później miał zamiar postąpić ze wszystkimi okolicznymi kryształami w dokładnie ten sposób, to powinno dostarczyć mu jakichś odpowiedzi.

Wróć do „Sesje pozafabularne”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 6 użytkowników online :: 1 zarejestrowany, 0 ukrytych i 5 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Google [Bot]
Liczba postów: 52171
Liczba tematów: 2971
Liczba użytkowników: 1044
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Haarum Kebb
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.