Zejście

Miejsce, w którym każdy może wcielić się w rolę Mistrza Gry i poprowadzić wcześniej przygotowaną sesję umieszczoną w dowolnych realiach.

Moderator: MG

Awatar użytkownika
Anemetius
Posty: 563
Rejestracja: 25 sie. 2012, 00:40
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2150#33472

Zejście

25 sty. 2015, 22:14

Obrazek
Widok na zniszczoną wioskę w dolinie.
Ciemność. W nieprzeniknionym mroku zbudziła się myśl z głębokiego snu. Serce zabiło pompując życiodajną energię. Moc nasyciła wyschnięte żyły. Uśpione przez niezliczone wieki mechanizmy ruszyły. Z początku powoli, ociężale, każdy ruch trwał wieczność wydając żałosny, pokutny jęk, echo przeszłości. Struktura sekunda po sekundzie nabierała tempa, aż w końcu pracowała z całą wydajnością, wprawiając wszystko w drżenie, wypełniając przestrzeń boską pieśnią. Rzeczywistość niezauważalnie się zmieniła dla śmiertelnych oczu, lecz wszystkie wyższe siły zaklęły się trwożnie. Świadomość sięgnęła oczekując oporu, ale tego już nie było. Bariera zniknęła. Runy zblakły, strażnicy osłabli. Ostrożnie, oczekując pułapki jaźń wysunęła swe macki poza więzienie. Od tysięcy lat nie znała bowiem niczego innego. Jednak nic już jej nie ograniczało – prawie. Istota przepełniona euforią uderzyła z całą swoją potęgą. Świat zadrżał w posadach. Wiedza i wspomnienia zaczęły spływać wprost do bytu. Obserwował każdy zakątek, pochłaniał informacje, analizował docierające do niego dane. Nie wyczuwał Pierwszych, jedynie dostrzegał ich pozostałości. Ruiny. Żyjące rasy były słabe, pozbawione przewodnictwa, rozproszone, skłócone. Świat krwawił i byt wraz z nim, ponieważ stanowili jedność. Złączeni na wieczność. Nadszedł czas. To co zostało powstrzymane milenia temu teraz się ziści. Rytuał zostanie ukończony. Zbawienie – dla wszystkich. Niech się raduje wszelkie życie, niech płaczą bogowie.
*

Krasnolud Kazgar stał przed swoim namiotem przyglądając się kolejnym nowym twarzom, które wkraczały do pośpiesznie wzniesionego obozu. Skrzywił się widząc niedbale zbudowaną palisadę. Jako krasnolud miał obsesję na punkcie perfekcji, zwłaszcza w kwestiach inżynieryjnych. Jeżeli coś się robi to powinno się to robić dobrze albo wcale! Taką wyznawał zasadę, no ale mógł wybaczyć niedokładność ze względu na okoliczności. Palisada nie miała ich przed nikim bronić, choć zapewne nie odparłaby nawet ataku zgrai niziołków. Jednak nawet kamienne mury nic by tu nie pomogły, skoro ich wrogiem była sama ziemia.

Zwrócił swój wzrok na wschód, gdzie rozciągała się zniszczona część doliny. W dawnych latach biegła tamtędy rzeka Lyri. Do niedawna była to bardzo malownicza kraina. Pełna lasów, trawy, zwierząt i czystych stawów. Teraz – za sprawą trzęsienia ziemi – na powierzchnię wypłynęła gorejąca lawa. Ziemia zaś pękła tworząc istną pajęczynę potężnych szczelin, z których największa miała ponad dwieście metrów szerokości i ciągnęła się tak głęboko, że na jej dnie bulgotało morze ognia, czasami podczas erupcji zalewając okolicę gradem rozżarzonej skały. Parę pojedynczych okolicznych gór zamieniło się wulkany leniwie wypluwające pasma smoczej krwi, jak często nazywano lawę w tych stronach. Nikomu nieznane kryształy wyrosły jak grzyby po deszczu. Miały różne kształty i rozmiary. Jeden z nich znajdował się tuż obok krasnoluda, doprowadzając go do furii swoim wysokim, buzującym dźwiękiem. Cały obóz był w nim pogrążony. Początkowo zdawał się całkiem przyjemny dla ucha, jednak po kilkunastu godzinach wsłuchiwania się można było stracić zdrowe zmysły. By tego uniknąć wieczorem wpychał sobie kawałki materiału do uszu. Zauważył również, że źle sypiał. Śniły mu się jakieś psychodeliczne wydarzenia, wielkie przestrzenie i różne geometryczne kształty. Nie rozumiał. Czy to coś mogło znaczyć?

Potrząsł głową dotykając masywną dłonią zimnego kryształu. Poczuł dreszcze wzdłuż kręgosłupa. Uczeni z całego kraju przybyli rozwikłać ich tajemnicę. I wciąż przybywali. Zresztą nie tylko oni. Już teraz obóz przypominał małą wioskę, gdzie zamiast chałup stały namioty i wozy. Co chwila ktoś się krzątał próbując upchnąć naiwnym jakieś amulety odpędzenia od złego, marnej jakości mikstury, które zamiast leczyć prędzej pomogłyby zejść z tego świata oraz inny szajs nie wart złamanego miedziaka. Były jednak pośród tej zgrai oszustów i nieudaczników osobniki znające się na swoim fachu. Całe szczęście, że zamówił w Minaloit odpowiednie zapasy, inaczej by przepłacił i to słono, a żaden krasnolud nie lubił wydawać więcej niż potrzeba.

Wrócił do namiotu zasiadając za niewielkim biurkiem zawalonym książkami. Studiował mapy i przekazy historyczne szukając jakiś wzmianek o podziemiach w tym rejonie, lecz na nic konkretnego się nie natknął. Może to były korytarze mrocznych elfów? Ale jeżeli tak to gdzie ich mieszkańcy? Przecież ta rasa nie wymarła, nie, to niemożliwe. Było tyle możliwości, jednak żadna nie wydawała się realna. Słyszał że kilka ekspedycji już ruszyło w głąb podziemi. Żadna do tej pory ani nie wróciła, ani nie dała znaku życia. Poza tym zlokalizowano znacznie więcej wejść niż początkowo przypuszczano. Każda z powstałych szczelin, a było ich, cóż, dużo – miała w sobie co najmniej po dwa wejścia. Nie wspominając już o wielu wejściach powstałych na powierzchni. Czasami bywało tak, że zbyt ciężki wóz przejeżdżał nad korytarzem, którego sufit był uszkodzony i ten zawalał się, tworząc kolejne wejście. Było ich po prostu zbyt dużo, aby każde należycie zbadać. W wielu przypadkach natomiast okazywało się że wejścia prowadziły donikąd bowiem korytarze albo były zasypane, albo skrywały zabójcze pułapki. Jedna z ekspedycji zaklinała się jakoby posadzka w korytarzu zamieniła się w ogień. Nie wiadomo na ile było w tym prawdy, lecz z eskapady wróciło tylko kilka jednostek. Na chwilę obecną poznano trzy wielkie wejścia. Aczkolwiek Kazgar wiedział o jednym, znanym tylko sobie. Znalazł je badając wschodnią stronę osuniętej góry. Wiązał z tym wejściem wielkie nadzieje, dlatego trzymał jego istnienie w całkowitej tajemnicy. Do czasu aż zgromadzi drużynę i wyruszy odkryć jego sekret. Krasnoludy – mimo swoich wielu cnót – posiadały także bardzo paskudne wady. A jedną z nich była chciwość. A Kazgar jako historyk był chciwy wiedzy.

Złączył dłonie opierając łokcie o blat. Spojrzenie małych, czarnych oczu skupiło się na skaczącym płomyku świecy.

*
Jak to się wszystko zaczęło?
Spotkali się w Minaloit, w jednej z karczm, gdzie usłyszeli o wydarzeniach w Górach Ikrem. Zbieg okoliczności? Zrządzenie losu? A może przeznaczenie? To pozostawało tajemnicą. Zapytacie się – ale dlaczego akurat tutaj? Dlaczego w tym momencie? Czasami by zaistniał bohater wkroczyć musi przeznaczenie. Była to godzina próby wszelkiego istnienia. Życie wielu leżało w rękach nielicznych. Spośród milionów ci zostali wybrani przez los oraz czas, gdyż koniec był tuż, tuż. Cień kładł się na krainę oraz świat, mimo że nikt nie był w stanie go widzieć. Nie byli w stanie, gdyż zapomniano o dawnych czasach i nie było już nikogo, kto by o nich pamiętał…

Początkowo nie zainteresowali się kataklizmem, który nawiedził Autonomię. Wydawał się odległy, nie odczuwano tu bowiem jego skutków, a w górach mieszkało niewielu. Wszyscy mieli własne problemy lub troski, niektórzy zapewne kontrakty do spełnienia, a w karczmie znaleźli się tylko na spoczynek i grzaniec ciepłego miodu w zimową noc. Jednak gdy do przybytku wkroczył pewien krasnolud wraz z człowiekiem – wszystko się zmieniło. Ten krasnolud, o imieniu Targan, był asystentem Kazgara z rodu Brasina, wielkiego historyka i mistrza nauk znanego w całym Minaloit i poza granicami. Oświadczył, że poszukuje bohaterów gotowych podjąć się trudu zbadania niebezpiecznych ruin odkrytych właśnie w nawiedzonej przez zniszczenie dolinie. Obiecał bajeczne wynagrodzenie, co miał potwierdzić przybyły wraz z nim człowiek przedstawiający się jako Łapa, najemnik. W dowód dobrej woli krasnolud pokrył koszty jadła i noclegu dla wszystkich. Pito i jedzono bez umiaru korzystając z dobrodziejstwa nieznajomego. Członkowie przyszłej drużyny nie znali się. Różnili się pochodzeniem, wierzeniem oraz charakterem. Jednak połączył ich tej nocy jedno – żądza przygody i sławy. Bogactwo i chwała. Myśl o zaginionych skarbach rodem z legend i baśń odpowiadanych przez bardów. Od kielicha do kielicha i od słowa do słowa przyjęli propozycję Targana zawierzając mu. Następnego dnia, o samym świcie opuścili miasto wraz z karawaną zapasów Kazgara. Było tam wszystko co potrzebne do wielkiej wyprawy. Jadło, napoje, broń, zbroje, magiczne przedmioty i inne wspaniałości. Torgan obiecał, że jeżeli podpiszą umowę z Kazgarem jego mistrz z pewnością powierzy im część tych wspaniałości. To tylko wzmocniło zapał podróżników.

W wygodnych powozach, otuleni ciepłymi futrami, podróżowali przez krainę zbliżając się coraz bardziej do doliny. Świadczył o tym widok nieba, które na zachodzie przypominało olbrzymi czarny obłok zwisający nad szarym, zeschniętym lądem. Jakiż to był kontrast w porównaniu do otaczającego ich krajobrazu pogrążonego w łagodnym, zimowym śnie. Biały puch zalegał na drzewach, rzeki i jeziora natomiast skute były taflą lodu. Nie zamartwiano się jednak. Pito miód, zajadano pieczone mięsiwo, słuchano opowieści Torgana i innych członków karawany, przyszła drużyna powoli się poznawała, chociaż daleka była przed nimi droga do tego tytułu. Po kilku dniach przybyli do doliny. Do Otchłani. Śnieg ustąpił lawie, chłodne powietrze gorącym podmuchom gniewnego, wzburzonego wiatru, rześki zapach lasów duszącemu odorowi siarki oraz podziemnych wyziewów. Obrazu katastrofy dopełniały krystaliczne formacje wyrastające z ziemi niczym bolesne zadry. Wysoki, czysty ton rozbrzmiewał w całej okolicy. Przemawiał on do każdego na swój sposób, budząc w słyszących go rozumnych istotach różne emocje. Od smutku, wesołości, po żal i rozpacz. Nie były one intensywne, nie zaćmiewały umysłu, lecz ich rozgłos ciągle towarzyszył niczym irytująca mucha bzycząca koło ucha.

Musicie się przyzwyczaić - odezwał się Torgan siedzący pośród poszukiwaczy przygód z butelką wina w dłoni. Nie miał już na sobie futra ani żadnego ciężkiego, wierzchniego odzienia. Temperatura tutaj panująca przypominała tę w samym środku lata. Żar bijący od rzek lawy i nagrzanego podłoża był nieznośny, do tego odchodziło suche, duszne powietrze. – Najgorzej jest w nocy, kiedy jest cicho. Ale to i tak nic w porównaniu do zdradliwego podłoża. Musicie uważać gdzie stąpacie, jeden nieostrożny ruch i ziemia otworzy się pod waszymi stopami i was pochłonie. Najlepiej nie zbaczać ze ścieżki.


Puknął się w nos uśmiechając szeroko.


Raz żem widział jak jeden z wozów wpadł prosto w ogień. Jechał i puf, nie ma. Tylko wielka dziura żaru.


Hlóin mógł potwierdzić te słowa. Niemal czuł jak ziemia krzyczy rozdzierana przez jakieś straszliwe, niepojęte moce. Nie potrafił ich w żaden sposób określić. Po prostu czuł w głębi duszy agonię skał. Rzadko doświadczał takich przeżyć, ale żadne, które przeżył nie było tak intensywne jak to. Nie tylko on czuł, że coś jest nie w porządku. Energia magiczna była w dolinie niezwykle silna, zagęszczona. Zdawało się jakby zakryła wszystko aż po horyzont jakimś kloszem, dławiąc to co pod nią. Czarowanie nie będzie łatwe w takich warunkach, każda taka próba będzie wiązać się z dodatkowym ryzykiem.


Mistrz Kazgar to wyjątkowa osoba – kontynuował krasnolud łypią co chwila potężny łyk wina, aż mu nieco ściekało po bujnej, rudej brodzie. – Żyje bardzo długo, nawet jak na krasnoluda. I źle nie wygląda. Wciąż ma siły na małe co-nieco – mówiąc to zaśmiał się rubasznie. – Ale tak naprawdę jest bardzo poważny. Spędza całe dnie nad księgami, czyta i pisze, to jeden z największych mędrców po tej stronie świata. Sami zobaczycie.


W końcu dostrzeżono obóz pilnowany przez dwójkę strażników dzierżących włócznie. Kilku chodziło ostrożnie wzdłuż palisady wypatrując intruzów. Po ich zbrojach i odznaczeniach można było wywnioskować, że służą oni namiestnikowi Minaloit. Dość logiczne zważając na to, że całe wydarzenie miało miejsce na jego ziemiach. Gdy karawana zawitała do środka skierowała się ku wysokiemu, czerwonemu namiotowi. Rozłożony był przed okrągłym placem, wokół którego znajdowały się te największe i najważniejsze. Wśród nich można było dostrzec na przykład fioletowy należący do magów z akademii magicznej Morinhtaru czy też biało-złoty Zakonu Lorveniuszy.


Powóz zwolnił zatrzymując się. Torgan zatarł dłonie.


Koniec wycieczki – oznajmił głośno i zeskoczył na ziemię. – Teraz poznacie swojego pracodawcę.


Wskazał ręką wejście do namiotu, czyniąc zapraszający gest. Poszukiwacze przygód bez zbędnego ociągania się weszli do środka.


Wnętrze spowite było w lekkim półmroku. Powietrze zaś wypełniał lekko słodki zapach przynoszący na myśl bukiet kwiatów. Kłęby szarawo-białego dymu wydostawały się z dwóch wysokich, kamiennych koksowników stojących przy wejściu. Ogień się w nich tlący miał dziwny niebieski odcień. Ziemię wyścielał włochaty dywan tłumiący odgłos kroków. Za stojącym pośrodku masywnym biurkiem zasiadał krasnolud pogrążony w lekturze opasłej księgi. Pomagał sobie w czytaniu lupą.


Wzrostem nie różnił się od swoich pobratymców. Jednak tylko na tym kończyło się podobieństwo. Skórę bowiem miał gładką, nie twardą i pomarszczoną jak większość krewniaków. Czarną kozią bródkę zadbaną, lśniącą i związaną na przemian srebrną oraz złotą nicą. Paznokcie przycięte, czyste. Włosy ciemnie, długie, gęsto opadające kaskadą na mocarne ramiona wyraźnie zarysowane spod burgundowej, jednolitej szaty.


Mistrzu - rzekł Targan z szacunkiem i powagą, jakże niepasującą do obrazu krasnoluda, który wraz z podróżnikami pił i żartował przez cały czas.


Kazgar odłożył księgę podnosząc wzrok. Widząc Łapę zmarszczył nieco brwi, ale na ustach wykwitł mu nikły uśmiech. Ten człowiek, heh. Wstał rozkładając szeroko ręce.


Witam was, śmiałkowie! Ufam że podróż minęła spokojnie i mój asystent zapewnił wszelkie wygody. Nie lubię owijać w bawełnę i zabaw słownych. Powiem wprost. Chcę byście razem ze mną zeszli w samo serce mroku. Widzieliście okolicę, więc zapewne wyobrażacie sobie jak to wszystko wygląda tam – Kiwnął głową do tyłu jakby chcąc im wskazać rozciągające się poza obozem liczne rozpadliny i szczeliny. – Niemniej wiem że możecie mieć różnorakie pytania, wątpliwości, dlatego nawet jeśli się teraz zgodzicie to wyruszymy dopiero jutro o świcie. Czas ten możecie spożytkować na dogłębniejsze zapoznanie się z sytuacją panującą w dolinie, pytania lub zabawę. Z mojej strony zapewniam sowitą zapłatę. Słowa dotrzymuję, Torgan!


Asystent skoczył ku kufrowi leżącemu przy łóżku i wyjął z niego kilka pergaminów, po jednym dla każdego z nowoprzybyłych.


Za pomoc w zejściu oferuję wam na głowę: po sto sztuk złotych monet, sto srebrnych i trzysta miedzianych. Po dwa rasowe konie czystej krwi z najlepszych stajni Autonomii, do tego otrzymacie prawo do pięćdziesięciu procent znaleźnego łupu. Podzielicie się nim według własnego uznania.


Kwota była porażająca. Łapa, który kilka razy pracował dla historyka podczas różnych ekspedycji nigdy nie otrzymał więcej niż pięćdziesiąt suwerenów jako całość, a w niektórych przygodach przyszło mu się otrzeć o śmierć. Skoro w tym przypadku oferowano takie sumy, to jakie było niebezpieczeństwo? Wszyscy zapewne mieli podobne myśli, jednak wizja takiego bogactwa była nie do odparcia.


Targan ułożył pergaminy na biurku wkładając pióro do kałamarza.


Wystarczy się podpisać – powiedział Kazgar ze słabo pobrzmiewającą w tle niepewnością. Złączył dłonie za plecami. – To tylko formalność. Wasz pierwszy krok. Uwierzcie mi. To odmieni oblicze wszystkiego.



>> Niniejszym zaczynam. Zastanawiałem się czy nie zacząć od rauz w podziemiach, ale obiecałem że będziecie mogli zrobić jakieś zakupy i nieco się poznać nim skoczycie do wody. Toeretycznie jako tako się znacie, bo razem jechaliście przez parę dni w karawanie, ale to taka dość pobieżna znajomość, ot, imiona i niewiele więcej. W obozie jest wszystko, karczma, burdel i tak dalej, dla każdego coś się znajdzie, wystarczy popytać. Warto pytać, może odwiedzić magów z Mori albo namiot pladynów i poprosić o błogosławieństwo. Zaczynamy i mam nadzieję, że będziemy się dobrze bawić.
Awatar użytkownika
Filiasz
Posty: 6
Rejestracja: 04 gru. 2014, 21:31

27 sty. 2015, 17:58

Łysy, wysoki elf od wyruszenia z Minaloit miał złe przeczucia. Kto o zdrowym rozsądku oferowałby taką fortunę. Zadanie musiało być śmiertelnie niebezpieczne, a w miarę jak zbliżał się z drużyną do celu coraz bardziej miał pewność, że nie wszyscy przeżyją. Wystarczy logicznie pomyśleć nad sytuacją. Z czymkolwiek mieli się zmierzyć było ponad ich siły, inaczej nie zostaliby pokuszeni bogactwami nie z tej ziemi. Filiasz z innego powodu niż trzos wyruszył z tą zgrają pomyleńców. Ludzie, krasnoludzie i orkowie. Gorszej hołoty w życiu nie widziałem. Mimo słusznego wieku cieszył się jak dziecko na wiadomość odkrycia nieznanego i zasmakowania przygody. Okazja do przygody była silniejsza niźli złoto i inne ludzkie pragnienia.

Bez ogródek złożył podpis na umowie dużym znakiem X, po czym skierował się do wyjścia. Nic mu nie było potrzeba, co potrzebował już miał. Wszędzie był motłoch, wszędzie krasnoludzie i ludzie. Cholera, jak ich nie znosił. Wprawdzie posiadał całkiem niezłe zapasy, ale warto byłoby coś jeszcze zjeść i napić się przed drogą. Po zapytaniu się jakiegoś człowieczka i otrzymaniu odpowiedzi, którędy do namiotu karczemnego, ruszył ku niemu. Zamówił polewkę i lepsze wino, które dostał z miejsca w dużym glinianym dzbanku. Zapłacił wszystkie należności, po czym usiadł przy pustym stoliku w kącie , tak by móc obserwować wszystkich w środku. W kubek, który dostał wcześniej nalał wina i powoli je sączył obserwując gości. Kostur oparł o bok namiotu, tak by móc w każdej chwili sięgnąć po niego. A nóż, któryś nierozsądny go zaczepi. Warto byłoby rozprostować kości przed misją.

Awatar użytkownika
Lakras
Posty: 38
Rejestracja: 16 lis. 2014, 01:06
GG: 4918905
Karta Postaci: viewtopic.php?p=51226&sid=346c605f8e6922b3cefce5a53452c75c#51226

27 sty. 2015, 19:56

Stąpała pośród straganów nie śpiesząc się wcale, bo i po co? Jako przyszła posiadaczka fortuny nie miała powodu do zbytniego pośpiechu. Od czasu do czasu chichotała szaleńczo ukrywając usta za dłonią na widok uciekających jej z drogi młodych i starych osobistości.

Tak, taaak. Uciekajcie, moje małe robaki. Wasz żywot nic dla mnie nie znaczy, ba! Chętnie bym was rozdeptała i zrobiła sobie kąpiel z waszych tłustych, białych soków. Uważajcie, bo mogę uznać nadmierne zainteresowanie mą osobą jako straszliwą niegrzeczność i wbić wam jeden z rogów Czaszki prosto w te wasze plugawe oczodoły, które śmiały się na mnie krzywo spojrzeć. Hmm? Co ty na to, Czaszeczko? Chciałabyś jeszcze dzisiaj zaznać smaku ciepłej, życiodajnej, cudownej, czerwonej cieczy? Ja bym chciała. Czuję, że serce naszego słodkiego pana zadrżało by z rozkoszy na ten widok.

Mroczka przystanęła przy jednym ze straganów, oczywiście, zrobiła to ku wielkiej rozpaczy handlarza . Widząc jego uciekające przed jej spojrzeniem oczy warknęła cicho odwracając się z lekką frustracją na twarzy.

Moja słodka, przecież chciałam tylko zdobyć jakieś przydatne specyfiki, dla dobra moich najdroższych towarzyszy, czemu to musi być takie trudne? Daję słowo, zaraz oszaleję, a z mych ust poleje się piana….Och, głupia, już za późno.

Uśmiechnęła się drapieżnie zerkając na omijających ją szerokim łukiem ludzi. Zamrugała, wystawiając język i przez chwilę badając nim zawieszone w powietrzu, sięgające w jej stronę czarne pazury, ułożone w rozdzierającym jej duszę wołaniu, którego nie mogła zlekceważyć. Schowała język zerkając na oddalony od niej o paręnaście kroków, mały, otoczony dziwnie znajomą aurą namiot.

Prawie bym go przeoczyła! Głupia ja. Narcystyczna ja. Czaszko, powinnaś mnie upominać, kiedy widzisz, że się staczam, że kąpię się w błocie swojej potęgi i strachu innych ludzi. Ach, mój drogi Eeskerze. Czyja to moc wisi nad tym namiotem. Czy to ty, mój straszliwy? Czy to niechybnie zarzucona na mnie pułapka? Hm, już dzisiaj poznałam jednego pasterza. Teraz mam zamiar poznać jakąś mniej obrzydliwą bestyjkę.

Trącając boleśnie kosturem jednego z przechodniów szybkim krokiem dotarła do namiotu i rozwarła jego poła starymi kościami.Stanęła tuż przy wejściu podziwiając dzwoniące czaszki. Przybliżyła do nich swój kostur i poruszyła nimi jeszcze raz, przywracając wesołą melodię śmierci.

Cóż to za miejsce. Jakże me wielkie, miłosierne serce raduje się, że nie skończyło w takim namiocie. Czaszko! Strasznie tu śmierdzi. Zrób coś z tym, albo, albo? Albo co, owco? Powinnaś gryźć, no już. Wystaw ząbki.

Mroczka uśmiechnęła się na widok siedzącej mroku postaci. Nie wyglądała na zdziwioną, wręcz przeciwnie. Rysy jej twarzy wyostrzyły się, a oczy zamigotały w nagłym przypływie zdrowego rozsądku. Czuła w swoich palcach moc, jednak owa moc nie była jeszcze obudzona i nie przybierała żadnych kształtów. Na razie znajdowała się w pojemniku, jednak w razie potrzeby blada kobieta mogłaby sięgnąć po nią w ułamku sekundy.
Słysząc skrzeczenie postaci po raz pierwszy od bardzo dawna wyprostowała swoje plecy przyjmując dostojną postawę. Być może przesadziła, bo coś cicho strzeliło w jej krzyżu, zignorowała to jednak.
Usta rozchyliły się w miłym uśmiechu. Przełożyła kostur z ręki do ręki i powolnym krokiem zbliżyła się do stołu.

Kropla krwi by poznać przyszłość. Moja kropla. Moja krew. Moja krew, która nigdy nie była mi tak droga, jak jest teraz. Jednak nad moją głową zawisło ciężkie kowadło, którego masę podwaja wahanie i zdradziecka szumowina zwana ciekawością. Eeskarze, czy tu jesteś? Czaszko, czy tu jesteś? Błagam o błogosławieństwo!

Jestem ciekawa tej ciemności. Masz moją krew istoto, ale wiedz, że mój gniew jest straszliwy i jeśli nie zadowoli mnie twoja usługa obrócę to miejsce w pył.- Rzekła twardym głosem unosząc wysoko głowę. Jej rysy nagle nabrały szlachetnego wyglądu a powieki opadły jeszcze bardziej, jakby chciały podkreślić prawdziwość wypowiedzianych przez nią przed chwilą słów – Och! I jeszcze jedno! Zezwalam na małe ukłucie, moja skóra jest wielce delikatna i nic nie może zakłócić jej mroźnego piękna. Nie chcę mieć żadnej blizny.


Ścisnęła swój kostur kierując w stronę dwójki żarzących się ślepi wyciągnięty palec. Wyglądało to komicznie, zupełnie jakby jej rękę powoli trawiła ciemność.
Fetysze powplątywane w jej włosach zaszemrały cicho, nadając chwili jeszcze więcej tajemniczego charakteru.
Awatar użytkownika
Rander
Posty: 48
Rejestracja: 21 sie. 2014, 21:33
GG: 51772154
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3033

27 sty. 2015, 20:21

Kuniat wszedł dość cicho do namiotu. Zapewne dla Lorveniuszy krasnolud ot tak wchodzący do ich schronienia mógł być dziwnym widokiem, ale cóż, nikomu wstępu odmówić nie powinni. Gdy wszedł do pomieszczenia dostrzegł że wszedł w wręcz idealnym momencie w negatywnym tego słowa znaczeniu, msza, czy oni robią cokolwiek innego po za modlitwą i mordowaniem kolejnych tabunów "mroku"?-pomyślał. W wnętrzu namiotu znajdował się dywan, jak praktycznie wszędzie, ławy dla modlących się oraz ołtarz gdzie kapłan odprawiał mszę oraz gdzie znajdował się posążek Lorven, Najjaśniejszej pani światła. Wchodzącego do namiotu Kuniata niemal od razu zauważył jeden z paladynów i pozdrowił go w charakterystycznym dla nich stylu dodatkowo pytając o powód złożenia wizyty przez krasnoluda w tym miejscu.

Kuniat ledwie zdążył otworzyć usta by odpowiedzieć gdy wnet poraził go snop światła. Kuniat zdezorientowany momentalnie zasłonił twarz rękoma, tłum jednak rozstąpił się a zza ołtarza wyszedł kapłan, ubrany standardowo w białe szaty. Krasnolud odruchowo przestał zasłaniać się przed światłem i mimo iż wyraźnie mu przeszkadzało wytężył wzrok i uważnie począł obserwować kapłana który trzymał złotawą miniaturę słońca z której to centrum wydobywało się źródło owego światła które jak się okazało dziwnym sposobem całym swym blaskiem skierowane było niemal tylko i wyłącznie na rudowłosego brodacza. Kapłan począł mówić, Kuniat stał zszokowany nie rozumiejąc wagi słów jakie wypowiadał przed nim sługa Lorven, w tym samym czasie paladyni stali w osłupieniu jak gdyby widzieli coś niewiarygodnego, coś czego jak wydawało się Kuniatowi on jako jedyny nie widział. Starzec który trzymał owe miniaturowe słońce puścił je, jednak ono nie upadło, zawisło w powietrzu w dodatku kierując białą świetlistą wiązke na młot rudowłosego, krasnolud w tym momencie zdał sobie sprawę że na jego oczach dzieje się coś niezwykłego choć wciąż w pełni to do niego nie docierało.

Niespodziewanie ziemia poczęła drżeć, głośno i mocno, rozległ się huk a namiot wypełnił blask, niespodziewany, czysty i potężny. Gdy światło zniknęło Kuniat poczuł jakąś energię wręcz wypływająca z Ilvajyera, pokrył się on prawie że przezroczystą powłoką, był biały niczym światło które przed momentem omal nie rozniosło całego namiotu. Kapłan ogłosił iż oto tu między nimi znajduje się pogromca nieprzyjaciela, paladyni jak na zawołanie wyciągneli miecze i skierowali je ku górze wydając głośny okrzyk. Co tu się dzieje? Czy to jawa czy sen? Ja jestem prawdziwy a może…nie, to wszystko mnie przerasta, ale muszę podołać, nie muszę tego rozumieć ale wiem że nie zostaliśmy sami, ani ja, ani ty Ilvajyeru- wyszeptał cicho niby sam do siebie krasnolud starając się to wszystko ułożyć w sensowną całość.
Staruszek skłonił się ku Kuniatowi i stwierdził że Serce Lovren pobłogosławiło krasnoluda i jego broń, dodał też że na krasnoludzie ciąży teraz nie lada odpowiedzialność i że nie może on zawieść, tak, nie może, musi kroczyć w nawet najgłębszą czeluść, czynić to co słuszne, w świecie bez nadzieji, tam gdzie wszyscy stchórzą on musi stać, być wartownikiem godnych wartości, bronić przed zatraceniem i nie zapomnieć dlaczego, tak, nie zawiedzie, mógł nie wierzyć ale właśnie uwierzył, tak właśnie było. Po tych słowach krasnoluda zaczepił jeszcze paladyn który jako pierwszy się do niego odezwał przed wydarzeniem które miało tu miejsce, wyraził nadzieję że Kuniat mądrze wykorzysta dar jaki zesłała na niego Lorven na co brodacz odpowiedział– Tak, podejmę się chociaż próby, obiecuję że nie zawiodę,a teraz wybacz ale muszę to wszystko przyswoić- po tych słowach krasnolud opuścił namiot Lorveniuszy trzymając w dłoni, silnie i pewnie swój młot.
Przepełniła go nadzieja, miał gdzieś te kryształy które najwyraźniej truły ludziom w głowach, on się nie da. Ilvajyeru, nie wiem co teraz potrafisz, ale lepiej żebym zbyt szybko nie musiał się o tym dowiadywać, nikt nie wie co czeka nas tam, na dole-zadumał się w myślach Kuniat jakby sądząc że młot go rozumie, był z nim bardzo związany a nadal w pełni go nie rozumiał. Udał się powolnym krokiem pod czerwony namiot w którym podpisywał umowę, nie wiedział z której strony toteż nikogo z jego współtowarzyszy w owym miejscu nie spotkał. Postanowił jednak wejść do namiotu, i o ile kogokolwiek tam zasta, grzecznie poczekać na resztę, rozmyślając o tym co się niedawno wydarzyło, jeśli by jednak nikogo nie zastał udał by się w poszukiwaniu Kazgara.
Awatar użytkownika
Tonuryn
Posty: 132
Rejestracja: 18 wrz. 2014, 21:11
Lokalizacja postaci: Kamienica Artmerów
Discord: Youmuu
GG: 52562577
Karta Postaci: viewtopic.php?p=50324#50324

28 sty. 2015, 19:22

Doskonałość wydęła pełne usta, spoglądając na błękitny w kolorze kryształ. Wyglądał zupełnie tak, jakim go widziała za pierwszym razem. Nie mienił się czerwienią, nie pożerał żadnych zaklęć, emanował tajemniczą aurą. Brzęczał. Ten czysty dźwięk wypełniał powietrze swoją enigmatyczną melodią. Słodkim brzmieniem. Niczym błysk w oku kusicielki, zaproszenie do niebezpiecznego tańca.
Była zafascynowana. Przez długi czas wpatrywała się w minerał, obracając i obmacywując go w swoich myślach, rozważając różne teorie i próbując zgłębić jego tajemnice. Oczywiście, były to tylko puste fantazje. Nie mogła się doczekać eksperymentów, które miały przecież nadejść lada chwila. Sama nie była do końca pewna, dlaczego jeszcze ich nie rozpoczęła. Czekały na nią zagadki, które aż się prosiły o rozwiązanie.

Wróciła w ustronne miejsce, które upatrzyła sobie już wcześniej, idąc tym samym, sprawdzonym szlakiem. Jej krótka wycieczka po obozie nie przyniosła większych rezultatów. Nie czuła się jednak zawiedziona ani sfrustrowana tym faktem. Wszystko poszło według jej smutnych przypuszczeń. Śmiesznie było patrzeć na ludzką odrazę. Na to, jak usuwają się jej z drogi, zbywają ją i odsyłają. Doprawdy, trudno było o snoba gorszego niż mag z Akademii. Tacy właśnie byli ludzie. Zamknięci w sobie pasjonaci tajemnej wiedzy.
Stłumiła chęć uśmiechnięcia się. Nie było się z czego śmiać. Jednocześnie skarciła samą siebie za zgorzkniałość, jaka pojawiła się w jej sercu. Była w końcu doskonałością nie tylko z imienia. Nie mogła śmiać się z innych, sama nie będąc ideałem.
Ale o to akurat nie musiała się martwić.

Wciąż przyglądała się jasnoniebieskiej skale. Gorące podmuchy otulały jej ciało i rozbijały się o doskonałe jego kształty. Ręką zasłoniła usta i nos, chroniąc je przed rozgrzanym powietrzem. W jej błękitnych oczach odbijało się światło ognia i płomieni.
Napawała się tą chwilą, sączyła ją jak dobre wino.
Po jakimś czasie wzięła się jednak w garść. Momentalnie zmienił się jej wyraz twarzy, przechodząc z rozmarzonego w pełen powagi.
Zaczęła przyzywać moc. Nigdzie jej się nie spieszyło, dlatego magia wędrowała przez jej ciało powoli, niczym dreszcz. Z początku bezkształtna, z każdą chwilą nabierała barw i postaci, żywiąc się myślami Doskonałości i czerpiąc z jej idei. Nie minęło dużo czasu, nim obok palców Doskonałości ponownie zaczęły fruwać iskry, poruszając się leniwie to w tę, to w tamtą stronę.

Rozpoczęła eksperymenty. Tym razem nie ograniczała się do jednego kryształu, rzucając swoje zaklęcia. Miała zamiar przede wszystkim sprawdzić, czy może uniknąć wessania czaru przez minerał, błyskawicznie odwołując swoje płomienie czy też najzwyklej w świecie pozbawiając je swojego magicznego wpływu, przez co stawały się codziennym, przewidywalnym ogniem o barwie nieszlachetnej czerwieni. Czuła niejaki wstręt do niekontrolowanych żywiołów, które często uśmiercały niezasługujących na śmierć, ale mogła zdusić w sobie to uczucie. Poza tym — nie przywoływała tutaj przecież ogniowych burz.

Miała także zamiar dowiedzieć się więcej o naturze kryształów, wykorzystując do tego swoją niezwykłą umiejętność wyczuwania magii. Sprawdziła to wpierw na czysto, po prostu wysyłając swoje nadnaturalne zmysły wgłąb skały, która, jak się dowiedziała, pełniła rolę przekaźnika. Potem zrobiła to nieco inaczej, pozwalając kryształowi najpierw wchłonąć drobne zaklęcie, a dopiero później skupiając się na przebytej przez nie drodze, śledząc je za pomocą sond. Miała nadzieję, że uda się jej w ten sposób przebić blokadę, o którą jej zmysły rozbiły się ostatnim razem.

Może nie zdawała sobie z tego sprawy, ale jej umysł wszedł na całkowicie nowy poziom podczas badań, i to nie tylko z powodu wykorzystywanych w nich czarów. Zaczęła oddychać głębiej i bardziej miarowo, skupiając się na rzeczach wyższych niż prosta egzystencja, chłonąc każdy bodziec i cząstkę wiedzy, którą mogła wydusić z enigmatycznych skał i otoczenia.
Zdobyte w ten sposób doświadczenie było faktycznie cenne i przez krótką chwilę zrozumiała niechętnych do podzielenia się wynikami swoich eksperymentów czarodziei. Była to jednak bardzo krótka chwila.

Awatar użytkownika
Sadrigal
Posty: 273
Rejestracja: 21 wrz. 2014, 20:22
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 23150683
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3060

28 sty. 2015, 21:36

Hlóin, zatrwożony doświadczeniem, które przed chwilą stało się jego udziałem, oderwał krwawiące ręce od skały i upadł na kolana. Zepsucie było znacznie, znacznie gorsze, niż się spodziewał. Ziemia nie należała już do ziemi, i, po raz pierwszy w życiu, była przeciwko niemu. Poczuł się zatrważająco samotny i niepewny.

Nie poddał się jednak, postanawiając, że spróbuje raz jeszcze użyć mocy. Tym razem nie w bezpośredniej styczności z ziemią. Spróbował wytężyć wolę ponownie i pokryć swoje broczące krwią dłonie warstwą kamienia, żeby sprawdzić, czy może korzystać ze swojej mocy chociaż w taki sposób, korzystając z pamięci czystej, nieskalanej skały, którą niósł w sobie.

Niezależnie od efektów, uznał, że o swoich odkryciach musi niezwłocznie powiadomić Kazgara. Nie wykluczał tego, że był on już wszystkich tych rzeczy świadomy; jeśli jednak tak było, Hlóin był bardzo stanowczego zdania, że powinien on poinformować poszukiwaczy przygód o tym. W końcu im więcej wiedzieli podczas tej ekspedycji, tym lepiej.

Szanowny Kazgarze, dokonałem odkryć, które trwożą mnie nadzwyczajnie. Kryształy, które widzimy na powierzchni, są tylko drobnym ich ułamkiem; ciągną się daleko i szeroko pod ziemią, na wszystkie niemalże strony, pod nami. Kiedy spróbowałem wpłynąć na skały, moja moc została… wyssana… przez byt, którego nie byłem w stanie zidentyfikować, a który krył się za kryształami. Przemówił do mnie, przemówił tymi słowy: "Sześciu… a jedni". Ziemia nie jest już naszym sprzymierzeńcem. Muszę przyznać, że zagrożenie, jakie możemy napotkać, jest większe, niż mogliśmy się spodziewać. Być może należałoby wstrzymać się z podjęciem ekspedycji do czasu, kiedy zgromadzilibyśmy tu potężniejsze siły, rozesławszy wici po mistrzów run i władających mocą. Obawiam się, że jeżeli nie uderzymy znacznymi siłami, nasze życia mogą posłużyć jedynie wzmocnieniu tego, co czyha na nas pod ziemią. Obawiam się też, że los naszych poprzedników jest przesądzony.

Skończywszy długie przemówienie, czekał na reakcję Kazgara.

Awatar użytkownika
Anemetius
Posty: 563
Rejestracja: 25 sie. 2012, 00:40
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2150#33472

30 sty. 2015, 02:18

Blondyn przyjrzał się uważnie miksturze otrzymanej od mężczyzny. Uśmiechnął się z wdzięcznością przyjmując podarunek. Widać było, że wiedział co otrzymał i jaką to miało wartość.

Jeżeli tak uważasz – rzekł chowając flakonik do głębokiej kieszeni szaty. – Jeśli naprawdę znają się na magii mój mistrz może być chętnym do rozmowy, ale niczego nie mogę obiecać.

Wstał trzymając ciągle w dłoni drewniany kufelek z naparem.

Postaram się ich odszukać. Dziękuję i do zobaczenia, kiedyś.

Łapa pozostał sam przy stoliku, jednak nie na długo. Dopijając trunek ktoś do niego podszedł. Okazał się to być wysoki elf o długich, prostych włosach o barwie czystego złota. Był wyrośnięty nawet jak na swoją rasę sięgając pewnie i mocno ponad dwa metry. Nosił na sobie majestatyczną szatę pokrytą licznymi runami oraz zaklętymi słowami mocy. Na dłoniach miał białe rękawiczki, w które misternie wprawione były niewielkie szmaragdy i rubiny. Przez dłużącą się chwilę w milczeniu wpatrywał się w łotra gadzimi oczami o pionowych źrenicach. Łapa pod tym spojrzeniem czuł się dziwnie nieswojo i skrępowany. Nachodziły go różne myśli, niekoniecznie przyjemne. Kiedy elf przemówił brzmiał tak majestatycznie, a zarazem łagodnie, że niemożliwym było go zignorowanie. Wpływ magii? Własne umiejętności? Kto tam wie tych szpiczastych fircyków.

Widzę że interesują cię kryształy, człowieku – rzekł elf z uśmiechem wyższości na ustach. – Wiem też, że współpracujesz z Kazgarem. Nie pytaj się skąd, i tak ci nie powiem. – zaśmiał się, co w uszach człowieka zabrzmiało dość złowieszczo. – Mogę zapewnić ci ochronę przed ich wpływem, jeżeli tylko zrobisz coś dla mnie. Wiem że ten zgrzybiały krasnolud planuje ekspedycję do ukrytego wejścia. Wiem także gdzie ono jest, ale wolę tam nie iść, skoro ktoś inny już tam zmierza.

Elf włożył prawą dłoń do szerokiego rękawa sięgającego prawie podłoża, wyciągając z niego czarną kulę wielkości pięści. Ukazał ją w całej okazałości. Nie miała żadnych nierówności ani odkształceń, czysta, idealna, Łapa widział w niej swoje niewyraźne, przyciemnione odbicie.

Zabierz ten kamień ze sobą. – powiedział nieznajomy. – Tylko o to cię proszę. Kiedy nadejdzie moment, kamień sam uczyni to, do czego został stworzony. Nazywa się … Infi - dokończył z błyskiem w oczach. – To skrót od pewnego starożytnego, elfiego słowa oznaczającego nieskończoność. – wyjaśnił przepełniony samozachwytem i dumą.


Ja zaś zwę się Anemetius. Niezmiernie miło mi cię poznać. – pionowe źrenice elfa zwęziły się niczym u węża wpatrującego się w przyszłą ofiarę.


Jaka będzie odpowiedź najemnika?


Twoi towarzysze cię przed nimi nie ochronią. – rzekłby, gdy Łapa zastanawiałby się nad odpowiedzią. Jego ton był pełen wyczuwalnej, acz subtelnej groźby, ostrzeżenia. – Macie niewiele czasu, nie rozwiążecie ich tajemnicy tu, na powierzchni. Kazgar z kolei nie uda się do innego miejsca. To krasnolud. A jak każdy krasnolud jest uparty. Ruiny opętały jego umysł. Albo się zgodzisz, albo zginiesz w mroku. Wybór jest twój. Zaufaj mnie lub szykuj się na marny koniec w odmętach szaleństwa.


Zbliżył dłoń z kulą zachęcająco. Przed mężczyzną zawisło pytanie. Przyjąć przedmiot i się narazić na ewentualne konsekwencje, czy też zaufać elfowi? Musiał sobie na to odpowiedzieć. Jakie są szanse, że członkowie drużyny znajdą odpowiedź na niezbadany wpływ kryształów, co więcej, jakie są szanse, że złotowłosy go perfidnie nie oszuka?


Do karczemnego namiotu wszedł Filiasz. Zarówno Łapa, jak i Anemetius go dostrzegli. Ten drugi zerknął na pierwszego wyczekująco z szerokim uśmiechem białych zębów. Człowiek zrozumiał, że jeżeli odmówi wysoki elf spróbuje z pobratymcem.



*


Kalmaros nie zrezygnował. Kryształy zaciekawiły go, być może nawet zbyt mocno. Podchodził bowiem do kontaktu z nimi bardzo swobodnie, nie myśląc o możliwych nieprzyjemnych konsekwencjach. Czy elf aż tak wierzył w swoją moc oraz umiejętności? Kiedy ponownie użył mocy na tym samym krysztale co wcześniej, ku jego zawodowi nic się nie wydarzyło. Minerał milczał wydając z siebie charakterystyczną pieśń, ale nic poza tym. Elf czynił to samo z każdym kryształem w okolicy, lecz wszystkie zbywały go milczeniem. Jedynie rozbłyskały czerwoną poświatą za każdym razem, gdy zostawały potraktowane porcją energii. Nie odpowiadały agresją ani żadnymi głosami czyniąc mu na złość jakby mając świadomość czego chciał przedstawiciel długouchej rasy, one zaś nie miały zamiaru dać mu tej przyjemności. Może powinien poszukać swoich towarzyszy i razem spróbować coś zaplanować?


Wnet zadrżała ziemia. Niespodziewany wstrząs zwalił elfa z nóg. W paru miejscach utworzyły się zapadliny. Rozświetlone czerwienią kryształy implodowały rozkruszając się na tysiące kawałków, wydając przy tym przerażający pisk tak intensywny, że Kalmaros z całych sił zacisnął uczy. Pociekła mu krew z nosa, ogarnęły mdłości, świat zawirował przed oczami. Gdy mógł już wstać zauważył jak kawałki kryształów przeistaczały się w bulgoczącą masę, która zaczęła spływać ścieżkami ku jednemu miejscu, łącząc się i nadając kształt. Z parującej brei powoli wynurzał się kształt, rósł w oczach nabierając humanoidalnych kształtów. Najpierw z kałuży wyłoniła się krystaliczna dłoń. Zaparła się o ziemię wbijając w nią długie, szkliste pazury. Następnie kolejna, aż w końcu z półpłynnej substancji utworzył się humanoid z czystego kryształu o szkarłatnej barwie. Istota ta nie miała żadnych rysów twarzy, oczu, ust, niczego. Zdawała się być czystym szkieletem obleczonym w krystaliczną powłokę. Jednak Kalmaros coś w niej wyczuwał, coś znajomego. Dopiero po chwili z zaskoczeniem zrozumiał, że wczuwał w tym czymś samego siebie, własną magię, własne JA.


To co zostało rozdzielone będzie złączone – przemówiła telepatycznie kryształowa kopia elfa. On sam zaś miał wrażenie jak wszystkie jego zmysły popadają w dziwny marazm, stają się słabsze, wyciszone. Nie wiedząc czemu zrobiło mu się błogo, w głowie odezwały się wcześniejsze głosy z kryształu. Kamień do niego przemawiał kusząc go wizjami nieśmiertelności, wszechmocy i spełnienia wszystkich marzeń, czegokolwiek sobie tylko zażyczy. Czuł … szczęście? Zarazem był pod wpływem tych emocji, lecz jednocześnie miał świadomość ich fałszu. – Jestem tobą. Złączę się z Nimi i osiągnę wszystko. To jest ostateczny cel istnienia.


Z tym przekazem istota rzuciła się na elfa biegnąć ku niemu z zatrważającą szybkością.



*


Doskonale – wyszeptała pożądliwie istota i sztyletem lekko naknuła opuszek palca Mroczki. Poczuła ostry, kłujący ból, zupełnie inny niż powinna. Coś szarpnęło jej wnętrznościami oraz myślami, lecz trwało to ułamek sekundy. Kropelka krwi zalśniła w ciemności spadając do miski. – Taaak. – wymamrotała z przejęciem istota wykonując kościstym palcem smukły gest. Słoje na półkach zadrżały i zaczęły same unosić się w powietrzu, zbliżając się do misy, żeby wylać do niej swą zawartość. Wielobarwne ciecze rozjaśnione w mroku spływały powoli, łącząc się w jeden, gęsty płyn o srebrnym kolorze kontrastującym ze wszędobylskim mrokiem. Organy, czasami ledwo mniejsze niż sama misa, wpadały od niej niknąc bez śladu jakby naczynie nie posiadało dna. Głos zachichotał.


Gotowe. Spójrzmy co niesie ze sobą przyszłość … - Nad misą zawisły dwie dłonie. Ich skóra była chropowata, pokryta strupami i wypukłościami, ranami oraz krostami. Nawet Mroczka poczuła przez moment obrzydzenie. Ale istota nie zwróciła na to uwagi wykonując rękoma okrężne, powolne ruchy, a każdy zakrzywiał panujący dookoła mrok, tworząc szlaki i fale.


O, nieznane nici czasu, ukażcie się! – recytowała istota głosem pogrążonym w transie, dodając od siebie słowa w nieznanym języku. – Na moce tego świata, na Trilla, na Yiridiara, na Indrumona! Na duchy żywe i martwe! Wiążę was mymi słowami, rozedrzyjcie osłonę! Pozwólcie mi ujrzeć!


Buchnął fioletowy dym, który zaczął szaleńczo wirować nad miską.


Widzę ogień spadający z niebios. Labirynt, niezbadane ścieżki. Miecz zdrajcy. Dwa odłamki, kuźnię pośród płomieni. Króla zasiadającego samotnie na potępionym tronie. Bramę i mrok sięgający głębiej, coraz głębiej, aż do samego serca ziemi. Tam wszystko się rozstrzygnie. W komnacie boskiego dźwięku podejmiesz wielką decyzję. Ty czy świat. Świat czy ty.


Dym opadł z cichym sykiem.


Oto moja przepowiednia. A teraz odejdź, jesteśmy zmęczone, tak bardzo zmęczone … – Głos osłabł niknąć w mroku wraz z sylwetką istoty. Mroczka przestała wyczuwać jakąkolwiek aurę. Mrok ulotnił się ujawniając wnętrze namiotu, ale osoby, z którą przed chwilą rozmawiała już nie było.



*


Doskonałość rozpoczęła samotnie eksperymentować. Czy było to rozważne? Pewność siebie najwidoczniej zepchnęła rozwagę na drugi plan. Rzucając zaklęcia dowiedziała się, że niemożliwym staje się odwołanie zaklęcia w pobliżu kryształu. Gdy energia magiczna znajdzie się w jego pobliżu zostaje złapana przez niepojętą dla niej aurę. Ona natomiast ściąga całą moc zaklęcia rozpraszając go i absorbując. Jedyną opcją jest walka z tą nieznaną aurą, napieranie na nią własną wolą i wkładanie w zaklęcie więcej energii. Zmysły czarodziejki nie były w stanie spenetrować kryształów dogłębniej, rozbijając się o potężne bariery myślowe. Pewnym pocieszeniem było to, że im dalej rzucało się zaklęcie od kryształu, tym słabszy był jego wpływ. Oceniła że wraz z każdym metrem wydłuża się chwila absorbcji zaklęcia o jedną lub dwie sekundy. Zależało to wszystko od wielkości kryształu i ich zagęszczenia. Tam gdzie kryształów było wiele ich aura rozciągała się bardzo daleko potęgując się o własną wielokrotność. Więcej już raczej samej niczego nie mogła się dowiedzieć.


Spędzając czas na rozmyślaniu wyczuła czyjąś obecność. Dostrzegła zbliżającego się człowieka – blondyna w wieku może szesnastu, siedemnastu lat. Wyglądał jak wystraszony kundelek rozglądający się dookoła z niepokojem. Widząc ją, a raczej jej wyzywający strój, poczerwieniał na twarzy błądząc wzrokiem byleby tylko nie patrzeć na odsłonięte ciało.


Przysłał mnie członek waszej drużyny. – powiedział na powitanie. – Taki z maską i czarnymi włosami. Powiedział że kilku członków jego drużyny, w tym wymienił chyba ciebie, zna się na magii i byłoby zainteresowanych spotkaniem z moim mistrzem, Imonuoelem. – Podrapał się po głowie. – Szukałem innych tych waszych magów, ale nikogo nie znalazłem.



*


Kazgar studiował mapę razem z Tegranem wymieniając się nawzajem swoimi uwagami oraz spostrzeżeniami. Po orku nie było żadnego śladu. Najwidoczniej postanowił opuścić drużynę, ponieważ jeden dokument leżał z boku niepodpisany. Hlóin wszedł do namiotu. Jego kolejna próba okazała się być skuteczna, ale powstała tarcza i tak długo nie zaistniała. Skażona była kryształem, który od środka ją rozkruszył na pył. Oczywistym było, że ziemia w tej okolicy do niczego się nie nadawała. Nawet jeśli nie kryształy to i tak była zbyt krucha, niczego nie mógł z niej stworzyć trwałego, chyba że włożyłby w każdą runę olbrzymie ilości mocy, które wypełniłyby braki surowca. Miał świadomość, iż byłoby to skrajnie nieopłacalne. Zaklinacz run mógł jednie liczyć, że skały w podziemiach będą w lepszym stanie, mimo że nie było ku temu żadnych logicznych podstaw. Powiadomiwszy Kazgara o swoich odkryciach ten odsunął się od mapy, w zamyśleniu gładząc brodę.


To brzmi bardzo niepokojąco – powiedział ostrożnie. – Ale to nic czego byśmy się nie spodziewali. Te kryształy pochodzą z ziemi, oczywistym jest, że ziemia nam nie sprzyja. Wystarczy się rozejrzeć. Znacznie bardziej martwi mnie ten byt, o którym mówisz…


Historyk zasępił się marszcząc czoło.


Sześciu… a jedni, Sześciu… a jedni. – powtarzał zamyślony. – Nic mi to nie mówi. Może to jakiś nic nieznaczący bełkot? Cokolwiek siedzi pod ziemią musi tam siedzieć bardzo długo, może postradało zmysły? Niestety nie mogę odwołać ekspedycji. Wszystko zostało zaplanowane i przygotowane. Tragarze i robotnicy czekają, karawana czeka, to wszystko kosztuje duże pieniądze. O świecie wyruszymy jak było zaplanowane.


W tym samym momencie do środka wkroczył Kuniat.


Razem możecie spróbować rozwikłać tę zagadkę! – zakrzyknął Kazgar ucieszony na widok pobratymca, którego pojawienie się sprawiło, że nie musiał rozprawiać o obawach Hlóina. – Jestem pewien, że jeżeli cała drużyna się zbierze i rozmówi ktoś na coś wpadnie. Na pewno ci Magowie z Mori coś wiedzą, ale nikomu nic nie zdradzą. Aczkolwiek jakbyście wszyscy razem do nich poszli żądając odpowiedzi powołując się na dobro krainy i tak dalej, to może by się ugięli. W końcu to tylko paru wychudzonych magików. Odrobina gróźb w imię wyższych celów nie zaszkodzi, prawda?

Awatar użytkownika
Aleksis Bentrum
Posty: 1187
Rejestracja: 29 paź. 2011, 16:01
Lokalizacja postaci: Dwór Pomiędzy Spektrami
GG: 50433717
Karta Postaci: viewtopic.php?t=961

30 sty. 2015, 14:04

Zgoda ucznia maga poprawiła Łapie humor. Najemnik chytrze uśmiechnął się do młodego. Współpraca z drużyną kiełkowała. Pomoc nie była bezpośrednia, jednakże załatwianie kontaktów dla kumów było czymś, w opinii łotra, pożytecznym. Kto wie, może rozmowa z Imonuoelem doprowadzi do rozwiązania jakichś problemów natury magicznej? Ta cała magia, na cholerę ona istniała? Cóż, zapewne najmądrzejsi wysilali swe mózgownice do rozwikłania tajemnicy mistycznych mocy. To nie była sprawa poczciwego Łapy.

- Młody, trzymaj się. Do zobaczenia. – Uniósł kufel ku blondynowi w geście pożegnania. Łapa wypił ostatki trunku. Rzyć przyzwyczaiła się do drewnianego, niewygodnego siedziska. Lenistwo pochłaniało mężczyznę, głód alkoholu zachęcał do następnej kolejki. Trudne było życie najemnika. Wieczna walka ze słabościami. Tym razem Łapa pokonał pragnienie i prawie wstał. Prawie, bo niespodziewanie zaczepił go olbrzymi elf.

Długowłosy elf wyglądał wyzywająco. Jego ubiór był swoistym sygnałem, który dostrzegłby każdy bandyta: okradnij mnie! Okradnij mnie! Kamienie szlachetne, ta szata, te runy – to wszystko brzmiało jak wygodne i pełne luksusów życie przez całą zimę i początek wiosny. Chędożony długowieczny emanował rasową dumą. Pogardliwie patrzył na człowieka, który ten spojrzawszy na jego nienaturalne oczy, uciekł wzrokiem do swojego pustego kufelka. Obecność nieznajomego niepokoiła człeka.

Elf przemówił, a człowiek próbował go zrozumieć.

Słuchacz nie nosił maski. Ta spoczywała na stoliku. Oczekiwała na moment, w którym ponownie osłoni lico swego pana. Anemetius bez problemu dostrzegł tęgi wyraz na twarzy Łapy. Kiedy elf skończył swój monolog, człowiek odpowiedział.

- Nie trzeba od razu gadać o marnych końcach – zaznaczył smutnym, udawanym głosem. - Gdybym pracował sam, zgodziłbym się na twój układ, panie Anemetius. Niemniej pracuję w drużynie i w obecnej chwili nie opłaca mi się twa propozycja. Dlaczego? Ruszę mózgownicą i wyjaśnię to. Jeśli szaleństwo byłoby jedynym niebezpieczeństwem, wziąłbym tę zabaweczkę – zerknął na czarny kamień - i byłoby po sprawie. Ale w tej pierdolonej otchłani czeka jeszcze inny syf. Jeśli ja przeżyję, a inni członkowie powariują i się pozabijają, to sam zginę. Dlaczego? Ponieważ nie przetrwam sam w tychże czeluściach. To zadanie, które wymaga współpracy.

- Zawsze możesz nałożyć ochronę na wszystkich członków mojej drużyny, a kamień dać mi. Wtedy ja będę zadowolony i pan również, panie Anemetius. W odpowiednim momencie uaktywnię tę zabaweczkę. No, dorzuć pan jeszcze cztery suwereny w srebrze. Według mnie to piękny układ.

Awatar użytkownika
Krasy
Posty: 46
Rejestracja: 08 lis. 2014, 16:22
GG: 2362384
Karta Postaci: viewtopic.php?p=50844

30 sty. 2015, 19:25

Srebrny blask siedział podparty ręką przy stole. Karczma była dla niego rzeką życia. To właśnie zwykle w niej znajdowała się praca dla bytów jego rodzaju. Silny i barczysty ork był marzeniem każdego kupca przemierzającego Trakt Iquański. W historii wszystkich swoich zleceń zdarzyło się parę ataków na karawanę, w których uczestniczył jako jeden z jej strażników. Jednak ten dzień nie był zwyczajnym dniem.

Guro'Tun zapamiętał go jak przez mgłę i to zapewne nie przez wzgląd na ilość wypitej gorzałki. Pojawił się wtedy jakiś krasnolud, który zaproponował wszystkim obecnym wyprawę za którą obiecał kwoty, których nie posiadał prawdopodobnie jakikolwiek zielony. Blask nie zwrócił wtedy uwagi na jego towarzysza, ani na innych obecnych w karczmie. Przed swoimi bladymi ślepiami miał jedynie ułamek majątku jaki mógł otrzymać po wyprawie.

Przez cały tamten wieczór siedział zanurzony w myślach. Ich głębia ciągnęła go wtedy bardziej, niż zwykle.

Pił i jadł niezwykle mało, jak na darmowe jadło i napitek. Wciąż tylko siedział i myślał. W jego niewielkim, orkowym móżdżku przewijało się w rzeczywistości niewiele obrazów, za to każdy był niezwykle interesujący. Mimo tak kruchego pomyślunku obawiał się, że może to być podpucha. Nawet pięćdziesiątej części tego o czym mówił ten mały Guro'Tun nie trzymał kiedykolwiek w swojej zielonej łapie.

Następny czas mijał olbrzymowi bardzo szybko. Wciąż targały nim ambiwalentne uczucia. Z jednej strony czuł niesamowite wręcz podniecenie na myśl o tak bajońskich sumach. Z drugiej zaś zwyczajnie bał się okantowania.

– Najwyżej mnie topór poniesie – kwitował za każdym razem w myślach i czas mijał.
Wkrótce karawana z nim i jego towarzyszami dotarła na miejsce. Ork poprawił karwasz i zaczepił topór o pas, po czym ruszył za wszystkimi jako ostatni.

Wszyscy weszli do namiotu. Wnętrze oświetlały dwa koksowniki, a mimo to panował w nim półmrok. Srebrny Blask od razu zwrócił swoją uwagę na siedzącego za biurkiem, niskiego krasnala. Ich rasę traktował na równi ze sobą samym, no może trochę gorzej. Ich wzrost sprawiał, że w obecności krasnoludów Guro'Tun czuł się jak olbrzym. Niczym wielki głaz w obecności człowieka.
Srebrny Blask nie miał jednak wiele czasu na obserwacje. Wkrótce siedzący stary maluch począł opowiadać. Zielony nie był w stanie wszystkiego zrozumieć, ale sens ogólny prawdopodobnie uchwycił.

– Czyli mam iść na dół i dostanę dużo złota. Te tutaj będą szły ze mno – odparł sam do siebie w myślach.
– Pierwszo z nich to człek w masce. Śmierdzi jak ja, bo aż stąd go czuję. Wziął to piero i macho po tym szarym. Ciekawe czy też mam tak zrobić. Zaczekam. – komentował w myślach i czekał na dalszy rozwój wydarzeń.
– Długie uszy jest następny. Co one gadajo. Ja. Nie rozumiem. On tyż maznoł. Cikawe. – skwitował krótko.
Następna w kolejce była elfia kobieta. Gdy wyszła przed szereg ork dopiero zdał sobie sprawię, że wśród drużyny znajduje się płeć słaba. Jako zielonoskóry widział w kobietach jedynie samice do rozrodu. Jego przyrodzenie niezauważalnie podniosło się. Ona zamiast podpisywania się strzeliła palcami, co Guro'Tun skwitował prosto:
– Jo tak ni umiem.
Kuniat podpisał pergamin jako następny. Srebrny Blask zdziwił się jedynie dziwnym pancerzem jaki maluch miał na sobie. Ork wciągnął w nozdrza powietrze wiedząc, że wkrótce nadejdzie pora na niego.
– Milczek. – skomentował w myślach Guro'Tun, gdy Hlóin namazał coś na pergaminie.
Po czym nadeszła kolej na kolejną, rozgadaną kobietę. Głowa orka była już zbyt pełna myśli. Pojawiały się w niej jedynie strzępki przemyśleń o drużynie z którą wkrótce zejdzie w nieznane.
– Kolejna samica.– stwierdził.

Wtem przyszła kolej na niego. Czysty krasnolud już jakby o nim zapomniał, gdy barczysty ork poprawił swoją tarczę i ruszył przed siebie w kierunku pergaminu. Nie wiedział do końca co miał zrobić, więc w celu uniknięcia kompromitacji po prostu chwycił pióro tak jak inni i pewnym ruchem namazał niczego nie przypominający kształt. Następnie obrócił się przez ramię i wyszedł z namiotu. Wciągnął w nozdrza przerzedzone powietrze i bladymi ślepiami ogarnął okolicę. Paradoksalnie spojrzenie to nieco go uspokoiło. Czuł się tu o wiele pewniej, niż w namiocie gdy wszyscy gadali o czymś, o czym on sam nie miał zielonego pojęcia. Umiał machać toporem i facjatę czasem komuś wyprostować, nic więcej. Ruszył kilka kroków przed siebie i znalazł sobie niewielki głaz na którym legł, nie odstawiając na bok tarczy. Niemal nigdy tego nie robił, a zwłaszcza w mieście pełnym chciwych moczymord łasych na łatwy zarobek. Po prostu siedział, delektując się samotnością i względną ciszą.

Wnet ork pod stopami poczuł, że ziemia drży. Poderwał się na proste nogi i ręce instynktownie uniósł, stając błyskawicznie w pozycji bitewnej. Nogi rozstawione na szerokości barków, lekko ugięte w kolanach. Ciężar ciała oparty na tylnej nodze. Tarcza zakrywała szczelnie obszar klatki piersiowej. Jedynie szerokie barki wystawały z zewnątrz.

Guro'Tun usłyszał huk niedaleko. Poderwał się i pobiegł do źródła. Jego bladym ślepiom ukazał się widok w pierwszej chwili niezrozumiały. Na ziemi leżał jeden z członków jego drużyny. Długie Uszy był bez wątpienia w niebezpieczeństwie – choć nie wiedział jeszcze jakim. Wnet dziwna masa skupiła się w jednym punkcie i poczęła kleić się w jedno. W coś, co kształtem poczęło przypominać humanoida. Kryształowy szkielet, który nie wyglądał orkowi na przyjaciela.

Nie czekając ani chwili, Guro'Tun rzucił się do pomocy. Choć jeszcze nie poznał on ani jednego z członków swojej drużyny, to czuł już się zobligowany do pilnowania towarzyszy. Począł biec czym prędzej przed siebie z tarczą gotową do uderzenia w przeciwnika. Prawa dłoń zaciskała się na rękojeści topora, którym gotowy był zabić. Rozpadliny nie wydały mu się problemem. Choć nie miał zielonego pojęcia co tutaj się właściwie dzieje, to biegł ile sił w orkowych nogach. Na pomoc towarzyszowi.

Awatar użytkownika
Rander
Posty: 48
Rejestracja: 21 sie. 2014, 21:33
GG: 51772154
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3033

30 sty. 2015, 20:18

Kuniat tuż przed wejściem do namiotu poczuł jak niespodziewanie ziemia zadrżała, w dodatku wszechobecne kryształy wydawały z siebie dziwny pisk. Nie wiem co tu sie dzieję ale nie wygląda to dobrze, jednak jeszcze nie czas by próbować się dowiedzieć– pomyślał krasnolud po czym wszedł do namiotu. Zastał tam Kazgara który rozmawiał o czymś z Hlóinem– innym krasnoludem, członkiem wyprawy. Kazgar zauważył Kuniata i radośnie go powitał po czym poinformował Kuniata iż jakiś tajemniczy głos wypowiedział równie tajemnicze słowa do Hlóina gdy ten podejmował próbę wytworzenia tarczy.

Sponsor wyprawy zaproponował by Kuniat razem z Hlóinem i resztą drużyny udali się do magów którzy szwędają się po obozie by spróbować wymusić na nich możliwą odpowiedź na dręczące ich pytanie. Kuniat po chwili przemyśleń uznał iż, rozwiązanie zagadki tajemniczego głosu mogło by im choć trochę ułatwić dalszą wyprawę, toteż odpowiedział– Jeśli mój współtowarzysz chce iść do magów pójdę z nim, w końcu wszystko dla dobra wyprawy! Hlóinie, do ciebie należy decyzja- Kuniat skończył po czym z serdecznym uśmiechem który zagościł na jego twarzy, czekał na odpowiedź.
Awatar użytkownika
Lakras
Posty: 38
Rejestracja: 16 lis. 2014, 01:06
GG: 4918905
Karta Postaci: viewtopic.php?p=51226&sid=346c605f8e6922b3cefce5a53452c75c#51226

30 sty. 2015, 23:21

Argh, kobieto! Czy naprawdę chcesz poznać mój gniew? Zamienię ten głupi, śmierdzący namiot w pył, a na twoim grobie pozostawię robaczywe jabłko, aby każdy wiedział kto tu żył! Przyciągnęłaś mnie tutaj roztaczając wokół smród mojego pana, jednak to tylko jego perfumy, ty nic o nim nie wiesz i….Czaszko! Czuję się oburzona bólem, który mi zadano!

Jednak mimo swych myśli Mroczka nic nie uczyniła, cofnęła się tylko trochę do tyłu i wsadziła swój palec do ust ssąc go lekko. Metaliczny smak krwi rozpłynął się w jej ustach mieszając z śliną i spływając przez przełyk do żołądka. Słodki smak krwi uspokoił ją nieco, wyciągając jej umysł z powrotem z odmętów zalewającej jej wściekłości.
Z wielkim zainteresowaniem poczęła obserwować lewitację najprzeróżniejszych słoi, które niesione niewidzialnymi siłami pojawiały się przed jej nosem i wlewały swe zawartości do naczynia, gdzie mieszały się z jej krwią. Czasami Mroczce wydawało się, że widzi tańczące na powierzchni srebrnego płynu serce, albo wątrobę, jakby wnętrzności próbowały się wydostać z pożerającego je potwora, którego stworzyła kropla jej krwi.
Kobieta uniosła brodę z zainteresowaniem, wyjmując palec z ust i kładąc rękę na czole Czaszki. Jej długie, smukłe palce przesuwały się powolnymi gestami ku pustym, martwym oczodołom jej najbliższej przyjaciółki, po czym znikały w tych czarnych dziurach i wysuwały się na powrót powtarzając ten magnetyzujący gest parokrotnie.
Na widok starych, zgrzybiałych rąk zasłoniła się kosturem cofając się jeszcze o krok do tyłu. Wyraz jej twarzy uwidaczniał falę odrazy, która najwidoczniej bez uprzedzenia zalała jej umysł, jednak po chwili wahania zaciekawienie wygrało i kobieta przysunęła się do stołu na tyle blisko, aby blask bijący od miski rzucał na jej twarz magiczną, srebrną poświatę wyostrzając jeszcze bardziej jej mroczne rysy.

Och, patrz Czaszeczko. Patrz! Stare ryty, do których nigdy nie będziemy dołączone. Słuchaj moja miła, słuchaj bluźnierczych słów, które niczym węże, śliskie i brzydkie, wypełzają z ust tej istoty o pokracznym ciele. Czyżby to była cena za zaglądanie w przyszłość? Oddawanie części swojego istnienia w zamian za oczy, których teraz zazdroszczę. Ale teraz szzzzzz, Czaszko! Bądźmy cicho! Spośród tych miłych dla mojego ucha obrzydlistw musimy wyłapać słowa! Słowa prawdy. Słowa, które już się wydarzyły i które są mądrzejsze od nas. Słowa przyszłości. Hmmm, a przynajmniej musimy myśleć, że nie słuchamy kogoś, kto pragnie nas oszukać. Och! Od tego szukania wszędzie zdrady zaczyna mnie boleć głowa! Pomóż mi, mój ukochany, brzydki panie!

Kiedy wróżba się skończyła, a istota kazała jej odejść, Mroczka westchnęła machając kosturem przed sobą, jednak w momencie, w którym stare kości przecięły puste już powietrze syknęła z irytacją i rozejrzała się po namiocie.

Nic z tego nie rozumiem. W podziemiach czeka na mnie jakiś król? Cóż za decyzje mam podjąć?! Przekleństwa! To przekleństwa cisną mi się teraz na usta i walczą ze mną o swoją wolność sprawiając ból moim pięknym usteczkom!

Obeszła stół przyglądając się stołowi z wielkim zafrasowaniem wypisanym na twarzy.

Miecz zdrajcy? Więc jednak mam czego szukać. Czaszko, mianuję cię moim głównym psem myśliwskim, razem wytropimy ten plugawy byt i udusimy moimi pięknymi, białymi palcami. Cóż to będzie za uczucie! Cóż za uczta dla mego serca! Cóż za satysfakcja! Słyszysz mnie? Czaszko!

Mroczka zajrzała w puste ślepia swojego kosturu i w tym momencie w namiocie zapadła cisza. Po chwili trwania w tej pozie twarz kobiety z radosnego zmieniła się w smutny grymas podkuty zażenowaniem.
Przystawiła blade palce do czoła i pomasowała je przez chwilę.

- Samotność świata ześle ci na barki. Zadość uczynienie za twe zbrodnie ześlę ci na barki. Czarownico, nawet nie wiesz jak bardzo twoja klątwa jest trująca.

Po tych słowach kobieta rozejrzała się po pomieszczeniu i z nową determinacją zaczęła przeszukiwać to liche miejsce. Jeśliby znalazła coś ciekawego z pewnością schowałaby to sobie pod pelerynę.


Przed wyjściem zgarbiła się nieco zaciskając mocniej palce na kosturze i czochrając odrobinę swoje włosy.

Idziemy moja droga, wzywają nas obowiązki. Mamy jeszcze tyle rzeczy do zrobienia! Pomyśl o Doskonałości, o jej jasnym blasku i o tym olbrzymim przygłupie. Kukukuku, będziemy się dzisiaj świetnie bawić kościana przyjaciółko!

Z uśmiechem odsunęła poła namiotu i wyszła na zewnątrz przeklinając pod nosem światło, które ją tam poraziło. Ze złości nawet walnęła jakiegoś chłopca kosturem, bo nierozważnie wszedł jej pod nogi.

Robaki! Moja kąpiel jest wciąż aktualna, pamiętajcie o tym.

Syknęła bardziej do siebie niż do przechodnich handlarzy. Na chwilę przystanęła węsząc w powietrzu, po czym rozglądając się dookoła ruszyła szybkim krokiem w stronę z której przyszła.

Wróć do „Sesje pozafabularne”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 15 użytkowników online: 2 zarejestrowanych, 0 ukrytych i 13 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Google [Bot], Kerreos
Liczba postów: 52090
Liczba tematów: 2965
Liczba użytkowników: 1036
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: DrzewoBizantyjskie
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.

Live czat z adminem

Czat z administratorem – klik!
W związku z tym, że Leviathan nie znajduje się jeszcze w swym finalnym kształcie, pytania do jego administratora są spodziewane, potrzebne i oczekiwane. Jeśli masz jakieś (albo chcesz po prostu pogadać o tym projekcie), kliknięcie na powyższy przycisk otworzy nową kartę z oknem rozmowy.