Epoka

Miejsce, w którym każdy może wcielić się w rolę Mistrza Gry i poprowadzić wcześniej przygotowaną sesję umieszczoną w dowolnych realiach.
Awatar użytkownika
Lota
Posty: 105
Rejestracja: 02 maja 2013, 22:37
Lokalizacja postaci: Kamienica Patriotów
GG: 12768943
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2644

Epoka

02 lut 2015, 01:43

(kontynuacja tego posta)

Bus chwiał się jeszcze delikatnie, chociaż nic nie wskazywało na to, by miał zmienić swoją pozycję. Sytuacja była dramatyczna. Pasażerowie prawej strony pojazdu przelecieli na drugi bok, boleśnie obijając się o metalowe oparcia siedzeń, torby i ludzi, na których udało im się wylądować. Nie było ani sekundy ciszy. Panika w postaci pierwszych okrzyków, jęków rozpaczy i bólu opanowała bus już chwilę po przewróceniu.

W moment zrobiło się duszno i parno. Co dziwne, nie zbiła się żadna z szyb, co wpływało na szybko rosnącą temperaturę wnętrza "Jotki". Czuć było ostry, obrzydliwy pot, krew i wszystko to, co wylało się lub zmiażdżyło w trakcie wypadku. Kogoś o wyczulonym zmyśle powonienia mógł zaniepokoić delikatny swąd, który paraliżował wyobraźnię. Pojazd najwyraźniej gdzieś się palił.

Kierowca był nieprzytomny. Ucierpiał najbardziej ze wszystkich, choć jako jedyny był przypięty pasami. Nikt nie był jednak w stanie skupić się na jego stanie zdrowia, bo najważniejszym okazała się instynktowna potrzeba natychmiastowego opuszczenia busa po wypadku. Były na to dwie możliwości: albo postarać się przewrócić pojazd na właściwą stronę, ułatwiając tym samym dostęp do automatycznych drzwi po prawej, albo wybić przednią lub tylną szybę, pozwalając pasażerom wytoczyć się z przewróconego busa.

Młotek temu służący przymocowany był do siedzenia nieprzytomnego kierowcy.

Co było najgorsze, decyzje należało podejmować szybko, a przecież minęła dopiero chwila. Wszyscy byli w szoku, obici i obolali, co znacznie utrudniało koncentrację.

Istniała także trzecia opcja, którą należało uwzględnić. "Jotka" nie była w końcu taka wielka – osoba zwinna i sprawna mogła postarać się otworzyć drzwi siłą w przewróconym busie i podciągnąć się do wyjścia. Należało jednak założyć, że nie każdy (a w szczególności jeden z podróżnych) byłby w stanie tego dokonać.

Liczył się czas.

Najwięcej "do powiedzenia" mieli w tym przypadku pasażerowie pierwszych siedzeń: przyciśnięta do szyby, opalona kobieta (kurczowo zaciskająca ręce na rzucającej się i syczącej zawartości nosidełka) oraz mężczyzna, który spadł na nią z prawej strony. Wyglądał na Teksańczyka, ale mogły to być jedynie domysły, czasu na analizowanie korzeni po prostu nie było. Sportowy garnitur, który miał na sobie, był teraz okropnie ubrudzony i pognieciony. To oni, opisana dwójka, byli najbliżej kierowcy i, mimo że wszędzie walały się najróżniejsze siatki, torby i torebki, mieli najłatwiejszy dostęp do wyjścia. Co więcej, oboje byli przytomni i sprawni do działania.

– Wezwijcie karetkę! – wrzasnęła rozpaczliwie kobieta, która zajmowała dalsze miejsce. – Moja noga. Kurwa! Złamałam nogę! Pomóżcie mi!

– Wybijcie szybę! – dodała sąsiadująca pani, choć nieco mniej pewnie.

– Ruszcie się! Czuję spaleniznę!

Okrzyków było coraz więcej. Robiło się coraz cieplej.

Najwięcej skupionych było wokół drugiego i trzeciego rzędu siedzeń, bo aż siedem osób – cztery kobiety (w tym jedna, która nakazała wezwanie karetki) i trzech mężczyzn. Niektórzy stękali, inni krzyczeli o pomoc, słychać było też szloch. Reakcji było wiele, lecz nikt nie potrafił zdecydować się na nic konkretnego. Zdawało się, że każdym powodowała panika lub oszołomienie, czemu trudno było się dziwić.

Ostatni rząd zajmował krótkowłosy szatyn, którego szara bluza splamiona była krwią. Niedużą ilością, bo pochodziła z niezbyt głębokiej rany na prawym ramieniu. Odsłaniał ją rozcięty materiał i trudno było stwierdzić, co w obecnej sytuacji mogło ją spowodować. Prawdopodobnie wszystko. Leżał między dwoma panami – ten od góry drżał mocno, ale niewygodna pozycja nie pozwalała rannemu stwierdzić, co się z nim dzieje. Pod sobą miał potężnego, ciężko dyszącego mężczyznę, który śmierdział tak ostrym potem, że (mimo wszelkich innych wrażeń) aż kręciło się od tego w głowie. Ci ostatni mogli od biedy stłuc tylną szybę i w ten sposób stworzyć wszystkim możliwość wyjścia, jednak mieli znacznie mniejsze pole manewru niż para z przodu. Ograniczały ich także siedzenia, których nie dało się złożyć.

Najtrudniej miał mieć ten śmierdzący grubas, to było pewne.

– Rozbujajmy to – powiedział wreszcie pewien mężczyzna, ciemnoskóry, który obił twarz o metalowe oparcie. Wyglądał strasznie, lecz zdawał się nie zwracać na to większej uwagi. – Słuchajcie mnie, musimy coś zrobić, inaczej się tu spalimy. Trzeba pomóc tej kobiecie. Ktoś jest ranny? Co z kierowcą?

Choć starał się narzucić jakieś działanie, nie brzmiał pewnie. Jego głos drżał, zdradzając zdenerwowanie. Zadawał za dużo pytań, na które niewiele osób było w stanie odpowiedzieć. Był jednak pierwszą osobą, która coś zaproponowała. Reszta mogła się go posłuchać.

Mogła też zaproponować inne wyjście z tej chorej sytuacji.

Liczył się czas.

Widocznie ranny jest tylko Sławomir, choć niezbyt poważnie. Rana może szczypać od zabrudzenia.

Każdy czuje się poobijany.


Kolejność dowolna. Działajcie.

Awatar użytkownika
Aleksis Bentrum
Posty: 1190
Rejestracja: 29 paź 2011, 16:01
Lokalizacja postaci: Dwór Pomiędzy Spektrami
GG: 50433717
Karta Postaci: viewtopic.php?t=961

02 lut 2015, 14:11

Świat Sławomirowi wydawał się obcy i nieprzyjazny.

Karetki ścigały się z czasem. Ludzie zachorowali. Polak mógł się jedynie domyślać, dlaczego Pan Bóg postanowił ukarać swoje dzieci akurat w tym momencie. Dźwięk sygnalizacji rozpraszał ciszę. Współpasażerowie byli wpatrzeni w ekrany przenośnych urządzeń. Bezprzewodowy internet przelewał na te świecące i połyskujące badziewia informacje. Być może w busie rozbrzmiewała rozmowa. Wymiana uwag, wzajemne pocieszanie się, ktoś mądrzejszy tłumaczył pewne niewiadome komuś głupszemu. Sławomir czuł się głupio. Zupełnie nie rozumiał głosów wydobywających się z gardeł poruszonych sytuacją rozmówców.

Pozostała mu obserwacja. Przez szybę transportowego pojazdu wpatrywał się w ulicę. Sławomir, znużony, zmęczony hałasem, niezadowolony z życia, liczył na szybkie dojechanie do Mersenton. Mężczyzna oparł dłoń na swoim podbródku. Ta podróż niedługo dobiegnie końca.

Dezorientacja, krzyki i ten przeklęty smród. Odór napełniał Sławomira obrzydzeniem. Co się, do kurwy, stało? Umysł układał fakty z niemałym opóźnieniem. Zdenerwowanie miotało Sławomirem. Był przerażony. Pragnął wydostać się z kotła ludzkich ciał. Serce waliło jak młot. Krew szybciej docierała wraz z zanieczyszczonym powietrzem do mózgu. Dotarła i panika.

Instynkt dał o sobie znać jak uderzenie pięści w mordę. Sławomir miał chwilę temu wiele problemów, lecz w obliczu krytycznego zagrożenia pragnął on jedynie przetrwać. Uratować własną skórę. Iskierki bohaterstwa zniknęły z powierzchni jego jaźni pod wpływem nawałnicy bodźców. Wydostać się z busa!

Sławomir natychmiast spróbował uwolnić się z siedziska. To był priorytet Polaka. Nie chciał przebywać między dwoma nieznajomymi. Jeżeli Sławomirowi udałby się jego zamiar, postarałby się wybadać nowy grunt swymi nogami i stanąć na przywróconym boku. Zapewne było to wielce niewygodne, ale lepsze to niż trwanie w półleżącej pozycji i modlenie się do Boga. Wtedy pochylony Sławomir uczyniłby to, co podpowiadała jego natura. Wziąłby głęboki oddech. Zaciągnął się odorem spoconych ciał, spaleniznami i wonią krwi. Rozejrzał się. Zerknął na pulchnego gościa i drżącego osobnika.

Awatar użytkownika
Sadrigal
Posty: 277
Rejestracja: 21 wrz 2014, 20:22
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 23150683
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3060

02 lut 2015, 15:41

Wszystko było w porządku ze światem. Francis siedział sobie wygodnie z tyłu pojazdu, pożerając chipsy, wyciągane z plecaka, oddając się słuchaniu muzyki ze słuchawek, wpiętych do telefonu, kiwając głową i mamrocząc w rytm dziwnego utworu, którego gatunek określał jako nuawangardowy postprog metal, dopóki jego błogiego nastroju, niezakłócanego przez żadnych normies czy inny plebs, nie zrujnował wypadek.

Nagle znajdował się na samym dnie, a ściana, przy której siedział, stała się podłogą, kiedy bus, po potężnym zderzeniu, gwałtownie przewrócił się na bok. Uderzył boleśnie głową najpierw w siedzenie przed sobą, a potem w szybę, a po sekundzie spadł na niego jakiś barczysty facet, jeszcze zwiększając stopień potłuczenia.

Po kilku sekundach dezorientacji, kiedy próbował sobie poukładać w świadomości to, co właśnie się stało, opanował go czysty gniew. Jakiś normie leżał na nim, szarpiąc się, tylko zwiększając chaos, bezużyteczny, jak wszyscy oni. Ratowało sytuację wyłącznie to, że jedna ze słuchawek, dalej wciśnięta w ucho, w dalszym ciągu nadawała, ale wpływało teraz na niego zbyt wiele czynników, żeby mógł dalej się cieszyć muzyką.

- NIE DOTYKAJ MNIE! - rozdarł się piskliwie, szamocząc się gwałtownie pod mężczyzną, wypychając go tak mocno, jak tylko mógł, ku przerwie pomiędzy siedzeniami, co pozwoliłoby jemu samemu być może przybrać postawę wyprostowaną, której desperacko w tej chwili pożądał. Oddech miał krótki i raptowny, a na zaczerwienionej twarzy malował się pełny oburzenia wyraz. Myśl o kimkolwiek innym, ewentualnych ofiarach wypadku czy tym, że jego życie w tej chwili mogło być zagrożone, mimo panującego ogłuszającego harmidru, nawet nie zagościła w jego głowie. Chciał tylko stanąć prosto, zobaczyć wyjście z tego idiotycznego piekła i wrzasku i z niego skorzystać.

Awatar użytkownika
Xariel
Posty: 924
Rejestracja: 23 mar 2013, 16:28
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 11721007
Karta Postaci: viewtopic.php?p=42135&highlight=#42135

02 lut 2015, 15:58

Siedział spokojnie, wygodnie rozwalony na całym miejscu jakie mógł wykorzystać w tym zaśmierdziałym busie. Co jakiś czas zerkał jedynie za okno aby zidentyfikować jak wiele czasu jeszcze będzie zmuszony w nim spędzić.

Nie chciało mu się nawet ruszać telefonu, po prostu drzemał z przymkniętymi oczami. Tyle już słyszał o całej tej nowej epidemii "grypy". Póki on był zdrowy nie musiał się tym przejmować. Od tego byli inni ludzie. Wszechobecny skowyt karetek nie niepokoił go. Paradoksalnie był wręcz uspokajający. Tak dobrze znał ten wysoki, drażniący dźwięk.

Aż w końcu odezwała się syrena, która była niepokojąco głośna, cholernie bliska. Zanim Jacob otworzył oczy by zerknąć na przejeżdżający tuż (a przynajmniej tak podejrzewał) obok pojazd gwałtowne uderzenie rzuciło nim w bok. Wciągnął z sykiem powietrze czując nagle ból w obitych kończynach. Rozejrzał się zdezorientowany, dopiero po krótkiej chwili dotarło do niego gdzie są. Znaczy, gdzie on był. Oprócz tego że na jakiejś kobiecie. Bus został jakimś cudem przewrócony na bok, a słyszana jeszcze chwilę temu karetka prawdopodobnie była sprawcą. Ci debile nigdy nie potrafi zdjąć nogi z gazu po włączeniu sygnału, typowe.

Spokój, spokój, spokój, spokój – powtarzał sobie czując, jak krew coraz szybciej zaczyna płynąć w żyłach. Jego zawód pomagał, musiał zachowywać zimną krew w każdej sytuacji.

Odetchnął ponownie. Starał się odzyskać ostrość widzenia. Ktoś z tyłu krzyknął, żeby dzwonić po karetkę. Już tutaj jest.

Potrząsnął głową. Swąd w środku stawał się nie do zniesienia. Czyżby ktoś się zesrał ze strachu? Kolejny oddech. Siedział z przodu. Młotek. Szyba. Wyjście. Wolność.

Chwycił się foteli próbując ustawić swoją osobę znów w pionie. Starał się nie podeptać obecnej obok kobiety, chociaż, jeśli było to konieczne to… cóż, takie już jest życie. Nie miał zamiaru odmawiać sobie wydostania się stąd dla poratowania obcej osoby od kilku siniaków. Jego priorytetem teraz był obecny za siedzeniem kierowcy młotek, który przecież musiał tam być. Kojarzył, że widział tam to czerwone gówienko.

Nawet nie rozglądał się po pasażerach. Te wszystkie zdezorientowane twarze potrafiły tylko krzyczeć, po co mu one były. No, może poza jednym czarnuchem. Ale i tak nie miał zamiaru być tym, który mu odpowie. Chciał tylko dobrać się do młotka i wybić przednią szybę. Tłukąc narzędziem, kopiąc, napierając, cokolwiek. Jak każda przednia szyba musiała być pokryta folią, więc nie brał pod uwagę, że mógłby w ogóle zrobić sobie krzywdę. Problem w tym, że wybicie jej nie było znowuż takie banalne. Zapewne będzie potrzebne kilka konkretnych uderzeń młotkiem w jej brzeg, żeby w końcu ustąpiła.

Awatar użytkownika
Aleksis Bentrum
Posty: 1190
Rejestracja: 29 paź 2011, 16:01
Lokalizacja postaci: Dwór Pomiędzy Spektrami
GG: 50433717
Karta Postaci: viewtopic.php?t=961

02 lut 2015, 16:50

Sławomir wydostał się z siedzenia. Rudy osobnik z nadwagą próbował wypchnąć szatyna, tym samym pomagając w jego próbach powstania z niewygodnej pozycji, półleżącej pozycji.

Ciemnooki zbadał wzrokiem dwóch osobników, którymi się zainteresował. Jednego trawiła panika, najprawdziwszy atak. Obserwatora poruszył widok niemal sparaliżowanego nieznajomego. Wszechobecny chaos, niezrozumiałe krzyki, coraz intensywniejsze uczucie przytłoczenia tragicznym wypadkiem utrudniało podjęcie jakiejkolwiek decyzji. Sławomir, mimo przebywania wśród walczących o życie ludzi, czuł się wyjątkowo samotny i opuszczony. Ta świadomość była jak kielich czystego samogonu. Paskudna, trudna do zaakceptowania wiedza wypalała gardło stabilności psychicznej. Przynosząca ulgę popitka nie istniała.

Rudy grubas zdawał się bardziej obecny od drugiego pana. Na twarzy długowłosego dominował wyraz oburzenia. Jakby gniew zmieszał się z trwogą i dominował w tejże mieszańce beznadziei. Czerwona jak u alkoholika twarz śmierdziela z nadwagą w normalnych okolicznościach wywołałaby uśmiech politowania, ale Sławomir nie mógł się uśmiechnąć. Coś szarpnęło w jego wnętrzu. Współczucie?

Wyprostował rękę w geście pomocy. Liczył, że rudy załapie ten uniwersalny gest – chociaż trudno spodziewać się jakiegokolwiek zrozumienia w chaosie. Jeśli słuchacz ciężkich brzmień zrozumiałby gest i byłby na tyle opanowany, aby z niego skorzystać, Sławomir pomógłby sobie drugą – ranną – ręką w wyciąganiu kolegi z siedziska.

Szatyn, po udzielonej pomocy grubemu, spróbowałby się zająć facetem cierpiącym na atak paniki. Potrząsał nim, krzyczał do niego po polsku, dawał do zrozumienia, że ktoś go zauważył i chciał z nim współpracować. Po udanej bądź nie akcji, Sławomir spojrzał w tylną szybę.

Natychmiast przyszło mu do głowy wybicie szyby, na nic innego nie wpadł. Nie chciał przeciskać się przez ludzi z przodu pojazdu. Wolał natychmiast działać, załatwiając problem po swojemu. Nie miał czasu na rozważania.

– Trzeba to zrobić! – krzyczał przeraźliwie w swoim ojczystym języku. Wskazywał palcem na but grubasa, a potem na szybę. – Zrobimy. Rozwalimy to!

Zdjął z siebie bluzę i ustawił się na siedziskach w taki sposób, aby jak najlepiej operować rękoma przy szybie. Naciągnął ubranie i przyłożył je do możliwiej drogi ewakuacyjnej.

– WAL!!! – ryknął, potrząsając bluzą. Prowizoryczna ochrona przed szklanymi odłamkami mogła zadziałać, ale bez współpracy rudego starania Sławomira wyglądały co najmniej idiotycznie.

Awatar użytkownika
Tonuryn
Posty: 132
Rejestracja: 18 wrz 2014, 21:11
Lokalizacja postaci: Kamienica Artmerów
Discord: Youmuu
GG: 52562577
Karta Postaci: viewtopic.php?p=50324#50324

02 lut 2015, 17:50

Róża nawet nie pamiętała momentu, w którym jej sielankowe przesuwanie palcem po ekranie smartfona zmieniło się w istne piekło pełne krzyku i naruszania prywatnej przestrzeni. W dodatku tłok i hałas zdenerwował sir Francisa Bacona, który rzucał się w tej chwili i syczał w swoim małym nosidełku. Przez chwilę jedynym, co czuła, była panika. Trochę czasu zajęło jej poukładanie wszystkiego w głowie i wzięcie się w garść. Był wypadek. Coś uderzyło w bus. Wokół niej byli ludzie, którzy gorączkowo potrzebowali pomocy.
Ta myśl pozwoliła jej wrócić do rzeczywistości i opanować odrobinę strach.

Czy mógłbyś… uch… zejść ze mnie? – odezwała się, stękając, do mężczyzny, który zrobił sobie z niej fotel. Żałowała, że zabrzmiało to tak, jakby wysyczała to przez zaciśnięte zęby jak jakaś panna czy inna starsza wiekiem wydra, ale nie mogła nic na to poradzić.

W każdym razie, pierwszą i najważniejszą rzeczą, która w tej chwili najbardziej się liczyła, było uspokojenie Francisa. Róża znała tego kocura dobrze i wiedziała, że potrzebuje tylko trochę wolnej przestrzeni i spokoju, którego, niestety, nie była w stanie zaoferować ani teraz, ani, jak smutno myślała, w najbliższej przyszłości. Wszystko się przez to waliło. Krwawe piekło!

Spędziła kilka chwil na próbach uspokojenia kota, a kiedy to nie przyniosło większych skutków, westchnęła, wciąż obolała, i rozejrzała się. Wokół było duszno, ciasno i hałaśliwie. Z pewnością nie było to miejsce, w którym ktoś o zdrowych zmysłach chciałby się znaleźć. Zawsze uważała, że wypadki to coś, co zdarza się innym ludziom. Dzięki Bogu, że nie stało się jej nic poważnego.

Mężczyzna, który już jakiś czas temu ruszył się i przestał wgniatać ją w szybę, próbował w tej chwili dostać się chyba do młotka, z wiadomych przyczyn. Sama Róża myślała, jak mogłaby pomóc reszcie uwięzionym w busie ludzi. Gdzieś z tyłu słyszała krzyki w jakimś nieznanym dla niej języku.

Dlaczego wszystko musiało dziać się tak szybko i gwałtownie? Nie mogła, choć bardzo tego pragnęła, zatroszczyć się jednocześnie o ludzi i swojego kota. Ostatecznie zdecydowała, że ludzkie życia są dla niej ważniejsze niż zwierzak, którego kochała.
Postanowiła, że wpierw, o ile komuś uda się zorganizować jakiś exit z zapchanego busu, pomoże ludziom, dla których jego opuszczenie stanowiłoby trudność, w miarę możliwości troszcząc się o swój bagaż i kicię. Nie mogła zostawić tych ludzi na pastwę losu, zwłaszcza, że większość z nich wyglądała właśnie na ten wiecznie potrzebujący pomocy, płaczliwy typ.
Podwinęła rękawy i wznowiła próby uspokojenia sir Francisa Bacona, przynajmniej do czasu, kiedy nie otworzy się jakieś wyjście. Naprawdę żałowała, że nie może nic tutaj zrobić, ale jedyna opcja, jaka przyszła jej do głowy — otworzenie automatycznych drzwi na siłę — mogłaby pomóc tylko tym, którzy mieli wystarczająco siły, by podnieść się i wyjść przez dziurę na suficie, którą stałyby się otwarte drzwi. Bez sensu.

Byli tu ludzie, których zapewne będzie trzeba siłą wyciągać z busu.
Awatar użytkownika
Sadrigal
Posty: 277
Rejestracja: 21 wrz 2014, 20:22
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 23150683
Karta Postaci: viewtopic.php?t=3060

02 lut 2015, 18:08

Kiedy Francis, po przełamaniu oporu, złapał nieznajomego za rękę i wydobył swoje cielsko z siedzenia po ciężkim boju, otrzymał nagrodę w postaci dzikich wrzasków i jeszcze dzikszej gestykulacji prosto w twarz, z bardzo bliska. Przynajmniej mógł stanąć na powierzchni, która chwilę temu była oknem. Najwyraźniej ten facet – nie znał angielskiego? Francis zielonego pojęcia nie miał, w jakim mongoloidalnym języku gość się do niego darł, wyglądało na to, że oszalał do reszty – chciał, żeby rozwalić tylną szybę. Wyglądało na to, że chciał, żeby do tego użył glanów. Francis miał lepszy pomysł.

Wykręcił się w niewiarygodnie niewygodną pozycję, żeby otworzyć plecak i, grzebiąc w paczkach chipsów, kablach i innych rzeczach, które tam miał, wydobyć dumnie wojskowy, wielki, stalowy scyzoryk. Tym się stąd wydobędzie, a nie rozwalając szybę butem jak jakiś barbarzyńca.

Był tuż przy krawędzi szyby, więc nie czekając na fanfary zabrał się do roboty, waląc w nią ze wszystkich sił. Celował mniej więcej w środek, zapominając o zdrowym rozsądku. Miał szczęście, że okno było po jego prawicy; mógł włożyć w cios sporo siły. Wiedział, że przeciśnięcie się przez dziurę będzie wymagać od niego sporego wysiłku fizycznego; furia z powodu tego, że został w ogóle do niego zmuszony, paradoksalnie dodała mu sił.

Chciał tylko stąd wyjść, wyciągnąć telefon, zrobić zdjęcia i założyć temat na /b/, chwaląc się, że właśnie przeżył kraksę. Pewnie zmieni się w gore thread po chwili; ta myśl dodała mu animuszu, oczami myśli widział już odpowiedzi i komentarze.

Zapomniał o rzeczywistości, waląc raz po raz w szybę, dopóki ta nie ustąpiła.

Awatar użytkownika
Lota
Posty: 105
Rejestracja: 02 maja 2013, 22:37
Lokalizacja postaci: Kamienica Patriotów
GG: 12768943
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2644

03 lut 2015, 14:14

Dla Sławomira nic nie było zrozumiałe. Nie mógł być świadomy, co konkretnie spowodowało wypadek, nie rozumiał też języka, którym posługiwano się w busie. Bazować mógł jedynie na własnych i cudzych gestach, mimice i tonie głosu. Panika nie dzieliła na narodowości – w każdym kraju, miejscu i sytuacji była oczywista dla drugiego człowieka. Prawdopodobnie dlatego, gdy Polakowi udało się już wydostać spod przygniatającego go mężczyzny, nawiązał kontakt z otyłym rudzielcem, oferując mu swą pomocną dłoń.

Działać wspólnie i szybko. Byle skutecznie.

Nie było to proste. Francis został zaskoczony niemą propozycją współpracy w ekstremalnych warunkach, a jednak przystał na nią, wbrew własnym zasadom, i dźwignął się z niekomfortowej pozycji. Tył busa zaczął działać razem (wyłączając trzeciego, chwilowo niezdolnego do czegokolwiek mężczyznę), od razu podejmując konkretne próby ucieczki.

Żałować można było tylko, że tak nerwowe i głupie.

Nieprzemyślane uderzanie końcem scyzoryka w szybę okazało się w ostatecznym rozrachunku stratą czasu – Francis nie miał świadomości swej siły pod wpływem nerwów, a śliskie od potu dłonie utrudniały utrzymanie narzędzia. Rudzielec uderzał mocno i cel swój wreszcie osiągnął, tłukąc szybę – problemem pozostała mała przestrzeń, zbyt mała, by przecisnąć się na zewnątrz.

Każdy pojazd przeznaczony do transportu ludzi miał jedną cechę, niezwykle ważną – zbita szyba właściwie nie mogła skaleczyć. Szkło hartowane, które w szale rozbił Francis, rozprysło się na mnóstwo maleńkich kawałeczków, które nie mogły mu zrobić większej krzywdy przez swoje zaokrąglone krawędzie. Był to jednak solidny kawał szyby i bohaterski czyn rudzielec musiał odchorować, tracąc siły na więcej aktywności. Otyłość, stres, zaskoczenie, działanie w nietypowych warunkach (współpracując z drugim, obcym człowiekiem) – wszystko to wykończyło mężczyznę, choć wcale tak dużo się nie napracował.

Sławomir mógł już, na dobrą sprawę, opuścić "Jotkę". Kwestia oczyszczenia całej ramy na szybę była tylko formalnością, Polakowi zostało przecisnąć się przez wąskie przejście. Głupotą byłoby z niego nie skorzystać – jego decyzją było jednak, jak zachowa się po opuszczeniu pojazdu.

Francis albo mógł liczyć na to, że Sławomir pomoże usunąć blokadę w postaci siedzisk, albo spróbować wydostać się przodem – jako ostatni.

Rozbicie przedniej szyby, którego podjął się Jacob, okazało się znacznie łatwiejsze. Szyba faktycznie była laminowana i puściła szybciej niż ta, którą zajmowano się z tyłu. Kilka konkretnych uderzeń przeznaczonym do tego młotkiem wystarczyło. Szkło pękło na duże, podtrzymane folią elementy, których usunięcie z ramy zajęło jeszcze mniej czasu. Ten mężczyzna go nie marnował. Wyjątkowo szybko zrozumiał swoje położenie i natychmiastowo ustalił listę priorytetów – na jej szczycie znalazło się stworzenie możliwości wyjścia z pojazdu. Dokładnie w momencie, gdy to osiągnął, kierowca po jego lewej odzyskał przytomność, co okazał przeciągłym jękiem.

Był przypięty pasami i ruszał się, choć z jakimś ciężkim do ocenienia trudem. Swoje rozmyte spojrzenie skierował w stronę Jacoba, lecz zdawało się, że nie widzi nic. Najwyraźniej kompletnie nie był świadomy tego, w jakiej sytuacji się znajduje. Od chwilowego bohatera zależało, czy pomoże mężczyźnie uwolnić się z pojazdu.

Zaraz przy stworzonym wyjściu pojawiła się jedna z kobiet drugiego rzędu. By dostać się do przodu tak szybko, musiała wykopać parę toreb, które uniemożliwiały jej przejście. Swoją trzymała obiema rękoma, najwyraźniej za priorytet mając wyniesienie z busa także swojego bagażu. Miejsca nie było dużo. Nie patrzyła na nic innego. Choć zdawało się niemożliwym osiągnąć podobną do Jacoba determinację, ta kobieta najwyraźniej to zrobiła i z niespodziewaną gracją (jak na panujący chaos) przepchnęła się do wyjścia, padła na kolana i jako pierwsza opuściła "Jotkę".

Mogło się wydawać, że od przewrócenia busa minęło tyle czasu – w rzeczywistości upłynęły może trzy minuty. Nikt nie mógł wiedzieć tego konkretnie.

Każdy czuł jednak, że trzeba się było spieszyć.

Róża była podrapana. Na swoim dekolcie raz po raz czuła wbijające się pazury (na szczęście stosunkowo krótkie), które przebijały się nawet przez gruby materiał nosidełka. Jego zawartość oszalała, kotłując się w swoim prywatnym więzieniu – zwierzę było skrajnie przerażone i najwyraźniej pragnęło uciec. Kot miauczał głośno, rozpaczliwie, doprawiając scenerię wypadku dodatkowym dramatyzmem.

Najrozsądniejszym wydawało się w tym momencie wypuścić zwierzę, które w aktualnym ułożeniu uniemożliwiłoby plany dziewczyny na uwolnienie siebie, innych ludzi i wyciągnięcie własnego bagażu. Na coś musiała się zdecydować – najwyraźniej kosztem czegoś innego.

Ona także usłyszała jęk kierowcy. Słyszała jęki kobiety za sobą, która wcześniej skarżyła się na złamanie. Słyszała sapanie z tyłu, szloch jakiegoś mężczyzny po prawej. Cały zbiór wszelkich emocji dochodził jej uszu, budząc sumienie i potrzebę pomocy. Musiała przecież coś zrobić. Nie każdy był w stanie samodzielnie opuścić bus, a i tak wystarczająco dużo czasu zmarnowano na bezsensowne rozmyślanie, jak otworzyć sobie wyjście.

Niby poszło sprawnie, ale najwięcej mieli do zrobienia właśnie teraz.

Dwa wyjścia, coraz mniej czasu. Pasażerowie czuli to, przekonani, że swąd może oznaczać jedynie palenie się pojazdu. Myśl o ewentualnym wybuchu niemalże paraliżowała.

Awatar użytkownika
Xariel
Posty: 924
Rejestracja: 23 mar 2013, 16:28
Lokalizacja postaci: Insmet
GG: 11721007
Karta Postaci: viewtopic.php?p=42135&highlight=#42135

03 lut 2015, 17:36

Jacob prychnął sam do siebie, gdy szyba ustąpiła. Sam nie wiedział co chciał w ten sposób wyrazić. Zadowolenie ze swojego działania, irytację sytuacją w której się znalazł, czy może coś jeszcze innego?

Wypchnął szybę w końcu otwierając tak upragnione wyjście i usłyszał obok siebie jęk kierowcy. "Świeże" powietrze wdarło się do autobusu dając mu krótką chwilę przyjemności. Spojrzał na zdezorientowanego mężczyznę, po czym wyjrzał na zewnątrz przez pozbawiony osłony otwór. Uniósł wzrok w górę, na drzwi pojazdu, jakby wzywał wszelkie bóstwa, które się za nimi kryją, aby przestały śmiać mu się w twarz i rzucać kłody pod nogi.

I will remember that I remain a member of society, with special obligations to all my fellow human beings… Kiedyś wypowiedział te słowa. Dawno temu. Co też go wtedy pociągnęło, aby składać przydługawą, patetyczną przysięgę. Może to, że wszyscy to robili. Łaziła teraz za nim przez resztę życia wypominając jak często jej nie dotrzymywał. Miał okazję zrobić to kolejny raz.

Wyjście stało przed nim otworem. Teraz, kiedy już mógł wydostać się na zewnątrz nieco się uspokoił. Mógł to zrobić w każdej chwili, nic mu nie groziło. Nie było aż takiej potrzeby się śpieszyć, nie musiał panikować. Złapał kierowcę pod ramię i sięgnął do jego siedzenia próbując odpiąć pasy. Miał zamiar wynieść go na zewnątrz, nie siląc się co prawda na nadmierną delikatność, ale zawsze była to jakaś pomoc.

Awatar użytkownika
Lota
Posty: 105
Rejestracja: 02 maja 2013, 22:37
Lokalizacja postaci: Kamienica Patriotów
GG: 12768943
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2644

03 lut 2015, 19:34

Bóstwa nie zareagowały w żaden sposób na niemą prośbę Jacoba, odezwał się za to kierowca. Też nie powiedział zbyt wiele. Wyróżnić z cichej wypowiedzi można było najwyżej dwa słowa: "wody" i "pomocy". Zamknął oczy, choć ciągle był przytomny, poddając się staraniom Teksańczyka niczym kukła.

Mężczyźnie udało się odpiąć pasy kierowcy i unieść go na tyle, by móc przygotować odpowiednio do wyniesienia – czy raczej: wyciągnięcia. Staruszek nie należał do osób szczególnie ciężkich. Nie opierał się, gdy Jacob szarpnął nim mocniej, raz i drugi, by zbliżyć go do wyjścia. Nie szło to zbyt szybko, ale na pewno było osiągalne.

Dopiero teraz można było też jakkolwiek ocenić stan kierowcy. Nie wiadomo, w którą powierzchnię uderzył podczas wypadku (być może w szybę, być może w cokolwiek innego), ale skutkowało to widocznym z pozycji Jacoba rozcięciem nad lewą brwią, które mocno krwawiło. Chwilowy bohater najlepiej wiedział, że jeśli wcześniej nie należało przeklinać sytuacji, to teraz nastąpiła odpowiednia pora. Urazy łuku brwiowego były sprawą paskudnie krwawiącą, drażniącą i upierdliwą przy okazji prób "naprawy" – na to brakowało jednak teraz czasu.

Teksańczyk skupił się na wydostaniu bezwładnego ciała z przewróconego pojazdu. Najpierw sam musiał przecisnąć się przez stworzone chwilę temu wyjście, potem wyszarpnął kierowcę. Nie było w tym nic z delikatności, którą należało zachować w przypadku potencjalnych urazów głowy – staruszek miał zbyt dziwne reakcje, by sądzić, że rozcięcie na twarzy stanowiło jedyny defekt.

Byli jednak obaj na zewnątrz, udało się. Powietrze poza wnętrzem "Jotki" różniło się do tego stopnia, że Jacobowi zakręciło się trochę w głowie. Trwało to chwilę, a potem…

…potem musiał zdecydować, co robić dalej.

Z busa wygrzebał się ciemnoskóry mężczyzna, który wcześniej proponował idiotyczne "rozbujanie" pojazdu. Jego obita twarz wyglądała coraz gorzej, szybko puchła. Stanął przy niedawnej szybie, gotowy pomóc każdemu, kto chciał wydostać się tą stroną.

Nieco dalej, znacznie bliżej linii drzew, stała cicha, zgaszona karetka – przyczyna wypadku.

Gdyby Jacob zdołał skupić się na sytuacji poza busem, zorientowałby się, że autostrada tak samo ucichła. Z niewiadomych przyczyn nie było wokół nikogo, kto mógłby im pomóc.

Wróć do „Sesje pozafabularne”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 8 użytkowników online :: 1 zarejestrowany, 0 ukrytych i 7 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Viridar
Liczba postów: 52209
Liczba tematów: 2974
Liczba użytkowników: 1048
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: WielkaNiewiadoma
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.